Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 319
Pilna potrzeba badań nad propagandą w czasach Covid
Dla tych z nas, którzy badają propagandę krytycznie i pragną wykonywać tę niezwykle ważną pracę jako intelektualiści publiczni, ostatnie dwa lata były wyjątkowo trudne, a nawet niebezpieczne, stawiając nas w bolesnej sytuacji.
Z jednej strony nigdy nie mieliśmy tak wiele do roboty, ani nigdy nie było większej potrzeby naszej szczególnej wiedzy specjalistycznej.
Podczas gdy na „demokratycznym” Zachodzie propaganda była najbardziej widoczna jako intensywna praktyka epizodyczna, rozpalająca się w czasie wojny, w kampaniach politycznych i po ogromnych zbrodniach państwowych, takich jak zabójstwo JFK , 11 września i późniejsze ataki wąglika (wśród innych narodowych traum zaprojektowanych przez rządy), propaganda atakująca nas wszystkich bez przerwy dzisiaj nie jest już narodowa ani jedynie wielonarodowa, ale globalna; a dawna nieregularność tych najstraszniejszych kryzysów, z dekadami mijającymi między jedną traumą a następną, ustąpiła miejsca ogłupiającej strategii seryjnego bombardowania — jednego katastrofalnego zamieszania po drugim (czasem jednego w drugim), jak za otwarcie totalitarnych rządów.
Tak więc przez cały rok 2020 — pierwszy rok niekończącego się kryzysu COVID — byliśmy nieuchronnie przesiąknięci strachem przed „wirusem” i przez to zastraszani lockdownem (pomimo naukowego faktu, że lockdowny wyrządzają więcej szkody niż pożytku ), jednocześnie cały czas i wszędzie nosząc maski, a także utrzymując „dystans społeczny” (pomimo naukowego faktu, że żadna z tych praktyk nie „spowalnia rozprzestrzeniania się” żadnego wirusa układu oddechowego ). Podczas gdy noszenie masek zostało narzucone rzekomo, abyśmy mniej bali się COVID-19, to tylko sprawiło, że bardziej baliśmy się siebie nawzajem i pogłębiło ten paraliżujący strach dzikim gniewem na wszystkich, którzy nie noszą masek ( pomimo naukowego faktu, że maski nie zapobiegłyby transmisji „wirusa”, nawet gdyby cała globalna populacja nosiła je cały czas ).
Tak zaciekle propagowane przez media — zarówno korporacyjne, jak i „alternatywne” — przez cały rok 2020, świętoszkowate rozróżnienie nas samych na „dobrych w maskach” i „egocentrycznych bez masek” było tylko zgubną odmianą podziału na „czerwonych”/„niebieskich”, który media, z niewieloma wyjątkami, zaciekle propagowały od czasu dojścia do władzy Donalda Trumpa; a ten paraliżujący podział plemienny pogłębił się w połowie 2020 r. wraz z incydentem George'a Floyda i rodzącym się kultem BLM, którego niejasna misja przeciwko „białej supremacji” została nagle i ostentacyjnie być wychwalana w mediach na całym świecie (beatyfikacja George'a Floyda była kolejnym uderzeniem globalnej propagandy, ta sama wielka grafika jego quasi-tragicznej twarzy pojawiała się na wiecach w tak odległych miejscach jak Francja, Ghana i Japonia) i anomalnie chwalona przez Jeffa Bezosa, Mitta Romneya, Jaimie Dimon, Billa i Melindę Gates, Nancy Pelosi i innych bogatych graczy, którzy nie są znani ze swojej troski o życie czarnoskórych (wręcz przeciwnie).
Podczas gdy protesty przeciwko blokadzie, które wybuchły (organicznie) tamtej wiosny, zostały potępione przez rząd i media jako śmiertelne „wydarzenia superrozprzestrzeniające się” (pomimo naukowo stwierdzonego faktu, że żaden wirus układu oddechowego nie jest znany z bezobjawowego rozprzestrzeniania się, co nawet dr Fauci przyznał publicznie w pewnym momencie), tłumy protestujących BLM zostały oklaskiwane za zgromadzenie się, chociaż wielu nie nosiło masek lub miało maski poniżej brody (ani zamieszki, które po nich nastąpiły, nie zostały potępione za „narażanie wszystkich na ryzyko”, ani przez brak masek, ani przez wandalizm, podpalenia i/lub napaści fizyczne w miastach w całym kraju — przestępstwa ostentacyjnie negowane w mediach).
Ponownie potwierdzony jako wyraźnie rasowy melodramat, z BLM (i Antifa) stającymi naprzeciw „białych suprematystów” wspierających Trumpa i (podobnie jak on) nie noszącymi maseczek, masowy podział między Nami a Nimi tak głośno propagowany — i zaostrzany — przez media wybuchł po raz kolejny, 6 stycznia 2021 r., kiedy podczas gigantycznego pokojowego protestu w Waszyngtonie tego dnia (aby skłonić Sąd Najwyższy do zbadania dowodów na to, że zwycięstwo wyborcze Joe Bidena zostało skradzione), mała, pełna energii horda (nieuzbrojonych) „białych suprematystów” — w tym ponad 20 agentów FBI — „wdarła się” do Kapitolu USA (po wezwaniu przez policję Kapitolu), a ich hałaśliwe wybryki zostały powszechnie i gwałtownie przedstawione przez Demokratów i media jako „próba zamachu stanu”.
Jako propagandowy dodatek do gigantycznego protestu odbywającego się tego dnia przed Kapitolem — protestu tak różnorodnego, jak pokojowego — to wspierane przez FBI „powstanie” służyło zakwestionowaniu znacznie większego zgromadzenia, mającego na celu zaprotestowanie przeciwko prawdopodobnej kradzieży wyborów, jako „faszystowskiego” tłumu zamierzającego siłą przejąć „naszą demokrację”; a ponieważ głosowanie przeciwko Bidenowi było napędzane głównie oporem wobec rygorystycznych „środków COVID” preferowanych przez Demokratów, propaganda dotycząca „6 stycznia” służyła promowaniu tych środków poprzez demonizowanie ich przeciwników jako „ekstremistów”, jednocześnie czyniąc praktycznie nielegalnym wyrażanie jakichkolwiek wątpliwości co do niewytłumaczalnego „zwycięstwa” wyborczego Joe Bidena.
Tymczasem, gdy miliony ludzi są teraz zafascynowane tą szalejącą propagandą „antyfaszystowską” (niezależnie od tego, czy w nią wierzą, czy się jej opierają), drugi rok kryzysu COVID rozpoczął się od wprowadzenia najbardziej faszystowskiego „środka COVID” ze wszystkich — długo oczekiwanego programu „szczepień”, który Bill Gates w telewizyjnej wymianie zdań ze Stephenem Colbertem nierozważnie reklamował jako „ostateczne rozwiązanie”. Tak więc propaganda nieuchronnie nakazująca wszystkim noszenie maseczek („Noszenie to troska”), na podstawie szalonego kolektywistycznego założenia, że twoja maska cię nie „ochroni”, jeśli wszyscy jej nie noszą, nagle i nieuchronnie nakazywała wszystkim „zaszczepić się”, jakby każdy, kto nie został zaszczepiony, w jakiś sposób narażał wszystkich zaszczepionych „na ryzyko”.
W ten sposób „szczepienie” zostało nie tylko certyfikowane jako „bezpieczne i skuteczne” — przez rządy na każdym szczeblu i przez wszystkie media, zarówno korporacyjne, jak i „alternatywne”, i przez setki celebrytów, i przez każdą aptekę, i przez szkoły, od szkół podstawowych po college'e i uniwersytety, i, oczywiście, przez producentów „szczepionek”, wraz z dr. Faucim i Billem Gatesem — ale własne „szczepienie” było teraz dziwnie promowane jako (cytując papieża Franciszka) „akt miłości”.
I po tym, jak grzmiało przez rok 2021 i wkroczyło w rok 2022 — ze wszystkimi tymi radosnymi zapewnieniami o „bezpieczeństwie” i „skuteczności” obalonymi coraz bardziej dramatycznie przez dane z kraju po kraju, wstrząsające badania niezależnych naukowców i lekarzy na całym świecie, własne badania kliniczne Pfizera i Moderny oraz stale rosnącą globalną liczbę „nagłych zgonów” i wyniszczających „urazów poszczepiennych” — nagle ta propaganda zdawała się ustać (nagłe zniesienie lub modyfikacja „środków przeciwko COVID-19” przez stany i miasta na całym świecie), ponieważ nagle i (jednak) nadal nieuchronnie, zostaliśmy otoczeni i przeniknięci przez zupełnie inną kampanię propagandową; lub tak się przynajmniej wydaje.
Ta propaganda nie dotyczy, lub dotyczyła, „wirusa”, ani „środków” (rzekomo) zastosowanych w celu jego powstrzymania, ale wyłącznie Ukrainy — a jednak ta propaganda jest (lub była) w zasadzie taka sama, jak to, co ją poprzedzało; bo tak jak tamta sprawiła, że wszyscy byliśmy zafascynowani COVID-em, życzliwością tych, którzy przestrzegali wszystkich zasad „walki” z nim i złem wszystkich tych, którzy nie posłuchali, tak ta sprawiła, że wszyscy byliśmy (lub jesteśmy) zafascynowani walką Ukrainy o obronę przed potworem Putinem, życzliwością wszystkich tych, którzy „stoją z” Ukrainą i złem wszystkich tych, którzy tego nie robią.
I tak jak kiedyś COVID sprawił, że wszyscy bili brawo każdego wieczoru odważnym „pracownikom pierwszej linii” w szpitalach (podobno „zalanych” przez COVID), tak teraz my uczestniczymy/uczestniczylismy w czuwaniach dla Ukrainy, podpisywaliśmy/podpisujemy petycje w sprawie Ukrainy, wysyłamy pieniądze na Ukrainę i nosimy ukraińskie błękitno-żółte barwy na plecach, we włosach, na paznokciach i klapach marynarek, wieszamy ukraińskie błękitno-żółte barwy w drzwiach i/lub oknach i podziwiamy publiczne pomniki teraz skąpane w niebiesko-żółtych światłach, aby okazać naszą solidarność z tą prawą demokracją przeciwko krwawej próbie nazistowskiego Putina, by zabić jej szlachetnego przywódcę, unicestwić jej dzielnych żołnierzy i wymordować jej naród w jego bezwzględnym dążeniu do podboju całego świata.
Umieściłem ten zgrubny opis tej najnowszej kampanii propagandowej zarówno w czasie przeszłym, jak i teraźniejszym, aby ta wkrótce się nie skończyła lub nie wydawała się skończyć tak nagle, jak przyćmiła propagandę COVID; a ponieważ ona również z kolei z pewnością ustąpi miejsca jakiejś innej nieuniknionej kampanii, należy zauważyć kilka kolejnych kryzysów, które media i głowy państw rozmaicie przedstawiały, z przerwami, w ciągu ostatnich dwóch lat. (Takie terrorystyczne prognozy nieuchronnych prób są same w sobie sposobem na podtrzymywanie powszechnego strachu i gniewu).
Możliwe kolejne działania obejmują cyberatak („przez Rosję”); załamanie się światowego łańcucha dostaw i wynikające z niego niedobory żywności lub głód (prawdopodobnie obwiniane Rosję); nasilenie „kryzysu klimatycznego” wymagającego dalszych blokad; „terrorystyczne” ataki „białych suprematystów” i wściekłych czarnych (zwiastujące wojnę między rasami); „atak obcych” na planetę Ziemię, jak w „Wojnie światów” czy „Dniu niepodległości”; i – oczywiście – kolejna plaga, jedna lub dwie, a może trzy, wywołane przez jakiś kolejny „wariant” COVID-19, ospę (ulubioną przez Billa Gatesa), wirus Marburg i/lub jakikolwiek inny patogen, prawdziwy czy wyimaginowany, mogą służyć temu samemu staremu celowi (choć za tę kolejną zarazę prawdopodobnie obwini się Putina, a nie Komunistyczną Partię Chin).
Takie nadchodzące kontynuacje propagandy COVID-19, która prawdopodobnie zabiła lub zraniła miliony ludzi poprzez program masowych iniekcji, oraz propagandy ukraińskiej, która może doprowadzić do wojny nuklearnej (i której początki w 2014 roku pośrednio doprowadziły do obecnego rozlewu krwi w tym kraju), również wyrządziłyby ludzkości ogromne cierpienie – a zatem ci z nas, którzy krytycznie badają propagandę, jako intelektualiści, muszą mówić głośno i wyraźnie, aby naprawić sytuację.
Oznacza to przede wszystkim robienie tego, co twierdzą „weryfikatorzy faktów”, i robienie tego o wiele bardziej sumiennie i dokładnie, niż „obalanie” wszelkich faktów lub teorii, które przeczą lub komplikują narrację pompowaną przez rządy i media.
Podczas gdy „weryfikatorzy faktów” wykonują szybką i niechlujną pracę, a następnie przechodzą dalej, my pracujemy dogłębnie, z naukowym zaangażowaniem w prawdę, której odkrycie może zająć dekady — jak w przypadku morderstwa JFK i innych kluczowych zamachów w tamtym czasie, a także 11 września ; i tak jak nadal starannie obalamy propagandę, która wciąż zaciemnia te historyczne zbrodnie i inne, tak przez ostatnie dwa lata kopaliśmy i próbowaliśmy powiedzieć szeroko zakopaną prawdę o kryzysie COVID, jego prawdziwych źródłach, rzeczywistej śmiertelności SARS-CoV-2 (czymkolwiek ona naprawdę jest), testach PCR używanych do mierzenia „przypadków”, „środkach COVID” wymyślonych (rzekomo) w celu „spowolnienia rozprzestrzeniania się”, absolutnej daremności blokad i ich katastrofalnych szkód , zabójczym wpływie standardowego „leczenia” COVID i rzeczywistej dostępności ważnych środków zaradczych, cynicznej redefinicji takich kluczowych terminów jak „pandemia”, „przypadki”, „odporność stadna”, „szczepionka” i „w pełni zaszczepieni”, prawdopodobnych motywach napędzających cały ten kryzys (i te, które jeszcze nadejdą), rzeczywistej niskiej liczbie osób zabitych na całym świecie przez COVID i — przede wszystkim — stale rosnącej globalnej liczbie ofiar eksperymentalnego program „szczepień”; a teraz, gdy COVID i jego „warianty” oraz „szczepienia” zostały zepchnięte z centrum uwagi przez „Ukrainę” (chociaż rządy i media nadal histerycznie ostrzegają nas przed „COVID-em” i jego „wariantami” i krzyczą, żebyśmy się „zaszczepili”), staramy się znaleźć i opowiedzieć o ukrytej prawdzie o tym konflikcie — jak i dlaczego się zaczął, jak jest prowadzony po obu stronach oraz fakt, że dziesiątki „okrucieństw” przypisywanych Rosji okazały się tak samo fałszywe, jak zbrodnie zarzucane „Hunom” w I wojnie światowej, armii irackiej w Kuwejcie w 1990 r. i Baszarowi al-Assadowi, prezydencie Syrii od 2011 r. aż do momentu, gdy jego wyimaginowane barbarzyństwo zostało przyćmione przez „koronawirusa”, a następnie barbarzyństwo Putina na Ukrainie.
A jednak naszym celem nie może być jedynie pouczanie opinii publicznej o licznych prawdach zaciemnionych przez propagandę dotyczącą COVID lub Ukrainy, ale nakłonienie opinii publicznej do lepszego zrozumienia propagandy jako takiej; a zatem naszym ważniejszym celem musi być wyjaśnienie czynników, które ostatecznie pomogły przekształcić zachodnią „wolną prasę” w molocha propagandy, który obecnie utrzymuje miliony ludzi w straszliwej ignorancji.
To prawdziwe Ministerstwo Prawdy nie zostało powołane z niczego przez jakąś żelazną frakcję totalitarnych oligarchów, ale stopniowo przybrało kształt z korporacyjnego kartelu medialnego z powiązanymi zarządami, silnie uzależnionego od przychodów z reklam Amazona, Big Pharmy (zwłaszcza Pfizera) i spółek macierzystych mediów (wśród innych gigantycznych graczy), a jego aktywami ściśle zarządzają BlackRock, Vanguard i UBS; a wraz z tym jak ten ogromny system komercyjny stawał się coraz bardziej zjednoczony, utrzymywał on również, a nawet zacieśniał, swoje tajne relacje z wojskiem i „społecznością wywiadowczą” – zasadniczo tą samą kastą niedotykalnych, która zorganizowała morderstwo JFK i długie ukrywanie tego przez media.
I podczas gdy system mediów komercyjnych został w ten sposób skorumpowany od góry do dołu, na wskroś, „publiczne” media i „alternatywna” prasa – od NPR, PBS, BBC i CBC (itp.) po niemal każdy pojedynczy kanał na „lewicy” – również zostały wchłonięte przez molocha, głównie dzięki finansowaniu przez tak solidnych pośredników CIA jak Fundacja Forda, Fundacja Rockefellera i Instytut Społeczeństwa Otwartego.
Taka jest „wolna prasa”, która przekształciła się w biofaszystowską machinę strachu, a jej usługi propagandowe zapewniają „strategiczne partnerstwa medialne” Billa Gatesa i towarzysząca im operacja „weryfikacji faktów”, którą również w dużej mierze finansuje.
Propaganda tryskająca codziennie, co godzinę z tego systemu opiera się również na mądrości takich globalnych firm PR, jak Weber Shandwick, Edelman i Hill+Knowlton Strategies, aktywnym udziale niezliczonych celebrytów, a w ramach Czwartej Władzy, na wzroście autorytetu menedżerskiego „dziennikarzy” przygotowanych na uniwersytecie do znacznie mniejszej troski o uczciwe dziennikarstwo niż o (jakiś sposób) służenie „sprawiedliwości społecznej”.
A wszystkie fałszywe i pełne nienawiści „treści” pompowane przez tę w pełni kontrolowaną „wolną prasę” są z każdą minutą ogromnie wzmacniane w „mediach społecznościowych”, gdzie miliony służą (za darmo!) jako chętne wektory propagandy, podczas gdy ci, którzy jej zaprzeczają lub tylko ją kwestionują, są cenzurowani i zniesławiani.
To doprowadza nas do podwójnego opatrunku, w którym my, analitycy propagandy, znaleźliśmy się przez ostatnie dwa lata; ponieważ, chociaż nigdy nie było tak wielkiej potrzeby naszych analiz, nigdy nie było tak dużo dezinformacji, lub tak dużo wysoce trującej dezinformacji do sprostowania, ani nigdy nie było tak ogromnego i potężnego systemu propagandy do wyjaśnienia, ani nigdy nie było trudniej ani niebezpieczniej, aby zaprzeczyć jego twierdzeniom lub pokazać dokładnie, jak działa.
Dzisiaj rozpoznajemy w Julianie Assange'u zranionego brata nas wszystkich, jego długa, brutalna kara na Pasie Startowym Jeden przewidziała nadużycia, które teraz grożą każdemu, kto ośmieli się rzucić cień na narrację propagandową rozgłaszaną wszędzie przez rządy i media, tak jak on lub Wikileaks zrobili z „Collateral Murder”, nagraniem helikoptera bojowego, które rozświetliło mroczną stronę bohaterskiej propagandy „wojny z terroryzmem”. Jego długa gehenna za ten niewybaczalny grzech zapowiadała (głównie mniejsze) kary, którym obecnie poddawani są lekarze, naukowcy, dziennikarze i pracownicy naukowi, którzy na różne sposoby odchodzili od schematów, zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat (choć tego typu heretycy byli karani na długo przed pojawieniem się „wirusa”).
Wszyscy tacy dysydenci robią to samo, co my, w taki czy inny sposób; i tak — ponieważ każda zwycięska kampania propagandowa zależy od cenzury — wszyscy dysydenci zostali wymazani w „mediach społecznościowych”, trzymani z dala od anteny przez „naszą wolną prasę” i/lub w różny sposób anulowani przez „przebudzonych” aktywistów. Ponieważ nie mogą dyskutować z dysydentami, których twierdzenia są albo bezdyskusyjne, albo w dużej mierze prawdziwe, menedżerowie propagandy obrzucili nas wszystkich szlamem, nie pozwalając nam (oczywiście) na odpowiedź; i to nie wszystko, ponieważ ci, którzy sprzeciwiają się propagandzie, również zostali zwolnieni, pozbawieni lice
ncji, uwięzieni, przymusowo skierowani na oddziały psychiatryczne, a najwyraźniej nawet zabici, aby ukryć narrację. Większość z tych ukaranych to dysydenci COVID; choć ci, którzy teraz wypowiadają się przeciwko propagandzie „ukraińskiej”, również są narażeni na ryzyko, zwłaszcza ci mieszkający na Ukrainie, gdzie siły nazistowskie porywają, torturują i mordują dysydenckich reporterów, a gdzie amerykańsko-chilijski komentator Gonzalo Lira zniknął 15 kwietnia i pojawił się ponownie sześć dni później, po zatrzymaniu przez SBU.
Co zatem mamy zrobić jako analitycy propagandy? Na razie, w obliczu nieustającego grzmotu Wielkich Kłamstw, jedyne, co możemy zrobić, to kontynuować to, co robimy, zachowując przy tym twardą skórę i zachowując należyte środki ostrożności, ponieważ coraz ważniejsze jest, abyśmy mówili prawdę, którą znamy, tym, którzy wciąż są w stanie ją usłyszeć, a następnie poszukać jej samodzielnie. (Dotyczy to zwłaszcza młodszych ludzi, którzy są znacznie bardziej otwarci niż starsi).
W dłuższej perspektywie musimy jednak na nowo przemyśleć i odbudować wszystkie nasze instytucje demokratyczne, których całkowity upadek doprowadził cały ten świat na skraj załamania. W szczególności musimy odbudować dziennikarstwo, aby faktycznie relacjonowało wiadomości, tak jak potrzebujemy zupełnie nowego systemu medycznego – takiego, który odzyska swój hipokratesowski obowiązek leczenia ludzi, a nie tylko opłacalnego chorowania (lub umierania).
I oczywiście potrzebujemy nowej Akademii, która będzie edukować swoich studentów, a nie ich indoktrynować, uczyć ich nie tego, co myśleć, ale jak myśleć, jednocześnie zapoznając ich ze wszystkimi sztukami i naukami, które czynią nas lepszymi jako w pełni ludźmi. A jak boleśnie przekonaliśmy się w ciągu ostatnich dwóch lat, to co te nowe szkoły muszą w końcu zrobić — i nie tylko nasze uczelnie i uniwersytety, ale również wszystkie szkoły podstawowe — to nauczyć naszych studentów, na czym polega propaganda: jak ją rozpoznawać, gdy jest wszędzie, gdziekolwiek spojrzą, a nawet (lub zwłaszcza) gdy sami się z nią zgadzają.
Dopiero gdy my, Ludzie, w końcu zrozumiemy, czym jest propaganda i jak działa, będziemy mogli wreszcie swobodnie żyć i rządzić się sami.
Mark Crispin Miller
Mark Crispin Miller jest profesorem mediów, kultury i komunikacji na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie od 1997 roku prowadzi zajęcia z mediów (w tym kina) i propagandy. (Od 2020 roku nie może prowadzić zajęć z propagandy, kiedy to został skrytykowany za nakłanianie studentów do zapoznania się z całą literaturą naukową na temat maskowania).
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3303
Prymitywny animizm można uważać za
wyraz ludzkiego stanu naturalnego.
Sigmund Freud
Minęło już wiele lat, kiedy Amerykanin David Morrell napisał powieść pt. „Pierwsza krew”. Stworzył w niej i rozpropagował postać superkomandosa Johna Rambo – współczesnego gladiatora, nieziemskiego wojownika, mitycznego bohatera, który po traumatycznej dla USA (i świata zachodniego) wojnie wietnamskiej popada w konflikt z własnym społeczeństwem i sfrustrowany ginie w nierównej walce.
Powieść ta miała za cel obronę amerykańskich chłopców, którzy uczestnicząc - zdaniem niektórych massmediów - w brudnej wojnie, jakoby sprzeniewierzyli się wartościom kultury Zachodu: wolności, demokracji, postępowi, czy podstawowemu prawu judeochrześcijańskiej kultury – „nie będziesz zabijał”.
Na fali studenckiej rewolty roku 1968 w Europie i obu Amerykach zanegowano niemal wszystko, co w okresie powojennego dobrobytu stworzono dla poprawy sytuacji materialnej i kulturowej społeczeństw Zachodu. Rozpad kolonializmu, konflikt pokoleniowy rodziców (czynnych uczestników II wojny światowej) ze swoimi dziećmi (wychowanymi w okresie powojennym), ostateczne załamanie się wiary w postępowość światowego komunizmu, a także powstanie potężnego ruchu określanego jako kontrkultura zmieniły pod koniec lat 70. XX wieku oblicze cywilizacji. Stary świat ze swymi wartościami, porządkiem, gospodarką, aksjologią, odchodził w przeszłość, wzrastała więc nostalgia i niepokój.
W perspektywie tak skonstruowanej mentalności trzeba spoglądać dzisiaj na powstanie, mitologizację i wreszcie deifikację postaci osiłka utożsamianego z aktorem Sylvestrem Stallone’em.
Od słabości jajogłowych do kultu przemocy
Po kilku latach moralnego, kulturowego i psychologicznego kaca Ameryka musiała spetryfikować swą rolę w konflikcie wietnamskim. Zanegowano narodową ekspiację, odrzucono słabość jajogłowych i wielopłaszczyznowe spojrzenie na współczesność uprawiane przez mięczaków z liberalnej prasy czy elektronicznych mediów, potępiono w czambuł mazgajowate, inteligenckie rozdarte sosny, rozdzielające włos na czworo, nie mogące (zdaniem ówczesnych decydentów i macherów od popkultury) nic zaoferować społeczeństwom żądnym czynów.
Nie przewidziano jedynie, że czyn ów przerodzić się może w kult przemocy - ogolony i szeroki kark skinheada, preferencje dla nietzscheańskiej siły woli, reaktywację mocy ciemnych i destrukcyjnych w religii, kulturze, sztuce i innych aspektach rzeczywistości, a w efekcie – negację Innego, co jest zaprzeczeniem wartości demokratycznych, wolności osobistych jednostki i podstawowych praw człowieka.
Infantylizm, prostactwo formy, bezguście i antyracjonalizm obrazu charakteryzującego absolutną komercjalizację sztuki filmowej sięgnęły w cyklach o rambowych bohaterach niebios. Ale waszyngtoński White House rządzony przez konserwatywną ekipę Ronalda Reagana (jak określił go prof. Richard Rorty – „ta bezmózgowa kukła w rękach bogatych”) nawoływał do odbudowy amerykańskiego ducha podupadłego po wstrząsach wietnamskiej porażki i studenckiej rewolty A.D. ‘68. Gusty, mentalność, ogląd świata, aktorska przeszłość (czyli specyficznie hollywoodzka kategoria smaku) i upodobania do makkartyzmu tego właśnie prezydenta wywierały zdecydowany wpływ na kierunek, w którym poczęła podążać kultura Ameryki, a za nią sporej części świata.
Duch konserwatyzmu i prawicowości począł dąć przez Amerykę, a za nią – poprzez świat. Dla radykalnej prawicy ówcześni Rambo stanowili więc bazę, spośród której rekrutowała swoich bojowników. A ludzie prawicy zawsze są propagatorami rządów autorytarnych, opierających swe jestestwo na tradycji, konserwatyzmie i ustalonym od lat porządku. Ronald Reagan był więc tylko uosobieniem określonej formacji mentalno-kulturowo-politycznej w ówczesnej Ameryce i świecie.
Bohater cyklu filmów o przygodach superkomandosa w Wietnamie, przedstawiony w konwencji komiksu, (czyli bajki dla dorosłych), odzwierciedla społeczną potrzebę posiadania ikony, sacrum, nieskalanego obiektu adoracji, ideału. Czyli wartości, które zostały podważone przez kontrkulturę, reprezentującą na pewno tendencje i ciągoty postępowe, demokratyczne, wolnościowe, czyli sui generis - lewicowe. Restauracja jest bowiem zawsze lustrem rewolucji.
Herosi epoki konfrontacji
Macho to pewien symbol osobowego wzorca kultury patriarchalnej, śródziemnomorskiej, latynoskiej o określonym poczuciu honoru i wstydu, siły i wysublimowania, przemocy i czułości. Elegancja, specyficzny rodzaj zblazowania, ale i bezwzględność, specyficzna opiekuńczość, nawet spolegliwość wobec słabszych, kobiety, dziecka czy starca, ale i ostracyzm wobec Innego – będącego na antypodach w stosunku do mojej tradycji, oglądu świata, koncepcji życia. Wszystko jest jednak otulone oparami dotychczasowej obyczajowości, patriarchalnej wizji rodziny i społeczeństwa, białych koszul, wąsików a’la Zorro, noży i … wizerunków Matki Boskiej na szyi oraz wszechobecnych krzyży. Kościoła w niedzielne południe i knajpy w świąteczny wieczór. Oczywiście, w męskim gronie, albo w towarzystwie call girls.
W te wszystkie perspektywy doskonale wpisuje się nasz bohater powracający do Wietnamu, by walczyć z komunistami przetrzymującymi dawnych towarzyszy broni. Rozwichrzona czupryna, splot mięśni na torsie czy grube muskuły na rękach, liczne blizny świadczące o charakterze bohatera i jego wyczynach wystawiają jawne świadectwo osobowościom, jakie kreowała postać Johna Rambo. Naoliwione, lśniące ciało odwołuje się do helleńskich herosów walczących w imię olimpijskich ideałów. Przy tym jawny antykomunizm, indywidualizm w działaniu, bezwzględność granicząca z brutalnością, a nade wszystko poczucie misji i przemożne szafowanie siłą fizyczną uczyniły z tego modelu bohatera nie tylko X Muzy.
Wspaniale egzemplifikuje on epokę konfrontacji, nie kompromisu, wyższości siły fizycznej – nie przymiotów umysłu, hołdu dla bicepsów – nie sztuki dyskusji, wymiany poglądów czy szacunku dla Innego. W takiej perspektywie przeciwnik, interlokutor czy konkurent zawsze jest zły, nieludzki, tępy i okrutny, niekompetentny i ograniczony ideologią praktykowaną, bądź wyznawaną religią, obmierzły, a na dodatek ma zawsze czerwoną gwiazdkę na czapce (obowiązkowo musi to być tzw. leninówka).
Machismo, czyli ogólne znaczenie samczości, naturalistycznej siły, przeniesiono, a w zasadzie doskonale skorelowano z poglądami neoliberałów i neokonserwatystów w USA (a także w innych częściach globu) chcących odzyskać utracone pozycje w społeczeństwach zachodnich.
Na tej bazie, antykolektywistycznych poglądów i trendów społecznie niesłychanie nośnych, ówczesna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher mogła pozwolić sobie na stwierdzenie, że „coś takiego jak społeczeństwo nie istnieje, są tylko wolne jednostki”.
Leseferyzm i darwinizm społeczny na fali popularności postaci Rambo, wsparte zawsze obecnym, naturalistycznie uzasadnionym, kultem macho w kręgach znaczącej części patriarchalnie zorientowanej męskiej części populacji świata zachodniego weszły na dobre do nauk społecznych i praktyki dnia codziennego.
Macho i Rambo to jasny podział na dobro i zło, świat biało-czarnych replik i bezdyskusyjnych wyborów. Moralność Kalego i etyka Zosi Samosi.
Rambo – szeryf krucjaty
Poczucie zagrożenia, jakie przeżywał macho w okresie przedrambowym doskonale opisuje Eric Hobsbawm, powołując się na brazylijskie badania antropologiczno-socjologiczne. Owo zagrożenie przyniosła kultura wielkich miast, która podcięła podstawy tradycyjnemu pojmowaniu honoru, rodziny, religii, roli kobiety, itd.
Były to przede wszystkim efekty nadużycia wolności, a nie chęć porzucenia tradycji, rewolucyjnego radykalizmu (będącego pokłosiem popularności i wpływów anarchizmu lewicowego) kosztem arystotelesowego złotego środka. Dlatego tak popularną stała się postać samotnego wojownika, a jego intencje upowszechniły się poprzez komercyjne massmedia.
Faktem jest, że sztuka filmowa z lat minionych położyła znaczne zasługi w takim konstruowaniu przez odbiorców rzeczywistości: westerny, niezwykle popularne w latach 50. i 60. XX w. wykreowały określony model samotnego, dobrego i uosabiającego prawo szeryfa, a role Johna Wayne’a, Gary Coopera, czy Gregory Pecka stały się sztandarowymi kreacjami ówczesnego świata X Muzy. Jednak w ich postawach nie było nic politycznego, społecznie określonego, publicznie zdefiniowanego. Uosabiali uniwersalnie pojmowaną walkę dobra i zła.
Z Johnem Rambo sprawa miała się jednak inaczej. Był częścią i motorem krucjaty przeciwko imperium zła i wszystkiemu, co było z nim kojarzone.
Do podobnych wniosków, jak w brazylijskich badaniach, doszli amerykańscy naukowcy eksplorujący w tej mierze ludność ze stanów południa, środkowego-wschodu i centrum USA.
W wyniku eksplozji neokonserwatyzmu i neoliberalizmu wzmaganych leseferyzmem ekonomicznym warstw, którym się powiodło daleko lepiej niż innym członkom społeczeństw Zachodu, odżywać począł stary, wiktoriański podział na „godnych szacunku pracowników i niegodnych szacunku biedaków”, którym się nie powiodło „tylko z ich winy”.
Jak pisze prof. Edward Luttwak, w latach 80. XX w. powróciła moda i zapotrzebowanie na służące, lokai, sprzątaczki, babysitter, czy kamerdynerów. W czasach powojennego pokoju i prosperity połowy XX wieku były to rzeczy niespotykane. I to za równo z powodów ekonomicznych, jak i przyczyn prestiżowo-socjologicznych.
Hierarchiczność drabiny społecznej i rola poszczególnych jednostek jest dana zgodnie z tradycyjnym opisem świata od Boga Ojca. Tu właśnie leżą podstawowe wartości, według których funkcjonuje naród (macho głównie mówi o narodzie, nie społeczeństwie, co zbliża go właśnie do Rambo, walczącego w imieniu narodu – amerykańskiego - z imperium zła). Mówi przede wszystkim o jednostkach, nie o obywatelach, dla których normą odniesienia są raczej prawa wynikające z tradycji Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, a także z doświadczeń demokracji parlamentarnej w Europie Zachodniej. Jednostki utożsamiające się z kulturą machismo, wedle wspomnianego, nieformalnego kodeksu postępowań, odwołują się do tradycji, hierarchii wartości, Boga Ojca i będącego jego depozytariuszem ojca rodziny, podstawowej komórki funkcjonowania społeczeństwa.
Siłę stosuje się - zgodnie z mandatem Boga, tradycji czy hierarchii wartości - w dobrej sprawie. Sakralizacja przemocy jest doskonale znana z przeszłości. A w tym przypadku nastąpiła ona w symbiozie kulturowego wzorca macho z ideologią antykomunistycznej krucjaty z superkomandosem Rambo na czele. Przemoc w takiej formie miała z jednej strony błogosławieństwo tradycji i ostoi patriarchalnej mentalności, a z drugiej - była elementem w krzyżowej wyprawie przeciwko absolutnemu złu.
Stosowanie siły zawsze przeradza się w pogardę dla słabszych, przegranych, stojących niżej na drabinie społecznych akceptacji i preferencji. Rambo spotkał się więc po drodze z macho na platformie absolutyzacji przewag fizycznych jako najbardziej naturalnej (bo pierwotnej, atawistycznej i zgodnej z zasadami darwinizmu społecznego) formy rywalizacji jednostek.
Istnieje również żeńska forma Rambo, hembra. Kobiet przywiązanych do tradycji, hierarchii, porządku odwiecznego, godzących się – bo tak było od zawsze – na dominację Pana (znacząca rola religii chrześcijańskich, zwłaszcza katolicyzmu), ale szczycących się jego posturą, bicepsami, przewagami natury praktyczno-utylitarnej i mitem niezwyciężonego samca (oczywiście, w „klasycznie” pojętej rywalizacji) jest całe mnóstwo. One też są synonimem praktycznego zastosowania kultury macho, czyli podatne będą na rambowe wzorce.
Pamiętając, że ponad 80% filmów pokazywanych na świecie to filmy amerykańskie, jest to więc najzwyklejsza inwazja kulturowa. Amerykanizacja globalnej cywilizacji postępuje właśnie od przełomu lat 60. i 70. XX w. niesłychanie szybko. Wzory kulturowe i osobowe stają się więc własnością i obiektem identyfikacji większości ludzi na świecie, zwłaszcza młodych.
Wyścig szczurów, czyli kult macho
Kultura takiego czynu, preferowanego przez reagano-thatcherowych prestidigitatorów społecznych, rynkowych fundamentalistów czy neoliberalnych oszołomów poczęła wywierać wpływ na większość dziedzin życia (często w płaszczyznach dalekich od potrzeby), bądź na gloryfikację przemocy, czy nadużywanie siły fizycznej.
Konkurencja, będąca podstawą kapitalistycznych stosunków gospodarczych, sama przez się wymusza ofensywność, bezwzględność, czy „miażdżenie słabszych”. I zgodne jest to z leseferyzmem obecnym w ostatnich dziesięcioleciach w gospodarce, ekonomii i przestrzeni społecznej, gdyż prawo do przeżycia mają tylko najlepiej dostosowani, najbardziej konkurencyjni, najagresywniejsi osobnicy.
To właśnie wynikiem takich wzorców jest nasilający się wyścig szczurów, przybierający formy hobbsowskiej „wojny wszystkich ze wszystkimi”. Na placu boju pozostają tylko najsilniejsi, najsprytniejsi, tylko ci, którzy przechytrzą, pokonają i zniszczą swoich konkurentów, wrogów. Innego człowieka. Innego (nie tylko z wyglądu, wyznawanej religii, przekonań politycznych, czy światopoglądu) uważa się bowiem za materiał do unicestwienia. Bo zaburza homogeniczność naszego świata, stanowi dla mnie konkurencję. Dzisiaj, gdy kapitał wieje kędy chce, a bezrobocie dotyczy nawet państw bogatych, życiem zaczynają rządzić wilcze prawa.
W kulcie macho (a pośrednio i osoby Rambo) nie ma zrozumienia dla słabości, refleksji, dylematów, czy dialogu. Cechy te uznaje się za synonim gorszego, złego, poniżenia, wartości niemęskie. Kult macho egzemplifikuje raczej działania agresywnego rynku niż demokratycznie ułożonego społeczeństwa. Symbolizuje naturalną siłę, witalność i chęć dominacji samca, czyli fizycznie silniejszego od dywagujących jajogłowych, bądź liberalnych mydłków z kolorowych periodyków.
Biceps i fallus w stanie erekcji są ich znamieniem, nie mózg i szacunek dla Innego. Liczy się szybki seksualny „numer”, dzisiejsza przewaga JA nad TY, medialny szum, bezrefleksyjność i trwanie. Świat egzystuje dziś, jutro jest nieważne, bo możesz trafić na silniejszego, który cię wyeliminuje.
Tak wygląda pokrótce zbitka wzorców machismo, teorii Thomasa Hobbesa, leseferyzmu gospodarczego, kultu siły wyemancypowanego przez Johna Rambo i nieograniczenie indywidualistycznego kapitalizmu bezwzględnie rynkowego czego efekty widać we współczesnym świecie.
Uwiąd demokracji
Wartości demokratyczne współczesnego świata są obecnie tyle powszechne, co kontestowane i odrzucane przez coraz liczniejsze środowiska. Kult przemocy, siły i wszystkiego, co łączy się z walką, ostrą konkurencją, czy bezwzględnością ,przeczy w naturze tym ideom.
Demokracja to kompromis, otwarcie, wielopłaszczyznowość, multikulti, dyskusja, szermierka na argumenty i ucieranie stanowisk przy negocjacyjnym stole. Coś zupełnie przeciwstawnego niż wspomniane wcześniej wartości utożsamiane z macho czy Rambo.
Dlatego demokracja więdnie w obliczu agresywnego rynku. Analizując historię Rosji, możemy powiedzieć, iż nadchodzą - mimo przykładów z minionych dekad rozszerzania się idei wolności na cały świat (np. prodemokratyczne, tzw. kolorowe rewolucje) - czasy wielkiej smuty dla demokracji oznaczającej otwarte społeczeństwo.
Jak słusznie zauważył Harold McMillan, brytyjski konserwatysta, premier rządu JKM w latach 1957-63, „negocjowanie zgody jest podstawą demokracji”, a zgoda jest jak wiemy w tym ustroju ekwiwalentem kompromisu.
Według Georga Sorosa, agresywny rynek i związane z nim wartości są zdecydowanie niekompatybilne z przymiotami demokracji. Podlegają one bowiem diametralnie różnym zasadom, wychodzą z antynomicznych przesłanek i promują przeciwstawne zachowania personalne.
W wolnorynkowym kapitalizmie stawką jest dobrobyt, a w demokracji – polityczny autorytet. Kryteria, którymi te stawki się mierzy są również odmienne: w kapitalizmie – pieniądze, w demokracji – głos wyborczy obywatela. Rozbieżne są interesy, które mają być zaspokajane: w kapitalizmie jest to interes prywatny, w demokracji – interes publiczny.
Zbitka demokracji i wolnorynkowej gospodarki z parasolem ochronnym państwa socjalnego, jako spolegliwego i patriarchalnie zorientowanego poniekąd opiekuna, spowodowała z jednej strony w odbiorze globalnym absolutną symbiozę między demokracją, a ówcześnie istniejącym kapitalizmem, z drugiej zaś – rozkwit klasy średniej, która sama w sobie była nośnikiem rozwoju demokracji. Nie bez znaczenia była tu wymuszona konkurencja obozu realnego socjalizmu, stanowiącego - przynajmniej w pewnym okresie - poważne zagrożenie dla obozu państw demokratycznych.
Niestety, w trzecim milenium wątpliwości związane z demokracją stają się bardziej wyraziste. Świat może ponownie wkroczyć w okres, kiedy zalety demokracji nie będą wydawały się już tak oczywiste, jak to miało miejsce w okresie od lat 50. do lat 90. Siła, przemoc, bezwzględność, brutalność zadają nieustanne i skuteczne ciosy idei demokratycznej. Nienawiść, pogarda, opresyjność i autorytaryzm przeczą same w sobie koncyliacji, dialogowi, szacunkowi dla interlokutora, zrozumieniu Innego.
Polscy matadorzy
Jak ów obraz wpisuje się w omawianą tu konfrontację kultur? A w bardzo prosty sposób. Wystarczy popatrzyć na przykłady z naszej polskiej rzeczywistości politycznej na harce rodzimych matadorów sceny publicznej.
Na krajowej scenie publicznej – nie piszę politycznej, bo wybory mają to do siebie w ochlokracji, że wymuszają najdziksze zachowania, najbardziej brutalne postawy i niespotykany przypływ złej woli, szowinizmu partykularnego czy małości, jakiej niemało tkwi w człowieku, zwłaszcza głupim – królują Rambo i macho. Usta mają pełne wartości, chrześcijańskiej miłości, tradycji i wolności, liberalizmu (sic!) i demokracji, prawa i sprawiedliwości, rodziny i osoby ludzkiej.
A sytuacja w Polsce przypomina współcześnie typowy przykład ochlokracji, z tym tylko, że to klasa polityczna stała się z własnej potrzeby? poczucia winy? masochizmu? - a może zwykłej nikczemności i głupoty - warstwą pokrytą błotem, pomówieniami i przeżartą najniższymi instynktami: bezrozumnym tłumem kierującym się nienawiścią, która ma być ponoć prawdą. To tu i dlatego św. Franciszek z Asyżu może być Tomaszem Torquemadą, Jezus z Nazaretu – Alfredem Rosenbergiem. Maurice Robespierre w polskim wydaniu jawi się jako Bertrand Russel, a Dietrich Bonhoeffer – Adolfem Eichmannem.
Zdziczenie, popularność oraz nagminność w stosowaniu siły i przemocy – na razie słownej, ale pokazującej, że przeciwnika się nie szanuje, że się chce go totalnie zniszczyć przez odebranie mu godności jako człowiekowi (i politykowi), upodlić, a do tego wszystkie chwyty są dozwolone – przenoszą się jako political correctness do gawiedzi, do tłumu, do społeczeństwa. A w blokach startowych już się grzeją zastępy łysych, wypasionych osiłków, klientów niezliczonych siłowni, fitness klubów czy szkół przetrwania, spadkobierców Johna Rambo, a wśród nich harcują eleganccy, dobrze ułożeni, modnie ubrani i tradycyjnie przystrzyżeni konserwatyści i prawicowi liberałowie z dobrych mieszczańskich domów.
Prof. Richard Rorty zauważył onegdaj, że „narody, Kościoły czy ruchy społeczne świecą blaskiem przykładów historycznych nie dlatego, że odbijają promienie emitowane z jakiegoś wyższego źródła, ale w efekcie przeciwstawienia – porównania z innymi, gorszymi wspólnotami”. To samo dotyczy pojedynczych ludzi, a wzorce Rambo i macho są tylko egzemplifikacją i dogodnym wytłumaczeniem poszukiwań tego Innego, gorszego, słabszego.
Radosław Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1444
Gdy ten tekst trafi do rąk odbiorcy, w Białym Domu będzie zapewne szykowała się ostateczna zmiana warty. Do zajęcia miejsca w owalnym gabinecie przymierzał się będzie 46. prezydent USA, 78 - letni katolik Joe (Joseph) Biden. Zachwyty i nadzieje z odejściem Donalda Trumpa - nielubianego przez establishment światowy, amerykański i … polski - nie likwidują źródeł tego, co przed czterema laty przyczyniło się do zwycięstwa miliardera, człowieka uosabiającego amerykański sen o sukcesie, bogactwie, kolorowym, światowym i bezpiecznym życiu.
Pensjonarska i lokajska, a nade wszystko - nierealistyczna i życzeniowa, nie poparta krytyczną refleksją i racjonalną analizą – mentalność nadwiślańskich elit i mainstreamu nie pozwala wyjść poza opłotki zachwytu neoliberalnymi porządkami i ich głównym demiurgiem, czyli „niewidzialną ręką rynku” systematyzującą stosunki społeczne. Nie pozwala im ona zadać pytania o źródła tego, co nazywają „populizmem”, a de facto - „trumpizmem”. I czy odejście Donalda Trumpa z owalnego gabinetu likwiduje źródła zjawiska określanego mianem „trumpizmu”?
Niektórzy politolodzy i myśliciele sądzą, iż krajem który po Niemczech będzie następnym, jeśli chodzi o nadejście faszyzmu to stawialiby na USA. Konsekwencje globalizacji dotykają Amerykanów bez socjalnych osłon, a to czyni ich bardziej narażonych na prawicowy populizm. Sądzę, że nie do końca mają oni rację, gdyż Trump jest wytworem amerykańskiej kultury i panującej tam od dekad narracji, projektów politycznych, trendów, promowanych wartości i wdrukowanych w świadomość społeczną ocen.
I na groteskę zakrawa fakt, że człowiek uosabiający te niesprawiedliwe i krytykowane, preferujące bezwzględną rywalizację stosunki społeczne, mizogin i ksenofob, stał się opoką tych, których ów system najbardziej dotknął i dotyka. Tych, którzy na neoliberalizmie i globalizacji najwięcej stracili. Ale czy też nie było tak przed 100 laty w Niemczech, Włoszech, Austrii czy Polsce (II RP lat trzydziestych), gdzie faszyzm zdobywał silną politycznie pozycję w przestrzeni publicznej?
Prof. Bruno Drwęski, politolog z Sorbony, pisząc o radykalizacji nastrojów w USA zauważa, że większość Amerykanów - 78% - twierdzi, że przepaść między bogatymi a biednymi jest nie do przyjęcia, a prawie połowa jest za zmianą zasad ustrojowych, innych niż kapitalistyczne. Wśród obywateli w wieku poniżej 40 lat ich udział wynosi blisko 60%. Jean Ziegler, szwajcarski emerytowany dyplomata, zauważył, iż „przepaść między pięknym deklaracjami a rzeczywistością nigdy nie była tak żyznym podłożem dla nienawiści jak w chwili obecnej” (Nienawiść do Zachodu). Wybory w USA pokazały po raz kolejny namacalną egzemplifikację tej tezy.
Boskie przeznaczenie
Idea narodu wybranego przez Boga wśród Amerykanów jest niesłychanie popularna*, podobnie jak u wierzących Żydów (tradycja biblijna). Amerykanie są głęboko religijni, ale ich religijność jest ukierunkowana na ideał ziemski i jest ściśle związana z rozwiązywaniem problemów społeczno-politycznych tu i teraz. To z kolei tradycja protestancka, pierwszych kolonistów na ziemi amerykańskiej. Ich mesjanizm zawsze miał dwojaki charakter. Odciska się to stale na ideologii i praktyce polityki zagranicznej USA.
Z jednej strony, idea amerykańskiej misji mówi, że to Ameryka była i jest zawsze nosicielem wartości humanistycznych, demokratycznych, postępowych, a jej osiągnięcia są moralnym przykładem dla reszty świata. Z drugiej strony, amerykańska wyjątkowość stała się podstawą do aktywnej interwencji w bieg wydarzeń światowych i narzucaniu światu bezwzględnie amerykańskich rozwiązań. I amerykański mesjanizm nabierał militarystycznego i imperialistycznego zabarwienia, o czym świadczą - wybrane tylko z II połowy XX w. – przykłady: Korea, Gwatemala, Kuba, Wietnam, Iran, Granada, Somalia Jugosławia, Irak, Afganistan, Syria. Flagi ONZ czy NATO nie zmieniają tu charakteru tych interwencji.
Amerykanie na takiej właśnie podstawie uznali cywilizację zachodnią, w której centrum stoi kultura amerykańska, za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór służący dominacji nad drugim człowiekiem. Jest im obca pokora, tolerancja, wolność i równość, które tę kulturę wytworzyły, legły u jej podstaw i są przyczynami fascynacji niesionymi przez nią wartościami. Gdyby te wartości i zasady zechciano naprawdę urzeczywistniać bez amerykańskiego, będącego czymś na miarę boskich nakazów prymatu, to poczucie misyjności i kolonizatorskich zamiarów byłoby na pewno nie tak jednoznacznie widoczne jak obecnie (Zbigniew Stachowski, Dyktat, protest i integracja w kulturze).
Tradycja kaznodziejska w USA ma długą i bogatą historię. Tak jak mariaż religii z przedsiębiorczością. Kult rynku sprzyja konsumpcji i jest jednocześnie doskonałym źródłem zysku. Dziś mówi się – a jest to bezsprzecznie wpływ neoliberalnej kultury nie tylko w gospodarce, ale w całym życiu społecznym – wręcz o „disnejlandyzacji Pana Boga” i skonsumowanej religii.
Megakościoły różnych denominacji obrosły bowiem w USA miejscami rozrywki i najbardziej wyrafinowanej konsumpcji (kawiarnie, sale widowiskowe, kina, galerie handlowe, puby, biblioteki, wytwórnie filmów i gier komputerowych, laserdromy etc.). W owych świątyniach konsumpcji, rozrywki i zysku, w miejscowych McDonaldach czy Starbucksach dzieci mogą jeść ciastka z marcepanową figurką Jezusa lub wafelki obrazujące wydarzenia starotestamentowe. Przekłada się to na inwestycje w ten biznes.
Oblicza się, iż po handlu bronią oraz produktami militarnymi jest to kolejne na mapie zyskowności w USA źródło dochodów. A ponieważ ok. 30 % Amerykanów interpretuje Biblię dosłownie, nie można się dziwić, iż to tam zrodziło się pojęcie religijnego fundamentalizmu, że tam jest tyle osób negujących ewolucję a uznających kreacjonizm, czy opowiadających się za teorią płaskiej Ziemi i uważających, iż piekło istnieje realnie.
O zderzeniu misji i jej zadań z głoszonymi wartościami pisze historyk Tony Judt (Źle ma się kraj): „Amerykanie nie mają wyrzutów sumienia, gdy koncerny naftowe wypłacają władcom feudalnym miliony dolarów, wspierając ich nikczemne reżimy, ale czuliby się źle, gdyby ich wpływy, albo ich pieniądze przydały się mieszkańcom Afryki Północnej (frankofonom i muzułmanom) przy tworzeniu wspólnoty nie formowanej w duchu zachodniej cywilizacji”. W duchu równości, wzajemnych korzyści, partnerstwa i współpracy, czyli także opartej o rudymenty Oświecenia, gdyż są to wartości uniwersalne i ogólnoludzkie, ale bez amerykańskiego parasola.
Państwo dla bogatych
Prominentny komentator i publicysta amerykański Roger Harris (p. MintPressNews), mówiąc o procesach mogących wskazywać na przesuwanie się amerykańskiej opinii publicznej w kierunku faszyzmu (jak cytowany Rorty) uważa, iż założenie kapitałowi kagańca w latach 30-tych XX wieku miało zbawienny wpływ na społeczeństwo amerykańskie. Pogłębienie tej socjaldemokratycznej wersji kapitalizmu, z socjalnymi udogodnieniami i osłonami dla ludzi pracy najemnej (którzy w demokracji stanowią zdecydowaną większość wyborców) nastąpiło podczas Johnsonowskiego Great Society.
Jednak taki układ między władzą a społeczeństwem zaczęto demontować za prezydentury Jimmy’ego Cartera (demokraty), podążając poprzez kolejne deregulacje i ukłony w stronę wielkiego kapitału ku wersji państwa jako „nocnego stróża”. Ronald Reagan ogłosił już jawnie ewangelię „wolnego rynku”, z egoizmem i wsobnością, która stała się popularna wskutek przeniesienia na całą kulturę wartości charakterystycznych dla idei konserwatywno-neoliberalnych. Natomiast ostatnie gwoździe do trumny aktywnego, prospołecznego państwa, funkcjonującego nie tylko dla bogatych i przedsiębiorczych, wbili „Nowi Demokraci” z Billem Clintonem (ortodoksyjny baptysta) na czele. Ludzie pracy najemnej tym samym zostali ostatecznie zdegradowani i zmarginalizowani na rzecz przedsiębiorców, właścicieli kapitału, finansistów i bankierów. Doskonale ten proces na przełomie wieków XX i XXI opisał publicysta i historyk Thomas Frank na przykładzie klasycznego, postindustrialnego stanu USA - Kansas (Co z tym Kansas?).
Od tego czasu nie uchwalono jakiekolwiek znaczącego liberalno-socjalnego prawa czy rozwiązania gospodarczego. Ci tzw. nowi liberałowie (vel neoliberałowie), purytanie „wolnego rynku”, stanowią ortodoksję obu partii amerykańskiego kapitału. I m.in. dlatego tak trudno znaleźć różnice między demokratami a republikanami w zasadniczych, rudymentarnych zagadnieniach społecznych. Neoliberalizm, niczym magistrala, prowadzi ludzi pracy najemnej w dół, obniżając im jakość życia i odbierając poczucie bezpieczeństwa. Jednocześnie wraz z zaostrzającymi się konfliktami klasowymi i pogłębiającą się stratyfikacją wewnątrz społeczeństwa, coraz bardziej agresywne, imperialistyczne stają się działania USA w polityce zagranicznej.
Również rozwiązania prawne wewnątrz kraju kierują USA ku państwu policyjnemu. Już dziś w klasyfikacji wskaźnika inkarcernacji (czyli procentowego udziału osadzonych w więzieniach do ogółu populacji) USA zajmują zdecydowanie pierwsze miejsce w świecie. Chociaż jednym z symboli Stanów Zjednoczonych jest Statua Wolności, w więzieniach przebywa ponad 2,5 mln Amerykanów (0,7 procent populacji). To tak, jakby w polskim systemie penitencjarnym utrzymywano ponad 270 tysięcy ludzi, podczas gdy w rzeczywistości jest to ok. 100 tysięcy.
Ta scheda po neoliberalizmie związana jest z koncentracją siły gospodarczej w rękach coraz mniej licznych hiperbogaczy. Wynika to z faktu, iż coraz bardziej autorytarne państwo służyć musi interesom coraz bardziej skoncentrowanego kapitału w rekach coraz mniejszej liczby miliarderów. Policyjne i represyjne państwo ukrywane jest za mantrą demokratyczno-wolnościową i wyborczymi sloganami, współgrającymi z wydawaniem nieprzyzwoicie wielkich pieniędzy na kampanie polityków. I to jest chronione prawnie jako część składowa wolności słowa i jednostki.
Rosną też wydatki wojskowe, gdyż prowadzi się coraz więcej, coraz bardziej skomplikowanych i kosztownych interwencji w różnych częściach świata (tu USA także przodują, wydając na przemysł zbrojeniowy tyle, ile kolejnych 10 krajów w tej niechlubnej klasyfikacji).
Wykluczonym i zdegradowanym przedstawicielom klas ludowych można proponować zaciągnięcie się do sowicie wynagradzanej służby wojskowej, lub zajęcie najemnika w prywatnych firmach o charakterze militarnym. O procesach prywatyzacji wojny i przemocy z tym związanej, które do tej pory były wyłączną cechą państwa, pisał m.in. Alvin Toffler (Wojna i antywojna).
Droga ku faszyzmowi
Czy biorąc pod uwagę śmierć umowy socjalnej między elitami władzy a społeczeństwem, właściciele kapitału i kupieni przez nich politycy chcieliby i mogliby pójść w kierunku faszyzmu? Wydawać się może, że liberalna demokracja odnosi ogromne sukcesy w nakłanianiu ludzi do akceptowania elitarnych rządów i wiary w swoją potęgę i sprawczość. Tyle, że w demokracji kandydaci muszą konkurować, aby udowodnić kto najlepiej służy nie rządzącym elitom, lecz społeczeństwu, suwerenowi, obywatelom. A tu nie ma w zasadzie konkurencji. I nie ma de facto wyboru. Jedynie marginalne, estetyczne, retoryczno-narracyjne ozdobniki. I wtedy radykałowie, jak wielu mówi - „populiści” - za pomocą chwytliwych haseł i wiecowych obiecanek są w stanie porwać sfrustrowane rzesze wyborców.
Ruchy faszystowskie w USA zdaniem Edwarda Luttwaka (kiedyś ideologa i promotora „reaganomiki”, w XXI wieku zdecydowanego krytyka neoliberalizmu i jego skutków) nie muszą być rasistowskie jak w Europie. Już 10-15 lat temu twierdził, iż faszyzm jest falą przyszłości, bo poczucie ekonomicznej niepewności ludzi pracy najemnej – poczynając od robotnika przy taśmie, poprzez drobnego urzędnika, a na menedżerze średniego szczebla kończąc – zrodzi kiedyś nową postać faszyzmu. Ludzie ci oczekują bowiem bezpieczeństwa w miejscu pracy, stabilizacji, możliwości życia bez codziennych turbulencji i zamętu. A to wszystko burzy im od lat, od dekad „niewidzialna ręka rynku”, brutalna rywalizacja, wyścig szczurów, czego źródłem są niczym nieskrępowane i chaotyczne rynki.
Podobnie sądzi Chris Hedges (topowy publicysta New York Timesa). W Ameryce faszyzm może mieć jego zdaniem postać faszyzmu Mussoliniego sprzed sojuszu z III Rzeszą lub Portugalii Salazara. Wystarczy, że obieca tym ludziom powściągliwy kapitalizm, coś na kształt europejskich rozwiązań z programów socjaldemokracji lub chadecji w sferze ekonomiczno-gospodarczej. Tym samym przeciwstawi się darwinowskiemu turbokapitalizmowi epoki globalizacji.
Faszyści opierają się nie na politycznie aktywnych, nie na ludziach o świadomości określanej najogólniej „za”, lecz na politycznie pasywnych, mówiących najczęściej „nie”, na przegranych, wykluczonych, (albo tych, którzy za takich się mają). Mają oni poczucie (w aktualnej sytuacji całkiem słuszne), że ich głos się nie liczy, że nie odgrywają żadnej roli, że demokrację dla nich sprowadzono wyłącznie do symbolicznej kartki wrzuconej w czasie wyborów do urny.
Opisując te zjawiska w Ameryce, Artur Domosławski z kolei zauważył, iż owi przegrani przypisują sobie (na podstawie wolności i swobody słowa, połączonych z tradycją amerykańskiego Południa) prawo do nienawiści i przemocy, które wyraża się m.in. językiem pogardy wobec Afroamerykanów, Latynosów, muzułmanów, mniejszości seksualnych, ludzi kultury, jajogłowych, elit z Zachodniego i Wschodniego Wybrzeża. Emanuje ono pragnieniem afirmacji Konfederatów (z okresu wojny secesyjnej), Ku Klux Klanu, maczyzmu, prawa do noszenia broni i posługiwania się przemocą, gdy uznają to za stosowne.
Żaden politycznie poprawny gość czy „sączący kawę latte pedał” nie ma im prawa mówić – właśnie na zasadzie takiego rozumienia wolności wynikającej z neoliberalnej kultury i zasad państwa w wersji nocnego stróża, a społeczeństwa jako zbioru wolnych, przedsiębiorczych i rywalizujących jednostek – jak mają wyrażać się o „czarnuchach”, „żółtkach” czy „kaktusach” itd. To jest esencja ich języka i mentalności. To jest istota wolności popartej kultem siły, niczym nie ograniczonym prawem do posiadania broni, bezwzględną konkurencją.
To są m.in. źródła „trumpizmu” i tego, wokół czego się te problemy obracają. Czy one znikną wraz z przegraniem wyborów przez Trumpa? Raczej nie. Dotyczy to także Polski, Węgier, czy innych krajów europejskich, gdzie widać wznoszącą się falę radykalnego populizmu, czy „trumpizmu”, które to ruchy są nową wersją dobrze znanego faszyzmu. On może powrócić – jak wieszczył Umberto Eco – obleczony w nowe, modne szaty. Zwłaszcza w sytuacji, gdy wszystko wokoło nas jest „fuzzy” (czyli rozmyte, o niewyraźnych konturach, zniuansowane i równoprawne, spluralizowane do granic możliwości, wolne i dopuszczalne).
Radosław S. Czarnecki
*pisaliśmy o tym w SN 10/18 – Boskie Przeznaczenie i Manifest Destiny oraz w SN 11/18 – Renesans Boskiego Przeznaczenia
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 2486
Im dalej spoglądamy wstecz, tym bardziej widzimy przyszłość.
Winston S. Churchill
Zestrzelenie rosyjskiego bombowca szturmowego SU–24 uczestniczącego w wojnie przeciwko Państwu Islamskiemu (ISIS, albo DAESH) przez tureckie lotnictwo w listopadzie 2015 roku na granicy Turcji i Syrii jest tylko elementem szerszej całości, charakterystycznym dla sytuacji na Bliskim Wschodzie (a może i w całym świecie islamu). Można się było tego spodziewać z chwilą przystąpienia Federacji Rosyjskiej do bombardowań terenów Syrii zajętych przez dżihadystów z ISIS oraz przez tzw. umiarkowaną opozycję syryjską, (która de facto różni się od wspomnianych fanatyków muzułmańskich wyłącznie retorycznie), mając w pamięci napięcia na linii Zachód – Rosja. Zwłaszcza znając konfrontacyjne pozycje, na jakich usadowiły się NATO i Rosja po wydarzeniach na Ukrainie.
Dlatego porozumienie UE z Turcją w sprawie zatrzymania uchodźców z rejonów objętych wojną, a zmierzających m.in. przez Anatolię do granic Unii, jest humbugiem, demagogią, wyrazem wańkowiczowskiego „chciejstwa”. Nie uwzględnia bowiem ono ani realiów, ani nie wynika z dogłębnej analizy przyczyn problemu. To kolejny ochłap rzucony opinii publicznej, wykazującej z racji masowości zjawiska uchodźczego krytycyzm wobec elit politycznych, kontestującej coraz wyraźniej samą ideę i formę funkcjonowania Unii Europejskiej.
„Nie można równać kobiety i mężczyzny – to sprzeczne z naturą. Nasza religia określiła miejsce kobiety w życiu – macierzyństwo”
Reçep Tayyip Erdoğan
Zachód ciągle uważa Rosję za głównego przeciwnika, jako główne zagrożenie dla swoich interesów i pryncypiów. To jest materializacja doktryny nazywanej „Wielką szachownicą”, stworzonej przez Zbigniewa Brzezińskiego i egzemplifikującej amerykański punkt widzenia geopolityki, mającej utrzymać jankeską hegemonię na świecie.Już raz doktrynę tę zastosowano w Afganistanie, bagatelizując wzrastający wówczas ekstremizm muzułmański i lekceważąc opinię znawców tzw. rewiwalizmu islamskiego, którzy opisywali konflikt w Afganistanie w latach 80. XX w. zupełnie inaczej niż światowy mainstream polityczny.
Światowej sławy izraelski historyk i socjolog, znawca problematyki bliskowschodniej i azjatyckiej (zwłaszcza islamu i jego relacji z azjatyckimi kręgami cywilizacyjno-kulturowymi) Shmuel Noah Eisenstadt (1923-2012) uważał np., że „komunizm /…./ to silny projekt modernistyczny, wywodzący swe korzenie z Oświecenia i Rewolucji Francuskiej. Podstawowym celem komunizmu była przemiana niemal feudalnych społeczności środkowo- i wschodnioeuropejskich w nowoczesne zbiorowości przemysłowe. Z tym bezpośrednio trzeba wiązać wizję nowej kultury, którą miał wprowadzić ten ustrój”. Dotyczyło to także ówczesnego tzw. Trzeciego Świata.
Stąd jego zdaniem konflikt afgański należało rozpatrywać nie jako zderzenie obozu radzieckiego – czyli komunistycznego – z Zachodem, lecz zapowiedź zasadniczej konfrontacji cywilizacji chrześcijańskiej i muzułmańskiej: w Afganistanie było to zderzenie fundamentalistycznej wersji religii Mahometa z jednym elementem cywilizacji przemysłowej, europejskiej, oświeceniowej proweniencji - z radziecką wersją komunizmu. Podobny sąd - w kontekście rozumienia istoty nowoczesności w europejskim, zachodnim stylu - wyraził jeszcze w końcu lat 60. XX w. Raymond Aron, (którego nie można posądzać o sympatie dla systemu radzieckiego i ZSRR), pisząc, iż „Europa widziana z Azji, nie składa się z dwóch zasadniczo różnych światów: świata radzieckiego i świata zachodniego. Stanowi jedną rzeczywistość: rzeczywistość cywilizacji przemysłowej. Społeczeństwo radzieckie i kapitalistyczne są tylko dwiema odmianami tego samego gatunku, albo dwiema wersjami tego samego typu społecznego – postępowego społeczeństwa przemysłowego”. Ówczesny flirt z islamskimi mudżahedinami niczego nie nauczył jak widać polityków Zachodu, powtarzających ten sam manewr dziś w przypadku DAESH, czy tzw. umiarkowanej opozycji syryjskiej. Co i nie dziwne, bo jak pisał Georg W.F. Hegel: „historia uczy, że ludzkość niczego się nie nauczyła”. Tyle, że ów afgański romans zaowocował powstaniem al-Kaidy, zamachami na całym świecie (Nowy Jork, Madryt, Londyn, Biesłan, Dubrowka, Bombaj), wyczynami międzynarodówki dżihadystycznej w Bośni i Kosowie, bliskowschodnią ewolucją Bazy (binladenowskiej al-Kaidy) w Państwo Islamskie.
„Nikt nie może powstrzymać rozprzestrzeniania się islamu w Europie. Meczety to nasze okopy”.
Reçep Tayyip Erdoğan
Islamski rewiwalizm (rozpoczęty w zasadzie od zwycięstwa ajatollaha Chomeiniego w Iranie, ale przyczyn pozasymbolicznych znalazłoby się więcej, chociażby efekty wojny 6-dniowej na Bliskim Wschodzie, porażka socjalizmu narodowego – a tym samym i świeckości – w krajach arabskich, boom na ropę w latach 70. XX w. i dochody z tej racji czerpane przez arabskie, purytańskie reżimy w Rijadzie i znad Zatoki Perskiej, etc.) to fundamentalistyczny, religijnie ukierunkowany ruch - protest przeciwko kulturowym podstawom modernizacji utożsamianej z Zachodem.To zjawisko polityczne, kulturowe i społeczne ilustrujące marzenia o zaprowadzeniu ustroju muzułmańskiego (nizam islamic) opartego o tradycję kalifatu i religijnie uzasadnianego prawa (szarij’at).
Wyraźna korelacja pomiędzy szerzeniem się europejsko-amerykańskich wzorców kultury masowej, normami oraz wartościami wiązanymi bezpośrednio z Zachodem, a spuścizną pozostawioną w sferze materialnej (ale mentalnej także) przez historię kontaktów Zachodu z islamem (krucjaty, kolonializm, upokorzenie i zacofanie krajów muzułmańskich, skrajne ubóstwo szerokich warstw tamtejszych społeczeństw, problem palestyński) dodawała temu procesowi życiodajnego paliwa, intensywnej motywacji. Nikt nie zwracał uwagi – przez ignorancję, zadufanie i krótkowzroczność – na popularność, jaką cieszyć się poczęły w świecie muzułmańskim tezy Qutba, al-Maududiego, al-Kardawiego czy Chomeiniego, Nasrallaha, bądź Fadlallaha itd. Nie mówiąc o wcześniejszych fundamentalistach w rodzaju ibn Tajmijji czy al-Wahhaba. Również flirt dla doraźnych celów politycznych z fanatykami religijnymi nie mógł wyjść na dobre euro-atlantyckim zalotnikom. Wiadomo od dawna, że ruchy religijne o purytańskim, ortodoksyjnym i fundamentalistycznym obliczu zawsze podejmują kroki do zniesienia autonomii sfer sacrum i profanum, podporządkowując wszystko swojemu pojęciu świętości. Zawsze są one natywistyczne, elitarnie samoświadome, ofensywno-agresywne i antymodernistyczne. Stosując zasadę tzw. połowicznej nowoczesności, (korzystanie tylko z technologicznych osiągnięć Zachodu, przy odrzucaniu tzw. nadbudowy), islamiści chcą korzystać z dobrodziejstw postępu, ale kwestie demokracji, wolności osobistych, praw człowieka, stanowionego prawa, odrzucają jako sprzeczne z tradycją.
„Nawet w szczegółach nie może być zgodności miedzy islamem, a demokracją, ponieważ są diametralnie różne. Tam gdzie dominuje polityczny kontekst demokracji i świeckiego państwa narodowego nie ma miejsca dla islamu. Tam, gdzie włada islam takiego systemu nie może być”.
Abu al-Ala al-Maududi
(pakistański teoretyk fundamentalizmu islamskiego)
Jak stwierdza znawca islamu, religioznawca i politolog niemiecki syryjskiego pochodzenia Bassam Tibi, islamizm przejawiający się w ekstremizmie religijnym (warstwa teoretyczna) i terroryzmie (skrajna praktyka tej ideologii) jest zjawiskiem skomplikowanym i wielopłaszczyznowym - o wiele bardziej złożonym niż to wynika z prostackich przekazów medialnych. To po prostu doktryna polityczna (nie religijna), stanowiąca zagrożenie dla wszystkich: przede wszystkim dla samych muzułmanów, gdyż wciąga ich w wojnę z innymi cywilizacjami czy kulturami.
I podobnie ma się rzecz z Turcją od ponad dekady rządzonej przez tzw. umiarkowanych islamistów z Partii Sprawiedliwości i Rozwoju – AKP, choć symptomy reislamizacji, odchodzenia od ideału Atatürka - świeckiego, laickiego państwa tureckiego - zaczęto obserwować już w latach 80. XX w. Procesy reislamizacji Turcji opisywane były wielokrotnie przez różnych autorów, więc dzisiejsze zaskoczenie w tej mierze jest co najmniej dziwne. Konflikt, jaki ostatnio wybuchł pomiędzy AKP (de facto między Erdoganem, a fundamentalistą z USA tureckiego pochodzenia, Fethullahem Gülenem) pokazuje zakamuflowane oblicze tureckiego fundamentalizmu religijnego.
Prezydent Erdogan, będąc zdecydowanym zwolennikiem islamskiego projektu funkcjonowania państwa, z wolna acz systematycznie steruje podczas swych rządów ku jasnym i klarownym porządkom muzułmańskim. Jest to o tyle groźne, iż Turcja zawsze miała ambicje, aby pełnić rolę lidera wśród krajów islamskich z racji gospodarczych i wojskowych przewag, strategicznego usytuowania oraz przyjaźni z Waszyngtonem. To echo dawnej roli Turków na tych obszarach od czasów Imperium Osmańskiego i stambulskiego kalifatu. Dotyczy to przede wszystkim ambicji i swoistego narcyzmu (immanentnego każdemu fundamentaliście) obecnego prezydenta Turcji.
„On uważa się za kalifa. Za nowego otomańskiego sułtana”.
Baszar al-Assad
Islamiści bez względu na proweniencję – umiarkowanie, bądź ekstremizm - jak wszyscy fundamentaliści i fanatycy religijni, odrzucają en bloc nie tylko wartości świeckie, ale także ponadcywilizacyjną moralność. Tworzą grupy i wspólnoty ponadnarodowe mające na celu wywołanie buntu przeciwko temu, co nazywamy w Europie demokracją, wolnościami osobistymi i prawami człowieka.Islam – nie tylko ich zdaniem – to nie jest wyłącznie wiara religijna. To przede wszystkim określony ład społeczny, określone koncepcje polityczne, jurydyczne, swoisty stosunek do kultury, człowieka. Stąd wynikają jednoznacznie ich sądy na temat pojęcia demokracji określającej funkcjonowanie państwa, społeczeństwa, kultury oraz stanowionego prawa.
Nie jest możliwa islamizacja demokracji z wielu – przede wszystkim rudymentarnych – przyczyn. Błąd zachodniego mainstreamu politycznego w tej mierze polega na przywiązaniu do politycznej poprawności próbującej pogodzić wodę z ogniem: możliwość organizacji i funkcjonowania tzw. islamskiej demokracji (tu poglądy oscylują pomiędzy Johnem Esposito a Tonym Blairem). Dotyczy to przede wszystkim Europy Zachodniej i pozostającej w jej łonie mniejszości, jaką stanowią wyznawcy islamu - mieszkający najczęściej w gettach, zajmujący na drabinie społecznej poślednie szczeble, zwykle bezrobotni. Jak pogodzić szarijat z demokracją, wolnościami osobistymi, wyborami odnośnie wiary religijnej? Jakikolwiek mesjanizm, prozelityzm, nawracanie na swoją wiarę zawsze osiąga zabójczą, bądź szatańską formę, uderzającą de facto w Innego człowieka.
„Zniszczymy Twitter. I nie interesuje mnie co powie wspólnota międzynarodowa”.
Reçep Tayyip Erdoğan
Jak wspomniano, europejska opinia publiczna wykazuje z racji masowości problemu uchodźczego zdenerwowanie, obawy, krytycyzm. Pojawia się w związku z tym jawna kontestacja samej idei oraz formy funkcjonowania Unii Europejskiej.Na pewno na taki stan rzeczy mają wpływ nie tylko masy migrantów szturmujących granice UE. De facto dotyczy to głównie kilku krajów, gdzie poziom i jakość życia są najwyższe, jednak z problemem zapewnienia takiej masie ludzi w miarę przyzwoitych warunków egzystencji – choćby tylko przez jakiś czas – zmagać się będzie musiała cała wspólnota.
Nakłada się na to także społeczne zmęczenie kryzysem ekonomicznym, spadki realnej siły nabywczej dochodów, niepewność jutra i brak poczucia bezpieczeństwa. Na kształtowanie postaw Europejczyków ma także wpływ wzrost siły argumentacji ruchów populistyczno-konserwatywno-prawicowych. W wyniku porozumienia z Turcją Unia staje się jej zakładnikiem. I to zakładnikiem państwa zmierzającego wyraźnie ku autorytaryzmowi, o ewidentnie religianckim, fundamentalistycznym rysie. I choć islam prezydenta Erdoǧana można określić jako „soft”, to jest to nadal islamizm.
„Nie można równać kobiety i mężczyzny – to sprzeczne z naturą. Nasza religia określiła miejsce kobiety w życiu – macierzyństwo”.
Reçep Tayyip Erdoğan
Turcja, uzyskując od UE gwarancje ponad 3 mld euro za zatrzymanie migrantów na swoim terenie, staje się rozgrywającym w przedmiocie demograficzno-etniczno-imigracyjnym na terenie Unii. Zapewnienia w materii wznowienia (a nawet przyśpieszenia) negocjacji przyjęcia Turcji do UE są już skrajnie nieodpowiedzialne oraz świadczą o zupełnym braku pomysłów na Europę w głowach brukselskiej elity. Ankara otrzymała zatem doskonałą broń do ręki, asa, którym obecnie może razić całą Unię, trzymać ją w szachu przez manipulowanie problemem uchodźców. Zachowywać się obłudnie zarówno wobec europejskich partnerów jak i wobec uchodźców pozostających na jej terytorium. Tak, jak to czyni cały czas z Państwem Islamskim –udostępniając z jednej strony bazę Incirlik dla potrzeb lotnictwa NATO, a z drugiej - wspierając islamistów syryjskich na różne sposoby (np. umożliwiając im kontrabandę ropy naftowej).
Powiązania wywiadu wojskowego Turcji z DAESH, wsparcie logistyczne udzielane tej hybrydzie państwowości, przypominają ścisły związek od lat pomiędzy pakistańską służbą specjalną ISI, a afgańskimi talibami. Ów duopol wydał wiele tragicznych owoców w polityce, kulturze, sprawach społecznych subkontynentu indyjskiego i Azji Środkowej. Każdy flirt, a nawet próby racjonalnie pojmowanej współpracy z fanatykami, ekstremistami, fundamentalistami, musi kończyć się porażką jednostkowej wolności, zrozumienia, spolegliwości i szacunku dla Innego. Mechanizm działania wszelkich ekstremizmów i mentalności im towarzyszących opisano zresztą nader dokładnie.
„Państwo islamskie to rzeczywistość, której nie da się wytępić i którą trzeba zaakceptować”.
Hakan Fidan
(b. szef wywiadu Turcji)
Cytowany były szef tureckiego wywiadu wezwał społeczność międzynarodową (a zwłaszcza „kolegów zachodnich” z NATO), aby zmieniła zdanie i nastawienie względem islamskich prądów politycznych i udaremniła plany zniszczenia rewolucjonistów islamskich przez Rosję. Zapowiedział otwarcie konsulatu (lub przynajmniej biura) Państwa Islamskiego w Stambule dla obsługi prawnej dżihadystów udających się z Europy przez Turcję na wojnę do Syrii.Z kolei Jonathan Powell (szef sztabu wyborczego b. premiera Wielkiej Brytanii Tony’ego Blaira) napisał ostatnio w artykule dla Guardiana o konieczności rozmów z przedstawicielami DAESH, bo innej drogi – jego zdaniem - do ich ucywilizowania ponoć nie ma.
To jest moim zdaniem niewłaściwie, źle pojęta idea szacunku do Innego, do otwartości i atencji dla innej kultury. W przypadku DAESH nie ma żadnego ze wspomnianych elementów, to zło w czystej postaci, Armagedon, zbrodniczość i barbarzyństwo. Ten twór i mentalność mu towarzysząca nie mieszczą się absolutnie w żadnych kryteriach cywilizowanego, humanistycznego świata. Próba akceptacji tego zjawiska jest motywowana właśnie ową irracjonalną poprawnością polityczną, opacznie rozumianą i niosącą gorzkie owoce. Bo czy ci najemnicy Proroka Mahometa udający się na dżihad do Syrii, bądź Iraku - głównie Europejczycy powodowani chęcią przeżycia przygody - nie będą w przyszłości po powrocie na Stary Kontynent siać przemocy i zniszczenia jako „samotne wilki”? Ale przecież to, co dla jednych jest potrzebą podniesienia adrenaliny nie wyklucza – zwłaszcza u muzułmanów z gett i obrzeży społeczeństw zachodnich, w jakimś sensie wykluczonych – motywacji stymulowanych przez ortodoksyjnych mułłów (importowanych do UE z Arabii Saudyjskiej, Pakistanu czy purytańskich reżimów znad Zatoki Perskiej), uzasadnianych religijnym szałem, miłością, „jedyną” Prawdą. A miłość potrafi zabijać tak samo jak nienawiść. „Nie wierzę w równość”
Reçep Tayyip Erdoğan
Gdzie w świetle przytoczonych w tekście wypowiedzi Prezydenta Turcji miejsce na Unię, wartości oświeceniowe z triadą liberte – fraternite – egalite? Gdzie miejsce na swoisty agnostycyzm i niezależność stanowionego przez człowieka prawa? Gdzie zmieścić laickość porządku publicznego i sceptycyzm teoriopoznawczy? Gdzie (i jak) ma funkcjonować racjonalizm?To są bowiem fundamenty, na których zasadza się pojęcie nowoczesnej, modernistycznej Europy. Chyba, że Turcję trzeba w jakimś stopniu nagrodzić za pryncypialne stanowisko wobec Rosji, wyrażone zestrzeleniem SU-24 (mieściłoby to się w antyrosyjskiej histerii, jaka opanowała elity zachodnioeuropejskie).
„Radzę Rosji, aby nie igrała z ogniem”.
Reçep Tayyip Erdoğan
Turcja to kraj prawie 80-milionowy (z wielomilionową diasporą w krajach UE), czyli prawie tak liczny jak Niemcy, z prężną gospodarką. To też członek NATO posiadający potężną, nowoczesną armię. Ale jej dotychczasowe starania o wejście do Unii były mizerne. Blokowała je zazwyczaj Francja, choć wiele innych krajów było również niechętnych temu kierunkowi rozszerzenia.Świecki model Turcji – jaki do niedawna jeszcze prezentowała Ankara – będący efektem reform Mustafy Kemala (Atatȕrka) miał dla Europy szczególne znaczenie, jako reklama tego typu organizacji społeczeństwa, sukcesu i ewentualnego stowarzyszenia z Unią wśród krajów islamskich. Jednak od ponad dekady model ów kruszeje w zastraszającym tempie, zwłaszcza odkąd rządzi wspomniana już AKP. Gdy prezydentem został Reçep T. Erdogan, proces ten się nasilił. Turcja steruje wyraźnie ku państwu wyznaniowemu, opartemu o szari’ę. A wypowiedzi Prezydenta są coraz bardziej wojownicze (w duchu ekstremistyczno-islamistycznym), prowokacyjne, butne i jątrzą konflikty, których Turcja z racji swej historii (zwłaszcza na Bałkanach czy Bliskim Wschodzie) raczej powinna unikać.
„Kosowo to Turcja. Turcja to Kosowo”.
Reçep Tayyip Erdoğan
W końcu XX wieku znany orientalista i znawca islamu, wspominany już Bassam Tibi, zastanawiał się ([w]: Fundamentalizm religijny) czy rosnące w siłę szkolnictwo religijne w Turcji – tzw. szkoły imam hatip – mogą zagrozić w przyszłości kemalistowskiej orientacji elit, a tym samym charakterowi państwa znad Bosforu. Dziś widać, że nie miał racji nie widząc w tym modelu zagrożenia.AKP sprawująca od ponad dekady władzę niemal dyktatorską, wymieniła (lub indoktrynowała) w znacznym stopniu państwowe elity, urzędników, wojsko, policję, etc. Turcja stała się bardziej religijną i to religijną ostentacyjnie, manifestując swój islam i wartości przezeń niesione na co dzień. Jak każdy prozelityzm – a to widać w polityce erdoganowskiej Turcji w ostatnich latach – jest to niebezpieczne, groźne i razi nietolerancją.
Wielu polityków i komentatorów zachodnich uważa, iż niechybne starcie Rosji i Turcji (strącenie SU–24 było tylko, ich zdaniem, epizodem), jakie nastąpiło po rozpoczęciu interwencji Rosji przeciwko DAESH i de facto opowiedzenie się Moskwy po stronie szyizmu będzie tragiczne dla Rosji. Przywołują w tym momencie konflikt rosyjsko-japoński w 1905 roku i klęskę wojsk carskich pod Cuszimą oraz Port Arturem. To są odwieczne życzenia niektórych polityków zachodnich, apriorycznie życzących źle Rosji. Tu też swoją cegiełkę kontrreformacyjno-sarmackiej proweniencji dokłada polska (pożal się Boże) elita polityczno-mainstreamowa. Jednak Europa winna zdecydowanie życzyć powodzenia Rosji w jej działaniach przeciwko islamistom i terrorystom muzułmańskim w Syrii i Iraku. Brutalne działania są może jedynym rozwiązaniem problemu wynikającego z pokracznie rozumianego political correctness, mogącego zagrozić całemu kontynentowi, bez względu na światopogląd, polityczne przekonania, kulturę czy wyznanie.
Jeszcze raz należy się odwołać – ale w szerszej perspektywie – do koncepcji prof. Siergieja Karaganowa (p. Rozważania o Europie (3) - Rosja - Polska - Europa), mówiącej o ścisłej współpracy Unii Europejskiej z Federacją Rosyjską. Polskim elitom, ku przestrodze i refleksji na zakończenie warto tylko przypomnieć wypowiedź nieprzychylnego Polsce i Polakom, (ale admirowanego w Niemczech), polityka CSU Franza-Josefa Straussa, który w czasach podziału Europy na dwa wrogie obozy miał powiedzieć, że pokój i współpraca w Europie zawsze panowały wtedy, gdy Rosja miała wspólną granicę z Niemcami. To znamienne memento dla nieodpowiedzialnych, cierpiących na polityczną ślepotę elit z tzw. Mitteleuropy, śniących o Międzymorzu mającym zepchnąć Rosję za Ural. Oddzielić ją od Europy kodonem sanitarnym. Granie w tym celu tureckim asem – bez względu na zagrożenia - jest ani bezpieczne, ani mądre. Zwłaszcza, że nigdy to się nie udawało, przynosząc zawsze gorzkie owoce. Dobrze jest o tym dziś pamiętać przy niebezpieczeństwach, jakie niesie globalizacja: terrorze islamistycznym, fundamentalizmie religijnym, groźby zderzenia cywilizacji w wymiarze ponadregionalnym. Miękka, kulturowo-cywilizacyjna siła Unii i twarde, militarne zdolności Rosji winne być w tej sytuacji nie antynomią, ale komplementarnością. Radosław S. Czarnecki

