Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 327
Czy sakralizacja praw człowieka wedle religijnego schematu jest równoznaczna z ich dogmatyzacją? To obrazoburcze pytanie stanowiące osnowę tego tekstu nie jest pozbawione sensu. Jeszcze dwie, trzy dekady temu wydawałoby się intelektualnym i etycznym obłędem.
Entuzjazm na kanwie upadku muru berlińskiego, zanegowania tamtego podziału świata a przede wszystkim absolutne zwycięstwo – jak się zdawało – praw człowieka i wolności budowały wyłącznie optymistyczne spojrzenie w przyszłość. Miało być tylko lepiej, swobodniej, przyjemniej, szczęśliwiej.
Mesjaszów tych koncepcji i szczebiotliwych (jak dziś widać wyraźnie) przepowiedni w rodzaju Fukuyamy mnożyło się co niemiara. Prawa człowieka i człowieczeństwo – chodzi o jego istotę i głębię – zdawały się być czymś nierozłącznym, dozgonnym duopolem. Na wieki stawiającym humanistyczny stygmat na całym bycie naszego, ludzkiego rodzaju.
Dzisiejsze wysiłki zdefiniowania religii noszą znamiona wpływów oświeceniowej wojny z przesądami. A sama religijność, osnowa religii jako takiej, koniec końcem jest to nic innego jak przeczucie granic tego co my, ludzie, jesteśmy w stanie pomyśleć i zrobić.
Zygmunt Bauman
Prawa człowieka, tak jak je definiuje najważniejszy i zasadniczy dokument w tej mierze, przyjęty przez społeczność międzynarodową - Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ z 10.12.1948 r. – są czymś uniwersalnym. Uosabiają esencję humanizmu i właśnie człowieczeństwa, nie są bowiem związane z jakąkolwiek ideologią i doktryną polityczną. Uniwersalizm tych praw wynika właśnie z takiego ich rozumienia i funkcjonowania. Człowieczeństwo natomiast to zbiór cech charakterystycznych, uniwersalnych dla gatunku ludzkiego, immanentnych każdej jednostce, zbiorowości, narodowi, wreszcie całej planetarnej populacji, ukształtowanych w efekcie ewolucji. Humaniści postulują rozstrzyganie etycznych dylematów, immanentnych debatom o człowieczeństwie, tylko przez maksymalną uniwersalizację tych debat.
System neoliberalnego kapitalizmu i demokracja stanowiąca wraz z liberalizmem jego filary oraz podstawę hegemonii w dzisiejszym świecie buduje struktury prawne opierając się na prawach człowieka sformułowanych w rzeczonej Deklaracji, lecz z tej racji nie wolno mu uzurpować arbitralnej i jednoznacznej wyłączności na ich rozumienie i interpretację. Zupełnie niedopuszczalne jest – a tak należy rozumieć uniwersalizm i humanizm - jakiekolwiek narzucanie czy dogmatyczny dyktat innym społecznościom swojego rozumienia owych praw. Powstały one i są związane z różnymi kulturami, na bazie określonych doświadczeń historycznych i społecznych immanentnych właśnie tej kulturze, w określonym obszarze geograficznym, które doświadczyły takich, a nie innych epizodów w swych dziejach.
Z tego też tytułu owe prawa nie mogą być postrzegane jako religia czy coś w jej rodzaju. Z wielu przyczyn. Ot, choćby samej definicji religii. To przecież forma świadomości społecznej odzwierciedlającej - jak mówi marksizm oraz inne materialistyczne koncepcje filozoficzno-religioznawcze - sferę otaczającej człowieka rzeczywistości, której on nie opanował, nie potrafi zracjonalizować, nie pojmuje jej. Rzeczywistości, która wymyka się jego poznaniu. Do tego dochodzą uwarunkowania kulturowe, historyczne oraz cała paleta zjawisk i zdarzeń w minionych dziejach, które obejmuje termin „tożsamość”. Poza tym istnieje także konotacja w świadomości społecznej, będąca podobieństwem memów w przestrzeni wirtualnej. Funkcjonuje też coś, o czym ludowe mądrości mówią, iż „ludziom troszczyć się wypada o takie tylko sprawy, których rozwiązanie jest w ludzkiej właśnie mocy” (Z. Bauman, Ponowoczesność jako źródło cierpień). Właśnie tu pomocą służą wierzenia religijne wraz ze swoimi instytucjonalnymi strukturami.
Każda religia, zwłaszcza ta o wymiarze globalnym, ma zawsze swoje atrybuty, czyli dogmaty. Niesie sobą określone tabu (w praktyce są to tzw. świętości), liturgię, kult, a także obecność interpretatorów i egzegetów owych niezmiennych, uświeconych, zawartych w dokumentach, uznanych za kanoniczne dogmatów. Najczęściej są to argumenty i uzasadnienia uzurpatorskie. Tworzy ona swoje instytucje związane z szerzeniem, a także ze sprawowaniem straży w materii czystości kultu i wyznawanych wartości z nim związanych, jeśli ma możliwości prawno-administracyjne i jest podwiązana pod struktury państwowe (jak np. współcześnie w Iranie czy Arabii Saudyjskiej, lub w przednowoczesnej Europie).
Protoplaści humanizmu przyjęli aksjomat, że to człowiek, jednostka, jest „miarą wszechrzeczy” (za Protagorasem, który jednak swoją myśl traktował filozoficznie, nie dogmatyczno-praktycznie). Zadaniem i ambicją człowieka ma być organizacja ładu na Ziemi tak, aby powszechnie zapanowały szczęście, wolność, miłość. Wokół niego ma się obracać cały Wszechświat. A Ziemia i to, co ją zasiedla ma być przedmiotem jego posiadania. Tu właśnie przejawia się starotestamentowy nakaz „czynienia Ziemi sobie poddaną” (Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Rozdz. 1-28). Mimo, że humanizm przeciwstawiał się totalitaryzmowi katolicyzmu średniowiecznego i panowaniu Kościoła wobec człowieka, w tej sentencji tkwi wiele drogowskazów i stempli determinujących procesy w kulturze Zachodu. Człowiek na tej podstawie może ogłosić siebie odważnym, prawym, godnym, sprawiedliwym, bogatym, wpływowym. Może też to wszystko zanegować (J. Caroll, Humanism: The wreck of Western culture).
Jeden z ojców humanizmu, Pico Della Mirandola zauważył, że człowiek może stać się czym zechce. Tym tropem podążały także zastępy prześladowanych w Europie przedstawicieli różnych denominacji i sekt religijnych nie godzących się z zasadą cuius regio, eius religio, emigrujących do Nowego Świata. Na tej zasadzie powstała i wyrosła epopeja oraz mit Ameryki.
Humanizm to nurt filozoficzny i światopogląd oparty na racjonalnym myśleniu, który wyraża się troską o potrzeby, szczęście, godność i swobodny rozwój człowieka w środowisku społecznym i naturalnym. Humanizm stawia człowieka w roli gospodarza środowiska naturalnego, świadomego, iż powinien on być jednocześnie elementem ekosystemu
Ziemi. Szczególne prawa i obowiązki człowieka wynikają wyłącznie z faktu, że jest on jedyną istotą na Ziemi, która posiada naukę i technologię. Miał on wykluczyć egoizm (indywidualny, państwowy, między pokoleniowy itd.), postulował braterstwo i solidarność. W szerokim sensie to jest antropocentryczna postawa intelektualna, zarazem moralna, wyrażająca się troską o potrzeby, szczęście, godność i swobodny rozwój każdego człowieka. Postawa przykładająca wagę do racjonalnego myślenia. Jednak pewne procesy społeczne i kulturowe, a także polityczne działania rządzących od 3-4 dekad elit, spowodowały wykolejenie w wielu aspektach nośność humanizmu jako postępowego, uniwersalnego, nieskazitelnego i wyraźnie proosobowego trendu w stosunku do osoby ludzkiej.
Prawa człowieka w swym kanonicznym wymiarze miały właśnie być emanacją tych idei i wyobrażeń. Ale prawa człowieka jako dogmatyczna religia - obrazoburcze? Jednak gdy górę biorą ortodoksja i idące z nią pod rękę chęć uzurpacji, dominacji i przekonanie o swych absolutnych racjach, przypisujące sobie tym samym wyłączność na uniwersalizm i przypisanie tego do kanonu jednej kultury, jednego systemu, zaczyna się wówczas służba nawet najszczytniejszych idei i rozwiązań określonym, utylitarnym i politycznym celom. Pod parasolem owych wzniosłych koncepcji załatwia się potrzeby będące zaspokojeniem grupowych interesów, żądz czy pragnień. Często nader etycznie niskich i przyziemnych.
Deklaracja z roku 1948 od początku stanowiła jedną całość, której nie wolno przycinać, szatkować czy interpretować wedle utylitarnych politycznych i doktrynalnych potrzeb przez jakiekolwiek władze, środowiska czy grupy nacisku. Nie można części punktów pomijać, usuwać czy przemilczać. Podsumowuje to art. 30 rzeczonej deklaracji mówiący: „Żadnego z postanowień niniejszej Deklaracji nie można rozumieć jako udzielającego jakiemukolwiek Państwu, grupie lub osobie jakiegokolwiek prawa do podejmowania działalności lub wydawania aktów zmierzających do obalenia któregokolwiek z praw i wolności zawartych w niniejszej Deklaracji” (Problemy etyki. Wybór tekstów).
Tak stało się właśnie z prawami człowieka. Od 30-40 lat są one tysiąc razy powtarzane przy byle okazji, z różnych ambon, trybun czy w czasie niezliczonej liczby, różnych wzniosłych (w założeniach) konwentykli, spotkań, kongresów, seminariów. Powtarza się tylko te artykuły Deklaracji, które dotyczą wolności, nawet nie precyzując czym ona jest i jak ma się ją naprawdę, całościowo i komplementarnie rozumieć. Zapomniano zupełnie, pomijając milczeniem te zapisy i wytyczne, które nie są zgodne z panującą modą i kultem wolności ograniczonej wyłącznie do wąskiej kategorii związanej z przedsiębiorczością oraz sumieniem i świadomością. A przecież jak zauważył Zygmunt Bauman: „Nie ma chleba bez wolności. Ale co po wolności, jeśli dzień schodzi na poszukiwaniu kromki chleba, a noc na snach o jej znalezieniu?” (Zdzisław Słowik, Człowiek i świat. Współczesne dylematy. Rozmowa z Z. Baumanem).
Od razu nasuwa się refleksja Hansa G. Gadamera o związkach wolności i panowania. „Wolność może zaistnieć tylko tam, gdzie ograniczone jest panowanie. I tak przed ludzkością od dawien dawna stawało pytanie; jak możliwe jest ograniczenie panowania?” (H. G. Gadamer, Dziedzictwo Europy). Panowanie realizowane i praktykowane w sposób jednoznacznie narzucany, totalny, dogmatyczny i na dodatek wielowątkowo opresyjny, uniemożliwia pełny i bujny rozkwit wolności. I nie chodzi tu tylko o panowanie człowieka nad człowiekiem. Chodzi w o władzę kapitału oraz jego współczesnej emanacji: transnarodowych, planetarnych tworów zwanych korporacjami, jak to opisywał już w XIX w. Karol Marks.
Przez ostatnie dekady Deklaracja, będąca sztandarem demokracji liberalnej, mająca odniesienia do ogólnoludzkiej cywilizacji i planetarnej zbiorowości, przejawiać się poczęła jako wyłączny i absolutny element kultury euroatlantyckiej. A przez to stała się utożsamiana z systemem polityczno-gospodarczym królującym w obrębie tego kręgu kulturowo- cywilizacyjnego. Czyli ze współczesną wersją darwinizmu społecznego zwanego neoliberalizmem. Na dodatek elity i mainstream reprezentujące ową formację skupioną w grupie państw tzw. Zachodu, w związku z historycznym zwycięstwem demokracji nad blokiem realnego socjalizmu, w poczuciu siły militarnej, ekonomicznej, pozornych przewag kulturowych (dorobku kulturowego społeczeństw nie można wartościować wedle materialno-duchowych doświadczeń) itd. poczuły się uprawnione ponownie (jak to miało miejsce w epoce kolonialno-imperialnej) do dyktatu i aprioryzmu wobec reszty świata.
Euroatlantycka, a ostatnio - co widać słychać i czuć w klimacie narracji nie tylko medialnej - europejska kultura jest arogancka, totalna i na powrót imperialna. System demokratyczny i jego talmudycznie prezentowane wartości chwieje się w posadach de facto od 11.09.2001. Wszelkie próby po tej dacie przywrócenia blasku wartościom, które wtedy zostały poddane falsyfikacji, szły torem zaprzeczenia wszelkim zasadom nie tylko praw człowieka, ale i człowieczeństwa . Wystarczy w tym miejscu przypomnieć agresje na Afganistan, Irak, Libię czy Syrię, bądź mówić o Guantanamo czy Abu Ghurayb - przykłady zanegowania człowieczeństwa przez reprezentantów Zachodu. Dwa lata przed atakiem na WTC ONZ pod wpływem Waszyngtonu ukrył przed opinią publiczną raport misji UNEP, zajmującej się skutkami bombardowań Serbii dla środowiska naturalnego.
Tekst ten nigdy nie został opublikowany w całości, ale jego fragmenty dotarły do prasy dzięki staraniom niezależnego dziennikarstwa. Dokument zajmuje się m.in. użyciem przez wojska NATO pocisków ze zubożonym uranem. Izotop ten powstaje jako produkt uboczny podczas wzbogacania tego pierwiastka. Okazało się, że tego rodzaju broni użyto podczas bombardowań przede wszystkim na terenie południowej Serbii. Możliwe to było tylko wówczas, jak pisał Zbigniew Stachowski (Dyktat. Protest i integracja w kulturze), „kiedy w sposób bezwarunkowy uznamy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość. A więc idee, które tę kulturę współtworzyły zwłaszcza wówczas, gdy wartości te i wzory zechciano by urzeczywistniać w innych realiach kulturowych, lecz bez zachodniej akceptacji. Represyjność naszej kultury wobec obszarów i kultur niepokornych, nie dających się kulturowo ujarzmić jest po prostu zatrważająca”.
Potwierdza te tezy turecki noblista z literatury (2006) Orhan Pamuk pytając, czy „mamy dojść do wniosku, iż demokracja, wolność, prawa człowieka są nieważne, że wszystko co chce Zachód, to aby reszta świata go małpowała? Czy Zachód zniesie istnienie jakiejkolwiek demokracji będącej osiągnięciem wrogów, którzy w żaden sposób go nie przypominają?”(O. Pamuk, Śnieg).
Uniwersalizm, wzniosłość, humanizm Praw Człowieka (a tym samym człowieczeństwo wedle takiej filozofii i rozumienia) stały się czymś, co Jean Baudrillard nazwał symulakrem (J. Baurdrillard, Symulakry i symulacja). Symulakr, albo symulakrum (łac. simulacrum - podobieństwo, pozór) to pojęcie oznaczające imitację osoby, rzeczy, pojęcia. Ma pozorować lub tworzyć własną, nową rzeczywistość różną od oryginału. I takimi stają się też odniesienia do niej. Symulakry wykorzystuje się w różnych celach: religijnych, magicznych, naukowych, praktycznych, rozrywkowych, politycznych. Wyposaża się je w atrybuty, które tworzą złudzenie życia, autentyczności i oryginalności, podczas gdy są tylko ich echem lub cieniem. Z czasem, gdy oddalamy się od oryginału atrybutami coraz dalszymi, cichszymi, słabszymi. W dzisiejszej cyfrowej przestrzeni i powszechnej wirtualizacji, totalnej mediatyzacji przestrzeni publicznego dyskursu ten proces jest niesłychanie szybki i głęboki.
Baudrillard zauważył, iż wraz z rozwojem systemów znakowych oraz totalizacją naszej przestrzeni „kulturą obrazu” granica między światem rzeczywistym a jego przedstawieniami stopniowo zatarły się. Prowadzi to do wzrastającego uniezależnienia się znaku od matrycy pierwowzoru. Poszczególne fazy emancypacyjne tego procesu nazywa Baudrillard precesją symulakrów.
Główną tendencją towarzyszącą symulacji jest odejście od realnego charakteru znaku, słowa, terminu. W efekcie, zamiast skrywać sobą rzeczywistość, skrywają one jego imitację. A poprzez wspomnianą precesję, nachalną obrazkowość dzisiejszej kultury i totalność przekazu, tworzą rzeczywistość fikcyjną. Tym samym symulakrum nie jest kopią rzeczywistości, ale staje się samo w sobie realnością, hiperprawdą.
I tak działa dzisiejsza medialna manipulacja i takie osiąga efekty. Z czasem mamy więc do czynienia z sytuacją kiedy ta skopiowana matryca już nie istnieje, nie można dotrzeć do jej istoty, zatraciła bowiem przez wspomnianą precesję swoje pierwotne znaczenie. W efekcie takiego procesu określa bowiem coś, czym nie jest i czym nigdy nie była. Tym samym uniemożliwia się dotarcie do oryginału. Sakralizujemy więc imitację, poddając się megamanipulacji. I to jest istota tego, co George Orwell charakteryzował jako Ministerstwo Prawdy.
W takich procesach, mających cechy reifikacji (czyli uprzedmiotowienia urzeczowienia), w wyniku których zjawiska są traktowane jako rzeczy obiektywnie istniejące, pozaspołeczne, niezależne od działań ludzkich, kiedy wszelkie normy postrzega się jako ingerencję sił nadnaturalnych, przekazywane a priori przez wybranych egzegetów Prawdy, ginie uniwersalizm, humanizm i proczłowieczy charakter Praw Człowieka. Gdyż człowieczeństwo, które musi stanowić ich fundament, sprowadza się (co już się stało) do jakiegoś symulakrum. Mającego niewiele wspólnego z pierwotnymi założeniami zawartymi w rzeczonej Deklaracji ONZ.
Rodzi się więc dylemat, który podsumowuje niniejsze rozważania. Dlaczego, na jakiej podstawie kultura Zachodu ma mieć monopol na interpretację praw człowieka i uniwersalnych prawd, które są niezbywalną cechą całego naszego gatunku? Interpretacja i rozumienie tych uniwersalnych praw i prawd nie może być, jeśli ma być uniwersalnym i humanistycznym drogowskazem, jednokierunkową drogą wedle egzegezy prowadzonej z pozycji Waszyngtonu, Brukseli, Paryża, Londynu czy Berlina. Bo uniwersalizm i humanizm wykluczają a priori (jako coś sprzecznego w samej istocie) wszelki fundamentalizm i jakikolwiek dyktat.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 562
Starcie między tym, co globalne a lokalne towarzyszy zmianom zwanym powszechnie sformatowaniem na nowo świata w XXI w. To droga do świata wielobiegunowego, pluralistycznego, bez jakiejkolwiek hegemonii centrum, ośrodka dyspozycyjnego czy sztabu. Ono odbywa się również w ramach tak zdawałoby się konserwatywnej i odpornej na impulsy z zewnątrz struktury, jaką jest Kościół katolicki z kurią rzymską i papieżem na czele.
Należy przypomnieć, że napięcie istnieje również między tym co globalne, a tym co lokalne. Należy zwrócić uwagę na wymiar globalny, aby nie ulec pokusie wąskiego lokalnego spojrzenia.
Franciszek I (encyklika Fratelli Tutti)
Pontyfikat Franciszka I zapowiadany i oczekiwany jako przełomowy po latach konserwy z czasów Jana Pawła II i Benedykta XVI ugrzązł w watykańsko-kościelnych ostępach tradycjonalizmu i skostnienia. Młyny kurialne znad Tybru, a także cała struktura Kościoła (globalnej korporacji ”bezżennych mężczyzn” jak ktoś kiedyś go celnie określił), mielą powoli, obracając nawet najsłuszniejsze i progresywne zamiary w stęchliznę i spróchnienie utylitarnie rozumianej tradycji.
Synod biskupów, jaki odbył się w dn. 2-27.10.2024 w Watykanie miał dać impuls dla zmian, jakie na początku swego pontyfikatu zapowiadał papież Franciszek. Kard. Jose M. Bergoglio (panujący od 2013 r.) 17.12.2024 skończył 88 lat. Jest po Leonie XIII (zmarł w 1903 r. mając 93 lata) najstarszym w historii panującym papieżem.
Nie jest tajemnicą, że zamierza pójść drogą swego poprzednika, ustępując z racji wieku i stanu zdrowia ze stanowiska. Synod był więc niejako jego testamentem i przygotowaniem Kościoła (w Polsce nie jest to absolutnie widoczne) do nowego, nadchodzącego świata, gdzie hegemonii Zachodu (czy szerzej mówiąc – dominacji kultury „białego człowieka”) już nie będzie. Jego pochodzenie i wybór, Ameryka Łacińska (Argentyna), jest symbolem deeuropeizacji światowego Episkopatu, a tym samym i struktury Kościoła.
Warto dodać, że przed Franciszkiem, ostatnim o nieeuropejskim pochodzeniu papieżem, był wywodzący się z terenów dzisiejszej Syrii Grzegorz III (731-741).
Centralizm czy kolegialność?
Dwukrotnie po 2013 r. nominaci Wojtyły i Ratzingera w kolegium kardynalskim i episkopacie światowym próbowali zmusić Franciszka do abdykacji. Tak w znakomitym eseju Samotny wśród wilków stwierdził topowy watykanista Marco Politi. Główni przeciwnicy linii Argentyńczyka to kardynałowie kojarzeni z konserwatywną, mocno zachowawczą, w stylu dawnego papocezaryzmu i zamordyzmu w stylu epoki Piusów (czy Jana Pawła II) to Niemcy: Meissner i Brandmüller, Holender Eijk, Amerykanin Burke, Peruwiańczyk Cipriani czy pochodzący z Gwinei, Sarah.
Zasadniczym i najważniejszym (z punktu widzenia rzymskiej kurii i globalnego episkopatu) problemem związanym z wszelkimi próbami reform w Kościele jest kwestia centralizmu, który zdaniem Franciszka ma być zastąpiony zasadą kolegialności. Naczelnym działaniem papieża w tej mierze jest chęć zerwania z arystokratycznym, na wpół feudalnym klimatem i sposobem funkcjonowania kurii rzymskiej oraz układów w światowym Episkopacie. Takie nieśmiało nakreślone ramy znalazły się już w podstawowych dokumentach Soboru Watykańskiego II, lecz zanegował je długi, bo ponad 25-letni, pontyfikat papieża z Polski.
Jest to wizja związana z terminami „Kościoła ubogiego” i „znaków czasu” (Jan XXII), będących odpowiedziami na postępujący pluralizm świata, który jest widoczny, z różnym skutkiem i efektami, od końca II wojny światowej i lat dekolonizacji. Obecnie wielobiegunowość związana z postępującymi wielosektorowymi zmianami geopolitycznymi, słabnięciem znaczenia kolektywnego Zachodu jako globalnego hegemona, formatowaniem świata w oparciu o nowe technologie i postępującą rewolucję w sferach komunikacji interpersonalnych jest priorytetem dla wszystkich sił chcących mieć jakiekolwiek znaczenie w planetarnym, nowym rozdaniu. Szkoda, że polska elita i mainstream tego nie chcą (a może nie potrafią) zauważyć i wyciągać stąd stosownych wniosków. A Kościół i znakomita watykańska dyplomacja musi to uwzględniać, jeśli chce pozostać „w grze” światowych potęg (obecnych i przyszłych). Oczywiście, działa ona wedle wielowiekowych doświadczeń, klasycznych dla dyplomacji zasad, bez zbędnych, niekontrolowanych, emocjonalnych i doraźnie wynikających, okoliczności.
Centralizm jest rozumiany w Kościele jako absolutyzm papieża i biskupów, będąc hierarchiczną zasadą na podobieństwo feudalnych królestw. Są oni niczym udzielni władcy skupiający w swych rękach władzę ustawodawczą, wykonawczą i sądowniczą. Nie podlegają jakiejkolwiek kontroli spoza swego grona. Obowiązkiem wiernych jest słuchać, modlić się i wykonywać bez wahania decyzje „purpuratów”. Jak to określił przed 1500 laty św. Benedykt z Nursji – ora et labora (módl się i pracuj): czyli pokora, zgoda na stosunki społeczne, w jakich wierny bytuje, admiracja zadekretowanych autorytetów. Tę dewizę, doskonale wpisującą się w kulturę kształtowaną przez chrześcijaństwo od wczesnego Średniowiecza, wykorzystuje „kapitał” (neoliberalizm pokazuje to w szczególności) dla nowoczesnej wersji podporządkowania i sprawowania swej władzy.
I to właśnie - jak ma być zorganizowana hierarchia w Kościele, jego struktura i formy funkcjonowania, a nie powszechnie podnoszone przez media kontrowersje wobec pedofilii, współpraca w tej mierze Kościoła i państwowych organów ścigania, dopuszczenie małżeństw jednopłciowych i osób rozwiedzionych do uczestnictwa w mszach oraz zaprzestanie ich piętnowania, spory wokół gender i kultury woke, kapłaństwa kobiet, etyki seksualnej itd. - są zasadniczą płaszczyzną konfliktu w łonie Kościoła. Jak zawsze, chodzi bowiem o realną władzę i wpływy. Zwolennicy tradycjonalizmu (traktowani jako konserwatyści podnoszący problem ewentualnych schizm i rozłamów w Kościele) próbują ratować obowiązującą wertykalną strukturę Kościoła i nie dopuścić do uszczuplenia praw tych, którzy zawsze w Kościele nadawali ton. Dlatego Franciszek ściągnął w międzyczasie z agendy synodu kilka gorących zagadnień. Przede wszystkim chodzi o kwestię święceń kapłańskich dla kobiet i celibat duchownych. Są to postulaty stanowiące kluczowe zagadnienia dla najbardziej otwartych, progresywnych środowisk w kościołach lokalnych: USA, Niemcy czy Austria.
Nawet zgoda na przyznanie kobietom niższych święceń kapłańskich, czyli diakonatu, okazała się dla konserwatystów kościelnych krokiem zbyt radykalnym. I papież się musiał ugiąć przed tymi, mającymi oparcie w tradycji i teologii, ponadnarodowymi środowiskami. Jeszcze przed rozpoczęciem synodu, w wypowiedzi dla mediów, scharakteryzował ów problem generał benedyktynów Jeremias Schröeder, mówiąc: „Nie sądzę, byśmy na synodzie otrzymali konkretne odpowiedzi na wyzwania naszych czasów. Co najwyżej synod zmieni styl debaty”. I to dlatego podczas obrad synodu protestowały w Rzymie i Watykanie kobiety z Catholic Women’s Council, sieci stowarzyszeń katoliczek upominających się o godniejsze miejsce w Kościele, w tym grupa z Polski.
Jednak w przedmiocie osłabienia rzymskiego centralizmu i zastąpienia go zasadą kolegialności papież jeszcze, jak się wydaje, nie poległ. Postawił to zagadnienie na innej płaszczyźnie, niż dotychczasowe spory: debata i zmiany mają się teraz odbywać w sferze zwiększenia transparentności podczas podejmowania decyzji istotnych dla Kościołów lokalnych. Tak, by głosy laikatu, zwłaszcza kobiet, były jasno artykułowane w dokumentach. Jest to drobny, ale znaczący, krok w poszerzaniu kolegialności.
Polityka personalna
Kolejnym krokiem papieża przygotowującym Kościół do „życia po Franciszku” są nominacje kardynalskie, mające bezpośredni wpływ na wybór jego następcy. W grudniu ub. roku Franciszek mianował 21 nowych kardynałów (w większości spoza Europy). Nominacje te, tak jak i poprzednie, wskazują, iż rozpoczęło się już następne konklawe, będące bojem o Kościół według jego wizji. O Kościół przyszłości w wielobiegunowym, rozproszonym, ale i chaotycznym świecie. I tu można mówić o sukcesie Franciszka, gdyż te nominacje kardynalskie zmienią oblicze kolegium, spowodują odejście Kościoła od arystokratycznej i mocno konserwatywnej, niemalże feudalnej, struktury zakonserwowanej latami pontyfikatów Jana Pawła II i Benedykta XVI. Purpurę bowiem Franciszek przyznawał przede wszystkim duchownym „wrażliwym społecznie” (tak te nominacje można ogólnie scharakteryzować).
Franciszek przełamał również kanon, że o wyborze papieża ma decydować 120 kardynałów elektorów (obecnie będzie ich 141, w większości to jego nominaci). W rankingu papa bile, czyli potencjalnych następców Franciszka (firmy bukmacherskie przyjmują już w tej mierze zakłady), zyskuje patriarcha Jerozolimy, franciszkanin kard. Pierbattista Pizzaballa. Z racji konfliktu w Palestynie, złożoności problematyki wyznaniowej w tym regionie, rosnącej agresywności Izraela nie tylko militarnej, ale i w sferze religijnego dyktatu żydowskich ortodoksów, ewentualny sukces katolickiego patriarchy Jerozolimy (a to jedna z najstarszych tzw. patriarchalnych stolic chrześcijaństwa obok Rzymu, Antiochii, Aleksandrii, a od IV w. n.e. Konstantynopola) byłby więcej niż znamienny. Także z racji upadku rządów Assada w Syrii i chaosu, jaki może na lata tam zapanować, byłby to kluczowy wybór w dyplomatycznych zabiegach o stabilizację w tym regionie.
Pizzaballa to Włoch związany z Palestyną od ponad 25 lat, mający doskonałe kontakty ze wszystkimi silami politycznymi w regionie, określany jako duchowny otwarty na inne wyznania, z dobrym przygotowaniem dyplomatycznym, przychylny decentralizacji Kościoła (w stylu wschodnio-chrześcijańskich denominacji) oraz zwolennik dalszej deeuropeizacji episkopatu światowego. Jego ewentualny wybór na 267 biskupa Rzymu potwierdzałby porzucanie przez Kościół opcji eurocentrycznej i wskazywałby na kres dominacji kultury zachodniej na świecie. Także w strukturach i formach funkcjonowania Kościoła. To również odzwierciedlenie ogólnoplanetarnego trendu słabnięcia hegemonii cywilizacji zachodnio-europejskiej.
Emerytura - pole do stworzenia tradycji
Franciszek stara się też sformalizować status papieża-emeryta. Tu nie ma jakichkolwiek odniesień do tradycji. Dwóch biskupów Rzymu w historii, którzy sami ustąpili ze stanowiska (Benedykt XVI i Celestyn V) nie jest tu żadną podstawą do opracowywania przepisów i praktyki. I dlatego w tej materii toczą się gorące dyskusje.
Zwiększenie w kolegium liczby kardynałów pochodzących z tzw. globalnego południa zmienia oczywiście profil tego gremium, lecz nie oznacza, iż są to osoby zainteresowane zagadnieniami ważnymi dla Europejczyków i Amerykanów z północy. Ich zaangażowanie społeczne jest priorytetem, ale dotyczy to sytuacji, w jakiej żyją wierni na globalnym południu. Wyzysk, brak środków do życia, skażenie środowiska na wskutek drapieżnej działalności zachodnich koncernów, odsuwają na drugi, bądź trzeci plan zagadnienia światopoglądowe, etyczno-moralne, nad którymi debatuje się w świecie zachodnim. Wykreowane przez Franciszka kolegium kardynalskie ma więc większe szanse na to, by dokonać elekcji Franciszka II, niż kolejnego Benedykta czy Jana Pawła. I byłby to papież z opcją jak najbardziej prospołeczną, silnie zorientowany na problemy biedniejszych społeczeństw.
Wszelkie znaki „na niebie i ziemi” we współczesnym świecie wskazują, że przeformatowanie świata XXI wieku postępuje we wszystkich, możliwych płaszczyznach ludzkiego bytu. Nawet w strukturach tak zakonserwowanych i na wpół feudalnych jak Kościół katolicki. Ci, którzy nie potrafią lub nie chcą dojrzeć tych megatendencji pozostaną na uboczu tworzącej się nowej rzeczywistości. Będą żyć w wyizolowanych skansenach, bądź kulturowych rezerwatach nie mających żadnego znaczenia dla ludzkiego postępu i rozwoju.
Radosław S. Czarnecki
.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 260
Propaganda to znane i skuteczne narzędzie manipulacji opinią publiczną. Termin ten jest nam dobrze znany, ale wielu – zwłaszcza w Niemczech – kojarzy go przede wszystkim z szeroko zakrojonymi, podburzającymi i rasistowskimi kampaniami plakatowymi, przemówieniami w Pałacu Sportu, pełnymi nienawiści tyradami w gazetach, synchronizacją mediów („Gleichschaltung”) oraz więzieniem dysydentów.
Jednak propaganda, albo „Public Relations”, jak nazwano tę metodę po II wojnie światowej, obecnie nazywana również „PsyOp” (skrót od „operacji psychologicznych”), może być o wiele bardziej subtelna i jest wykorzystywana również przez zachodnie rządy, agencje wywiadowcze i korporacje.
Choć często zakładamy – ponieważ dyskurs publiczny/medialny jest przez nie zdominowany – że autokracje lub dyktatury mają monopol na tę metodę, techniki propagandy i dezinformacji mogą być i są celowo wykorzystywane również w demokracjach, aby podsycać strach, kreować wizerunek wroga i manipulować opinią publiczną. Albo, jak ujął to ostro, ale zwięźle Noam Chomsky: „Propaganda jest dla demokracji tym, czym pałka dla państwa totalitarnego”.
Dlatego w serii artykułów przedstawię kilka najważniejszych, ale nie zawsze powszechnie znanych i łatwych do zrozumienia metod propagandy, zaczynając właściwie od następującej metody:
Efekt pierwszeństwa – czyli siła pierwszej historii
Szczególnie skuteczną taktyką stosowaną w propagandzie jest wykorzystanie „efektu pierwszeństwa”, czyli siły pierwszego wrażenia. To zjawisko psychologiczne opisuje tendencję ludzi do znacznie większego doceniania pierwszych informacji, jakie otrzymują na dany temat lub w danej sytuacji, niż informacji, które otrzymują później.
Kiedy niewiele wiadomo o danej sytuacji, można bardzo skutecznie i niemal niezauważalnie sterować percepcją odbiorców, umieszczając od samego początku pewne „stawki” narracyjne i zakotwiczając kilka stałych, podstawowych założeń, zanim ludzie zorientują się, że ich percepcja jest już kontrolowana.
Sposób, w jaki to działa, jest taki, że na początku nowej sytuacji jesteśmy — jak Neo w pustym białym pokoju w filmie „Matrix” — poznawczo i emocjonalnie tak zależni, a tym samym wdzięczni za wszelkie wskazówki, że szybko przyjmujemy pierwsze otrzymane informacje za nasze własne, a później niechętnie lub nie chcemy ich kwestionować, ponieważ stanowią one nasze mentalne i psychologiczne „bariery ochronne” dla zrozumienia sytuacji.
Te pierwsze założenia stają się naszymi przesłankami, a zatem są dla nas „niewidzialne” i kierują naszą percepcją, nawet bez naszej świadomości. Ludzie często reagują emocjonalnie i „obronnie”, gdy te podstawowe założenia są później kwestionowane, ponieważ dawały im one na początku bezpieczeństwo emocjonalne i nie postrzegają ich jako narzuconych z zewnątrz. Oznacza to: Ten, kto opowie pierwszą historię, „wygrywa”. Im szybciej po wydarzeniu i im szerzej może się ono rozprzestrzenić, tym silniej działa ten efekt „kto pierwszy, ten lepszy”.
Efekt pierwszeństwa jest szczególnie silny bezpośrednio po traumatycznych wydarzeniach, takich jak ataki terrorystyczne, klęski żywiołowe, rzeczywiste lub domniemane masakry, lub gdy ludzie stają w obliczu nowej, groźnej i emocjonalnie niepokojącej sytuacji, w wyniku której są zdezorientowani, zszokowani, pełni strachu, a tym samym neuropsychologicznie w stanie, w którym krytyczne i racjonalne myślenie zostaje na krótki czas zawieszone, a oni najbardziej potrzebują i pragną orientacji.
Ponieważ efekt pierwszeństwa jest wzmacniany przez wydarzenie szokujące, wydarzenia te są czasami wręcz sztucznie kreowane. W innych przypadkach naturalne wystąpienie takiego wydarzenia szokującego jest wykorzystywane do rozpowszechniania określonej narracji, a następnie inicjowania w oparciu o nią nieakceptowalnych w innym przypadku działań –jak ujął to szef sztabu Obamy, Emanuel Rahm: „Nigdy nie pozwól, aby dobry kryzys się zmarnował”.
Jeśli szokujące wydarzenie jest zaplanowane, tę narrację można nawet przygotować z wyprzedzeniem i natychmiast wyciągnąć z szuflady.
Jeśli szokujące wydarzenie następuje „naturalnie”, czas gra kluczową rolę i zazwyczaj następuje wzmożona aktywność z pomocą specjalistów ds. komunikacji, aby wykorzystać kryzys w jak najbardziej kompleksowy sposób dla własnych celów. Ważne jest, aby zaledwie kilka minut po tym, jak szokujące wydarzenie przedostanie się do świadomości publicznej, a nawet bezpośrednio wraz z wiadomościami o nim, własna narracja została przekazana możliwie jak najbardziej jednolicie przez wszystkich aktorów i media oraz jak najszerzej, tworząc wszechogarniającą narrację „przykrywającą” sytuację.
Metodę tę można wykorzystać na przykład w propagandzie wojennej, aby oskarżyć drugą stronę o zbrodnię wojenną i w ten sposób zmotywować własną ludność do przystąpienia do wojny lub dalszych dostaw broni. Lub w kraju, aby przeforsować niepopularne projekty ustaw, które znacząco ograniczają prawa obywatelskie w (rzekomej lub faktycznej) walce z przestępczością, terroryzmem, dezinformacją lub radykalnymi siłami wewnątrz kraju.
Płonące wieże
Dobrym przykładem siły pierwszej historii jest komunikacja związana z atakami terrorystycznymi z 11 września 2001 r. i ich wpływem:
Świat, a zwłaszcza społeczeństwo amerykańskie, był w szoku w chwilach, godzinach i dniach bezpośrednio po ataku, z powodu transmisji na żywo płonących i zawalających się wież World Trade Center, ludzi uciekających z miejsca zdarzenia, ludzi wypadających lub wyskakujących z płonących budynków oraz ikonicznych zdjęć samolotów uderzających w wieże. Potem pojawiły się doniesienia o kolejnym samolocie uderzającym w Pentagon i innych niepokojących wydarzeniach. Wszyscy byli w stanie strachu i paniki.
W relacjach z tych wydarzeń narracja i kontekst zostały ustalone zadziwiająco szybko. Elementy tej narracji i kontekstu to: islamiści, atak terrorystyczny, „akt wojny”, co wskazywało na wypowiedzenie wojny – czym atak terrorystyczny w rzeczywistości nie jest, ponieważ wojnę może wypowiedzieć tylko inne państwo, a nie grupa terrorystyczna. Z tego szybko wyłoniła się „wojna z terroryzmem”. W ten sposób natychmiast opracowano silny „scenariusz wojny i zagrożenia”, szybko zidentyfikowano wroga (19 islamistów pod dowództwem Osamy bin Ladena, Afganistan).
Później ujawniono wiele faktów i okoliczności, które podważyły tę historię lub sprawiły, że sytuacja wydawała się znacznie bardziej skomplikowana i niejasna, ale wtedy było już za późno. Oficjalna narracja była mocno ugruntowana, zakorzeniona emocjonalnie i poznawczo, a każda nowa teoria lub odmienny element historii kolidował z narracją większości, „systemem obronnym”, i można go było łatwo odrzucić jako „teorię spiskową”.
Tutaj widać, dlaczego takie wykorzystanie „efektu pierwszeństwa” jest tak pomocne w kręgach pragnących narzucić określoną narrację: gdyby historia nie była jasna od samego początku i wszyscy „błądzili w ciemności”, teorie lub spekulacje byłyby zarówno naturalne, jak i uzasadnione. Otwierałoby to przestrzeń do dyskusji na temat różnych możliwych sekwencji zdarzeń, sprawców, motywów itp.
Ale właśnie temu zapobiega się. Bardzo szybko prezentowana i niemal słowo w słowo powtarzana „pierwsza historia” na wszystkich kanałach i przez wszystkich aktorów omija tę fazę otwartej debaty. Przestrzeń jest teraz zamknięta. Wszystko jest rozwiązane. Nowe teorie lub spekulacje napotykają teraz na znacznie większe trudności i opór emocjonalny, ponieważ dla większości ludzi porzucenie starego, raz zajętego stanowiska jest trudne. Ciężar dowodu zostaje więc niemal odwrócony.
Podczas gdy pierwsza historia nie wymagała praktycznie żadnych solidnych dowodów i jest ledwie analizowana, każda nowa historia lub teoria, która chce obalić pierwszą, wymaga wielokrotnie więcej dowodów, a dla tych dowodów stawiane są znacznie wyższe standardy.
Oczywiście, możliwe, że amerykańskie służby wywiadowcze rzeczywiście były tak dobrze poinformowane i mogły tak szybko przedstawić „rozwiązanie” i „sprawców”, ponieważ dobrze wykonały swoją pracę. Albo przynajmniej, możliwe, że szczerze wierzyły, że relacjonują całą prawdę i tylko prawdę. Możliwe, że prosta narracja o czynie i o „wojnie z terroryzmem” była jedynie emocjonalnie i taktycznie nieuniknioną i logiczną reakcją kadry kierowniczej USA wokół prezydenta George’a W. Busha na skrajne zagrożenie dla ich kraju, wynikające z ich charakteru narodowego i stanowiska w polityce zagranicznej. Podobnie, możliwe, że wszystkie kanały telewizyjne i gazety na całym świecie przekazywały ten sam przekaz jednogłośnie i nie zadawały żadnych krytycznych pytań, ponieważ otrzymywały informacje od tych samych agencji prasowych i same były tak zszokowane, że ich zdolność krytycznego myślenia, podobnie jak zdolność obywateli, na krótko się zawiesiła.
Równie możliwe jest jednak, że amerykańscy obywatele byli przygotowywani poprzez sposób, w jaki przedstawiono im wydarzenie — silnie emocjonalną i podżegającą retorykę oraz zatajenie/nieprzekazanie pewnych aspektów i faktów dotyczących aktów — zarówno do przyjęcia „USA Patriot Act”, który poważnie ograniczyłby wiele podstawowych praw i wolności oraz wprowadzenia nowej architektury nadzoru, przygotowanej na długo przedtem, jak i do szeroko zakrojonych działań wojskowych (wojna w Afganistanie, wojna w Iraku), które również były planowane z przyczyn geopolitycznych na długo przed atakiem terrorystycznym, ale nie uzyskały politycznego poparcia ze strony społeczeństwa.
Z pewnością minie trochę czasu, zanim w pełni odkryjemy, co naprawdę się wtedy wydarzyło; być może nigdy się tego nie dowiemy. Jednak z komunikatów dotyczących wydarzeń z 11 września 2001 roku jasno wynika, jak skuteczny jest efekt pierwszeństwa, zwłaszcza w kontekście wydarzenia szokującego.
Demokracja w płomieniach
Aby zilustrować siłę tej pierwszej historii, chciałabym cofnąć się jeszcze bardziej w przeszłość: do wydarzeń po pożarze Reichstagu w Berlinie w 1933 roku. To wydarzenie i reakcje na nie zapoczątkowały przejście od demokracji do dyktatury – co stało się możliwe również dzięki szokującemu wydarzeniu i towarzyszącej mu propagandzie.
Co się stało? W nocy z 27 na 28 lutego 1933 roku gmach Reichstagu (parlamentu) w Berlinie stanął w płomieniach, a sala plenarna została doszczętnie spalona. Tej samej nocy holenderski murarz i komunista Marinus van der Lubbe został aresztowany w Reichstagu. Tło i szczegóły tego czynu oraz pożaru do dziś pozostają niejasne. Czy ten silnie niedowidzący młody mężczyzna działał sam? Czy współpracował z komunistami, czy działał w ich imieniu? A może był to atak pod fałszywą flagą, tj. czy siły SA (Sturmabteilung, Dywizja Szturmowa, nazistowskie siły paramilitarne) lub NSDAP (Narodowosocjalistyczna Niemiecka Partia Robotnicza) były zaangażowane w podżeganie Marinusa van der Lubbe, doprowadzenie go do Reichstagu (jak zeznał jeden ze świadków) i aktywne współdziałanie w podpaleniu, aby zapewnić pretekst do brutalnych represji wobec przeciwników politycznych (komunistów) i ostatecznego przejęcia władzy w Niemczech?
W każdym razie narracja NSDAP była od razu jasna. W noc pożaru Hermann Göring, pełniący obowiązki pruskiego ministra spraw wewnętrznych, oświadczył: „To początek komunistycznego powstania; uderzą teraz! Nie mamy ani chwili do stracenia!”
Ale tak się nie stało. Tej samej nocy doszło do nalotów, aresztowań, tortur i morderstw komunistów oraz innych krytycznych polityków i intelektualistów. Dziesiątki tysięcy członków opozycji trafiło w ciągu kilku następnych tygodni do improwizowanych obozów koncentracyjnych.
Już następnego dnia wydano „Dekret Prezydenta Rzeszy w sprawie ochrony ludzi i państwa” (tzw. Dekret o pożarze Reichstagu). Ten nadzwyczajny dekret umożliwił masowe rozszerzenie prześladowań opozycji politycznej i doprowadził do wprowadzenia stanu wyjątkowego oraz znacznego zawieszenia praw politycznych. Można powiedzieć, że dopiero to szokujące wydarzenie i późniejsze zmiany komunikacyjne i prawne umożliwiły nazistom przejęcie władzy.
W kolejnym procesie skazano Marinusa van der Lubbego, ale pomimo znaczącego wpływu politycznego na przebieg postępowania, nie znaleziono wystarczających dowodów na współudział oskarżonych komunistów. Również w tym przypadku jest co najmniej możliwe lub wręcz prawdopodobne, że Hitler, Göring i inni wysoko postawieni funkcjonariusze NSDAP szczerze wierzyli w niebezpieczne powstanie komunistyczne i dlatego, zgodnie ze swoim przekonaniem, podjęli szeroko zakrojone działania w celu zapewnienia bezpieczeństwa „Rzeszy i ludzi”.
Bardziej prawdopodobne jest jednak, że sami wykorzystali ten pożar, a nawet go spowodowali. Nasze podejrzenia powinny budzić następujące czynniki: W noc pożaru było za wcześnie, aby przeprowadzić jakiekolwiek śledztwo. Skąd mogli wiedzieć o udziale komunistów? Nocne naloty i aresztowania były częścią zakrojonej na szeroką skalę operacji policyjnej – która wymaga pewnych przygotowań.
Podobnie, obszernego dekretu politycznego nie da się napisać w ciągu kilku godzin, więc musiał on zostać przygotowany. Co więcej, atak miał miejsce w gorącej fazie kampanii wyborczej do Reichstagu 5 marca 1933 roku. Podpalenie idealnie pasowało nazistom, ponieważ dało im okazję do radykalnej przemocy z użyciem władzy państwowej przeciwko partiom lewicowym, a także posłużyło jako pretekst do odebrania mandatów wszystkim komunistycznym posłom. Najważniejszą wskazówką może być to, że żadnego z tych aresztowań ani środków nie cofnięto po tym, jak sąd nie był w stanie udowodnić, że za podpaleniem stał komunistyczny spisek. Jak to często bywa, zwyciężyła „pierwsza historia”.
Jak przeciwdziałać
Zawsze jest to godne uwagi i powinno wzbudzić podejrzenia opinii publicznej, gdy po ataku terrorystycznym lub innym nagłym wydarzeniu na dużą skalę, takim jak zbrodnia wojenna lub okrucieństwo, „historia” wydaje się zadziwiająco dobrze ugruntowana w swoich zasadniczych zarysach, a nawet szczegółach w ciągu pierwszych minut lub godzin i jest jednolicie rozpowszechniana we wszystkich kanałach z identycznym sformułowaniem, interpretacją i wnioskami.
Naturalny bieg wydarzeń zazwyczaj wymaga, aby relacje lub oświadczenia polityków czy śledczych były bardziej powściągliwe, a przedwczesne wnioski i oskarżenia nie były zbyt śmiałe. Znamy to z mniej spektakularnych i mniej politycznych wydarzeń: „Policja nie może jeszcze udzielić żadnych informacji o sprawcy”. „Z powodu trwającego śledztwa nie można ujawnić szczegółów zdarzenia”. „Prosimy opinię publiczną o cierpliwość”. „Wciąż nie wiadomo, co dokładnie się wydarzyło i kto ponosi odpowiedzialność”. „Prosimy opinię publiczną o cierpliwość i spokój” itd.
Tego typu oświadczenia i stopniowe ujawnianie szczegółów oraz teorii/spekulacji na temat przebiegu wydarzeń i osób odpowiedzialnych są naturalnym rezultatem faktycznych dochodzeń, które w połączeniu z hipotezami śledczymi ostatecznie prowadzą do ostatecznego rozwiązania.
Jeśli jednak rozwiązanie sprawy następuje bardzo szybko, z wieloma szczegółami, a zwłaszcza sprawcy lub osoby odpowiedzialne wydają się być znane w ciągu kilku minut od zdarzenia, a zdarzenie jest zaskakująco szybko przedstawiane jako fundamentalnie wyjaśnione, to mocno pachnie to wykorzystaniem faktycznego, a nawet inscenizacją szokującego zdarzenia i wykorzystaniem metody efektu pierwszeństwa do celów propagandowych. W takim przypadku zaleca się ostrożność, aby nie wpaść w psychologiczną pułapkę ślepego wierzenia w te pierwsze informacje i nie kwestionowania ich później krytycznie.
Na zakończenie przedstawiamy listę elementów , które powinny wzbudzić podejrzenia:
• Historia przebiegu wydarzeń wydaje się być ustalona niemal natychmiast po incydencie.
• Wina jest przypisywana pochopnie.
• Historia opowiedziana jest w sposób bardzo emocjonalny.
• W przypadku pierwszej (koniecznie wciąż obecnej) hipotezy nie ma wątpliwości, w przeciwnym razie są one od razu odrzucane jako „teorie spiskowe”.
• Relacje medialne są wyraźnie jednolite, aż po konkretne słowa i sformułowania. Wypowiedzi brzmią jak wypowiedzi polityków lub rzeczników korporacyjnych, którzy podążają za „scenariuszem” PR.
• „Narracja” jest wyraźnie prosta i ma „hollywoodzką” strukturę.
• Powstają nowe terminy, których wcześniej nie było. Są one wielokrotnie używane (takie jak „wojna z terroryzmem”, „oś zła”, „czasy”).
• Zaraz potem przedstawiane są propozycje legislacyjne lub inne regulacje/środki, które z pewnością wymagały pewnego przygotowania i najwyraźniej już przed wydarzeniem znajdowały się „w szufladzie”.
Maike Gosch
Maike Gosch jest strategiem komunikacji i prawniczką. Jest założycielką i dyrektorką firmy story4good, w której kierowała projektami komunikacyjnymi i strategicznymi dla wiodących organizacji pozarządowych i podmiotów politycznych w Niemczech i Europie.
Za: https://propagandainfocus.com/propaganda-for-beginners-part-1-the-primacy-effect/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 143
Na jakie wydarzenia reagujemy najsilniej?
Ponad dziesięć lat temu obejrzałam wykład amerykańskiego neurologa Dana Gilberta na temat neuropsychologicznych aspektów komunikacji dotyczącej zmian klimatu („Nasz mózg wobec zmian klimatu”, z cyklu „Harvard Thinks Big” z 2010 roku). Warto go obejrzeć – to bardzo interesujący i zajmujący wykład. Dan Gilbert, odwołując się do neuropsychologicznych spostrzeżeń, wyjaśnia, dlaczego większość ludzi nie traktuje zmian klimatu wystarczająco poważnie i dlaczego podejmuje się zbyt mało środków zaradczych. Moim zdaniem komunikacja dotycząca zmian klimatu ewoluowała od tego czasu, podobnie jak debaty na temat ich upolitycznienia , i wygląda na to, że niektóre z jego spostrzeżeń zostały uwzględnione.
Niedawno jednak przypomniałam sobie coś z jego wykładu w innym kontekście i to skłoniło mnie do refleksji nad tym, jak to, co mówi tam o neuropsychologii, wiele wyjaśnia również w kwestii działania propagandy, a w szczególności propagandy wojennej. Przez propagandę wojenną rozumiem zarówno propagandę w czasie wojny, jak i komunikację mającą na celu motywowanie opinii publicznej, z której zdecydowana większość jest zawsze przeciwna wojnie, do poparcia wojny innego kraju lub przyłączenia się do niej.
Poniżej przedstawię podstawowe aspekty wykładu Dana Gilberta i pokażę paralele z technikami propagandy wojennej. Dan Gilbert rozpoczyna swój wykład od wskazania, że nasz mózg jest bardzo dobry w postrzeganiu i reagowaniu na zagrożenia. Jest to naturalne z perspektywy biologii ewolucyjnej, ponieważ zapewniło nam przetrwanie. Każdy wie, jaki jest efekt tego, że nasza uwaga jest znacznie mniej zajęta dziesięcioma komplementami, które otrzymaliśmy w ciągu jednego wieczoru, niż pojedynczą osobistą krytyką. Następnie wyjaśnia, że nie reagujemy równie silnie na wszystkie zagrożenia.
Ludzie reagują szczególnie silnie na zagrożenia, które charakteryzują się czterema następującymi cechami:
• Zamierzone
• Niemoralne
• Nadciągające
• Natychmiastowe
Zagrożenia posiadające te cztery cechy szczególnie silnie aktywują nasz archaiczny system alarmowy, a jednocześnie wyzwalają wyraźne impulsy do działania. Jak wyjaśnia Gilbert w swoim wykładzie, zmiana klimatu jako temat nie posiada żadnej z tych cech.
1. Celowe: Zagrożenia celowe wywierają tak silny wpływ na naszą psychikę i na to, jak reagujemy, ponieważ całe obszary naszego mózgu są zaprojektowane tak, aby postrzegać i rozumieć, jak inni ludzie myślą, czują, do czego dążą i co zamierzają wobec nas. Inni ludzie zawsze stanowili jedno z największych zagrożeń dla bezpieczeństwa i przetrwania człowieka. Dlatego postrzegamy każde zagrożenie pochodzące od ludzi jako większe i bardziej groźne niż na przykład to, które wynika z natury. Jeśli jest ono również celowe i intencja wyrządzenia nam krzywdy jest dominująca, to najbardziej przykuwa naszą uwagę i prowadzi do najsilniejszej reakcji. Działa to jak złudzenie optyczne mózgu: zagrożenie dla nas, za którym podejrzewamy intencję, wydaje się o wiele bardziej groźne i niebezpieczne niż to, które ma przyczyny naturalne lub występuje nieumyślnie, jako efekt uboczny.
Gilbert podaje przykład, że ludzie bardziej boją się „Bomby w bieliźnie” (młodego nigeryjskiego zamachowca-samobójcy, który bezskutecznie próbował zdetonować bombę ukrytą w bieliźnie w amerykańskim samolocie pasażerskim w 2009 roku), który nie spowodował żadnych ofiar śmiertelnych, niż grypy, która pochłania około 40 000 zgonów rocznie.
Wykład ewidentnie pochodzi sprzed kryzysu związanego z COVID-19 i towarzyszącej mu komunikacji, ponieważ komunikacja otaczająca pandemię faktycznie „odniosła sukces” w tym, że choroba jest postrzegana jako równie groźna jak atak terrorystyczny. Co możemy z tego wynieść: że celowe groźby wywołują u ludzi silniejszą reakcję strachu niż naturalne lub niezamierzone groźby, co jest również znane strategom komunikacyjnym. Oznacza to, że zawsze, gdy ma zostać sprowokowana silna reakcja na czyn, szczególnie podkreśla się złośliwą intencję stojącą za nim, a zawsze, gdy pożądana jest minimalna reakcja, wszelkie możliwe złośliwe ludzkie intencje są ukryte lub zamaskowane.
Aktualne przykłady tego zjawiska można znaleźć codziennie w naszych gazetach, wiadomościach i wypowiedziach polityków, na przykład w kontekście wojny na Ukrainie czy konfliktu w Strefie Gazy. W ten sposób doniesienia o straszliwych naruszeniach praw człowieka lub zbrodniach wojennych są albo opisywane jako celowe, systematycznie zaplanowane, perfidnie wykorzystane, albo jako przypadkowe, niezamierzone konsekwencje, w formie biernej (bez wymieniania sprawców), a nawet bez czasowników, określane jako wydarzenia lub klęski żywiołowe, w zależności od tego, którą stronę aktualnie popierają nasze media i politycy.
2. Niemoralne (naruszające normy moralne). Obok pierwszego punktu, istnieje druga cecha zagrożeń, na które reagujemy szczególnie silnie. Chodzi o to, gdy zagrożenie wiąże się z naruszeniem naszych zasad moralnych lub etycznych bądź przekonań.
Reagujemy szczególnie silnie na zagrożenia o konotacji seksualnej lub obejmujące naruszenie lub zagrożenie dla dzieci. Nie chodzi tu oczywiście o umniejszanie grozy przestępstw seksualnych, gwałtów, krzywdzenia, a nawet zabijania dzieci w konfliktach, ale mimo to interesujące jest, jak mocno w mediach i komunikacji skupia się na przykład oskarżeniach o gwałt lub wykorzystywanie dzieci wobec geopolitycznych przeciwników, ponieważ stratedzy komunikacji, którzy świadomie wykorzystują te doniesienia do celów propagandowych, dokładnie wiedzą, jak silna i emocjonalna będzie reakcja (słowo kluczowe: propaganda okrucieństw). Zwłaszcza, gdy chodzi o motywowanie społeczeństwa do pójścia na wojnę lub przyjęcia postawy wojennej, ten aspekt jest chętnie wykorzystywany.
Reakcja emocjonalna nie tylko wzmacnia wpływ, dzięki czemu rzeczywiste lub domniemane zagrożenie otrzymuje dużo uwagi; Z punktu widzenia propagandystów ma to również tę „zaletę”, że silna emocjonalność wywoływana chwilowo przez te oskarżenia lub obrazy w znacznym stopniu wyłącza naszą zdolność krytycznego myślenia i refleksji, dzięki czemu informacje te nie są poddawane krytycznej analizie i badane pod kątem wiarygodności.
Takie wiadomości i obrazy prowadzą również do silnej emocjonalności całego dyskursu, co uniemożliwia usłyszenie głosów krytycznych, które mogłyby podważyć oskarżenia. Uniemożliwia to dyskurs analityczny, w którym można by wyjaśnić wiarygodność tych oskarżeń, a w przypadku faktycznych przestępstw – podjąć skuteczne i sensowne środki zaradcze. Pamiętamy – retrospektywnie niemożliwe do udowodnienia – oskarżenia, że żołnierzom libijskiej armii pod dowództwem Muammara Kaddafiego podawano Viagrę, aby przygotować ich do systematycznych gwałtów na przeciwnikach (patrz wyżej 1. Celowe), które znalazły szerokie rozgłos, zwłaszcza wśród zachodniej opinii publicznej i odegrały ważną rolę w moralnym uzasadnieniu ataku USA na Libię w 2011 roku. Albo historię o irackich żołnierzach, którzy rzekomo wyrzucali dzieci z inkubatorów w Kuwejcie, która również znacząco przyczyniła się do uzyskania poparcia dla ataku na Irak w USA i Europie i która po czasie okazała się sfabrykowana.
3. Nieuchronne: Nasze mózgi są również szczególnie nastawione na reagowanie na nieuchronne zagrożenia. Dan Gilbert nazywa nasz mózg maszyną „zejdź mi z drogi”, która pozwala nam uniknąć na przykład piłki baseballowej w ułamku sekundy. Tylko niewielka część naszego mózgu jest zaprojektowana do planowania i przygotowywania się na przyszłość, ale duża i archaiczna część odpowiada za zagrożenia, które zagrażają nam tu i teraz. To, co stanowi problem, na przykład z organizacją planu emerytalnego, profilaktycznymi badaniami lekarskimi czy zmianami klimatu, może być również wykorzystane propagandowo, poprzez przedstawianie każdego zagrożenia, które chcemy przedstawić jako szczególnie groźne, jako nieuchronne.
Przykładem może być strach, do którego mocno odniósł się Donald Trump i który obecnie znów jest bardzo aktualny, w USA przed najazdem migrantów przekraczających granicę z Meksykiem (pamiętamy jego hasło „Zbuduj mur!”). Nie oznacza to, że nie istnieje realne zagrożenie ze strony władz państwowych ani utrata kontroli nad skalą imigracji, ale chodzi o to, że osoby zainteresowane wzbudzeniem szczególnie silnego strachu lub silnych reakcji przedstawiają zagrożenie ze strony tych migrantów jako nieuchronne. Nie będą zatem twierdzić, że duża liczba migrantów lub imigrantów może stać się długoterminowym problemem dla systemu społecznego lub zagrozić spójności kulturowej kraju, lecz opisują sytuację bezpośredniego zagrożenia, odwołując się w ten sposób do archaicznych lęków: „Hordy są u naszych murów i grożą zalaniem naszego kraju”. To samo dotyczy propagandy wojennej lub propagandy motywującej do wojny za pomocą scenariuszy zagrożenia ze strony wroga, który wkrótce zaatakuje lub dokona inwazji (np. „nadchodzą Rosjanie”).
4. Natychmiastowość: Nasze mózgi reagują na zmiany bardzo wrażliwie. Szybkość zmian ma tu kluczowe znaczenie. Jeśli zmiana następuje wystarczająco wolno i małymi krokami, prawie jej nie zauważamy i rzadko wyzwala impulsy do działania. W kontekście powolnej lub stopniowej zmiany małymi krokami, akceptujemy zmiany, których nigdy nie zaakceptowalibyśmy w przypadku nagłej zmiany. Stanowiło to problem w komunikacji dotyczącej zmian klimatu przez długi czas, ponieważ zmiany następowały tak wolno i stopniowo, że ludzie mogli się do nich przyzwyczajać (przynajmniej ci z nas, którzy mieszkają na Globalnej Północy, gdzie skutki były znacznie mniej dotkliwe niż na Globalnym Południu).
Jest to jednak również ważny wgląd neuropsychologiczny, który można wykorzystać do manipulowania populacją. Każda zmiana, o której wiadomo, że spotyka się z silnym oporem, jest zatem wdrażana albo w kontekście taktyki szoku i przerażenia wkrótce po emocjonalnym i traumatycznym zdarzeniu (zob. mój artykuł o efekcie pierwszeństwa), albo krok po kroku, stale przesuwając granice tego, co społecznie akceptowalne, a następnie czekając, aż ten krok zostanie zaakceptowany jako „nowa normalność”, aby przejść do kolejnego kroku (słowo kluczowe: taktyka salami).
Często te metody są również łączone, wykorzystując zdarzenie szokujące jako sygnał do rozpoczęcia dużej zmiany (słowo kluczowe: punkt zwrotny), a następnie postępując małymi krokami. Obecnymi przykładami są dostawy broni na Ukrainę przez Niemcy, które zaczęły się od hełmów, a teraz obejmują systemy rakiet dalekiego zasięgu, lub stopniowy wzrost uprawnień Komisji Europejskiej w odniesieniu do polityki zagranicznej.
Wniosek
Nasz mózg od czasów starożytnych był niezwykle dobrze przystosowany do ochrony przed zagrożeniami ze strony napastników, którzy chcą nas skrzywdzić, zagrażają naszej spójności społecznej i łamią nasze zasady społeczne, zwłaszcza jeśli zagrożenie to jest nieuchronne i powoduje ogromne zmiany. W obliczu takich zagrożeń reagujemy tak, jak robili to nasi przodkowie – walcz lub uciekaj, natychmiast aktywując całą naszą uwagę i moc.
Problem ten dotyczy zagrożeń, które nie mają tych cech, ale mogą stać się dla nas równie niebezpieczne.
Dan Gilbert żartobliwie mówi w swoim wykładzie, że zareagowalibyśmy zupełnie inaczej na temat zmian klimatu, gdyby był to temat zagrożenia ze strony „złych ludzi z gorszymi wąsami” i pokazuje zdjęcia Hitlera, Stalina i Saddama Husajna.
Istnieje jednak również niebezpieczeństwo, że możemy zostać zmanipulowani, gdy te konkretne bodźce zostaną wykorzystane przez strategów komunikacyjnych do wywołania u nas szczególnie silnych reakcji lub uśpienia naszej czujności.
Dlatego zachowajcie czujność, zwłaszcza w czasach wojny i konfliktu lub w sytuacjach, w których zaangażowana jest wojna, gdy te cztery aspekty są szczególnie często podkreślane, i postarajcie się opanować pierwszą reakcję emocjonalną, a następnie, gdy już się uspokoicie, użyjcie krytycznego myślenia, aby spokojnie ocenić całą sytuację i zareagować rozsądnie.
Maike Gosch
Autorka jest strategiem komunikacji i byłą prawniczką. Jest założycielką i dyrektorką firmy story4good, w której kierowała projektami komunikacyjnymi i strategicznymi dla wiodących organizacji pozarządowych i podmiotów politycznych w Niemczech i Europie.
Jest to drugi odcinek serii: Propaganda dla początkujących. Część pierwsza ukazała się w SN 1/26 - Propaganda dla początkujących. (1) Efekt pierwszeństwa
Za: https://propagandainfocus.com/men-with-moustaches-or-which-threats-do-we-react-to-most-strongly/

