Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 392
Znawczyni wyznań i wierzeń religijnych Karen Armstrong stwierdza, że niektóre grupy społeczne nigdy nie będą w stanie pojąć ideologii, zostały bowiem zainfekowane uprzednio przez fałszywą świadomość. Ideologia jest zamkniętym systemem, który nie może sobie pozwolić na rzetelną konfrontację z innymi poglądami (W imię Boga).
Z kolei prof. Uniwersytetu Hebrajskiego w Jerozolimie, historyk i politolog pochodzący z Polski (1916-80), urodzony w rodzinie ortodoksyjnych wyznawców judaizmu, Jacob Leib-Talmon uważał wszelkie nowożytne ideologie za przedłużenie dawnych religijnych systemów, które są obecne do dziś w cywilizacji Zachodu.
Determinizm Armstrong i Talmona wskazuje, że oprócz zgody na zasadę, iż wszystko już było, to wszystko jest echem dawnych idei oraz teorii. Nawet nauka i racjonalizm stają się w takiej opcji jedynie odbiciem poprzedzających je systemów, uprzednich doświadczeń, minionych tez i sądów oraz dawnych zbiorów wartości, zapominając jednocześnie, iż jak mawiał Benedykt Spinoza: Omnis determinatio negatio est (Każda determinacja jest negacją). Im bardziej coś jest zdeterminowane, tym mocniej jest ograniczone i tym samym neguje aktualnie otaczającą rzeczywistość.
Świecka ideologia, mobilizująca ludzi do działania jest w istocie nowoczesnym systemem wierzeń religijnych, tylko odwołującym się do poczucia racjonalności. (Jakob Leib Talmon)
Racjonalizm jest nieodrodnym dzieckiem oświecenia i wiodącym kierunkiem opisu rzeczywistości w kulturze Zachodu. Ale to samo oświecenie, w szczytowym momencie Rewolucji Francuskiej (będącej nieodrodnym produktem tej epoki), podjęło próbę stworzenia takiego kultu, który miałby zastąpić obowiązujący do tej pory we Francji katolicyzm, egzemplifikowany przez instytucję Kościoła rzymskiego. Próbę zakończoną kompletnym fiaskiem i kompromitacją.
Kult rozumu rozwijał się szczególnie intensywnie w okresie poprzedzającym Rewolucję Francuską. A w latach 1792-1794 został formalnie zmaterializowany. Propagował odrzucenie wszelkiej religii, atakował Kościół jako instytucję związaną z obaloną monarchią absolutną, propagował rezygnację ze stosowania zasad moralnych o korzeniach chrześcijańskich. Od początku związany był z najbardziej radykalnym ugrupowaniem skupionych wokół Jacquesa-René Héberta. Jego członkowie organizowali święta Rozumu, które miały charakter publicznych parad połączonych z niszczeniem przedmiotów sakralnych (zwłaszcza obrazów), śpiewem pieśni antykrólewskich i antykatolickich oraz utworów na cześć męczenników Rewolucji, niekiedy związanych również z demolowaniem kościołów.
Za każdym razem święto kończył publiczny obiad, któremu patronowała bogini Rozumu – wybrana wcześniej piękna młoda kobieta. Czyli nawiązywał w jakimś stopniu do liturgii, rytuałów religijnych, posiadał też namiastki własnej teologii. M.in. stąd zakorzeniony od czasów oświecenia jest pogląd, iż religia jest źródłem fałszywej świadomości, a instytucje religijne są ośrodkami dyrygującymi ludzką mentalnością na nutę konserwatyzmu, tradycjonalizmu, często ortodoksji, purytanizmu czy nawet fundamentalizmu religijnego.
Ludzie zacięcie walczyli o ideały Epoki Rozumu: wolność, równość, braterstwo, szczęście ludzkie, sprawiedliwość społeczną. Ta świecka ideologia mobilizująca masy ludzkie do działania – jak sądzi wspomniana Karen Armstrong – jest nowoczesnym systemem religijnych wierzeń, tyle iż odwołujących się do poczucia racjonalności. Czy istnieją podstawy do takiego spojrzenia na to zagadnienie? Czy rzeczywiście racjonalizm jest kolejnym wcieleniem mitu towarzyszącego ludzkości od zarania jej dziejów?
Rozumem nie pojmiesz
Współczesny świat począł traktować naukę jako swoistą ideologię, niezwykle utylitarnie, odchodząc od uświadomienia sobie jej zawsze aktualnych, ciągle przesuwanych, granic. A użyteczni przedstawiciele nauki stali się obiektami idolatrii - jak to ma miejsce zawsze w utylitaryzmie. Tym samym dano religijnym kontrrewolucjonistom, purytanom i ortodoksom różnej maści potężną broń do ręki. Broń w postaci strachu przed nowoczesnością (to też poniekąd wina coraz szybciej zmieniającego się świata, a tym samym i nauki mnożącej dylematy i problemy, która zmaterializowała się ucieczką do przeszłości, o czym pisał Erich Fromm w Ucieczce od wolności).
Nowoczesność utożsamiono z zagrożeniami nie tylko egzystencjalnego bytu, ale i tożsamości. Współczesność tym samym stała się opresją, której nie tylko się nie rozumie, ale się boi. Panuje od dawna przekonanie, że część ludzkości (z różnych względów) nie będzie w stanie pojąć i zrozumieć przyśpieszonego modernizmu (wraz z jego relatywizmem, ewolucjonizmem, stanowiących immanentną część tego sposobu percepcji), z charakterystyczną a związaną z owym przyspieszeniem postępu tzw. płynną nowoczesnością, hurraoptymizmem i nienasyconym kultem życia. Występując więc przeciwko temu, co uważają za racjonalizm i jego dziedzictwo, przestraszonym ludziom (także elitom) wydaje się, że zwalczają idee rewolucyjne, obecnie autorytarnie promowane i uchodzące za prawdy oczywiste. Są więc tym samym (we własnym mniemaniu) jedynymi obrońcami demokracji, wolności i swobody myślenia.
Fryderyk Nietzsche zauważył, że wiara obdarza niekiedy błogością, błogość z żadnej idee fixe nie czyni prawdziwej idei, wiara nie przenosi gór, a z pewnością wznosi je tam, gdzie ich dotąd nie było. I owa płaszczyzna w dzisiejszej dobie jest najważniejszą strefą konfrontacji modernizmu i pospolitego religianctwa (fundamentalizmu religijnego), racjonalizmu i transcendencji, realizmu i mistycyzmu. Im szybciej postępuje modernizacja, zarówno w przestrzeni przynależnej cywilizacji, jak i kulturze, tym bardziej jest ona powierzchowną, złudną, fasadową i pozorną. Tym szersze masy ludzi pozostawia poza swoim wpływem. Oczywiście chodzi o wpływ zrozumiały, w którym jednostka zanurza się w sposób świadomy. Nie tabloidalno-reklamowy, przelotny, tik-tokowy. Bo ludzie nie włączeni świadomie, mentalnie nieprzygotowani i nie przyjmujący modernizacji jako czegoś naturalnego (wynikającego z ewolucji) nie pojmą nigdy jej istoty. I prędzej czy później ją odrzucą, przechodząc na pozycje proponowane im przez religijnych oszustów i fundamentalistycznych, o różnej proweniencji, niekoniecznie religijnej, szalbierzy.
Strach jest przeważnie irracjonalny. Irracjonalny przez tworzone wyobrażenia przyszłości. Co później owocuje zazwyczaj wybuchami nienawiści, przemocy, agresji do każdego Innego. Wyznawcy religii monoteistycznych, gdzie idea narodu wybranego przez Istotę Najwyższą jest szczególnie silna i gdzie prozelityzm jest niejako wpisany w ich doktryny, a historia tych religii jest pełna masowych zbrodni, rzezi, masakr i linczów w imię miłości własnej wiary i swojego Boga, są niezwykle podatni na takie zachowania i taką mentalność. Naród wybrany jest zawsze w pojęciu wyznawców tych religii lepszy, bardziej moralny, posiada placet dany od Boga, ma szerzyć prawdziwą i zbawienną wiarę. Ma przywieść Innego - obojętnie jakimi metodami - do Prawdy.
Zwolennik racjonalizmu właśnie z tego tytułu nigdy siebie nie powinien traktować jako członka narodu wybranego, a samo pojęcie usilnie zwalczać. Bo to Sokrates - a nie Paweł z Tarsu, właściwy twórca chrześcijaństwa i mentor Kościoła katolickiego - ze swoim „Wiem, że nic nie wiem” (jako podstawa racjonalnego myślenia opartego o granice poznania i możliwości człowieka) winien być dla niego alfą i omegą.
Nowoczesna, racjonalna, progresywna, oświeceniowa w sposobie postrzegania świata świadomość jest ziemską sakralizacją człowieka (jak powiedział Protagoras z Abdery - „człowiek jest miarą wszechrzeczy”). To absolutnie coś różnego od dawnych mitów bogotwórczych. Ta apoteoza jednostki ludzkiej zrywa całkowicie z dotychczasową tradycją, zwłaszcza związaną z religiami monoteistycznymi wywodzącymi się z Bliskiego Wschodu, przenosząc szczęście jednostki, zadowolenie osoby, cel życia, na Ziemię. W doczesność. Tu i teraz. Likwidując tym samym mityczne życie w zaświatach. I to też może budzić strach i przerażenie. Dotyczy to również tzw. religii świeckich, czyli doktryn, bądź idei budujących się na osnowie właśnie monoteistycznego i religijnego schematu.
Rola mitu
Każda religia wiąże się bezpośrednio z mitami. Mit w sensie przedmiotowym to opowiadanie udramatyzowane, często symboliczne, wyrażające ludzkie doświadczenie świata jako rzeczywistości sakralnej. Objawia modele wszelkich obrzędów i ludzkiej działalności, w których doznaje się religijnego (lub quasi-religijnego) doświadczenia świata. W języku potocznym mit jest synonimem fikcji, tego co nieprawdziwe, nierealne, irracjonalne.
Mit od XIX wieku - ewolucjonizm, scjentyzm, rozwój nauki i techniki – postrzegany zostaje jako coś przednaukowego, jako nienowoczesny sposób myślenia, niemodernistyczna i zacofana forma odbioru rzeczywistości. I taka sama jest metoda opisu.
Mit posiada jeszcze jedną, niezwykle charakterystyczną cechę. Sam z siebie nie wymaga czci oraz uznania dla swej władzy i immanentnej jej zawsze przemocy czy agresji. Jednak kiedy przedmiotem mitu i przy tym ubóstwienia, staje się konkretny człowiek, instytucja religijna lub ideologia, wyznawcy samoczynnie zamieniają się w poddanych, niewolników, najemników Prawdy. Tych można dowoli omamiać, sterować nimi, manipulować ich świadomością. Obiecywać lepsze życie w zaświatach, albo w naszym idealnym świecie lecz po zniszczeniu zła. Jak pisze Stefan Bratkowski - „przymus i w następstwie terror są jedynie konsekwencją prawa rządzących do podporządkowywania sobie tych poddanych” (Kto na to pozwolił?). I tak dzieje się w sposób uniwersalny, zarówno gdy obiektem deifikacji staje się państwo, instytucja religijna, charyzmatyczny przywódca, nawiedzony guru, czy mistycznie pojęta wspólnota. Również idee racjonalizmu jak to dziś widać są źródłem fundamentalistycznych praktyk.
We współczesnym religioznawstwie dominuje nurt rewaloryzacji mitu. Przyczyniły się do tego zapewne w dużej mierze badania Karla Junga i jego szkoły, wskazujące na zakorzenienie mitu jako postawy w najgłębszych pokładach psychiki ludzkiej. Także postęp w naukach antropologicznych pozwolił na zmianę stosunku i opisywania mitu jako określonej kategorii. Również Fernand Braudel w swojej koncepcji długiego trwania pokazał jak religia i związane z nią klisze na długo zapadają w świadomości ludzi.
Jak zauważa jeden z największych teologów katolickich XX w. Karl Rahner, pojęcie mitu nierozerwalnie jest związane z językiem religijnym i z rozumieniem egzystencji człowieka. Każde pojęcie opowiadające o rzeczywistości metafizycznej, bądź religijnej, jako leżącej poza sferą bezpośredniego doświadczenia musi się posługiwać wyobrażeniami, które nie są pierwotnymi wyrazami tej rzeczywistości, ale które pochodzą z innego źródła. Jeżeli przyjmujemy następnie, że to wyobrażenie nie jest statycznym obrazem, ale ma charakter wyobrażenia dramatycznego, zdarzeniowego, albo przynajmniej może się w tych kierunkach rozwinąć tak, iż można je nazywać wyobrażeniem mitycznym, to w takim przypadku będziemy mogli skonkludować, że każda wypowiedź metafizyczna, albo religijna ma charakter mityczny lub podlega interpretacji w terminach mitu.
Jako rzeczywistość żywa i przeżywana, podlega ona - podobnie jak samo zjawisko religii - deformującym procesom historycznym, społecznym, kulturowym itd. W ich wyniku mit zdegradowany zostaje do rzędu pewnego rodzaju literatury, opowiadania, nie branego całkiem serio. Wzrastająca rola mediów we współczesnym świecie poszerza wydatnie pole dla mitologii i mitomaństwa. Zdaniem niektórych religioznawców ostatnie stadium degradacji mitu stanowią opowiadania folklorystyczne, klechdy i baśnie ludowe. Newsy z tabloidów można śmiało zaliczać do tych kategorii.
Religia wiecznie żywa?
Bez względu więc na zajmowaną pozycję religii, na podstawie współcześnie zachodzących procesów, nie da się w przewidywanym okresie wyeliminować jej z przestrzeni publicznej. I mówienie o tym w sposób aprioryczny, kategoryczny, dogmatyczny (jako przekonania immanentnego racjonalizmowi) jest nierealistyczne, życzeniowe i tym samym – irracjonalne. Ba, potwierdzałoby się w takim wypadku skłonności ideologiczne – na co wskazuje przywoływana Karen Armstrong – i fundamentalistyczno-aprioryczne tego ważnego prądu umysłowego, tego sposobu opisu świata i procesów w nim zachodzących (jest to bez wątpienia system holistyczny), będącego próbą wyzwolenia człowieka właśnie z mitologii, aprioryzmu, dogmatyzmu i antyewolucjonizmu.
Jest to więc zaprzeczenie oświeceniowego rodowodu racjonalizmu i jego rudymentarnej proweniencji.
Ukuto nawet pojęcie homo religiosus: człowiek - istota religijna, osoba ukierunkowana ze swej istoty na transcendencję. Czy tak jest na pewno? Fakt, religia i doświadczenie sacrum towarzyszą człowiekowi od zarania jego dziejów. Nie oznacza to jednak, że tak musi być zawsze. Religie żyją, ewoluują, zmieniają się, mieszając wzajemnie (tzw. synkretyzm religijny), gdyż nie są to byty statyczne, nadane z góry przez Absolut, a to świadczy tylko o ich ziemskim, społecznym, kulturowo-cywilizacyjnym pochodzeniu.
Wulgarny racjonalizm, prostacko i prymitywnie utożsamiający człowieka i jego byt wyłącznie z materialną stroną doczesności przynosi więcej szkód idei oświecenia – która jest podstawą i początkiem procesów modernizacyjnych w dzisiejszym wymiarze – niźli religijność oparta o standardowe pojęcia trwania, przyzwyczajenia, tradycjonalizmu.
Postmodernistyczny zachłanny konsumeryzm, tzw. zakupizm (Benjamin Barber, Skonsumowani, Dżihad kontra McŚwiat), niczym nieograniczony hedonizm preferowane kosztem nauk, racjonalnie pojętej duchowości (czyli życia wewnętrznego), otwarcia na sztukę, literaturę, różnorodne idee czy światopoglądy itd. zubożają człowieka, irracjonalizując jego jestestwo, czyniąc podatnym na różne szamaństwa (nawet nie transcendentno-mistycznego pochodzenia).
To stąd bierze się taka popularność tarotów, kabał, horoskopów, przeróżnych przepowiadaczy przyszłości , wróżek i wróżbitów. To za tym idą tabuny teleewangelistów, nawiedzonych mesjaszów, religijnych magów i pospolitych oszustów węszących w tym religijnym tyglu swój utylitarny interes.
To stąd bierze się m.in. powrót do – tu niechlubna rola Polski w tym średniowiecznym nawrocie kołtuństwa i filisterstwa jest znamienna – praktyk egzorcyzmów, wypędzania szatana i publicznego odczyniania złego. To tu tkwi wzrastająca obecność i popularność polityków (oraz ugrupowań politycznych) szermujących argumentacją religijno-teologiczną, nadużywających uzasadnień kwestiami sakralno-transcendentalnymi. To podstawa dla postępującej irracjonalizacji przestrzeni publicznej i używanych, bo przyjmowanych jako naturalne, argumentów.
Wspominany już Erich Fromm napisał, że „Nowoczesny człowiek żyje w iluzji, że wie, czego pragnie – gdy tymczasem, pragnie dokładnie tego czego się od niego oczekuje, że będzie pragnął” (Ucieczka od wolności). Sens tego powiedzenia - przy takim znaczeniu mediów i ich tabloidyzacji, wzrastającej ciągle roli religijnych fundamentalizmów i nachalnym prozelityzmie religijnym - jest niesłychanie adekwatny do tematu dysputy nad rolą religii w dzisiejszym świecie. Procesy fundamentalizacji obejmują bowiem nie tylko sferę wierzeń religijnych. Postępują również dramatycznie w świecie zdawałoby się liberalnym, demokratycznym, hołubiącym idee wolności, swobodę słowa czy wyjątkowej osobliwości każdej jednostki. I to jest chyba główne zadanie - próba odwrócenia tych szkodliwych tendencji - stawiane współcześnie przed zwolennikami modernizmu, racjonalizmu i humanizmu.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1483
„Zły śpi spokojnie bo jest pewny siebie” – rzekł w jednej z dyskusji o filmie i swojej twórczości japoński reżyser, mag kina XX wieku Akira Kurosawa. Do tej sentencji można tylko dodać wypowiedź brytyjskiego filozofa Bertranda Russella o istocie mądrości i głupoty. I nie jest moim zdaniem ta myśl spersonalizowana.
To smutne, że głupcy są tak pewni siebie,
a ludzie mądrzy tak pełni wątpliwości.
Bertrand Russell
Akira Kurosawa jest jednym z najważniejszych reżyserów kina światowego. Czarno-białe, surowe w swym wyrazie obrazy nasycone uniwersalnym humanizmem przyniosły mu międzynarodową sławę i zasłużone zaszczyty. Chyba najważniejszym w plejadzie jego twórczości jest film Rashomon. Mimo upływu lat od jego nakręcenia (1950), prostej fabuły, nie mówiąc już o warsztacie reżyserskim (gdy porównujemy go do współczesnych produkcji), niesie ponadczasowe, wiecznie żywe i zasadne dylematy będące esencją człowieczeństwa. Dylematy, które jak widzimy dziś są nadal aktualne, a może tym bardziej istotne w czasach technologicznej rewolucji w sposobie komunikacji interpersonalnych, medialnych megamanipulacji oraz zalewu informacji, co pozbawia człowieka samodzielnego i krytycznego myślenia.
Akcja filmu dzieje się w średniowiecznej Japonii. W opuszczonej świątyni Rashomon grupa podróżnych chroni się przed deszczem. Czasy są niepewne, bo kraj wyniszczają krwawe wojny toczone przez feudałów i pozostających w ich służbie samurajów. Królują wszechogarniający chaos i poczucie braku bezpieczeństwa. Jeden z podróżnych zaczyna swą opowieść: Niedawno w lesie znalazł ciało zabitego samuraja. Zabójca został pojmany. Wersja zabójcy brzmi, iż zabił samuraja w pojedynku po tym, jak ten zgwałcił jego żonę. Z kolei jego żona przedstawia inną wersję – to ona zabiła samuraja, nie mogąc znieść pogardy męża wobec gwałtu dokonanego na niej.
Pojawiający się duch zabitego samuraja opowiada, że on popełnił samobójstwo. Z kolei według narracji podróżnego chroniącego się w świątyni przed deszczem, który rozpoczyna opowieść o tym wydarzeniu to kobieta sprowokowała mężczyzn do walki. Obaj walczący jego zdaniem zachowali się jak tchórze.
W zależności od wersji wszystko wygląda różnie. Raz samuraj jest ofiarą, a raz katem. Jego żona jest widzem, albo podstępną prowokatorką, zaś podróżny inicjujący tę opowieść: przypadkowym przechodniem, beznamiętnym obserwatorem, albo mordercą.
Każdy z bohaterów opowiadających historię napadu przedstawia ją zupełnie inaczej, starając się reprezentować siebie w możliwie pozytywnym świetle, jednocześnie demonizując postępowanie pozostałych uczestników zdarzenia.
Nie wiadomo, która z relacji jest prawdziwa, który z narratorów jest wiarygodny, a kto kłamie. W zderzeniu kilku przeciwstawnych wersji, przy braku możliwości racjonalnej oceny, gdyż główną rolę grają zaangażowanie i emocje, nikt nie może być postrzegany jako świadek i recenzent godny całkowitego zaufania. To jest iście szekspirowskie, uniwersalne, wieczne pytanie o naturę prawdy i istotę człowieka: o to, czy możliwe jest obiektywne poznanie i czy istnieje jedna, absolutna prawda. Nawet w obliczu tak wydawałoby się jasnego wydarzenia jakim jest morderstwo człowieka przez drugiego człowieka.
Więc kto kłamie, a kto mówi prawdę? Kto jest ofiarą a kto sprawcą zbrodni? A jeśli to kłamstwo jest w przekonaniu mówiącego najczystszą prawdą?
Kurosawa każe widzowi wątpić w siebie, bo człowiek jest omylny, zawsze ma w sobie nagromadzone życiowe doświadczenia i wizję świata oraz ludzi, wedle których sądzi i opiniuje, a jego wiedza zawsze pozostaje ograniczoną (gdyż jest subiektywna i selektywna). Zwłaszcza w chwilach takich jak współcześnie, kiedy media są wszechogarniające, pozostają w służbie określonych ośrodków mających wywierać wpływ w określonych celach na ludzką świadomość i bombardują nas miliardami informacji. Często sprzecznymi, nie pozwalającymi zachować balansu, zdystansowania i dokonać racjonalnej refleksji i analizy. Raz - z nadmiaru tych informacji, dwa – z tytułu ich wzajemnego wykluczenia.
Więc czasem może warto popatrzeć na dziejące się wokół nas wydarzenia – te małe, wielkie i globalne – przez pryzmat czasu, który ciągle mija i miejsca w jakim się znajdujemy. I faktu, iż nie zawsze ofiara jest aniołem, a napastnik demonem.
Ta opowieść o ułudzie absolutu – bo chcemy aby nasza prawda była czymś niepodzielnym i powszechnie przyjmowanym aksjomatem – jest tym bardziej we współczesnym świecie istotna, gdyż owe wolne, demokratyczne i obiektywne ponoć media, posiadające niebywałą władzę, formatują naszą świadomość wedle zapotrzebowania swoich kuratorów: czyli megakapitału wiejącego przez nasz świat niczym Duch Święty wedle św. Augustyna, czyli „kędy on chce” i mającego jednoznaczny, utylitarny, wieczny interes. Zysk, wielowymiarowo rozumiany.
Marc Bloch, twórca w okresie międzywojennym znakomitej szkoły historycznej we Francji (tzw. Annales) zauważył, iż wszelkich dziejących się wokół nas wydarzeń – politycznych, kulturowych, ekonomicznych itd. – nie wolno oceniać i opisywać wyłącznie ze współczesnej nam perspektywy. Istnieje bowiem zasada przyczynowości i skutkowości. Z tej racji wszystko ma swe źródła w czasie minionym – tym bliskim, dalszym, a czasami w odległej o wieki przeszłości. To przykład na tzw. „długiego trwania”, jak z kolei konkludował kolejny reprezentant tej szkoły historycznej, Ferdynand Braudel.
Nie jest to pochwała – choć to jest ludzkie, czyli realne – relatywizmu (wzmacnianego przy okazji przez medialnych mentorów terminem „moralny”). Nie jest to także nawoływanie do pasywności. Jest to jedynie zwrócenie uwagi na to, iż o winie, karze czy odpowiedzialności decydować winne powołane do tego specjalistyczne, profesjonalne, opierające się o kodeksy (oczywiście po dogłębnym i zgodnym z procedurami procesie) organy. Zbyt często owi nowi władcy naszej świadomości, umiejscowieni w mediach i mainstreamie, podając nam informacje w formie jedynej i absolutnej prawdy – bo to ich prawda i ich wersja - mają w tym konkretny interes. Taki, aby owa prawda i wersja tak właśnie była odbierana i przez to jednocześnie kreowała wyroki zgodne z ich intencjami. Chcą być prokuratorem, sędzią i katem.
Warto więc choćby dla psychicznej higieny wyrwać się z bańki jednoznacznych i dogmatycznych definicji serwowanych nam przez media, odłączyć sieć i przejść do informacji, źródeł, tekstów czy obrazów (takich jak np. wspomniany Rashomon Kurosawy) pozwalających spojrzeć na świat, procesy w nim zachodzące i na nas samych bez emocji, uprzedzeń, fobii i dogmatycznie poszufladkowanych klasyfikacji.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Barbara Janiszewska
- Odsłon: 3370
Z prof. Andrzejem Markowskim, przewodniczącym Rady Języka Polskiego rozmawia Barbara Janiszewska
Rozmowę na temat stanu współczesnej polszczyzny z prof. Andrzejem Markowskim, który od 14 lat kieruje Radą Języka Polskiego, rozpoczęłam od przytoczenia fragmentu wymiany opinii prof. prof. Jerzego Bralczyka, Andrzeja Markowskiego i Jana Miodka na temat języka, zamieszczonej w książce „Wszystko zależy od przyimka”.
Prof. Miodek: „ Mówi się o nas, że obok Francuzów jesteśmy społeczeństwem, które wyjątkowo chucha i dmucha na swój język”. Prof. Markowski: „To wynika z naszej historii, z tego, że jednak nasz język był wyraźnie zagrożony w XIX wieku”. Prof. Bralczyk: „Ważne jest to, że polskość trwała akurat w języku, a nie gdzie indziej”.
![]() |
|
fot. Mirosław Kaźmierczak |
- Czy nadal dbamy o język, doceniając jego rolę w zachowaniu tożsamości narodowej? Czy mamy do czynienia z kryzysem współczesnej polszczyzny?
- Co to znaczy „kondycja języka”? To taki modny wyraz, zapożyczony z angielskiego condition. Zawsze walczę z takim sformułowaniem. Kondycji żadnej język nie ma! Możemy mówić o stanie, pozycji języka. A co do meritum pytania, to widzę, że przez ten czas, kiedy byłem przewodniczącym Rady Języka Polskiego, zaczęło liczyć się z naszymi opiniami coraz więcej instytucji, ważnych instytucji, takich jak np. Senat RP, komisje sejmowe, Ministerstwo Kultury i Dziedzictwa Narodowego. Może nie uwzględniają wszystkich postulatów RJP, ale wielokrotnie proszą nas o konsultacje w rozmaitych sprawach. W tym czasie odbyło się dziewięć ogólnopolskich konferencji – Forów Kultury Słowa, spotkań poświęconych językowi, które propagowały dobrą polszczyznę. Trzy razy przyznano tytuły Ambasadorów Polszczyzny – w ten sposób uhonorowaliśmy ludzi posługujących się dobrą polszczyzną. W moim przekonaniu, które wyniosłem z nauk prof. Doroszewskiego, ważniejsze jest propagowanie dobrych wzorców, niż walka ze złem. „W każdej dziedzinie życia należy opierać się na wartościach pozytywnych, a nie negatywnych, należy więcej dbać o to, by krzewić dobro, niż o to, by tępić zło. Ten postulat może mieć zastosowanie /…/ w zakresie spraw językowych” pisał Witold Doroszewski w przedmowie do zbioru „O kulturę słowa” . A krzewienie dobra polega między innymi na tym, że promuje się i nagradza ludzi posługujących się dobrą polszczyzną.
- Proszę powiedzieć o działalności Rady Języka Polskiego na rzecz używania przez Polaków poprawnej polszczyzny. Co zmieniło się w języku polityków, urzędników, w mediach?
- Rada co dwa lata składa Sejmowi i Senatowi RP sprawozdanie o stanie ochrony języka polskiego. Ostatnio badaliśmy witryny internetowe ministerstw pod kątem języka w nich używanego. Odbył się w Senacie RP kongres języka urzędowego. Nieustannie trwa szkolenie urzędników z ministerstw, urzędów centralnych, urzędów wojewódzkich. Przekazujemy podczas tych szkoleń praktyczną wiedzę o tym, jak posługiwać się dobrą polszczyzną, jak należy mówić i pisać po polsku.
- Kto kształtuje obowiązujące wzorce językowe – politycy, czy może dziennikarze?
- Nie wiem, czy politycy kiedykolwiek kształtowali wzorce językowe. Dzisiaj robią to przede wszystkim dziennikarze. Są tą grupą społeczną, która najbardziej wpływa na język, kształtuje go.
- A jak głębokie jest „zachwaszczenie” polszczyzny, np. wulgaryzmami?
- Nie mówmy o zachwaszczeniu, co to bowiem znaczy? Zaś wulgaryzmy zawsze w języku polskim były i zawsze będą. Świadczą one o niskiej kulturze, nie tylko językowej, ale niskiej kulturze w ogóle.
- Znamy (zacytowaną na początku) opinię Pana o roli języka w zachowaniu tożsamości narodowej. A czy możemy uznać, że język polski jest językiem europejskim?
- Niewątpliwie w tej chwili jest to najważniejszy w Unii Europejskiej język słowiański. Jest szóstym językiem, jeżeli chodzi o liczbę użytkowników rodzimych. Posługuje się nim 8 procent mieszkańców Unii. Powinniśmy więc dbać o to, by był to język rozpoznawalny w Europie.
- Ostatnio podsumowujemy 25 lat transformacji, we wszystkich dziedzinach. Czy możemy mówić, że przez te lata powstała polszczyzna transformacji?
- Nie. Polszczyzna się tylko szybko rozwinęła. Wchłonęła dużo nowych wyrazów, zapożyczonych głównie z angielskiego. Nowych, ponieważ jest wiele nowych specjalności, wydarzeń, rzeczy. I to wszystko musiało znaleźć odzwierciedlenie w języku. Czyli mamy do czynienia po prostu z szybciej rozwijającą się polszczyzną.
- Chciałabym teraz zapytać o to, czy nadal umiemy korzystać ze słowników? Czy wystarcza nam już korzystanie tylko ze słowników internetowych?
- Myślę, że nadal korzystamy ze słowników – słowniki wciąż się sprzedają, więc chyba nie jest źle.
- A czy RJP zajmie się oceną takich słowników?
- W pewnym momencie trzeba będzie zająć się oceną takich słowników. Ale wpływ Rady może być tylko taki, że będziemy mogli określić, które słowniki polecamy, a które są bezużyteczne.
- Na koniec jeszcze pytanie o to, jak Internet przenika do polszczyzny?
- Dzięki Internetowi Polacy zaczęli pisać. Przedtem posługiwali się głównie językiem mówionym. Dzisiaj więcej osób pisze, ale w inny sposób. Ten mówiony język zapisany jest nową jakością polszczyzny.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1909
"Nasze wyrzuty sumienia i oskarżenia naszych przodków nie wystarczą, jeżeli nie będziemy ich wspierać refleksją na temat przyczyn".
Chantal Delsol
Z pojęciem „polskości” oprócz wielu cech charakterystycznych – opisywanych i prezentowanych przez filozofów, politologów, socjologów (sfery akademickie), a także literatów, poetów, myślicieli czyli najkrócej intelektualistów - wiąże się ściśle termin, który należy tu wyjaśnić: tzw. rejtanizm. Pochodzi on od osoby posła nowogrodzkiego, Tadeusza Reytana, który w roku 1773 dramatycznym gestem i próbą zastosowania liberum veto chciał przeszkodzić I rozbiorowi Polski (uwiecznił to Jan Matejko na obrazie Rejtan- Upadek Polski). Reytan, zgorzkniały i przegrany, popełnił siedem lat później w swym majątku Hruszówka samobójstwo (rozciął sobie podbrzusze szkłem z rozbitego okna).
Prof. Ludwik Stomma jednak nieco inaczej naświetla kontekst zachowania Tadeusza Reytana, który ponoć zobaczył 8.08.1780 roku rosyjskiego żołnierza, chcącego napoić konia w studni we dworze i był przekonany, iż to regimenty carskie idą na Warszawę. W obawie przed nimi dokonał harakiri. Jest to o tyle tragiczne i groteskowe zarazem, że od 5 lat imć Reytan „był już zamknięty przez braci w przybudówce z zakratowanymi oknami, gdyż jako umysłowo chory dostawał ataków furii. Ta ostatnia wiadomość może przywrócić bardzo niewygodne pytanie: od kiedy mianowicie Reytan był nie w pełni władz umysłowych? To dramatyczna kwestia, gdyż większość świadectw wskazuje na rok 1773. Byłby więc słynny protest trywialnym aktem osoby obłąkanej?” - pyta Ludwik Stomma (Polskie złudzenia narodowe).
W tej konwencji rejtanizm traktować trzeba jako niezrównoważony, irracjonalny i pusty gest, przy towarzyszącej mu niesłychanie hałaśliwej propagandzie. Propagandzie i sprzężonych z nią zawsze manipulacjach, które największy idiotyzm i nieszczęście przekuwają w mit, w świetlaną legendę i lukrowaną hagiografię, budując określony kult ze wszystkimi elementami quasi-religii. Oczywiście jest to czynione post factum, dorabia się przy tym określoną argumentację dla celów utylitarnych i daleko odbiegającą od faktów związanych z wykonywaniem tegoż gestu (często marnego moralnie i podejrzanego etycznie, o racjonalności i pragmatyzmie nie wspominając).
Rejtanizm wiąże się bezpośrednio z narcyzmem rozumianym jako rezygnacja z autentycznego zainteresowaniem światem zewnętrznym. Towarzyszy mu zawsze mocne przywiązanie do siebie samego, do własnej grupy, klanu, religii, narodu rasy itd. wraz z wynikającymi z tego poważnymi zaburzeniami racjonalnego osądu. Potrzeba narcystycznej satysfakcji wynika z konieczności kompensowania sobie własnej materialnej i kulturowej biedy (Erich Fromm). Dotyczy to zarówno jednostek jak i zbiorowości.
Jednowymiarowość intelektualna, brak zdystansowania, refleksji krytycznej, racjonalnej i realistycznej, skupianie się jedynie na swoich krzywdach i cierpieniach (rzeczywistych czy wyimaginowanych) przy fetyszyzowaniu ich jako synonimu wyższych wartości i ofiary prowadzi zawsze na manowce. Wspomina o tym nie tylko Fromm.
Na ten problem zwraca uwagę także (choć pisząc o innych aspektach bytu człowieka) Herbert Marcuse. Jego zdaniem, społeczeństwo rozwinięte, jednowymiarowe, zmienia stosunek między tym co racjonalne i irracjonalne. Konfrontuje wtedy autentyczną racjonalność z fantastycznymi i chorobliwymi, acz bardzo wygodnymi aspektami życia. I swobodnie adoptuje je, uznając za racjonalne. Tak rosną podkłady irracjonalizmu.
Jeśli w oficjalnej narracji zarządza się wszelką komunikacją, czyniąc ją jedynie ważną i unieważniającą inne projekty niezgodne z obowiązującymi narcystyczno-społecznymi wymaganiami, wtedy wszystko co jest z nią niekompatybilne, co nie mieści się w tej projekcji, staje się synonimem fikcji. Fikcja jest tylko wtedy, kiedy nie mieści się w powszechnym mniemaniu tak funkcjonującej zbiorowości.
Znajomość historii Europy, rozwoju jej kultury, a nade wszystko obeznanie z dziejami barbarzyństwa obecnego w jej ramach, pozwala domniemywać – ba, skutecznie przewidywać – że okresy barbarzyństwa połączonego z celową dehumanizacją szerokich warstw i klas społecznych mogą być doskonałym kontynuowaniem (w nowych szatach i przy określonej retoryce) europejskiej cywilizacji. Zła tradycja, kultywująca ponad miarę krwawą ofiarę, usprawiedliwiająca ją ulotnymi celami wyższymi i następnie ją celebrująca (granicząc właśnie ze zbiorowym narcyzmem) wywodzi się poniekąd z religijnych meandrów sycących od wieków naszą kulturę, obyczajowość, obrzędowość itd. I nie dotyczy to tylko Polski. Zachód ten rys posiadł przez stempel dany jego kulturze przez wieki chrześcijaństwa i nauk Kościoła, które odziedziczyły go z tradycji judaizmu. Chrześcijaństwo było i jest przecież odłamem religii Mojżeszowej, który poszedł własną drogą rozwoju.
W Polsce rejtanizm jest w zasadzie obecny od wielu dekad w historii, polityce, zarządzaniu, a przede wszystkim jest jednym z zasadniczych elementów oświaty i edukacji. O narracji obecnej w mainstreamie nie wspominając. Widać dziś, że „Solidarność” jako ruch społeczny o wyraźnym profilu, niesłychanie mocno okopując się w tradycji religijnej i narodowej, sięgając po wartości kojarzone jawnie z katolicyzmem jako esencją polskości - nie kładąc nacisku na universum - odwołując się do wszystkiego, co wiązało się z pontyfikatem Jana Pawła II (a nie z ideami Oświecenia i tradycji zachodnich demokracji), traktowała siebie też jako kolejną matrycę tej idei. Z solidarnościowej zbiorowości i projektu wyłoniły się klony tej szkodliwej, niebezpiecznej dla porządku demokratycznego i państwa prawa, wolności obywatelskich i cywilizowanego społeczeństwa pomysły: Prawo i Sprawiedliwość i KOD PO. Dwa wrogie sobie plemiona.
Obrzucając się wzajemnie inwektywami, kto jest większym spadkobiercą komunizmu i PRL-u, kto jest czyim agentem, jednocześnie obie formacje (i to nie tylko politycznie postrzegane, ale kulturowo, mentalnie, aksjologicznie) prezentują siebie jako zbiorowości o jedynie słusznych, prawdziwych pomysłach na Polskę. Predestynowane i wybrane, aby ją zmieniać wedle wyłącznie własnych pomysłów i projektów.
Obie formacje położyły się niczym wspomniany Reytan przed drzwiami wejściowym na salę sejmową na obrazie Matejki, blokując tym samym świadomość Polek i Polaków pustym – bo bezpłodnym intelektualnie i fundamentalistycznym w wyrazie – gestem.
Ta blokada dotyczy przede wszystkim otwarcia na autentyczne idee Oświecenia i racjonalności. Hołdowanie skrajnym namiętnościom, instrumentalnie grając uczuciami religijnymi, utożsamiając np. religię z obskurantyzmem, bigoterią i dewocją, a przy okazji prezentując typowy fundamentalizm religijny, obie formacje sterują – jak by powiedział Ernst Troeltsch – ku typowemu sekciarstwu. I takie postrzeganie sfery religijnej jest przenoszone na całokształt życia, we wszystkich wymiarach.
Współczesne myślenie polityczne nad Wisłą i Odrą cierpiące na symbolizm i mitotwórstwo, choroby powielane przez polską elitę polityczną ponownie w ostatnich dwóch dekadach, jest powrotem do tego, co opisał dokładnie Aleksander Bocheński. Dzieje się tak – pisał on w Dziejach głupoty w Polsce - kiedy tłuszcza popularyzatorów, dziennikarzy, poetów, romansopisarzy podchwytuje pierwsze z brzegu, wygodne i obłaskawione przez mainstream i polityków tezy i bezkrytycznie je szerzy, lansuje, uzasadnia ich absolutną i jedyną prawdziwość. Po każdej klęsce, porażce, plajcie, które w efekcie tak panujących nastrojów i ducha są niemalże koniecznością, rozlega się chór pretensji, lamentów szlochów i łkań, wzajemnych oskarżeń, pomówień, szukania winnych (najczęściej obcych agentów i oczywiście – Żydów, agentów Kremla, zgniły Zachód etc.). Diagnoza tej schizofrenii, opętania i irracjonalnego szaleństwa pokazuje, że jeżeli z szacunku dla czczonych wspomnień lub drogich nam iluzji, fikcji i fantasmagorii ukryjemy prawdę , przysłonimy defekty i fakty (często niewygodne) prymitywną apologetyką, nie nauczymy się niczego i katastrofy znów będą naszym udziałem.
Ludzie niepewni swojego losu szukają zazwyczaj zbiorowości zapewniających im pełnię komfortu we wszystkich wymiarach bytu, gdyż nie chcą być samotni. Jeżeli neguje się z przyczyn ideologicznych i religijnych tożsamość klasową, która jest jednak w wielu wypadkach decydująca w sposobie widzenia świata i ludzi, muszą oni poszukiwać określonych wspólnot. Bez optyki materialistyczno-klasowej nie mogą zlokalizować źródła swych udręk, bo leży ono w relacji między pracą a kapitałem. To też jest często źródłem rejtanizmu.
Kolejnym komponentem, zarówno tworzącym jak i stanowiącym esencję takich nastrojów oraz fałszywego oglądu rzeczywistości, a przez to i decyzji czy zachowań, jest irracjonalność i brak autokrytycyzmu. Pragnienia i marzenia mieszają się z realiami i własnymi możliwościami. Reytanowi – temu z obrazu Matejki i dzisiejszemu, znad Wisły, Odry czy Bugu - brak jest hierarchii wartości dostosowanej do realności otaczającego świata. Jest intelektualnym oszustem, egocentrykiem, narcyzem, a jednocześnie ściga go poczucie krzywdy i spisków czyhających na niego zewsząd wokoło. Na ten typ neurozę i histeryczne skrzywienie obecne w zachowaniach wielu Polaków zwracał uwagę w swym dorobku Antoni Kępiński, psychiatra, humanista i filozof.
Absurdalność prowadzonej od lat w Polsce polityki i propagowanie określonej kultury oraz umysłowości to chory, zupełnie irracjonalny i postsarmacki fantazmat odwołujący się do dawno przebrzmiałych, zatęchłych i konfrontacyjnych koncepcji jak np. idea jagiellońska, Polska Chrystusem narodów, centrum mające rechrystianizować Europę i świat (gdyż stąd pochodził Jan Paweł II). Ale takie koncepcje ciągle funkcjonują w nadwiślańskiej, napuszonej, egzaltowanej, bombastycznej atmosferze rejtanizmu. Tak politycznego, jak i kulturowego, społecznego, politycznego.
A może rejtanizm to po prostu pewna forma obłąkania, irracjonalizmu połączonego z wybujałym ego, konglomerat różnych fobii i uprzedzeń, a przede wszystkim – mieszanina nie do końca uzmysłowionych i zracjonalizowanych kompleksów: wyższości i niższości? Przecież znów można usłyszeć z ust najważniejszych polskich polityków jak to dobrze i chwalebnie jest umierać za ojczyznę. W XXI wieku taka narracja trąci nie tyle myszką, co jest rodem z absolutnego skansenu i mentalnego zaścianka. Potwierdza to po raz kolejny, iż hodowanie takiej umysłowości przez edukację, jak również instytucje religijne, powszechną narrację mainstreamu przekłada się na kultywowanie zachowań przemocowych: dla ojczyzny trzeba albo umrzeć, albo zabijać. I przenosi się taki model funkcjonowania na całość życia oraz relacje międzyludzkie wewnątrz społeczeństwa.
Dlatego nadal rację ma (mimo iż upłynęło ponad 60 lat od chwili napisania tych fraz) Witold Gombrowicz, który stwierdził, iż trzeba bronić Polaków przed Polską. Ciągłe szamotanie się - rozpaczliwe i chorobliwe, konwulsje istnienia, wieki niedorozwoju i życie w absolutnej antynomii mega sukcesu i mega klęski robi swoje. To czyni z Polaka twór niedoskonały, zżarty jadami słabości i zawiści, zniekształcony i zgwałcony przez przeciwstawne sobie namiętności, chęci i wyobrażenia. Wart jest więc naród złożony z ludzi sfałszowanych i zredukowanych czegokolwiek? – pyta retorycznie Gombrowicz. Ludzie są niepewni siebie i swojej historii, widząc w trumnach i na cmentarzach miniony i przyszły swój los. Takie rozdarte sosny, nie umiejące sobie pozwolić na odrzucenie stygmatów po owych konwulsjach, dawnych blizn po owych klęskach, usunięcie pryszczy chorobliwego niedorozwoju, gdyż boją się że ten naród im się rozpadnie, że oprócz cmentarzy i trumien nic im nie pozostanie. Wykonują więc ciągle swój dance of death.
Aby podjąć skuteczną walkę z tymi stereotypami rzucającymi cały czas złowrogi cień na mentalność naszego społeczeństwa i nie pozwalających porzucić dawnych, postsarmackich, postkolonialnych i postromantycznych fobii i uprzedzeń, musi zmienić się przede wszystkim narracja prowadzona publicznie przez elity, edukacja młodzieży, retoryka medialna. Trzeba jednak wziąć przykład z Immanuela Kanta, który pisząc o wolności człowieka, zadał niezwykle istotny w perspektywie rozważanych tu zagadnień dylemat: „Co mogę wiedzieć? Co powinienem czynić? Czego mogę się spodziewać?”.
Wolność bez jej uświadomienia i rozumienia według humanistycznych paradygmatów (co może zapewnić jedynie powszechna i organizowana na odpowiednim poziomie oświata i edukacja społeczeństwa oraz wyważona narracja w przestrzeni publicznej) jest pustym terminem, dziejowym chomątem, takim współczesnym liberum veto, któremu hołdował m.in. poseł nowogrodzki Tadeusz Reytan i jego polityczno-kulturowa klasa. Tak rozumiana i praktykowana ahistorycznie i antyklasowo wolność jest jednym ze źródeł tego, co nazywa się rejtanizmem. I idzie z nim przez ostatnie 300-400 lat historii Polski cały czas pod rękę.
Radosław S. Czarnecki


