Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3273
Media obiegają co chwila newsy dotyczące ewentualnej dekanonizacji Jana Pawła II, do jakiej rzekomo się szykuje Kościół papieża Franciszka. Owa „dewojtylizacja” Kościoła powszechnego jednak postępuje. Przynajmniej w przestrzeni symbolicznej, jak również – strukturalno-decyzyjnej. U nas rok 2020 ogłoszono rokiem Jana Pawła II.
Katolicyzm ze swej istoty jest społeczny.
o. Pedro Arrupe
W latach 1979-80 wybuchł ostry konflikt na linii Rzym – zakon jezuitów. Był to konflikt dwóch osobowości: Karola Wojtyły i Pedra Arrupe, ówczesnego generała zakonu, tzw. czarnego papieża. Trzeba tu od razu dodać, iż szef Towarzystwa Jezusowego był zawsze „szarą eminencją” – od chwili założenia zakonu przez św. Ignacego Loyolę (1534) – w całej strukturze kościelnej. Do czasu…
Konflikt rozgorzał z powodu stosunku do teologii wyzwolenia. Ale miał też podłoże w osobowościach obu hierarchów. Pedro Aruppe - Bask, znający doskonale teologię, która doprowadziła do Vaticanum II, do chwili wyboru na generała TJ przebywał głównie na misjach i realizował zadania Towarzystwa w Azji. Zakon jezuitów pod jego kierunkiem stał się najbardziej progresywną i zaangażowaną społecznie wspólnotą zakonną. Jezuici stanowili forpocztę prądów, które z czasem nazwano „teologiami wyzwolenia”.
Karol Wojtyła zaś - jak to doskonale pokazał w swej książce Piotr Szumlewicz (Ojciec Nie-święty), ale i wielu zachodnich autorów i watykanistów, miał mentalność prowincjonalnego, zachowawczego proboszcza ze Wschodu Europy. Charakteryzował go skrajny antykomunizm, mesjanistyczna wizja Kościoła i kult bezrefleksyjnej, ludowej religijności w polskim, maryjnym wymiarze. Z filozofem i otwartym na świat jezuitą jakim był Arrupe wyraźnie mu było nie po drodze.
Pacyfikacja teologii wyzwolenia – teologicznie, personalnie i jurydycznie (tu Wojtyłę wspierał aktywnie kard. Josef Ratzinger, na XX-wieczny sposób watykański „wielki inkwizytor”) – rozpoczęła się od zakonu św. Ignacego Loyoli. W Towarzystwie Jezusowym od lat 50-tych rodziły się wspomniane „wywrotowe” idee bazujące na marksizmie i ideach socjalistycznych. Pedro Arrupe – osoba niezwykle popularna nie tylko w zakonie, ale w całym Kościele, charyzmatyczna i głęboko oddana idei postępu, rozwojowi ludzkości i sprawiedliwości społecznej (gorąco popierał dialog z marksizmem i współpracę z obozem realnego socjalizmu przeciwko prawicowym dyktaturom, zależnym i kreowanym z Waszyngtonu) został przez Papieża Polaka jawnie spostponowany, zlekceważony, zignorowany.
Papież manifestacyjnie pomijał w swych wszystkich enuncjacjach Towarzystwo, a przechodząc lub przejeżdżając obok stojącego „czarnego papieża” ostentacyjnie odwracał głowę, aby go nie pozdrowić. Ze względu na rozległy wylew, w wyniku czego został sparaliżowany, mając kłopoty z komunikacją, (a było to też wynikiem poniżenia, jakiego doznawał podczas uroczystości publicznych), Pedro Arrupe zrezygnował z urzędu (1983). Pacyfikacja jezuitów w tym momencie dobiegała końca. Następcy Arrupe, powolni papieżowi, narzucani niejako autorytetem biskupa Rzymu Towarzystwu (co wcześniej się nie zdarzało), konsekwentnie oczyścili zakon z jednostek niezależnych, samodzielnie myślących, nie ulegających autorytetowi Rzymu.
Uznanie dla Opus Dei i Legionu Chrystusa
Jan Paweł II formalnie Towarzystwo Jezusowe zepchnął na drugi plan. Jego poparcie dla świecko-klerykalnego bractwa Opus Dei (oraz jawna admiracja i ostentacyjna jego celebracja) miała podłoże w doświadczeniach i korzeniach polskiego konserwatyzmu, klerykalizmu i dystansu do wszystkiego, co trąciło jakąkolwiek lewicowością. To Opus Dei, Legion Chrystusa czy Ruch Odnowy w Duchu Świętym zajęły eksponowane miejsca, jakimi od czasów Ignacego Loyoli czy Dominika Guzmana cieszyli się jezuici, bądź dominikanie (czyli klasycznie pojmowana hierarchia i struktura Kościoła katolickiego przejawiająca wówczas skłonności do kontestacji konserwatyzmu, zachowawczości i wizji Kościoła Karola Wojtyły).
O jakiejś symbolicznej „dewojtylizacji” Kościoła można snuć rozważania na kanwie wypowiedzi papieża Franciszka, dotyczącej jakoby tuszowania przez Jana Pawła II spraw związanych z pedofilią, całokształtem wydarzeń mających miejsce w Legionie Chrystusa i najnowszej historii Kościoła katolickiego.
Warto jednak zwrócić uwagę na następujące aspekty tej sprawy, które nie są zresztą żadnymi rewelacjami. Cywilizowany, nieklerykalny świat wiedział i mówił o tych traumatycznych sprawach od dawna.
Tylko w Polsce, gdzie nie rozumie się terminu: wolność słowa i obowiązuje bałwochwalczy, feudalny stosunek do rozumienia pojęcia autorytet, a mainstreamowe media hodowały irracjonalny obraz Watykanu pod rządami Karola Wojtyły, basując jego bałwochwalczemu kultowi, prześcigając się w serwilizmie, ta wypowiedź Franciszka może powodować zaskoczenie. I nie lichą konfuzję. Bo oto teraz, już jawnie „umiłowany syn” Jana Pawła, który o mało co nie trafił na ołtarze świętości Kościoła, Marcial Maciel Degollado, założyciel admirowanego Legionu Chrystusa okazuje się zbrodniarzem-pedofilem. Masowym gwałcicielem nie tylko podopiecznych sierocińców prowadzonych przez ów zakon, ale i własnych dzieci, (których miał – dokładnie nie wiadomo ile – 7 lub 8), bigamistą, finansowym malwersantem, narkomanem i sadystycznym satrapą.
Jest to więc potwierdzenie całokształtu klimatu panującego w Kościele i tuszowania takich zachowań za czasów pontyfikatu – jakoby tysiąclecia.
Ujawnienie pedofilii
To pierwszy zwiastun „dewojtylizacji”, czyli przełamanie hipokryzji i milczenia, w jakiej tkwił Kościół Jana Pawła w tej mierze. Oskarżenia o zaniechanie i jawne ukrywanie owych przestępstw, wręcz zbrodni jak ma to miejsce w przypadku Degollado, dopadły głowy Kościoła katolickiego. Świętego, któremu postawiono tysiące pomników, napisano dziesiątki tysięcy panegiryków na jego temat i uznano w Polsce za „ojca narodu”, synonim wolności i demokracji. Bo święty w Kościele katolickim to osobowy wzór do naśladowania przez wiernych, drogowskaz moralny i etyczny ideał.
Po drugie, na przestrzeni ostatnich lat miały miejsce trzy znamienne wydarzenia. Oto w błyskawicznym procesie beatyfikowano, a następnie kanonizowano salwadorskiego abp. Oscara Romero, zamordowanego 24.03.1980 roku przez bojówkę mjr. Roberto D’Aubuissona. Warto przypomnieć, że D’Aubuisson przeszedł przeszkolenie w tzw. Szkole Ameryk, bazie treningowej organizowanej i finansowanej przez USA (Forty Gulick i Benning), szkolącej bojówkarzy w celu likwidacji ludzi z Ameryki Łacińskiej uznawanych za szkodliwych z punktu widzenia geopolityki Wuja Sama.
Romero był utożsamiany przez ludność latynoamerykańską z ideami teologii wyzwolenia (choć to jest sąd nie do końca prawdziwy i nie mający pokrycia w dokumentach). Jednak urzędujący wówczas papież z Polski, wrogi wszelkim ruchom w Kościele mającym rys lewicowości czy postępowości i związany politycznie z interesami USA rządzonymi przez Ronalda Reagana, oprócz typowo kościelnych gestów i słów, nic nie uczynił w tej sprawie. Przeciwnie, wielu watykanistów twierdzi, iż osobiście blokował proces beatyfikacji salwadorskiego hierarchy. Dlatego m.in. akta zebrane w Salwadorze potwierdzające męczeństwo Romero leżały bez żądnej decyzji od 1990 do 1999 roku w zakamarkach Kongregacji Spraw Kanonizacyjnych. Dopiero po 2000 rok rozpoczęło się wokół tych dokumentów urzędnicze krzątanie. Od beatyfikacji do kanonizacji Romero minęło niespełna 3 lata (2015 do 2018). Porównania z analogicznym przypadkiem ks. Jerzego Popiełuszki cisną się same.
Do miana symbolu urosnąć może fakt, iż obecny papież wywodzi się z Towarzystwa Jezusowego i jest – podobnie jak Pedro Arrupe – Latynosem. Również pełniący od niedawna funkcję generała TJ Arturo Sosa Abascal pochodzi z Ameryki Łacińskiej (jest Wenezuelczykiem). Czyżby zemsta jezuitów?
Decyzje Franciszka
Wspomniany, aktualnie urzędujący, generał jezuitów w jednym ze swoich publicznych wystąpień w 2019 roku stwierdził, iż szatan jest tylko „konstruktem myślowym mającym symbolizować zło”. Na to dictum groźne pomruki oburzenia wydali z siebie egzorcyści na całym świecie, a zwłaszcza w Polsce. Doktryna Kościoła jasno i wyraźnie naucza, że zło nie jest abstrakcją, a szatan istnieje – twierdzą. Powołują się przy tym m.in. na encyklikę Wojtyły (Dominum et Vivificantem). To jawne zaprzepaszczanie dorobku nauki Jana Pawła II. Fakt, negacja istnienia diabła w materialnej rzeczywistości świata czyni ich obecność w Kościele zbędną.
Trzecim elementem procesu, o którym mówi ten materiał jest likwidacja decyzją papieża Franciszka Papieskiego Instytutu im. JP II dla Studiów nad Małżeństwem i Rodziną. Dokumentem likwidującym Instytut i powołującym w jego miejsce nową instytucję (pod nazwą: Papieski Instytut Teologiczny im. JP II dla Nauk o Małżeństwie i Rodzinie) było motu proprio >Summa familiae< (wrzesień 2017). Zmiana nastąpiła w 2019 roku.
To jedno słowo „dla Nauk” powoduje wzburzenie ortodoksów i bezkrytycznych zwolenników wszystkiego, co w jakikolwiek sposób może być wiązane z Karolem Wojtyłą. Prof. Stanisław Grygiel, filozof, filolog i dotychczasowy wykładowca Instytutu, bliski przyjaciel papieża z Polski, stwierdza, iż to zaprzepaszcza dorobek placówki naukowej i Jana Pawła II. Nie tylko zwalnia się całą kadrę, powołując wielu nowych, tzw. otwartych teologów i konsultantów.
Najgroźniejszym dlań jest to słowo „dla”. Grygiel boi się tego „dla”, gdyż to spowoduje jego zdaniem otwarcie na inne spojrzenia dotyczące rodziny, relacji płci, małżeństwa, in vitro, badań nad genetyką itd. „Jakich nauk? – pyta. - Nie ma przecież nauk o małżeństwie i rodzinie. Ten tytuł mówi tylko o tym, że socjologia, psychologia i tym podobne nauki będą decydowały jak i co należy myśleć o małżeństwie i o rodzinie”. Zatraca się jego zdaniem cały dorobek – w tej materii – Jana Pawła.
Antidotum na te prądy w Watykanie i Kościele ma być tworzenie w seminariach i na uniwersytetach w Polsce samodzielnych katedr zajmujących się tylko myślą filozoficzną Karola Wojtyły i nauczaniem Jana Pawła II. To jest jego zdaniem misja dla polskich środowisk naukowych.
Czyli wszystko co dotyczy Jana Pawła ma być dogmatem. Nieruchomą, zastygłą w hieratycznym bezruchu konstrukcją, czymś na wzór średniowiecznej scholastyki.
Grygiel i jemu podobni, liczni w naszym kraju tradycjonaliści i konserwatyści (różnych odcieni), absolutnie nie rozumieją tego, co się dzieje we współczesnym świecie. Ich próby obrony status quo (w wersji polskiego tradycjonalizmu i „wsobności”) noszą w sobie coś z Wesela Wyspiańskiego - „Niech na całym świecie wojna, byle polska wieś zaciszna, byle polska wieś spokojna”. W zglobalizowanym, ogarniętym przestrzenią wirtualną świecie, tak się nie da żyć. Co najwyżej można wegetować na peryferiach tego świata.
To są zasadnicze elementy postępującej „dewojtylizacji” Kościoła rzymskiego, a nie brak kapelusza kardynalskiego dla metropolity krakowskiego Marka Jędraszewskiego, czy spektakularne enuncjacje watykańskich kurialistów. O newsowych, medialnych doniesieniach nie wspominając.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 67
Jeśli w kraju zamęt panuje, to nie dlatego, że prawa
go powodują, ale dlatego iż nikt ich nie przestrzega.
Shang Yang
Legizm to chińska szkoła filozoficzna, wywodząca się z konfucjanizmu, ale inaczej interpretująca naturę ludzką oraz jej rolę w systemie i strukturach władzy. Jej głównym celem stało się umocnienie państwa, panującej dynastii oraz armii.
Legiści głosili pragmatyczną zasadę postrzegania wszystkich i wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, jasno napisanych i ogłoszonych publicznie prawach wydanych przez władzę, niezależnie od ich moralnego, etycznego i zdroworozsądkowego znaczenia. W obliczu prawa wszyscy powinni być bezwzględnie równi. Ich egzekwowanie miał zapewnić rygorystyczny system kar i nagród.
Dążeniem legistów było umocnienie władzy i państwa celem uniknięcia chaosu i zaprowadzenia harmonii. To pokłosie myśli konfucjańskiej, którą jednak legizm jako przeżytek i echo dawnych tradycji zwalczał. Stworzone wedle takich formuł i sposobu myślenia prawo miało być jak najbardziej szczegółowe i przy tym surowe, aby uniemożliwiać jednostce jakakolwiek subiektywną interpretację. Czyli tym samym ograniczać jej wolność, nawet w wyrażaniu myśli.
Z czasem doszło do zlania się legizmu i konfucjanizmu w jeden, polityczny system rządów i organizacji państwa chińskiego. Ten sposób patrzenia na rzeczywistość po dziś dzień obecny w kulturze chińskiej jest przez Zachód mocno krytykowany jako nieliberalny, antydemokratyczny i ograniczający człowieka w jego indywidualnych dążeniach do wolności.
Główni przedstawiciele tej szkoły to:
- Shang Yang (zm. w 338 p.n.e.) – twierdził, że najważniejszym czynnikiem w polityce i sprawowaniu władzy jest fa (czyli prawo, reguła)
- Li Si (ur. ok. 280 r. p.n.e. - zm. 208 r. p.n.e.) – najsłynniejszy praktyk legizmu, kanclerz w państwie Qin, kanclerz na Pierwszego Cesarza Chin.
- Shen Dao (IV-III w. p.n.e.) – jego zdaniem najważniejszym czynnikiem w polityce i sprawowaniu władzy jest shi (autorytet władzy jako takiej).
- Shen Buhai (zm. w 337 p.n.e.) – nauczał, że najważniejszym czynnikiem w polityce i sprawowaniu władzy jest shu (metoda, sztuka prowadzenia spraw i postępowania z poddanymi władzy ludźmi).
Shang Yang, jeden z głównych teoretyków i założycieli szkoły legistycznej – traktowanej zarówno jako system jurydyczny, ale i filozoficzny – uważał iż to ciemna, egoistyczna, wsobna strona natury ludzkiej jest głównym motorem działania człowieka, który dąży przeważnie do indywidualnych korzyści, traktując zasady współżycia społecznego jako trampolinę dla ich urzeczywistnienia. Aby nad nimi zapanować, nie pozwolić im spowodować destrukcji porządku społecznego (harmonii tak admirowanej w chińskiej kulturze) i nastania chaosu, sformułował teoretyczne uzasadnienia dla prawnego i państwowego, bezwzględnego reżimu. W Europie podobny ogląd wszechrzeczy i samej natury ludzkiej dopiero w XVII w. sformułował kompleksowo Thomas Hobbes. Trzeba tu dodać, że aktualnie istniejący porządek europejski narodził się po długim okresie historycznym, w trakcie nieustających wojen i rzezi trwających w czasach Hobbesa. Spotykamy te myśli także u innego przedstawiciela tamtej epoki - Nicolo Machiavellego.
Z tego powodu formułowanie kategorycznych sądów z punktu widzenia cywilizowanego Europejczyka na temat legizmu i rządów pierwszego cesarza Chin wydają się być co najmniej niestosowne. W niczym geneza tworzenia legizmu z okresu „walczących królestw” na terenie ówczesnych Chin nie odbiega od teorii i myśli wspomnianych myślicieli i teoretyków zachodnio-europejskich.
Historyk chiński z II w p.n.e (z konkurencyjnej wobec legizmu szkoły taoistów) Sima Tan w swych notatkach napisał: „Legiści są surowi i bezduszni; metoda za pomocą której dzielą ludzi na władcę i urzędników, rządzących i rządzonych, jest niedościgniona. Nie uznają oni podziałów na swoich i obcych, nie różnicują możnych i pospólstwa. W wyniku jednakowego stosowania prawa wobec wszystkich zanikły uczucia miłości względem bliskich i szacunku w stosunku do poszanowania godnych. Ich doktryna może być realizowana jedynie przez krótki czas, niemożliwością jest jej trwałe stosowanie. Skoro ustanowili taki porządek, że władca jest szanowany, a urzędnicy się korzą, jasno rozdzielili kompetencje i zadania urzędów tak, że się one na siebie nie nakładają i nie wykraczają poza wyznaczone ramy, to nawet sto szkół filozoficznych nie jest w stanie tego poprawić”.
Zdaniem sinologa Dominika Michońskiego (Uniwersytet Warszawski w Nankinie), szkoła legistów koncentrowała się przede wszystkim na zagadnieniach rządzenia. Tym samym rozwijano praktykę państwa (władzy) despotycznego choć skutecznego, prawa. Wyjątkiem jest tylko absolutny władca, który jest jego twórcą i mandatariuszem. Z czasem rozpoczął się proces łączenia legizmu z konfucjanizmem, w wyniku którego już w okresie dynastii Han stapiają się one w jeden kompatybilny system („Prawo jako narzędzie politycznej chińskiej perspektywie legistycznej” [w]: Doctrina. Studia społeczno-polityczne)
Dziś widzimy w różnych formach odrodzenie myśli według kanonów legistów poza Chinami (ale czy ono nigdy nie zostało złożone do grobu wraz ze śmiercią cesarza Qin Shi Huanga, podobnie jak jego terakotowa armia?). I to w różnych formach i metodach wdrażania ich w życie. Nikt do tego nie chce się przyznać, gdyż ta myśl i praktyka z niej wynikła, była i jest ciągle z pozycji wyższości kultury Zachodu, liberalnej demokracji i idącej z nią pod rękę globalizacji, mocno krytykowana.
Globalizacja a legizm
W ostatniej dekadzie XX wieku, po upadku bipolarnego podziału świata i zwycięstwie absolutnym liberalnej demokracji (jak się wielu przedstawicielom zachodniego świata wydawało) - czego efektem była m.in. teza o końcu historii, zadekretowana dogmatycznie przez Francisa Fukuyamę - przemożny wpływ na całokształt zagadnień na świecie poczęły odgrywać dwa pojęcia ściśle związane ze sobą: globalizacja według kapitalistyczno-neoliberalnego modelu oraz demokracja liberalna odniesiona najszerzej do sfery wartości, światopoglądu i estetyki.
I ona, globalizacja, a wraz z nią system ją promujący i z niej żyjący, z czasem w efekcie zachłyśnięcia się wydawałoby się absolutnym zwycięstwem poczęły przekształcać się w krytykowane i postponowane, legistowskie rozumienie polityki najszerzej rozumianej. Sprzyja temu przede wszystkim postęp technologiczny wykorzystywany do tych praktyk i sposobu kontroli społeczeństw, jakie proponowali legiści, ale z racji braku możliwości sprawczych nie byli w stanie zmaterializować do końca swych pomysłów i koncepcji.
Globalizację definiuje się na wiele sposobów. Patrząc jednak na nią z płaszczyzny nie tych co wygrali, ale zdecydowanej większości, która stanowi drożdże dla sukcesu owych niewielu, jest ona wrogiem i musi podlegać niszczeniu. Gdyż w niej „chodzi o sprowadzenie wszystkich do wspólnego mianownika, o przekształcenie nas wszystkich w całkowicie identyczne istoty i o ustanowienie jednego sposobu życia na świecie.
Tę koncepcję, która stanowi podstawę globalizacji, nazywamy neoliberalizmem. To nowa religia, która pozwoli na dokończenie tego procesu. Podczas Czwartej Wojny Światowej terytoria są ponownie podbijane, wróg niszczony, a ziemie już podbite są rządzone. Pytanie brzmi: które terytoria należy podbić i kto jest wrogiem. Czwarta Wojna Światowa niszczy ludzkość, ponieważ globalizacja staje się uniwersalizacją rynku”.
Autor tych słów – zapatysta i partyzant Subcomandante Marcos w jednym z oświadczeń - sprzeciwia się tezie iż globalizacja dąży do ujednolicenia rynków. To fałsz, tak jak projekt pod nazwą „globalna wioska”. Globalizacja to w zasadzie proces tworzenia kolejnych, nowych granic, w wyniku którego świat się staje archipelagiem wysp wśród których swobodnie poruszają się kapitał i wojny. Po 1989 roku nie pojawił się żaden człowiek, ani idea globalnego formatu, o takim znaczeniu i takim wpływie będącą w stanie zanegować tę wersję globalizmu i system za nią stojący. Zanegować to wszystko choćby w sensie teoretycznym, i zarazem pozytywnym, przedstawiając alternatywę dla całego tego zbioru idei określanych jako globalizacja (gdyż tak ją trzeba traktować).
Wręcz przeciwnie, rozkwitły najbardziej prymitywne i irracjonalne przejawy człowieczeństwa. Zapanował kompletny chaos, a w takiej dżungli najlepiej czują się rekiny biznesu i „psy wojny”. Dopóki globalizacja, która w swoim archetypie może nieść pozytywne, internacjonalistyczne i humanistyczne treści, opierać się będzie na potędze dolara i jego emisji, (czyli na potędze amerykańskiego systemu bankowego i kapitału), będzie nieść treści i ich praktyczne zastosowanie w formie nauczania Shang Yanga. Wszelkie próby buntu przeciwko tej potędze są dlatego brutalnie tłumione, bo na tym opiera się - jak to jasno widać - cała neoliberalna koncepcja wolności i demokracji.
Technologiczne możliwości inwigilacji, manipulacji, sterowania emocjami i reakcjami pojedynczych ludzi i całych zbiorowości powoli przekształcają przestrzeń publiczną, a jednocześnie wszytko co z nią jest związane w jakikolwiek sposób, w apokaliptyczne „stany świadomości” opisywane przez Orwella.
Interesy klasowe nigdy nie zanikały i nie zanikają Choć są często ukryte za parawanem innych różnic i konfliktów: kulturowych, religijnych, politycznych itd. Tzw. mainstream, obojętnie jakiej proweniencji i bez względu na czasy, jest zawsze ich awatarem. W gospodarce rynkowej należy realizować cel maksymalizacji zysku. Wpierw teoretycznie podbudować określone decyzje, a potem wdrażać je w praktyce, co jest immanentne dla dobrostanu posiadaczy kapitału. Współcześnie to są ci, którzy stoją na czele globalnego systemu kapitalistycznego, zwanego często projektem neoliberalnym. A którego tzw. demokracja liberalna jest częścią składową wraz ze wszystkim swoimi atrybutami.
Liberalizm strachu
Dziś, gdy system wyczerpał swe rezerwy i możliwości reanimacji, (gdyż kryzysy były zawsze przeplatane hossą stwarzającą namiastki pospolitej szczęśliwości), musi sięgnąć po metody sprzeczne z jego rudymentarnymi kanonami. Tym samym liberalizm dzisiejszy, będący wiodącą doktryną polityczną i jednocześnie kulturą, steruje w świecie euroatlantyckim ku temu, co celnie Judith Shklar nazwała „liberalizmem strachu” (The Liberalism of Fear). Jej rozumienie tej doktryny, w sensie klasycznym i pierwotnym tak, jak liberalizm był przez dekady postrzegany, to przede wszystkim widzenie wykluczenia osób i zbiorowości jako podstawowego problemu realizacji zasad liberalnych. Wtedy będziemy stawać się bardziej wolnymi i okaże się, że żyjemy w świecie, gdzie wszystko, co robią jednostki dla zaspokojenia swych potrzeb, marzeń, żądań, bez względu na skutki, jest etyczne. A takie trendy niwelują pozytywną stronę tego, co rozumie się przez sprawiedliwość, równość szans, cnoty obywatelskie.
Prawo jej zdaniem – i jest to sąd doskonale znany z prac teoretyków liberalizmu takich jak Isaiah Berlin, John Rawls czy Michael Waltzer – nie może absolutyzować wolności jednostki i osadzać ją w kategoriach moralnych, ale być niejako licencją, którą obywatele muszą posiadać, aby chronić się przed nadużyciami władzy. Natomiast dziś widzimy jak liberalne i demokratyczne stosunki społeczne, w efekcie uchwalanych praw, sterują coraz bardziej ku tak krytykowanej przez Zachód jako nie demokratycznej i totalitarnej „myśli legistów chińskich” i praktyk Państwa Środka.
Myśl Judith Shklar w tej mierze, wyprzedziła współczesną epokę. Niejako proroczo opisała proces wycofywania się liberalizmu na pozycje antywolnościowe, antyhumanistyczne, czyli nie uniwersalne (a to są – jej zdaniem - pozycje nie filozoficzne, a wyłącznie jurydyczne). Liberałowie nie zdołali uświadomić sobie, iż - jak napisał Marcin Król w recenzji książki Shklar "Zwyczajne przywary" - nie wszystkie kultury czy cywilizacje cenią sobie jednostkę i jej prywatny świat, a idea wolności ubrana w szaty ekonomicznej globalizacji stanowi formę kolonializmu, tyle że z ludzką, XX/XXI-wieczną twarzą. I na ile tak rozumiana wolność współgra z rozumieniem pojęcia demokratycznej wspólnoty.
Jeśli sami tego nie wiemy, Europejczycy i Amerykanie – czyli euroatlantycka wspólnota interesów a nie zasad i wartości - na jakiej podstawie możemy pouczać innych i kreować się na wzór demokracji liberalnej?
Jeśli, jak napisał Witold Modzelewski w felietonie Nasze disco polo z odrobiną ironii (Sprawy Nauki Nr 10/2025) nawet była Rzecznik Praw Obywatelskich w Polsce w jednym z wywiadów pochwala i uzasadnia powstanie Urzędu ds. Zwalczania Dezinformacji w Polsce, będącego de facto jawną cenzurą wprowadzaną w pozasądową praktykę, to jest to z jednej strony właśnie ów trend, który opisywała Judith Shklar (i za co spotkał ją ostracyzm liberalnych środowisk naukowych), a z drugiej - materializacja orwellowskiego Ministerstwa Prawdy stojącego absolutnie na antypodach liberalizmu.
Reformy legistów dały pierwszemu cesarzowi Chin po formalnym zjednoczeniu kraju paliwo do jego ujednolicenia na bazie bezwzględnego prawodawstwa, absolutnie egzekwowanego. Tym samym zerwanie dawnych więzów społeczno- kulturowych i poddanie ludności najszerzej rozumianej centralizacji. Skuteczność zarządzania i administracji na pewno wzrosła, co widać po osiągnięciach kultury chińskiej. Ale na pewno ujednolicenie i drapieżny centralizm oparty o tak rozumiane prawo pozbawia zawsze kulturę i cywilizację pluralizmu, które zachowują się w niszowych sferach życia codziennego jako relikty przeszłości. Jako skansen i echo dawnych czasów. Piętno myślenia legistycznego trwa cały czas (oczywiście w różnych formach) wzbogacone o doświadczenia i dorobek Konfucjusza. Choć należy pamiętać, iż legizm gdy powstawał był opozycją wobec nauk Mistrza Kong.
Fundamentalistyczna religia
Uzurpując sobie prawo do narzucania swego rozumienia wartości, pluralizmu, demokracji i wolności osobistych, wyłącznie wedle „liberalizmu strachu” liberalizm zachodnio-europejski przeobraża się w fundamentalistyczną religię, a technologiczne osiągnięcia powodują iż świat wedle tych projektów staje się przestrzenią opartą na szybkości i skuteczności. A „kuchnia złożona z samych mrożonek jest symbolem nieludzkiego i samotnego świata” (Federico Fellini).
Z drugiej strony, mamy do czynienia z poczuciem moralnej wyższości tak rozumianego liberalizmu i demokracji, gdzie za narzuconymi wzorami ustrojowymi, idzie ocena postępowań i naśladowania zalecanych i promowanych rozwiązań (S. Bieleń, Czas ryzyka w stosunkach międzynarodowych). Doskonale upadek jednej z humanistycznych i postępowych idei związanych z osobistymi wolnościami i demokracją, czyli praw człowieka, zdiagnozował Kit Klarenberg w tekście pt. „How human rights became western weapon” - Jak prawa człowieka stały się bronią Zachodu, Sprawy Nauki Nr 10/2025).
Wraz z odejściem od racjonalizmu jako immanencji ludzkiej działalności i patrzenia na świat, w efekcie wpływów postmodernizmu w zachodniej kulturze, podobnie jak to miało miejsce w modzie do tego, co niósł romantyzm w XIX wieku (kierowanie się emocjami, afektami, chwilowym uczuciem, bądź iluminacją), urosło znaczenie idealizmu. Liberalizm stał się też na swój sposób „idealistyczną wersją” swych pierwotnych zasad. Bo nie może być – a ku temu zmierza zawsze każdy idealizm od czasów Platona – jakiejkolwiek kohabitacji liberalizmu z hegemonizmem. Także demokracja i liberalizm (zwłaszcza ten o obliczu idealistycznym) nie są ze sobą koherentne jak to ma dziś miejsce w powszechnym przekazie. Jak wskazuje w Wielkim złudzeniu John J. Mearsheimer, działania promilitarystyczne, narracja autorytarna, pełna pychy i pewności siebie, zawsze w efekcie eliminują liberalizm nie tylko z praktyki politycznej, ale i ze świadomości. Takie działania zawężają zawsze pole liberalizmu, poszerzając z kolei przestrzeń dla nacjonalizmu, który zawsze wygra z liberalizmem. A to wszystko z kolei wygasza demokrację.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1532
Thatcherowska TINA (nie ma alternatywy) to absolutnie antyliberalne rozumienie wszechrzeczy, dogmatycznie przeczące jakiejkolwiek wolności.
To bon mot, który wraz z opanowaniem mainstreamowego myślenia takim fanatycznym pojmowaniem rzeczywistości – a dogmat zawsze rodzi fanatyzm kończący się prześladowaniami Innego (wykluczenie, stygmatyzacja, napiętnowanie itd. są formą prześladowań) – wykarczował powoli kulturę z wolności i nonkonformizmu myślenia.
A w kulturze człowiek jest zanurzony i to z niej czerpie życiodajne soki dla kreatywnej i twórczej postawy. Na tej bazie wolnorynkowy fundamentalizm - a każdy fundamentalizm jest bratem fanatyzmu – mógł splantować demokrację i wolność do coraz bardziej purytańskiej, nietolerancyjnej w swej istocie i praktyce, realności.
Zwieńczeniem tego procesu jest idiotyczny, po prostu kabotyński, bon mot Fukuyamy o „końcu historii”. Skompromitowany, ale oddający esencję takiego myślenia.
Przyszłością Europy będą Włochy. Włochy Berlusconiego zapowiadają analogiczne sytuacje w innych krajach.
Tam, gdzie demokracja przeżywa kryzys, władza trafia w ręce tych, którzy kontrolują media.
Umberto Eco, 2010
Gdy włoski intelektualista pisał te słowa, berluskonizacja sfery publicznej w Italii sięgała szczytów. Oto skuteczny i brutalny macher od mediów i manipulacji, miliarder i piekielnie bogaty Włoch monopolizuje na dwie dekady życie publiczne w Italii. Twórca holdingu Fininvest i imperium medialnego Mediaset, kontroluje i narzuca tym samym określony profil nie tylko rozrywce, ale i debacie politycznej, kulturze, pozostałym mediom itd. To czterokrotny premier Włoch, senator, bohater licznych skandali i oskarżany o przestępstwa podatkowe, za które nigdy jednak nie poszedł do więzienia. A bądź co bądź, w Europie na Italię z wielu tytułów patrzy się jako na coś wzorcowego, zwłaszcza z racji rzymskiej przeszłości. Szczególnie w przestrzeni kultury.
Historia Berlusconiego – i ukutego w związku z jego obecnością w życiu publicznym i wpływu na nie terminu berluskonizacja – oddają w wielkiej części przyczyny agonii demokracji. To właśnie berluskonizacja przestrzeni medialnej i jej rozkwit na przełomie tysiącleci ostatecznie pokazała proces staczania się, degrengolady zachodnioeuropejskiego systemu politycznego i jednego z jego podstawowych filarów: mediów, czyli czwartej władzy.
Błędne założenia
Połączenie arogancji neoliberalnego i topowego hasła, o którym mowa we wstępie, systemu zapoczątkowanego przez duet Thatcher – Regan w polityce i kolaps systemu radzieckiego (czyli – porządku pojałtańskiego) spowodowały bezgraniczną wiarę w sprawność i dobro systemu liberalnej demokracji. Jej ponadczasowość i wzorcowość dla innych cywilizacji czy kultur została rozpadem ZSRR potwierdzona w głowach wielu polityków i koncepcji na przyszłość tworzonych na tej bazie.
Na wizję świata, gdzie królować ma wyłącznie ten system polityczny, taka kultura, takie spojrzenie na człowieka i procesy zachodzące w świecie. To miał być świat demokratyczny, pluralistyczny, wolny, lecz z panującym niepodzielnie człowiekiem Zachodu jako homo-oeconomicusem. A to przecież koncepcja jednostki zakładająca, że człowiek jako istota działająca racjonalnie dąży zawsze do maksymalizacji osiąganych zysków, do dokonywania wyborów ze względu na wartość ekonomiczną rezultatów tych wyborów. I tylko to ma się dla niego liczyć.
Gospodarka rynkowa w stylu laissez-faire, jaka zapanowała i zdominowała demokrację zachodnią po 1991 r. (także wg wspomnianej TIN-y) na pierwszym miejscu postawiła pieniądze i karierę. Prezenty czynione poprzez polityków dla bogaczy w postaci poważnego obniżenia podatków zrobiły swoje. Zamiast społeczeństwa o wysokim poziomie cywilizacyjnym wyrastać poczęło społeczeństwo czysto konsumpcyjne, pazerne, zapatrzone w siebie i pomnażanie swego dobrobytu, co podkreśla Marion hr. von Doenhoff, wieloletnia redaktorka naczelna „Die Zeit”.
Ta choroba krótkowzroczności i pazerności dotknęła także media. Powiązanie ich z wielkim kapitałem spowodowało sprowadzenie ich do tuby owego kapitału, bezrefleksyjnej promocji wartości, mających na cele wyłączne pomnażanie zysku. Druga rola – znaną zresztą z historii choćby Rzymu (chleba i igrzysk – Juvenalis, Satyry) – tak zorganizowanych mediów stała się czymś naturalnym.
Najhojniejszymi donatorami tego typu niewyszukanych rozrywek byli w historii cesarstwa m.in. Sulla, Juliusz Cezar, Pompejusz czy Trajan, który miał być autorem cytowanej opinii: „Lud rzymski można utrzymać w spokoju tylko rozdawnictwem zboża i igrzyskami” (Marek Korneliusz Fronton, Principia historiae). Również w rzymskich prowincjach ta zasada była powszechnie stosowana. Widowiska organizowane były zarówno przez dostojników ubiegających się o miejscowe urzędy, jak i przez nowo wybranych prowincjonalnych urzędników.
Znaczny popyt na takie rozrywki zachęcał zamożniejszych i przedsiębiorczych obywateli do podejmowania zyskownej funkcji organizatorów widowisk celem z jednej strony wzbudzenia poparcia, a z drugiej – odsunięcia zainteresowani społecznego od zasadniczych zagadnień społecznych, politycznych, kulturowych etc.
Innowacyjność
Silvio Berlusconi nie wymyślił więc nic nowego. Udoskonalił tylko, w oparciu o technologiczne i nowoczesne osiągnięcia współczesności, model funkcjonowania mediów i polityki. A przestrzeń medialna była uważana za główną osnowę zachodniej demokracji, stanowiąc niezależną zarówno od wielkiego kapitału jak i polityków sferę dostarczającą w miarę niezależnych informacji – przeważnie krytycznych i zmuszających odbiorców do refleksji i samodzielnej oceny sytuacji – na temat polityki i działających w niej polityków.
Kapitał, zwłaszcza ten wielki, ponadnarodowy, biorąc niejako na smycz media spowodował, iż z funkcji kontrolnej stały się transmisją jego interesów i planów. A te ograniczają się głównie do zysków (wpływy polityczne i kontrolne są elementem mnożące owe zyski). Nowoczesne media miały być czwartą władzą kontrolującą pozostałe trzy (ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczoną wg koncepcji Monteskiusza - O duchu praw), nie kreatorem określonej rzeczywistości. Wiążąc się bezpośrednio z kapitałem – i tu kazus Berlusconiego jako jego właściciela, potężnego przedsiębiorcy, inwestora, ale także posiadacza i kontrolera imperium medialnego (za pomocą którego zmonopolizował i narzucił społeczeństwu Italii określone wzorce, model i sposób odbioru rzeczywistości prezentowanej przez media) – utraciły ową (domniemaną ?) niewinność (Charlie Le Duff, Shitshow. Ameryka się sypie, a oglądalność szybuje). Stały się kreatorem, demiurgiem, strażnikiem interesów wielkiego kapitału.
Święty egoizm
Obserwując efekty społeczne, psychologiczne, kulturowe – a przede wszystkim polityczne - TIN-y (zarówno w wymiarze gospodarczym jak i interpersonalnym) i to, co przyniosły ludzkości już w I dekadzie XXI w., Benjamin Barber mógł zauważyć, iż „chciwość ma rację bytu. Działa. Oddaje istotę ewolucji naszego ducha. Egoizm przestał się ukrywać pod szatą religii. Sam się stał religią” (B.Barber, Skonsumowani).
Konsumenci już dotychczas zorganizowanemu i mającemu funkcjonować systemowi nie wystarczyli. Trzeba było – i to się udało m.in. w efekcie sukcesu oraz przyzwolenia struktur państwowych i unio-europejskich na koncentracje kapitału medialnego przez Berlusconiego oraz nie dostrzegania zagrożeń jakie z tym się wiążą – konsumentów przekształcić w wyznawców. Coś co ma kształt wiary religijnej. Świat staje się jednowymiarowy – no bo przecież nie ma alternatywy, historia „się skończyła”, zwyciężyła demokracja liberalna w zachodnim stylu i my – to znaczy zwycięzcy – mamy absolutną rację. Posiedliśmy (z tego tytułu) prawdę.
Jednowymiarowość współczesnej kultury i groźbę niesioną tym procesem dla demokracji oraz kultury człowieka opisał dokładnie przed ponad pół wiekiem Herbert Marcuse w Człowieku jednowymiarowym. Jednowymiarowi ludzie ukształtowani przez „wygodną, uładzoną, rozsądną, demokratyczną nie-wolność” konformizmu oduczą się samodzielnie i krytycznie myśleć. Taki liberalny (z pozoru niegroźny) przymus – homogeniczność przekazu i jego powszechność są formą przymusu – rodzi schizofrenię społeczną, będącą drogą do politycznej, kulturowej, infantylizacji.
Proces ten wzmacniany był cały czas zarówno przez zakorzenianie medialnym przekazem w społecznej świadomości braku alternatywy (i nieważne, iż pierwotnie miało dotyczyć to rozwiązań gospodarczych, lecz właśnie poprzez procesy asymilacji mediów przez wielki kapitał wszczepiono taką wizję rzeczywistości).
Z drugiej strony, infantylizacja dokonała się przez swoiste korumpowanie odbiorcy, konsumenta feerią nowości, gadżetów – często zbędnych i stanowiących typową sztukę dla sztuki - którymi musi się zainteresować. Aby być szczęśliwym, podziwianym, aby jego życie stało się w ten właśnie sposób pełnym.
Sprawami państwowymi, organizacją życia publicznego, jego funkcjonowaniem itd. zajmą się fachowcy, będący wiarygodnymi, sprawdzonymi, odpowiedzialnymi reprezentantami właścicieli kapitału. Oni doskonale bowiem wiedzą czego ludziom potrzeba, gdzie jest dobro, a gdzie zło, kto ma racje (oczywiście MY), a kto kłamie i oszukuje. A poza tym – nie ma alternatywy……
Współczesny liberalizm promowany przez euroatlantycki (czyli zachodni mainstream) – który de facto jest neoliberalizmem i tym samym klasycznym konserwatyzmem (takim sprzed 100 i więcej laty) – dzięki wspomnianej infantylizacji i igrzyskom fundowanym konsumentom przez jednowymiarowe media zamiast rzetelnej debaty publicznej został zdegradowany do pejoratywnego terminu. I tak jest odbierany.
Ten stan utożsamia politykę jako wyłącznie leseferystyczne monstrum, zaniedbujące dobro społeczeństwa z racji wzbudzonej nieufności wobec państwa (jako formy organizacji życia społecznego), przez dążenie do masowej prywatyzacji, deregulacji, zaciskania pasa wydatków publicznych, redukcji podatków oraz przez minimalizację ingerencji politycznych w gospodarkę. I zniechęca – podobnie jak igrzyska, które są w masowym wymiarze efektem i sukcesem berluskonizacji – do udziału w polityce (zarezerwowanej dla kasty bogatych pseudomerytokratów), do uwiądu świadomej i czynnej obywatelskości, do agonii demokracji.
Zielony ład w objęciach kapitału
Nowa koncepcja funkcjonowania świata według tzw. zielonego ładu, polegająca na najszerzej rozumianej dekarbonizacji, ograniczeniu emisji CO2 , drastycznym zmniejszeniu masowej konsumpcji, jest na pewno ideą słuszną. Już na przełomie lat 60. i 70 ub. wieku kolejne raporty rzymskie wspominały o tym problemie, przedstawiając zagrożenia jakie rozbuchany konsumpcjonizm i niczym nieograniczona zachłanność kapitału – zyski i władza – mogą nieść Ziemi i ludzkości.
Jeśli jednak partie proekologiczne, tzw. Zieloni, pozostawać będą w „objęciach kapitału” (podobnie jak media skolonizowane przez berluskonizację) – teraz tego, który liczy na zyski bez względu na koszty, skuteczność przedsięwzięcia w obliczu zmian klimatu, a przede wszystkim z racji strat społecznych (bez których, jak wiadomo, przy wdrażaniu „zielonego ładu” się nie obejdzie) – para pójdzie w popularny gwizdek. Napasie się kapitał (tym razem „zielony”) a straty społeczne będą gigantyczne.
Bo jak mają ograniczyć i tak już minimalną konsumpcję w porównaniu z Zachodem społeczeństwa tych krajów, które ów Zachód przez wieki eksploatował (kolonializm i rabunkowa gospodarka mega koncernów oraz protekcjonizm zachodnich państw) i które są zaliczane do najbiedniejszych regionów świata? Po raz kolejny powie się im: nie ma alternatywy?
Pełzające zawłaszczanie
Wspomnienia o berlusconizacji, jakiej doświadczyły Włochy (i nadal doświadczają, gdyż ten model stał się dominującym), muszą być znamienne. Ten model utrwalił się – bez jakichkolwiek reakcji ze strony Brukseli i agend unijnych, choć zagrożenia były jasne i widoczne (przeciwdziałanie koncentracji kapitału i wpływu tych procesów na przestrzeń medialną w Europie) – tworząc dzień po dniu system rządów oparty na utożsamianiu partii, kraju i państwa z szeregiem interesów w dziedzinie przedsiębiorczości.
Berlusconi zrobił to bez uciekania się do operacji policyjnych czy do aresztowań posłów, ale opanowując stopniowo najważniejsze media (lub usiłując przy pomocy skomplikowanych machinacji finansowych zawładnąć niezależnymi jeszcze organami prasy). Wszystko było zgodne z demokracją, wolnościami prowadzenia biznesu i panującą doktryną (ponoć liberalną). I to stworzyło przyczółki dla społecznego przyzwolenia dla ofensywy populizmu, a często i neofaszyzmu (U.Eco, Rakiem. Gorąca wojna i populizm mediów).
Jean Baudrillard zauważył, że „koniec nowoczesności następuje wtedy, kiedy wszystkie konsekwencje postępu, wzrostu i wyzwolenia stają się dwuznaczne. To wtedy demokracja traci głowę” (Przejrzystość zła). Demokracja staje się - gdy więdnie kontrolna rola mediów a ich niezależność sprowadzona zostaje do transmisji interesów kapitału – baudrilardowskim symulakrem.
Symulakr jest imitacją pozorującym lub tworzącym własną rzeczywistość. Pod koniec XIX wieku termin zaczął być kojarzony z niższością, jako obraz pozbawiony istoty lub cech oryginału. Symulakry wykorzystywane są w celach religijnych, magicznych, naukowych, praktycznych, rozrywkowych, wszędzie tam, gdzie korzystamy z wyobrażenia obiektu, do którego się odwołujemy. Są wyposażone w atrybuty, które stwarzają złudzenie życia, rzeczywistości, relacji interpersonalnych. Specyficznym symulakrem jest więc karykatura.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 518
Sztuczna inteligencja (AI) to coś więcej niż postęp technologiczny, który zwiększa produktywność — stanowi egzystencjalne zagrożenie dla większości ludzkości. Elon Musk, który był głęboko zaangażowany w ten temat, niedawno stwierdził, że zdolność AI do zastępowania ludzkich miejsc pracy na dużą skalę może ostatecznie doprowadzić nas do formy komunizmu, w której każdy otrzymuje taki sam dochód na zakup dóbr i usług wytwarzanych przez AI.
Politycy i ekonomiści nie traktują poważnie realnego zagrożenia, jakie stwarza sztuczna inteligencja. Zamiast tego ich obawy krążą wokół dystopijnych wizji przyszłości, w której władzę przejmują maszyny lepsze od ludzi. Ten strach odwraca uwagę od prawdziwego problemu. Maszyny są materią nieożywioną, nie mają uczuć, nie mają świadomości. Wielu entuzjastów technologii myli moc obliczeniową ze zdolnością myślenia. Sztuczna inteligencja jest zaprogramowana i może wykonywać tylko te zadania, do których została stworzona przez ludzi. Nie może się samo programować, ponieważ nie potrafi myśleć i tworzyć niezależnie. Nie ma stopniowego rozwoju, w którym moc obliczeniowa w pewnym momencie staje się świadomą myślą.
Mój znajomy inżynier oprogramowania powiedział mi niedawno, że jego pracodawca ogłosił, że w ciągu najbliższych trzech lat inżynierowie zostaną zastąpieni przez sztuczną inteligencję. Powiadomienie to powinno dać osobom dotkniętym chorobą czas na poszukanie alternatywnego zatrudnienia.
Prognoza ta może okazać się przedwczesna lub błędna. Pracodawca może przeceniać wydajność sztucznej inteligencji. Mimo to wydaje się prawdopodobne, że jeśli procesy inżynierii oprogramowania da się zaprogramować w maszynach, będą one samodzielnie generować oprogramowanie. Jednak sztuczna inteligencja nadal potrzebuje człowieka, który podpowie jej, jaki rodzaj oprogramowania ma tworzyć. Sztuczna inteligencja nie może sama decydować, co jest potrzebne.
Kilka lat temu mój znajomy architekt powiedział mi, że architekci nie muszą już sami projektować budynków – to zadanie przejęła sztuczna inteligencja. Rola architekta polega teraz wyłącznie na dostarczaniu sztucznej inteligencji parametrów projektu budowlanego.
Rozwój ten widoczny jest również w innych obszarach. Wiele lat temu taksówkarz z Nowego Jorku, który studiował inżynierię, wyjaśnił mi, że matematyka nadal jest nauczana, ale nie ma już potrzeby stosowania jej w praktyce, ponieważ obliczenia wykonuje oprogramowanie.
Sztuczna inteligencja jest niebezpieczna przede wszystkim dla czynności rutynowych i programowalnych. Często nie zdajemy sobie sprawy, że sztuczna inteligencja nie jest po prostu kolejnym osiągnięciem technologicznym, które zastępuje stare miejsca pracy nowymi – tak jak kiedyś produkcja samochodów zastąpiła produkcję powozów, a przeniesienie produkcji tekstyliów do fabryk zastąpiło produkcję rzemieślniczą. Różnica polega na tym, że sztuczna inteligencja eliminuje miejsca pracy, nie tworząc nowych. Zastępuje nie tylko nieefektywne metody organizacji produkcji, ale i samych ludzi.
Gdzie są nowe miejsca pracy dla tych, których dotychczasowe stanowiska stały się zbędne? Tylko ograniczona liczba osób z IQ wynoszącym 120 lub wyższym nadaje się do wykonywania wysoko wykwalifikowanych prac.
Już samo przyjrzenie się skutkom przenoszenia miejsc pracy w przemyśle wytwórczym w USA pokazuje zagrożenie: po tym, jak utracono miliony miejsc pracy w przemyśle, ekonomiści obiecywali, że pojawią się nowe, lepsze miejsca pracy. Ale tak się nie stało.
Klasa średnia w USA wyraźnie się zmniejszyła. Wiele niegdyś prosperujących miast przemysłowych straciło nawet 20% swojej populacji. To z kolei osłabiło ich bazę podatkową i utrudniło finansowanie usług publicznych.
Jeśli relokacja miejsc pracy w przemyśle nie stworzy żadnych nowych możliwości zatrudnienia, jakie miejsca pracy zastąpią miliony miejsc pracy wyeliminowanych przez sztuczną inteligencję?
Można sobie wyobrazić, że sztuczną inteligencją będą zarządzać ludzie, aby zwiększyć swoją produktywność – tak jak w przypadku każdej innej inwestycji kapitałowej. Jednak w kapitalizmie liczy się zysk, a zyski generuje się przede wszystkim poprzez redukcję kosztów pracy. Przedsiębiorstwa mogą znaleźć się w sytuacji, w której produkcja będzie tania, ale nie będzie nabywców, ponieważ bezrobotni nie będą mieli dochodu.
Razem z kolegą zbadamy, czy sztuczna inteligencja może rzeczywiście pomóc ludziom uwolnić się od monotonnych zajęć, nie niszcząc ich źródeł utrzymania. Czy sztuczna inteligencja może poprawić jakość życia, czy też ostatecznie sprawi, że ludzie staną się zbędni?
Paul Craig Roberts
Za: https://www.paulcraigroberts.org/2025/03/05/ai-friend-or-foe/

