Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 148
W e-mailach opublikowanych przez Bloomberga, powiązania Jeffreya Epsteina z elitą akademicką ujawniają jego zainteresowanie transhumanizmem lub neoeugeniką – filozofią powszechną obecnie wśród oligarchów Big Tech i elit klasy rządzącej. Ten system wierzeń kształtuje rozwój produktów farmaceutycznych, inspiruje do deregulacji w sytuacjach kryzysowych i idzie w parze z ekspansją państwa nadzoru biomedycznego. Materialne skutki tego systemu wierzeń są dalekosiężne i powszechne.
W e-mailach, które niedawno pozyskał Bloomberg, niesławny Jeffrey Epstein, zmarły pedofil i celebryta, zaproponował sfinansowanie intrygującego programu – Projektu Poznania Osobistego Genomu (PGP) Uniwersytetu Harvarda. Co motywowało Epsteina? Chciał odkryć, czy „piękno tkwi w DNA”.
Ta anegdota, wraz z kilkoma innymi w pierwszym artykule Bloomberga dotyczącym archiwum e-maili, rzuca światło na mniej znany aspekt tajemniczego Jeffreya Epsteina: jego fascynację transhumanizmem, czyli neoeugeniką. Podczas gdy eugenika tradycyjnie koncentruje się na tym, jak najlepiej zaprojektować ludzką reprodukcję, aby zwiększyć odsetek „pożądanych” cech w populacji, transhumanizm przyjmuje nieco inne podejście do uczynienia z nas „pożądanych”.
Transhumanizm opiera się na technologii, która ma „poprawiać” nasze wyniki genetyczne i nieuchronność fenotypową. Na przykład, autor David Galton, członek Eugenics Society, chwalił postęp technologiczny, który pozwala rodzicom sztucznie wybierać geny, które odziedziczy ich dziecko, tworząc „dzieci na zamówienie”. Naukowcy, tacy jak Nicholas Agar, bronili tej praktyki, nazywając ją „liberalną eugeniką”.
Pomimo ambitnej terminologii używanej do przeformułowania odwiecznego naukowego uzasadnienia rasizmu i elitarnej dominacji, filozoficzne podstawy eugeniki pozostają niezmienne. Niezależnie od tego, czy próbuje się wykorzenić niepożądane cechy w populacji poprzez działania odgórne, czy transhumanistyczne modyfikacje, każda strategia rozkłada jednostki na mierzalne części, odrzucając tym samym nienaruszalność ludzkiego życia. Obie mylą pozornie „optymalne” cechy z cechami z natury wartościowymi i tak mocno trzymają się świata materialnego, że redukują złożoność wszechświata do algorytmicznego, „naukowego” systemu. Spontaniczność losu zostaje zastąpiona strukturalną organizacją korporacji lub państwa. Mówiąc wprost, świat materialny staje się odpowiedzią na wszystko – na ewolucję, śmierć i samo życie.
Eugeniczne fantazje Epsteina nie są jednak szalonymi myślami pojedynczej, obcej jednostki, odizolowanej od reszty społeczeństwa. Wręcz przeciwnie, reprezentują one sposób myślenia typowy dla oligarchów Big Tech, którzy dominują w amerykańskiej polityce XXI wieku. Jak ujawnia nowy raport Bloomberga, eugeniczne ambicje Epsteina łączą go z niektórymi z najbardziej prestiżowych postaci i instytucji w świecie akademickim, Big Tech i badaniach. Co więcej, uwypuklają one zbieżność tych sektorów i błędne, egoistyczne ideologie z nimi związane.
Źródło piękna
Harvardzki PGP jest zasadniczo duchowym następcą swojego ambitniejszego poprzednika – Projektu Poznania Ludzkiego Genomu (HGP). HGP był finansowanym przez Narodowe Instytuty Zdrowia (NIH) projektem mającym na celu zmapowanie całego ludzkiego genomu, podczas gdy PGP Harvardu ma na celu wykorzystanie danych z poszczególnych genomów do rozwoju medycyny spersonalizowanej.
Jednakże Projekt Poznania Ludzkiego Genomu, podobnie jak jego harwardzki następca, jest ściśle związany z ruchem eugenicznym. Jego pierwszy dyrektor, James D. Watson, był rasistowskim eugenikiem, który wierzył, że Afroamerykanie cierpią na genetycznie gorszą inteligencję i który kierował również Cold Spring Harbor Laboratory w Nowym Jorku.
Na początku istnienia w Cold Spring Harbor Laboratory mieściło się Biuro Dokumentacji Eugenicznej, którego celem było stworzenie „kompleksowego rejestru dokumentującego „przodków” każdego Amerykanina”. Był on finansowany przez prominentne dynastie baronów-rozbójników, takie jak Rockefellerowie i Carnegie. Co ciekawe, Epstein rzeczywiście przyjął Watsona w swoim domu, gdzie rozmawiali o tym, w jaki sposób „mechanizmy komórkowe roślin mogą mieć znaczenie w kontekście zachorowań na raka u ludzi”.
George Church, siwowłosy, brodaty dyrektor Harvard PGP, który zasugerował Epsteinowi „przeprojektowanie człowieka”, spędził lata studiów podyplomowych pod okiem swojego promotora, Waltera Gilberta. Na początku swojej kariery Gilbert współkierował laboratorium z Watsonem, zanim eugenik objął stanowisko dyrektora Cold Spring Harbor Laboratory. „New York Times” opisał Churcha jako „inżyniera molekularnego, który pracował nad identyfikacją genów, które można zmodyfikować, aby stworzyć lepszych ludzi”. Został on również jednoznacznie nazwany eugenikiem – ze względu na jego wysiłki w celu opracowania aplikacji randkowej opartej na genomie. W późniejszych latach swojej kariery Church był współzałożycielem dwóch różnych firm, których celem było rozszerzenie wykorzystania i udostępniania danych genetycznych.
Jedna z tych firm, Nebula Genomics, oferuje pełne sekwencjonowanie genomu użytkownikom, którzy dostarczają firmie dane genetyczne i dokumentację medyczną, obiecując zwiększoną prywatność danych dzięki technologii blockchain. Pomimo tej rzekomo lepszej ochrony, Nebula oferuje atrakcyjną zachętę dla każdego, kto jest gotów poświęcić swoją prywatność w zamian za „sponsorowany model sekwencjonowania” firmy: klienci otrzymują bezpłatny genom o jakości klinicznej, jeśli zezwolą Nebula na udostępnianie swojego zanonimizowanego DNA i innych danych partnerom farmaceutycznym. Ta cecha firmy nawiązuje do pomysłu Epsteina, który planował stworzenie wyszukiwarki ludzkiego DNA, śledzącej „genetyczne powiązania z chorobami takimi jak rak”.
Niezależnie od tego, czy Nebula rzeczywiście gwarantuje prywatność swoich użytkowników, jej platforma nadal ułatwia udostępnianie danych genetycznych i medycznych firmom farmaceutycznym. Co ważne, praktyka ta stanowi centralny element rozwoju biotechnologii, siły napędowej transhumanizmu. W istocie, biotechnologia często opiera się na udostępnianiu firmom farmaceutycznym stałego strumienia „danych ze świata rzeczywistego” (w przeciwieństwie do danych zebranych w badaniach klinicznych).
Wynika to po części z motywacji firm biotechnologicznych do przeniesienia jak największej części procesu rozwoju leków poza badania kliniczne – do czego firmy dążą, aby ominąć ciągłe przeszkody, z jakimi borykają się producenci leków biotechnologicznych, wprowadzając swoje produkty na rynek w ramach obecnego paradygmatu regulacyjnego. „Dane ze świata rzeczywistego” są również cenne, ponieważ coraz większa część biotechnologii opiera się na sztucznej inteligencji i uczeniu maszynowym, które wykorzystują dane do trenowania i udoskonalania swoich modeli.
Co więcej, powiązania Churcha z aparatem bezpieczeństwa narodowego poprzez postacie takie jak Peter Thiel i organizacje takie jak CIA, która zainwestowała w jego najnowszy projekt, firmę „odbudowującą” mamuty, Colossal Biosciences, próbującą wskrzesić mamuta włochatego, budzą jeszcze większe obawy dotyczące deklarowanej prywatności jego projektów.
Inwestycja CIA „mniej dotyczyła mamutów, a bardziej ich możliwości”, co, jak się wydaje, całkowicie ignoruje prywatność. Według The Intercept, biotechnologia Colossal „pomoże władzom USA odczytywać, zapisywać i edytować materiał genetyczny, a co ważniejsze, kontrolować globalne zjawiska biologiczne, które wpływają na „konkurencję między narodami”, jednocześnie umożliwiając Stanom Zjednoczonym współtworzenie „standardów etycznych i technologicznych” w zakresie ich wykorzystania”. Innymi słowy, technologie i dane dostarczane przez firmy takie jak Colossal pomogą agencji w tym, co w rzeczywistości uważa ona za biotechnologiczny wyścig zbrojeń. W konfliktach o tak wysoką stawkę środki ochronne, takie jak ochrona danych, mogą szybko stracić na znaczeniu.
Epstein nie wykorzystywał PGP Uniwersytetu Harvarda do poszukiwania lekarstwa na raka ani do zwycięstwa w futurystycznym wyścigu zbrojeń, lecz raczej do odpowiedzi na pytanie, czy „piękno jest w DNA”. Zainteresowanie Epsteina tym modelem, który opiera się na ciągłym gromadzeniu, udostępnianiu i analizowaniu danych pacjentów/użytkowników – co w praktyce czyni go modelem opartym na masowym nadzorze danych medycznych, który może być wykorzystywany przez organy ścigania i agencje bezpieczeństwa narodowego – pokazuje, jak te zbiory danych można przekształcać i wykorzystywać do realizacji interesów tych, którzy są na tyle potężni, by je kontrolować, a nawet do zgłębiania dziwacznych idei eugenicznych, takich jak DNA jako wyznacznik „piękna”. Kolejne, podobnie ezoteryczne pytanie, które Epstein zgłębiał wraz z Churchem i innymi naukowcami, dodatkowo podkreśla ten fakt.
Kilka miesięcy przed tym, jak Epstein zapytał George'a Churcha o genetyczne źródło piękna, rozmawiał z dyrektorem PGP, naukowcem, który jest obecnie prezesem startupu zajmującego się edukacją w dziedzinie sztucznej inteligencji i zeszłorocznym laureatem Nagrody Nobla, o innym pomyśle. Rozmawiali o czymś, co ich zdaniem „zgromadzi ekspertów z dziedziny prawa, psychologii, biologii i ekonomii”. Ten kuszący temat, który najwyraźniej zjednoczyłby szereg wybitnych osobistości z elity akademickiej, dotyczył „opisywania »sygnałów przyjemności w mózgu«, które ich zdaniem mogłyby odpowiadać głodowi, seksualności i strachowi”, lub, jak nazwał to jeden z uczestników dyskusji, „inicjatywy genomu przyjemności”.
W e-mailu do asystenta Epsteina uczestnik dodał: „Daj mi znać, jeśli ten temat jest zbyt obcy dla naszego fundatora”, na co Epstein odpowiedział: „Fundator nie zna granic”. Komentarz Epsteina był jednak jedynie mikrokosmosem dalekosiężnej, bardziej znaczącej rzeczywistości naszego paradygmatu masowej inwigilacji. Te zbiory danych, składające się z milionów punktów danych genetycznych pochodzących od ogromnej liczby osób, również „nie znają granic” w swoich potencjalnych zastosowaniach przez klasę rządzącą.
Zwycięstwo nad śmiercią
Zaledwie kilka dni po tym, jak Epstein skontaktował się ze Stephenem Kosslynem – ówczesnym kierownikiem wydziału psychologii na Uniwersytecie Harvarda – w styczniu 2006 roku, Kosslyn zaproponował „kolację z luminarzami ze świata biznesu, genomiki i regeneracji kończyn, aby omówić laboratorium zajmujące się genetyką i mózgiem, które miałoby badać „nieprawdopodobne idee, takie jak wydłużenie życia”” (podkreślenie dodane). Dla kogoś niezaznajomionego z dziwnymi obsesjami elity rządzącej, „wydłużenie życia” mogłoby brzmieć bardziej jak bełkotliwe fantazje szalonego naukowca z powieści science fiction niż rzeczywiste zjawisko. Gdyby nie miliarderzy z Big Tech i inni członkowie klasy rządzącej, mogłoby to być prawdą.
Na przykład Epstein sfinansował fundację Edge Foundation – opisywaną jako „salon spotkań naukowców i futurologów o podobnych poglądach, znany jako Reality Club” i założoną w latach 80. XX wieku – zwiększając w ten sposób swój wpływ na wpływowych naukowców i osoby zajmujące się genetyką, w szczególności tych, którzy zajmowali się mrocznymi zagadnieniami w swojej dziedzinie.
Wśród tych naukowców był Craig Venter, genetyk z siwą brodą, przenikliwymi szarymi oczami i „stalowymi jajami”, który pozostaje znaczącą postacią w annałach Projektu Poznania Ludzkiego Genomu. Co ciekawe, Venter i Church – wspomniany już dyrektor PGP na Harvardzie – wspólnie prowadzili kiedyś „Kurs Mistrzowski Edge”, wygłaszając wykłady dla wielu oligarchów i osobowości medialnych z branży Big Tech, w tym dla współzałożycieli Google, Larry’ego Page’a i Elona Muska. Oba wykłady odbywały się w luksusowym hotelu Andaz przy Sunset Boulevard w West Hollywood, tuż obok słynnego na całym świecie Comedy Store, oraz w nieprzyjemnie białym budynku SpaceX w Hawthorne.
Jego wykład koncentrował się na utopijnej przyszłości, w której ludzie połączą się z maszynami za pomocą generowanych komputerowo sekwencji genetycznych, „gdzie kod będzie mógł być dokładnie replikowany, swobodnie manipulowany i ponownie tłumaczony na żywe organizmy poprzez odwrotny zapis” – lub, prościej, poprzez edycję genów. Church przedstawił klarowne podsumowanie tej technokratycznej propozycji: „Możemy programować te komórki tak, jakby były rozszerzeniem komputera” – powiedział.
Ponad dekadę przed tym „mistrzostwem”, Venter zasłynął jako lider w walce z finansowanym ze środków publicznych Human Genome Project, konkurując z prywatnym konkurentem. Wykorzystując sekwencjonowanie całego genomu metodą shotgun i prywatny kapitał, Venter próbował przyspieszyć – jego zdaniem – powolne tempo HGP i zsekwencjonować ludzki genom szybciej niż projekt NIH. Jego wysiłki zakończyły się sukcesem: on i jego firma ostatecznie podzielili się z NIH zasługą zsekwencjonowania ludzkiego genomu.
Jednym z kolegów Ventera w Edge jest Eric Weinstein, dyrektor zarządzający Thiel Capital, firmy venture capital Petera Thiela. „New York Magazine” opisał członków Edge jako część tego, co Weinstein nazwał „intelektualną ciemną siecią”, czyli grupy, która, według magazynu, „podjęła działania mające na celu ożywienie kwestii intelektualnych – takich jak te dotyczące wrodzonych różnic między rasami lub płciami – które obecnie są uważane za co najmniej problematyczne”.
Rzeczywiście, znaczący związek Ventera z HGP, który łączy go z eugenikami takimi jak Watson, zdaje się pasować do opisu naukowców z pogranicza, którzy „na nowo otwierają” kontrowersyjne obszary badań intelektualnych. Jednak jego najnowszy i najbardziej ambitny projekt od czasu jego roli w sekwencjonowaniu ludzkiego genomu – założenie firmy o nazwie Human Longevity – łączy go z nauką mniej skupioną na ponownym etykietowaniu tematów tabu z przeszłości, a bardziej na otwieraniu puszki Pandory futurystycznych praktyk mających na celu zmianę relacji ludzkości ze śmiercią. W szczególności Human Longevity stawia sobie za cel „wykorzystanie informacji DNA zdekodowanej przez [Ventera] do znalezienia sposobu na odroczenie śmierci o lata, a nawet dekady”.
Jako znany spekulant Venter stworzył w Human Longevity program, w ramach którego pacjenci muszą zapłacić 25 000 dolarów za niezwykle szczegółowe badania, w tym badania krwi, dwa rezonanse magnetyczne, USG i tomografię komputerową serca, próbkę kału oraz „test poznawczy” przypominający ten z Blade Runnera, w którym litery migają na ekranie komputera w zawrotnym tempie.
Oprócz generowania przychodów dla firmy, te udoskonalone badania służą również jako ważne narzędzia do eksploracji danych. Jak obszernie donosił Bio IT World, Human Longevity ma na celu „zbudowanie najobszerniejszej na świecie bazy danych ludzkich genotypów i fenotypów, a następnie poddanie jej uczeniu maszynowemu w celu opracowania nowych sposobów walki z chorobami związanymi z wiekiem” – innymi słowy, zgromadzenie i zastosowanie ogromnych zbiorów intymnych danych biometrycznych. Dane te są postrzegane jako brakujące ogniwo potrzebne do „w końcu spełnienia obietnicy genomu” – która, zdaniem Ventera, obejmuje znaczące wydłużenie życia. Takiego, którym zdawał się interesować Epstein i którym nadal interesuje się Church.
Inną postacią, która obecnie podtrzymuje dziedzictwo zmarłego Jeffreya Epsteina w walce ze śmiercią, jest założyciel PayPala i Palantira, Peter Thiel. Jednym z bardziej umiarkowanych kroków, jakie Thiel podejmuje w tym celu, jest plan kriogenicznego zamrożenia swojego ciała – coś, co Epstein podobno rozważał. W podcaście Thiel powiedział Bari Weiss, nowej redaktor naczelnej CBS News: „Nie oczekuję, że to zadziała… ale myślę, że powinniśmy spróbować”. Dla Thiela kriogeniczne zamrożenie jego ciała jest raczej „deklaracją ideologiczną” niż czymkolwiek innym – pełnym pasji, ale prawdopodobnie nieistotnym aktem aktywizmu w „walce” z samą śmiercią.
Jim O'Neill, były stypendysta Thiela, pasjonujący się przeciwdziałaniem starzeniu się, został niedawno mianowany zastępcą dyrektora Departamentu Zdrowia i Opieki Społecznej (HHS). Po okresie rządów Busha, O'Neill kierował Fundacją Thiela, gdzie przyczynił się do powstania stypendium Thiela. Zanim objął prestiżowe stanowisko w administracji rządowej, O'Neill pomógł w rozwoju kariery Laurze Deming, inwestorce venture capital, przekazując jej 100 000 dolarów w ramach stypendium Thiela. Dzięki temu finansowaniu Deming założyła firmę venture capital o nazwie The Longevity Fund, która koncentruje się na inwestowaniu w wydłużanie życia i odwracanie skutków starzenia się.
Później Deming założył wraz z Alexandrem Covillem, absolwentem Stanford, który bada „biologię starzenia się”, kolejną firmę venture capital, specjalizującą się w przeciwdziałaniu starzeniu się, o nazwie „age1”. Coville opowiada się za „zmniejszeniem obciążeń regulacyjnych” w sektorze biotechnologicznym – stanowisko to podziela O’Neill, który uważa, że FDA powinna testować skuteczność leków dopiero po ich zatwierdzeniu i wprowadzeniu na rynek.
W 2019 roku O'Neill został dyrektorem generalnym Fundacji Badawczej SENS, w której zasiadał już od prawie dekady. SENS, organizacja non-profit inwestująca w startupy zajmujące się przeciwdziałaniem starzeniu się, została współzałożona przez radykalnego angielskiego geriatrę Aubreya de Greya, który podobno ma słabość do nieletnich. Grey, którego twarz przysłania broda niczym czarodziej i długi, ozdobiony kwiatami kucyk, jest nazywany „prorokiem nieśmiertelności”. Wierzy, że dzięki odpowiedniemu rozwojowi i zastosowaniu technologii ludzie mogą żyć „tysiące lat”, a szczęśliwcy nawet dłużej. Co ciekawe, pierwszym znaczącym sponsorem SENS był człowiek, który zapoczątkował karierę O'Neilla w sektorze prywatnym: Peter Thiel.
Grey nie był jedynym znanym Thielowi badaczem nieśmiertelności, który fascynował się nieletnimi; znał również Jeffreya Epsteina. W latach 2015 i 2016 Epstein zainwestował 40 milionów dolarów w dwa fundusze Valar Ventures, firmy venture capital założonej przez Thiela. Poprzedziło to inwestycję Thiela w 2018 roku w Carbyne911, firmę powiązaną z izraelskim wywiadem i Jednostką 8200, która inwazyjnie gromadzi dane od użytkowników dzwoniących na numery alarmowe, aby przewidywać przestępstwa przed ich popełnieniem. Epstein zainwestował w Carbyne trzy lata wcześniej za pośrednictwem Sum, spółki komandytowej byłego premiera Izraela Ehuda Baraka. Biorąc pod uwagę te ramy czasowe, prawdopodobne jest, że inwestycje obu mężczyzn w Carbyne, a także znaczna inwestycja Epsteina w Valar Ventures, były tematami spotkań zaplanowanych przez Epsteina i Thiela na 2014 rok.
Poza inwestycjami w firmy biotechnologiczne zajmujące się przeciwdziałaniem starzeniu się, Thiel stwierdził: „Ludzie mają wybór: zaakceptować śmierć, zaprzeczyć jej lub z nią walczyć… Myślę, że w naszym społeczeństwie dominują ludzie, którzy albo ją negują, albo ją akceptują, a ja wolę z nią walczyć”.
Thiel to nie jedyny miliarder powiązany z Epsteinem, który toczy wojnę ze śmiercią. Sergey Brin, współzałożyciel Google, który został klientem JP Morgan za pośrednictwem Epsteina w 2004 roku, a później zatrudnił Epsteina jako doradcę w funduszu powierniczym dla swoich dzieci, jest założycielem „ściśle tajnej firmy biotechnologicznej o nazwie Calico, która zajmuje się „rozwiązywaniem problemów ze śmiercią”. Według „The Standard”, Brin „nie planuje umierać”.
Założyciel Amazona, Jeff Bezos, który jadł obiad z niedawno zwolnionym Epsteinem, podobno dokonał znacznych inwestycji w startup Altos Labs, zajmujący się przeciwdziałaniem starzeniu się, który pozyskał miliardy dolarów. Altos opracowuje „technologię przeprogramowania”, która w sposób przypominający Frankensteina „może odmładzać komórki w laboratorium, co zdaniem niektórych naukowców może być wykorzystane do rewitalizacji całych organizmów zwierząt i ostatecznie do wydłużenia ludzkiego życia”.
Megasyjonista Larry Ellison, którego firma Oracle, na zlecenie CIA, nawiązała współpracę z Palantir, zainwestował ponad 300 milionów dolarów w badania nad starzeniem się organizmu. Bryan Johnson, przedsiębiorca technologiczny, który sprzedał swoją firmę Braintree (wówczas właściciela Venmo) PayPalowi, założonemu przez Thiela, i autor książki zatytułowanej Don't Die, poddaje się transfuzji krwi z osoczem swojego nastoletniego syna oraz terapii falą uderzeniową penisa w ramach dążenia do życia wiecznego.
Mark Zuckerberg, protegowany Thiela, który był blisko związany z założycielem Palantir przez niemal całą swoją karierę, przyznaje corocznie 3 miliony dolarów naukowcom zajmującym się starzeniem się organizmu w ramach Nagrody Przełomu, nagrody naukowej, której był współzałożycielem. Nagrodę Przełomu finansują również Siergiej Brin i jego była żona, Anne Wojcicki, założycielka firmy 23andMe zajmującej się gromadzeniem danych genetycznych.
Krótko mówiąc, Epstein był tylko jednym z wielu przedstawicieli elit, którzy dążyli do przesunięcia granic ludzkiego życia poprzez transhumanistyczną biotechnologię. Ten obsesyjny lęk przed śmiercią i lękliwe przywiązanie do wszystkiego, co materialne, rzucają złowieszczy cień na tych rzekomo potężnych miliarderów, którzy sprawują ogromną władzę nad amerykańską polityką. Podczas gdy opinia publiczna skłania większość ludzi do przekonania, że ci miliarderzy zdobyli swoje fortuny dzięki wyjątkowej inteligencji i nielogicznej pracowitości, ich dążenie do nieśmiertelności sugeruje coś innego: że boją się przede wszystkim rzeczywistości – nad którą nie mają kontroli.
Inkubacja dziecka
Irracjonalne pragnienie kontroli jest siłą napędową eugeniki. Zwolennicy eugeniki koncentrują się nie tylko na kontrolowaniu własnego życia, a nawet najbliższego otoczenia, ale także na ewolucyjnej przyszłości całej ludzkości. Naturalnie, osoba wyznająca taką ideologię ma tendencję do postrzegania własnych genów jako tych, które poprowadzą ludzkość ku nowym i lepszym szczytom. Jeden ze sposobów zapewnienia rozmnażania się własnych genów w populacji jest prymitywny i prosty: spłodzenie jak największej liczby dzieci z jak największą liczbą partnerów.
Według danych Bloomberga, wśród naukowców, z którymi Epstein korespondował, był Howard Gardner, psycholog rozwojowy z Harvardu i współdyrektor Good Project. W odpowiedzi na e-mail od Epsteina Gardner oświadczył, że odpowie na dwa pytania, w tym na „porady dotyczące potomstwa”.
Gardner powiedział Bloombergowi, że „pytanie o potomstwo” mogło odnosić się do „możliwości posiadania dzieci”. Biorąc pod uwagę wcześniejsze doniesienia o zainteresowaniu Epsteina ojcostwem, było to prawdopodobne.
Według The Times:
„Od początku XXI wieku pan Epstein wielokrotnie opowiadał naukowcom i przedsiębiorcom o swoich ambicjach wykorzystania swojego rancza w Nowym Meksyku jako bazy, w której kobiety byłyby inseminowane jego nasieniem i rodziłyby jego dzieci…”
Ale podobnie jak wszystkie inne aspekty zainteresowania Epsteina eugeniką, jego projekt „baby ranch” nie wynikał z jego własnych, osobliwych upodobań. Podobno oparł ten pomysł „na doniesieniach o Repozytorium Wyboru Germinalnego, które miało zostać wypełnione nasieniem laureatów Nagrody Nobla, pragnących wzmocnić pulę genów człowieka”. Nic dziwnego, że w swoim rzekomym dążeniu do „udoskonalenia ludzkiego genomu” Epstein najwyraźniej wierzył, że jego własne geny mogą utorować drogę do tej doskonałości.
Podobnie, inny miliarder związany z Epsteinem wydaje się mieć obsesyjne zainteresowanie wprowadzeniem swojego nasienia i DNA do populacji: Elon Musk, prezes Tesli i założyciel SpaceX. Musk, który mógł zatrudnić Epsteina do usług konsultingowych, gdy starał się o przejęcie Tesli, i którego brat Kimbal Musk został rzekomo przedstawiony jednej ze swoich dziewczyn przez Epsteina, według „Timesa” „oferował własne nasienie przyjaciołom i znajomym”, w tym byłemu współpracownikowi RFK Jr. i byłej żonie Siergieja Brina, Nicole Shanahan.
Podczas gdy ranczo Epsteina było nastawione na jednoczesne posiadanie wielu dzieci, Musk podobno chciał zbudować ogromny ośrodek w Austin w Teksasie, aby pomieścić swoje 11 dzieci i trzy żony. Jak obszernie donosi „The Times”, jego starania o jednoczesne posiadanie wielu dzieci z różnymi partnerami, metodami takimi jak zapłodnienie in vitro, wydawały się bardziej sporadyczne, impulsywne i mniej zorganizowane niż fantazja Epsteina o inkubatorze dla dzieci.
W przeciwieństwie do Epsteina, który podobno krytykował „wysiłki mające na celu zwalczanie głodu i zapewnienie opieki zdrowotnej ubogim” z obawy przed przeludnieniem – powszechnym wśród eugeników – Musk bardziej martwi się spadkiem wskaźników urodzeń niż przeludnieniem. Niemniej jednak Musk nadal wydaje się wierzyć, że reprodukcja pewnego typu osobowości jest ważna, ponieważ założyciel Tesli najwyraźniej „martwi się, że wykształceni ludzie nie mają wystarczającej liczby dzieci”.
„Zauważyłem, że wiele naprawdę inteligentnych kobiet nie ma dzieci albo ma tylko jedno” – powiedział. „Myślisz sobie: »Wow, to chyba niedobrze«”.
Choć podobno z różnych powodów, Musk i inny współpracownik Epsteina, miliarder i filantrop Bill Gates, sfinansowali badania nad globalnymi trendami populacyjnymi. Musk przekazał 10 milionów dolarów Uniwersytetowi Teksańskiemu na te badania. Gates, którego fundacja filantropijna zajmuje jednoznaczne stanowisko przeciwko przeludnieniu, założył Instytut Zdrowia Populacyjnego i Reprodukcyjnego Billa i Melindy Gatesów i przekazał darowizny organizacjom zajmującym się wzrostem populacji i opracowującym „rozsądną politykę publiczną poprzez promowanie wykorzystywania dokładnych danych populacyjnych i ich analizy w procesie podejmowania decyzji”. Sam Epstein zainwestował w dziedzinę związaną z badaniami populacyjnymi, przekazując 6,5 miliona dolarów Martinowi Nowakowi, uczonemu z Harvardu, który bada „Dynamikę ewolucyjną w populacjach ustrukturyzowanych”.
Gates, który po skazaniu Epsteina w 2008 roku, wspólnie z nim zainwestował w MIT Media Lab i z niewyjaśnionych przyczyn pełnił funkcję łącznika między Epsteinem a uniwersytetem, ma również inne niepokojące inwestycje i poglądy dotyczące płodności i wzrostu populacji. Należą do nich jego wysiłki na rzecz opracowania wszczepialnego środka antykoncepcyjnego, który można „włączać i wyłączać za pomocą pilota”, jego pomysł racjonowania opieki zdrowotnej w oparciu o postrzeganą wartość jednostki dla społeczeństwa oraz jego wysiłki na rzecz promowania długo działających, odwracalnych środków antykoncepcyjnych w Afryce, wspólnie z firmą, której pierwotną misją było „polepszenie biologicznego zasobu ludzkości”. Chociaż Epstein i Musk mogli się różnić co do celu badań populacyjnych, Gates i zmarły pedofil wydają się być jednomyślni w tej kwestii.
Mózg Epsteina
Na początku 2008 roku, podczas prawyborów Demokratów, gdy przyszły prezydent Obama był jeszcze senatorem z Illinois, Jeffrey Epstein kontaktował się z „wybitnymi naukowcami z różnych uniwersytetów”, aby wspierać wysiłki na rzecz „lepszego zrozumienia mózgu”.
Bloomberg doniósł, że jeden z tych badaczy, Elkhonon Goldberg, „znany neuropsycholog, wówczas pracujący na Uniwersytecie Nowojorskim”, podziękował Epsteinowi z pozornie niepokojącą czcią.
„Jesteśmy pewni, że dzięki Waszemu wsparciu nasz mózg może stać się niezwykłym projektem naukowym i z dumą nazywamy go „Mózgiem Epsteina”” – napisał Goldberg, dodając uśmiechniętą buźkę.
Jednym z badaczy „poszukiwanych” do tego projektu był Yann LeCun z Uniwersytetu Nowojorskiego, który pracuje w dziedzinie sztucznej inteligencji w Meta od 2013 roku, a obecnie jest jej głównym naukowcem ds. sztucznej inteligencji. LeCun powiedział Bloombergowi, że nigdy nie słyszał o Epsteinie przed tym spotkaniem, że Epstein nigdy nie finansował jego prac i że po „tym jednym spotkaniu” nie miał już z nim kontaktu. Niemniej jednak, związek LeCuna z „Mózgiem Epsteina” po raz kolejny dowodzi zbieżności wielkich technologii i transhumanizmu – zwłaszcza w kontekście innych projektów „mózgowych” powiązanych z wielkimi technologiami.
Na szczególną uwagę zasługuje fakt, że Facebook (obecnie Meta) – uwikłany w skandale związane z masową inwigilacją rządową – zatrudnił w 2016 roku Reginę Dugan, pierwszą kobietę na stanowisku dyrektora Agencji Zaawansowanych Projektów Badawczych w Obronie Pentagonu (DARPA) i byłą dyrektor Google, na stanowisko szefa zespołu badawczo-rozwojowego „Budynek 8”. W trakcie swojego krótkiego istnienia, Budynek 8 starał się dostarczać „przełomowe rozwiązania na miarę DARPA” dla produktów Facebooka.
Warto zauważyć, że Dugan uzyskała prestiżową pozycję lidera w DARPA dzięki nominacji prezydenta Baracka Obamy w 2009 roku. Lata później, pod kierownictwem Dugan, Budynek 8 pracował nad opracowaniem technologii interfejsu mózg-komputer, która umożliwiłaby ludziom „wysyłanie wiadomości tekstowych za pomocą myśli – z szybkością 100 słów na minutę”. Wykorzystując „technologię optyczną”, innowacyjne produkty miały umożliwić Facebookowi „czytanie w myślach”.
Dugan promowała projekt, zadając pytanie: „A co, gdybyś mógł pisać bezpośrednio z poziomu mózgu? ... Brzmi to niemożliwie, ale jest bliżej, niż myślisz”. Niestety dla Facebooka i pełnych nadziei optymistów technologicznych, projekt upadł.
Nie był to jednak ostatni raz, kiedy Dugan zajmowała się technologią mózgu. Z Facebooka przeszła do Wellcome Leap na stanowisko CEO – inicjatywy, która wyrosła z Wellcome Trust, organizacji filantropijnej powiązanej z branżą farmaceutyczną, koncentrującej się na finansowaniu badań biomedycznych i mającej niepokojące powiązania z Brytyjskim Towarzystwem Eugenicznym. Podobnie jak Building 8, Wellcome Leap przyjął model innowacji DARPA, co znajduje odzwierciedlenie w przywództwie Dugan.
Jeden z projektów, które Dugan uruchomiła w Wellcome Leap, nosi nazwę „Pierwsze 1000 dni (1 kD)” i koncentruje się na „promowaniu zdrowych sieci neuronowych”. Wykorzystując technologię noszoną, program ma na celu ciągłe monitorowanie dzieci w ciągu pierwszych trzech lat ich życia i zbieranie danych w celu cyfrowego wyodrębnienia „znaczących sygnałów” z mózgów niemowląt. Sygnały te są następnie przetwarzane przez algorytmy sztucznej inteligencji (AI) w celu oceny „rozwoju mózgu” w „rzeczywistym świecie”. Algorytmy te z kolei generują różnorodne „skalowalne metody”, w tym „interwencje terapeutyczne” mające na celu poprawę „funkcji wykonawczych” dziecka.
Program zatem „promuje” te „zdrowe” sieci mózgowe w celach, które są bardziej otwarcie eugeniczne niż nieudane marzenie Facebooka o typowaniu mózgu. 1kD zakłada, że istnieje naukowy model mózgu, który prowadzi do zwiększonych zdolności poznawczych — model, do którego narządy umysłowe małych dzieci powinny zostać dostosowane poprzez „interwencje” i masową inwigilację. Jakby tego było mało, 1kD ma również na celu stworzenie modelu in silico ludzkiego mózgu, wygenerowanego z ogromnych ilości danych zebranych przez urządzenia noszone. Program postrzega ten model jako „predykcyjny” — zdolny do mapowania prawdopodobnego rozwoju mózgu na podstawie różnych zmiennych. Jednak ta strategia, która ma na celu mapowanie, przewidywanie, a następnie sterowanie rozwojem mózgu dziecka w kierunku większych zdolności poznawczych, opiera się na idei idealnego modelu — rzekomo naukowej, opartej na danych, lepszej wersji ludzkiego mózgu.
Choć projekt „Epstein Brain” pozostaje owiany tajemnicą, wydaje się, że w środowisku technologicznym, z którym Epstein był tak blisko związany, istnieje wiara w naukową wyższość człowieka. W paradygmacie innowacji i masowej inwigilacji, ustanowionym przez władców Big Tech, ideał człowieka powstaje poprzez ekstrakcję cech ludzkich za pomocą urządzeń do eksploracji danych – urządzeń zdolnych do analizy swoich obiektów i reorganizacji ich zgodnie ze standardami in silico opracowanymi przez naukowców i ich oligarchicznych patronów.
Tymczasem Epstein miał bardziej bezpośrednie plany dotyczące prawdziwego „mózgu Epsteina” – swojego dosłownego mózgu. Podobno chciał go kriokonserwować, zamrozić po swojej śmierci, a następnie ożywić wraz z penisem. Epstein prawdopodobnie chciał to zrobić z egoistycznych pobudek: dzięki dobrze zachowanemu mózgowi i genitaliom mógł powrócić do świata materialnego, z którego śmierć uwalnia ludzi, a następnie, lata po swojej śmierci, ponownie przytwierdzić swoje najcenniejsze dobra do nowego ciała. Ale być może chciał to zrobić również z szlachetniejszych powodów – dać ludzkości idealne „modele”, które można by badać, replikować i wykorzystywać jako punkt odniesienia do tworzenia gorszych mózgów i penisów. Jakiekolwiek były jego intencje, prawdopodobnie umarły one wraz z nim w 2019 roku. Jednak koncepcje i ideologie, które je ukształtowały, wciąż żyją.
Cold Harbor – rozbierz się i sprzedaj części
Choć wielu Amerykanów prawdopodobnie nie zdaje sobie sprawy z istnienia Cold Spring Harbor Laboratory i jego Eugenics Records Office, jednym z najbardziej uznanych seriali telewizyjnych 2025 roku był drugi sezon serialu Bena Stillera „Severance”. W serialu bohaterowie odkrywają tajny program o nazwie Cold Harbor, prowadzony przez Lumin, dominującą korporację w serialu. Złowrodzy naukowcy przeprowadzający operację wywołują u niczego niepodejrzewającego osobnika rozdwojenie jaźni, który jest izolowany od społeczeństwa. Osoby te nie są w stanie rozpoznać się ani pamiętać.
Choć program Lumin's Cold Harbor najbardziej przypomina tajny program CIA, masowych tortur i kontroli umysłu, MKULTRA, z czasów zimnej wojny, to wpisuje się on również w filozofię leżącą u podstaw eugeniki: przekonanie, że ludzi nie można postrzegać jako całości, lecz raczej jako mierzalne i podatne na manipulację części, które, przy odpowiedniej staranności i precyzji, można wyodrębnić, zbadać, zmodyfikować i wykorzystać do osiągnięcia lepszych rezultatów. Patrząc wstecz na eugenikę z początku XX wieku, zanim biotechnologia stała się masową produkcją dużych koncernów farmaceutycznych, przekonanie to było głęboko zakorzenione w tej dziedzinie. Eugenicy wierzyli, że poprzez odpowiednie kształtowanie społeczeństwa, przywódcy mogą rozprzestrzeniać „pożądane” cechy i eliminować z istnienia te „niepożądane”.
Wraz z transhumanizmem, który stał się możliwy dzięki biotechnologii uzależnionej od masowej inwigilacji, idea mierzalnego, podzielonego człowieka staje się jeszcze bardziej oczywista. Transhumanizm charakteryzuje się niemal religijnym szacunkiem dla danych – ponieważ w umysłach transhumanistów to właśnie dane ekstrapolują podzielone części ludzkości do formy, którą można zastosować i manipulować.
Z tego powodu wielkie firmy technologiczne stały się narzędziem budowy infrastruktury transhumanistycznej. Wielu z tych oligarchów wielkich firm technologicznych ostatecznie wierzy w osobliwość technologiczną, dystopijną przyszłość, w której rozwój technologiczny przewyższy ludzką inteligencję do tego stopnia, że zagrozi samej ludzkości. Dla tych technokratów rozwiązaniem tej rzekomej nieuchronności jest połączenie ludzkości ze sztuczną inteligencją – innymi słowy, stworzenie rasy panów, udoskonalonej dzięki technologii opartej na dekadach pozyskiwania niezliczonych punktów danych od nieopłacanych niewolników. Co ważne, jak zauważyła Whitney Webb w swojej analizie książki Henry'ego Kissingera i Erica Schmidta The Age of AI, ta rasa panów nie będzie składać się z samych ludzi, lecz z nielicznych wybranych na szczycie nowego, dwupoziomowego systemu.
„W nadchodzącym społeczeństwie, ukształtowanym przez „rewolucję” sztucznej inteligencji, Kissinger i Schmidt otwarcie wskazują na istnienie dwóch warstw społecznych. Jedna warstwa odczuje skutki sztucznej inteligencji jako „wzmacniające”; warstwa ta będzie składać się głównie z „osób, które rozwijają, szkolą, wdrażają i regulują [sztuczną inteligencję]”, a także „decydentów politycznych i liderów biznesu, którzy mają doradców technicznych”. Druga warstwa może czasami uznać nadchodzące społeczeństwo oparte na sztucznej inteligencji za „satysfakcjonujące”, ale jednocześnie odczuje jego skutki jako „niepokojące lub pozbawiające poczucia sprawczości.
Ta [niższa] warstwa będzie składać się z „osób, którym brakuje wiedzy technicznej lub które uczestniczą w procesach napędzanych przez sztuczną inteligencję przede wszystkim jako konsumenci”, czyli zdecydowanej większości ludzi”.
W swojej drugiej książce, zatytułowanej Genesis: Artificial Intelligence, Hope, and the Human Spirit, autorzy formułują kolejną prognozę, która rzuca światło na to, jak wyłoni się to dwupoziomowe społeczeństwo: poprzez transhumanizm. Przewidują oni przyszłość, w której wszyscy ludzie muszą połączyć się z maszynami i stać się Homo technicus. W przeciwieństwie do wcześniejszych przemian w obrębie gatunku Homo, dobór naturalny nie doprowadziłby ludzkości ku przyszłości Homo technicus. Zamiast tego, mistrzowie nowoczesnej technologii zaaranżowaliby celową, wymuszoną ewolucję Homo sapiens, przeprowadzaną w imię oporu przeciwko rzekomo nieuniknionej dominacji sztucznej inteligencji nad ludzkością.
Epstein niemal na pewno wierzył w tę rzeczywistość i to prawdopodobnie jeden z powodów, dla których, według Bloomberga , zapytał informatyka o „projekt sztucznej inteligencji na Manhattanie”. Rzeczywiście, według dokumentów sądowych Wysp Dziewiczych Stanów Zjednoczonych, głównym celem startupu Epsteina, Southern Trust, było „stać się odnoszącym sukcesy konkurentem w dziedzinie sztucznej inteligencji, koncentrując się na algorytmach i technologii informatyki biomedycznej oraz informatyki finansowej”. Aby to osiągnąć, firma „skupiła się na gromadzeniu danych oraz lokalizacji i tworzeniu kompleksowych, obejmujących wszystkie aspekty baz danych informacji biomedycznych i finansowych na serwerach zlokalizowanych na Wyspach Dziewiczych Stanów Zjednoczonych”.
Obecnie wysiłki Epsteina na rzecz agregacji danych są kontynuowane pośmiertnie, głównie przez Sama Altmana z OpenAI i Larry'ego Ellisona z Oracle. Obaj realizują projekt „Stargate” – tworzenie wielu centrów danych, które przetwarzają punkty danych rozproszone po Internecie i integrują je w modele sztucznej inteligencji, zapewniające zysk i kontrolę ich właścicielom, a jak zauważył Webb, czasami „satysfakcję” dla wszystkich innych.
Ostatecznie jest to kluczowy element kontekstu relacji Epsteina z elitami akademickimi i królami Doliny Krzemowej. Dlatego Peter Thiel wahał się, gdy dziennikarz Russ Douthat zapytał go, czy wolałby, aby ludzkość trwała, i potrzebował aż dwudziestu sekund, aby odpowiedzieć: „Tak, wolałbym”.
Słowa Thiela, wypowiedziane po jego nieśmiałym zapewnieniu Douthata, spotkały się z mniejszą dyskusją. „Chciałbym również, abyśmy radykalnie rozwiązali te problemy”. Kontynuował: „Idealną formą transhumanizmu była ta radykalna transformacja, w której naturalne ludzkie ciało przekształca się w ciało nieśmiertelne. Krytykuje się, powiedzmy… transwestytów [jako] ludzi, którzy zmieniają ubrania i przebierają się za płeć przeciwną, a transseksualistów to osoby, które… zamieniają penisa w waginę… ale my chcemy czegoś więcej… chcemy czegoś więcej niż przebierania się za kobietę czy zmiany narządów płciowych” (podkreślenie dodane).
Całkowita przemiana, którą wyobraża sobie Thiel, ma charakter duchowy: „Transhumanizm oznacza jedynie zmianę ciała. Ale musisz również przekształcić swoją duszę i całego siebie”.
Niesamowite, że Thiel może mieć rację – tylko nie w taki sposób, w jaki myśli. Jeśli transhumanizm jest jedynie krokiem w kierunku „przemiany” ludzkiego umysłu, to ta przemiana nie doprowadzi do niczego więcej niż materialnego postrzegania rzeczywistości, do którego ludzie są w dużej mierze ograniczeni. Zamiast tego, pełne przyjęcie transhumanizmu zwiąże duszę z tymi samymi podziałami, w które rasistowscy eugenicy, algorytmy sztucznej inteligencji i elitarni oligarchowie ją rozdzierają. Wciągnie „duszę”, czy cokolwiek uważa się za duchowe, święte czy eteryczne, całkowicie w świat materialny.
W miarę jak budowa technokratycznej infrastruktury mającej na celu stworzenie takiego systemu przyspiesza z dnia na dzień, los społeczeństwa — a może nawet ludzkości — zależy od jednego z dwóch losów: czy struktury transhumanizmu będą w stanie prawdziwie związać duszę ze światem materialnym, czy też w każdym z nas kryje się iskra czegoś większego, czegoś nieusuwalnego, czegoś, czego wszystkowidzące instrumenty nadzorujące Wielkiej Technologii nie są w stanie zmierzyć, przewidzieć ani kontrolować.
Możemy się domyślić, po której stronie stanąłby Jeffrey Epstein w tej debacie.
Max Jones
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1492
Oh, East is East and West is West and never the Twain shall meet *
Rudyard Kipling
Motto tego materiału jest esencją imperialnego stosunku nie tylko Brytyjczyków - modelowych kolonizatorów globu w XIX wieku - do nie zachodnich Europejczyków. Paternalizm i poczucie misji, którą ci Europejczycy nieśli przez wieki pozaeuropejskiemu, niezachodniemu światu w tej wypowiedzi nabiera swoistego wydźwięku. To niespotkanie, przy założeniu, iż my jesteśmy tymi lepszymi, bardziej cywilizowanymi i mamy misję naprawy tego świata (obojętnie od Boga, demokracji czy rozumu) jest clou prezentowanych zagadnień i odpowiada na pytanie: czy warto być Europejczykiem? A jeżeli tak – to jakim?
Alternatywą, patrząc na złożoność dzisiejszej rzeczywistości, jest tylko porzucenie europocentrycznego systemu symboli, kultów, narracji i uzasadnień. Co trzeba zaproponować, aby znów terminy Europa, Europejczyk ponownie zaświeciły przyjaznym, zachęcającym, (ale nie tylko w formie złudnie materialnego blichtru) blaskiem?
Degradacja środowiska naturalnego i problemy, jakie w związku z tym stają przed ludzkością winny wymusić już nie tyle ponadnarodowe, pozakontynentalne i ponadkulturowe myślenie i działanie, co globalne, ogólnoludzkie. Partie „zielonych” zdobywające coraz szerszą popularność na Zachodzie idą w dobrym kierunku. Z tym się wiąże oczywiście sprawiedliwy, braterski podział dóbr oraz odrzucenie neoliberalnych dogmatów.
Europejczycy winni wziąć na siebie odpowiedzialność za źródła własnego, współcześnie istniejącego (jeszcze) dobrobytu. Dobrobytu, który powstał m.in. w wyniku kolonialnych i imperialnych działań. Polski przekaz środowisk „zielonych” czy demoliberalnych, zarażonych jak większość polskiego mainstreamu ideologią neoliberalną i kultem rynku, nie wyartykułował jeszcze zasadniczych punktów swej doktryny, które by mówiły o sprzeczności rynku i ochrony naturalnych zasobów Ziemi. Zysk, jakim kierują się wszyscy gracze rynkowi, na zasadzie dobrej woli i charytatywności, sam z siebie, pod wpływem perswazji i spektakularnych akcji nie zniknie, ani się sam nie ograniczy. Byłoby to zaprzeczeniem istoty rynku i idei homo oeconomicus.
Pojęciem wartym odkurzenia jest internacjonalizm, któremu po upadku socjalizmu w Europie Środkowo-Wschodniej trzeba przywrócić należne miejsce w przekazie publicznym. Było ono zawłaszczone dawniej przez propagandę i zmanipulowane, choć niosło zawsze (i niesie nadal) niezwykle wzniosły i humanistyczny przekaz.
Dla lewicy winno to być priorytetem, gdyż internacjonalizm - tak jak np. antymilitaryzm, humanizm czy socjalizm - to jej rudymenty doktrynalne. Dopiero po tych wartościach winne stać elementy utożsamiane z liberalizmem (klasycznie rozumianym). Dla ruchów ekologicznych – z innych, nie ideowych, względów – także.
Priorytet człowieczeństwa
Mówmy więc o byciu przede wszystkim człowiekiem. I na tym się koncentrujmy. Bo to jest dziś zarówno wymóg, jak i intelektualne wyzwanie. Bodajże czy nie najważniejsze dla nas od chwili, kiedy eliminując jako homo sapiens erectus kilkadziesiąt tysięcy lat temu inne podgatunki hominidów (neandertalczyków, denisowian, homo floresiensis itd.) zostaliśmy samodzielnymi władcami Ziemi.
Warto przywołać fragment wykładu Bertranda Russella niedługo po tragedii w Hiroszimie i Nagasaki (co prawda dotyczy to rozbrojenia, ale wydźwięk tych słów jest uniwersalny i niezwykle aktualny): „Zwracamy się do was jako ludzie do ludzi. Pamiętajcie o swoim człowieczeństwie i zapomnijcie o wszystkim innym. Jeśli zdołacie, otworzycie drogę ku nowemu społeczeństwu. Jeśli wam się to nie uda, staniecie wobec ryzyka powszechnej zagłady”. Czyli – internacjonalizm wolny od jakiejkolwiek państwowości, bądź systemu hegemonii, socjalizm – jako praktyka funkcjonowania populacji naszego gatunku i świata oraz humanizm – jako wielowymiarowa, agnostyczna (najszerzej pojmowana, nie wartościowana) wiara w człowieka.
Zatem po pierwsze – rezygnacja z zachodnio-europocentryzmu, po drugie – porzucenie imperializmu i militaryzmu, po trzecie – Eurazja, a nie sojusz euroatlantycki oraz po czwarte - wyzbycie się narodowo-rasistowskiego kulturowego paternalizmu. Drogą dla Europy i świata jest internacjonalizm - tak twierdzi (podobnie jak Russell 75 lat temu) prof. Bruno Drwęski z Sorbony.
Siła Eurazji
Tylko Eurazja jest alternatywą na rodzące się bolączki świata i Europy. Bolączki podszyte nacjonalizmami i szowinizmem, które kilka razy w dziejach Starego Kontynentu wydały niezwykle gorzkie owoce. Stara Europa ze swymi mikronacjonalizmami, granicami co chwila i co kilometr, musi swe miazmaty rodem z XIX wieku rozpuścić, wywłaszczyć z mocy sprawczej. Ogrom Eurazji temu sprzyja. Bo dotyczy to nie tylko gospodarki, ale jest to wizja również i cywilizacyjno-kulturowa, społeczna, ogólnoludzka. Gdyż „ostatnie 200 lat dominacji Zachodu było swego rodzaju historycznym wyjątkiem. Począwszy od 1 aż do 1829 r. n.e. dwiema największymi gospodarkami na świecie były nieustannie Chiny i tereny dzisiejszych Indii” (Kishore Muhbubani, Znak 3/364/2009). To w Azji, nad Pacyfikiem i Oceanem Indyjskim leży przyszłość świata.
Funkcjonowanie Zachodu od ponad 900 lat, kiedy to pierwsza krucjata krzyżowa wyruszyła do Jerozolimy, musi przestać opierać się o to, co eurouniwersalistyczne (to błędne mniemanie, iż co jest dobre dla Zachodniej Europy jest automatycznie dobre dla świata), ale i intencjonalne. W idei krucjatowej podniósł to na Synodzie w Clermont-Ferrand (1098) papież Urban II: „Zachód musi wyruszyć, aby obronić Wschód. Wszyscy powinni iść, bogaci i ubodzy. Frankowie muszą zakończyć bratobójcze wojny i sprzeczki. Niech walczą, lecz przeciwko niewiernym w słusznej sprawie”.
Ta obrona, może i potrzebna, zamieniła się z jednej strony w nawracanie (bo ludzie różnych denominacji wschodnio-chrześcijańskich podlegali takim samym prześladowaniom przez krzyżowców jak Żydzi i muzułmanie), a z drugiej - w otwartą wrogość. IV krucjata z 1204 roku, zdobycie i splądrowanie przez zachodnich krzyżowców Konstantynopola, grabież i zniszczenia, jakim poddano to cesarskie, jedno z największych i najwspanialszych miast ówczesnego świata pozostała na wieki w świadomości wyznawców prawosławia.
Jeszcze w 2001 roku przed planowaną (i odbytą w końcu) pielgrzymką Jana Pawła II do Grecji zgromadzenie mnichów z Góry Athos sprzeciwiało się wizycie papieża, argumentując swój sąd brakiem pokajania się Watykanu i prośby o przebaczenie za ową nieszczęsną krucjatę.
Zdobywając w 1453 r. Konstantynopol, Turcy osmańscy nie dokonali takich zniszczeń i profanacji, gwałtów i grabieży jak 350 lat wcześniej zachodni chrześcijanie. I to jest zadra w umysłach i duszach wyznawców wschodniego chrześcijaństwa, która po dziś dzień tkwi niczym drzazga głęboko w ich świadomości. Często już bez konkretnej materializacji i racjonalnego uświadomienia.
Można tę traumę jaką pozostawiły w świadomości prawosławia upadek i splądrowanie Konstantynopola przez zachodnio-europejskich krzyżowców w 1204 roku porównać do efektów - politycznych, społecznych, psychologicznych, medialnych etc. - ataku al-Kaidy na WTC w Nowym Jorku 11.09.2001.
Nasuwają się automatycznie również obrazy z drugiej inwazji na Irak (2003 r.) koalicji państw Zachodu, w której niechlubną rolę odgrywał mój kraj, gdzie obecność żołnierzy międzynarodowej koalicji poważnie przyczyniła się do zniszczenia pozostałości starożytnego Babilonu w Iraku; został on rozjeżdżony ciężkim sprzętem i przekopany rowami dla celów militarnych (jak informował raport UNESCO).
Leżący ok. 90 km na południe od Bagdadu Babilon, znany z wiszących ogrodów - jednego z siedmiu cudów starożytnego świata - w latach 2003-2004 służył wojskom koalicji jako obóz „Babilon”. W 2005 r. specjaliści z British Museum porównali tę lokalizację do zbudowania bazy wojskowej koło piramidy Cheopsa lub megalitów w Stonehenge. Ciężki sprzęt rozjeżdżający święte ścieżki, buldożery ścinające szczyty wzgórz i kopiące rowy na terenie jednego z siedmiu cudów świata - to obraz wyłaniający się z raportu opisującego działania żołnierzy koalicji.
Owa tradycja europocentryczna zawiera się dziś nie w demokracji, wolności, prawach człowieka, osiągnięciach określonego poziomu życia (choć to dziś jak widać pozory i iluzja), które to wartości zachodnia cywilizacja i kultura ma do zaproponowania światu, ale w końcowej sentencji wiersza Cypriana K. Norwida pt. „W Weronie”:
Nad Capulettich i Montekich domem
Spłukane deszczem, poruszone gromem,
łagodne oko błękitu.
Patrzy na gruzy nieprzyjaznych grodów,
Na rozwalone bramy do ogrodów -
I gwiazdę zrzuca ze szczytu;
Cyprysy mówią, że to dla Julietty,
Źe dla Romea - ta łza znad planety
Spada i groby przecieka;
A ludzie mówią, i mówią uczenie,
Że to nie łzy są, ale że kamienie,
I - że nikt na nie nie czeka!
Należy zacząć od siebie
Ucieczkę od historii Europy i jej zapominanych niecnotliwych dziejów postuluje wielu myślicieli i refleksyjnie podchodzących do życia. Bo to kula u nogi uniwersalizmu, praw człowieka, demokracji i wolności (które chce się szerzyć). Ucieczkę w różny sposób. Np. Jean Baudrilard w Rozmowach przed końcem wprost pisze o niej jako metafizycznej ewakuacji, „daleko od jej nostalgicznej kultury i historii. Uciec aż na krańce, gdzie nasza historia byłaby zarazem unieważniona i poddana multiplikacji” . Bo oryginalność i przyszłość są poza Europą.
Gdy francuski filozof pisze o przyczynach upadku Europy, jej degeneracji i starczemu uwiądowi, obarcza tym inteligencję, komentatorów, tzw. mainstream, elitę.
I to drąży wszystkie bez wyjątku kraje należące (lub chcące należeć) do tej kultury. Z jednej strony zapomnienie o swej historii, jej ciemnych i mrocznych zakamarkach, przyczynach światowej biedy i wykluczenia, ludobójstw, eksterminacji, eksploatacji innych kultur i cywilizacji, z których zrodziły się współczesny dobrobyt i (pozorne) bezpieczeństwo Europejczyków, a z drugiej – mentorskie, moralizatorskie, okraszone cywilizacyjną wyższością i neokolonialnym mniemaniem o swej uniwersalności.
Bo ta „elita, przynajmniej w swoim autorskim wizerunku, chce być postrzegana jako ruchliwa i zaczarowana. To zaczarowanie jest delikatne: bije, ale nie uderza - w interesach, w polityce czy w informatyce. Wszędzie widać ten nieznośnie lekki skalpel” (J. Baudrilard, Ameryka).
I to jest też jeden z elementów tej degeneracji: hipokryzja w świetle jednoczesnego pouczania ex cathedra o wartościach. Czeski intelektualista Vaclav Belohradsky, wykładowca Uniwersytetu w Pradze, mówi wprost o erze ubóstwienia własnego głosu (co prawda, parafraza ta odniesiona była do sytuacji istniejącej w Ameryce rządzonej przez Georga Busha jr., ale oddaje ona zasadniczo esencję tego „zasłuchania się w siebie”).
Europa, budująca po 1945 r. swą pozycję z jednej strony na liberalnych i demokratycznych wartościach, a z drugiej na przekonaniu o swojej wyjątkowości, światłości i otwartości (popierając często w historii owe przekonanie siłą militarną), musi więc en bloc odrzucić kulturowo-cywilizacyjny imperializm. Bo ta hegemonia się do tego sprowadza. I należy zacząć stosować się do myśli tak admirowanych guru europejskiej, zachodniej, łacińsko-atlantyckiej cywilizacji: Sokratesa, który prawie 2 500 lat temu zauważył, iż należy zacząć od siebie oraz Immanuela Kanta, który ponad 300 lat temu stwierdził: „postępuj zawsze tak wobec drugiego człowieka, jakbyś chciał być w takiej sytuacji potraktowany”.
Polski głos w tej sprawie też jest ważny, choć oczywiście musi on zabrzmieć jak dzwoneczek z półperyferii czy (dziś) półkolonii (technologicznej, intelektualnej, ideowej etc.). O polskim zachwycie – elitarnym – nad wstąpieniem III RP do Unii Europejskiej, któremu towarzyszyły irracjonalne i idealistyczne (pobrzękujące po dziś dzień w mainstreamie demoliberalnym mrzonki) mówi znany komentator i publicysta Jacek Rakowiecki.
W rozmowie z Grzegorzem Rzeczkowskim potwierdza nie tylko kłamstwa i oszustwa dokonywane permanentnie przez elity rządzące Polską formalnie i niepodzielnie od ponad dwóch dekad, ale dodaje jeszcze własne spostrzeżenie w tej materii: „byliśmy idiotami!”. A dalej: „Kompletnie nie rozumieliśmy kapitalizmu. Naiwnie uważaliśmy, że to jest system, który właściwie gwarantuje wolność, równość, no może z braterstwem ma najmniej wspólnego, ale z tym braterstwem to damy radę, bo sobie dorobimy je na boku. A okazało się, że to guzik prawda, że ten system nie gwarantuje ani wolności, ani równości, że jest to, przynajmniej w wydaniu, z którym już mieliśmy do czynienia, system dla uprzywilejowanych, a nie dla wszystkich. Pewnie, co gorsza, wydawało nam się przez pewien czas, że to my jesteśmy uprzywilejowani. „I to jak najbardziej słusznie!” – myśleliśmy. Bo przecież zasłużyliśmy na to swoimi osiągnięciami, stanowimy bardzo ważny element systemu demokratycznego” (p. Krytyka Polityczna, 5.02.2016).
Demoliberałowie i sekundujący im bałwochwalczo mainstream irracjonalnie, iluminacyjnie, z wrodzonym Polakom chciejstwem sądziły, iż sam ten akt zmienia wszystko. Brak autokrytycyzmu, zadufanie, pewność siebie i megalomania – na co zwraca w rzeczonym wywiadzie Rakowiecki – położyły kamienie milowe pod społeczny przechył sympatii w kierunku autokracji. Zresztą – takie procesy, takie tendencje obserwuje się także od dawna w całej kulturze i polityce Zachodu.
Prostacka ideologia
Powolną degrengoladę demokracji i kultury Zachodu po upadku muru berlińskiego i poczucia się z tej racji absolutnym hegemonem na świecie doskonale definiuje termin demokratologia. Głównie to widać w polityce i stosunkach USA ze światem, ale Europa zmajoryzowana z jednej strony przez kulturę neoliberalną płynącą z Ameryki, a z drugiej strony – pozostająca pod przemożnym wpływem Wuja Sama z racji mikrych zasobów militarnych, powróciła również do praktyk z epoki kolonialnej (Niemcy w byłej Jugosławii, Francja w Libii i Afryce Subsaharyjskiej, a dalej: Syria, Irak czy Afganistan).
Filozof, prof. Adam Karpiński, konstruując pojęcie demokratologii (opisujące również aktualny stosunek popkultury i mediów elektronicznych do kultury w ogóle) zauważa, że „Francis Fukuyama ogłaszając koniec historii, wyraził tylko stanowisko zajmowane przez darwinistów społecznych, które uznaje, iż treści demokracji wypracowane przez społeczeństwo amerykańskie są już ostateczne”.
Społeczeństwo amerykańskie rozpoznało już treści demokracji i wystarczająco je urzeczywistniło. Teraz nastał czas wdrażania demokracji przez inne narody i społeczeństwa. „Dlatego demokratologia stała się prostacką ideologią przybraną w szaty nowoczesności udekorowanej elementami kultury ponowoczesnej” (A. Karpiński, Wschód – Zachód. Płaszczyzny integracji).
Religioznawca prof. Zbigniew Stachowski zauważył, że w świetle ataku na WTC 11.09.2001 weryfikacji i falsyfikacji uległy podstawowe wartości i schematy przypisywane kulturze Zachodu. Nie sposób jest nadal zachowywać się w sposób hegemonistyczny i optymistyczno-pretensjonalny, przy świadomości multikulturowej istoty naszego świata, w zgodzie z podstawowymi prawdami (dotąd głoszonymi właśnie przez prominentnych reprezentantów formacji cywilizacyjno-kulturowej Zachodu) dotyczącymi wolności, demokracji i swobody człowieka do samorealizacji. „Chyba, że w sposób bezwarunkowy uznamy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość - a więc te idee, które tę kulturę wytworzyły - zwłaszcza wówczas, gdy wartości te i wzory zechciano by urzeczywistniać w innych realiach kulturowych, lecz bez naszej akceptacji” (Z. Stachowski, Dyktat, protest i integracja w kulturze). Nie wyciągnięto jednak z tego dramatycznego faktu – zburzenia wież WTC – żadnych sensownych wniosków. Zadziałano w stylu „polityki kanonierek”. Bo tym jest tzw. wojna z terroryzmem.
Niczym Talmud
System demokratyczny stał się więc talmudycznie traktowaną wartością samą w sobie, bez możliwości ewolucji i zmieniających go procesów społecznych zależnych od czasu, przestrzeni, warunków lokalnych, kultury czy cywilizacyjnych doświadczeń poszczególnych wspólnot. Jego technokratyzacja i neoliberalizacja pogłębiają jedynie ten uwiąd i degenerację. Zwłaszcza, jeśli chodzi o pozaeuroatlantyckie spojrzenia i doświadczenia kultur, ludów, państw kolonizowanych i eksterminowanych. A wraz z wycofywaniem się europejskich zbiorowości, społeczeństw „do swego wnętrza”, wraz z zamykaniem się w sobie, wraz z przekonaniem, iż to co stworzyliśmy i tworzymy jest wzorem - następuje intelektualna degeneracja, rośnie oportunizm, nihilizm i cynizm. Stabilizacja – nie jako niechęć do chaosu co jest stanem naturalnym – staje się „dojutrkowością”, trwaniem, odcinaniem kuponów od dotychczasowego dorobku i bogactwa. I patrzeniem z wyższością na tych którym się nie powiodło, którym się nie wiedzie.
Siła kapitału
W wyniku eksplozji neokonserwatyzmu i neoliberalizmu, wzmaganych leseferyzmem ekonomicznym warstw, którym się powiodło lepiej niż innym członkom społeczeństw Zachodu oraz indywidualizmem, będącym hybrydą powszechnej potrzeby wolności, odżywać począł stary wiktoriański podział (odzwierciedlający stratyfikację społeczno-mentalną) na godnych szacunku pracowników, posiadaczy kapitału, przedsiębiorców i niegodnych szacunku biedaków, którym się nie poszczęściło tylko z ich winy. Ten kolonialny obraz społeczeństwa powrócił do polityki wewnętrznej krajów Zachodu jak i międzynarodowej. To żałosna sytuacja, w jakiej znalazły się miliardy ludzi po tylu tłustych, wspaniałych (wydawałoby się) latach światowego boomu.
System, który stoi za kulturą Zachodu i jej wartościami niesionymi w dzisiejszy świat to neoliberalny kapitalizm. A rynek będący podstawą tego systemu ma to do siebie, że aby żył i miał sens musi kolonizować, eksploatować, wyzyskiwać, podbijać. Bo zysk, naczelny kanon wszelkiej przedsiębiorczości i rynku, tak mu nakazuje. Kapitał kolonizuje także umysły. Zwłaszcza mające mu służyć i pomnażać jego zasoby.
„Służba kapitałowi polega na jednoznacznie określonym działaniu. Jego właściciel musi postępować tak, jak sobie życzy kapitał. Innego wyjścia nie ma. Kapitał wymaga oszczędzania – właściciel jest więc człowiekiem oszczędnym; wymaga zabójstwa – ktoś jest zabijany itd. Kapitał decyduje o postępowaniu ludzi rzekomo nim władających; jest recenzentem tekstów naukowych, literackich i prasowych; jest krytykiem dzieł sztuki, spektakli teatralnych oraz wystaw artystycznych; kapitał przez swych funkcjonariuszy religijnych głosi kazania z ambon, reformuje istniejące i tworzy nowe doktryny; jest wreszcie promotorem mężów stanu – polityków, którzy udają, że są wolni w swoim zbawczym dziele. Chcąc ów mit zrozumieć, chcąc wyzwolić się z tej kultury, trzeba wcześniej przezwyciężyć stan produkcji, który ją produkuje” (A. Karpiński, Filozofia podmiotowości. Problemy i metody).
I znów wypada się odwołać do Immanuela Kanta, tak szanowanego w dorobku myśli zachodnioeuropejskiej filozofa, wielokrotnie przywoływanego podczas różnych konwentykli, zebrań czy naukowych konferencji. Choć ta werbalność nie ma nic wspólnego z refleksją i przykładem, jaki niosą słowa królewieckiego myśliciela: „Nikt nie może mnie zmusić, abym był szczęśliwym na jego sposób”. Czy można szerzyć demokrację zbrojnymi siłami? Czy można inkulturować wolności i swobody obywatelskie w sferę obyczajów, przyzwyczajeń, praktyki politycznej takich zbiorowości, których doświadczenia, kultura, historia nie za bardzo przystają do dziejów Zachodu, które owe wartości i zasady ukształtowały? Czy możemy na siłę je uszczęśliwiać?
Wyspa dla świata
Mahendra Yadav z indyjskiego Instytutu Demokracji Porównawczej, występując podczas Forum na Rzecz Demokracji w Warszawie (czerwiec 2000) miał wypowiedzieć niezwykle istotną, podobną do cytowanego Singapurczyka Muhbubaniego sentencję: „Przyszłość nie może być jednokierunkową ulicą. Nie można się zgodzić na to, żebyśmy przyjęli dokument, który napisaliście w Nowym Jorku. W nowojorskiej optyce, wyrażając nowojorskie wartości. My też mamy coś do dodania”. To jest właśnie manifest multikulturalizmu, pluralizmu i wielowektorowości świata XXI wieku. W nim się zawiera wielobiegunowa przyszłość naszej planety, równoznaczna z więdnięciem hegemonii Zachodu.
Jeszcze na przełomie I i II dekady XXI wieku proponowanie nieśmiało przez przedstawiciela Azji takich rozwiązań, jakie podał Mahendra Yadav w Warszawie były do dyskutowania. Współcześnie, w obliczu katastrofy klimatycznej, pandemii SARS-COVID-19 i następnych, spodziewanego krachu światowych finansów, narastających wojen handlowych i rosnącego napięcia w różnych częściach świata owocującego lokalnymi, lecz coraz groźniejszymi konfliktami i wojnami, wzrostem agresji i nienawiści globalno-internacjonalistyczne spojrzenie na nasz świat to rudyment naszego gatunkowego przetrwania.
Z racji swych doświadczeń kulturowo-cywilizacyjnych, ogromu i ludnościowego potencjału, Azja jawi się jako opoka i przystań o wiele bardziej bezpieczna niźli konkwistadorsko-krucjatowy sojusz łacińsko-atlantycki (euro-atlantyzm jest nie do końca słusznym pojęciem gdyż wiele krajów europejskich było przedmiotem ekspansji NATO, który jest synonimem jego ofensywności i prób narzucania wartości kojarzonych z Zachodem innym kulturom, krajom czy regionom). Więc – raczej (czy tylko) Eurazja.
Na koniec należy przytoczyć sentencję brytyjskiego twórcy geopolityki – Halforda Johna Mackindera (1861-1947) - która niesie sobą esencję oraz istotę przedstawionego tu problemu: „kto panuje we wschodniej Europie - panuje nad sercem Eurazji. Kto panuje nad sercem Eurazji - ten panuje nad wyspą światową - kto panuje nad wyspą światową ten panuje nad światem".
Radosław Czarnecki
* - Och, Wschód to Wschód i Zachód to Zachód i nigdy się nie spotkają.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4762
Linearność i cykliczność (1)
Konflikty kulturowe narastają i dziś są groźniejsze
niż kiedykolwiek na przestrzeni dziejów.
Vaclav Havel
Tytuł niniejszego tekstu dotyczy dwóch sposobów patrzenia na świat, kulturę, politykę. A przede wszystkim - na człowieka. Można je streścić w dwóch skrótowo ujętych terminach: zachodnio-europejski (łacińsko-atlantycki) - judaistyczno-chrześcijańsko-islamski (wywiedziony z monoteistycznych religii abrahamowych osadzonych na gruncie tradycji kultury hellenistycznej basenu Morza Śródziemnego) i azjatycki - konfucjańsko-hinduistyczny (z uwzględnieniem wartości buddyzmu, shintō i dżinizmu oraz ich odmian), a także starochińskich wierzeń przedkonfucjańskich.
Te dwa światy różnią się diametralnie w swej istocie, co rzutuje bezpośrednio na spojrzenie ludzi z owych kręgów cywilizacyjno-kulturowych: na ich zachowania, obyczajowość, mentalność, wierzenia czy perspektywę historyczno-dziejową. Taka systematyzacja przeczy poniekąd modnemu od ponad ćwierćwiecza podziałowi świata dokonanemu przez Samuela Huntingtona ujmującego pluralistycznie świat wedle odrębności cywilizacji.
Ma rację Huntingtion w „Zderzeniu cywilizacji” pisząc: „To kultura i tożsamość kulturowa, będąca w szerokim pojęciu tożsamością cywilizacji, kształtują wzorce spójności, dezintegracji i konfliktu na świecie, jaki nastał po zimnej wojnie”. Nie sposób się jednak z nim zgodzić, gdy przypisuje podziałom cywilizacyjno-kulturowym absolutną rozdzielczość i antynomiczność. Ma to między innymi miejsce przy prezentacji konfliktu na linii Zachód – islam.
Chrześcijańsko-judaistyczne korzenie Zachodu są niesłychanie bliskie religijno-kulturowym podstawom islamu, rzutując tym samym na wspomniane poczucie tożsamości i na tej bazie wykształcone zachowania, obyczaje, mentalności. Z oczywistą redukcją perspektyw i ujęć. Przede wszystkim dotyczy to czasu i warunków ich tworzenia (islam to o 7 wieków młodsze dziecko chrześcijańsko-judaistycznej tradycji).
Kult odradzającego się życia, młodości, płodności - charakterystyczny dla kultur agrarnych – jest nierozerwalnie związany z cywilizacjami rolniczymi. Dopóki cywilizacja nie została dotknięta syndromem nowoczesności i nie ukształtowała się mitologia oparta o wizję bóstwa osobowego, spersonifikowanego, materialnego itd., tym bardziej tkwi ona w okowach nie tyle archaiczności, co swoiście pojętego tradycjonalizmu.
De facto we wszystkich kulturach osadzonych w agraryzmie w tzw. przednowoczesności ludzie widzieli świat i siebie poprzez zjawiska cykliczne, gdyż takie spojrzenie wynikało ze zmian w przyrodzie, powtarzalności pór roku i zależności wielkości plonów od warunków naturalnych. To stąd czerpały swe źródła założycielskie mity starożytnych religii: Ozyrysa w Egipcie, Tammuza w Sumerze, Orfeusza w Grecji itd. Przykładem jest mit o wędrówce Orfeusza do zaświatów (zima) i powrót do doczesności (wiosna).
Również kult jelenia u Celtów, zrzucanie i odrastanie rokrocznie jego poroża jest symbolem owej periodyzacji, który legł u podstaw ich kultury. Nie inaczej było w cywilizacjach przedkolumbijskich mieszkańców Ameryki – zwłaszcza u Majów i Azteków.
Echem cykliczności przyrody są też europejskie bajki i legendy o starej kobiecie czy żabie (synonim brzydoty) przemieniającej się pod wpływem pocałunku młodzieńca w młodą, piękną dziewczynę.
Przyjazna absorpcja
Także cywilizacje Azji rozwijały się podobnie. Ale tylko do pewnego momentu. Kultury Chin i Indii (niezwykle stare i permanentnie rozwijające się na zasadach synkretyzmu, czyli przyjaznej absorpcji, a nie antynomiczności i podboju) trwają nieprzerwanie od kilku tysięcy lat. Ich religia i kultura tworzyły postrzegany na zasadach pragmatyzmu i konwergencji konglomerat. Nie nastąpił też – jak na Zachodzie – rozdział władzy: na świecką i duchową (choć te terminy nie do końca adekwatnie opisują mentalność Azjatów), zwłaszcza po okresie Oświecenia. Przez tysiąclecia wytworzył się specyficzny konglomerat społeczno-kulturowo-religijny, rzutujący z kolei na system polityczny.
W Europie nie ma takiego fenomenu. Po upadku Imperium Rzymskiego i pogrążenia się Starego Kontynentu w otchłań „wieków ciemnych”, na gruzach cywilizacji Rzymu wyrasta nowa kultura, która z czasem stała się odrębną cywilizacją, ale budowaną na innych podstawach: chrześcijaństwo w symbiozie z tradycją barbarzyńskich ludów germańskich i słowiańskich, rozproszonych potem na państwa narodowe, mające często różne kultowo-religijne konotacje (chrześcijaństwo zachodnie i wschodnie).
Cywilizacje Chin i Indii wyrastały – jak pisze Christopher Dawson w „Religii i powstaniu kultury Zachodu” – „pospołu z tych samych korzeni socjologicznych i w tym samym środowisku naturalnym”. A weźmy choćby pod uwagę misjonarski charakter kultur azjatyckich, starszy niźli jej judeochrześcijańskie odpowiedniki. Misjonarze, asceci, mnisi byli i w dżinizmie, w całej galaktyce religii hinduistycznych, a przede wszystkim w buddyzmie (który dotarł do Chin i został skonsumowany przez tamtejszą kulturę, de facto - schińszczony) – nie mówiąc o konfucjanizmie czy taoizmie - osobowymi świadkami wiary i nią przyciągali wiernych. To tylko jeden z aspektów, o którym wspomina Dawson.
To nie fratrzy św. Franciszka z Asyżu, (których można zaliczać do tej samej kategorii życia pustelniczo-mniszego co ich azjatyckich odpowiedników), okazali się zwycięzcami, ale templariusze, joannici, nie wspominając o typowo wojowniczych zakonach z czasów hiszpańskiej rekonkwisty (zakon św. Jakuba czy św. Juliana z Pereiro), bądź ….. krzyżakach.
Jak twierdzi Kishore Muhbubani (dyplomata, politolog, jeden z największych mentorów Dalekiego Wschodu, wykładowca na Uniwersytecie w Singapurze), cywilizacje azjatyckie nie posiadły tego syndromu triumfalizmu, jaki charakteryzuje europejski styl i tamtejszą kulturę (p. Nowe centrum świata, Znak nr 646/3-2009). Wiąże się to zapewne z wojowniczym, kolonialnym, a nie synkretycznym, charakterem tej cywilizacji. Podobne zdanie wyraża prof. Kanti Prasad Bajpai (prowadzący niezwykle popularny blog „Czas Indii”).
W podobnym stylu wypowiadali się tacy ważni i zasłużeni dla promowania azjatyckich wartości politycy jak Lee Kuan Yew (twórca potęgi i znaczenia Singapuru) czy Mahathir Mohamad (ojciec-założyciel i podobnie jak Lee w Singapurze, kreator pozycji Malezji na arenie międzynarodowej). Wszyscy oni twierdzą, iż z szacunkiem odnoszą się do uniwersalnych kanonów, jakie legły u podstaw współczesnej cywilizacji Zachodu, które oni także preferują, ale wielu Azjatów (przede wszystkim 1,6 mld muzułmanów żyjących głównie w Azji) ma do Zachodu głęboki żal, widząc podwójne standardy: w kwestii praw człowieka, czy w przedmiocie praktyki nowego kolonializmu.
I dlatego Mahathir Mohamad podkreślał, że wartości azjatyckie są bardziej uniwersalne, niźli zachodnie, gdyż nie są przesiąknięte duchem podboju militarnego, zdobywania. A cytowany Kishore Muhbubani mówi do ludzi Zachodu: „Musicie być bardziej uczciwi”.
Wszyscy oni podkreślają, iż pojęcia triumfalizmu charakteryzującego mentalność ludzi Zachodu, Azjaci w takiej formie nie znają. To m.in. pokłosie owej cykliczności, ciągle obecnej w podświadomości ludzi przynależnych tym cywilizacjom, a także echo religijno-kulturowych konotacji w kulturze Zachodu: absolutyzacja prawdy przynależnej chrześcijaństwu oraz koncepcja „narodu wybranego” (czyli tradycji judeochrześcijańskiej stosowanej w różnych formach i czasach z określoną transpozycją narracyjną).
Na tej bazie już w latach 90-tych XX w. wielu obserwatorów i komentatorów podkreślało rosnącą – i to en bloc, nawet u mocno zwesternizowanych (zdaniem Zachodu) Japończyków – ksenofobię, poczucie własnej wartości oraz niechęć do Zachodu i instytucji takich jak Międzynarodowy Fundusz Walutowy, Bank Światowy etc. Od lat też Azjaci postulują większą otwartość tych instytucji (chodzi o kierownicze stanowiska) na ludzi spoza Europy i USA.
Konserwatywny humanizm
W Chinach buddyjskie koncepcje równości – które przywędrowały tu wraz z koncepcjami Siddharty Gautamy Jedwabnym Szlakiem (z terenów dzisiejszej Azji Środkowej) w I tysiącleciu n.e. - nie przezwyciężyły konfucjańsko-taoistycznych i starochińskich tradycji (koncepcja 5 pierwiastków materii, numerologia, cześć dla zmarłych przodków), a przede wszystkim kultu hierarchii i zenitalnie zorientowanej harmonii (podstawy cesarskiego legalizmu).
Buddyzm został adoptowany do chińskiej tradycji, stapiając się w synkretyczny system filozoficzno-religijny, synkretyczną metafizykę, która dała początek późniejszym zmianom w ramach istniejącego już systemu prawa, administracji, organizacji państwa, a przede wszystkim – mentalności. Jego podstawą - oprócz wyżej wymienionych elementów - uczyniono przede wszystkim szeroko pojęty kolektywizm rodzinny.
To Konfucjusz (551 – 479 r. p.n.e.) nauczał, że naród, społeczeństwo są wielką rodziną. Ten konserwatywny rys mentalności chińskiej, zakuty w ramy cesarskiej biurokracji i ponad dwu i półtysiącletniej historii oraz tradycji wyrodził się w swoisty narcyzm, specyficzną chińską ksenofobię (sinocentryzm) połączoną z kwietyzmem, skutecznie odcinając Chińczyków od nowinek z zewnątrz (najlepszym tego symbolem jest chiński mur).
Unowocześnianie, modernizacja, nowe trendy i mody, jakie dziś są przyswajane i szybko wdrażane w Chinach, to nie wynik zachwytu, bałwochwalczego kultu czy uznawania ich za rodzaj świętości (w języku chińskim świętości nie ma, podobnie jak terminu wolność), ale racjonalnego, czysto doczesnego podejścia do życia. Brak u nich jakichkolwiek religijnych, bądź mistycznych fascynacji - podstawę działania stanowi racjonalne uporządkowanie i jednoczesne zdystansowanie. Owo działanie podyktowane jest zatem wyłącznie doskonaleniem się (najszerzej pojętym) i to ma zasadnicze znaczenie.
Cześć i kult przodków, hołdy oddawane bodhisattwom, mistrzom filozofii, czy różnorodnym guru miało zawsze wyłącznie owo rytualne znaczenie. A głębia quasi-religijnej refleksji skierowana była do wnętrza jednostki, bez politycznego czy społeczno-zbiorowego podtekstu, jak w kulturze Zachodu, opartej o judeochrześcijańskie kanony.
Dobrobyt moralny, który jest najwyższym dobrem podnosi się wraz ze statusem materialnym - tak wynika z nauk Mistrza Kong. Triadę chińskiej cywilizacji budującą jej podstawę stanowią: taoizm, konfucjanizm oraz buddyzm (przeobrażony na modłę tybetańską i zaadoptowany do chińskiej rzeczywistości).
Dziś widzimy, jaką siłę sprawczą posiada pęd Chińczyków do innowacyjności, preferencji dla rozwoju i postępu, ale ma to miejsce w innym niż u ludzi Zachodu wymiarze. Zasada kaizen – doskonalenia się na każdym kroku, w każdej dziedzinie życia z jednoczesnym zachowywaniem hierarchii, (gdyż tylko ona w połączeniu z dążeniem do doskonałości utrzymuje harmonię bytu), święci w Kraju Środka niezrozumiałe przez gros „białych ludzi” triumfy.
Filozofię Konfucjusza można więc streścić w następujących słowach: utylitaryzm, agnostycyzm, umiar w sądach i postępowaniu, kult więzów społecznych oparty na rodzinie i zajmowanie się sprawami doczesnymi, harmonia, posłuszeństwo. Czyli konserwatywny humanizm, będący w praktycznym działaniu kolektywistycznym immoralizmem.
Czynności kultowe mają – jak wspomniano - wyłącznie charakter symboliczny. Brak jest osobowego absolutu. I tak można pokrótce scharakteryzować cywilizację Chin (i wszystko co z nią się wiąże). Jest ona szersza niźli politycznie traktowane Państwo Środka. Diaspora chińska rozsiana jest bowiem wokół całego Oceanu Spokojnego, tworząc w wielu państwach spore ilościowo wspólnoty, mające wielkie znaczenie dla tamtejszych regionów (zwłaszcza ekonomiczne).
Funkcjonowanie państwa
Elementy typowo dalekowschodniej (przede wszystkim – chińskiej) metodologii sprawowania władzy kształtują się w dorzeczach rzek Huang-ho i Jangcy już w latach ok. 2200-1766 p.n.e. za czasów panowania na wpół legendarnej dynastii Xia (kultura Erlitou) i utwierdzone zostają w czasach dynastii Shang (lata 1766 - 1046 p.n.e., upadek po bitwie pod Muye).
Samą strukturę i formę funkcjonowania Państwa Środka, stanowiącą już podwaliny pod cesarski sposób sprawowania władzy zarówno w wymiarze doczesnym (zasadniczym) jak i duchowo-rytualnym (poboczny, funkcjonalno-symboliczny) zawdzięczają Chiny reformom Shang Yanga, potężnego ministra za czasów króla Xiao. To wtedy - od 361 r. p.n.e. - przeprowadzane przez niego radykalne reformy administracyjne, strukturalne i wojskowe staną się podstawą późniejszej potęgi państwa Qin już w okresie panowania pierwszego cesarza zjednoczonych Chin Qin Shi Huanga.
Shang Yang wprowadził m.in. prywatną własność ziemi, zwolnienie od pańszczyzny osób zajmujących się tkactwem i produkcją rolną, nobilitację za zasługi wojskowe przy jednoczesnym odbieraniu szlachectwa starej arystokracji, która nie wykazywała się w boju. Cały kraj został podzielony na jednolite okręgi administrowane przez urzędników państwowych mianowanych przez władcę (nie za zasługi z racji pochodzenia). Ludność wiejską podzielono na grupy po pięć lub dziesięć rodzin. Wprowadzono ścisły system policyjny, obowiązek donoszenia władzy o przestępstwach i odpowiedzialność zbiorową. Włóczęgów i osoby uchylające się od pracy zamieniano w niewolników.
W sposobie funkcjonowania państwa według Shang Yanga, rytuały religijne mają być nie przeżyciem religijnym, emocjonalnym, pojedynczego człowieka, ale powinny nieść sobą podtrzymanie więzi interpersonalnych oraz oddawać cześć władcy, który jest jedynym kontaktem z bóstwem (pojmowanym filozoficznie, nie antropologicznie).
Czyli kult quasi-religijny, duchowy, został sprowadzony do czysto rytualnego zabiegu, wysterylizowanego z jakiejkolwiek ekstatyczności i orgiastyczności. (Podobnie rzecz się miała – choć nie tak konsekwentnie i długo praktykowana przez władzę centralną – wśród arystokracji i wyższego patrycjatu miejskiego w Cesarstwie Rzymskim z ich modą na stoicyzm).
Pluralizm
Azjatyckie systemy filozoficzno-religijne, gdyż trudno je traktować jako religie same w sobie tak jak w świecie zachodnim, są z gruntu pluralistyczne. Ale to inny pluralizm niż Europejczycy pojmują. Charakterystycznym jest tu nurt konfucjanizmu myśliciela i reformatora Fazanga (VII w n.e.), który twierdził, że świat jest całkowicie i wzajemnie przemieszany przez różne pojęcia: zło i dobro, światło i ciemność, piękno i brzydotę itd. Wszystko zależy od kontekstu i sytuacji. Tylko „oświecony władca” może nad tym zapanować, przestrzegając zasad pionowej hierarchii i zachowując harmonię na niej opartej. Czyż nie jest to analogia z niektórymi koncepcjami Niccolo Machiavellego?
Cyklicznie pojmowany czas oddziałujący permanentnie na byt jest syntezą i absorbcją różnych wartości, idei, tożsamości. Teraźniejszość jest tkana przez przeszłość. To jest także egzemplifikacja owej cykliczności obecnej ciągle w tej kulturze. Najlepszym tego symbolem – dla Azji, a przede wszystkim Indii - jest posąg tańczącego w ognistym kręgu Śiwy Nataradźy: okrąg czyli cykliczność, ogień jako oczyszczający demiurg. A Śiwa tańczy wiecznie.
Słynny polski religioznawca i znawca antyku, prof. Witold Tyloch w książce „Bogowie czterech stron świata” podkreśla, iż w kulturach i religiach Indii następuje kolejne odrodzenie, tworząc „łańcuch bez końca. Z jednym w każdym bądź wyrazie wyjątkiem. Kolejne narodziny nie muszą się odbywać w tej samej płaszczyźnie istnienia. Ponowne narodziny czyli wcielenia, mogą zapoczątkować istnienie duszy w różnych formach życia, zwierzęcego, roślinnego czy ludzkiego”.
I tym sposobem patrzenia na rzeczywistość zainfekowane zostały w mniejszym lub większym stopniu inne kultury Azji, zwłaszcza Indochiny i Wyspy Sundajskie. Synkretyzm hinduizmu, owa duchowość w połączeniu z dżinizmem i buddyzmem, zderzona z konfucjańską hieratycznością i hierarchicznym porządkiem rzeczy, dały specyficzną mentalność, którą najlepiej odnajdujemy przede wszystkim w kulturze (i sukcesach) Singapuru.
Buddyjska nirwana jest formą wyrwania się z owego zaklętego kręgu odrodzeń i śmierci, ale zakorzenioną w kulturze i religijności hinduizmu: czymś w rodzaju hinduistycznej mokszy. Świat jest rzeczywistością nieprzezwyciężalnych przeciwieństw, których nie ma sensu zwalczać. Trzeba z nimi żyć tu i teraz, a rytuały, składanie ofiar, modlitwy i recytacje świętych wersetów są tylko powinnością, by móc kiedyś wyrwać się z zaklętego kręgu sansary.
Hinduizm potrafił zaadoptować do specyficznych kulturowo-religijnych wartości wytworzonych przez tysiąclecia istnienia, tradycje niesione przez tak różne od niego wierzenia jak judaizm, chrześcijaństwo czy islam. Podobne procesy spotykamy na obszarze wpływów kulturowych Państwa Środka: sinoizacja buddyzmu czy chrześcijaństwa.
Systemy religijno-kulturowe Azji (traktowane jako synkretyczne mgławice) nie wytworzyły czegoś takiego jak nadprzyrodzony, jedyny, opatrznościowy byt boski. Taki stan rzeczy występuje w religiach abrahamowych, a tym samym kulturach przepojonych tym ideałem (no i na zasadzie antynomii - uznanie realności istnienia spersonifikowanego szatana).
Brak jednoznacznie określonego Absolutu z jednej strony wymuszał religijny pluralizm budowany na zasadach wspomnianego synkretyzmu, z drugiej – władza doczesna stała się mocno sakralizowaną i przebóstwioną. Lecz ma to miejsce nie tak jak w kulturze judeochrześcijańskiej, gdzie mamy przez długi czas dwuwładzę: papieża i cesarza, a polityka staje się dziełem duchowieństwa.
W Azji zbawienia nie było w niebiosach, a Absolut (monistyczny czy pluralistyczny) stawał się niesłychanie odległym bytem, niedostępnym dla wyznawców nawet w formie transcendentnego istnienia, wymagającym jedynie kolejnych ofiar i rytuałów. To wytwarzało raczej tendencje „wsobne”, introwertyczne, działanie ukierunkowanie na tu i teraz, nie na zewnątrz. Mur chiński jest tej wsobności najlepszym symbolem. Z kolei hinduistyczna wielość, immanentny tej kulturze pluralizm i klasyczny przykład synkretyzmu (nie tylko religijnego), pozwalają snuć futurystyczne przypuszczenia jak może wyglądać Unia Europejska za ….. 1000 lat (jeśli przetrwa).
Zasadnicze elementy tego, co zwiemy hinduizmem, będącym systemem doskonale synkretycznym i specyficznym, niepowtarzalnym, wzajemnie się tolerujących i wymieszanych wierzeń, kultów, nurtów filozoficzno-religijnych, konfesji czy zborów spowodowało, że nawet tak hermetyczna w swym wymiarze religia jak judaizm nie oparła się tym tendencjom (tzw. czarni Żydzi w Kerali). Podobnie rzecz się miała z chrześcijaństwem (wielowiekowa obecność rytów syromalabarskiego i syromalankarskiego w Indiach południowych mimo odcięcia się w swoim czasie od tego typu eksperymentów przez papieski Rzym).
Radosław S. Czarnecki
Od Redakcji: Jest to pierwsza część eseju „Linearność i cykliczność”. Drugą zamieścimy w numerze październikowym – SN 10/18
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3937
Primus in orbe deos fecit timor *
Tebaida, Publiusz P. Stacjusz
Napływ do Europy milionów uchodźców z krajów Południa - nie pierwszy tego typu przypadek w dziejach Starego Kontynentu – skutkuje m.in. rosnącą islamofobią. Wynika ona po części z tego, że religia Mahometa jest od kilku dekad najszybciej przyrastającym ilościowo wyznaniem na świecie. Z różnych względów: prostoty i rewolucyjnego antyimperializmu (w swym społecznym i politycznym wymiarze), jak i rosnącego przyrostu naturalnego w krajach niegdyś zwanych Trzecim Światem. Z tego tytułu, a także zmian klimatycznych oraz wojen i chaosu wywoływanego przez de facto kolonialną (eksploatacja bogactw naturalnych) politykę Zachodu – zwłaszcza Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej, ale i Francji – ludzie uciekają do spokojniejszych, stabilniejszych i bogatszych krajów.
Ale historycznie rzecz biorąc, uwzględniając jednocześnie wiedzę kulturoznawczą, antropologiczną, socjologiczną - tylko barbarzyńcy zdolni są odmłodzić świat w zmierzchu jego cywilizacji (Fryderyk Engels). Tak było z Rzymem. Dziś wielu myślicieli uważa, iż uwiąd i degradacja kultury Zachodu ciągle postępuje, co skutkuje jego wycofaniem na pozycje obronne i budowaniem murów niczym rzymskie limesy i strażnice nad Renem, Dunajem czy w północnej Brytanii (mur Hadriana). Strach i bojaźń generują nienawiść, uprzedzenia, katastroficzne wizje i spiskowe teorie.
Islamofobia ma szerszą, często głębszą, obecną od dekad (by nie powiedzieć – od wieków) ukrytą genezę: rasistowską, ksenofobiczną, konfesyjną, imperialno-postkolonialną. Podobnie jak wcześniejszy antyjudaizm, XIX- i XX-wieczny antysemityzm, wyrosłą z religijnych argumentów. Otóż brutalizację życia wieków ciemnych, cywilizacyjny upadek we wczesnym Średniowieczu, kompletną deprecjację kultury po upadku Imperium Rzymskiego tłumaczy się… ofensywą islamu w VII, VIII i IX wieku. Nawet doskonale opisany do tej pory obraz mauryjskiej Hiszpanii został uznany za echo chrześcijańskiego Zachodu (czyli postwizygockiego).
Krucjata – narzędzie polityczne i ekonomiczne
Już w końcu ub. wieku znany watykanista Vittorio Messori stwierdził, że wyprawy krzyżowe były uprawnioną obroną chrześcijaństwa przed ofensywą islamu. W podobnym tonie pisała u kresu życia słynna dziennikarka Oriana Fallaci. Izraelski historyk, znawca epoki krucjat, Joshua Prawer zauważa, iż otworzyły one drogę Zachodowi i chrześcijaństwu rzymskiemu, (które siebie utożsamia teraz za jedynego nosiciela prawdy), do hegemonii w skali świata.
Absolutyzacja nauk Rzymu w przedmiocie interpretacji prawd wiary, w połączeniu z militarną siłą rycerstwa zachodniego i agresywnym klimatem oraz rozhuśtanymi emocjami na kanwie wypraw do Palestyny, czyni wrogiem Zachodu nie tylko muzułmanów, ale także chrześcijan wschodnich (wszystkich denominacji). Tym samym chrześcijaństwo zostało utożsamione z Zachodem i kolonializmem, a krucjata stała się mentalnością, narzędziem politycznym, przedsięwzięciem militarnym i zyskowną formą działania w duchu homo oeconomicus.
Kardynał Giacomo Biffi w jednej z enuncjacji (przełom wieku XX i XXI) stwierdzić miał, iż „krucjaty to ogromny wysiłek misyjny szerzący chrześcijaństwo na Wschodzie”. I w tym bon mocie tkwi esencja piętna, jakie odcisnęło się w tej epoce na mentalności ludzi Zachodu: wyższość kulturowo-cywilizacyjna z racji wyznawanej religii oraz posiadanie prawdy implantowanej bezpośrednio z niebios na Ziemię, zmaterializowanej w postaci kultury chrześcijańskiej. To w tym tkwi źródło takiego spojrzenia na rzeczywistość cytowanych niżej ludzi Kościoła, choć odnieść to można do późniejszej 700-letniej historii Europy - kolejnych podbojów, misji, kolonizatorskich zapędów czy jak dziś się mówi – interwencji humanitarnych.
Papież Bonifacy VIII (1294-1303) w tym samym duchu pisał, że „Istnieje jeden katolicki i apostolski Kościół; poza nim nie ma zbawienia, ani przebaczenia grzechów. Była tylko jedna arka, a Noe był jej kapitanem. Istnieją dwa miecze: duchowy i świecki. Świecki miecz ma być używany dla Kościoła, duchowy przez Kościół. Jeden jest w ręku kapłana, drugi w rękach królów i rycerzy, ale ma być używany zgodnie z rozkazami kapłana”.
A dwudziestowieczny, może największy teolog katolicki, Karl Rahner (jeden z koryfeuszy Vaticanum II, czyli osoba nie reprezentująca katolickiej konserwy i ortodoksji w stylu epoki Piusów) napisał, iż „trzeba przy tym wszystkie wypowiedzi na temat osobowego, nieskończonego Boga rozumieć jako wypowiedzi analogiczne, orzekające o niepojętej tajemnicy. Z teologicznego punktu widzenia monoteizm Starego i Nowego Testamentu oznacza, iż ów byt i owa moc, których doświadczamy w historii zbawienia jako działających tu i teraz (nasz Bóg, Bóg ojców) nie reprezentują jakiejś boskiej mocy, ale jednego, jedynego, absolutnego Boga (po prostu Boga, oprócz którego nie ma żadnych innych bogów), jedyną podstawę i wszech mocnego Pana całego świata i całej historii”.
Rzym nie upadł pod ciosami tylko i wyłącznie Germanów. Wieki ciemne to niezwykle złożona kompozycja wynikająca z wielu sumujących się czynników. Mentalność pierwotnych chrześcijan – przede wszystkim tzw. Ojców Kościoła - była tu nie mniej istotnym czynnikiem niż hordy barbarzyńców pustoszące tereny Imperium Romanum od III w. n.e. Szerzenie nowych, „jedynie słusznych” obyczajów i takiego sposobu patrzenia na świat i ludzi (podlane agresywną retoryką i nienawistną narracją), które atakowały wszystko co nie chrześcijańskie, musiało powodować degenerację społecznego myślenia i barbaryzować zachowania oraz relacje interpersonalne.
Modelową ilustracją dla przedstawionej tezy są wyczyny biskupa Aleksandrii św. Cyryla i towarzyszących mu hord mnichów, bojówkarzy i regimentu straży przybocznej podczas III-go, powszechnego soboru ekumenicznego w Efezie (431 r.). Mogą one posłużyć za wzorcowe przykłady agresji, barbarzyństwa i nienawiści wywoływanej przez wysokiej rangi hierarchę kościelnego.
Asysta w postaci zorganizowanych bojówek złożonych ze sfanatyzowanych mnichów, pielęgniarzy, włóczęgów, robotników portowych i marynarzy zawsze towarzyszyła aleksandryjskiemu patriarsze. Stanowiła narzędzie załatwiania nie tylko wszelkich spraw związanych z religijnymi czy teologicznymi sporami, ale też służyła do wymuszania określonych decyzji administracyjnych.
Był to sposób realizowania polityki zgodnej z interesami patriarchy Aleksandrii, trzeciego miasta pod względem znaczenia i ważności po obu stolicach - Rzymie i Konstantynopolu - w całym Imperium. Nie cofający się przed jakąkolwiek formą przemocy, sakro-bojówkarze terroryzowali sądy, atakowali urzędników państwowych oraz przeciwników oficjalnej linii głoszonej przez urzędującego patriarchę, u którego pozostawali na żołdzie. Zamach na cesarskiego namiestnika Orestesa i dramatyczna śmierć filozofki Hypatii są tego widomymi przykładami.
I to jest także jedno ze źródeł upadku Cesarstwa: anarchia, niestosowanie się do obowiązującego prawa, demolowanie porządku administracyjnego, upadek szacunku do urzędu itd.
Tworzenie mitów na potrzeby ideologii
Dlaczego o tym warto wspominać? Otóż odkrycie w 1857 roku koło Toledo zbioru misternie zdobionych wizygockich koron wotywnych inkrustowanych drogocennymi kamieniami żywo przywodzi na myśl opis podany przez arabskich zdobywców i rzeczywistość mauryjskiej Iberii. Wynikać ma stąd, że Maurowie, podbijając w VIII wieku dzisiejszą Hiszpanię, zastali tam kwitnącą, tolerancyjną, bogatą i pełną rzymskich cnót społeczność. I taki miał być według tych mniemań ówczesny Zachód.
Ma ta teza udowodnić, iż islam nic wartościowego i trwałego Zachodowi nie dostarczył, nie wzbogacił go o nic pozytywnego, nie przekazał mu jakiejkolwiek pozytywnej tradycji i wartości. Przeciwnie, zaraził niby-spolegliwe, niby-miłosierne i pełne biblijnej miłości bliźniego i rudymentarnych nauk Jezusa ówczesne chrześcijaństwo oddechem agresji, nienawiści, wojny i przemocy.
Islam miał spowodować powstanie nowych wieków ciemnych? Ale królowie Italii czy Iberii od samego początku wzorujący się na dworze z Konstantynopola, uważając się za sprzymierzeńców czy wręcz funkcjonariuszy i urzędników Bizancjum, bijący złote monety z podobieństwami imperatorów bizantyjskich, mieszkający w okazałych pałacach i willach wcześniej wzniesionych przez rzymskich prokuratorów, konsulów, patrycjuszy byli nadal w zachowaniach i mentalności germańskimi barbarzyńcami. Wraz ze swymi współplemieńcami stanowili zdecydowaną mniejszość w masie postrzymskich populacji we wszystkich prowincjach Zachodu. To były enklawy bogactw i kultury - mizerne echo dawnych czasów rzymskiego imperium - wśród dżungli upadku.
Wielu znawców tematyki, np. analityk geopolityki prof. Andriej Fursow twierdzi, iż końcem Imperium Rzymskiego de facto jest zaprzestanie (ok. 500 r. n.e.) działania ostatniego akweduktu (w dzisiejszej pd. Francji). To jest koniec tzw. technopolu charakterystycznego dla Imperium Romanum. Bogactwo w zamkach, pałacach, siedliskach wcale nie musi świadczyć o odczuwanej jakości życia ludu.
Scenariusz upadku
Ekonomista, politolog i myśliciel (w pewnym sensie wizjoner) z Massachusetts Institute of Technology prof. Lester C. Thurow w swym światowym bestsellerze pt. „Przyszłość kapitalizmu” porównuje aktualną sytuację cywilizacji Zachodu do schyłku Imperium Rzymskiego. Czyni to na podstawie bezpośrednich obserwacji oraz analiz procesów zachodzących w fantastycznych (z punktu widzenia dogmatycznych liberałów i ich bezkrytycznych akolitów) latach przełomu XX i XXI wieku. Emanacją tych poglądów jest m.in. skompromitowana dziś i obśmiana teza Fukuyamy o „końcu historii”, z której sam autor się chyłkiem wycofał.
Średniowieczne „wieki ciemne” zdaniem Thurowa to lata 476 – 1453. Jego zdaniem, w tym okresie sukcesywnie spadały realne dochody, choć w trakcie życia jednego pokolenia było to (i jest) trudne do zauważenia. Technologie były nadal stosowane, choć produkcja spadała mimo unowocześniania starych rozwiązań i jakość życia się obniżała. W późnym Antyku i następującego po nim Średniowieczu, duch wczesnego chrześcijaństwa odrzucił, potępił i zdeprecjonował (jako niezgodny z doktryną ówczesnego Kościoła) cały hellenistyczny dorobek, w tym naukę.
To ideologia, a nie przestarzała technologia zapoczątkowała długotrwały rozkład. Ludzie w stosunkowo krótkim czasie odrzucili to, co wiedzieli. Nawet najpotężniejsi z feudalnych magnatów żyli na poziomie znacznie ustępującym poziomowi przeciętnych obywateli Rzymu. Jako, że nie istniało żadne zabezpieczenie przed wędrownymi bandami rabusiów, a plemienne hordy Germanów czy przypadkowo zebranych łotrzyków przemierzały bezkarnie tereny wczorajszego Imperium, upadł handel, produkcja – zwłaszcza rolnicza. Wyżywienie wielkich miast stało się niemożliwe, stąd skurczyły się one do wymiaru niewielkich miejscowości.
Jak podają roczniki papieskie czy wspomnienia kronikarzy, przez wiele dekad (między VI a IX wiekiem) w rzymskich parkach i ogrodach pasły się krowy, a samo miasto liczyło niewiele więcej niż 10 tysięcy mieszkańców (podczas gdy Konstantynopol, mauryjska Kordoba, Bagdad czy Damaszek miały po ok. 0,8 - 1 mln mieszkańców).*
Przez okres „wieków ciemnych” drogi rzymskie stanowiły nadal cały czas podstawę transportu w zachodniej Europie, bo innych nie budowano, nie utwardzano istniejących. To świadczy o upadku technologicznym i wizjonerskim tamtego świata. Zajęto się ascezą, mistyką, kontemplacją, studiowaniem myśli cenobitów i anachoretów. Wybuchające zarazy tłumaczono gniewem bożym, choć kilka wieków wcześniej greccy i rzymscy lekarze zbudowali racjonalne podstawy współcześnie rozumianej medycyny.
Brak stabilizacji, niepewność, rozprzężenie i upadek dyscypliny społecznej powodowały agresję, którą pogłębiała niemożliwość zaspokojenia konsumpcji indywidualnej (spadek ściągalności podatków). Kryzys i upadek poczęły karmić się sobą samym. I dotknęło to wszystkich dziedzin życia – także edukację i oświatę.
W szczytowym okresie „wieków ciemnych” analfabetyzm stał się powszechny, tak że czytać i pisać potrafiła jedynie garstka mnichów zgromadzonych w klasztorach. Jeszcze w X wieku słynny intelektualista, uczony, człowiek wszechstronnie wykształcony - Gerbert z Aurillac (późniejszy papież Sylwester II), aby pogłębiać wiedzę i odkrywać nowe kierunki myślenia w nauce jeździł do muzułmańskiej Kordoby, Toledo czy Sewilli.
Upadek nauki i oświaty napędzał nienawiść, agresję, myślenie konfrontacyjne, a wojnę forował jako pewne źródło dochodu i sposób na życie.
Skutki rozpadu imperium
Już w latach 20-tych XX wieku Belg, mediewista, Henri Pirenne upadek „wieków ciemnych” złożył właśnie na karb ofensywy islamu w basenie Morza Śródziemnego i jego terytorialnych zdobyczy. Zasadnicze tezy tego stanowiska sprowadzają się do izolacji intelektualnej i ekonomicznej Zachodu Europy.
Równocześnie z paraliżem ekonomicznym przyszła wojna i to ona, według Pirenne’a będąca efektem muzułmańskiej ofensywy, podgrzała do czerwoności kocioł przemocy w Europie. Utrata terytoriów przez chrześcijaństwo rozciągających się od północnej Syrii po Pireneje nastąpiła w przeciągu życia dwóch - trzech pokoleń. Na dodatek, jego zdaniem, przebiegające równolegle najazdy Wikingów stanowiły kolejny element wzmacniający barbaryzację kultury i stosunków społecznych na Zachodzie. Wikingowie jako piraci, agresorzy i łowcy niewolników właśnie na potrzeby wyznawców islamu tworzyli zagrożenie dla chrześcijańskiego Zachodu od północy i zachodu (podbój Wysp Brytyjskich) i byli tym samym sojusznikami muzułmanów.
Rozbój jaki zapanował na morzach (piractwo), ale także chaos związany z upadkiem Imperium Rzymskiego, rozbiciem administracyjnego porządku imperialnego, tworzeniem nowych organizmów państwowych, a nade wszystko powszechnie panujące na olbrzymich obszarach przemoc i bezprawie przyczyniły się do upadku handlu, wymiany towarowej, kultury itd. Nagle ustały dostawy nie tylko produktów luksusowych. Przerwany został płynący ze wschodu strumień złota, co z kolei wpłynęło na obniżenie wartości monet. Wielkie miasta Italii, Galii i Hiszpanii – szczególnie porty, które swoje bogactwo zawdzięczały handlowi na Morzu Śródziemnym – stały się miastami-widmami. Z perspektywy kultury i nauki najgorszym było ustanie importu papirusu z Egiptu.
Groźbę dla Zachodu i chrześcijaństwa (które było wg tych sądów pacyfistyczne, spolegliwe i przyjazne innym wyznaniom) od południa, od strony całego basenu Morza Śródziemnego, stanowili zdaniem tak stawianych tez wspomniani Arabowie (de facto trzeba mówić o wyznawcach islamu, gdyż Arabowie nie byli w Północnej Afryce czy Iberii elementem ilościowo decydującym). W pewnym momencie historii dodatkowo wtargnęli od wschodu do Europy Madziarzy, siejąc grozę i zniszczenie swoimi zagonami z Niziny Panońskiej (która stała się ich nową, europejską ojczyzną). To miało zbrutalizować i zbarbaryzować – na nowo (?) – franko-germańskich, zachodnio-europejskich chrześcijan. Niedawno ochrzczonych.
Wspomniany już katastrofalny wzrost analfabetyzmu w Europie Zach. oraz kulturowa degeneracja we wszystkich dziedzinach życia – w stosunku do tego z czym mieliśmy do czynienia w Cesarstwie Rzymskim – wiązał się nie tyle z naporem islamu, co z rozpadem państwowości imperialnej (i związanego z nią porządku) i napływem plemion germańskich osiedlających się (pokojowo lub zbrojnie) na południe od linii Renu i Dunaju. Wspominany chaos i degrengoladę widać na przykładzie dziejów Wysp Brytyjskich po wycofaniu się Rzymu na kontynent i zostawiającego Anglię na pastwę losu (ataki Piktów, Sasów, potem Wikingów).
Manipulowanie islamem
Przeciwstawne, tradycyjne ujęcie historii Europy od „wieków ciemnych” aż po „jesień Średniowiecza” nadal są prezentowane, ale ów trend tłumaczący współczesną stronniczość opinii niechęcią do religii Mahometa oraz jej wyznawców jest silny. Wspiera go polityczne zapotrzebowanie, jak również odżywające uprzedzenia (często są to trendy sterowane, mające na celu skierować w tę stronę społeczne niezadowolenie) do wszystkiego, co różne od białej, chrześcijańskiej, zachodniej wersji Europejczyka. Różnej kulturowo, religijnie, a także rasowo.
Trzeba tu wspomnieć np. teksty Vincenta Geissera, Johna O’Neila, Bernarda Lewisa czy Johna J. Norwicha opisujące w sposób pozbawiony politycznych oraz utylitarnych manipulacji relacje islamu i chrześcijaństwa na przestrzeni wieków. Szczególnie ciekawe jest stanowisko Geissera pokazujące źródła współczesnej islamofobii w ujęciu klasowym.
O’Neil, powtarzając co prawda argumenty Pirenne’a wykazuje, że islam wpłynął na pewno na kulturę Europy (zarówno Rzymu jak i Bizancjum), lecz dodaje, iż był to nie tylko aspekt ekonomiczny. Wschód wywierał zawsze przemożny wpływ na Zachód, jako ta część Imperium Romanum bardziej rozwinięta i stojąca na wyższym poziomie cywilizacyjno-kulturowym (Konstantynopol, Aleksandria, Antiochia, miasta w dzisiejszej Syrii i Azji Mniejszej, symboliczne stolice chrześcijaństwa).
Po detronizacji Augustulusa Romulusa w 476 r. (ten fakt można traktować jako pewien symbol, ale degrengolada następowała już od przynajmniej 120-150 lat) zachodnia część Imperium pogrążała się sukcesywnie i powoli w chaosie. A do ogłoszenia nauk Mahometa i ekspansji islamu było jeszcze bardzo daleko. O’Neill, podobnie jak Pirenne, uważa, iż wpływ Wschodu był przemożny, lecz teraz oznaczał islam i jego wartości. I to jest koniec cywilizacji klasycznej, dający początek teokracji znanej dziś pod nazwą średniowiecznej Europy. Wraz z nią miało chrześcijaństwo przejąć barbarzyńskie, wojenne i agresywne zachowania Arabów (vel wyznawców islamu).
Nie wolno jednak tak jednoznacznie obarczać islamu za teokratyzację i barbaryzację Europy Zach. (ale też i Bizancjum, gdzie utrata znacznych terytoriów na rzecz islamu – Bliski Wschód, część Azji Mniejszej, a przede wszystkim Egipt) spowodowała długotrwały kryzys tak tożsamości jak i zapaść ekonomiczno-kulturową. Armie arabskie dwukrotnie stały pod murami Konstantynopola, bezskutecznie go atakując. Umocnienia wykonane za czasów Teodozjusza II wytrzymały napór, a techniczna wyższość Bizantyjczyków (np. potężna flota, blokada Złotego Rogu specjalnym łańcuchem i tzw. ogień grecki) skutecznie zablokowała wojska Umajjadów (dynastia kalifów rządząca w Damaszku).
Te dwa oblężenia miasta nad Bosforem (674-678 i 717-718), siedziby cesarza, kontynuatora i spadkobiercy tradycji Imperium Romanum mają zasadnicze znaczenie dla historii Zachodu, a są przemilczane i zapominane. Zwłaszcza czteroletnie starcia w wieku VII pod murami Konstantynopola zakończone ostateczną klęską Arabów pod wodzą kalifa Mu’awiji.
Arabowie „dotychczas posuwali się naprzód jak lawina, która zmiata wszystko na swej drodze i nie napotykali niemal żadnego oporu. Ten triumfalny pochód został po raz pierwszy zatrzymany. Toteż zwycięstwo Konstantyna IV w r. 678 jest punktem zwrotnym w historii zaciekłych zmagań, jakie chrześcijańska Europa toczyła z islamem i może być postawione wspólnie z późniejszym zwycięstwem Leona III w r. 718 z tym, które w r. 732 odniósł Karol Młot na przeciwległym krańcu ówczesnego świata – pod Poitiers. Ale z tych trzech zwycięstw, które uratowały Europę przed zalewem muzułmańskim, zwycięstwo odniesione przez Konstantyna jest nie tylko pierwsze chronologicznie, ale i najbardziej doniosłe w skutkach.
Nie ulega wątpliwości, że żaden atak Arabów na świat chrześcijański nie był tak potężny i uporczywy jak owo uderzenie na Konstantynopol. Stolica bizantyjska była wówczas ostatnią zaporą, która wstrzymywała inwazję arabską; dzięki temu ocaliła nie tylko cesarstwo, ale i całą kulturę europejską” (G. Ostrogski, Dzieje Bizancjum).
Tak to nie bitwa pod Poitiers (23.10.732) jest zaporą i pierwszą porażką postawioną wojującemu, pierwotnemu islamowi, przez Europę. To właśnie pod murami Konstantynopola myśl techniczna i sztuka wojenna Bizantyjczyków – bo dzięki nim zmuszono tu Arabów i islam do odwrotu – postawiły tamę ofensywie wyznawców religii Mahometa.
Przeczy to zupełnie tezom współczesnych islamofobów (a pośrednio i rusofobów – tu jest paralela utożsamiania całego en bloc Wschodu jako wrogiego a priori Zachodowi - jako iż to Moskwa z racji historycznych, kulturowych i religijnych stała się symbolicznie owym trzecim Rzymem) i wyznawców absolutnej wyższości, pod każdym względem chrześcijańsko-rzymskiego Zachodu nad Wschodem, nawet tym chrześcijańskim, prawosławnym.
Daty: rok 732 (Poitiers) i 718 (zakończenie drugiego oblężenia Konstantynopola) są znakomitym i pouczającym – także o zachodnioeuropejskiej megalomanii – przykładem deformacji w widzeniu dziejów Europy. O Poitiers wie każdy średnio wykształcony zachodni Europejczyk jako o starciu powstrzymującym napór islamu na Stary Kontynent, ale o porażce Arabów pod Konstantynopolem i jej znaczeniu – kilku historyków. Clou europejskości stanowi historia Zachodu oraz rzymskiej wersji chrześcijaństwa. Reszta się nie liczy. Jest gorsza, niewarta wspomnienia, do nawrócenia i podporządkowania.
Radosław S. Czarnecki
* Bogów na świecie najpierw stworzył strach
**Jedwabne szlaki – SN 6-7/19 -http://www.sprawynauki.edu.pl/archiwum/dzialy-wyd-elektron/286-recenzje-el/4129-jedwabne-szlaki
Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji

