Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1018
"Wigor globalizacji" to pierwsza część tryptyku nie tyle o „Zderzeniu cywilizacji” jak zapowiadał Samuel Huntington, co o wojnie na unicestwienie jednej ze stron konfliktu. Dążność do monopolu i hegemonii jest jednak, jak widać, barierą nieprzekraczalną.
Gdy czytamy książki Klausa Schwaba, słuchamy dziś różnych Macronów i Trudeau, to trudno oprzeć się wrażeniu, że to wypisz wymaluj analiza przyszłości ekonomicznej świata pióra Marksa! To, co Schwaba i Marksa różni, to sympatia i antypatia do zantagonizowanych grup: gdy Karol Marks sympatyzował całym sercem z proletariatem, to Klaus Schwab jednoznacznie jest po stronie garstki kapitalistów.
Adam Wielomski
Żyjemy pod koniec epoki obfitości – w swym przemówieniu Prezydent Francji Emmanuel Macron objawił niedawno przyszłość, jaka czeka Francuzów. Dotyczy to w ogólnym sensie jednak całego świata. Nic nowego, można powiedzieć. O nadciągającym poważnym kryzysie strukturalnym obecnego systemu gospodarczego, politycznego, kulturowego, społecznego, który spowoduje krach dotychczasowych rynków i ekonomiki na całym świecie mówi się od dawna. Jednak euroatlantycki, neoliberalny mainstream nie chciał na ten temat dyskutować uważając, że tak jak do tej pory będzie zawsze. Bo historia się zakończyła i teraz królować będzie powszechna szczęśliwość, wolność, demokracja i beztroska.
Pomijano milczeniem – jak to ma miejsce nagminnie w mediach głównego nurtu, które od dawna przestały być źródłem obiektywnej informacji, stając się propagandowo-manipulacyjnym ośrodkiem podległym mega globalnemu kapitałowi – nieliczne glosy ostrzegające przed nadchodzącą katastrofą. Dziś, po pandemii covidowej oraz w związku z wojną na wschodzie Europy, ów kryzys został akcelerowany i jego obecności oraz skutków (na razie to tylko preludium) już nikt nie może pomijać milczeniem. Jest on jednak polem i sposobem dla dalszych kroków ku globalnemu społeczeństwu w formule 20:80, jaką klika dekad temu przedstawił Johan Galtung, norweski socjolog i działacz pokojowy.
Bez nadziei i wolności
Uważany za jednego z największych humanistów XX w. Erich Fromm napisał niepokaźnych rozmiarów, acz ważką książeczkę pt. Rewolucja nadziei, będącą rozważaniem nad podstawową cechą człowieczeństwa: nadzieją. Nadzieja bowiem, wraz z Oświeceniem, stała się latarnią morską dla człowieka w jego codziennym bycie – tak w wymiarze indywidualnym jak i zbiorowym. Rozświetlając sens egzystencji, staje się drogowskazem człowieczeństwa.
Jednak zagrożenia dzisiejszego świata, o których mówił cytowany Prezydent Francji, doświadczającego od 3-4 dekad kolejnej globalizacji - choć w zupełnie innej formie niż to miało miejsce w dotychczasowej historii - jawią się przede wszystkim jako powszechna pauperyzacja najszerszych mas i klas społecznych. Ceną egzystencji równoznacznej z ową deklasacją i upadkiem całych zbiorowości będzie dramatyczne ograniczenie naszej dotychczasowej wolności. Dzieje się to sukcesywnie od przynajmniej dwóch dekad, a masy pokornie się na to zgadzają (np. wprowadzenie w USA ustawy Patriot Act czy obostrzeń związanych z CoV-19– często zbędnych i dotkliwie ograniczających wolność obywateli).
Fromm pyta: czym jest więc nasza wolność jeśli ma być równoznaczna z powszechną pauperyzacją? Jeśli godzimy się z pauperyzacją, tracimy – idąc tropem jego myślenia - kontrolę nad systemem, który stworzyliśmy i który właśnie dlatego pożera nasze nadzieje i wartości. Przekształcił się w Molocha czy Lewiatana pozostających w służbie oligarchii światowej, którą stworzyła i pasie właśnie aktualna formuła globalizacji. Molocha czy Lewiatana niszczących nasze życie i dorobek, stawiając pod znakiem zapytania egzystencję setek milionów zwykłych ludzi. Ćwiczenia z dyscypliny społecznej – dotyczy to nie tylko tych przypadków, o których wspomniano – prowadzą prosto do materializacji projektu panopticum według Jeremy’ego Benthama.
Obostrzenia związane z CoV-19 zmiękczyły zdolność i chęć do skutecznego i agresywnego oporu społecznego. Stało się w efekcie to, czego nauczał Edward Bernays, twórca formuły nowocześnie działających mediów (ponoć demokratycznych i wolnych): „żadne doktryny i teorie nie utrzymałyby się, gdyby dyscyplinowanie umysłu publicznego nie przebiegało na kształt armii, dyscyplinującej ciała żołnierzy” (p. Noam Chomsky, Zysk ponad ludzi: neoliberalizm a ład globalny).
Dziś, w obliczu nieuchronnego głębokiego i strukturalnego kryzysu systemu (p. Sprawy Nauki nr 5, 6-7, 8-9 i 10 z 2022, teksty „Świt nowego porządku” i „Czy nadchodzi post kapitalizm ?”), nadzieja jako wartość wyniesiona – obok wolności i miłości - na sztandary demokracji liberalnej oraz panującego, choć więdnącego systemu, staje się niczym człowiek czekający pod bramami nieba w Procesie Franza Kafki. Po latach oczekiwania u tych bram, po wielokrotnych pytaniach tego samego stróża czy może już wejść, tuż przed śmiercią dowiaduje się, iż przez te drzwi może wejść tylko on. I teraz, wraz ze śmiercią, zostaje mu to dozwolone, a drzwi się za nim zamykają.
Nadzieja degraduje się więc w świetle zapowiedzi wielkich tego świata do biernego oczekiwania i godzenia się z chomątem systemu. Tylko śmierć kończy ten bierny, pokorny i niewolniczy byt. Byt z zakazami i napomnieniami oraz działaniami będącymi egzemplifikacją zapowiedzi apostołów Nowego Ładu, lecz przede wszystkim decyzji biurokratów i funkcjonariuszy mediów im służących. To kolejna wersja dewizy św. Benedykta z Nursji – choć sformatowana wedle neoliberalnych pomysłów XXI wieku – módl się i pracuj, bądź pokorny, słuchaj ojców Kościoła, a dostąpisz zbawienia.
Zamiast wolności - konsumpcja
Antynomiczną sentencją wobec takich trendów - choć dziś właśnie dlatego zapomnianą i niezwykle potrzebną wobec zapowiedzi, jakie z ambon ślą ku nam namiętni globaliści, ich teoretycy, właściciele megakapitału i światowa oligarchia – jest stwierdzenie Karola Marksa z Tez o Feuerbachu mówiąca, iż ludzie są wytworami warunków i wychowania, a więc ludzie zmieniani są przez ludzi i że sam wychowawca musi zostać wychowany przez ludzi. Postęp i nadzieja są funkcją aktywizmu szerokich mas, ich wyedukowania i zdolności do buntu. Nie elit, nie różnego rodzaju guru oraz medialnych macherów od PR.
Może dlatego praktyka ostatnich dekad w edukacji i kulturze – czy raczej na ich polach – polegała na zabiciu dotychczasowej samoświadomości człowieka i autokrytycyzmu tak charakterystycznego dla ludzi odwołujących się w jakimś sensie do tradycji Oświecenia. Taka świadomość miała stanowić determinantę człowieka wolnego, obdarzonego nadzieją na zmiany prowadzące ku lepszemu nasz wspólny, planetarny świat. W miejsce człowieka twórczego wykreowano jednak człowieka konsumenta.
W efekcie po tych dekadach ćwiczeń liberalnych, prowadzących ku wolności (czyli absolutnemu szczęściu, jak przekonywali z różnych ambon wspomniani apostołowie) otrzymano człowieka „skonsumowanego” przez system, któremu oprócz konsumpcji nic więcej nie potrzeba do życia. To – tak zostało zakodowane i utrwalone w mentalności milionów ludzi – kreuje człowieka infantylnego, niedojrzałego, nie rozumiejącego czym jest i czym ma być jego ludzka wolność. Wartość, o której mu tyle naopowiadano, wmówiono że jak będzie wolnym to będzie szczęśliwym. A horyzont tej wolności to jedynie jego indywidualne zachcianki i namiętności, wedle potrzeb zwyczajnego sybaryty (które po odpowiedniej obróbce medialnej tworzono i hołubiono, jak pisze Edward Bernays). Większość ludzi tak sformatowanych nigdy nie było i nie będzie wolnymi. Nie uświadamiają sobie nie tyle nawet wolności, co swojego życia. I po co je wiodą. Całą swoją egzystencję sprowadzają do grania ról, które rozpisali im inni. Jacyś guru, apostołowie nowych ładów, tzw. autorytety, przewodnicy, top medialni celebryci.
Społeczeństwo nie jest w efekcie tych procesów absolutnie obywatelskim. Stało się zbiorowością konsumentów, a konsument – jeszcze zaprogramowany jak najbardziej użytkowo, utylitarnie, wsobnie, z hołubioną ze wszystkich stron chciwością – nie może być obywatelem świadomym, wykształconym i dążącym do doskonałości w każdym wymiarze.
„Kiedy życie staje się biznesem, celem i jedynym wyborem życiowym, jeśli wszystko przy okazji zostaje sprywatyzowane, wtedy wszystko poza konsumpcją i produkcją dóbr materialnych jest z niego wypierane. Polityka więdnie, religia więdnie, kultura więdnie, społeczeństwo więdnie. Wszystko co nie polega na prostym robieniu pieniędzy, które prowadzą do szczęścia – czyli do wolności – zamiera lub ulega korupcji” (Benjamin R. Barber, Skonsumowani). Wiemy, że władza, ludzie mediów, duchowieństwo, urzędnicy etc. są tacy jak reszta populacji, a parafrazując wspomnianą sentencję Karola Marksa - sami siebie wychowują, zmieniają, kształtują. To czyste, samonapędzające się, perpetuum mobile.
Stawiamy na regres
Dotychczas system stwarzał nadzieję powszechnego dobrobytu. I lepszego jutra. W parze z tym szły – choć ostatnimi czasy, zwłaszcza po 1989 r. te terminy stały się passe i mniej o nich się wspomina – nadzieje o nieustanym postępie i rozwoju ludzkości. Miało to przynosić sukcesywnie pozytywne zmiany w życiu pojedynczego człowieka. Postęp i rozwój to są przecież sztandarowe hasła oświeceniowe. Tak samo jak wolność, demokracja, swobody obywatelskie. To one właśnie leżą u źródeł Powszechnej Deklaracji Praw Człowieka ONZ, stanowiąc jej podstawowe elementy.
Rzeczona Deklaracja ONZ z 10.12.1948 r. – którą należy traktować (o czym wspominają jej sygnatariusze) kompleksowo, jako całość, bez wybiórczych manipulacji i żonglowania poszczególnymi artykułami stosownie do politycznych potrzeb – mówi o tym, iż postęp musi być nakierowany na dobro jednostek. I tak rozumiano dotychczas pojecie postępu, co zapisano m.in. w art. 25 pkt. 1:
„Każdy człowiek ma prawo do stopy życiowej zapewniającej zdrowie i dobrobyt jego i jego rodziny, włączając w to wyżywienie, odzież, mieszkanie, opiekę lekarską i konieczne świadczenia socjalne oraz prawo do ubezpieczenia na wypadek bezrobocia, choroby, niezdolności do pracy, wdowieństwa, starości lub utraty środków do życia w inny sposób od niego niezależny”.
Drastyczne obniżenie standardów życiowych – i nie mówmy tu o rozbuchanej konsumpcji, która przez dekady królowania neoliberalnych paradygmatów formatowała świadomość szerokich mas, napędzając zyski megakorporacjom tuczącym się na takiej właśnie formie globalizacji – to tama dla postępu i rozwoju mas. Tym samym stawiamy na regres cywilizacyjny i kulturowy.
Utrata nadziei jest dramatem. Tak dla jednostek jak i społeczeństw. Także w jej globalnym wymiarze. Zwłaszcza kiedy dotychczasowe, mnożone fantasmagorie o końcu historii, upadku komunizmu, socjalizmu i populizmów (różnych proweniencji) miały zapewniać na zawsze postęp, dobrobyt, bezpieczeństwo i zrównoważony rozwój całej planety. I w tym właśnie miała pomagać czy stymulować te procesy globalizacja, która zastąpić miała dwubiegunowy świat, jaki pamiętamy sprzed 1991r.
Warto w perspektywie tych stwierdzeń i refleksji przytoczyć, i zastanowić się nad wypowiedzią Zygmunta Baumana (p. Gazeta Wyborcza z dn. 14-15.04.2012, „Więc będzie wojna ?”): „W społeczeństwie konsumentów bieda szczególnie upokarza (….) Coraz więcej takich ludzi, którzy patrząc dokoła, mają poczucie, że są gorsi od innych. To bolesne uczucie, cios w godność własną i szacunek do siebie samego”.
Co ona oznacza w zderzeniu z zapowiedziami apostołów nowego ładu, z perspektywami nadciągającego kryzysu i podobnych wizji XXI wieku? I jak w takim razie globalna zbiorowość ma podejść do gigantycznych wyzwań piętrzących się przed ludzkością? Tylko wzajemna solidarność, współpraca, właśnie frommowska nadzieja mogą odwrócić czy zahamować niebezpieczne trendy prowadzące do zagłady całej, ziemskiej cywilizacji.
Mimo pozorów dobrobytu i na tym przekonaniu opartego rozumienia wolności oraz ciągle poszerzających się możliwości samorealizacji a przez to szczęścia, jakość życia permanentnie się obniżała. I świadczyły o tym pomijane w urzędowym i medialnym klangorze dane. Społeczności Zachodu – bo to głównie ich dotyczy – patrzyły spokojnie, nie reagując na „ten zjazd”, bo odbywał się niesłychanie wolno i nieuchwytnie. Acz systematycznie. Pozory, blichtr reklam i otwarte drzwi pseudomożliwości stwarzających poczucie wolności były tu dodatkowym elementem zaciemniającym obraz rzeczywistości.
Ten powolny ruch ku przepaści i bezwład ogarniętego blichtrem wolności i konsumpcyjnych możliwości społeczeństwa – dramat systemu, gdyż jednoznacznie związano wolność z konsumpcją (Fromm, Barber) - wykluczył radykalne sprzeciwy. Resztę zrobiły wszechogarniające i totalne media pozostające w służbie kapitału, stygmatyzujące nielicznych buntowników mianem społecznych wrogów, agentów, terrorystów czy populistów. Rzeczywistość wykarczowano przy tym z odcieni i półcieni, aby klarownie i wyraziście zaprezentować swoich i cudzych. Czyli tych „Innych”. To typowa, zaprzeczające pluralizmowi, wolności słowa i poglądów, redukcja kreująca fundamentalizm, a immanentny dialog wolności i demokracji zastępująca klimatem walki i agresji.
Doskonale proces cywilizacyjnej degeneracji zobrazował Lester C. Thurow, odwołując się do praktyki z przełomu antyku i średniowiecza. „Nie było żadnych technicznych powodów, dla których średniowieczna Europa w ciągu 600 lat straciła 90% poziomu życia starożytnego Rzymu. Kiedy porównamy standard życia – jakość wyżywienia, odzieży, domów, edukacji, bezpieczeństwa obywateli, komunikacji, udziału ludzi w kulturze, urządzeń publicznych etc. - u szczytu cesarstwa rzymskiego ok. 300-350 r. n.e. i w najgłębszym średniowieczu, czyli ok. roku 900 - można dość precyzyjnie wyliczyć, że mieszkańcy najzamożniejszych miast Europy zachowali jedynie 10% dobrobytu, którym cieszyli się przeciętni Rzymianie. Pierwszym europejskim miastem które osiągnęło poziom starożytnego miasta Rzym był Londyn połowy XVIII w. A przecież rzymska technika nie zanikła. Wiedza nie wyparowała”. (Lester C. Thurow, Gazeta Wyborcza z dn. 27-28.09.1997,„Nowa rewolucja. Nowe średniowiecze”).
Można więc za Thurowem, ale i Frommem, Barberem oraz Baumanem stwierdzić, iż wraz z przesunięciem wagi spraw i naszych zainteresowań z publicznych, czyli wspólnych, do prywatnych, z myślenia o przyszłości do teraźniejszości oraz utylitaryzacją wszelkich naszych przedsięwzięć, musi nastąpić zmiana społecznej hierarchii uznawanych wartości. Resztę dopełnia właśnie długotrwałość i powolność tych procesów. Horyzont naszego myślenia uległ infantylizacji, prymitywizacji, ograniczeniu do wąskiego zakresu naszego bytu.
I jeszcze jedna uwaga. Herbert Marcuse uważał swego czasu, że „Krytyczna teoria społeczna nie posiada idei, które mogą przerzucić pomost między teraźniejszością a przyszłością, nie dając żadnej obietnicy i nie wykazując się żadnym sukcesem. Pozostaje ona negatywna. W ten sposób chce pozostać lojalną wobec tych, którzy choć bez nadziei oddali swe życie Wielkiej Odnowie” (Człowiek jednowymiarowy). I emanacja tej myśli zawiera się w zacytowanych słowach Emmanuela Macrona oraz innych, możnych współczesnego orbis terrarum: musi być gorzej, będziecie wolni i to musi wam wystarczyć. W imię wolności i demokracji – nie mówi się tylko jakiej demokracji i jak rozumianej oraz praktykowanej wolności – macie poświęcić „swój byt”, by Wielka Odnowa się ziściła.
Na koniec należy przytoczyć jeszcze po raz kolejny Fromma i jego uniwersalną definicję osoby i człowieczeństwa. Człowieka trzeba „nazywać Homo esperant, człowiekiem mającym nadzieję. Nadzieja jest podstawowym warunkiem bycia człowiekiem. Jeśli człowiek z niej zrezygnuje, albo się go jej pozbawi, przekraczamy bramy piekieł. Niezależnie od tego, czy jest tego świadomy i odrzuca swoje własne człowieczeństwo” (Erich Fromm, Rewolucja nadziei).
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2018
"Manifest Zuckerberga nasuwa wątpliwości,
czy w niedalekiej przyszłości większa władza
będzie się wiązała z urzędem prezydenta USA
czy z funkcją prezesa internetowej spółki".
Adrianne Lafrance
Mark Zuckerberg to jedna z najbardziej wpływowych i najbogatszych osób na świecie. To demiurg – w znacznej części – współczesnej rzeczywistości i kreator przyszłego świata. Nawet nie zdajemy sobie do końca sprawy z tego, jak bardzo ta specyficzna i nietypowa korporacja – Facebook, jego „dziecko” i źródło dochodów - zmienia świat, relacje międzyludzkie, jak zmienia nas wszystkich: grupowo i pojedynczo, narodowo i społecznie bez względu na język, rasę, kulturę, religijne wyznanie bądź ateizm, poglądy polityczne czy sytuację ekonomiczną.
Widać to wszystko jak na dłoni podczas obserwacji społeczności facebookowej, pokazującej znaczenie tego komunikatora i forum wymiany myśli, idei, emocji pojedynczych ludzi oraz podczas lektury, czy pobieżnej analizy jego Manifestu z lutego 2017 roku („Building Global Community”). Manifestu, który wywołał ożywione dyskusje za oceanem na temat utopii, marzeń czy chęci władzy nad światem, jakiej zapragnął właściciel Facebooka.
Zasięg władzy Zuckerberga – nawet bez zmian zakładanych w „Building Global Community” - jest już kolosalny. Szacuje się, że uczestników przedsięwzięcia Zuckerberga na całym świecie jest od 2 do 2,5 mld ludzi. Ta olbrzymia społeczność ujęta niewidocznymi regułami infiltrowana jest pod kątem idei, pomysłów, wyznawanych wartości.
Jak zauważył jeden z komentatorów amerykańskiego „Vanity Fair”, Nick Bulton -„Zuckerberg jest jedną z niewielu osób, dla których zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych mogłoby oznaczać degradację. Jako szef Facebooka już jest prawdziwym liderem wolnego świata”. Ta władza w innym wymiarze, będąca emanacją rozproszenia i chaosu, ale też totalitaryzmu cyberprzestrzeni poparta jest kapitałem, jakim dysponuje Mark Zuckerberg.
We współczesnym świecie, globalnego i funkcjonującego w cyberprzestrzeni korporacyjnego rynku, zamiast sprzedawców i nabywców – jak przewidywał Jeremi Rifkin („Wiek dostępu”, 2000) – pojawili się dostawcy i użytkownicy. Leasing, wypożyczenie, użyczenie stają się podstawą wymiany, a tym samym i formą osiągania zysku oraz akumulacji kapitału. Te formy wymiany nie negują istoty własności. Dochodzą tym samym nowe instrumenty realizacji zadań immanentnych każdej władzy. I takie też będzie ona implikować formy jej sprawowania. Jest to wg Rifkina „sieciowa wersja rynku”.
W tak skonstruowanej rzeczywistości brak dostępu – np. do informacji, a ona jest potrzebna do pracy intelektualnej – jest pierwszym stopniem alienacji. I od razu generuje dominację tych, co ów dostęp posiadają, albo nim zawiadują. Taka globalna forma dominacji jest zdaniem np. Jean Baudrillarda ( „Rozmowy przed końcem”, 1997) niebezpieczna dla tego, co nazywaliśmy dotychczas człowieczeństwem i humanizmem. Pozostając cały czas w zasięgu sieci, cyberprzestrzeni, pracując i niewoląc się, tym samym „stajemy się prawie trupem”. Praca, wypoczynek, zabawa, wszystko jawi się nam wszechogarniającym chaosem. Ale to wcale nie eliminuje nas ze sfer uzależnień jednostki wobec władzy kapitału i tych, którzy nim dysponują. Ten stan rzeczy pogłębia tylko owo zniewolenie i uzależnienie, gdyż jest to projekt nowego integryzmu, kolejnej wersji średniowiecznej jedni (jak u Plotyna), zakazującej myśleć „o czymś innym niż globalna supremacja” jakichś niewidzialnych sił (w Średniowieczu był to chrześcijański Bóg w papieskiej wersji).
Walka o zysk i bogactwo
Obecny neoliberalny i bazujący na cyberprzestrzeni (zwanej siecią) korporacyjny system światowej gospodarki rynkowej tworzy zupełnie nowe relacje między podmiotami uczestniczącymi w tej grze. To z kolei przekłada się na zupełnie inną – czy raczej inaczej opisaną, za pomocą innych pojęć i narzędzi, gdyż warunki są inne – antynomię pracy i kapitału. Ale ona istnieje, bo jest immanencją systemu rynkowego. Wynika bezpośrednio z dążenia do zysku, a za nim idzie coś, co nazywamy własnością. Własnością materialną i niematerialną (dawniej mówiono – duchową). I to wszystko przekłada się na sprawowanie władzy.
Jak stwierdził przed dwoma dekadami amerykański ekonomista, strateg-politolog i historyk, bliski konserwatywnemu establishmentowi USA, Edward Luttwak - „Nic nie może się równać z wyjątkową zdolnością kapitalizmu do przekształcania zwykłej, ludzkiej chęci zysku w nieskończenie wiele umiejętności produkcyjnych. Żadna administracja centralna, nawet najbardziej stanowcza, nie jest w stanie osiągnąć takiej sprawności i innowacyjności jak bezlitosna walka o zysk i bogactwo, rozpętana przez kapitalizm” („Turbokapitalizm”,1998). Perspektywa szybkiego zysku zastępuje bowiem wszystkie inne korzyści.
Jednak na pewnym poziomie bogactwa, na określonym etapie kumulacji kapitału, do głosu dochodzą inne czynniki, związane z potrzebą sprawowania władzy. Luttwak zauważył, iż współczesny – nazywany przez niego turbokapitalizmem – system gospodarczy ma wiele wspólnego z „radziecką wersją komunizmu”, gdyż oferuje każdemu na świecie taki sam model, oparty o te same wartości i zbiór zasad, ignorując przy tym wszelkie różnice społeczne, kulturowe i psychologiczne. Ponadto umożliwia (w delikatny sposób) powszechną, globalną glajchszaltyzację według znormalizowanych, służących zyskom i władzy, jednolitych kanonów. Wspomniany kierunek rozwoju ludzkości niezwykle sprzyja tym trendom i kierunkom postępu cywilizacyjnego.
Chęć władzy (i zdolność jej sprawowania) tych, którzy dysponują kapitałem, cokolwiek by pod tym terminem rozumieć, jest immanencją każdego systemu polityczno-gospodarczego. A dziś, kiedy tzw. zblatowanie biznesu i świata polityki, kultury, sportu itd. jest faktem (co nie służy absolutnie światom pozabiznesowym), ta predylekcja właścicieli kapitału i ich żądza władzy niosą bardzo poważne zagrożenia dla demokratycznych porządków, wolności obywatelskich, swobód cywilizacyjno-kulturowych i istoty człowieka wolnego.
Szlachetne cele a siła kapitału
W swoim Manifeście, mającym być jakby programem przedsięwzięcia pod nazwą „Facebook na przyszłość”, Zuckerberg pragnie skupić uwagę czytelnika na celach intelektualno-etycznych. Chodzić ma o podniesienie na wyższy poziom komunikowania się, relacji interpersonalnych i funkcjonowania społeczności przy pomocy Facebooka. Dotyczy to przede wszystkim ograniczenia wulgaryzacji dyskursu (tzw. hejtu), jak również eliminacji tzw. fejku (nieprawdziwych informacji), zaśmiecających społecznościowe komunikatory.
Właściciel FB zamierza tak ustawić dysputę publiczną, aby z jednej strony aktywizować obywateli do prodemokratycznych i odpowiedzialnych działań oraz wypowiedzi, a z drugiej - eliminować metodę czytania tekstów w sieci na zasadzie clickbaitów (czyli wyłącznie sensacyjnych nagłówków) i wyrugować hejt oraz fejk. Facebook ma się stać tym samym głównym medium rozpowszechniania informacji oraz regulowania debaty publicznej.
Ale nie można zapominać, iż Facebook jest również instrumentem dla uzyskiwania kolosalnych dochodów, o czym świadczy stan majątku Zuckerberga.
Już ponad 30 lat temu Neil Postman przestrzegał (podobnie jak wielu innych autorów) przed infantylizacją i karnawalizacją debaty publicznej, sprowadzaniem jej istoty do zabawy – służą temu m.in. wszechobecne reklamy narzucające styl dyskursu (co w cyberprzestrzeni stało się regułą) oraz model sitcomowych newsów.
Oczywiście, marginalizuje się wskutek tego dotychczasową rolę tradycyjnych mediów, kształtujących w określony sposób debatę publiczną, o której poziom, demokratyzację i pluralizm opinii ponoć tu chodzi. Szef i właściciel FB przekonuje, że jego przedsięwzięcie będzie nie tylko technologią, nie tylko medium, lecz również (a może przede wszystkim) wspólnotą ludzi samokreujących siebie i przestrzeń, w której funkcjonują. Ta przestrzeń ma być ich własnym wytworem. Każdy będzie kreatorem, odbiorcą, współdecydentem, demiurgiem dyskursu odbywanego na różnych płaszczyznach i poziomach. Taki wielostrefowy, polifoniczny samograj.
Ale raczej będzie to horyzontalnie funkcjonujący, chaotyczny i przypadkowy, system opisany przez Rifkina: wieloelementowy dostawca – wieloelementowy użytkownik. Władza i sterowność systemu jednak spoczywać będą jak dotychczas w kręgach dysponenta kapitałem. Bo to trendy rynkowe muszą kreować określone decyzje i nadawać kierunki rozwoju przedsięwzięcia pn. Facebook. Jak zawsze w gospodarce kapitalistycznej. Główny decydent zakłada zastosowanie określonych rozwiązań, działań i środków, aby społeczności uwierzyła… A wiara „łatwo przychodzi, gdy jest wiarą w to, czego się pragnie” (Owidiusz, „Metamorfozy”). To pragnienie trzeba tylko wzbudzić.
Mniejsi bracia Zuckerberga
Pierwotne założenia gospodarki kapitalistycznej, zgodne zresztą z oświeceniowymi ideałami, zakładały, iż transakcje rynkowe muszą polegać na racjonalnych i zdroworozsądkowych zasadach, a każdy kupujący (i sprzedający także) winien być dojrzały, wystarczająco poinformowany i rozsądny. Sieciowość rynku (a tym samym i Facebooka) stawia te kanony pod wielkim znakiem zapytania. I nie chodzi tu już nawet o wszechobecność reklam, z których żyje cyberrynek, ale o poinformowanie kupującego (dziś – użytkownika uzyskującego dostęp) tak, aby wiedział co jest nie tylko dobre dla niego, ale „co jest dobre w ogóle” (Postman, „Zabawić się na śmierć”, 1985). To już dziś, zwłaszcza w przestrzeni cyberrynku, nie działa.
Zuckerberg w swoim „Manifeście” proponuje coś, co przekształci w chimerę wizje Georga Orwella i Aldousa Huxleya. Wielki Brat nie tyle ma bowiem organizować życie społeczne i rzeczywistość na kształt panopticonu oraz zajmować się jak u Orwella inwigilacją oraz śledzeniem zbiorowości, ale jak u Huxleya – spowodować, iż owa wspólnota będzie sama siebie inwigilować, nadzorować, wpływać na podświadomość i jaźń swoich członków, narzucać standardy, wartości, kształtować tzw. polityczną poprawność, estetykę, itd. A wszystko w aurze retoryki prowolnościowej, prodemokratycznej, poruszającej się w sferze pluralizmu, swobód obywatelskich, poszanowania godności jednostkowej i grupowej etc. Tyle tylko, iż zyski i władza pozostające niezmiennie w rudymentach tego systemu są niewidoczne i o nich się ex cathedra nie mówi.
„Jak możemy pomóc ludziom zbudować świadomą wspólnotę, która wystawia nas na nowe idee i tworzy porozumienie w świecie, w którym każda osoba ma głos?” pyta właściciel Facebooka w swoim memoriale. Aby ta świadoma wspólnota zaistniała – wedle koncepcji Zuckerberga i jemu podobnych właścicieli globalnych korporacji – trzeba przekształcić w taki sposób świadomość ludzi, aby myśleli i czuli „tak jak wypada”, tak jak należy, jak uważają demiurgowie i kreatorzy cyberwspółczesności. Czyli nowy Sanhedryn funkcjonujący na globalnym rynku, który w neoliberalnym świecie stał się wszystkim. To de facto religijny sposób sprawowania władzy nad ludźmi. Oprócz cugli ekonomicznych działających docześnie, w karbach będzie trzymana świadomość, mentalność, horyzonty myślowe, edukacja, a poprzez metodycznie prowadzoną propagandę (chrześcijanie mówią w tym wypadku o ewangelizacji) wedle sprawdzonych wzorów – urabianie ludzi, formatowanie ich do zaplanowanego kształtu.
Jak stwierdził przed ponad 60 laty najwybitniejszy twórca doktryny public relations Edward Bernays (nb. siostrzeniec Zygmunta Freuda), „inteligentne mniejszości muszą posługiwać się propagandą w sposób stały i systematyczny”. Tylko one bowiem rozumieją procesy myślowe immanentne masom i wzorce społeczne, jakim one hołdują. Tylko przez manipulację można uzyskać stosowne i pożądane w demokracji efekty. Trzeba uświadomić społeczeństwu, aby przyjęło proponowany sposób oglądu świata za swój własny, a wtedy w połączeniu z potrzebą wolności i demokracji uzna ono fakt, że „wolna konkurencja musi być organizowana przez przywódców i wybranych ludzi biznesu”, predestynowanych do przywództwa. Propaganda odpowiednio dobrana i dozowana dostarcza elitom mechanizmu za pomocą którego można tak kształtować umysły mas, żeby „kierowały swą nowozdobytą siłę w pożądanym przez elity kierunku” („Inżynieria zgody”, 1947).
Inny weteran amerykańskiej teorii PR-u Walter Lippman uważał, iż „inteligentna mniejszość ludzi odpowiedzialnych musi kontrolować” procesy społeczne tak, aby rozwój przebiegał „w odpowiednich kierunkach”. Inteligentna mniejszość stanowi wyspecjalizowaną klasę odpowiedzialną za kształt opinii publicznej i jest „uwolnioną od wpływów zwykłych obywateli, którzy są natrętnymi ignorantami i outsiderami”. Wyjątkiem jest tylko „czas wyborów, kiedy muszą zagłosować na kogoś” z wyspecjalizowanych elit, tzw. merytokratów. („U.S. Foreign Policy”, 1943). Jest to zasada wyspecjalizowanej izolacji.
W sposób mniej zawoalowany, ale bardziej brutalny, rzeczowo przedstawił to Tony Judt („Źle ma się kraj”, 2010): „Dziś debata publiczna wygląda tak, że demagodzy mówią tłumowi co ma myśleć. Gdy ludzie odbijają echem ich frazesy, oni śmiało ogłaszają, iż wyrażają tylko powszechne nastroje”. I ta sentencja oddaje najlepiej zamysły Zuckerberga w przedmiocie reformy Facebooka, jego przyszłych zadań i modelu funkcjonowania.
Ciekawym w tym kontekście spostrzeżeniem dzieli się Noam Chomsky („Zysk ponad ludzi”, 1999) stwierdzając, iż to nie uznane elity są nośnikiem demokracji i wolności. To retoryka ma zastąpić ich działania, które są pozorowane poprzez stymulowanie procesów i ich reżyserię. Przywołuje dorobek Francisa Hutchesona i Dawida Hume’a, klasyków anglosaskiego liberalizmu. Globalno-korporacyjne współczesne media jak najbardziej sprzyjają tym trendom i zamiarom, odzwierciedlając tezy wspomnianych myślicieli sprzed ponad 250 laty.
Skrajny indywidualizm i egoizm, będące emanacją epoki neoliberalizmu negują oświeceniowe kanony oraz postęp ludzkości najszerzej pojęty. Nadchodzi – i to wskutek m.in. takich projektów jak Facebook Zuckerberga – nowe Średniowiecze (Radosław S. Czarnecki, Przegrana sekularyzmu, czyli nadchodzące Średniowiecze, „Sprawy Nauki” nr 1/186/2014), przyjaznym okiem mruga „parafiańszczyzna i zaścianek” (Zygmunt Bauman, „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, 2000), kroi się ponownie czas plemion.
Jak uważa socjolog Michael Maffesoli („Czas plemion. Schyłek indywidualizmu w społeczeństwach ponowoczesnych”, 2008) - „po okresie odczarowania jesteśmy ponownie świadkami zaczarowywania świata” i to przy pomocy technologii mającej służyć w pierwotnym projekcie humanizacji i rozwojowi człowieka, gdyż tak rozumiany postęp nastawiony tylko na materialny zysk, zabawę, karnawał, banał, kastruje jednostkę z szerokich horyzontów, sprowadzając ją do biernej, infantylnej, posłusznej jednostki, istniejącej tylko po to, aby konsumować (Benjamin Barber, „Skonsumowani”, 2007). I to właśnie jest śmierć autentycznego, racjonalnego, oświeceniowego subiektywizmu, zachowującego balans miedzy tym co „moje”, a tym co „wspólne”.
Władza utajona
Podsuwając członkom facebookowej społeczności określone pomysły i rozwiązania, zasady i kanony funkcjonowania wspólnoty, Zuckerberg staje się suwerenem ustawiającym siebie i firmę w miejscu, z którego może zarządzać debatą publiczną „zza kurtyny”, nie podlegając jej skutkom. Rozproszenie, dyspersja głosów i poglądów ujmowanych w coraz bardziej kontrolowane kanony (bezpośrednio i poprzez oddziaływanie na podświadomość) to nowa forma sprawowania władzy. Zuckerberg pisze: „Naszym następnym celem będzie rozwijanie społecznej infrastruktury dla wspólnoty, dla wspierania nas, dla zapewnienia nam bezpieczeństwa, dla informowania nas, dla zaangażowania obywatelskiego”.
Ta globalna społeczność siłą rzeczy musi się stać potężnym lobby na rzecz … no właśnie, czego? Na pewno będzie to już sfera sensu stricte publiczna, o globalnym wymiarze.
I tu rodzą się kolejne zagrożenia: bo czy sfera publiczna, obywatelska, społeczna, kulturowa nie jest w takim przypadku manipulowana przez dyspozycyjny ośrodek władzy? Czy odzwierciedla pluralizm poglądów, potrzeb społecznych, czy interes właściciela i suwerena umiejscowionego w owym ośrodku władzy?
Ten wielkoskalowy proces demokratyczny, „samonapędzający się” i „sam tworzący siebie” organizm nie zadowoli wszystkich z racji skali przedsięwzięcia. Niemożliwością jest konsensus 2-2,5 mld ludzi w jakimkolwiek wymiarze z tytułu różnych racji, wykształcenia, kultury, doświadczeń, systemu wyznawanych wartości, mentalności etc.
Więc czy sfera publiczna, którą ma kreować tak funkcjonujący FB jest w stanie wygenerować obiektywizm, autentyczność i wysoki intelektualnie poziom? Czy sfera publiczna może być kreowana przez kapitał prywatnie umocowany i zarządzany? Czy zawłaszczanie i komercjalizowane – immanentne dla biznesowej działalności – jest pozytywnym kierunkiem, w którym winna ona nadal podążać (teraz już jawnie i bez zbędnych, retorycznych i etyczno-moralnych uzasadnień)? To są poważne zastrzeżenia wynikające wprost z tez przedstawionych w „Manifeście”.
Zasadniczym dylematem pozostaje jednak problem: „czy narzędzie stworzone z myślą o prywatności - nawet jeśli miałaby ona być zawłaszczona i komercjalizowana – nadaje się do tego, aby obsługiwać sferę publiczną?” (Maciej Jakubowiak, Prezydent świata, dwutygodnik.com).
Autor tej trafnej refleksji stwierdza, że po raz któryś z rzędu przekonać się możemy, iż rzymska zasada divide et impera jest ciągle aktualna, gdy wchodzimy w sfery najszerzej pojętej władzy, jej sprawowania, własności i relacji: kapitał vs praca.
Bo jak z tak ogromnej populacji przykrytej „facebookowym parasolem” wykrzesać obywatelskość, inicjatywy, uniwersalne zainteresowanie problemami świata (światowa wspólnota siłą rzeczy musi się zajmować globalnymi problemami),potrzebę intelektualnego doskonalenia się, otwierania na kolejnego Innego?
Wiemy przecież, że cywilizacja obrazkowa – a do jakiej obok kina, telewizji należy zaliczyć cyberprzestrzeń – rodzi postawy bierności, intelektualnego lenistwa, indyferentyzmu (z racji nadmiaru informacji i braku aparatu pojęciowego dla ich selekcji), kwietyzmu czy nawet – solipsyzmu, nie mówiąc o egotyzmie czy narcyzmie.
Konsument - a gros uczestników Facebooka to konsumenci określonych dóbr - funkcjonujący w sferze wirtualnej, na pewno nie będzie obywatelem, gdzie esencją oświeceniowej definicji „obywatelskości” jest przede wszystkim świadomość.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Katarzyna Janiak
- Odsłon: 7147
Artykuł jest spojrzeniem na konflikt w Jugosławii z 1999 roku przez pryzmat burzenia mitu kosowskiego (na podstawie tekstów „Gazety Wyborczej").
Każdy naród w pewnych okresach swego istnienia odwołuje się do mitów z przeszłości, także Serbowie, którzy sięgają do mitu kosowskiego. Związany ze średniowieczną bitwą, stał się on niezaprzeczalnym symbolem serbskiego narodu. Wydarzenia z roku 1389 szybko zostały przekute w legendę, do której dodawano wciąż nowe elementy.
Bez znajomości historii mitu, który już przeniknął do kultury masowej, nie sposób zrozumieć dzisiejszej rzeczywistości w Serbii i stosunku Serbów do Kosowa. Aby usankcjonować swoje prawo do tego miejsca, sięgają oni do wydarzeń bardzo odległych. To właśnie na tym terenie znajdowały się średniowieczne stolice ich państwa, tam w 1389 r. rozegrała się bitwa, która stała się symbolem upadku kraju.
Podczas wydarzeń w Kosowie w 2008 r., kiedy prowincja oderwała się od Serbii, uwidocznił się mitologiczno-symboliczny sposób postrzegania rzeczywistości. Mit związany z bitwą na Kosowym Polu stał się symbolem upadku państwa, a rok 1389 symbolem klęski, która zapoczątkowała długie lata osmańskiej niewoli.
O Kosowie, jako serbskiej Jerozolimie, pisze w swoich esejach Ivan Čolović. Według serbskiego etnologa, ostatnimi czasy mówi się w Serbii bardzo dużo o świętościach narodowych. Obok języka serbskiego, który stał się przedmiotem prawdziwego kultu, taką świętością jest właśnie Kosowo. Fundamentem narodu i strażnikiem tożsamości narodowej jest serbska cerkiew narodowa a serbskie monastery znajdujące się między innymi w Kosowie są symbolem wielkiej świętości.
Według Čolovića, naród serbski odgrywa rolę bohatera tragicznego; przechodzi najcięższe próby, spada na niego całe możliwe zło. Kiedy kończyła się wojna w Kosowie, Milošević przypisał zasługi za jej rezultat Narodowi i Naród ogłosił bohaterem. On jedynie podzielił jego los.
Kosowo pozostaje obszarem ducha narodu serbskiego, bez względu na to czy jego terytorium będzie znajdowało się w państwie serbskim i czy będą tam Serbowie. Według Čolovicia, od czasu wojny w Kosowie w 1999 roku, walkę o serbskie tereny etniczne prowadzi się wyłącznie jako walkę o Kulturkampf, bój o zachowanie i umocnienie serbskiej przestrzeni duchowej. Bomby spadające na Belgrad miały na celu złamać ducha narodu serbskiego. Konstatuje, że według wielu intelektualistów serbskich to właśnie Serbowie w tej wojnie byli ofiarą Europy.
Z kolei polski historyk Marek Waldenberg zalicza atak na Jugosławię do kilku najważniejszych wydarzeń w powojennej historii naszego kontynentu. Według uczonego, było to jedno z najfatalniejszych wydarzeń w Europie po II wojnie światowej.
O wojnie propagandowej wymierzonej przeciwko Serbii pisze Waldenberg w swojej książce „ Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki", porównując demonizowanie Serbów z kampanią antysemicką lat 30. Według niego, powielanie informacji o serbskich barbarzyństwach dokonywanych na ludności muzułmańskiej miało skłonić opinię publiczną do tego, by rządy państw zachodnich podjęły decyzję o zaangażowaniu zbrojnym w konflikt. Konflikt z roku 1999 w Kosowie to kolejne następstwo rozpadu (według M. Waldenberga - rozbicia) Jugosławii.
Prasa w służbie NATO
Zastanawiające jest, w jaki sposób w prasie polskiej został przedstawiony atak NATO na Jugosławię i trwającą prawie trzy miesiące wojnę, która stała się jednym z etapów rozprawienia się z mitem Kosowa, jako kolebki serbskiej państwowości. Nie jest moim zamiarem przedstawienie genezy konfliktu, militarnego przebiegu operacji wojskowej, czy skutków wojny, a jedynie ukazanie, z jakimi informacjami - ograniczając się tylko do jednego tytułu prasowego - polski czytelnik miał styczność w czasie trwania wojny. Oparcie się na jednym tytule pisma codziennego, jakim jest „Gazeta Wyborcza", w przypadku tego tekstu jest zabiegiem celowym - wysoki nakład dziennika w miesiącach marzec-czerwiec 1999 r. uplasował go na pierwszym miejscu wśród polskich gazet codziennych. 24 marca ub. r. minęła 10 rocznica rozpoczęcia nalotów NATO na Jugosławię. W „Gazecie Wyborczej" ukazała się jedynie krótka notatka nawiązująca do wydarzeń z 1999 r. Dotyczyła ona decyzji Hiszpanii o wycofaniu wojsk z Kosowa. Madryt uznał, że powody, dla których Hiszpanie znaleźli się w tym miejscu dziesięć lat temu, przestały istnieć.
W marcu 1999 r. Sojusz Północnoatlantycki, którego członkiem od niedawna była także Polska, rozpoczął atak na suwerenne państwo Półwyspu Bałkańskiego. W prasie, zarówno europejskiej jak i światowej, pojawiły się liczne komentarze, dotyczące tego pierwszego w powojennej Europie konfliktu zbrojnego, w który zaangażowały się wojska NATO. Naloty stały się faktem medialnym.
Już pierwszego dnia nalotów pisano, że atak jest skutkiem odrzucenia przez Jugosławię traktatu pokojowego dla Kosowa zaproponowanego przez Zachód oraz braku zgody na rozmieszczenie na terytorium kraju misji pokojowej NATO.
Sekretarz generalny sojuszu Javier Solana oświadczył, że wojna nie jest wymierzona przeciwko narodowi jugosłowiańskiemu, ale przeciw polityce represji prowadzonej przez władze kraju. Zadecydował o niej ówczesny prezydent USA - Bill Clinton. W przemówieniu, jakie wygłosił w przeddzień ataku mówił: „Jeśli teraz nie zrobimy nic, Milošević zrozumie to jako licencję na dalsze zabijanie".
Amerykański prezydent opisywał wówczas sytuację w Kosowie, mówiąc o dramacie Albańczyków, a jako źródło konfliktów podał próbę zdobycia przez Miloševicia dominacji w całej byłej Jugosławii. Przekonywał, że interwencja zbrojna jest niezbędna po to m.in., by zapobiec katastrofie humanitarnej w Kosowie i rozprzestrzenieniu się konfliktu na inne kraje regionu. Zresztą terminy „katastrofa humanitarna" oraz „interwencja humanitarna" pojawiały się w prasie często.
W przemówieniu, które wygłosił Clinton na dzień przed atakiem uzasadniał, że źródłem antagonizmów jest tak naprawdę próba dominacji Miloševicia w byłej Jugosławii i jeśli NATO nie zaangażuje się militarnie, zginie jeszcze więcej ludzi. Powielając stereotypy, twierdził, że XX wiek to historia rzezi, które miały swój początek w Europie, tak jak pierwsza wojna światowa, która zaczęła się na Bałkanach.
Argument, że wrogiem nie jest naród, ale Milošević, był podnoszony zresztą na łamach prasy, w mediach i oficjalnych wypowiedziach polityków wielokrotnie. Pojawiły się głosy, że atak sprowokował sam przywódca Jugosławii, który wcześniej dopuścił się czystki etnicznej w Kosowie. Odosobnione były wypowiedzi takie jak ta - eksperta ds. brytyjskiego bezpieczeństwa: /.../ NATO usprawiedliwia operację lotniczą jako konieczną, by uniknąć katastrofy humanitarnej. W rzeczywistości największa katastrofa humanitarna nastąpi właśnie po rozpoczęciu ataków.
Wojna przeciwko narodowi
Naloty poparła większość członków sojuszu oraz państw Unii Europejskiej. Polskie MSZ wezwało władze Jugosławii do wycofania armii i zaprzestania operacji wojskowych w Kosowie. Jeszcze w połowie kwietnia „Gazeta" opublikowała wyniki sondażu Demoskopu, według którego interwencję NATO popierało ponad 60% Polaków. Według Centrum Badania Opinii Publicznej, po dwóch miesiącach bombardowań już tylko niespełna połowa badanych uważała interwencję NATO za słuszną.
Pierwsze bomby spadły na Jugosławię 24 marca 1999 r. Decydujący głos w kwestii postępowania NATO na Bałkanach miały Stany Zjednoczone i Niemcy - najwięksi rzecznicy interwencji zbrojnej. Z militarnego punktu widzenia, wojna stała się operacją lotnictwa amerykańskiego, którego siły były zdecydowanie najliczniejsze w stosunku do pozostałych sojuszników. Bombardowania, które trwały ponad 70 dni, prowadzono najpierw w Kosowie, później także na całym terytorium Jugosławii. Niszczono infrastrukturę: drogi, mosty, rafinerię, zbombardowano budynek telewizji RTS w Belgradzie, w wyniku czego śmierć poniosły osoby cywilne. Bomby spadały również na miejscowości, które nie miały żadnego strategicznego znaczenia, a straty w ludności cywilnej były określane w prasie jako „skutki uboczne" działań wojennych.
Sojusz nastawiony był na wojnę błyskawiczną, kilkudniową.
Bombardowania były prowadzone z wysokości 5 km, co było wynikiem przyjęcia przez NATO koncepcji „zero śmiertelnych ofiar" wśród własnych żołnierzy. Sprawą nadrzędną, poza unikaniem jakichkolwiek strat własnych, miało było ograniczenie skutków nalotów do precyzyjnie dobranych celów. Jak donoszono w kolejnych relacjach prasowych, nie uchroniło to przed zbombardowaniem ambasady Chin. Z upływem czasu zaczęto jednak pisać, że jeśli sojusz chce tę wojnę wygrać, musi zacząć operację lądową.
W obronie Albańczyków
„Wyborcza" szeroko rozpisywała się o odwetach Serbów na Albańczykach za natowskie bombardowania. Bardzo dużą część gazeta poświęciła dramatowi kosowskich uchodźców. Na łamach dziennika można było nie tylko przeczytać reportaże o tysiącach wygnanych przez Serbów kosowskich Albańczyków, ale także zobaczyć ich fotografie. Na początku kwietnia grupa pierwszych uciekinierów z Kosowa przyleciała do Polski, co również zostało odnotowane przez „Gazetę Wyborczą". Nierzadko epatowano drastycznymi obrazami wojny. Pojawiały się informacje o odkryciu masowych grobów w miejscowościach Raak, Goden, Gjakov, w których oddziały serbskie miały dokonać masakr na ludności albańskiej.
Prasa informowała także o chybionych NATO-wskich nalotach, które nie trafiały w cel, lecz w ludność cywilną, np. w pociągi pasażerskie. Gazeta pisała na przykład o zbombardowaniu przez sojusz konwoju albańskich uchodźców z Kosowa. Wyrazy ubolewania i żalu za śmierć niewinnych ludzi wyrażali przedstawiciele NATO, jednak według nich incydent - bo tak to było przedstawiane - nie mógł stać się powodem zmiany strategii sojuszu. Prawo do pomyłek przyznał organizacji gen. Wesley Clark - głównodowodzący NATO w Europie.
Dziennik cytował także krótkie wypowiedzi czołowych europejskich polityków, którzy śmiercią cywilów obarczyli Jugosławię, w szczególności zaś Miloševicia, który jak podkreślano doprowadził do wypędzenia z domów setek tysięcy Albańczyków. Wraz z trwającymi nalotami pojawiały się kolejne doniesienia o pomyłkowych bombardowaniach kolejnych konwojów z uchodźcami.
O sytuacji w Jugosławii, demonstracjach przeciwko nalotom, o tym, że lepiej przegrać wojnę uzyskując pomoc gospodarczą dla kraju, mówił w wywiadzie udzielonym gazecie publicysta belgradzkiego dziennika „Vreme" - Stojan Cerović.
O interwencji NATO jako działaniach szkodliwych pisano sporadycznie. Jednak nawet wtedy, gdy twierdzono, że atak jest sprzeczny z Kartą Narodów Zjednoczonych, zaznaczano, że jest on usprawiedliwiony sytuacją w Kosowie.
Zdecydowanie inne stanowisko zaprezentowano w wypowiedzi konsula ambasady Federacyjnej Republiki Jugosławii w Warszawie - Vlastimira Djuricianina, który mówił o konieczności obrony swojej ojczyzny przed agresją oraz o potrzebie natychmiastowego przerwania nalotów.
Dyplomata wypowiadał się m.in. na temat złej woli w przekazywaniu przez media informacji o stanie faktycznym sytuacji w Kosowie, o przekłamaniach związanych w przedstawianiu negocjacji w Rambouillet. Według konsula, konferencja ta została zorganizowana, żeby pokazać światu, że to Serbowie torpedują pokojowe porozumienia. Zaznaczył, że z bombardowanego Kosowa uciekają nie tylko Albańczycy, o których pisze prasa, ale także Serbowie i przedstawiciele innych narodowości.
Naloty na Jugosławię stały się pretekstem do podejmowania kwestii dotyczących przyszłości NATO i możliwości prowadzenia operacji wojskowych poza swoimi granicami w obronie praw człowieka. Wskazano główne zadania, do których zaliczono obronę swoich członków przed zewnętrzną agresją oraz zapewnienie stabilizacji w regionie euroatlantyckim.
Umowy polityków
Z biegiem czasu zaczęły pojawiać się informacje odnoszące się do wspólnego planu Zachodu i Rosji dla Kosowa, który powstał na szczycie państw G7 i Rosji . Słowiańskie mocarstwo potępiające wcześniej naloty, wyraziło zgodę na stacjonowanie międzynarodowych sił w prowincji. Donoszono przy tej okazji o rozmowach poświęconych przyszłości Kosowa, które zostały podjęte przez negocjatorów USA i Rosji. W rozwiązaniu konfliktu pomóc miało embargo na dostawy paliw i ropy naftowej nałożone przez Unię Europejską.
Szerokim echem odbiła się w prasie informacja o nakazie aresztowania Slobodana Miloševicia, wydanym przez Międzynarodowy Trybunał w Hadze, oskarżającym prezydenta o zbrodnie wojenne w Kosowie. Dość szybko po tym fakcie pojawiły się wiadomości, że Belgrad jest gotowy przyjąć plan pokojowy opracowany przez Grupę G-8. Według przedstawionej koncepcji, do Kosowa wprowadzono by, za zgodą ONZ, międzynarodowe „siły cywilne i bezpieczeństwa", a wycofano by wojska jugosłowiańskie. Za główny postulat obrano powrót uchodźców oraz autonomię dla prowincji. Nie było natomiast żadnej wzmianki o usunięciu Miloševicia.
Z początkiem czerwca dziennik poinformował o możliwości zakończenia nalotów, a tym samym przyjęciu przez Belgrad warunków zakończenia wojny. NATO nie przerywało jednak bombardowań, które miały zostać wstrzymane dopiero po wycofaniu wojsk jugosłowiańskich z Kosowa. Ponadto Belgrad zadeklarował możliwość powrotu uchodźców, szeroką autonomię dla prowincji oraz zaakceptował obecność sił pokojowych sojuszu w Kosowie.
10 czerwca 1999 r. o godz. 15 sekretarz generalny NATO Javier Solana odczytał w Brukseli oświadczenie o zawieszeniu przez NATO nalotów na Jugosławię . „Gazeta Wyborcza" od pierwszych dni nalotów stała na stanowisku, że bombardowania są złem koniecznym, za które odpowiedzialność ponosi serbski przywódca. Emocjonalne podejście do konfliktu było szczególnie widoczne, gdy pisano o uchodźcach z Kosowa. Odnosiło się przy tym wrażenie, że ofiarami tej wojny byli tylko kosowscy Albańczycy. Nawet jeśli pisano o nieumyślnie zabitych serbskich cywilach, to winą za taki stan rzeczy obarczano wyłącznie Miloševicia, który według gazety do wojny doprowadził.
Skończyła się wojna, która z czasem przynieść miała Kosowu niepodległość i nowy rozdział w stosunkach serbsko-albańskich. Zakończył się tym samym jeden z etapów wymazywania serbskiego mitu kosowskiego, związanego z przestrzenią terytorialną Kosowa, mitu, który przez lata niewoli osmańskiej pozwalał Serbom utrzymać ich świadomość narodową.
Katarzyna Janiak
autorka jest doktorantką Instytutu Slawistyki PAN
Pełny tekst z przypisami - http://www.ispan.waw.pl/images/adeptus/adeptus_janiak.pdf
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 181
Był rok 2001, a krach dot-comów był już za nami. Wśród młodych i wizjonerskich przedsiębiorców krążyły nowe pomysły. Jasne, pets.com upadł i wiele innych, ale to był chwilowy boom-krach.
Internet w końcu wszystko zmieni, mówiono nam. Technologia, decentralizacja, crowdsourcing i cyfrowa spontaniczność stworzą krajobraz informacyjny bez strażników. Wszystko będzie musiało się dostosować. Eksperci starego świata zostaną zastąpieni przez rewolucję ludową. Podczas gdy tradycyjne elity machały legitymacjami, nowa klasa rewolucjonistów stworzy armie serwerów i cyfr, aby przenieść centrum cywilizacji do chmury.
Wikipedia była tematem przewodnim, eksperymentem w crowdsourcingu wiedzy w sposób zdecentralizowany, skalowalny w sposób niemożliwy do osiągnięcia w starym modelu i czerpiący z wiedzy i pasji ludzi na całym świecie. Platforma zdawała się ucieleśniać samą zasadę wolności. Każdy ma głos. Prawda wyłoni się z pozornego chaosu konkurujących punktów widzenia.
Nareszcie antyautorytarne podejście miało zostać wystawione na próbę na medium, które intrygowało uczonych od czasów starożytnych: księgach zawierających całą wiedzę. Czytając obszerny zbiór dzieł Arystotelesa, można dostrzec tę pasję i determinację w działaniu. Chciał on udokumentować wszystko, co tylko mógł, o otaczającym go świecie. Wieki później, po upadku Rzymu, św. Izydor, arcybiskup Sewilli, obrał podobną drogę. Z pomocą niezliczonych skrybów spędził życie, pisząc Etymologiae , obszerny traktat o wszystkim, co było znane, sporządzony w latach 615–630 n.e.
Wraz z upowszechnieniem się druku czcionkami ruchomymi w XV i XVI wieku, pierwsze podobne dzieło ukazało się w 1630 roku: Encyklopedia Septem Tomis Distincta Johanna Heinricha Alsteda . Kiedy pod koniec XIX wieku rynek i technologia zdemokratyzowały wydawanie i dystrybucję książek, a gospodarstwa domowe klasy średniej mogły korzystać z prawdziwych bibliotek, zestaw encyklopedii odniósł ogromny sukces komercyjny. Wiele firm zajmowało się ich produkcją i sprzedażą.
Po drugiej wojnie światowej w każdym domu na półce stał się powszechny zestaw, a nawet kilka. Dostarczały one niekończącej się fascynacji każdemu, stanowiąc źródło wiedzy dla osób w każdym wieku. Jednym z najwspanialszych wspomnień z mojego dzieciństwa było otwieranie ich na chybił trafił i czytanie jak najwięcej, na praktycznie każdy możliwy temat. Spędzałem niezliczone godziny z tymi magicznymi książkami.
Encyklopedie czerpały od najlepszych ekspertów, ale zawsze z osobami, które decydowały, co jest wiarygodną informacją, a co nie. Najwyższe stanowisko redakcyjne w „World Book”, „Britannica” czy „Funk & Wagnalls” było potężną pozycją zawodową. Redaktor naczelny mógł decydować, co jest prawdą, a co nie, kto jest, a kto nie jest ekspertem, co ludzie powinni wiedzieć, a czego nie.
Kiedy Murray Rothbard ukończył studia podyplomowe na Uniwersytecie Columbia, a jeszcze nie objął stanowiska wykładowcy, szukał sposobów na zarobienie pieniędzy. Jako historyk ekonomii z wykształcenia, próbował wysłać trzy artykuły do firmy zajmującej się encyklopedią. Eseje zostały natychmiast odrzucone, ponieważ jego pogląd różnił się od powszechnego przekonania, nie wspominając o tym, że to, co napisał, było prawdą.
To jest właśnie problem z gatekeeperami. Dopóki druk pozostawał głównym środkiem przechowywania i dystrybucji wiedzy, byli oni niezbędni.
Założenie Wikipedii w 2001 roku było wyrazem wizji zmiany tego stanu rzeczy. Początkową reakcją było powszechne i uzasadnione niedowierzanie. Twierdzono, że nikt nigdy nie będzie w stanie niczego zmienić. Nie da się po prostu zmieść strażników i pozwolić, by prawda wyszła na jaw. Przez lata dominowało takie przekonanie, ponieważ nauczyciele i eksperci wszelkiej maści wypowiadali się o Wikipedii jedynie z pogardą.
Stopniowo jednak zaczęło się dziać coś interesującego. Wydawało się, że to faktycznie działa. Wpisy stawały się coraz obszerniejsze i bardziej szczegółowe. Zasady stały się bardziej zakorzenione, co wymagało cytowania i dokumentacji, a grupy interesu zjednoczyły się wokół poszczególnych wpisów, aby chronić je przed korupcją. Oczywiście każdy może edytować, ale Twoje zmiany zostaną natychmiast cofnięte, jeśli nie będziesz się do nich stosować. W przypadku wielu wpisów, ich zmiana stała się praktycznie niemożliwa bez uprzedniego wejścia na strony dyskusji i poproszenia o pozwolenie.
Już na wczesnym etapie na platformie pojawili się nowi „strażnicy dostępu”. Jak do tego doszło? Dzięki wytrwałości, umiejętnościom w kodzie Wiki, dogłębnej znajomości platformy i wrodzonej zdolności do zrozumienia jej kultury. Przez pewien czas tylko zwiększało to wiarygodność platformy. W miarę jak proof of concept stawał się coraz bardziej widoczny i oczywisty, zaczął on zajmować coraz wyższe pozycje w wynikach wyszukiwania. W pewnym niepewnym momencie krytycy ucichli, a Wikipedia odniosła triumf.
Czy jego pierwsi zwolennicy mieli rację? Czy model spontanicznej ewolucji rzeczywiście wygenerował lepszy produkt niż stary system odgórny? Pod wieloma względami tak. Pod innymi nie. Wikipedia szczyciła się wiarygodnością crowdsourcingu – społeczność uznała to za prawdę – jednocześnie dając początek nowej oligarchii opinii, równie złej, a może nawet gorszej, niż ta, którą zastąpiła.
Platforma zaczęła być atakowana od razu. Tematem była nauka, a w szczególności globalne ocieplenie. Jeden z założycieli, Larry Sanger, zauważył , że działo się to już na wczesnym etapie. Niektóre źródła uznano za niedopuszczalne, podczas gdy inne uznano za doskonałe do cytowania. Temat ten był szczególnie obarczony problemem uchwycenia epistemologicznego. Granty trafiały do tych, którzy promowali konwencjonalne narracje, a ich prace były publikowane w czołowych czasopismach, podczas gdy dysydenci byli spychani na boczny tor, a nawet wyrzucani ze stowarzyszeń naukowych. Wikipedia doskonale ukazywała ten sam problem.
Cały sens Wikipedii polegał na umożliwieniu crowdsourcingu rozbicia tradycyjnych karteli informacyjnych. W tym przypadku, i w coraz większym stopniu z biegiem lat, kartele odbudowały się.
Przynajmniej w przypadku tradycyjnych encyklopedii czytelnicy znali nazwiska zarówno autorów wpisów, jak i redaktorów. Podpisywali się pod tym, co napisali. W Wikipedii 85 procent najbardziej wpływowych redaktorów pozostawało całkowicie anonimowych. Okazało się to poważnym problemem. Pozwalało to potężnym przemysłom, rządom zagranicznym, agentom głębokiego państwa i każdemu, kto miał największy interes w danym temacie, kontrolować przekaz, jednocześnie eliminując przeciwne punkty widzenia.
W miarę jak polityka stawała się coraz bardziej kontrowersyjna, Wikipedia poszła w ślady mediów głównego nurtu, konsekwentnie prezentując centrolewicowe nastawienie w odniesieniu do każdego tematu mającego wpływ na poglądy polityczne. Po zwycięstwie Trumpa w 2016 roku całą platformę ogarnęła fala nienawiści. Redaktorzy stworzyli listy wiarygodnych i niewiarygodnych źródeł, zakazując w ten sposób cytowania mediów prawicowych w imię równowagi. W istocie, równowaga ta całkowicie zanikła.
Okres pandemii COVID-19 pokazał, że jest już za późno, by go ratować. Każdy wpis powtarzał propagandę CDC i WHO, a nawet wpis o maseczkach głosił najbardziej absurdalne twierdzenia. Materiały na temat szczepionek przeciwko COVID-19 równie dobrze mogłyby zostać napisane przez przemysł (i prawdopodobnie tak było). Jeśli szukałeś czegoś obiektywnego – być może zdrowego rozsądku w radzeniu sobie z infekcją dróg oddechowych – poszukiwania były bezowocne.
Platforma została w pełni przechwycona podczas największego kryzysu w naszym życiu. Była o wiele gorsza niż starsza encyklopedia, która przynajmniej zachowywała znane informacje na temat naturalnej odporności, terapii czy strategii stosowanych w przeszłości w czasie pandemii. Wikipedia była tak elastyczna, że była edytowana w czasie rzeczywistym, aby usuwać ustaloną wiedzę i zastępować ją wszelkim zamieszaniem, jakie tego ranka wzniecali przemysłowi biurokraci. To nie była cyfrowa utopia; to był Orwell wcielony w życie.
Rozwój Wikipedii był spektakularny, nieprawdopodobny i chwalebny. Jej upadek jest równie rozczarowujący, przewidywalny i niechlubny. Jest on również wzorcowy. Wszystkie główne ośrodki nie spełniły swojej emancypacyjnej obietnicy i stały się służebnicami propagandystów i cenzorów: Microsoft, Google, Facebook, a nawet Amazon. Rewolucja informacyjna stopniowo przekształciła się w narzędzie podtrzymywania systemu korporacyjno-państwowego.
Zdrada w tym przypadku stanowi tragiczne przypomnienie, że żadna technologia nie jest nieskażona, żadna metoda nie jest podatna na nadużycia, żadna platforma nie jest trwale zabezpieczona przed przejęciem. W istocie, im większą wiarygodność zyskuje instytucja, im większe zaufanie wzbudza, tym większe prawdopodobieństwo, że przyciągnie złoczyńców, którzy wywrócą jej cele do góry nogami i będą forsować swój program.
To, o czym wspomniałem powyżej, nie jest już nieznane. Większość ludzi zdaje sobie dziś sprawę z tendencyjności Wikipedii. Zwykli ludzie dawno temu zrezygnowali z prób ratowania jej przed nią samą. Można poświęcić pół dnia na drobną edycję i zobaczyć, jak bezimienni oligarchowie redakcyjni, którzy strzegą każdego wpisu, nawet odrobinę kontrowersyjnego, odwracają jej bieg. Zamiast poszerzać i włączać głosy, Wikipedia je zawęża i wyklucza.
Na szczęście koła technologii wciąż się kręcą. Sztuczna inteligencja zanikła pod koniec pandemii COVID-19, a co najmniej jedna firma, xAI, poświęciła się dostarczaniu najlepszych narzędzi, które podtrzymują marzenie o zdemokratyzowanej informacji. Grokipedia, nawet w swojej pierwszej wersji, jest już o wiele lepsza od Wikipedii pod względem równowagi i zakresu źródeł informacji. Okazuje się, że maszyny radzą sobie lepiej niż anonimowi oligarchowie w przybliżaniu nas do prawdy.
Witamy w erze post-Wikipedii. Było fajnie, póki trwało. Niech żyje jej deprecjacja i zastąpienie czymś o wiele lepszym.
Jeffrey A. Tucker
Za: https://brownstone.org/articles/the-rise-and-fall-of-wikipedia/

