Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 487
W pierwszej części tej serii pokrótce przedstawiono historię ruchu zapoczątkowanego przez Technocracy Inc. w latach trzydziestych XX wieku, mającego na celu całkowite przekształcenie Ameryki Północnej w dyktaturę naukową. Ich wizja reżimu technokratycznego wymagała, aby całym przemysłem, zasobami i zarządzaniem zarządzali naukowcy, inżynierowie i technicy.
Obecnie wiele aspektów ich pierwotnych planów jest wdrażanych poprzez świadomą współpracę między Big Tech, rządem i organizacjami pozarządowymi, a władza nieustannie przesuwa się w stronę dzisiejszych tytanów technologii.
W tym odcinku należy odpowiedzieć na pytania: (1) kto upoważnił dzisiejszych technokratów do działania w interesie ludzkości, (2) jaki jest ich nadrzędny światopogląd oraz (3) co mają nadzieję osiągnąć?
Choćby się kłócili, rządy technokratyczne zmierzają w kierunku rządów elitarnych. Jak mogliby tego nie zrobić, skoro podstawową zasadą technokracji jest to, że tylko najlepsi i najbystrzejsi (i często najbogatsi) w dziedzinach związanych z naukami ścisłymi są w stanie przewodzić społeczeństwu? Technokraci odrzucają wszelkie systemy polityczne i wierzą, że tylko oni posiadają wiedzę i umiejętności potrzebne do osiągnięcia „wspólnego dobra” we wszystkich społeczeństwach. Często jednak pracują za kulisami wszystkich form rządów, aby osiągnąć swoje cele. Choć obiecują równość, ich rządy można określić jako raczej techniczną oligarchię, dlatego zaleca się szczególną ostrożność.
„Taka organizacja nie ma precedensu w żadnej formie politycznej. Nie jest to ani demokracja, ani arystokracja, plutokracja, dyktatura, ani żadna inna znana forma polityczna, które są całkowicie nieadekwatne i niekompetentne do wykonania tego zadania. Zamiast tego jest to technokracja zbudowana na zasadach technologicznych stojących przed danym zadaniem.” (Kurs studiów nad technokracją, 1934. s. 234)
Pierwsi technokraci zdawali sobie sprawę, że świat zmierza w kierunku większego postępu technologicznego. W rezultacie większość ludzi uzależniłaby się od tych innowacji w zakresie zaspokajania swoich podstawowych potrzeb.
„W przeciwieństwie do przeszłości, zdecydowana większość populacji jest obecnie w sytuacji całkowitego uzależnienia od nieprzerwanego funkcjonowania mechanizmu technologicznego”.(Kurs studiów nad technokracją, 1934. s. 211)
Technokraci wierzyli, że najlepszym sposobem dostarczania towarów i usług jest konfiskata sprzętu potrzebnego do produkcji podstawowych artykułów spożywczych. Stworzyli system, w którym miała być promowana równa dystrybucja dóbr i usług poprzez zastąpienie kosztów energii pieniędzmi. Aby w pełni wdrożyć tę radykalną transformację, technokraci potrzebowali własności i kontroli nad kolejami, elektrowniami, systemami telekomunikacyjnymi, fabrykami, farmami itp.
System ten został szczegółowo opisany w Kursie studiów nad technokracją, opublikowanym w 1934 r. Produktami końcowymi, które należało osiągnąć, były [podkreślenie dodane]:
„a) wysoki standard życia fizycznego, b) wysoki standard zdrowia publicznego, c) minimum niepotrzebnej pracy, d) minimum marnotrawstwa zasobów nieodnawialnych, e) system edukacji, który kształci całe młodsze pokolenie bez względu na wszystkie względy inne niż wrodzone zdolności – kontynentalny system uwarunkowania człowieka ”.
Jak wspomniano wcześniej, technokraci wierzyli, że „oparty na cenach” system gospodarczy upadnie i popadnie w ruinę, pozostawiając po sobie ślad dewastacji. Postrzegali Wielki Kryzys jako dowód zbliżającego się upadku kapitalizmu. Pełni wiary w swoje plany przekształcenia kontynentu (północnoamerykańskiego) przechwalali się:
„Technokracja nie zginie. Po nieuniknionym upadku naszej ogromnej struktury finansowej i politycznej, po wypróbowaniu wielu środków łagodzących i niepowodzeniu, ona nadal pozostanie. Technokracja jest jedyną realną odpowiedzią na przerażający dylemat, w jakim się znajdujemy”.(Technokracja w prostych słowach, s. 6)
Niektóre z oryginalnych planów Technocracy Inc. z lat trzydziestych XX wieku zostały przyjęte daleko poza granicami Ameryki Północnej i przeszły kilka iteracji, zanim stały się tym, czym jesteśmy dzisiaj. Wiele z ich twierdzeń okazało się prawdziwych, grożąc pogrążeniem świata w stanie neofeudalnym, gorszym niż wszystko, co go poprzedzało.
Dlaczego zaufanie przesuwa się w stronę technokratów?
„Technokracja staje się formą zbawienia, gdy społeczeństwa zdają sobie sprawę, że demokracja nie gwarantuje narodowego sukcesu. Demokracja w końcu się znudzi i zagłosuje za technokracją”. (Parag Khanna, Technokracja w Ameryce: powstanie państwa informacyjnego, 2017, s. 21)
Technokracja (system) i technologia (narzędzia) są ręką i rękawiczką nowego porządku, który utrwala się na całym świecie. Na całym świecie politycy i kadra kierownicza wzywają technokratów do naprawy borykających się z trudnościami gospodarek i rządów.
Technokracja ugruntowała się już lub jest obecnie propagowana w takich krajach jak Wielka Brytania, Kanada, Chiny, Włochy, Indie, Singapur, Liban, Francja, Pakistan, Indonezja, Meksyk, Sudan, Tunezja, Ghana i Nigeria.
Hamas i Fatah zgodziły się na utworzenie technokratycznego rządu, który będzie rządził Strefą Gazy po zakończeniu działań wojennych. Technokraci z karaibskiego kraju St. Lucia współpracują z niemieckimi urzędnikami, aby zapewnić fundusze na pokrycie szkód spowodowanych tak zwanym kryzysem klimatycznym. Technokraci w Iranie nawołują do zaprzestania działań wojennych ze Stanami Zjednoczonymi, wierząc, że mogą współpracować z nową administracją Trumpa, która również otoczyła się technokratami podczas swojej drugiej kadencji.
Niedawno Pew Research przeprowadził dwa badania, które wykazały, że zadowolenie z demokratycznych rządów w bogatych krajach spada, a coraz więcej osób krytykuje ich skuteczność. Co więcej, Pew potwierdził, że opinia publiczna jest coraz bardziej pozytywnie nastawiona do reżimów technokratycznych. „W dwóch trzecich z (24) krajów objętych badaniem większość respondentów uważa, że byłby to dobry sposób rządzenia” – stwierdził Pew. „Od 2017 r. liczba zwolenników technokracji wzrosła w większości badanych krajów”.
„Technokracja zaczyna się od dostępnych faktów, które wskazują następny najbardziej prawdopodobny stan społeczeństwa i to, czy ten stan jest pożądany, czy nie z punktu widzenia opinii publicznej, nie ma nic wspólnego z tym pytaniem. Na szczęście jednak wszystko to wydaje się wysoce pożądane, nawet dla największych sceptyków.” (Technokracja w prostych słowach, s. 9)
Jeśli sondaże są jakimkolwiek wiarygodnym wskaźnikiem, wydaje się, że zaufanie społeczne przesunęło się z rządów demokratycznych na dyrektorów generalnych, inżynierów i naukowców. Ale czy ta zmiana jest procesem naturalnym, czy czymś starannie zaprojektowanym?
Wzbudzanie zaufania do technokratycznych zbawicieli
Jednym z głównych celów tej serii jest pokazanie, że technokracja nie jest pojęciem nowym i nie pojawiła się na scenie pod tak znanymi nazwiskami jak Elon Musk i Peter Thiel. Pomimo pozornie szlachetnych intencji wczesnych technokratów, ludzie poszukujący pieniędzy i władzy mają tendencję do sięgania po świeże pomysły, które mogą przyspieszyć ich plany.
Nieżyjący już Zbigniew Brzeziński zasugerował w 1970 roku, że świat przechodzi w nową, czwartą erę i obliczył, że [podkreślenie dodane]:
„Kolejne zagrożenie… dotyczy demokracji liberalnej. Jest to bardziej bezpośrednio związane z wpływem technologii i wiąże się ze stopniowym powstawaniem bardziej kontrolowanego i ukierunkowanego społeczeństwa . Takie społeczeństwo byłoby zdominowane przez elitę, której roszczenia do władzy politycznej opierają się na rzekomo najwyższej wiedzy naukowej. Nieskrępowana ograniczeniami tradycyjnych wartości liberalnych, elita ta nie zawahałaby się osiągnąć swoich celów politycznych poprzez zastosowanie najnowszych, nowoczesnych technik wpływania na zachowanie publiczne oraz ścisły nadzór i kontrolę społeczeństwa. (Brzeziński, Zbigniew, Między dwoma wiekami: rola Ameryki w erze technetronicznej, Viking Press, 1970, s. 252–253).
We wcześniejszym artykule napisanym dla Encounter, brytyjskiego magazynu literackiego potajemnie finansowanego przez CIA w celu realizacji celów amerykańskiej polityki zagranicznej, Brzeziński napisał [podkreślenie dodane]:
„W społeczeństwie technetronicznym wydaje się, że panuje tendencja do agregacji indywidualnego wsparcia milionów nieskoordynowanych obywateli , którzy z łatwością znajdują się w zasięgu magnetycznych i atrakcyjnych osobowości, które wykorzystują najnowsze techniki komunikacji do manipulowania emocjami i kontrolowania rozumu ” (s. 19).
„Jednocześnie ogromnie wzrośnie możliwość sprawowania kontroli społecznej i politycznej nad jednostkami ” (s. 21).
„Władza przejdzie w ręce tych, którzy kontrolują informacje i potrafią najszybciej je korelować. Nasze istniejące instytucje zarządzania kryzysowego będą prawdopodobnie w coraz większym stopniu zastępowane przez instytucje zarządzania kryzysowego, których zadaniem będzie wcześniejsze identyfikowanie prawdopodobnych kryzysów społecznych i opracowywanie programów radzenia sobie z nimi. „W nadchodzących dziesięcioleciach może to sprzyjać tendencjom w kierunku technokratycznej dyktatury, która pozostawia coraz mniej miejsca na procedury polityczne, jakie znamy dzisiaj” (s. 21).
Oprócz tego, że był przewidującym naukowcem, Brzeziński był także aktywnym członkiem tajnej grupy, która pracowała nad urzeczywistnieniem jego przepowiedni. Jeśli po prostu zastąpimy termin „technetronika” słowem „technokracja”, wszystko stanie się jasne. Wystarczy rozważyć podobieństwa między oświadczeniami Brzezińskiego i technokracji Inc.
„Technokracja to nauka o inżynierii społecznej ”(Technokrata, 1937, s. 3)
„Technokracja nie zajmuje się ludzkimi emocjami, antagonizmami, dogmatami czy przekonaniami politycznymi. Technokracja reprezentuje rekonstrukcję i nową formę kontroli.”(Technokracja w prostych słowach, s. 14)
„Jeśli mieszkańcy Ameryki Północnej – zarówno bogaci, jak i biedni, bo nikt nie jest na to odporny – mają uciec przed straszliwym horrorem głodu i barbarzyństwa, które mogą nastąpić po tym upadku, technokracja musi ich ocalić. Może tego dokonać tylko technokracja – naukowa kontrola wszystkich funkcji społecznych”.(Technokracja w prostych słowach, s. 6)
„Wszystkie wskaźniki naukowe sugerują, że następnym stanem społeczeństwa będzie technokracja ”.(Wilton Ivie, Technokrata, grudzień 1964, s. 5)
Świat opisany przez Brzezińskiego niemal w pełni się spełnił, jednak coraz bardziej pozytywny stosunek do technokracji nie jest zjawiskiem oddolnym. Jak wyjaśnił zarówno Brzeziński, jak i pierwsi technokraci, nastawienie jest celowo zaprojektowane w celu stworzenia nowej formy kontroli społecznej. Manipuluje się emocjami i kontroluje rozum, aby rozbić tradycyjne wartości i przekonania pod butem elitarnego programu, który potajemnie zakorzenia się w rządach i przemyśle. (Celowo wywołany) chaos nękający świat otworzył drzwi technokratom oferującym rozwiązania umożliwiające osiągnięcie stabilności finansowej, spójności społecznej oraz komfortu i wygody w utopii zaawansowanych technologii. Wielu daje się nabrać.
Na pytanie, kto upoważnił ich do wprowadzenia tak radykalnych i rewolucyjnych zmian, większość technokratów odpowiedziałaby, że to ty i ja. Nawet jeśli stanowczo sprzeciwiasz się ich programom, twoja zgoda jest pośrednio wyrażana przez grupę urzędników rządowych i organizacji pozarządowych działających w twoim imieniu. Światopogląd technokratów widzi ich na szczycie społeczeństwa, działających jako właściciele i operatorzy, jednocześnie deklarując bez ogródek idee takie jak demokracja, równość i sprawiedliwość.
Gra jest sfałszowana i wielu dało się nabrać na kibicowanie „manipulatorom”, nie znając prawdziwych planów stworzenia bardziej kontrolowanego i inwigilowanego społeczeństwa, jak przewidział Brzeziński w Między dwiema epokami. [podkreślenie dodane]:
„…wkrótce możliwe będzie zapewnienie niemal nieprzerwanego nadzoru każdego obywatela i prowadzenie aktualnych, kompletnych akt zawierających, oprócz zwykłych danych, większość danych osobowych dotyczących zdrowia lub zachowania obywatela . Akta te będą natychmiast dostępne władzom.”
Jak technokraci dokonali cichego zamachu stanu
Koniec technokracji został już ujawniony w Części 1 . Przyszłe wydania będą szczegółowo omawiać obecne plany prowadzące nas do tego etapu. Zanim jednak omówimy obecną sytuację, konieczna jest dalsza analiza przeszłości.
Brzeziński był profesorem na Uniwersytecie Columbia, szkole blisko powiązanej z dynastią Rockefellerów i będącej punktem wyjścia dla jej wypraw w dziedzinę farmaceutyki i medycyny alopatycznej. Co ciekawe, firma Technocracy Inc. została również założona w 1931 roku w Szkole Inżynierskiej Uniwersytetu Columbia przez założycieli Howarda Scotta i Waltera Rautenstraucha. Technokracja mogła mieć swój początek na kampusie uniwersyteckim w Nowym Jorku, ale po okresie rozkwitu w latach trzydziestych i czterdziestych XX wieku nadal szybko się rozprzestrzeniała, od kiedy liczyła pół miliona członków.
Jako protegowany Rockefellera, Brzeziński pomógł Davidowi Rockefellerowi, dyrektorowi generalnemu i prezesowi Chase Manhattan Bank (obecnie JP Morgan Chase i oddział kartelu bankowego Rothschildów), założyć Komisję Trójstronną w 1973 roku. Strony Trójstronne dążyły do stworzenia „nowego międzynarodowego porządku gospodarczego” przy większej współpracy między Stanami Zjednoczonymi, Europą i Azją.
Współpraca ta przyniosła korzyści Rockefellerom i ich bogatej klice poprzez przyjęcie korzystnych polityk i porozumień. Rozszerzyła handel światowy i stworzyła warunki, które pozwoliły technooligarchom eksploatować obfite zasoby naturalne obszarów, które kiedyś były niedostępne.
Pod koniec lat siedemdziesiątych Komisja Trójstronna przeprowadziła cichy zamach stanu z administracją Cartera. Prezydent Carter, wiceprezydent Walter Mondale i Brzeziński, który był doradcą ds. bezpieczeństwa narodowego, byli jej członkami, ale penetracja była znacznie głębsza.
„Tak więc 25 grudnia 1976 roku było dziewiętnastu komisarzy, w tym Carter i Mondale, którzy dzierżyli ogromną władzę polityczną. Ci nominowani na prezydenta reprezentowali prawie jedną trzecią członków Komisji Trójstronnej ze Stanów Zjednoczonych”.(Sutton Anthony,Wood Patrick, Trilaterals Over Washington, 1978, The August Corporation, s. 2)
Rockefellerowie byli zagorzałymi zwolennikami rządu światowego i odegrali kluczową rolę w założeniu Organizacji Narodów Zjednoczonych, aby osiągnąć ten cel po niepowodzeniu ich pierwotnego planu utworzenia Ligi Narodów. Oprócz swojej dynastii Standard Oil Rockefellerowie wywarli wpływ na zdrowie publiczne poprzez długoletnie partnerstwo ze Światową Organizacją Zdrowia.
Za pośrednictwem Fundacji Rockefellera, Funduszu Braci Rockefellerów, Funduszu Rodziny Rockefellerów i Rockefeller Philanthropy Advisors finansowali liczne organizacje pozarządowe, uniwersytety i korporacje, rozszerzając swoje wpływy na cały świat. Odegrali także kluczową rolę w zakładaniu, finansowaniu i/lub kierowaniu elitarnymi organizacjami, takimi jak Rada Stosunków Zagranicznych (CFR), Grupa Bilderberg i Klub Rzymski, które propagują ideologie takie jak eugenika i kontrola populacji, globalna religia i globalne zarządzanie spotykając się w tajemnicy.
Odnosząc się do swojej roli zwolennika rządu światowego, David wyjaśnił kiedyś:
„Ale [dzisiaj] świat jest bardziej zaawansowany i gotowy na utworzenie rządu światowego”.(Przemówienie na spotkaniu Grupy Bilderberg w Berlinie w 1991)
W swoich wspomnieniach potwierdza swoje zaangażowanie w próbę utworzenia rządu światowego:
„Niektórzy uważają nawet, że my (rodzina Rockefellerów)… spiskujemy z innymi na całym świecie, aby zbudować bardziej zintegrowaną globalną strukturę polityczną i gospodarczą – jeden świat, jeśli wolisz. Jeśli taki jest zarzut, przyznaję się do winy i jestem z tego dumny”.
Brzeziński ponownie podkreślił skupienie się na celach technokratycznych, pisząc [podkreślenie dodane]:
„Postęp technologiczny oznacza, że współczesne społeczeństwo wymaga coraz większego planowania. Świadome zarządzanie przyszłością Ameryki stanie się powszechne, a planista ostatecznie zastąpi prawnika w roli głównego prawodawcy i manipulatora społecznego … Jak połączyć planowanie społeczne z wolnością osobistą już wyłania się jako główny dylemat technetronicznej Ameryki…”(Między dwiema epokami: rola Ameryki w epoce technotronicznej, s. 260)
Rockefellerowie i ich zwolennicy nie byli osamotnieni w tych wysiłkach, ponieważ dołączyli do nich bogaci tytani z przełomu XIX i XX wieku, zakładając inne instytucje filantropijne, takie jak Fundacje Forda i Carnegie. Jednak ich altruizm był tylko pretekstem do zdobycia większej władzy i wpływów.
„Wielkie fundacje filantropijne utworzone przez amerykańskich „baronów rabusiów” składających się z przemysłowców i bankierów nie były dla dobra ludzkości, jak było ich deklarowanym celem, ale dla dobra bankierów i elity przemysłowej w celu praktykowania inżynierii społecznej. Te potężne rodziny kontrolowały światową gospodarkę za pośrednictwem banków, kontrolowały instytucje polityczne i zagraniczne za pośrednictwem ośrodków doradców i kształtowały społeczeństwo zgodnie z własnymi pomysłami i interesami za pośrednictwem fundacji. (Andrew Gavin Marshall).
Nawet sztuczna inteligencja jest świadoma gry globalistów. Na dorocznym spotkaniu Komisji Trójstronnej w 2023 r., na którym anonimowy mówca ogłosił rok 2023 „pierwszym rokiem Nowego Porządku Świata”, uczestnicy poprosili ChatGPT o napisanie wiersza o organizacji. Oto jeden z wpisów:
Na tajnych spotkaniach planujesz i spiskujesz,
Aby stworzyć nowy porządek, do którego aspirujesz.
Twoje cele są niejasne, ale niektórzy widzą koniec,
Jako światowy rząd, z tobą jako jego przyjacielem.
Rosnąca technokracja – fakt dokonany?
Czy technokratyczne zarządzanie jest faktem dokonanym, któremu nie można się oprzeć? Jak zauważono, technokracja polega na kontroli. Kontrola zasobów, rządu, gospodarki, towarów i usług, danych i ludzi. Zwolennicy nie wahają się prowadzić masowej inwigilacji, angażować się w kontrolę umysłu i używać propagandy do kierowania ludzkimi zachowaniami.
Usprawiedliwiają ścisłą kontrolę i wszechobecną inwigilację jako metody tłumienia niepokojów społecznych w obliczu ciągłego pogarszania się warunków społecznych. Dopóki masa krytyczna ludzi nie zostanie poinformowana o agendzie technokratycznej i aktywnie się jej nie przeciwstawi, może ona w dużej mierze trwać bez przeszkód, ale nie jest to wróg niepokonany.
Wielu technokratów postrzega siebie jako zbawicieli i zyskało władzę, aby rozwiązać niezliczone problemy ludzkości. Wierzą, że mają „jedną skuteczną odpowiedź” i starają się stworzyć świat nietknięty kaprysami ludzkiej natury. Gardzą spontanicznością i nieoczekiwanymi wynikami, preferując zamiast tego naukowy, oparty na faktach światopogląd, który ogranicza niespójności i zmienne nieodłącznie związane z obecnymi modelami rządów. Ich rozwiązania opierają się na wykorzystaniu rozszerzonej i wydajnej cyfrowej technologii (snake oil) i danych dotyczących sztucznej inteligencji oraz jawnej lub ukrytej zgody ludzi.
Technokratyczne interwencje w społeczeństwo były często krótkotrwałymi eksperymentami, ku wielkiemu rozczarowaniu utopijnych brokerów nadziei. Aby temu zaradzić, opracowano szerszy plan długoterminowy, który łączy technokrację i ekologię, aby przyspieszyć wzrost globalnego bogactwa i kontroli społecznej. Ten globalny ruch grozi przekształceniem całego społeczeństwa do roku 2030.
Jesse Smith
Jesse Smith jest amerykańskim dziennikarzem i redaktorem Truth Unmuted , witryny informacyjnej i opiniotwórczej poświęconej kwestionowaniu globalistycznych planów i ideologii.
Źródło: Technokracja rosnąca - część 2: Zaufaj mi, jestem technokratą
Od Redakcji: część pierwsza eseju – Technokracja w natarciu - zamieściliśmy w SN Nr 5/25
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1138
Kiedy patrzę na narcyza przez pryzmat wrażliwości, widzę oparty na wstydzie strach przed byciem zwyczajnym.
Widzę strach, że nigdy nie poczuję się na tyle nadzwyczajnie, aby zostać zauważonym, być
kochanym, należeć lub pielęgnować poczucie celu.
Casandra Brené - Brown
Segmentacja współczesnej zbiorowości – zarówno w wymiarze globalnym jak i w poszczególnych krajach, regionach czy mniejszych strukturach - przybiera karykaturalne formy. Ma to efekt taki, jak z „Panem Bogiem” u Durkheima. Według niego Bóg istnieje w taki sposób, jak istnieją fakty społeczne. Można dojść do przykrego wniosku, iż w obliczu globalnych wyzwań zagrażających całej wspólnocie ludzkiej, planetarnego Armagedonu, znów wracamy do epoki zwalczających się plemion, wrogich sobie klanów, grup i wspólnot coraz bardziej „wsobnych” i egotycznie pojmujących swój byt.
Czym jest plemię? Plemię to grupa spokrewnionych rodów, wywodzących się od wspólnego przodka (w odróżnieniu od szczepu), zamieszkujących jeden obszar i połączonych wspólnymi związkami społecznymi oraz ekonomicznymi. Plemię ma świadomość bliskiego pokrewieństwa, posługuje się tym samym językiem (lub dialektem) i jest połączone wyznawaniem tego samego kultu. Najczęściej religijnego. Tyle definicja.
Plemię posiadać musi swój totem. Czym jest z kolei totem? To w pierwotnych wierzeniach religijnych przedmiot, zwierzę lub roślina otoczone sakralną czcią. Uważa się go w pierwotnych formach religii za mitycznego przodka, bądź opiekuna. Najczęściej symboliczne wizerunki – przedmiot w postaci rzeźby lub innego namacalnego przedstawienia totemu - są godłem, bądź atrybutem zbiorowości oddającej się tak pojmowanemu kultowi, zwanemu totemizmem.
Totemizm musi mieć jakieś tabu, święty lęk, sakralną wzniosłość, o której można mówić w pokorze, darzyć je miłosnym i czołobitnym uczuciem. To takie mzimu (z języka suahili) otaczane czcią, po części lękiem, ale i podziwem. Ograniczenia tabu są zakazami same przez się, nie da się ich włączyć w jakiś system. Uważa się je za zakazy konieczne. Zakazom tym brak jakiegokolwiek usprawiedliwienia, a geneza ich nie jest znana. To zakazy nieformalne. Np. nie można powiedzieć czegoś negatywnego i skrytykować nieprzystojne, będące pospolitym chamstwem, wypowiedzi i postawy zaangażowanej feministki, bo chór plemiennie myślących akolitów oskarża od razu takiego człowieka o mizoginizm, paternalizm i antydemokratyczne ciągoty.
Ale jednocześnie ci sami akolici krzyczą pod niebiosa o wolności słowa i pluralizmie.
Dotyczy to nie tylko zwolenników płaskiej Ziemi, wrogów nowoczesnej medycyny i szczepionek (bez względu na argumentacje czy źródła owej wrogości – często uzasadnionej opresyjnością, chciwością i totalizmem big pharmy), członków bojówek pro-life etc. Tu również kwalifikują się nader często przedstawiciele wielu ruchów alternatywnych, uznających się a priori za progresywne. Stanowią oni widoczną opozycję nie tylko wobec społeczności i zbiorowości do tej pory uznawanych za normę (nie mieszczących się w ich widzeniu świata i ludzi). Używają najczęściej wobec oponentów retoryki i podejmują działania namierzone na pozbawienie ich głosu w przestrzeni publicznej. Czasami nawet ma się wrażenie, iż chcą totalnego zniszczenie oponentów, bądź adwersarzy. I to wszystko w oparach solennych zapewnień o wolności słowa, swobodach obywatelskich i prawach człowieka. Często retoryka, grymasy czy gesty uczestniczącego w debacie publicznej reprezentanta owych neoplemion – i co gorsza: admirowanego i obdarzanego protekcją mediów - same w sobie już są dehumanizujące i odczłowieczające interlokutorów.
Współcześnie prezentowana plemienna i zarazem totemistyczna tożsamość przekonuje, iż reprezentanci takiej obecności w debacie publicznej wierzą nie tyle w owego „bałwana”, czyli w totem będący przedmiotem kultu, co w swoją doskonałość, a tym samym unikatowość. To z kolei namaszcza ich do posiadania jedynej prawdy. Ta genialność owego neoplemienia, która nakazuje czcić i wynosić ponad wszystko swoje JA oraz wartości z nim związane często zapomina, iż najważniejszym winien być człowiek. I właśnie wobec planetarnych zagrożeń, jakie niesie ludzkości przyszłość taka segmentacja jest kolejną oznaką zbliżającej się cywilizacyjnej katastrofy. Zapominamy, że musimy ze sobą rozmawiać i okazywać sobie minimum szacunku. A swoją ważność, pewność siebie i absolutyzację swoich racji choć trochę poskromić.
Wiele tych neoplemion postępuje jak naród wybrany opisywany w Starym i Nowym Testamencie. Jednak owo wybranie nie może stać ponad innymi narodami, innymi plemionami, innymi ludźmi. Bo wtedy mamy do czynienia z czymś takim jak ludobójstwo i masowe mordy, których doświadczył Kanaan podczas zdobywania go przez plemiona Izraelitów uważających siebie za „naród wybrany” i działających „w imieniu swego Boga”.
Ta neoplemienność jest formą zbiorowego narcyzmu uważanego do tej pory przez psychologię za stan rzadki i niebezpieczne odstępstwo od normy. Dzisiejszy cyfrowy kapitalizm w wersji turbo – funkcjonujący według neoliberalnych kanonów – jest odpowiedzialny za tę epidemię postaw narcystyczno-egoistycznych, tworzącą ową neoplemienność. Permanentne tornado informacji (często bezsensownych i toksycznych), w których jedynym kryterium jest aktualna moda i popularność mierzona oglądalnością ma na celu związanie narcyza z ciągłym ruchem informacyjno-reklamowym.
Tak prof. Andrzej Szahaj (filozof i psycholog z Torunia) widzi związki narcyzmu – zbiorowego i indywidualnego – z interesem globalnych korporacji medialnych. Każde klikniecie i potwierdzenie przez to swej obecności w przestrzeni wirtualnej jest ich zyskiem. I tak ten turbokapitalizm hoduje i wydobywa najgorsze cechy człowieka: próżność, brak skromności, pogardę dla cnoty umiaru, deptanie dyskrecji, wścibskość i podglądactwo, predylekcję do szyderstwa, nihilizm, znieczulicę na zło i cierpienie i egoizm (brak wrażliwości). A potem to się przekłada na sferę publiczną.
Dramatem narcyza – i współczesności zderzającej się coraz bardziej z epidemią neoplemion, czyli narcyzmu zbiorowego (p. dr hab. Magdalena Szpunar) - jest to, że kocha się przede wszystkim siebie. I chce się to rozszerzać na otoczenie, na świat. To potrzeba uznania, absolutnego kultu, powszechnej miłości. Tu właśnie następuje sprzężenie z tym, o czym mówi prof. Andrzej Szahaj: kompatybilność interesu internetowych korporacji i dążeń narcyza (obojętnie w jakiej wymiarze – indywidualnym bądź zbiorowym). Narcyz funkcjonuje w dwóch płaszczyznach: jest ona zarówno arogancka, nadmiernie pewna siebie, uważająca siebie za centrum wszechświata, a z drugiej – niepewna, lękliwa, depresyjna. I ten klincz powoduje, iż narcyz to de facto gigant na glinianych nogach. I łatwy do zniewolenia, do poddania niewoli, do wykorzystania tak, by nie widział zasadniczych zagrożeń czających się w opanowanej przez turbokapitalizm internetowo-inwigilacyjny rzeczywistości.
I to jest problemem dzisiejszej rzeczywistości, stającej przed planetarnymi zagrożeniami, w obliczu których te neoplemienne czy nawet narodowo-państwowe problemy staną się pyłkiem czy ziarenkiem piasku na pustyni.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 134
Pilna potrzeba badań nad propagandą w czasach Covid
Dla tych z nas, którzy badają propagandę krytycznie i pragną wykonywać tę niezwykle ważną pracę jako intelektualiści publiczni, ostatnie dwa lata były wyjątkowo trudne, a nawet niebezpieczne, stawiając nas w bolesnej sytuacji.
Z jednej strony nigdy nie mieliśmy tak wiele do roboty, ani nigdy nie było większej potrzeby naszej szczególnej wiedzy specjalistycznej.
Podczas gdy na „demokratycznym” Zachodzie propaganda była najbardziej widoczna jako intensywna praktyka epizodyczna, rozpalająca się w czasie wojny, w kampaniach politycznych i po ogromnych zbrodniach państwowych, takich jak zabójstwo JFK , 11 września i późniejsze ataki wąglika (wśród innych narodowych traum zaprojektowanych przez rządy), propaganda atakująca nas wszystkich bez przerwy dzisiaj nie jest już narodowa ani jedynie wielonarodowa, ale globalna; a dawna nieregularność tych najstraszniejszych kryzysów, z dekadami mijającymi między jedną traumą a następną, ustąpiła miejsca ogłupiającej strategii seryjnego bombardowania — jednego katastrofalnego zamieszania po drugim (czasem jednego w drugim), jak za otwarcie totalitarnych rządów.
Tak więc przez cały rok 2020 — pierwszy rok niekończącego się kryzysu COVID — byliśmy nieuchronnie przesiąknięci strachem przed „wirusem” i przez to zastraszani lockdownem (pomimo naukowego faktu, że lockdowny wyrządzają więcej szkody niż pożytku ), jednocześnie cały czas i wszędzie nosząc maski, a także utrzymując „dystans społeczny” (pomimo naukowego faktu, że żadna z tych praktyk nie „spowalnia rozprzestrzeniania się” żadnego wirusa układu oddechowego ). Podczas gdy noszenie masek zostało narzucone rzekomo, abyśmy mniej bali się COVID-19, to tylko sprawiło, że bardziej baliśmy się siebie nawzajem i pogłębiło ten paraliżujący strach dzikim gniewem na wszystkich, którzy nie noszą masek ( pomimo naukowego faktu, że maski nie zapobiegłyby transmisji „wirusa”, nawet gdyby cała globalna populacja nosiła je cały czas ).
Tak zaciekle propagowane przez media — zarówno korporacyjne, jak i „alternatywne” — przez cały rok 2020, świętoszkowate rozróżnienie nas samych na „dobrych w maskach” i „egocentrycznych bez masek” było tylko zgubną odmianą podziału na „czerwonych”/„niebieskich”, który media, z niewieloma wyjątkami, zaciekle propagowały od czasu dojścia do władzy Donalda Trumpa; a ten paraliżujący podział plemienny pogłębił się w połowie 2020 r. wraz z incydentem George'a Floyda i rodzącym się kultem BLM, którego niejasna misja przeciwko „białej supremacji” została nagle i ostentacyjnie być wychwalana w mediach na całym świecie (beatyfikacja George'a Floyda była kolejnym uderzeniem globalnej propagandy, ta sama wielka grafika jego quasi-tragicznej twarzy pojawiała się na wiecach w tak odległych miejscach jak Francja, Ghana i Japonia) i anomalnie chwalona przez Jeffa Bezosa, Mitta Romneya, Jaimie Dimon, Billa i Melindę Gates, Nancy Pelosi i innych bogatych graczy, którzy nie są znani ze swojej troski o życie czarnoskórych (wręcz przeciwnie).
Podczas gdy protesty przeciwko blokadzie, które wybuchły (organicznie) tamtej wiosny, zostały potępione przez rząd i media jako śmiertelne „wydarzenia superrozprzestrzeniające się” (pomimo naukowo stwierdzonego faktu, że żaden wirus układu oddechowego nie jest znany z bezobjawowego rozprzestrzeniania się, co nawet dr Fauci przyznał publicznie w pewnym momencie), tłumy protestujących BLM zostały oklaskiwane za zgromadzenie się, chociaż wielu nie nosiło masek lub miało maski poniżej brody (ani zamieszki, które po nich nastąpiły, nie zostały potępione za „narażanie wszystkich na ryzyko”, ani przez brak masek, ani przez wandalizm, podpalenia i/lub napaści fizyczne w miastach w całym kraju — przestępstwa ostentacyjnie negowane w mediach).
Ponownie potwierdzony jako wyraźnie rasowy melodramat, z BLM (i Antifa) stającymi naprzeciw „białych suprematystów” wspierających Trumpa i (podobnie jak on) nie noszącymi maseczek, masowy podział między Nami a Nimi tak głośno propagowany — i zaostrzany — przez media wybuchł po raz kolejny, 6 stycznia 2021 r., kiedy podczas gigantycznego pokojowego protestu w Waszyngtonie tego dnia (aby skłonić Sąd Najwyższy do zbadania dowodów na to, że zwycięstwo wyborcze Joe Bidena zostało skradzione), mała, pełna energii horda (nieuzbrojonych) „białych suprematystów” — w tym ponad 20 agentów FBI — „wdarła się” do Kapitolu USA (po wezwaniu przez policję Kapitolu), a ich hałaśliwe wybryki zostały powszechnie i gwałtownie przedstawione przez Demokratów i media jako „próba zamachu stanu”.
Jako propagandowy dodatek do gigantycznego protestu odbywającego się tego dnia przed Kapitolem — protestu tak różnorodnego, jak pokojowego — to wspierane przez FBI „powstanie” służyło zakwestionowaniu znacznie większego zgromadzenia, mającego na celu zaprotestowanie przeciwko prawdopodobnej kradzieży wyborów, jako „faszystowskiego” tłumu zamierzającego siłą przejąć „naszą demokrację”; a ponieważ głosowanie przeciwko Bidenowi było napędzane głównie oporem wobec rygorystycznych „środków COVID” preferowanych przez Demokratów, propaganda dotycząca „6 stycznia” służyła promowaniu tych środków poprzez demonizowanie ich przeciwników jako „ekstremistów”, jednocześnie czyniąc praktycznie nielegalnym wyrażanie jakichkolwiek wątpliwości co do niewytłumaczalnego „zwycięstwa” wyborczego Joe Bidena.
Tymczasem, gdy miliony ludzi są teraz zafascynowane tą szalejącą propagandą „antyfaszystowską” (niezależnie od tego, czy w nią wierzą, czy się jej opierają), drugi rok kryzysu COVID rozpoczął się od wprowadzenia najbardziej faszystowskiego „środka COVID” ze wszystkich — długo oczekiwanego programu „szczepień”, który Bill Gates w telewizyjnej wymianie zdań ze Stephenem Colbertem nierozważnie reklamował jako „ostateczne rozwiązanie”. Tak więc propaganda nieuchronnie nakazująca wszystkim noszenie maseczek („Noszenie to troska”), na podstawie szalonego kolektywistycznego założenia, że twoja maska cię nie „ochroni”, jeśli wszyscy jej nie noszą, nagle i nieuchronnie nakazywała wszystkim „zaszczepić się”, jakby każdy, kto nie został zaszczepiony, w jakiś sposób narażał wszystkich zaszczepionych „na ryzyko”.
W ten sposób „szczepienie” zostało nie tylko certyfikowane jako „bezpieczne i skuteczne” — przez rządy na każdym szczeblu i przez wszystkie media, zarówno korporacyjne, jak i „alternatywne”, i przez setki celebrytów, i przez każdą aptekę, i przez szkoły, od szkół podstawowych po college'e i uniwersytety, i, oczywiście, przez producentów „szczepionek”, wraz z dr. Faucim i Billem Gatesem — ale własne „szczepienie” było teraz dziwnie promowane jako (cytując papieża Franciszka) „akt miłości”.
I po tym, jak grzmiało przez rok 2021 i wkroczyło w rok 2022 — ze wszystkimi tymi radosnymi zapewnieniami o „bezpieczeństwie” i „skuteczności” obalonymi coraz bardziej dramatycznie przez dane z kraju po kraju, wstrząsające badania niezależnych naukowców i lekarzy na całym świecie, własne badania kliniczne Pfizera i Moderny oraz stale rosnącą globalną liczbę „nagłych zgonów” i wyniszczających „urazów poszczepiennych” — nagle ta propaganda zdawała się ustać (nagłe zniesienie lub modyfikacja „środków przeciwko COVID-19” przez stany i miasta na całym świecie), ponieważ nagle i (jednak) nadal nieuchronnie, zostaliśmy otoczeni i przeniknięci przez zupełnie inną kampanię propagandową; lub tak się przynajmniej wydaje.
Ta propaganda nie dotyczy, lub dotyczyła, „wirusa”, ani „środków” (rzekomo) zastosowanych w celu jego powstrzymania, ale wyłącznie Ukrainy — a jednak ta propaganda jest (lub była) w zasadzie taka sama, jak to, co ją poprzedzało; bo tak jak tamta sprawiła, że wszyscy byliśmy zafascynowani COVID-em, życzliwością tych, którzy przestrzegali wszystkich zasad „walki” z nim i złem wszystkich tych, którzy nie posłuchali, tak ta sprawiła, że wszyscy byliśmy (lub jesteśmy) zafascynowani walką Ukrainy o obronę przed potworem Putinem, życzliwością wszystkich tych, którzy „stoją z” Ukrainą i złem wszystkich tych, którzy tego nie robią.
I tak jak kiedyś COVID sprawił, że wszyscy bili brawo każdego wieczoru odważnym „pracownikom pierwszej linii” w szpitalach (podobno „zalanych” przez COVID), tak teraz my uczestniczymy/uczestniczylismy w czuwaniach dla Ukrainy, podpisywaliśmy/podpisujemy petycje w sprawie Ukrainy, wysyłamy pieniądze na Ukrainę i nosimy ukraińskie błękitno-żółte barwy na plecach, we włosach, na paznokciach i klapach marynarek, wieszamy ukraińskie błękitno-żółte barwy w drzwiach i/lub oknach i podziwiamy publiczne pomniki teraz skąpane w niebiesko-żółtych światłach, aby okazać naszą solidarność z tą prawą demokracją przeciwko krwawej próbie nazistowskiego Putina, by zabić jej szlachetnego przywódcę, unicestwić jej dzielnych żołnierzy i wymordować jej naród w jego bezwzględnym dążeniu do podboju całego świata.
Umieściłem ten zgrubny opis tej najnowszej kampanii propagandowej zarówno w czasie przeszłym, jak i teraźniejszym, aby ta wkrótce się nie skończyła lub nie wydawała się skończyć tak nagle, jak przyćmiła propagandę COVID; a ponieważ ona również z kolei z pewnością ustąpi miejsca jakiejś innej nieuniknionej kampanii, należy zauważyć kilka kolejnych kryzysów, które media i głowy państw rozmaicie przedstawiały, z przerwami, w ciągu ostatnich dwóch lat. (Takie terrorystyczne prognozy nieuchronnych prób są same w sobie sposobem na podtrzymywanie powszechnego strachu i gniewu).
Możliwe kolejne działania obejmują cyberatak („przez Rosję”); załamanie się światowego łańcucha dostaw i wynikające z niego niedobory żywności lub głód (prawdopodobnie obwiniane Rosję); nasilenie „kryzysu klimatycznego” wymagającego dalszych blokad; „terrorystyczne” ataki „białych suprematystów” i wściekłych czarnych (zwiastujące wojnę między rasami); „atak obcych” na planetę Ziemię, jak w „Wojnie światów” czy „Dniu niepodległości”; i – oczywiście – kolejna plaga, jedna lub dwie, a może trzy, wywołane przez jakiś kolejny „wariant” COVID-19, ospę (ulubioną przez Billa Gatesa), wirus Marburg i/lub jakikolwiek inny patogen, prawdziwy czy wyimaginowany, mogą służyć temu samemu staremu celowi (choć za tę kolejną zarazę prawdopodobnie obwini się Putina, a nie Komunistyczną Partię Chin).
Takie nadchodzące kontynuacje propagandy COVID-19, która prawdopodobnie zabiła lub zraniła miliony ludzi poprzez program masowych iniekcji, oraz propagandy ukraińskiej, która może doprowadzić do wojny nuklearnej (i której początki w 2014 roku pośrednio doprowadziły do obecnego rozlewu krwi w tym kraju), również wyrządziłyby ludzkości ogromne cierpienie – a zatem ci z nas, którzy krytycznie badają propagandę, jako intelektualiści, muszą mówić głośno i wyraźnie, aby naprawić sytuację.
Oznacza to przede wszystkim robienie tego, co twierdzą „weryfikatorzy faktów”, i robienie tego o wiele bardziej sumiennie i dokładnie, niż „obalanie” wszelkich faktów lub teorii, które przeczą lub komplikują narrację pompowaną przez rządy i media.
Podczas gdy „weryfikatorzy faktów” wykonują szybką i niechlujną pracę, a następnie przechodzą dalej, my pracujemy dogłębnie, z naukowym zaangażowaniem w prawdę, której odkrycie może zająć dekady — jak w przypadku morderstwa JFK i innych kluczowych zamachów w tamtym czasie, a także 11 września ; i tak jak nadal starannie obalamy propagandę, która wciąż zaciemnia te historyczne zbrodnie i inne, tak przez ostatnie dwa lata kopaliśmy i próbowaliśmy powiedzieć szeroko zakopaną prawdę o kryzysie COVID, jego prawdziwych źródłach, rzeczywistej śmiertelności SARS-CoV-2 (czymkolwiek ona naprawdę jest), testach PCR używanych do mierzenia „przypadków”, „środkach COVID” wymyślonych (rzekomo) w celu „spowolnienia rozprzestrzeniania się”, absolutnej daremności blokad i ich katastrofalnych szkód , zabójczym wpływie standardowego „leczenia” COVID i rzeczywistej dostępności ważnych środków zaradczych, cynicznej redefinicji takich kluczowych terminów jak „pandemia”, „przypadki”, „odporność stadna”, „szczepionka” i „w pełni zaszczepieni”, prawdopodobnych motywach napędzających cały ten kryzys (i te, które jeszcze nadejdą), rzeczywistej niskiej liczbie osób zabitych na całym świecie przez COVID i — przede wszystkim — stale rosnącej globalnej liczbie ofiar eksperymentalnego program „szczepień”; a teraz, gdy COVID i jego „warianty” oraz „szczepienia” zostały zepchnięte z centrum uwagi przez „Ukrainę” (chociaż rządy i media nadal histerycznie ostrzegają nas przed „COVID-em” i jego „wariantami” i krzyczą, żebyśmy się „zaszczepili”), staramy się znaleźć i opowiedzieć o ukrytej prawdzie o tym konflikcie — jak i dlaczego się zaczął, jak jest prowadzony po obu stronach oraz fakt, że dziesiątki „okrucieństw” przypisywanych Rosji okazały się tak samo fałszywe, jak zbrodnie zarzucane „Hunom” w I wojnie światowej, armii irackiej w Kuwejcie w 1990 r. i Baszarowi al-Assadowi, prezydencie Syrii od 2011 r. aż do momentu, gdy jego wyimaginowane barbarzyństwo zostało przyćmione przez „koronawirusa”, a następnie barbarzyństwo Putina na Ukrainie.
A jednak naszym celem nie może być jedynie pouczanie opinii publicznej o licznych prawdach zaciemnionych przez propagandę dotyczącą COVID lub Ukrainy, ale nakłonienie opinii publicznej do lepszego zrozumienia propagandy jako takiej; a zatem naszym ważniejszym celem musi być wyjaśnienie czynników, które ostatecznie pomogły przekształcić zachodnią „wolną prasę” w molocha propagandy, który obecnie utrzymuje miliony ludzi w straszliwej ignorancji.
To prawdziwe Ministerstwo Prawdy nie zostało powołane z niczego przez jakąś żelazną frakcję totalitarnych oligarchów, ale stopniowo przybrało kształt z korporacyjnego kartelu medialnego z powiązanymi zarządami, silnie uzależnionego od przychodów z reklam Amazona, Big Pharmy (zwłaszcza Pfizera) i spółek macierzystych mediów (wśród innych gigantycznych graczy), a jego aktywami ściśle zarządzają BlackRock, Vanguard i UBS; a wraz z tym jak ten ogromny system komercyjny stawał się coraz bardziej zjednoczony, utrzymywał on również, a nawet zacieśniał, swoje tajne relacje z wojskiem i „społecznością wywiadowczą” – zasadniczo tą samą kastą niedotykalnych, która zorganizowała morderstwo JFK i długie ukrywanie tego przez media.
I podczas gdy system mediów komercyjnych został w ten sposób skorumpowany od góry do dołu, na wskroś, „publiczne” media i „alternatywna” prasa – od NPR, PBS, BBC i CBC (itp.) po niemal każdy pojedynczy kanał na „lewicy” – również zostały wchłonięte przez molocha, głównie dzięki finansowaniu przez tak solidnych pośredników CIA jak Fundacja Forda, Fundacja Rockefellera i Instytut Społeczeństwa Otwartego.
Taka jest „wolna prasa”, która przekształciła się w biofaszystowską machinę strachu, a jej usługi propagandowe zapewniają „strategiczne partnerstwa medialne” Billa Gatesa i towarzysząca im operacja „weryfikacji faktów”, którą również w dużej mierze finansuje.
Propaganda tryskająca codziennie, co godzinę z tego systemu opiera się również na mądrości takich globalnych firm PR, jak Weber Shandwick, Edelman i Hill+Knowlton Strategies, aktywnym udziale niezliczonych celebrytów, a w ramach Czwartej Władzy, na wzroście autorytetu menedżerskiego „dziennikarzy” przygotowanych na uniwersytecie do znacznie mniejszej troski o uczciwe dziennikarstwo niż o (jakiś sposób) służenie „sprawiedliwości społecznej”.
A wszystkie fałszywe i pełne nienawiści „treści” pompowane przez tę w pełni kontrolowaną „wolną prasę” są z każdą minutą ogromnie wzmacniane w „mediach społecznościowych”, gdzie miliony służą (za darmo!) jako chętne wektory propagandy, podczas gdy ci, którzy jej zaprzeczają lub tylko ją kwestionują, są cenzurowani i zniesławiani.
To doprowadza nas do podwójnego opatrunku, w którym my, analitycy propagandy, znaleźliśmy się przez ostatnie dwa lata; ponieważ, chociaż nigdy nie było tak wielkiej potrzeby naszych analiz, nigdy nie było tak dużo dezinformacji, lub tak dużo wysoce trującej dezinformacji do sprostowania, ani nigdy nie było tak ogromnego i potężnego systemu propagandy do wyjaśnienia, ani nigdy nie było trudniej ani niebezpieczniej, aby zaprzeczyć jego twierdzeniom lub pokazać dokładnie, jak działa.
Dzisiaj rozpoznajemy w Julianie Assange'u zranionego brata nas wszystkich, jego długa, brutalna kara na Pasie Startowym Jeden przewidziała nadużycia, które teraz grożą każdemu, kto ośmieli się rzucić cień na narrację propagandową rozgłaszaną wszędzie przez rządy i media, tak jak on lub Wikileaks zrobili z „Collateral Murder”, nagraniem helikoptera bojowego, które rozświetliło mroczną stronę bohaterskiej propagandy „wojny z terroryzmem”. Jego długa gehenna za ten niewybaczalny grzech zapowiadała (głównie mniejsze) kary, którym obecnie poddawani są lekarze, naukowcy, dziennikarze i pracownicy naukowi, którzy na różne sposoby odchodzili od schematów, zwłaszcza w ciągu ostatnich dwóch lat (choć tego typu heretycy byli karani na długo przed pojawieniem się „wirusa”).
Wszyscy tacy dysydenci robią to samo, co my, w taki czy inny sposób; i tak — ponieważ każda zwycięska kampania propagandowa zależy od cenzury — wszyscy dysydenci zostali wymazani w „mediach społecznościowych”, trzymani z dala od anteny przez „naszą wolną prasę” i/lub w różny sposób anulowani przez „przebudzonych” aktywistów. Ponieważ nie mogą dyskutować z dysydentami, których twierdzenia są albo bezdyskusyjne, albo w dużej mierze prawdziwe, menedżerowie propagandy obrzucili nas wszystkich szlamem, nie pozwalając nam (oczywiście) na odpowiedź; i to nie wszystko, ponieważ ci, którzy sprzeciwiają się propagandzie, również zostali zwolnieni, pozbawieni lice
ncji, uwięzieni, przymusowo skierowani na oddziały psychiatryczne, a najwyraźniej nawet zabici, aby ukryć narrację. Większość z tych ukaranych to dysydenci COVID; choć ci, którzy teraz wypowiadają się przeciwko propagandzie „ukraińskiej”, również są narażeni na ryzyko, zwłaszcza ci mieszkający na Ukrainie, gdzie siły nazistowskie porywają, torturują i mordują dysydenckich reporterów, a gdzie amerykańsko-chilijski komentator Gonzalo Lira zniknął 15 kwietnia i pojawił się ponownie sześć dni później, po zatrzymaniu przez SBU.
Co zatem mamy zrobić jako analitycy propagandy? Na razie, w obliczu nieustającego grzmotu Wielkich Kłamstw, jedyne, co możemy zrobić, to kontynuować to, co robimy, zachowując przy tym twardą skórę i zachowując należyte środki ostrożności, ponieważ coraz ważniejsze jest, abyśmy mówili prawdę, którą znamy, tym, którzy wciąż są w stanie ją usłyszeć, a następnie poszukać jej samodzielnie. (Dotyczy to zwłaszcza młodszych ludzi, którzy są znacznie bardziej otwarci niż starsi).
W dłuższej perspektywie musimy jednak na nowo przemyśleć i odbudować wszystkie nasze instytucje demokratyczne, których całkowity upadek doprowadził cały ten świat na skraj załamania. W szczególności musimy odbudować dziennikarstwo, aby faktycznie relacjonowało wiadomości, tak jak potrzebujemy zupełnie nowego systemu medycznego – takiego, który odzyska swój hipokratesowski obowiązek leczenia ludzi, a nie tylko opłacalnego chorowania (lub umierania).
I oczywiście potrzebujemy nowej Akademii, która będzie edukować swoich studentów, a nie ich indoktrynować, uczyć ich nie tego, co myśleć, ale jak myśleć, jednocześnie zapoznając ich ze wszystkimi sztukami i naukami, które czynią nas lepszymi jako w pełni ludźmi. A jak boleśnie przekonaliśmy się w ciągu ostatnich dwóch lat, to co te nowe szkoły muszą w końcu zrobić — i nie tylko nasze uczelnie i uniwersytety, ale również wszystkie szkoły podstawowe — to nauczyć naszych studentów, na czym polega propaganda: jak ją rozpoznawać, gdy jest wszędzie, gdziekolwiek spojrzą, a nawet (lub zwłaszcza) gdy sami się z nią zgadzają.
Dopiero gdy my, Ludzie, w końcu zrozumiemy, czym jest propaganda i jak działa, będziemy mogli wreszcie swobodnie żyć i rządzić się sami.
Mark Crispin Miller
Mark Crispin Miller jest profesorem mediów, kultury i komunikacji na Uniwersytecie Nowojorskim, gdzie od 1997 roku prowadzi zajęcia z mediów (w tym kina) i propagandy. (Od 2020 roku nie może prowadzić zajęć z propagandy, kiedy to został skrytykowany za nakłanianie studentów do zapoznania się z całą literaturą naukową na temat maskowania).
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 3202
Prymitywny animizm można uważać za
wyraz ludzkiego stanu naturalnego.
Sigmund Freud
Minęło już wiele lat, kiedy Amerykanin David Morrell napisał powieść pt. „Pierwsza krew”. Stworzył w niej i rozpropagował postać superkomandosa Johna Rambo – współczesnego gladiatora, nieziemskiego wojownika, mitycznego bohatera, który po traumatycznej dla USA (i świata zachodniego) wojnie wietnamskiej popada w konflikt z własnym społeczeństwem i sfrustrowany ginie w nierównej walce.
Powieść ta miała za cel obronę amerykańskich chłopców, którzy uczestnicząc - zdaniem niektórych massmediów - w brudnej wojnie, jakoby sprzeniewierzyli się wartościom kultury Zachodu: wolności, demokracji, postępowi, czy podstawowemu prawu judeochrześcijańskiej kultury – „nie będziesz zabijał”.
Na fali studenckiej rewolty roku 1968 w Europie i obu Amerykach zanegowano niemal wszystko, co w okresie powojennego dobrobytu stworzono dla poprawy sytuacji materialnej i kulturowej społeczeństw Zachodu. Rozpad kolonializmu, konflikt pokoleniowy rodziców (czynnych uczestników II wojny światowej) ze swoimi dziećmi (wychowanymi w okresie powojennym), ostateczne załamanie się wiary w postępowość światowego komunizmu, a także powstanie potężnego ruchu określanego jako kontrkultura zmieniły pod koniec lat 70. XX wieku oblicze cywilizacji. Stary świat ze swymi wartościami, porządkiem, gospodarką, aksjologią, odchodził w przeszłość, wzrastała więc nostalgia i niepokój.
W perspektywie tak skonstruowanej mentalności trzeba spoglądać dzisiaj na powstanie, mitologizację i wreszcie deifikację postaci osiłka utożsamianego z aktorem Sylvestrem Stallone’em.
Od słabości jajogłowych do kultu przemocy
Po kilku latach moralnego, kulturowego i psychologicznego kaca Ameryka musiała spetryfikować swą rolę w konflikcie wietnamskim. Zanegowano narodową ekspiację, odrzucono słabość jajogłowych i wielopłaszczyznowe spojrzenie na współczesność uprawiane przez mięczaków z liberalnej prasy czy elektronicznych mediów, potępiono w czambuł mazgajowate, inteligenckie rozdarte sosny, rozdzielające włos na czworo, nie mogące (zdaniem ówczesnych decydentów i macherów od popkultury) nic zaoferować społeczeństwom żądnym czynów.
Nie przewidziano jedynie, że czyn ów przerodzić się może w kult przemocy - ogolony i szeroki kark skinheada, preferencje dla nietzscheańskiej siły woli, reaktywację mocy ciemnych i destrukcyjnych w religii, kulturze, sztuce i innych aspektach rzeczywistości, a w efekcie – negację Innego, co jest zaprzeczeniem wartości demokratycznych, wolności osobistych jednostki i podstawowych praw człowieka.
Infantylizm, prostactwo formy, bezguście i antyracjonalizm obrazu charakteryzującego absolutną komercjalizację sztuki filmowej sięgnęły w cyklach o rambowych bohaterach niebios. Ale waszyngtoński White House rządzony przez konserwatywną ekipę Ronalda Reagana (jak określił go prof. Richard Rorty – „ta bezmózgowa kukła w rękach bogatych”) nawoływał do odbudowy amerykańskiego ducha podupadłego po wstrząsach wietnamskiej porażki i studenckiej rewolty A.D. ‘68. Gusty, mentalność, ogląd świata, aktorska przeszłość (czyli specyficznie hollywoodzka kategoria smaku) i upodobania do makkartyzmu tego właśnie prezydenta wywierały zdecydowany wpływ na kierunek, w którym poczęła podążać kultura Ameryki, a za nią sporej części świata.
Duch konserwatyzmu i prawicowości począł dąć przez Amerykę, a za nią – poprzez świat. Dla radykalnej prawicy ówcześni Rambo stanowili więc bazę, spośród której rekrutowała swoich bojowników. A ludzie prawicy zawsze są propagatorami rządów autorytarnych, opierających swe jestestwo na tradycji, konserwatyzmie i ustalonym od lat porządku. Ronald Reagan był więc tylko uosobieniem określonej formacji mentalno-kulturowo-politycznej w ówczesnej Ameryce i świecie.
Bohater cyklu filmów o przygodach superkomandosa w Wietnamie, przedstawiony w konwencji komiksu, (czyli bajki dla dorosłych), odzwierciedla społeczną potrzebę posiadania ikony, sacrum, nieskalanego obiektu adoracji, ideału. Czyli wartości, które zostały podważone przez kontrkulturę, reprezentującą na pewno tendencje i ciągoty postępowe, demokratyczne, wolnościowe, czyli sui generis - lewicowe. Restauracja jest bowiem zawsze lustrem rewolucji.
Herosi epoki konfrontacji
Macho to pewien symbol osobowego wzorca kultury patriarchalnej, śródziemnomorskiej, latynoskiej o określonym poczuciu honoru i wstydu, siły i wysublimowania, przemocy i czułości. Elegancja, specyficzny rodzaj zblazowania, ale i bezwzględność, specyficzna opiekuńczość, nawet spolegliwość wobec słabszych, kobiety, dziecka czy starca, ale i ostracyzm wobec Innego – będącego na antypodach w stosunku do mojej tradycji, oglądu świata, koncepcji życia. Wszystko jest jednak otulone oparami dotychczasowej obyczajowości, patriarchalnej wizji rodziny i społeczeństwa, białych koszul, wąsików a’la Zorro, noży i … wizerunków Matki Boskiej na szyi oraz wszechobecnych krzyży. Kościoła w niedzielne południe i knajpy w świąteczny wieczór. Oczywiście, w męskim gronie, albo w towarzystwie call girls.
W te wszystkie perspektywy doskonale wpisuje się nasz bohater powracający do Wietnamu, by walczyć z komunistami przetrzymującymi dawnych towarzyszy broni. Rozwichrzona czupryna, splot mięśni na torsie czy grube muskuły na rękach, liczne blizny świadczące o charakterze bohatera i jego wyczynach wystawiają jawne świadectwo osobowościom, jakie kreowała postać Johna Rambo. Naoliwione, lśniące ciało odwołuje się do helleńskich herosów walczących w imię olimpijskich ideałów. Przy tym jawny antykomunizm, indywidualizm w działaniu, bezwzględność granicząca z brutalnością, a nade wszystko poczucie misji i przemożne szafowanie siłą fizyczną uczyniły z tego modelu bohatera nie tylko X Muzy.
Wspaniale egzemplifikuje on epokę konfrontacji, nie kompromisu, wyższości siły fizycznej – nie przymiotów umysłu, hołdu dla bicepsów – nie sztuki dyskusji, wymiany poglądów czy szacunku dla Innego. W takiej perspektywie przeciwnik, interlokutor czy konkurent zawsze jest zły, nieludzki, tępy i okrutny, niekompetentny i ograniczony ideologią praktykowaną, bądź wyznawaną religią, obmierzły, a na dodatek ma zawsze czerwoną gwiazdkę na czapce (obowiązkowo musi to być tzw. leninówka).
Machismo, czyli ogólne znaczenie samczości, naturalistycznej siły, przeniesiono, a w zasadzie doskonale skorelowano z poglądami neoliberałów i neokonserwatystów w USA (a także w innych częściach globu) chcących odzyskać utracone pozycje w społeczeństwach zachodnich.
Na tej bazie, antykolektywistycznych poglądów i trendów społecznie niesłychanie nośnych, ówczesna premier Wielkiej Brytanii Margaret Thatcher mogła pozwolić sobie na stwierdzenie, że „coś takiego jak społeczeństwo nie istnieje, są tylko wolne jednostki”.
Leseferyzm i darwinizm społeczny na fali popularności postaci Rambo, wsparte zawsze obecnym, naturalistycznie uzasadnionym, kultem macho w kręgach znaczącej części patriarchalnie zorientowanej męskiej części populacji świata zachodniego weszły na dobre do nauk społecznych i praktyki dnia codziennego.
Macho i Rambo to jasny podział na dobro i zło, świat biało-czarnych replik i bezdyskusyjnych wyborów. Moralność Kalego i etyka Zosi Samosi.
Rambo – szeryf krucjaty
Poczucie zagrożenia, jakie przeżywał macho w okresie przedrambowym doskonale opisuje Eric Hobsbawm, powołując się na brazylijskie badania antropologiczno-socjologiczne. Owo zagrożenie przyniosła kultura wielkich miast, która podcięła podstawy tradycyjnemu pojmowaniu honoru, rodziny, religii, roli kobiety, itd.
Były to przede wszystkim efekty nadużycia wolności, a nie chęć porzucenia tradycji, rewolucyjnego radykalizmu (będącego pokłosiem popularności i wpływów anarchizmu lewicowego) kosztem arystotelesowego złotego środka. Dlatego tak popularną stała się postać samotnego wojownika, a jego intencje upowszechniły się poprzez komercyjne massmedia.
Faktem jest, że sztuka filmowa z lat minionych położyła znaczne zasługi w takim konstruowaniu przez odbiorców rzeczywistości: westerny, niezwykle popularne w latach 50. i 60. XX w. wykreowały określony model samotnego, dobrego i uosabiającego prawo szeryfa, a role Johna Wayne’a, Gary Coopera, czy Gregory Pecka stały się sztandarowymi kreacjami ówczesnego świata X Muzy. Jednak w ich postawach nie było nic politycznego, społecznie określonego, publicznie zdefiniowanego. Uosabiali uniwersalnie pojmowaną walkę dobra i zła.
Z Johnem Rambo sprawa miała się jednak inaczej. Był częścią i motorem krucjaty przeciwko imperium zła i wszystkiemu, co było z nim kojarzone.
Do podobnych wniosków, jak w brazylijskich badaniach, doszli amerykańscy naukowcy eksplorujący w tej mierze ludność ze stanów południa, środkowego-wschodu i centrum USA.
W wyniku eksplozji neokonserwatyzmu i neoliberalizmu wzmaganych leseferyzmem ekonomicznym warstw, którym się powiodło daleko lepiej niż innym członkom społeczeństw Zachodu, odżywać począł stary, wiktoriański podział na „godnych szacunku pracowników i niegodnych szacunku biedaków”, którym się nie powiodło „tylko z ich winy”.
Jak pisze prof. Edward Luttwak, w latach 80. XX w. powróciła moda i zapotrzebowanie na służące, lokai, sprzątaczki, babysitter, czy kamerdynerów. W czasach powojennego pokoju i prosperity połowy XX wieku były to rzeczy niespotykane. I to za równo z powodów ekonomicznych, jak i przyczyn prestiżowo-socjologicznych.
Hierarchiczność drabiny społecznej i rola poszczególnych jednostek jest dana zgodnie z tradycyjnym opisem świata od Boga Ojca. Tu właśnie leżą podstawowe wartości, według których funkcjonuje naród (macho głównie mówi o narodzie, nie społeczeństwie, co zbliża go właśnie do Rambo, walczącego w imieniu narodu – amerykańskiego - z imperium zła). Mówi przede wszystkim o jednostkach, nie o obywatelach, dla których normą odniesienia są raczej prawa wynikające z tradycji Oświecenia i Rewolucji Francuskiej, a także z doświadczeń demokracji parlamentarnej w Europie Zachodniej. Jednostki utożsamiające się z kulturą machismo, wedle wspomnianego, nieformalnego kodeksu postępowań, odwołują się do tradycji, hierarchii wartości, Boga Ojca i będącego jego depozytariuszem ojca rodziny, podstawowej komórki funkcjonowania społeczeństwa.
Siłę stosuje się - zgodnie z mandatem Boga, tradycji czy hierarchii wartości - w dobrej sprawie. Sakralizacja przemocy jest doskonale znana z przeszłości. A w tym przypadku nastąpiła ona w symbiozie kulturowego wzorca macho z ideologią antykomunistycznej krucjaty z superkomandosem Rambo na czele. Przemoc w takiej formie miała z jednej strony błogosławieństwo tradycji i ostoi patriarchalnej mentalności, a z drugiej - była elementem w krzyżowej wyprawie przeciwko absolutnemu złu.
Stosowanie siły zawsze przeradza się w pogardę dla słabszych, przegranych, stojących niżej na drabinie społecznych akceptacji i preferencji. Rambo spotkał się więc po drodze z macho na platformie absolutyzacji przewag fizycznych jako najbardziej naturalnej (bo pierwotnej, atawistycznej i zgodnej z zasadami darwinizmu społecznego) formy rywalizacji jednostek.
Istnieje również żeńska forma Rambo, hembra. Kobiet przywiązanych do tradycji, hierarchii, porządku odwiecznego, godzących się – bo tak było od zawsze – na dominację Pana (znacząca rola religii chrześcijańskich, zwłaszcza katolicyzmu), ale szczycących się jego posturą, bicepsami, przewagami natury praktyczno-utylitarnej i mitem niezwyciężonego samca (oczywiście, w „klasycznie” pojętej rywalizacji) jest całe mnóstwo. One też są synonimem praktycznego zastosowania kultury macho, czyli podatne będą na rambowe wzorce.
Pamiętając, że ponad 80% filmów pokazywanych na świecie to filmy amerykańskie, jest to więc najzwyklejsza inwazja kulturowa. Amerykanizacja globalnej cywilizacji postępuje właśnie od przełomu lat 60. i 70. XX w. niesłychanie szybko. Wzory kulturowe i osobowe stają się więc własnością i obiektem identyfikacji większości ludzi na świecie, zwłaszcza młodych.
Wyścig szczurów, czyli kult macho
Kultura takiego czynu, preferowanego przez reagano-thatcherowych prestidigitatorów społecznych, rynkowych fundamentalistów czy neoliberalnych oszołomów poczęła wywierać wpływ na większość dziedzin życia (często w płaszczyznach dalekich od potrzeby), bądź na gloryfikację przemocy, czy nadużywanie siły fizycznej.
Konkurencja, będąca podstawą kapitalistycznych stosunków gospodarczych, sama przez się wymusza ofensywność, bezwzględność, czy „miażdżenie słabszych”. I zgodne jest to z leseferyzmem obecnym w ostatnich dziesięcioleciach w gospodarce, ekonomii i przestrzeni społecznej, gdyż prawo do przeżycia mają tylko najlepiej dostosowani, najbardziej konkurencyjni, najagresywniejsi osobnicy.
To właśnie wynikiem takich wzorców jest nasilający się wyścig szczurów, przybierający formy hobbsowskiej „wojny wszystkich ze wszystkimi”. Na placu boju pozostają tylko najsilniejsi, najsprytniejsi, tylko ci, którzy przechytrzą, pokonają i zniszczą swoich konkurentów, wrogów. Innego człowieka. Innego (nie tylko z wyglądu, wyznawanej religii, przekonań politycznych, czy światopoglądu) uważa się bowiem za materiał do unicestwienia. Bo zaburza homogeniczność naszego świata, stanowi dla mnie konkurencję. Dzisiaj, gdy kapitał wieje kędy chce, a bezrobocie dotyczy nawet państw bogatych, życiem zaczynają rządzić wilcze prawa.
W kulcie macho (a pośrednio i osoby Rambo) nie ma zrozumienia dla słabości, refleksji, dylematów, czy dialogu. Cechy te uznaje się za synonim gorszego, złego, poniżenia, wartości niemęskie. Kult macho egzemplifikuje raczej działania agresywnego rynku niż demokratycznie ułożonego społeczeństwa. Symbolizuje naturalną siłę, witalność i chęć dominacji samca, czyli fizycznie silniejszego od dywagujących jajogłowych, bądź liberalnych mydłków z kolorowych periodyków.
Biceps i fallus w stanie erekcji są ich znamieniem, nie mózg i szacunek dla Innego. Liczy się szybki seksualny „numer”, dzisiejsza przewaga JA nad TY, medialny szum, bezrefleksyjność i trwanie. Świat egzystuje dziś, jutro jest nieważne, bo możesz trafić na silniejszego, który cię wyeliminuje.
Tak wygląda pokrótce zbitka wzorców machismo, teorii Thomasa Hobbesa, leseferyzmu gospodarczego, kultu siły wyemancypowanego przez Johna Rambo i nieograniczenie indywidualistycznego kapitalizmu bezwzględnie rynkowego czego efekty widać we współczesnym świecie.
Uwiąd demokracji
Wartości demokratyczne współczesnego świata są obecnie tyle powszechne, co kontestowane i odrzucane przez coraz liczniejsze środowiska. Kult przemocy, siły i wszystkiego, co łączy się z walką, ostrą konkurencją, czy bezwzględnością ,przeczy w naturze tym ideom.
Demokracja to kompromis, otwarcie, wielopłaszczyznowość, multikulti, dyskusja, szermierka na argumenty i ucieranie stanowisk przy negocjacyjnym stole. Coś zupełnie przeciwstawnego niż wspomniane wcześniej wartości utożsamiane z macho czy Rambo.
Dlatego demokracja więdnie w obliczu agresywnego rynku. Analizując historię Rosji, możemy powiedzieć, iż nadchodzą - mimo przykładów z minionych dekad rozszerzania się idei wolności na cały świat (np. prodemokratyczne, tzw. kolorowe rewolucje) - czasy wielkiej smuty dla demokracji oznaczającej otwarte społeczeństwo.
Jak słusznie zauważył Harold McMillan, brytyjski konserwatysta, premier rządu JKM w latach 1957-63, „negocjowanie zgody jest podstawą demokracji”, a zgoda jest jak wiemy w tym ustroju ekwiwalentem kompromisu.
Według Georga Sorosa, agresywny rynek i związane z nim wartości są zdecydowanie niekompatybilne z przymiotami demokracji. Podlegają one bowiem diametralnie różnym zasadom, wychodzą z antynomicznych przesłanek i promują przeciwstawne zachowania personalne.
W wolnorynkowym kapitalizmie stawką jest dobrobyt, a w demokracji – polityczny autorytet. Kryteria, którymi te stawki się mierzy są również odmienne: w kapitalizmie – pieniądze, w demokracji – głos wyborczy obywatela. Rozbieżne są interesy, które mają być zaspokajane: w kapitalizmie jest to interes prywatny, w demokracji – interes publiczny.
Zbitka demokracji i wolnorynkowej gospodarki z parasolem ochronnym państwa socjalnego, jako spolegliwego i patriarchalnie zorientowanego poniekąd opiekuna, spowodowała z jednej strony w odbiorze globalnym absolutną symbiozę między demokracją, a ówcześnie istniejącym kapitalizmem, z drugiej zaś – rozkwit klasy średniej, która sama w sobie była nośnikiem rozwoju demokracji. Nie bez znaczenia była tu wymuszona konkurencja obozu realnego socjalizmu, stanowiącego - przynajmniej w pewnym okresie - poważne zagrożenie dla obozu państw demokratycznych.
Niestety, w trzecim milenium wątpliwości związane z demokracją stają się bardziej wyraziste. Świat może ponownie wkroczyć w okres, kiedy zalety demokracji nie będą wydawały się już tak oczywiste, jak to miało miejsce w okresie od lat 50. do lat 90. Siła, przemoc, bezwzględność, brutalność zadają nieustanne i skuteczne ciosy idei demokratycznej. Nienawiść, pogarda, opresyjność i autorytaryzm przeczą same w sobie koncyliacji, dialogowi, szacunkowi dla interlokutora, zrozumieniu Innego.
Polscy matadorzy
Jak ów obraz wpisuje się w omawianą tu konfrontację kultur? A w bardzo prosty sposób. Wystarczy popatrzyć na przykłady z naszej polskiej rzeczywistości politycznej na harce rodzimych matadorów sceny publicznej.
Na krajowej scenie publicznej – nie piszę politycznej, bo wybory mają to do siebie w ochlokracji, że wymuszają najdziksze zachowania, najbardziej brutalne postawy i niespotykany przypływ złej woli, szowinizmu partykularnego czy małości, jakiej niemało tkwi w człowieku, zwłaszcza głupim – królują Rambo i macho. Usta mają pełne wartości, chrześcijańskiej miłości, tradycji i wolności, liberalizmu (sic!) i demokracji, prawa i sprawiedliwości, rodziny i osoby ludzkiej.
A sytuacja w Polsce przypomina współcześnie typowy przykład ochlokracji, z tym tylko, że to klasa polityczna stała się z własnej potrzeby? poczucia winy? masochizmu? - a może zwykłej nikczemności i głupoty - warstwą pokrytą błotem, pomówieniami i przeżartą najniższymi instynktami: bezrozumnym tłumem kierującym się nienawiścią, która ma być ponoć prawdą. To tu i dlatego św. Franciszek z Asyżu może być Tomaszem Torquemadą, Jezus z Nazaretu – Alfredem Rosenbergiem. Maurice Robespierre w polskim wydaniu jawi się jako Bertrand Russel, a Dietrich Bonhoeffer – Adolfem Eichmannem.
Zdziczenie, popularność oraz nagminność w stosowaniu siły i przemocy – na razie słownej, ale pokazującej, że przeciwnika się nie szanuje, że się chce go totalnie zniszczyć przez odebranie mu godności jako człowiekowi (i politykowi), upodlić, a do tego wszystkie chwyty są dozwolone – przenoszą się jako political correctness do gawiedzi, do tłumu, do społeczeństwa. A w blokach startowych już się grzeją zastępy łysych, wypasionych osiłków, klientów niezliczonych siłowni, fitness klubów czy szkół przetrwania, spadkobierców Johna Rambo, a wśród nich harcują eleganccy, dobrze ułożeni, modnie ubrani i tradycyjnie przystrzyżeni konserwatyści i prawicowi liberałowie z dobrych mieszczańskich domów.
Prof. Richard Rorty zauważył onegdaj, że „narody, Kościoły czy ruchy społeczne świecą blaskiem przykładów historycznych nie dlatego, że odbijają promienie emitowane z jakiegoś wyższego źródła, ale w efekcie przeciwstawienia – porównania z innymi, gorszymi wspólnotami”. To samo dotyczy pojedynczych ludzi, a wzorce Rambo i macho są tylko egzemplifikacją i dogodnym wytłumaczeniem poszukiwań tego Innego, gorszego, słabszego.
Radosław Czarnecki

