Humanistyka el
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 4872
Hic habitat felicitas * , czyli tu mieszka szczęście

Z opowieści Parandowskiego wyłania się barwny (jak na czasy, w jakich tworzył Mitologię) obraz igraszek dziewcząt z Bykiem, jak choćby lizanie aksamitnym językiem Byka dłoni dziewcząt, czy zabawy na łące. Oplecionego wieńcami kwiatów, obłaskawionego Byka-albinosa, dosiada Europa: kroczą przez łąkę, a wokoło fraucymer bawi się, tańczy. (Sekwencja z kobietą dosiadającą symbolu płodności, męskości, seksu – byk, koń, słoń – powtarza się wielokrotnie w kulturze europejskiej i indoeuropejskiej. Współcześnie jest to np. doroczny przejazd konno Lady Godivy ulicami angielskiego Coventry). W pewnej chwili Byk z dziewczyną na grzbiecie jednym gigantycznym susem skacze do Morza Śródziemnego i odpływa, unosząc w siną dal zaskoczoną, przerażoną (lecz może tylko pro forma, dla zachowania twarzy przed fraucymerem – bo tak wypadało), ale może i zadowolą Europę.
Bykiem, oczywiście, był Zeus, mężczyzna w sile wieku, dojrzały, bóg bogów, pan wszechrzeczy, który (jak to często u panów w tym wieku) przeżywał trzeci lub czwarty oddech młodości. Zakochany bez pamięci w pięknej Europie, postanowił ją porwać, zniewolić i dać upust swym żądzom. Posejdon – władca mórz i oceanów – tak wygładził taflę wody, aby Byk z Europą na grzbiecie mógł spokojnie żeglować ku północy. Orszak Nereid na delfinach otoczył parę, a Afrodyta – stojąc w olbrzymiej muszli ciągnionej przez trytony - obsypywała Europę kwiatami i roztaczała wokół niej wonności. Płynęli na Kretę, gdzie Zeus dla swej oblubienicy wybrał i przygotował w olbrzymiej i przepięknej grocie kryjówkę oraz miejsce miłosnych uciech. Przed grotą stał olbrzymi, rzucający cień i maskujący wejście, rozłożysty klon.
* * *
Wiemy więc czym mityczna Europa była. Kultura rzymsko-hellenistyczna (tak jak limesy Imperium Rzymskiego) zatrzymuje się w I tysiącleciu nowej ery na Renie i Dunaju. Oddziaływanie – w formie peryferyjnej, luźnych wpływów kulturowych (świadczą o tym dość liczne artefakty archeologiczne znajdowane na wschód i północ od tych rzek) – sięga jeszcze w Europie Środkowej Łaby, na Bałkanach dotyczy to Dacji. Dalej, w głąb kontynentu, te wpływy są coraz słabsze.
Próbom podbojów krain i terenów między Renem a Łabą oraz ich kolonizacji na kształt np. Galii czy Wysp Brytyjskich, kres ostateczny położyła klęska legionów rzymskich w II w. n.e. w Lesie Teutoburskim (łac. Teutoburgensis Saltus). To pasmo niewysokich wzgórz ciągnące się na północ od dzisiejszego miasta Bielefeld między rzekami Wezerą i Ems w zachodnich Niemczech. Legiony rzymskie - XVII, XVIII, XIX - zostają rozgromione, ginie ponad 20 000 legionistów, a ich wódz - Publiusz Kwintyliusz Warus - popełnia ze sromoty samobójstwo.
Numery tych legionów nigdy już w historii Rzymu nie zostają powtórzone z racji rozmiarów blamażu oręża rzymskiego, hańby i utraty symboli legionowych. Tę klęskę zadają Rzymianom połączone siły germańskich plemion (podstawę stanowią Cheruskowie) w liczbie ok. 40 tys. żołnierzy pod dowództwem Arminiusa.
Ponad 700 lat później w pobliżu tego samego miejsca Karol Młot gromi Sasów, podporządkowując ich władzy Franków. Imperium jego wnuka Karola Wielkiego swym maksymalnym zasięgiem opiera się o Łabę. Na wschód i północny-wschód od niej są to już terytoria opanowane przez plemiona Słowian.
Ciekawostką jest, że aspekt ów podnosi wielu autorów polskich i zachodnich zauważając, iż na Łabie de facto (z niewielkimi korektami) od roku 1945 do 1990 przebiega granica między Zachodem a Wschodem wedle pojałtańskiego podziału ideologiczno-systemowego (tak jak daleko na Zachód sięga NRD i faktyczna obecność Armii Radzieckiej).
Ten podział w zasadniczym kontekście widać nawet dziś, kiedy to Unia Europejska sięgnęła Narwy, Jeziora Pejpus, Bugu i Prutu.
Skutek tego podziału to latynizacja kultury wyrażona wdrożeniem prawa rzymskiego na tym obszarze, rozwój form feudalizmu, a następnie -kapitalizmu oraz wynikający z tego charakter gospodarki (model folwarczno-rolno-ziemiański funkcjonujący na wschód od Łaby – w Prusach, I RP, na Węgrzech – oparty o autarkiczną strukturę organizacji produkcji lub eksport nisko przetworzonych produktów i związane z tym zapóźnienie cywilizacyjno-innowacyjne), a co za tym idzie – określona struktura społeczna, styl sprawowania władzy, mentalność, etc.
Ten wpływ i to piętno kultury rzymsko-hellenistycznej - tak jak w pierwszych wiekach nowej ery - powoli rozmywają się, glajchszaltują, nikną, popieleją w otwartych, niczym nieograniczonych przestrzeniach na wschód od Łaby, nie poprzecinanych ( aż po Ural) żadnym znaczącym pasmem górskim. Teren jest płaski, od czasu do czasu zaburzony polodowcowym krajobrazem obfitującym we wzgórza, jeziora i piaszczyste ozy. Zanik tego piętna rzymsko-helleńskości porównać możemy do echa, jakie słyszy wędrowiec zmierzający na Wschód, ku Azji. Piętno tej kultury znika w stepach Kazachstanu, Mongolii, Chin, czy bezkresnej Syberii.
Lecąc samolotem z Abakanu do Moskwy, (ze Wschodu ku Uralowi), widziałem te przestrzenie, te odległości, ten bezkres. I doświadczałem uczucia zupełnie odmiennego od doznań europejskich: tu co chwila jest granica – umowna bądź nie, którą mamy w głowach, w językach, w kuchniach… Tam jednak przestrzeń i poczucie bezkresu glajchszaltuje wszystko. Przestrzeń i czas, i pulsująca przyroda …
Regiony na wschód od Łaby i na północ od Dunaju służyły zawsze Zachodowi jako zaplecze surowcowo-rolne, stanowiąc przy okazji źródło taniej siły roboczej. Uboższe, zapóźnione cywilizacyjnie – z racji trwania gospodarki folwarcznej – bez potencjału twórczej myśli (np. technicznej czy w przedmiocie idei), traktowane były jako typowe półkolonie.
Czy i dziś wielu ludzi z tych regionów nie odczuwa tego, mimo przynależności do gigantycznie powiększonej Unii Europejskiej? Czy czasem nie stąd biorą się sukcesy parlamentarne skrajnie prawicowych, nacjonalistycznych i ksenofobicznych ugrupowań? Bo nie mają one nic wspólnego z powszechnie głoszonymi hasłami równości, solidarności czy braterstwa, mającymi spajać wspólny europejski dom i społeczeństwa tu żyjące.
Klasycznym tego przykładem niech będzie powszechna opinia Niemców ze Wschodu (z dawnej NRD) o swoich ziomkach z NRF po zjednoczeniu Niemiec. Podział na Wesich i Osich – nadal, mimo braku granicy - dotyczy nie tylko poziomu życia i jego standardów, ale także mentalności i kultury, ugruntowanej nie tyle przez 45 lat istnienia NRD, ale przede wszystkim przez tzw. długie trwanie.
Kilkadziesiąt lat temu zapytano Wielkiego Sternika Mao Zedonga (I Sekretarz Komunistycznej Partii Chin) co sądzi o Europie: „to taki mały półwysep na zachodnich krańcach Azji” - odparł z typową dla chińskiej mentalności i kultury dezynwolturą Przewodniczący Mao.
* * *
Kto był więc wczoraj, kto jest dziś, a kto będzie jutro i pojutrze tym Bykiem porywającym Europę? Czy tak jak przez ostatnie dwa wieki – w każdym wymiarze – będzie to nadal Ameryka? Ta swoista hybryda kultury rzymsko-hellenistycznej, przepoczwarzonej w średniowieczu przy pomocy chrześcijaństwa w zachodnioeuropejską, a po irredencie 13 kolonii w Nowym Świecie w końcu XVIII wieku określana jako łacińsko-atlantycka?
A może w związku z rosnącym znaczeniem wielkich tygrysów azjatyckich – Chin, Indii, a poniekąd i Rosji (będącej znaczącym zwornikiem tych dwóch światów), Bykiem stanie się mityczna Azja? Owo porwanie (oby bez zawieruchy wojennej) może się przecież zrealizować w innych przestrzeniach: gospodarki, ekonomii, sposobu sprawowania władzy, stosunku do praw człowieka, hierarchii potrzeb i wartości, etc.
Ktoś może więc zapytać – nie bez racji - czy dziś tym Bykiem nie jest właśnie Europa, uwodząca, porywająca (de facto, choć bez przemocy), pociągająca i przyciągająca zarazem Innego? Owo porwanie dla emigrantów przybywających na Stary Kontynent kojarzyć się może z utratą własnej tożsamości, wynarodowieniem i alienacją w społeczeństwie, do którego weszli, co skutkuje różnymi zagrożeniami.
Takie skojarzenia są uprawnione, gdyż czyni to Europa nie jako Byk-albinos vel Zeus bezpośrednio, ale poprzez syreni śpiew kuszący żeglarzy lub powaby i wdzięki Kirke (która dzięki nim trzymała Odyseusza przez rok na swej wyspie Ajai).
Czy porwania poprzez syreni śpiew lub powaby Kirke są trwałe i ostateczne, czy to jest jedynie efemeryda, jakich w historii było sporo, pokaże przyszłość. Bo czy stanie się Europa mitologicznym Bykiem czy smokiem wawelskim (umierającym z racji swej żarłoczności i łakomstwa) zależy tylko i wyłącznie od niej samej.
Czy poprzestanie na racjach rozumu, które legły u podstaw założycielskich fundamentów dzisiejszej Europy, a wywodzących się z Oświecenia, czyli Europa od Atlantyku po Kamczatkę?
Czy powróci do namiętności, afektów, a przy tym nadal będzie ulegać amerykanizacji życia i myślenia, zachowując się jak ubogi krewny Big Brothera i tym samym stając się półkolonią Wuja Sama?
Wybór drogi będzie zależeć tylko od światłych, otwartych, nonkonformistycznych i zarazem przyszłościowo patrzących – na dekady do przodu – Europejczyków. Tylko czy dziś tacy są w elitach politycznych i mainstreamowych Starego Kontynentu?
Radosław S. CzarneckiPowyższy tekst otworzył dyskusję na temat „ Europa: czym była, czym jest, czym nie będzie”, jaka odbyła się w dn. 2.06.2015 we wrocławskim Kalamburze w ramach comiesięcznych spotkań przy okrągłym stole, organizowanych przez Mistrza Sztuk Wyzwolonych, twórcę teatru Kalambur, animatora kultury i znaczącej osobowości na kulturalnej mapie Wrocławia, Bogusława Litwińca.
* Napis umieszczony nad wejściem do lupanaru w Pompejach odkopanego podczas prac archeologicznych
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 2827
Polska w Europie: fantazmaty i realia*
Nieodłącznym rysem konserwatyzmu jest przekonanie, że społeczeństwo dzieli się na światłą elitę i masy, nad którymi te pierwsze muszą sprawować intelektualną kuratelę.
prof. Jan Sowa
A jak na tym tle wygląda sytuacja Polski? Kraju od zawsze katolickiego i związanego z papieskim Rzymem (bo historii lechickiego kraju sprzed chrztu Polski za Mieszka I praktycznie nie ma, nie uczy się jej - jakby Polska, niczym Atena, nagle wyskoczyła z głowy Zeusa w 966 roku).
Polski, podkreślającej swój rzymski (sic!) i zachodnioeuropejski rodowód, tradycje, tożsamość oraz związki wszelakie z tą częścią Starego Kontynentu, który uważamy za najbardziej cywilizacyjnie rozwiniętą część świata.
Cóż, dobrze jest się zapisać do elity, (albo uważać za jej immanentną część), do jakiegoś lepszego towarzystwa, pańskiego i wzniosłego - nawet jeśli to tylko marzenia, fantasmagorie i pospolite miazmaty, (bo rzeczywistość skrzeczy).
Te marzenia i fantazmaty uległy niebywałemu wzmocnieniu w kontekście minionego pontyfikatu papieża-Polaka, (który jakoby był symbolem potwierdzającym zachodnie aspiracje lechickiego plemienia) oraz na bazie etosowo-styropianowych mitów niesionych przez Solidarność.
To również podkreślane na każdym kroku związki religijne z papieskim Rzymem, które stanowią jakoby jedyne i absolutne korzenie - bo chrześcijańskie - Europy (a Europa to w tym oglądzie wyłącznie Zachód). Te związki przejawiają się m.in. w formie niesłychanie feudalnej i średniowiecznie praktykowanej religijności oraz stosunków wewnątrzwspólnotowych.
No i jeszcze - alfabet łaciński, ale już nie stosunek do prawa, własności, poszanowania godności człowieka, czy Inności.
Tylko tych kilka wybiórczo wymienionych elementów zaprzecza immanentności „od zawsze” udziału Polski i Polaków w kulturze i cywilizacji Zachodu, w tamtym sposobie życia, myślenia, świadomości, itd.
Oprócz wspomnianego wcześniej* braku wpływów hellenistyczno-rzymskich, (które na naszym obszarze są praktycznie niewidoczne), dochodzi jeszcze mierny wpływ elementów podstawowej konstrukcji tego, co zwiemy Zachodem: Reformacji, Oświecenia, Rewolucji Francuskiej, tradycji ruchów społecznych od XVIII wieku, uprzemysłowienia czy deagraryzacji.
No, ale nuworysze i konwertyci (zwłaszcza ci spóźnieni – jak im się wydaje) zawsze tak mają. Przede wszystkim ci, którzy cierpią na jakieś wydumane kompleksy i fobie. Także ci, których uwierają zalegające w świadomości fantazmaty, których przygniata rozdźwięk między imaginarium a rzeczywistością. I ci, którzy nie wiedzą, albo nie chcą wiedzieć (ze wstydu, ignorancji, z zacietrzewienia, bądź pospolitej gnuśności intelektualnej) nic o swym pochodzeniu, historii, tradycji. O tym, co się stało i dlaczego - wczoraj, czy 400 lat temu (znów się kłania tzw. długie trwanie).
Mentalne getto
Andrzej Leder w Prześnionej rewolucji wskazuje dobitnie na „prześnienie” w Polsce rewolt społecznych, które dokonywały się w zachodniej części Europy, poczynając od wieku XVI po wiek XIX (u nas - dopiero w drugiej połowie XX wieku). Odbyły się one poza polskim imaginarium, poza świadomością i przekonaniami społecznymi o ich potrzebie i nieuchronności.Nie umieliśmy sobie bowiem wyobrazić sposobu przechodzenia od folwarcznej autarkii do gospodarki kapitalistycznej, od feudalnej stratyfikacji społecznej do liberalnej demokracji parlamentarnej. A to są procesy immanentne ewolucji od feudalizmu ku nowoczesności.
Ludobójstwo obywateli polskich w czasie wojny, zniszczenie inteligencji o rodowodzie szlacheckim, ziemiaństwa, spowodowało, że Polacy dopiero po II wojnie światowej zaczęli tworzyć narodową klasę mieszczańską w pełni tego słowa znaczeniu. Wpływ na ten proces miała również zmiana granic Polski w wyniku porozumień jałtańskich – przesunięcie ich znacząco na Zachód wiązało się ze zmianami cywilizacyjno-kulturowymi ludności osiedlającej się na Ziemiach Zachodnich. Polacy pochodzący z Kresów i dawnej Kongresówki zderzyli się z zupełnie inną cywilizacją, co musiało wywrzeć wielki wpływ na ich świadomość, mentalność (ale przy okazji wzmocniło też nadwiślańskie fantazmaty). Film Sylwestra Chęcińskiego „Sami swoi” doskonale oddaje klimat i chaos pojęciowo-sytuacyjny tamtych czasów.
Marcin Król w artykule „Długie trwanie a PRL” (Res Publica Nowa, nr 3/1993) pisze, iż „Polska w tych latach wyszła niespodziewanie dobrze i wiele opłaciłoby się zapłacić za uzyskanie takiego terytorium, takiego społeczeństwa bez różnic stanowych i takiego kraju, niemal bez mniejszości narodowych”. Tego widzieć i racjonalnie analizować nie chcemy, nie potrafimy. Ani pamiętać. Imaginarium staje się tym samym po raz nie wiadomo który kulawe i zmitologizowane, a fantazmaty puchną w mentalności społecznej.
Za tym wszystkim poszła równocześnie nostalgiczna i romantyczna idealizacja stosunków społecznych panujących na utraconych przez Polskę kresach wschodnich, głównie dzisiejszej Ukrainie, co dało w efekcie mentalne „uszlachcenie” wszystkich obywateli PRL, dziś – III RP. Powstał i jest ciągle hołubiony mit dworku, ziemiaństwa, sielskości, „kochajmy się panowie bracia”, poczucie pańskości, powszechność odwoływania się do egalitaryzmu szlacheckiego (nieprawdziwego), a w rzeczywistości - apoteoza kolonializmu i niewolnictwa tam panującego.
To tu m.in. ma swą genezę tzw. inteligenckie getto. I dotyczy to zarówno potomków pańszczyźnianych chłopów czy folwarcznych parobków - którym PRL umożliwił wykształcenie i awans społeczny- jak i resztek starej inteligencji o rodowodzie szlacheckim, ocalałej z wojny. Tu również leżą źródła znacznego rozszerzenia się wpływów owego getta. A każde getto jest kłębowiskiem żmij, w którym podstawową zasadą funkcjonowania jest robienie intryg (François Mauriac, Kłębowisko żmij) i cicha uciecha z kompromitowania i poniżania bliźniego. Getto nie lubi, tępi, glajchszaltuje wybitne i jawne indywidualności, te jednostki, które obnoszą się ze swoją innością, swoim zdaniem, nonkonformizmem.
Getto solidaryzuje się w przeciwdziałaniu indywidualnościom, bo jak pisze Andrzej Leder w „Folwarku polskim” (Gazeta Wyborcza, 11.04.2014) –jest to solidarność ludzi jałowych i małych, którzy sami siebie uważają za wielkich i nie znoszą prawdziwych wielkości obok siebie. Umiar, skromność, dobre wychowanie oraz chomąto manier, póz i formułek (immanentne polskiej inteligencji, a faktycznie – zakompleksionym bufonom) nie pozwalają tym pełnym mentalnej obstrukcji ludziom „na afiszowanie swojej brutalności uczuć” i pogardy wobec każdego „z kim się nie trzeba liczyć”.
Utwierdzeniem owego getta mentalnego jest też fakt, że Polacy (i dotyczy to nie tylko inteligencji czy mieszczaństwa – dziś tzw. klasy średniej) mniemają, iż owe zmiany, rewolucje, nie miały w ogóle miejsca, spychają je w nieświadomość, choć są ich beneficjentami. To rodzi postawy klientyzmu, konserwatyzmu, faryzejstwa oraz jest typowym odzwierciedleniem stosunków folwarcznych i wynikających z nich bezpośrednio relacji „pan vs cham”.
To jest właśnie podstawowy element, który odróżnia Polskę i Polaków od Zachodu. Nie to, że nasze tereny nie były romanizowane bezpośrednio przez Rzymian i ich sposób myślenia oraz organizacji życia publicznego (szacunek do prawa, wzmocniony później na Zachodzie przez Reformację, zwłaszcza jej odłamy o kalwińsko-prezbiteriańsko-purytańskiej proweniencji). Nie brak oświeceniowego, ideowego zrozumienia nowoczesności i pojmowaniu człowieka, ale życie w folwarku wraz z określoną przez tę formę gospodarowania mentalnością.
Życie w folwarku
Wiele badań i analiz wskazuje, iż stosunki panujące w polskich oddziałach międzynarodowych korporacji są echem tych sprzed wielu dekad. Dopóki zarządza „desant” z Niemiec, Francji, czy innego kraju Europy Zachodniej, jest w miarę normalnie, jeśli chodzi o relacje interpersonalne. Gdy nastaje polski management, robi się piekło. W Niemczech twierdzi się np., że „polscy zarządzający to bulteriery – jak się wczepią to zagryzą”.
Ten metaforyczny folwark trwający w świadomości ludzi znad Wisły, Odry i Bugu, mimo upływu wieków, materializuje się także w powielaniu w jakimś stopniu XVIII-wiecznego powiedzenia, jakie charakteryzowało ówczesne stosunki społeczne: „Podstawą dobrej gospodarki są dwie rzeczy: pańszczyzna i szubienica”. Pisze o tym Anzelm Gostomski w Oeconomija, abo gospodarstwo ziemiańskie, dla porządnego sprawowania ludziom politycznym dziwnie pożyteczne.
Witkacy, ze swoją prześmiewczą złośliwością i sarkazmem, mógł więc niezwykle celnie napisać że „urodzić się garbatym Polakiem to wielki pech. Ale urodzić się do tego jeszcze artystą, to w Polsce już pech podwójny”.Stąd wynika także praktyka dyskusji między Polakami, bo wszelkie spory tu prowadzone polegają - jak pisze Andrzej Leder - „na próbie wykluczenia przeciwnika, ustanowienia jednolitego dyskursu, który inne dyskursy unieważni”.
Co prawda, folwark sprzyja indywidualizmowi, ale na poziomie klepiska; drobne, przyziemne cwaniactwo, kombinatorstwo, niechęć do nonkonformistycznych idei burzących ten tradycjonalistyczno-konserwatywny spokój, paternalizm (jakże silny w ideologii sarmatyzmu i ziemiańskiej kultury), a przede wszystkim – bojaźń przed zmianą ustalonej, wertykalnej hierarchii społecznej (sankcjonowanej i sakralizowanej przez Kościół katolicki).
Bezrefleksyjna religijność, oparta o ludyczność, manifestację i pompatyczność, bazująca wyłącznie na powierzchownie pojmowanej wspólnotowości, wspiera takie zachowania i postawy. Tym samym wyklucza nonkonformizm i samodzielność myślenia, uniemożliwiając pojawienie się zachodnio-europejskiego sceptycyzmu i krytycznej refleksji. A to są zasadnicze elementy kultury Zachodu i tamtej mentalności.
Z kolei współcześni „światli ludzie” w Polsce też nie czują się odpowiedzialni za zbiorowość, za resztę społeczeństwa, którą z racji ugruntowanego paternalizmu pogardzają. Fraza: „My, naród”, której źródeł można dopatrywać się w bitwie pod Valmy, to nie tylko wolność do bogacenia się, do robienia interesów. To także dążenie do szczęścia i odpowiedzialność za innych, za wspólnotę, które jest niesłychanie ważnym elementem zachodniej i oświeceniowej tożsamości - zupełnie pominiętym, wręcz spostponowanym w III RP (gdzie wszelkie przejawy zbiorowego działania przedstawia się jako komunistycznego demona, czego skutkiem są kolejne mity i fantasmagorie).
Myślę, że mimo zdjęcia przez nas, Polaków, żupanów, kontuszy, odpięcia karabeli, mentalność oraz umysły pozostały nadal sarmacko-kontrreformacyjno-kolonialne. Takie folwarczno-feudalne.
Kompleks parweniusza
Syndrom kontrreformacyjny obecny cały czas w polskiej świadomości i mentalności opisywano wielokrotnie ostatnimi czasy (m.in. R.S. Czarnecki - Wszyscyśmy z Kontrreformacji , Sprawy Nauki Nr 2 (187) 2014). Z tym związany jest również wspomniany nasz stosunek do Europy: kompleks parweniusza, odtrąconego (jakoby) i zawsze zdradzanego przez Zachód (powstania XIX-wieczne z warszawskim na czele jako clou wszystkich naszych „przewag” i moralnej wzniosłości, Jałta i jej efekty itd.), choć to kolejne fantasmagorie polskiego, inteligenckiego imaginarium oraz przeciwstawny mu paternalistyczny i mesjanistyczno-profetyczny stosunek do Wschodu. Zwłaszcza do Rosji i Rosjan.
Wschód, a przede wszystkim Rosja, nie jest dla nas Europą, bo wedle spojrzenia i opcji styropianowych rycerzy krzyżowych być nią nie może. To tereny i populacja przeznaczone do kolonizacji, szerzenia cywilizacyjno-kulturowych przewag zachodnio-europejskiego autoramentu (które my, lechickie plemię, uosabiamy w sposób najlepszy i komplementarny), do rozkrzewiania wiary – naszej wiary (może to być czynione w imieniu Rzymu, ale i Brukseli, Białego Domu czy ogólnie przyjętej politycznej poprawności).
To jak widać mieszanina kompleksów różnej maści, fobii, fumów, urojeń, mitów, przekłamań, megalomanii i pospolitego filisterstwa. Czy z tej mieszanki może wyjść pragmatyczna, racjonalnie i realnie prowadzona polityka? I czy Europie – od Atlantyku po Ural (a de facto – po Kamczatkę i Czukotkę) potrzebne są tego typu harce, zawirowania, przepychanki i napięcia? Jak powiedział ponad wiek temu przedstawiciel krakowskich stańczyków, historyk Józef Szujski, zawsze „fałszywa historia jest mistrzynią fałszywej polityki”. I to stwierdzenie tłumaczy w zasadzie wszystko.
Najbardziej na storpedowaniu pomysłu sprzężenia Europy Zachodniej z Rosją, ich ścisłej współpracy (p. Siergiej Karaganow, „Postawmy na związek”, Gazeta Wyborcza, 28-29.08.10), zależało i nadal zależy USA. A serwilizm polskich elit i tutejszego mainstreamu wobec Wuja Sama jest powszechnie znany nie tylko w Europie. W tej kwestii polskie uprzedzenia i fantazmaty zbiegają się wyraźnie z pragmatycznym, imperialnym, globalnym interesem polityki amerykańskiej.
Nie wiedząc o sobie zbyt wiele (bo mity i wytwory fantazji nie są podstawą racjonalnego i pragmatycznego myślenia), nie będąc świadomym samego siebie, nie ma się prawa poprawiać innych i świata. I to nie dlatego, że rację może mieć Sokrates („Wiem, że nic nie wiem”), ale dlatego, że zmiany te służą – jak pisał o. Anthony de Mello, SJ - „przeważnie tylko naszym interesom, dumie, dogmatycznym przekonaniom, albo po prostu są odreagowaniem negatywnych emocji”.
Radosław S. Czarnecki
* Rozważania o Europie (1) - Tu mieszka szczęście
- Autor: Radosław S. Czarnecki
- Odsłon: 2835
Rosja - Polska - Europa: antynomia czy dopełnienie?
Wielka miłość sfer rządzących Polską do Ukrainy
jest funkcją nienawiści do Rosji.
Bronisław Łagowski

Warto jest przytoczyć z początku naszych rozważań na ten temat dwie wypowiedzi będące odzwierciedleniem zagadnienia wzajemnych relacji Rosji, Polski i Europy (Unii) oraz obecności (lub nie) tego kraju-kontynentu w europejskiej przestrzeni (geograficznej, kulturowo-cywilizacyjnej, politycznej, religijnej, etc.).
Prof. Stanisław Bieleń (politolog z Instytutu Stosunków Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego) zauważa, iż /…/ „bez Rosji, głównego rozgrywającego w przestrzeni poradzieckiej, nie da się rozwiązać wielu spraw. Taki jest po prostu układ sił między Rosją, a innymi partnerami poradzieckimi. Chodzi tu o kontekst tzw. Partnerstwa Wschodniego, forsowanego onegdaj usilnie przez polityków zdecydowanie proamerykańskich, a równocześnie silnie antyrosyjskich – Radosława Sikorskiego i Carla Bildta” (S. Bieleń, Poligon Polska, „Przegląd” nr 30/812/15).
Pisze z kolei prof. Ludwik Stomma: „Wielka polska poezja romantyczna, pisana zresztą przede wszystkim w Paryżu, nie odbiła się w tym kraju, a tym bardziej w innych państwach europejskich, najlichszym nawet echem. Żaden z moich studentów, a wykładam na Sorbonie już 26 lat, nie słyszał o Mickiewiczu i Słowackim. Natomiast Puszkin i Lermontow, to i owszem, coś tam mówi. Z tego prostego powodu: Pan Tadeusz, jak najwspanialszym by nie był arcydziełem, jest zaściankową powieścią z kodem, który rozszyfrować mogą tylko narodowo wtajemniczeni. Natomiast Eugeniusz Oniegin zrozumiały jest w całym kręgu kultury europejskiej. Cóż dopiero powiedzieć o Bohaterze naszych czasów Lermontowa, który mieści się w kanonie lektur obowiązkowych szeregu krajów na Zachód od Odry i Nysy, ale nie akurat tuż na wschód od tych rzek. Tutaj bowiem wiemy, że to Azja” (L. Stomma, Pogarda idiotów, Polityka nr 8/2693, 21.02.09).Podsumowując, bardzo celnie stwierdza, że cywilizowanie i europeizację naszych stosunków z Rosją trzeba zacząć od wyrugowania absurdalnego, wyimaginowanego i irracjonalnego poczucia pogardy i zagrożenia, jakie towarzyszy (i jakie wzbudzano w społeczeństwie w ostatnich dwóch dekadach) postrzeganiu Wschodu. Nie jest to bowiem pogląd realistyczny i racjonalny, ani nie mieści się w kanonie stosunków międzynarodowych, międzypaństwowych: „Bo jeśli chcecie nienawidzić Puszkina – kwestia gustu - wolno opowiadać się za Lermontowem. Natomiast jeśli pogardzacie Rosją, to tylko o was świadczy. Skorupka zamiast rozumu” – pisze dalej Stomma. Skąd się bierze rusofobia
Kiedy wolność tak dramatycznie i traumatycznie – jak się powszechnie w naszym kraju uważa (kolejny fantazmat) – wywalczona, wyrwana złowrogiemu imperium moskiewskiemu („imperium zła”), nie spełnia dziś w powszechnym odczuciu naszych nadziei, idealistycznych i quasi-religijnych wyobrażeń, musimy mieć wroga. On przejmie – jako kozioł ofiarny – funkcję ekspiacyjną i terapeutyczną zarazem. To jest także prosta droga do powstawania różnej formy nerwic i fobii jako reakcji obronnych przed rozchodzeniem się owych marzeń i nadziei z rzeczywistością.
Rusofobia jest więc poniekąd jednym z mechanizmów obronnych, bo nic tak nie jednoczy, nic tak nie tłumaczy naszych rozwianych złudzeń (a wolność to ponoć naczelna wartość jaka przyświeca lechickiemu plemieniu od zawsze) jak wspólny - a ponadto znany i udokumentowany w polskim fantazmacie – wróg i związane z nim poczucie zagrożenia. Umacnia nas w tym przekonanie o przewagach etyczno-moralnych i cywilizacyjno-kulturowych, jakie osiągnęliśmy z racji przynależności do Europy, oraz o wykluczenie tego wroga ze wspólnego, europejskiego domu.
Tym samym klajstruje się chropowatą, kaleką i przaśną rzeczywistość. A miało być tak pięknie, idealnie i wzniośle we wspólnym, wreszcie wolnym, polskim (i europejskim - wedle polskich wyobrażeń) domu! Rusofobia jest nad Wisłą z jednej strony – potrzebą samousprawiedliwienia za to, że „będąc wolnymi”, nie stworzyliśmy dobrze funkcjonującego suwerennego państwa. Z drugiej strony, wynika również z owego „prześnienia” zmian społecznych, których doświadczyły społeczeństwa zachodnie (do których usilnie aspirujemy). Zmian, będących istotą tego, co konstytuuje się w świadomości jako nowoczesność, Zachód, postęp.
To również wyraz echa kontrreformacyjno-kolonialnych tęsknot, cieni mitów kresowych, ziemiańskiego dworku i narracji przedstawiającej nas, Polaków (a de facto: szlacheckiej i herbowej braci) jako niosących kaganek cywilizacji zachodniej (niegdyś religię, dziś - tzw. prawa człowieka, demokrację, wolność, itd.) wschodnim, „upośledzonym”, kulturowo, „zacofanym” sąsiadom. W tym przejawia się także trochę paternalistyczny, trochę pogardliwy, a na pewno mający pejoratywne zabarwienie szlagwort określający Rosjanina (i en bloc mieszkańców wschodniej części Europy) jako „Ruskiego”. Za prof. Andrzejem Walickim warto w tym momencie skonkludować, że to nacjonalizm polski eksponuje się najgłośniej i rutynowo właśnie w rusofobii. Lecz im bardziej nacjonalistycznie brzmi publiczna narracja, tym więcej Polaków czuje się zagrożonych. Tym samym wzrasta temperatura napięcia i klimat przychylny dla wojennego rzemiosła. I tym bardziej pogarsza się atmosfera wewnętrzna w kraju, podczas gdy Rosja nie ponosi z tego tytułu prawie żadnej szkody.
Wymogi konformizmu, presja środowiskowa i intelektualna impotencja elit - wszystko to jest m.in. egzemplifikacją ewidentnego nacjonalizmu - jawnego i ukrytego, szkodzącego Polsce i Polakom, a także Europie. (B. Łagowski, Walicki i sarmackie omamy, Przegląd nr 27/445/08). Prof. Bronisław Łagowski, niezwykle blisko w kontekście przytoczonych wcześniej wypowiedzi Stommy i Bielenia, pisał o „żartobliwości” polityki zagranicznej (na kierunku wschodnim) już w 2000 roku (Duch i bezduszność III Rzeczypospolitej). Konstatował, iż miłości i nienawiści, jakie obserwuje się w polskich meandrach czynionych w tej materii są czymś nieautentycznym, nieracjonalnym, gdyż wynikają z zakorzenionych głęboko emocjonalnych stereotypów i są jak najdalsze od empirycznego rozeznania rzeczywistości. Jest chyba więc coś na rzeczy w stwierdzeniu carycy Katarzyny II (1762-1796), że „wolność zniknie w samych Polakach wtedy, gdy będzie im się wydawało, że tę wolność mają”. Jeśli wolność ma być oświeceniowo traktowana jako funkcja racjonalnego i rozumowego postępowania człowieka,( bo tylko w takich kategoriach może być rozpatrywana, kiedy mówimy o Oświeceniu), wydźwięk tej sentencji jest niewymownie brutalny i jednocześnie prawdziwy.
Zdradzona Rosja
Rosyjski politolog prof. Siergiej Karaganow, postać wybitna i niezwykle wpływowa w rosyjskim mainstreamie, członek Klubu Wałdajskiego i były doradca prezydenta Rosji, pisze we wspomnianej propozycji ścisłego związku Unii Europejskiej i Rosji, iż „20 ostatnich lat relacji Rosji z Europą zorganizowaną dziś wokół UE i NATO to historia pustych haseł i niespełnionych nadziei”.
Uważa on, że Rosjanie po upadku bipolarnego podziału Starego Kontynentu i świata poczuli się zdradzeni przez Zachód, do którego chcieli szybko dołączyć na zasadach partnerskich i przyjaznych.
Był do tego klimat w Rosji w pierwszej połowie lat 90. XX w., mimo szokowej terapii zaaplikowanej społeczeństwu przez kolejne rządy nominowane przez prezydenta Jelcyna. „Młoda elita rosyjska, która odrzuciła komunizm rzuciła się w objęcia Zachodu i Europy gotowa do integracji nawet na warunkach ucznia. Ale Zachód odrzucił taką możliwość. Potraktowaliście nas jak pokonanego, choć nie czuliśmy się pokonani”. A to akurat uczucie jest bardzo znaczące dla rosyjskiej tożsamości, mentalności i systemu wartości. Mimo to Karaganow uważa, że bez zrozumienia wspólnego interesu, wspólnych celów strategicznych i przeorania na nowo wspólnoty kulturowej „wielkie 500 lat Europy odejdzie w cień, a ton światu nadawać będą Stany Zjednoczone i Chiny”. Bo to – jak wyraził się Rosjanin – Chiny wygrały zimną wojnę (co widać), nie Zachód. „Dlatego Rosja i Europa winny dążyć do stworzenia wspólnego związku i do włączenia do niego państw, które dotąd jeszcze nie określiły swej orientacji: Turcji, Kazachstanu, Ukrainy”. Ten związek ma być układem partnerskim, nie biurokratyczno-paternalistycznym. Miękka siła Europy z twardą siłą potencjału – wielowymiarowego – Rosji ma przyszłość strategiczną i jest po prostu koniecznością. Dla obu partnerów. Bo „słaba Europa będzie osłabiać Rosję”. I na odwrót. Takie propozycje składał Siergiej Karaganow w 2010 roku, gdy sytuacja międzynarodowa była zupełnie inna i rysowała się kolorach bardziej pastelowych niż dziś. W Polsce, kraju który żywotnie winien był być zainteresowany takimi propozycjami i zabiegać o partnerskie, przyjazne i cywilizowane stosunki między Rosją, a Unią Europejską (to naczelny priorytet polskiego członkostwa w UE), nie odbyła się żadna dyskusja na ten temat. Jakby tematu nie było. Odłożono go ad calendas graecas. Górę wzięły stare, rusofobiczne fumy i fantazmaty. Bo „oto polski mesjanizm znów zawładnął polskimi urzędami państwowymi i czyni z tego użytek” (A. Walicki, O inteligencji, liberalizmach i Rosji). Jak pisze cytowany L. Stomma – „skorupka zamiast rozumu”. Politolog prof. Tomasz G. Grosse (Instytut Europeistyki Uniwersytetu Warszawskiego) podkreśla – zbieżnie z tym, co pisze i mówi Karaganow – iż „Na Rosjan powinniśmy spojrzeć nie jak na odwiecznego rywala, ale raczej w obszarze rozlicznych szans ekonomicznych.Obecne napięcia przewidział jeszcze w latach 70. XX w. wybitny amerykański znawca stosunków międzynarodowych Kenneth Waltz. Doszedł do wniosku, że Europa i Rosja będą dążyły do współpracy na wielu różnych płaszczyznach, co nie będzie przyjemne dla Stanów Zjednoczonych. Podtrzymywanie konfliktu między zjednoczoną Europą a Rosją musiałoby więc w tych warunkach być naturalnym dążeniem administracji amerykańskiej” (T. G. Grosse, Chiny to już zupełnie inna półka, OPCJA nr 2/139/15). Wracając na zakończenie jeszcze na moment do Siergieja Karaganowa, trzeba przywołać jego myśl o współczesnych perturbacjach we wzajemnych relacjach Rosja – Zachód (czyli de facto: Unia Europejska). Myśl, która oddaje – jak sądzę – esencję rozumienia tych perturbacji przez zdecydowaną większość rosyjskiej elity (której Karaganow jest wybitnym i klarownym reprezentantem) i tamtejszego społeczeństwa.
Mówi on: „W Rosji rozszerzenie NATO postrzegano jako otwarte naruszenie jawnych i niejawnych umów wypracowanych w czasach, gdy ZSRR zaprzestał polityki konfrontacji, wycofał wojska z krajów Układu Warszawskiego i zgodził się na zjednoczenie Niemiec. Dwie fale rozszerzenia NATO Rosja przełknęła (być może to był błąd), ale rozprzestrzenianie tego paktu na Ukrainę, które stworzyłoby niebezpieczną granicę z blokiem o długości 2 tys. km było nie do przyjęcia (…). Było postrzegane jako potencjalna przyczyna dla wielkiej wojny”.
I to jest jeszcze jeden element polityki europejskiej, o którym należy rozmawiać. Ukraina, Krym, wcześniej – Gruzja czy Naddniestrze (ale też i rozpad Jugosławii, secesja Kosowa), to wszystko zagadnienia poboczne, wynikające właśnie z braku wzajemnego zrozumienia i partnerstwa. Polski wkład w owo pogarszanie się atmosfery na Starym Kontynencie, między dwoma gigantami geopolityki – czyli Unią Europejską a Federacją Rosyjską - jest tyle duży, co irracjonalny. To tak, jakbyśmy na złość mamie chcieli odmrozić sobie uszy, bo ona nam nakazuje – a my tego bardzo nie lubimy - nosić podczas mrozów czapkę zakrywającą owe uszy.
Skorupka zamiast rozumu
Kończąc ten tryptyk należy podkreślić, że demokracja, swobody czy wolności „nie czynią nas automatycznie wyższymi, lepszymi, ładniejszymi, bogatszymi i szczęśliwszymi. One są codziennością, przyziemną i prozaiczną” , jak mówi hiszpański pisarz i eseista Javier Ceras (Gazeta Wyborcza, 6-7.06.15).
Ale kiedy tu, nad Wisłą, Bugiem i Odrą ma za nimi stać w polskim imaginarium zarówno na wskroś kolonialny (p. Daniel Beavois, Trójkąt ukraiński. Szlachta, carat i lud na Wołyniu i Kijowszczyźnie w latach 1793-1914), sarmacki (p. relacja pan vs cham) oraz kontrreformacyjny (p. drang nach Osten w imię „krzyża” oraz imperialnych apetytów elit rządzących I RP) projekt nawrócenia „schizmatyckich Greków na naszą prawdziwą wiarę” i podporządkowania sobie „ruskich mużyków” traktowanych a priori jako raby (czyli niewolnicy), to pogarda, paternalizm, zadęcia i wielkie słowa dla opisu marnych rzeczy, pompatyczne napuszenie, tromtadracja, niezwykłe miny i poważne nad wyraz pozy (jakich pełno w naszym przekazie publicznym) muszą triumfować. Cóż, że ze szkodą dla pragmatycznie i realistycznie pojmowanym bonum communae. Skorupka zamiast rozumu … Radosław S. Czarnecki Poprzednie części eseju autora publikowaliśmy w numerze 10/15 i 11/15 Spraw Nauki: Rozważania o Europie (1) - Tu mieszka szczęście Rozważania o Europie (2) - Polska w Europie: fantazmaty i realia
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 509
Pojęcie kundlizmu zastosował po raz pierwszy Melchior Wańkowicz poruszając tematykę zachowań Polaków na emigracji podczas II wojny światowej w wydanym (1974) zbiorze felietonów. Wzbudziło to ogromne wzburzenie i kontrowersje w środowiskach emigracyjnych. W wyniku tego zamieszania kilka czasopism spoza Polski zerwało współpracę z Wańkowiczem.
Typowa nasza, narodowa postawa: gdy ktoś ma inne zdanie, czy wyraża przeciwstawny sąd, to się nadymamy, obrażamy i wyniośle odcinamy od naszym zdaniem nieprawdziwych i obrażających nasze ego enuncjacji. By przy tej – i innych okazjach - zapewniać solennie o naszym umiłowaniu wolności słowa, szacunku dla demokracji, admiracji godności innego człowieka czy respekcie dla pluralizmu. Megahipokryzja to czy forma schizofrenii? To też jest jedna z cech kundlizmu, nadal obecnego w naszej nadwiślańskiej przestrzeni publicznej.
Szkoda tylko, że z tej polskiej lekkomyślności nieuchronnie wypływa dużo fanfaronady, blagi i niepotrzebnego wypinania piersi tam, gdzie się ledwo na trójczynę spełniło obowiązek. I tym jak to tyle rzeczy u nas jest lepiej niż gdzie indziej, jak to Anglicy nas podziwiają etc. A z tego wszystkiego jaka polska lekkomyślna synteza wojny...Siądę na konika, podkręcę wąsika, dobędę pałasza, Wiwat Polska nasza.
Melchior Wańkowicz
Kundlizmem Wańkowicz nazywa cechę powszechną i charakterystyczną dla tzw. polskości, a stanowiącą absolutne przeciwieństwo szlachetności, godności, prawości i wiarygodności. Czyli te cechy, jakie lubimy podnosić, opisując nasz narodowy charakter. Zwłaszcza robią to nader chętnie elity polityczne i sprzężone z nimi środowiska zwane mainstreamem oraz tzw. influencerzy i celebryci różnych maści, którzy kreują się w przestrzeni medialnej jako niezłomni guru, egzegeci prawd wszelakich i wzorce do naśladowania.
Wańkowicz zauważył przy opisie tego terminu i ludzkich zachowań (ze swoistą swadą), jak jego rodacy na emigracji, na skróty, na cudzej krzywdzie (często wskutek pomówień, kłamstw i manipulacji) budowali własne szczęście i pomyślność. A przy tym kreowali się na niezłomnych, ideowych i szczerych patriotów, ludzi honoru przepełnionych cnotami.
Legendy, mity, fantasmagorie zawsze są w takich przypadkach niesłychanie pomocne w budowie pseudoautorytetów i kreowaniu swej niezłomności. Z ilości takich autorytetów właśnie słyniemy. Praktyka ostatnich dekad pokazuje to dobitnie.
Scheda po feudalizmie
Kundlizm nie jest postponowaniem, wyszydzaniem czy poniżaniem skądinąd sympatycznego kundelka, ale synonimem „niskiego urodzenia” w wymiarze etyczno-moralnym (jak to było w polskiej tradycji postsarmackiej, do której mimo wszytko Wańkowicza można zaliczyć). „Pan” miał w tej tradycji zawsze przyrodzoną urodzeniem i byciem „herbowym posesjonatem” przewagę nad przysłowiowym ”chamem”. Kundel kojarzyć się więc winien z „nierasowością”, niewiadomym czy poślednim pochodzeniem. W przeciwieństwie do „rasowości”, wyższej klasy, elitarności, swoistego „wybrania”.
Kundlizm zdaniem Wańkowicza zawsze występuje tam, gdzie przedkładane są własne interesy kosztem innych ludzi, nie tylko jednostek, lecz przede wszystkim dobra publicznego, społecznego, państwowego. Czyli nasze, zbiorowe, wspólne. Czyni się tak zazwyczaj poprzez poniżenie, podeptanie godności innych ludzi, jednocześnie szermując godnością własną. Skundlony osobnik jednak o tym, że szkodzi nie tylko wspólnocie, ale zwłaszcza sobie, nie wie, nie zdaje sobie sprawy. Zwłaszcza, gdy na szalę rzuca tak wzniosłe i uniwersalne wartości jak prawda, wolność, swoboda myśli i słowa, czy najogólniej rzecz biorąc – demokracja. I czyni tak właśnie z powodu swojego wrodzonego kundlizmu.
Polski, ułomny i oceniany coraz gorzej stan demokracji, obywatelskich wolności, swobody słowa i podstawowych wartości demokratycznych – bez względu na wyniki wyborów oraz politycznej proweniencji rządzących elit partyjnych oraz system bałwochwalstwa rynkowego najszerzej pojmowanego - temu najwyraźniej sprzyja.
Zaordynowano u nas w czasie tzw. transformacji ustrojowej najdzikszą wersję, pierwotnego, XIX wiecznego kapitalizmu, który w syntezie z postsarmacką świadomością „Panów herbowych braci”, brakiem etosu mieszczańskiego o protestancko-kalwińskiej immanencji, czyli: skromności, pomocy uboższym (lecz nie na zasadzie jałmużny jak to preferował od zawsze katolicyzm, tylko najszerzej pojętej wspólnotowości i solidarności) wytworzył kolejne pola dla wzrostu i poszerzenia zakresu kundlizmu.
Postszlacheckie urojenia
Wiele napisano u nas o ewolucji szlachty, czy raczej postszlachty, w XIX w. w tzw. charakterystyczną dla Europy Środkowej, inteligencję. Zbiorowość, warstwę społeczną (bo nie klasę), która miała niby decydujący wpływ na losy narodu i jego odrodzenie tak w 1918 jak i w 1989. O czasach 1945-89 się w tych środowiskach nie mówi inaczej jak nowa okupacja, poddaństwo, niesuwerenność itd., jakby ich dziecko - III RP - było absolutnie wolnym, suwerennym państwem, co w zglobalizowanym i neoliberalnym świecie jest niemożliwe, a niezauważanie tego jest oszustwem i manipulacją.
Mimo uzurpacji dla siebie przez najgłośniejszą część tej zbiorowości wszystkiego co najlepsze i co winno być utożsamiane z polskością, przeniesiono jednak – właśnie z racji romantycznych rojeń, postszlacheckiego sznytu, a tym samym i pogardy „dla niżej urodzonych i gorzej sytuowanych” - do demokracji i liberalnych porządków, jakie zapanowały w III RP po 1989 r. - ów stosunek „pana” do „chama”. Dziś emanuje to niechęcią, nienawiścią, agresją tych niby oświeconych do wszystkiego co inne, co ma odmienne zdanie, co myśli krytycznie i nie poddaje się naciskom „jaśnie oświeconych inteligentów i domorosłych demokratów”. Czyż to nie jest klasyczny, niczym z Wańkowicza składnik nadwiślańskiego kundlizmu?
Przykładów jest całe mnóstwo. A to wybitna aktorka, jako osoba publiczna i starająca się zabierać głos w „najważniejszych sprawach narodu i państwa” jako nasze „zbiorowe sumienie”, objawia w mediach, że ona jako inteligentka nie może grać „matki narkomana”. Bo jakoby obniży to jej rangę jako narodowego sumienia? Będzie taka rola czymś gorszącym dla wzniosłości ducha moralnego autorytetu?
A popatrzmy wstecz, do klasyki literatury tak celebrowanej u nas: jak Henryk Sienkiewicz pokazuje w Ogniem i mieczem stosunek imć Pana Zagłoby do tych gorzej urodzonych, gdy patrząc na rebeliantów Chmielnickiego mruczy pod nosem: „Boże, taki miód chamy piją”.
A treść i przesłanie „dzieła” Waleriana Nekandy Trepki Liber chamorum nie jest czasem egzemplifikacją tego stosunku pobrzmiewającego ciągle w polskiej, już ponoć demokratycznej, przestrzeni publicznej? Bo jak rozumieć sytuację, gdy po sukcesie decyzji o przyznaniu ludowi zasiłku 500 + głośno rozbrzmiało święte oburzenie celebrytów, medialnych włodarzy naszych umysłów, iż na plażach w Łebie czy Kołobrzegu „chamstwo” zalegnie „ze swymi bachorami” i będzie defekować na okolicznych wydmach? Czy demonów paternalizmu i poczucia wyższości nie dostrzegamy w tych przypadkach? A za Immanuelem Kantem wiemy, że paternalizm to najgorsza z niewoli, jaką człowiek gotuje drugiemu człowiekowi.
Pogarda dla inności
Kundlizm to również pogarda dla inności, dla tego kto nie „jest z nami”, nie z naszej „bańki”. I na dodatek ma swoje zdanie, odmienne od naszego, wygłaszanego przez „sumienie narodu” - tych „lepszych”, namaszczonych przez „Boga i historię”. I potrafi to racjonalnie argumentować.
A przy tym kundlizm, niejako równolegle, gorąco zapewnia o swym przywiązaniu do demokracji, do liberalnych zasad i nowoczesnych wartości immanentnych człowiekowi XXI w. Powołuje się na Deklarację Praw Człowieka ONZ z 1948 r. i podnosi swą znajomość owych praw wyłącznie wedle własnych interpretacji, które są jedyne i absolutnie dopuszczalne do publicznego upowszechniania. Doskonale opisał i wyjaśnił funkcjonowanie tego trendu Georg Orwell (Folwark zwierzęcy).
Nie do pomyślenia dla osoby zanurzonej w kundlizmie jest, iż ktoś inny osiąga sukces, jest autentycznie niezależny. Ten aspekt zauważał już w swych esejach Wańkowicz, pokazując ów rys jako kolejny element kundlizmu. Wzbudza w tych oświeconych „sumieniach narodu”, szczerych demokratach i wzorcowych liberałach ogrom bezinteresownej zawiści, która materializuje się obrzucaniem takiej osoby potwarzami, wylewaniem na nią wiadra pomyj oraz insynuacji najgorszych intencji nią kierujących.
Rys anarchii, wsobności grupowej, wzmocnionych romantycznymi, a nie pragmatycznymi i realistycznymi tendencjami, poraził całość nadwiślańskiej zbiorowości. Doskonale prezentują te procesy autorzy wydawanych ostatnimi czasy książek, tacy jak Jan Sowa (Fantomowe ciało króla), Andrzej Leder (Prześniona rewolucja), Kacper Pobłocki (Chamstwo), Adam Leszczyński (Ludowa historia Polski) czy felietoniści jak Ludwik Stomma czy Bronisław Łagowski. Zwłaszcza dotyczy to najszerzej rozumianego mainstreamu i wspomnianej inteligencji.
Charakteryzuje doskonale tę postawę i popularne myślenie, emanujące absolutnym „chciejstwem” powiedzenie „chcieć to móc” - bez oglądania się na okoliczności oraz uwarunkowania, nie mówiąc już o tym, że może ono innym przynieść szkody, kłopoty. Admiracja, a nawet kult takiej formy egzystencji jest emanacją egoizmu i egotyzmu, tak charakterystycznego dla szlachty, jako zbiorowości rządzącej przedrozbiorowym państwem.
Kundlizm przejawia się więc także w absolutyzacji jednostki (nie osoby, gdyż ona ma zawsze świadome uwarunkowania społeczne), fetyszyzacji JA i moich zachcianek, moich preferencji i prymatem własnych sądów.
Kundlizm intelektualny
Współczesne elity, owa inteligencja, „sumienie narodu” zasłużone w walce o wolności i demoliberalne wartości, wybrały izolację. Jest ona efektem wielopłaszczyznowych „fumów” (neologizm stworzony przez Stefana Kisielewskiego na określenie turbulencji drążących stale polską mentalność) obecnych w nadwiślańskim imaginarium od wieków. I z którymi elity nie chcą, nie potrafią, nie umieją się tak mentalnie jak i praktycznie sprawić.
Elity z wysokości swych ambon udowadniają że „ta reszta”, która nie jest „z nami”, która „nie podziela naszego stylu życia” i której się nie powiodło musi „ponosić koszty ich izolacji, koszty psychologiczne, kulturowe, polityczne, ekonomiczne” (Z. Bauman, Globalizacja). Ci, którzy z wielu względów nie mogli wybrać izolacji, nie załapali się do pociągu zysków i splendoru przemian demokratyczno-liberalnych są podobni do ofiar grodzenia gruntów w Anglii u progu nowoczesności. Nie pytając ich o zdanie, ogrodzono pewnego dnia przestrzeń w której funkcjonowali, deprecjonując ich wartości, tego co lubili, kochali, co ich kształtowało i co było ich tożsamością, choć z tego nie zdawali sobie do końca sprawy. I powiedziano im, że wszytko to było złe i nic niewarte. I teraz wy, jeśli nie jesteście z nami też niewiele lub nic nie jesteście warci. Jesteście niczym mówią elity. (Z. Bauman, Życie na przemiał).
Te elity kulturowe, ekonomiczne, polityczne, biznesowo-menadżerskie przekształciły się w elity instytucjonalne, administracyjne, medialne. Dyktujące i kreujące rzeczywistość oraz normy postępowania, a nawet sposób myślenia i interpretacji świata. A za tym idzie totalne wartościowanie wszystkich i wszystkiego. I tu kundlizm ma kolosalne, dzięki współczesnym możliwościom technologicznym, pole do działania. Po prostu kwitnie.
Przykładem alienacji tych środowisk w dawnym sarmackim stylu z jednoczesną ilustracją dzisiejszego kundlizmu intelektualnego elit - czyli tzw. klasy średniej na kredyt, nie tej z klasyki liberalizmu wg Milla, Smitha czy nawet Walickiego – jest miasteczko Wilanów. Oto jeden z licznych wpisów znalezionych w sieci na ten temat: „Jak tu się żyje? Zaje….cie. Gdy przyjeżdżam tu z innej części Polski lub zza granicy, to czuję się szczęśliwy. Jestem z pokolenia wychowanego na amerykańskich filmach, serialach oglądanych w latach 90. Czuję się jak w takim zachodnim miasteczku, z takiego filmu” (napisał w sieci Grzegorz, reżyser i pracownik ITI). I czuje się tym samym lepszy, odgrodzony szlabanami, ochroną i monitoringiem od plebsu, od problemów ludu, od codziennego życia rodaczek i rodaków. Zwykłych ludzi, niczym XVIII-wieczny posesjonat od ludzi z folwarku, od swoich poddanych. Z takiej formy egzystencji rodzą się myśli zamykające się stwierdzeniem, że jak nie ma chleba to należy jeść ciasteczka …
To z takiego spojrzenia na rzeczywistość wzięła się uwaga Stanisława Lema o polskiej „duszy narodowej” i „czepiania się przywilejów” przynależnych masie szlacheckiej. Jego zdaniem, „Polak pochodzący ze wsi (…) na uniwersytecie już z czasem zaczyna małpieć. Ale po ukończeniu uniwersytetu małpieje na pewno. (…) Inny człowiek się robi. Już siadł z tamtej strony okienka, już odwala uprzywilejowanego dygnitarza, już strzeże godności urzędu i jak się tam nazywają te żałosne przywileje, których się dochrapał. Chłop dochrapujący się stanowiska za okienkiem małpował ten styl, bo biurokratyzm był jedyną formą wyżycia się jako człowieka uprzywilejowanego”. Sarmata postawił stempel swej chorej mentalności i sposobu życia na świadomości ludu.
Ten rozpowszechniony ludowy kundlizm jest pokłosiem kundlizmu warstw oświeconych, elit, tego „sumienia narodu”, który się absolutnie sprzeniewierzył, nie tyle sobie samemu, lecz temu co – nieważne, wierząc lub nie – publicznie ex cathedra głosił i głosi.
Niewolnictwo mentalne
Jest coś takiego jak niewolnictwo mentalne. Doskonale to opisał w swych pracach Frederic Douglass, afroamerykański abolicjonista (XIX w.), bojownik o prawa obywatelskie w Ameryce, wskazując drogę do autentycznego wyjścia z niewolnictwa: edukacja, krytycyzm, zdystansowanie do autorytetów. To chodzi nie tylko o niewolnictwo formalne, administracyjne, jurydyczne, ale o mentalne. O ludzką predylekcję do mimikry wobec istniejącej rzeczywistości, poglądów, idei, mód, opinii z zewnątrz itd. To zaprzeczenie racjonalnego, nonkonformistycznego, świadomego bytu, potrafiącego mieć własne zdanie, twardo go broniącego.
Podobnie ów problem przedstawiony jest w książce Dawida Barsamiana Mocénske systémy (rozmowy z Noamem Chomskym). Już we wstępie Chomsky stwierdza: „.mentalne niewolnictwo istniało zawsze, od dawien dawna jako wyraz czci okazywanej królom, książętom, przejaw posłuszeństwa wobec autorytetów religijnych. Dzisiaj mentalność niewolnicza jest cechą postaw, które są kształtowane systemowo przez władze w wyniku uruchamianych przez nie propagandowych akcji, by obywatele okazali swoją uległość i bierność w relacjach z władzą”. Kundlizm to również intelektualna nieuczciwość oświeconych, wykształconych, przypisujących sobie pozy „sumienia narodu”, a utrzymujących (poprzez swe działania) rodaków w mentalnym niewolnictwie.
Tak preferowany elitaryzm jest antydemokracją, gdyż wiedza i dostrzeganie procesów społecznych, ewolucji wszystkich bytów (materialnych i niematerialnych) winna iść z ich zrozumieniem oraz w zgodzie z głoszonymi hasłami o demokracji, pluralizmie, wolnościach obywatelskich i godności każdej osoby. Nie może stanowić to tajemnej wiedzy zastrzeżonej dla mainstreamu, dla rządzących, dla środowisk oświeconych i a priori z tej racji mądrzejszych. Bardziej godnych wysokich ambon dla swej egzegezy wartości, zasad i codziennej praktyki. Bo są lepiej sytuowani i umiejscowieni na społecznej drabinie uznania.
Gdy tak rozumiemy elitaryzm, nasuwa się od razu synonim starożydowskiego Sanhedrynu (sprzed 70 r. n.e., kiedy Rzymianie burzą tzw. II Świątynię na Wzgórzu Jerozolimskim). Tworzyli go przedstawiciele arystokracji, będący radą przy arcykapłanie, potem kolegium wyższych kapłanów, które wydawało niepodważalne wyroki i stanowiło prawa dla ludności Izraela zarówno w przedmiocie religii jak i zagadnień społecznych (najszerzej rozumianych).
W naszej przestrzeni, dzięki wyrokom miejscowego „sanhedrynu” medialno-elitarnego, pojawiło się całe mnóstwo agentów obcych państw czy ośrodków władzy. A przy tym ludzie tak ochoczo szermujących tymi oskarżeniami, które de facto są formą mowy nienawiści. Owe oskarżenia są nader poważne, gdyż stanowią retoryczną formę przemocy symbolicznej, która stygmatyzuje i wyklucza ze wspólnoty osoby naznaczone takim piętnem.
Ci nadwiślańscy arcykapłani dzierżący rząd dusz i umysłów, uważają siebie za promotorów walki z mową nienawiści, szczerych demokratów i zwolenników społeczeństwa obywatelskiego. I jeśli ich interlokutor czy osoba spoza ich mentalnego kręgu łamie stworzone przez nich stereotypy i zadekretowane prawdy, stwierdzając przy okazji, że po piątku nadchodzi sobota, to muszą oni temu głośno i autorytatywnie zaprzeczyć. A następnie powiedzieć ludowi, że po nim jest niedziela. Czysty przykład intelektualnego, jakże dziś powszedniego, kundlizmu.
Radosław S. Czarnecki
Jest to pierwsza (z dwóch) część eseju zatytułowanego „Rozważania o kundlizmie” – drugą opublikujemy w następnym numerze, SN 1/25.