Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1588
Bakcyl dżumy nigdy nie umiera i nie znika. (Albert Camus)
Panująca pandemia koronawirusa zamroziła większą część świata, powodując zamieszanie i kryzys, jakiego nie było od przełomu lat 20. i 30. ub. wieku, kiedy to w „czarny” czwartek 24.10.1929 roku wybuchła panika na Wall Street, gwałtownie spadły ceny praktycznie wszystkich akcji, pociągając za sobą łańcuch bankructw, które rozprzestrzeniły się stopniowo na prawie wszystkie kraje (oprócz ZSRR). Skutkiem kryzysu była też utrata pracy przez miliony ludzi – w USA bezrobocie sięgnęło według dostępnych danych 1/3 siły roboczej. Jak dziś się mówi, w Stanach Zjednoczonych w tamtym okresie z głodu zmarło ponad milion ludzi, a dalszych kilkanaście błąkało się po całym terytorium kraju w poszukiwaniu pracy i zamieszkania.
Dzisiejsze perturbacje spowodowane pandemią przewidywało wielu fachowców, uważnych obserwatorów i myślicieli. Ciągła produkcja „ludzi zbędnych” – jak wielokrotnie zauważał Zygmunt Bauman – narastające różnice w dochodach oraz problemy klimatyczne rzutujące bezpośrednio na kryzys imigracyjny w wielu częściach świata bezwzględnie świadczyły o nadciągającej zmianie czy resecie światowej polityki. I widzimy jak koronawirus, będący w zasadzie zefirkiem wobec problemów „wagi ciężkiej” trapiących współczesny świat - do niedawna pełen optymizmu, z masowo szwendającymi się turystami od Seszeli przez Azję Płd.-Wsch. po Grecję i Meksyk - rujnuje dotychczasowy model globalizacji i wszystko co z tym się wiąże.
Podczas pandemii wychodzą brutalnie na jaw skutki osłabiania od lat sprawczych zdolności państwa na rzecz międzynarodowego, korporacyjnego kapitału. Chodzi głównie o służbę zdrowia i jej masową prywatyzację, zalecaną przez wiele organizacji, polityków, centra doradczo-lobbystyczne, usłużne władzy media i fundacje. Widać to wyraźnie nie tylko na przykładzie Wielkiej Brytanii czy Francji, ale zwłaszcza w przypadku Włoch i Hiszpanii (zalecenia Brukseli w celu ograniczania wydatków budżetowych oraz nakładów na usługi publiczne), również USA, Ukrainy czy Polski.
Można będzie oczekiwać – m.in. w tym duchu wypowiedział się Prezydent Francji Emmanuel Macron uznawany do tej pory jako zwolennik neoliberalizmu i przeciwnik welfare state – odejścia od ortodoksji neoliberalnej, prywatyzacyjnego szaleństwa zwłaszcza w ochronie zdrowia.
Z komercjalizacją – tu służby zdrowia – związane są kłopoty krajów Zachodu. I jest to wynikiem określonej, realizowanej według neoliberalnych wizji, polityki. Zwrócił na to uwagę tuż przed śmiercią (kwiecień br.) włoski dziennikarz i polityk, były euro poseł, Giuletto Chiesa, podając przyczyny braku maseczek we Włoszech w pierwszych tygodniach pandemii. Produkcję z uwagi na koszty wyeksportowano poza Unię, a gromadzenie jakichkolwiek zapasów uznawano za marnotrawstwo środków. Potraktowano służbę zdrowia jako jedną z form działalności mającą przynosić dochody. Chiny, Rosja czy Kuba nie traktowały ochrony zdrowia jeszcze jednoznacznie jako obszaru zysków, dlatego miały zapasy i tzw. środki zgromadzone na wypadek klęski. Świat zachodni, zdaniem Chiesy, poniósł totalną porażkę właśnie na tym polu – w ochronie zdrowia publicznego. Bo wszytko musi być skomercjalizowane.
Problemem stanie się na pewno proletaryzacja klasy średniej w wyniku masowych bankructw całych gałęzi stanowiących o dotychczasowych modelach i standardzie życia. Do niedawna było to główne źródło dochodu wielu ludzi i gospodarek narodowych: turystyka, masowe lotnictwo i podróże, usługi hotelarskie i cała sfera ich obsługi. Zapowiadany masowy wzrost bezrobocia i związanej z tym biedy, znaczne i masowe obniżenie poziomu życia, oszczędności wydatków w obliczu drastycznych spadków dochodów musi iść pod rękę z ograniczaniem konsumpcji dóbr i usług.
Bezpośrednim (kwarantanny) i pośrednim skutkiem pandemii będzie bezrobocie długotrwałe, gdyż okazało się, że praca online, zwłaszcza w edukacji czy oświacie, jest możliwa i korzystna dla przedsiębiorców. Po pierwsze – w tak zorganizowanym reżimie jest skuteczniejsza kontrola pracowników, a po drugie – zmniejsza się mityczne koszty pracy, eliminując kolejne etaty i formy tradycyjnego zatrudnienia.
Następnym efektem będzie dalsza, silna stratyfikacja tych, którzy pobierają różnego rodzaju nauki. Klasyczne, tradycyjne, na wysokim poziomie nauczanie (różnych stopni) dające w przyszłości wstęp na salony światowych elit i zapewniające satysfakcjonujące zatrudnienie, z racji powszechnej pauperyzacji i proletaryzacji tzw. klasy średniej, a także kosztów takiego wykształcenia, stanie się absolutnie całkowicie elitarnym, wąskim, kastowym przedsięwzięciem.
Powszechna nauka online produkować będzie kadry dla nisko opłacanych, zupełnie nie satysfakcjonujących intelektualnie, mechanicznych i labilnych profesji. Profesji, które będą zastępowane robotami, zaś wykonujący je ludzie lądować będą coraz niżej na drabinie społecznej. Magistrzy na kasach w „Biedronce” lub na tzw. śmieciówkach w Amazonie, samozatrudnieniu w Uber eats czy pyszne.pl.
Izolacja i utrzymywanie kwarantanny są korzystne dla władz. Można dzięki temu skutecznie manipulować społeczeństwem i kontrolować je, zapobiegać niepożądanym wydarzeniom, reagować ostro na tych, których się nie lubi, którzy są zagrożeniem dla władzy (prawdziwym lub wydumanym) itd.
W Polsce już się mówi, iż mimo zniesienia lockdownu na przełomie czerwca i lipca obostrzenia w kontaktach międzyludzkich, noszenie maseczek, zachowanie odległości, brak zgody na spotkania, dyskusje klubowe czy większe imprezy (choć nie dotyczy to mszy i uroczystości religijnych) potrwają do kilkunastu miesięcy.
Jak pisze Serge Halimi („Od zaraz” [w]: Le Monde Diplomatique , nr 2/162/2020) trzeba przeciwstawić się nadciągającemu wraz z izolacją „kapitalizmowi cybernetycznego nadzoru”. Drony w Paryżu, czujniki temperatury w Korei Płd., aplikacje na telefon, paszporty immunologiczne z danymi o wszystkich dolegliwościach właściciela i przebytych chorobach, psy-roboty kontrolujące przestrzegania zaleceń władz (Singapur) – wszystko to tłumaczone jest zagrożeniem epidemiologicznym. Ale czy do końca? Czy zbieranie i przetwarzanie informacji dotyczyć będzie tylko okresu trwania pandemii? A co, jeśli koronawirus - jak twierdzi wielu specjalistów - zostanie z nami na zawsze, jak grypa czy katar?
Pracy będzie coraz mniej, co przewidywał już ponad 20 lat temu Jeremy Rifkin (Koniec pracy). A przecież to praca ukształtowała człowieka jako gatunek Homo sapiens - jest jak oddychanie, trzyma go przy życiu. Jeśli przestajesz pracować – umierasz (tak twierdzi psycholog kliniczny i socjolog Thomas T. Cottle).
W takiej perspektywie, wraz z rozszerzającą się przestępczością i agresją w społeczeństwach, musi wzrastać opresyjność systemu, wyrażająca się zwiększoną liczbą więzionych.
Socjolog i antropolog amerykański Loic Wacquant pokazał wyraźnie korelację między pauperyzacją ludzi a przemocą, tworzeniem gett i coraz szerszą penalizacją. Takie traumatyczne i degradujące ludzi wydarzenia wpływają na to, co dziś już wykazują sondaże i badania np. we Włoszech - dramatyczny spadek zaufania ludzi do siebie nawzajem, syndrom samotności, ucieczka od skupisk ludzkich, masowo występujące postawy schizoidalne. W skrajnych przypadkach na Stary Kontynent może zawitać (na wzór USA) prywatyzacja systemu penitencjarnego - ze wszystkimi patologiami tego systemu.
Zagrożeniem, które jednak może przeszkodzić w diametralnej zmianie sytuacji w skali planetarnej pod względem ideologiczno-intelektualnym może być koncentracja kapitału na bazie pandemii i kwarantanny (zatrzymanie na miesiące gospodarek w wielu państwach i regionach). W czasie wszelkich kryzysów i powszechnej ruiny drobnych przedsiębiorców następuje bowiem integracja kapitału w rękach coraz mniej licznej grupy. To rekiny i globalni mocarze rynków. To droga – pisali nt. temat różni autorzy, poczynając od Engelsa, a na Pikettym kończąc – wiodąca ku monopolowi. Masowym bankructwom i poszerzającym się strefom biedy oraz wykluczenia zawsze towarzyszy bowiem skokowy wzrost bogactwa nielicznych. Tym samym, razem ze wspomnianą proletaryzacją klasy średniej, następować musi oligarchizacja ze wszystkimi swoimi następstwami. I to w ponadnarodowym jak i w panświatowym wymiarze. Będą temu także sprzyjały wspomniane nowoczesne formy edukacji.
Ostatnim elementem wynikającym z pandemii stanie się ucieczka od wielkich skupisk ludzkich. Wspomniane trendy z Italii pokazują już przewidywany kierunek: będzie to tendencja do rozproszenia ludzi i deglomeracji. Z tej racji miasta - molochy, metropolie po kilkanaście czy kilkadziesiąt milionów mieszkańców jak np. aglomeracja Bombaju (ponad 25 mln mieszkańców) zwana „najdroższym slumsem świata” – zapewne zaczną się wyludniać. Z obawy ich mieszkańców o swoje zdrowie i życie. Syndrom popandemiczny i egzystencjalny strach zagoszczą na długo w głowach ludzi. Oczywiście w świecie cywilizowanym ci z ponadnarodowych, globalnych elit będą sobie mogli na odseparowanie od innych pozwolić. To już się dzieje, co widać choćby po grodzonych i strzeżonych osiedlach dla bogatych. Teraz ten proces zapewne przyspieszy.
Tak wiec pandemia może przybliżyć organizację i stratyfikację ludzkości według myśli Johana Galtunga zwanej „20 : 80” (opartej z kolei na badaniach ekonomisty Vilfrida Parety). Można ją streścić pokrótce tak: 20 % populacji światowej będzie jadło, pracowało, konsumowało dobra, bawiło się, mieszkało „wszędzie i nigdzie” (zawsze w strzeżonych i izolowanych enklawach dobrobytu, spokoju i bezpieczeństwa), a reszta, te 80% będzie po porostu pochłaniana przez chaos, zagrożenia, przemoc i terror.
Oczywiście stanie się tak, o ile ludzkość, społeczności, pojedynczy ludzie nie wykażą się ostrożnością, dystansem do chaotycznych i sprzecznych informacji dochodzących z różnych stron (zwłaszcza z kręgów władzy). Także wówczas, jeśli zabraknie racjonalności i sceptycyzmu, oddolnej samoorganizacji, a przede wszystkim – zdecydowanych protestów.
Inaczej górne 20% populacji będzie wiodła kreatywne, ciekawe intelektualnie życie, mając odpowiednio wysokie dochody, a pozostałe 80% stanie przed dylematem – jeść czy być jedzonym.
Potrzebna jest więc z jednej strony mobilizacja społeczna (na niespotykaną do tej pory skalę) w celu z jednej strony przeciwstawieniu się komercjalizacji wszystkich elementów życia ludzkiego, w którym chaos oraz niestabilność są podstawowymi demiurgami (Naomi Klein, Doktryna szoku). Ten stan cofa bowiem ludzkość do przed demokratycznych i skrajnie opresyjnych rozwiązań, tak wielbionych zarówno przez elity neoliberalne jak i jawnych konserwatystów oraz zwolenników rządów „silnej, narodowej ręki”.
A z drugiej – trzeba skupiać się w ponadnarodowych, ponadpaństwowych kolektywach, a następnie zdecydowanie zacząć wymuszać porzucenie szkodliwej praktyki, jaką jest tzw. turbokapitalizm, który w czasach pandemii (i po niej) może dostać kolejnych impulsów do sprowadzenia bytu homo sapiens do egzystencji niczym w mrowisku lub ulu. Ze wszystkimi tego konsekwencjami i efektami. Czas na pudrowanie i oswajanie, a przede wszystkim na tolerowanie neoliberalnego zombie, zdecydowanie już minął.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 457
Fałszywe flagi zdarzają się teraz niemal codziennie
Termin „fałszywa flaga” pochodzi z czasów żaglowców, kiedy kapitanowie podnosili wrogą flagę, aby oszukać inne statki. Nieświadomy kapitan, widząc pozornie znajomą flagę, podchodził nieświadomie, być może w celu wymiany przepisów lub tras — tylko po to, aby nagle znaleźć się pod gradem kul. Maszt bezan został zestrzelony, a statek abordażowany. Pułapka była idealna.
Piraci stosowali tę samą sztuczkę: sprawili, że zniknęła flaga z czaszką i skrzyżowanymi piszczelami, a zamiast niej wciągnęli flagi brytyjskie lub hiszpańskie.
Historia jest pełna operacji pod fałszywą flagą.
Koń trojański jest wczesnym przykładem — podstępem zamaskowanym jako podarunek. Ramzes w starożytnym Egipcie również dał się nabrać na takie oszustwo. W średniowiecznej Europie Kościół rzymskokatolicki sfałszował dokument przyznający mu prawo do mianowania europejskich monarchów. Później wymyślił postać „kapłana Jana”, aby wciągnąć Europejczyków w beznadziejną wojnę. Ta fikcyjna postać była wykorzystywana przez ponad pięć stuleci — nikt niczego nie podejrzewał.
Od XIII wieku niewinni ludzie byli obwiniani za wszystko – nieurodzaje, epidemie, nawet pogodę. Kościół prześladował położne i zielarki jako „czarownice”. Ich mordowanie stało się systematyczną polityką. Polowanie na czarownice było wczesnym prekursorem dzisiejszej kultury anulowania – z podobnie samouwielbiającymi się fanatykami, tylko bez Wikipedii.
Wojna amerykańsko-hiszpańska zaczęła się od kłamstwa. Prezydent McKinley twierdził, że amerykański okręt wojenny Maine został zatopiony przez hiszpańską minę w Hawanie – chociaż kapitan się z tym nie zgadzał. Późniejsze dochodzenia potwierdziły, że była to wewnętrzna eksplozja. Wojna została więc oparta na kłamstwie.
Adolf Hitler był mistrzem oszustwa: w 1933 r. zainscenizował podpalenie Reichstagu, obwinił komunistów i w ten sposób zapewnił sobie przejęcie władzy. W 1939 r. wydał rozkaz ataków na cele niemieckie pod fałszywymi flagami i obwinił Polskę — początek II wojny światowej.
Stany Zjednoczone również uciekły się do tej taktyki: prezydent Roosevelt przedstawił atak na Pearl Harbor w 1941 r. jako niespodziankę. W rzeczywistości wiedział o tym — i pozwolił, aby się wydarzył, aby uzasadnić przystąpienie do wojny.
W 1953 r. USA i Wielka Brytania obaliły rząd Iranu w ramach operacji Ajax — sfingowanego ataku na meczet, który pociągnął za sobą ofiary wśród ludności cywilnej.
W 1962 r. CIA zaplanowała ataki na cele amerykańskie pod nazwą „Operacja Northwoods”, aby wywołać wojnę z Kubą — ale plan się nie powiódł.
W 1967 r. amerykański statek szpiegowski Liberty został zaatakowany przez izraelskie myśliwce. Później okazało się, że atak był celowo sfingowany — i że prezydent Johnson był tego świadomy.
W 1998 r., pod presją skandalu Lewinsky, prezydent Clinton odwrócił uwagę atakami rakietowymi na Afganistan i Sudan. Tutaj również oszustwo w celu utrzymania władzy.
11 września 2001 r.? Liczne przesłanki sugerują, że władze USA zostały przynajmniej poinformowane — jeśli nie współwinne. Kłamstwo o broni masowego rażenia w Iraku było klasycznym przykładem: Colin Powell, George W. Bush i Tony Blair systematycznie okłamywali opinię publiczną. Wojna z Irakiem była operacją pod fałszywą flagą — z milionami ofiar.
A potem? „Kryzys klimatyczny” – globalny mechanizm kontroli, który ma na celu indoktrynację ludzi do Net Zero, Wielkiego Resetu i technokratycznego nadzoru.
Na przełomie tysiącleci pojawiła się „mistyfikacja Y2K”: świat ogarnęła panika, ponieważ komputery miały rzekomo ulec awarii 1 stycznia 2000 r. Korzyść? Firmy zajmujące się oprogramowaniem zarobiły miliardy na rozwiązaniach problemu, który nigdy nie istniał.
Wreszcie w 2020 r. rozpoczęła się największa fałszywa flaga wszechczasów: tzw. pandemia COVID-19 – z ogólnoświatowymi lockdownami, masowymi szczepieniami, całkowitym nadzorem i bezprecedensową synchronizacją mediów. Cel: kontrola, posłuszeństwo i transformacja społeczeństwa.
Dziś takie operacje zdarzają się niemal codziennie. Każdy, kto zwróci uwagę, je rozpozna: tu wybuch, tam medialny krzyk — zawsze z politycznym celem, który wkrótce ujawnia się w nowych prawach, ograniczeniach lub wojnach.
Operacje pod fałszywą flagą nie są reliktem historii. Są preferowanym narzędziem dzisiejszej elity władzy.
Vernon Coleman
Powyższy tekst pochodzi z książki Endgame dr. Vernona Colemana.
Więcej informacji na stronie vernoncoleman.com .
Za: https://expose-news.com/2025/06/28/false-flags-are-occurring-almost-daily-now/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 946
Zdaniem Umberto Eco, faszyzm jest stałym elementem cywilizacji euroatlantyckiej – czy inaczej mówiąc: zachodniej – jako immanentny jej czynnik sprawczy. Pisarz nazywa go prafaszyzmem. Niczym głowy obcinane hydrze lernejskiej przez Herkulesa odradza się w coraz to nowych formach, przybierając kolejne postacie zależne od czasów (i związanych z nimi mód czy trendów), miejscowej kultury, sytuacji ekonomicznej itd.
Eco stosuje wobec ewolucji faszyzmu pojęcie „fuzzy” oznaczające w logice zbiory rozmyte, o niewyraźnych zarysach i kształtach, mętne i niedookreślone. I dlatego faszyzm, nawet gdy posługuje się niektórymi elementami tak charakterystycznymi dla niego – a opisanymi przez Eco w eseju Wieczny faszyzm - pozostaje nadal faszyzmem. Jego hybrydalny charakter, zadziwiająca zdolność mimikry i doskonała elastyczność powodują, że w określonych warunkach może być postrzegany jako demokratyczne, całkiem naturalne, centrum sceny politycznej.
Żyjemy w czasach wzmożonego mącenia świadomości jednostek.
Maria Szyszkowska
Nieusuwalną i niezmienną cechą faszyzmu – choć występującą pod różnymi postaciami - jest jego zwierzęcy antykomunizm i antyprogresywizm (czyli antyoświeceniowość). Szczególnie niebezpiecznym i zapewniającym dziś odradzanie się, a także popularność faszyzmu jest właśnie owo „fuzzy”, czyli przybieranie „palta” ustroju demokratycznego. Tym samym uchodzić on może za nobliwy, stateczny, stabilizujący element w realności demoliberalnego kapitalizmu.
Gdy postmodernizm po krótkim, acz toksycznym, okresie absolutnego panowania w kulturze Zachodu i narzucenia jej swojej wersji aksjologii wywołuje powszechną potrzebę stabilności, przewidywalności, czy potrzebę porzucenia przez ludzi wszelkich form chaosu, faszyzm proponuje to, co doprowadziło w latach międzywojennych do jego zwycięstwa. W całej Europie, poza ZSRR. Wtedy w zasadzie jedynie Wielka Brytania, Francja i Czechosłowacja nie poddały się tym trendom. Cała reszta Starego Kontynentu w mniejszym lub większym stopniu składała się z państw parafaszystowskich lub jawnie faszystowskich.
Współczesna sytuacja naznaczona piętnem neoliberalnej globalizacji i absolutnym panowaniem tej doktryny nie tylko w ekonomii i gospodarce, lecz we wszystkich możliwych płaszczyznach życia, powoduje wyzucie dziesiątków milionów ludzi z jakiejkolwiek tożsamości stanowiącej osnowę ich dotychczasowej wspólnoty. Zwłaszcza, jeśli chodzi o tradycje i kulturowe kody. I tu faszyzm ubrany we wspomniane modne palta, aktualne ubiory będące trendy i lansowane przez mainstream, prezentujący się jako siła stabilizująca i przewidywalna, odwołująca się do tych wartości, które postmodernizm zanegował i zdeprecjonował, a potem rozjechał je do reszty walec neoliberalny, zyskuje posłuch, admirację i polityczne poparcie. Zwłaszcza wśród ubożejącej i podlegającej deklasacji tzw. klasy średniej, inaczej mówiąc – drobnomieszczaństwa. Ale także wśród rozczarowanych i sfrustrowanych inteligentów, którzy teraz mogą swoje intelekty i umysły oddać na usługi tej w sumie przewidywalnej, nobliwej, obłaskawionej (jak się wydaje) przez system demokracji parlamentarnej, siły.
Konieczność: jedność i jednomyślność
Zasadniczym elementem pozwalającym określać daną sytuację jako faszyzm czy parafaszym jest żądanie - nakazywanie realizowane różnymi metodami, w różnorakich formach jedności - jednomyślności, powszechnej zgody na to, co przekazują rządzące elity lub mainstream z nimi sprzężony. Tu wspomniane rzesze sfrustrowanych inteligentów nadają się nad wyraz.
Wersja „fuzzy” pozwala wyeliminować, bądź zaciemnić, w ustroju faszystowskim kilka aspektów jednoznacznie go charakteryzujących, ale i tak rozpoznajemy go – gdy dokonać dogłębnej analizy sytuacji - jako faszyzm. To właśnie jest przede wszystkim owa potrzeba jedności i jednomyślności myślenia.
„Myśl jest pracą umysłu. Marzenie jest jego rozkoszą. Kto myśl zastępuje marzeniem, ten nie odróżnia pożywienia od trucizny” pisał Wiktor Hugo. Marzenia i idealne, wyłącznie subiektywne, rozumienie świata i procesów w nim zachodzących, a przy tym nietolerowanie jakichkolwiek sądów i tez spoza swego oglądu rzeczywistości jest chyba najważniejszym wektorem faszyzacji i drogą do pełnego, klarownego faszyzmu. I w nieoczekiwanej chwili, stajemy w obliczu systemu, ustroju, rzeczywistości świecących niezasłużonym, jakimś odbitym, dawno przebrzmiałym, blaskiem ustroju demokratycznego. A de facto jest to demokracja fasadowa, a zza pięknie odnowionych frontów coraz to wyzierają maski pra- lub quasi-faszyzmu.
Media i ich aktualna rola w kształtowaniu, ba - wręcz narzucaniu omnipotentnego sposobu interpretowania rzeczywistości, jest kolosalna. To one są najważniejszą władzą w obecnym świecie. Media, a w zasadzie korporacje i stojący za nimi kapitał. Eco zwracał uwagę na niebezpieczeństwo tak rozumianej, przewartościowanej roli mediów w dzisiejszym świecie. Zdaniem wielu autorów, znawców tej problematyki, tu leżeć może źródło faszyzacji sfery komunikacji medialnej, a za nią całej przestrzeni publicznej.
Zbiorowości wychowane na reklamie, na bezgranicznej wierze w to, co prezentuje im obrazek na ekranie telewizora, laptopa, smartfona, wyzbyły się krytycyzmu, a przez to zdolności samodzielnego myślenia. I to jest ów wspomniany wektor, którym podążać można – miękko i niepostrzeżenie – ku faszyzmowi w wersji „fuzzy”. Powszechność i omnipotencja tego, co obiecuje reklama medialna zapewniająca, iż kupno i konsumpcja, posiadanie jakiegoś dobra – obojętnie czego: podpasek, pasty do zębów, prezerwatyw czy suplementów na potencję, samochodu, żywności itd. – ma sprawić, iż każdy poczuje się od razu wolnym, szczęśliwym i „uchachanym”.
Odmieńcy, czyli zdrajcy
Natychmiastowe przyjęcie jednoznacznych prawd i niezgoda na taką powszechność opisu rzeczywistości jest dla prafaszyzmu zdradą, przyczyną wykluczenia i stygmatyzowania tych, którzy ośmielają się mieć - a co gorsza głosić publicznie - własne, odmienne zdanie czy opinie. Czy dzisiejsze, królujące totalnie elity i ich medialni workerzy nie realizują takiego właśnie scenariusza komunikacji publicznej, równocześnie wychwalając demokrację jako system dający obywatelom indywidualne prawa w przedmiocie głoszenia poglądów?
Według opcji faszystowskiej, tylko wyznawcy, akolici, monolityczna zbiorowość popierająca daną wizję świata jest po stronie prawdy, światła i człowieczeństwa. Gdyż stanowią formę nowego, współczesnego „ludu wybranego”. Przestrogi płynące z wielu stron świata polityki i niezależnych mediów, zwłaszcza dziś w obliczu wojny na Wschodzie Europy, czy w Gazie, kierowane są właśnie wobec tak jednostronnego i prymitywnego przekazu medialnego w całym zachodnim świecie.
Zdaniem wielu tak uprawiana manipulacja i powszechnie głoszony jakościowy populizm jest kolejnym źródłem torującym drogę faszyzmowi. Tym razem oddolnemu. Wolne i pluralistyczne ponoć media uznające tylko swój ogląd rzeczywistości, w konwencji zadekretowanej przez nie politycznej poprawności i wyłącznie publicznie dopuszczalnej, to komunikatory, które otwierają drogę do władzy jawnym faszystom. Dotyczy to zwłaszcza mediów elektronicznych: TV i Internetu. Mówienie wyznawcom i konsumentom tak prezentowanych tez, że są jednoznacznie po stronie prawdy, a inne opcje nie mają racji bytu i winne być napiętnowane oraz skazane na wieczne milczenie – często oznacza eliminację z życia publicznego czy nieformalną (bo pozasądową) anatemę. Jest to tradycją charakterystyczną dla faszyzmu w każdej wersji. To wersja powtarzana w wielu religiach – zwłaszcza monoteistycznych - gdzie wyznawcy przekonani są o swej wyjątkowości, misji i wybraniu.
Efekty koncentracji mediów
Oczywiście uzupełnia współczesną tak funkcjonującą przestrzeń istnienie tzw. orwellowskiej nowomowy. Wypełnia ona ją absolutnie, w celu efektywniejszego manipulowania „ludem”. Dziś to są tzw. konsumenci produktów medialnych. Przekaz współcześnie lejący się z mediów spełnia wszelkie kryteria funkcjonowania wedle recept klasyków PR-u i reklamy - duetu Lippmana i Bernaysa.
Dzisiejsza nowomowa ma swe źródła w całkowitej banalizacji i karnawalizacji przekazu, m. in. w języku i formach popularnych talk-show, kolejnych klonach Big Brothers, monokulturze myśli przekazywanych wyłącznie w afektywno-emocjonalnych formach, debatach na poważne i skomplikowane sprawy na różnego rodzaju Twitterach, Tik-Tokach i tego typu forach. To wszystko są kierunki podążania ku jednorodności z równoczesnym prymitywnym widzeniem świata i człowieka. Konsument tak podawanej medialnej „papki” nie myśli, a tylko reaguje emocjonalnie na bodźce. I tak samo jest z tsunami newsów różnej proweniencji i jakości, atakujących owego konsumenta. A homogeniczność przekazu – tak pod względem formy jak i treści – w związku z monopolizacją i koncentracją kapitału w sektorze medialnym absolutnie temu sprzyja.
Już w końcu I dekady XXI w. znakomity dziennikarz światowego wymiaru John Pilger (1939-2023) przestrzegał przed koncentracją mediów w obrębie kilku megakoncernów (a przez to poddanie ich kontroli i presji przez gigantyczny kapitał za nimi stojący). Ów proces daje właśnie opisywane wcześniej efekty. W roku 1983 główne światowe media należały do ok. 50 korporacji (w większości amerykańskich). W 2002 r. ta liczba obejmowała już tylko 9-10 korporacji. Robert Murdoch – jeden z rekinów globalnego biznesu, multimiliarder i właściciel korporacji medialnej o światowym zasięgu – uważa, iż w pod koniec trzeciej dekady XXI wieku będą funkcjonowały jedynie 2-3 globalne giganty medialne. Taka koncentracja kapitału i władzy medialnej dotyczy nie tylko USA, ale całego zachodniego świata.
Pilger podaje przykład wojny w Iraku i argumentacji, jaką szerzono powszechnie wokół tej brutalnej, imperialnej agresji. Uzasadniającym tę napaść w 2003 r. całej koalicji zachodnich państw na ten bliskowschodni kraj, zrujnowany wcześniej przez dekadę sankcji i blokad, było stwierdzenie, iż pragnienie niesienia dobra, równoznaczne z akceptacją wartości amerykańskich przez resztę świata - zwłaszcza Bliski Wschód – ma szczególny związek, niemalże mistyczny, z potęga militarną USA.
Waszyngtońskich decydentów rozpoczynających napaść na Irak z prezydentem Bushem jr. na czele media określały jako miłujących demokrację i postęp polityków, szczerze wierzących w potęgę zachodnich zasad i wartości. (Protesty społeczne w krajach zachodnich i Ameryce były w miarę słabe i nikt na to nie zwracał uwagi). Madeleine Albright, sekretarz stanu USA za prezydentury Billa Clintona w końcu XX w. podczas rozmowy z prezenterem TV Lesterem Stahlem na jego pytanie dotyczące dzieci irackich, których ok. 0,5 mln zmarło w wyniku sankcji amerykańskich nałożonych na Irak i w czasie napaści na Irak (zdaniem Stahla było to więcej niż po uderzeniu bomby atomowej w Hiroszimę) odpowiedziała, iż mimo takiej tragicznej ceny warto było prowadzić takie działania w obliczu zysków. Nihilizm, cynizm czy jawnie faszystowska mentalność – trudno jednoznacznie to nazwać.
Media, pokazując dokładnie i uzasadniając jak na przytoczonym przykładzie agresję, napaść, imperialną awanturę dobrem, postępem, szerzeniem wartości demoliberalnych immanentnych zachodniej kulturze i cywilizacji, stały się tym samym z jednej strony apologetą i promotorem takich rozwiązań, a z drugiej – wojna przeobraziła się w grę pokazywaną przez elektroniczne media niczym sztuka w teatrze, bądź fabularny film. Stały się one głównym dyrygentem takich krwawych i brutalnych zapasów. A ludzie mogli się poczuć jak widzowie w rzymskim Coloseum oglądający na żywo walki gladiatorów, zmagania ludzi z drapieżnymi i egzotycznymi zwierzętami, uczestniczący w krwawych igrzyskach.
Terror
Więc zasadne jest pytanie: czy faszyzm już powrócił? Eco uważał, iż ten scenariusz jest możliwy i zacznie się od mediów. Holenderska żurnalistka śledcza Sonia van den Ende, przebywająca kilkakrotnie na terenach walk na wschodniej Ukrainie, stwierdziła publicznie: „Widziałam wojnę, ale nie możemy mówić prawdy. Jesteśmy cenzurowani w Europie”. Z podobnymi opiniami – w chińskiej gazecie Global Times – wystąpił włoski fotoreporter Giorgio Bianchi. Dodał, iż: „W tej chwili we Włoszech i ogólnie w całej Europie mówienie o motywach Rosji w tym konflikcie oraz winie Unii Europejskiej oraz NATO oznacza, że zostaniesz nazwany „putinistą”. Wcześniej Bianchi pracował w kilkunastu gorących, wojennych punktach: Syria, Burkina Faso Myanmar. I jest profesjonalistą w swoim fachu. Jak podkreśla gazeta, jego zdjęcia były prezentowane w czołowych zachodnich mediach, magazynach i na międzynarodowych wystawach, otrzymując liczne nagrody i wyróżnienia.
Gdy następuje skoncentrowany atak na nasz światopogląd, gdy zostajemy napiętnowani jako inni, gdy dostajemy stygmat zdrajcy lub odszczepieńca, kiedy zaleca się nam milczenie, albo poucza nas, iż mniej nam wolno, tym samym rośnie zagrożenie naszego bezpieczeństwa i zawala się nasz świat. Prof. Janusz Reykowski, psycholog społeczny, zauważa w tym kontekście, iż każde antagonizowanie i polaryzacja zbiorowości dotąd spójnych i w miarę tożsamych czynione przez publikatory w imię oglądalności (i zysków za tym idących) prowadzi do wrogiego nakręcania się po obu stronach tak rysowanej medialnie barykady. Gdy jedni są przekonani o absolutnej racji i prawdzie pozostającej po ich stronie, tym samym odbierają stronie przeciwnej jakąkolwiek legitymizację. Z czasem pozbawiają ją człowieczeństwa. Możliwości kompromisu i porozumienia zanikają. I czy to jest już faszyzm, czy dopiero faszyzacja przygotowująca grunt pod absolutne i czyste panowanie tego ustroju?
Na zakończenie warto zwrócić uwagę jeszcze na jeden aspekt związany z przedstawianym tu zagadnieniem. Fundamentalizm stojący zawsze pod rękę z faszyzmem, to pogląd na świat – nie tylko religijnego chowu – zakładający pewien rodzaj wiary, która może być łatwo doprowadzona do skrajności. Jest to wiara w doskonałość, w Absolut, w to, że każdy problem musi być dziś rozwiązany wedle naszych prawd i zasad. Zakłada jednocześnie istnienie autorytetu wyposażonego w wiedzę doskonałą. A ta wiedza nie musi być dostępna dla zwykłych śmiertelników. I są gremia – czyli ów Absolut – który im tę wiedzę i prawdy przekażą.
To immanentny składnik faszystowskiego sposobu myślenia. Rządzący współcześnie mainstream, mimo zapewnień o admiracji wobec takich wartości jak wolności obywatelskie, demokracja, swoboda myśli i wypowiedzi, liberalizm wobec różnych postaw i sposobów interpretacji naszego świata, sobie przypisuje wyłączne prawo do oceny prawdziwości, słuszności czy wiarygodności krążących w przestrzeni publicznej sądów i tez. To swego rodzaju bałwochwalstwo i sakralizacja swoich poglądów. To uznanie siebie za ostateczny autorytet.
Gdy dziś rozejrzymy się wokoło nas, to z przerażeniem zaobserwujemy, iż faszyzacja rzeczywistości postępuje. I to od lat. Przykładów faszyzacji, która jednak w wyniku opisywanych trendów uchodzi za prawidłowość pogłębiającą demokrację i obywatelskie wolności, można podawać mnóstwo. Ale przecież nie tyle chodzi o przykłady, ile o tendencje i źródła powodujące zaistnienie tych nie kończących się procesów.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5804

