Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2083
"Manifest Zuckerberga nasuwa wątpliwości,
czy w niedalekiej przyszłości większa władza
będzie się wiązała z urzędem prezydenta USA
czy z funkcją prezesa internetowej spółki".
Adrianne Lafrance
Mark Zuckerberg to jedna z najbardziej wpływowych i najbogatszych osób na świecie. To demiurg – w znacznej części – współczesnej rzeczywistości i kreator przyszłego świata. Nawet nie zdajemy sobie do końca sprawy z tego, jak bardzo ta specyficzna i nietypowa korporacja – Facebook, jego „dziecko” i źródło dochodów - zmienia świat, relacje międzyludzkie, jak zmienia nas wszystkich: grupowo i pojedynczo, narodowo i społecznie bez względu na język, rasę, kulturę, religijne wyznanie bądź ateizm, poglądy polityczne czy sytuację ekonomiczną.
Widać to wszystko jak na dłoni podczas obserwacji społeczności facebookowej, pokazującej znaczenie tego komunikatora i forum wymiany myśli, idei, emocji pojedynczych ludzi oraz podczas lektury, czy pobieżnej analizy jego Manifestu z lutego 2017 roku („Building Global Community”). Manifestu, który wywołał ożywione dyskusje za oceanem na temat utopii, marzeń czy chęci władzy nad światem, jakiej zapragnął właściciel Facebooka.
Zasięg władzy Zuckerberga – nawet bez zmian zakładanych w „Building Global Community” - jest już kolosalny. Szacuje się, że uczestników przedsięwzięcia Zuckerberga na całym świecie jest od 2 do 2,5 mld ludzi. Ta olbrzymia społeczność ujęta niewidocznymi regułami infiltrowana jest pod kątem idei, pomysłów, wyznawanych wartości.
Jak zauważył jeden z komentatorów amerykańskiego „Vanity Fair”, Nick Bulton -„Zuckerberg jest jedną z niewielu osób, dla których zostanie prezydentem Stanów Zjednoczonych mogłoby oznaczać degradację. Jako szef Facebooka już jest prawdziwym liderem wolnego świata”. Ta władza w innym wymiarze, będąca emanacją rozproszenia i chaosu, ale też totalitaryzmu cyberprzestrzeni poparta jest kapitałem, jakim dysponuje Mark Zuckerberg.
We współczesnym świecie, globalnego i funkcjonującego w cyberprzestrzeni korporacyjnego rynku, zamiast sprzedawców i nabywców – jak przewidywał Jeremi Rifkin („Wiek dostępu”, 2000) – pojawili się dostawcy i użytkownicy. Leasing, wypożyczenie, użyczenie stają się podstawą wymiany, a tym samym i formą osiągania zysku oraz akumulacji kapitału. Te formy wymiany nie negują istoty własności. Dochodzą tym samym nowe instrumenty realizacji zadań immanentnych każdej władzy. I takie też będzie ona implikować formy jej sprawowania. Jest to wg Rifkina „sieciowa wersja rynku”.
W tak skonstruowanej rzeczywistości brak dostępu – np. do informacji, a ona jest potrzebna do pracy intelektualnej – jest pierwszym stopniem alienacji. I od razu generuje dominację tych, co ów dostęp posiadają, albo nim zawiadują. Taka globalna forma dominacji jest zdaniem np. Jean Baudrillarda ( „Rozmowy przed końcem”, 1997) niebezpieczna dla tego, co nazywaliśmy dotychczas człowieczeństwem i humanizmem. Pozostając cały czas w zasięgu sieci, cyberprzestrzeni, pracując i niewoląc się, tym samym „stajemy się prawie trupem”. Praca, wypoczynek, zabawa, wszystko jawi się nam wszechogarniającym chaosem. Ale to wcale nie eliminuje nas ze sfer uzależnień jednostki wobec władzy kapitału i tych, którzy nim dysponują. Ten stan rzeczy pogłębia tylko owo zniewolenie i uzależnienie, gdyż jest to projekt nowego integryzmu, kolejnej wersji średniowiecznej jedni (jak u Plotyna), zakazującej myśleć „o czymś innym niż globalna supremacja” jakichś niewidzialnych sił (w Średniowieczu był to chrześcijański Bóg w papieskiej wersji).
Walka o zysk i bogactwo
Obecny neoliberalny i bazujący na cyberprzestrzeni (zwanej siecią) korporacyjny system światowej gospodarki rynkowej tworzy zupełnie nowe relacje między podmiotami uczestniczącymi w tej grze. To z kolei przekłada się na zupełnie inną – czy raczej inaczej opisaną, za pomocą innych pojęć i narzędzi, gdyż warunki są inne – antynomię pracy i kapitału. Ale ona istnieje, bo jest immanencją systemu rynkowego. Wynika bezpośrednio z dążenia do zysku, a za nim idzie coś, co nazywamy własnością. Własnością materialną i niematerialną (dawniej mówiono – duchową). I to wszystko przekłada się na sprawowanie władzy.
Jak stwierdził przed dwoma dekadami amerykański ekonomista, strateg-politolog i historyk, bliski konserwatywnemu establishmentowi USA, Edward Luttwak - „Nic nie może się równać z wyjątkową zdolnością kapitalizmu do przekształcania zwykłej, ludzkiej chęci zysku w nieskończenie wiele umiejętności produkcyjnych. Żadna administracja centralna, nawet najbardziej stanowcza, nie jest w stanie osiągnąć takiej sprawności i innowacyjności jak bezlitosna walka o zysk i bogactwo, rozpętana przez kapitalizm” („Turbokapitalizm”,1998). Perspektywa szybkiego zysku zastępuje bowiem wszystkie inne korzyści.
Jednak na pewnym poziomie bogactwa, na określonym etapie kumulacji kapitału, do głosu dochodzą inne czynniki, związane z potrzebą sprawowania władzy. Luttwak zauważył, iż współczesny – nazywany przez niego turbokapitalizmem – system gospodarczy ma wiele wspólnego z „radziecką wersją komunizmu”, gdyż oferuje każdemu na świecie taki sam model, oparty o te same wartości i zbiór zasad, ignorując przy tym wszelkie różnice społeczne, kulturowe i psychologiczne. Ponadto umożliwia (w delikatny sposób) powszechną, globalną glajchszaltyzację według znormalizowanych, służących zyskom i władzy, jednolitych kanonów. Wspomniany kierunek rozwoju ludzkości niezwykle sprzyja tym trendom i kierunkom postępu cywilizacyjnego.
Chęć władzy (i zdolność jej sprawowania) tych, którzy dysponują kapitałem, cokolwiek by pod tym terminem rozumieć, jest immanencją każdego systemu polityczno-gospodarczego. A dziś, kiedy tzw. zblatowanie biznesu i świata polityki, kultury, sportu itd. jest faktem (co nie służy absolutnie światom pozabiznesowym), ta predylekcja właścicieli kapitału i ich żądza władzy niosą bardzo poważne zagrożenia dla demokratycznych porządków, wolności obywatelskich, swobód cywilizacyjno-kulturowych i istoty człowieka wolnego.
Szlachetne cele a siła kapitału
W swoim Manifeście, mającym być jakby programem przedsięwzięcia pod nazwą „Facebook na przyszłość”, Zuckerberg pragnie skupić uwagę czytelnika na celach intelektualno-etycznych. Chodzić ma o podniesienie na wyższy poziom komunikowania się, relacji interpersonalnych i funkcjonowania społeczności przy pomocy Facebooka. Dotyczy to przede wszystkim ograniczenia wulgaryzacji dyskursu (tzw. hejtu), jak również eliminacji tzw. fejku (nieprawdziwych informacji), zaśmiecających społecznościowe komunikatory.
Właściciel FB zamierza tak ustawić dysputę publiczną, aby z jednej strony aktywizować obywateli do prodemokratycznych i odpowiedzialnych działań oraz wypowiedzi, a z drugiej - eliminować metodę czytania tekstów w sieci na zasadzie clickbaitów (czyli wyłącznie sensacyjnych nagłówków) i wyrugować hejt oraz fejk. Facebook ma się stać tym samym głównym medium rozpowszechniania informacji oraz regulowania debaty publicznej.
Ale nie można zapominać, iż Facebook jest również instrumentem dla uzyskiwania kolosalnych dochodów, o czym świadczy stan majątku Zuckerberga.
Już ponad 30 lat temu Neil Postman przestrzegał (podobnie jak wielu innych autorów) przed infantylizacją i karnawalizacją debaty publicznej, sprowadzaniem jej istoty do zabawy – służą temu m.in. wszechobecne reklamy narzucające styl dyskursu (co w cyberprzestrzeni stało się regułą) oraz model sitcomowych newsów.
Oczywiście, marginalizuje się wskutek tego dotychczasową rolę tradycyjnych mediów, kształtujących w określony sposób debatę publiczną, o której poziom, demokratyzację i pluralizm opinii ponoć tu chodzi. Szef i właściciel FB przekonuje, że jego przedsięwzięcie będzie nie tylko technologią, nie tylko medium, lecz również (a może przede wszystkim) wspólnotą ludzi samokreujących siebie i przestrzeń, w której funkcjonują. Ta przestrzeń ma być ich własnym wytworem. Każdy będzie kreatorem, odbiorcą, współdecydentem, demiurgiem dyskursu odbywanego na różnych płaszczyznach i poziomach. Taki wielostrefowy, polifoniczny samograj.
Ale raczej będzie to horyzontalnie funkcjonujący, chaotyczny i przypadkowy, system opisany przez Rifkina: wieloelementowy dostawca – wieloelementowy użytkownik. Władza i sterowność systemu jednak spoczywać będą jak dotychczas w kręgach dysponenta kapitałem. Bo to trendy rynkowe muszą kreować określone decyzje i nadawać kierunki rozwoju przedsięwzięcia pn. Facebook. Jak zawsze w gospodarce kapitalistycznej. Główny decydent zakłada zastosowanie określonych rozwiązań, działań i środków, aby społeczności uwierzyła… A wiara „łatwo przychodzi, gdy jest wiarą w to, czego się pragnie” (Owidiusz, „Metamorfozy”). To pragnienie trzeba tylko wzbudzić.
Mniejsi bracia Zuckerberga
Pierwotne założenia gospodarki kapitalistycznej, zgodne zresztą z oświeceniowymi ideałami, zakładały, iż transakcje rynkowe muszą polegać na racjonalnych i zdroworozsądkowych zasadach, a każdy kupujący (i sprzedający także) winien być dojrzały, wystarczająco poinformowany i rozsądny. Sieciowość rynku (a tym samym i Facebooka) stawia te kanony pod wielkim znakiem zapytania. I nie chodzi tu już nawet o wszechobecność reklam, z których żyje cyberrynek, ale o poinformowanie kupującego (dziś – użytkownika uzyskującego dostęp) tak, aby wiedział co jest nie tylko dobre dla niego, ale „co jest dobre w ogóle” (Postman, „Zabawić się na śmierć”, 1985). To już dziś, zwłaszcza w przestrzeni cyberrynku, nie działa.
Zuckerberg w swoim „Manifeście” proponuje coś, co przekształci w chimerę wizje Georga Orwella i Aldousa Huxleya. Wielki Brat nie tyle ma bowiem organizować życie społeczne i rzeczywistość na kształt panopticonu oraz zajmować się jak u Orwella inwigilacją oraz śledzeniem zbiorowości, ale jak u Huxleya – spowodować, iż owa wspólnota będzie sama siebie inwigilować, nadzorować, wpływać na podświadomość i jaźń swoich członków, narzucać standardy, wartości, kształtować tzw. polityczną poprawność, estetykę, itd. A wszystko w aurze retoryki prowolnościowej, prodemokratycznej, poruszającej się w sferze pluralizmu, swobód obywatelskich, poszanowania godności jednostkowej i grupowej etc. Tyle tylko, iż zyski i władza pozostające niezmiennie w rudymentach tego systemu są niewidoczne i o nich się ex cathedra nie mówi.
„Jak możemy pomóc ludziom zbudować świadomą wspólnotę, która wystawia nas na nowe idee i tworzy porozumienie w świecie, w którym każda osoba ma głos?” pyta właściciel Facebooka w swoim memoriale. Aby ta świadoma wspólnota zaistniała – wedle koncepcji Zuckerberga i jemu podobnych właścicieli globalnych korporacji – trzeba przekształcić w taki sposób świadomość ludzi, aby myśleli i czuli „tak jak wypada”, tak jak należy, jak uważają demiurgowie i kreatorzy cyberwspółczesności. Czyli nowy Sanhedryn funkcjonujący na globalnym rynku, który w neoliberalnym świecie stał się wszystkim. To de facto religijny sposób sprawowania władzy nad ludźmi. Oprócz cugli ekonomicznych działających docześnie, w karbach będzie trzymana świadomość, mentalność, horyzonty myślowe, edukacja, a poprzez metodycznie prowadzoną propagandę (chrześcijanie mówią w tym wypadku o ewangelizacji) wedle sprawdzonych wzorów – urabianie ludzi, formatowanie ich do zaplanowanego kształtu.
Jak stwierdził przed ponad 60 laty najwybitniejszy twórca doktryny public relations Edward Bernays (nb. siostrzeniec Zygmunta Freuda), „inteligentne mniejszości muszą posługiwać się propagandą w sposób stały i systematyczny”. Tylko one bowiem rozumieją procesy myślowe immanentne masom i wzorce społeczne, jakim one hołdują. Tylko przez manipulację można uzyskać stosowne i pożądane w demokracji efekty. Trzeba uświadomić społeczeństwu, aby przyjęło proponowany sposób oglądu świata za swój własny, a wtedy w połączeniu z potrzebą wolności i demokracji uzna ono fakt, że „wolna konkurencja musi być organizowana przez przywódców i wybranych ludzi biznesu”, predestynowanych do przywództwa. Propaganda odpowiednio dobrana i dozowana dostarcza elitom mechanizmu za pomocą którego można tak kształtować umysły mas, żeby „kierowały swą nowozdobytą siłę w pożądanym przez elity kierunku” („Inżynieria zgody”, 1947).
Inny weteran amerykańskiej teorii PR-u Walter Lippman uważał, iż „inteligentna mniejszość ludzi odpowiedzialnych musi kontrolować” procesy społeczne tak, aby rozwój przebiegał „w odpowiednich kierunkach”. Inteligentna mniejszość stanowi wyspecjalizowaną klasę odpowiedzialną za kształt opinii publicznej i jest „uwolnioną od wpływów zwykłych obywateli, którzy są natrętnymi ignorantami i outsiderami”. Wyjątkiem jest tylko „czas wyborów, kiedy muszą zagłosować na kogoś” z wyspecjalizowanych elit, tzw. merytokratów. („U.S. Foreign Policy”, 1943). Jest to zasada wyspecjalizowanej izolacji.
W sposób mniej zawoalowany, ale bardziej brutalny, rzeczowo przedstawił to Tony Judt („Źle ma się kraj”, 2010): „Dziś debata publiczna wygląda tak, że demagodzy mówią tłumowi co ma myśleć. Gdy ludzie odbijają echem ich frazesy, oni śmiało ogłaszają, iż wyrażają tylko powszechne nastroje”. I ta sentencja oddaje najlepiej zamysły Zuckerberga w przedmiocie reformy Facebooka, jego przyszłych zadań i modelu funkcjonowania.
Ciekawym w tym kontekście spostrzeżeniem dzieli się Noam Chomsky („Zysk ponad ludzi”, 1999) stwierdzając, iż to nie uznane elity są nośnikiem demokracji i wolności. To retoryka ma zastąpić ich działania, które są pozorowane poprzez stymulowanie procesów i ich reżyserię. Przywołuje dorobek Francisa Hutchesona i Dawida Hume’a, klasyków anglosaskiego liberalizmu. Globalno-korporacyjne współczesne media jak najbardziej sprzyjają tym trendom i zamiarom, odzwierciedlając tezy wspomnianych myślicieli sprzed ponad 250 laty.
Skrajny indywidualizm i egoizm, będące emanacją epoki neoliberalizmu negują oświeceniowe kanony oraz postęp ludzkości najszerzej pojęty. Nadchodzi – i to wskutek m.in. takich projektów jak Facebook Zuckerberga – nowe Średniowiecze (Radosław S. Czarnecki, Przegrana sekularyzmu, czyli nadchodzące Średniowiecze, „Sprawy Nauki” nr 1/186/2014), przyjaznym okiem mruga „parafiańszczyzna i zaścianek” (Zygmunt Bauman, „Ponowoczesność jako źródło cierpień”, 2000), kroi się ponownie czas plemion.
Jak uważa socjolog Michael Maffesoli („Czas plemion. Schyłek indywidualizmu w społeczeństwach ponowoczesnych”, 2008) - „po okresie odczarowania jesteśmy ponownie świadkami zaczarowywania świata” i to przy pomocy technologii mającej służyć w pierwotnym projekcie humanizacji i rozwojowi człowieka, gdyż tak rozumiany postęp nastawiony tylko na materialny zysk, zabawę, karnawał, banał, kastruje jednostkę z szerokich horyzontów, sprowadzając ją do biernej, infantylnej, posłusznej jednostki, istniejącej tylko po to, aby konsumować (Benjamin Barber, „Skonsumowani”, 2007). I to właśnie jest śmierć autentycznego, racjonalnego, oświeceniowego subiektywizmu, zachowującego balans miedzy tym co „moje”, a tym co „wspólne”.
Władza utajona
Podsuwając członkom facebookowej społeczności określone pomysły i rozwiązania, zasady i kanony funkcjonowania wspólnoty, Zuckerberg staje się suwerenem ustawiającym siebie i firmę w miejscu, z którego może zarządzać debatą publiczną „zza kurtyny”, nie podlegając jej skutkom. Rozproszenie, dyspersja głosów i poglądów ujmowanych w coraz bardziej kontrolowane kanony (bezpośrednio i poprzez oddziaływanie na podświadomość) to nowa forma sprawowania władzy. Zuckerberg pisze: „Naszym następnym celem będzie rozwijanie społecznej infrastruktury dla wspólnoty, dla wspierania nas, dla zapewnienia nam bezpieczeństwa, dla informowania nas, dla zaangażowania obywatelskiego”.
Ta globalna społeczność siłą rzeczy musi się stać potężnym lobby na rzecz … no właśnie, czego? Na pewno będzie to już sfera sensu stricte publiczna, o globalnym wymiarze.
I tu rodzą się kolejne zagrożenia: bo czy sfera publiczna, obywatelska, społeczna, kulturowa nie jest w takim przypadku manipulowana przez dyspozycyjny ośrodek władzy? Czy odzwierciedla pluralizm poglądów, potrzeb społecznych, czy interes właściciela i suwerena umiejscowionego w owym ośrodku władzy?
Ten wielkoskalowy proces demokratyczny, „samonapędzający się” i „sam tworzący siebie” organizm nie zadowoli wszystkich z racji skali przedsięwzięcia. Niemożliwością jest konsensus 2-2,5 mld ludzi w jakimkolwiek wymiarze z tytułu różnych racji, wykształcenia, kultury, doświadczeń, systemu wyznawanych wartości, mentalności etc.
Więc czy sfera publiczna, którą ma kreować tak funkcjonujący FB jest w stanie wygenerować obiektywizm, autentyczność i wysoki intelektualnie poziom? Czy sfera publiczna może być kreowana przez kapitał prywatnie umocowany i zarządzany? Czy zawłaszczanie i komercjalizowane – immanentne dla biznesowej działalności – jest pozytywnym kierunkiem, w którym winna ona nadal podążać (teraz już jawnie i bez zbędnych, retorycznych i etyczno-moralnych uzasadnień)? To są poważne zastrzeżenia wynikające wprost z tez przedstawionych w „Manifeście”.
Zasadniczym dylematem pozostaje jednak problem: „czy narzędzie stworzone z myślą o prywatności - nawet jeśli miałaby ona być zawłaszczona i komercjalizowana – nadaje się do tego, aby obsługiwać sferę publiczną?” (Maciej Jakubowiak, Prezydent świata, dwutygodnik.com).
Autor tej trafnej refleksji stwierdza, że po raz któryś z rzędu przekonać się możemy, iż rzymska zasada divide et impera jest ciągle aktualna, gdy wchodzimy w sfery najszerzej pojętej władzy, jej sprawowania, własności i relacji: kapitał vs praca.
Bo jak z tak ogromnej populacji przykrytej „facebookowym parasolem” wykrzesać obywatelskość, inicjatywy, uniwersalne zainteresowanie problemami świata (światowa wspólnota siłą rzeczy musi się zajmować globalnymi problemami),potrzebę intelektualnego doskonalenia się, otwierania na kolejnego Innego?
Wiemy przecież, że cywilizacja obrazkowa – a do jakiej obok kina, telewizji należy zaliczyć cyberprzestrzeń – rodzi postawy bierności, intelektualnego lenistwa, indyferentyzmu (z racji nadmiaru informacji i braku aparatu pojęciowego dla ich selekcji), kwietyzmu czy nawet – solipsyzmu, nie mówiąc o egotyzmie czy narcyzmie.
Konsument - a gros uczestników Facebooka to konsumenci określonych dóbr - funkcjonujący w sferze wirtualnej, na pewno nie będzie obywatelem, gdzie esencją oświeceniowej definicji „obywatelskości” jest przede wszystkim świadomość.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Katarzyna Janiak
- Odsłon: 7245
Artykuł jest spojrzeniem na konflikt w Jugosławii z 1999 roku przez pryzmat burzenia mitu kosowskiego (na podstawie tekstów „Gazety Wyborczej").
Każdy naród w pewnych okresach swego istnienia odwołuje się do mitów z przeszłości, także Serbowie, którzy sięgają do mitu kosowskiego. Związany ze średniowieczną bitwą, stał się on niezaprzeczalnym symbolem serbskiego narodu. Wydarzenia z roku 1389 szybko zostały przekute w legendę, do której dodawano wciąż nowe elementy.
Bez znajomości historii mitu, który już przeniknął do kultury masowej, nie sposób zrozumieć dzisiejszej rzeczywistości w Serbii i stosunku Serbów do Kosowa. Aby usankcjonować swoje prawo do tego miejsca, sięgają oni do wydarzeń bardzo odległych. To właśnie na tym terenie znajdowały się średniowieczne stolice ich państwa, tam w 1389 r. rozegrała się bitwa, która stała się symbolem upadku kraju.
Podczas wydarzeń w Kosowie w 2008 r., kiedy prowincja oderwała się od Serbii, uwidocznił się mitologiczno-symboliczny sposób postrzegania rzeczywistości. Mit związany z bitwą na Kosowym Polu stał się symbolem upadku państwa, a rok 1389 symbolem klęski, która zapoczątkowała długie lata osmańskiej niewoli.
O Kosowie, jako serbskiej Jerozolimie, pisze w swoich esejach Ivan Čolović. Według serbskiego etnologa, ostatnimi czasy mówi się w Serbii bardzo dużo o świętościach narodowych. Obok języka serbskiego, który stał się przedmiotem prawdziwego kultu, taką świętością jest właśnie Kosowo. Fundamentem narodu i strażnikiem tożsamości narodowej jest serbska cerkiew narodowa a serbskie monastery znajdujące się między innymi w Kosowie są symbolem wielkiej świętości.
Według Čolovića, naród serbski odgrywa rolę bohatera tragicznego; przechodzi najcięższe próby, spada na niego całe możliwe zło. Kiedy kończyła się wojna w Kosowie, Milošević przypisał zasługi za jej rezultat Narodowi i Naród ogłosił bohaterem. On jedynie podzielił jego los.
Kosowo pozostaje obszarem ducha narodu serbskiego, bez względu na to czy jego terytorium będzie znajdowało się w państwie serbskim i czy będą tam Serbowie. Według Čolovicia, od czasu wojny w Kosowie w 1999 roku, walkę o serbskie tereny etniczne prowadzi się wyłącznie jako walkę o Kulturkampf, bój o zachowanie i umocnienie serbskiej przestrzeni duchowej. Bomby spadające na Belgrad miały na celu złamać ducha narodu serbskiego. Konstatuje, że według wielu intelektualistów serbskich to właśnie Serbowie w tej wojnie byli ofiarą Europy.
Z kolei polski historyk Marek Waldenberg zalicza atak na Jugosławię do kilku najważniejszych wydarzeń w powojennej historii naszego kontynentu. Według uczonego, było to jedno z najfatalniejszych wydarzeń w Europie po II wojnie światowej.
O wojnie propagandowej wymierzonej przeciwko Serbii pisze Waldenberg w swojej książce „ Rozbicie Jugosławii. Jugosłowiańskie lustro międzynarodowej polityki", porównując demonizowanie Serbów z kampanią antysemicką lat 30. Według niego, powielanie informacji o serbskich barbarzyństwach dokonywanych na ludności muzułmańskiej miało skłonić opinię publiczną do tego, by rządy państw zachodnich podjęły decyzję o zaangażowaniu zbrojnym w konflikt. Konflikt z roku 1999 w Kosowie to kolejne następstwo rozpadu (według M. Waldenberga - rozbicia) Jugosławii.
Prasa w służbie NATO
Zastanawiające jest, w jaki sposób w prasie polskiej został przedstawiony atak NATO na Jugosławię i trwającą prawie trzy miesiące wojnę, która stała się jednym z etapów rozprawienia się z mitem Kosowa, jako kolebki serbskiej państwowości. Nie jest moim zamiarem przedstawienie genezy konfliktu, militarnego przebiegu operacji wojskowej, czy skutków wojny, a jedynie ukazanie, z jakimi informacjami - ograniczając się tylko do jednego tytułu prasowego - polski czytelnik miał styczność w czasie trwania wojny. Oparcie się na jednym tytule pisma codziennego, jakim jest „Gazeta Wyborcza", w przypadku tego tekstu jest zabiegiem celowym - wysoki nakład dziennika w miesiącach marzec-czerwiec 1999 r. uplasował go na pierwszym miejscu wśród polskich gazet codziennych. 24 marca ub. r. minęła 10 rocznica rozpoczęcia nalotów NATO na Jugosławię. W „Gazecie Wyborczej" ukazała się jedynie krótka notatka nawiązująca do wydarzeń z 1999 r. Dotyczyła ona decyzji Hiszpanii o wycofaniu wojsk z Kosowa. Madryt uznał, że powody, dla których Hiszpanie znaleźli się w tym miejscu dziesięć lat temu, przestały istnieć.
W marcu 1999 r. Sojusz Północnoatlantycki, którego członkiem od niedawna była także Polska, rozpoczął atak na suwerenne państwo Półwyspu Bałkańskiego. W prasie, zarówno europejskiej jak i światowej, pojawiły się liczne komentarze, dotyczące tego pierwszego w powojennej Europie konfliktu zbrojnego, w który zaangażowały się wojska NATO. Naloty stały się faktem medialnym.
Już pierwszego dnia nalotów pisano, że atak jest skutkiem odrzucenia przez Jugosławię traktatu pokojowego dla Kosowa zaproponowanego przez Zachód oraz braku zgody na rozmieszczenie na terytorium kraju misji pokojowej NATO.
Sekretarz generalny sojuszu Javier Solana oświadczył, że wojna nie jest wymierzona przeciwko narodowi jugosłowiańskiemu, ale przeciw polityce represji prowadzonej przez władze kraju. Zadecydował o niej ówczesny prezydent USA - Bill Clinton. W przemówieniu, jakie wygłosił w przeddzień ataku mówił: „Jeśli teraz nie zrobimy nic, Milošević zrozumie to jako licencję na dalsze zabijanie".
Amerykański prezydent opisywał wówczas sytuację w Kosowie, mówiąc o dramacie Albańczyków, a jako źródło konfliktów podał próbę zdobycia przez Miloševicia dominacji w całej byłej Jugosławii. Przekonywał, że interwencja zbrojna jest niezbędna po to m.in., by zapobiec katastrofie humanitarnej w Kosowie i rozprzestrzenieniu się konfliktu na inne kraje regionu. Zresztą terminy „katastrofa humanitarna" oraz „interwencja humanitarna" pojawiały się w prasie często.
W przemówieniu, które wygłosił Clinton na dzień przed atakiem uzasadniał, że źródłem antagonizmów jest tak naprawdę próba dominacji Miloševicia w byłej Jugosławii i jeśli NATO nie zaangażuje się militarnie, zginie jeszcze więcej ludzi. Powielając stereotypy, twierdził, że XX wiek to historia rzezi, które miały swój początek w Europie, tak jak pierwsza wojna światowa, która zaczęła się na Bałkanach.
Argument, że wrogiem nie jest naród, ale Milošević, był podnoszony zresztą na łamach prasy, w mediach i oficjalnych wypowiedziach polityków wielokrotnie. Pojawiły się głosy, że atak sprowokował sam przywódca Jugosławii, który wcześniej dopuścił się czystki etnicznej w Kosowie. Odosobnione były wypowiedzi takie jak ta - eksperta ds. brytyjskiego bezpieczeństwa: /.../ NATO usprawiedliwia operację lotniczą jako konieczną, by uniknąć katastrofy humanitarnej. W rzeczywistości największa katastrofa humanitarna nastąpi właśnie po rozpoczęciu ataków.
Wojna przeciwko narodowi
Naloty poparła większość członków sojuszu oraz państw Unii Europejskiej. Polskie MSZ wezwało władze Jugosławii do wycofania armii i zaprzestania operacji wojskowych w Kosowie. Jeszcze w połowie kwietnia „Gazeta" opublikowała wyniki sondażu Demoskopu, według którego interwencję NATO popierało ponad 60% Polaków. Według Centrum Badania Opinii Publicznej, po dwóch miesiącach bombardowań już tylko niespełna połowa badanych uważała interwencję NATO za słuszną.
Pierwsze bomby spadły na Jugosławię 24 marca 1999 r. Decydujący głos w kwestii postępowania NATO na Bałkanach miały Stany Zjednoczone i Niemcy - najwięksi rzecznicy interwencji zbrojnej. Z militarnego punktu widzenia, wojna stała się operacją lotnictwa amerykańskiego, którego siły były zdecydowanie najliczniejsze w stosunku do pozostałych sojuszników. Bombardowania, które trwały ponad 70 dni, prowadzono najpierw w Kosowie, później także na całym terytorium Jugosławii. Niszczono infrastrukturę: drogi, mosty, rafinerię, zbombardowano budynek telewizji RTS w Belgradzie, w wyniku czego śmierć poniosły osoby cywilne. Bomby spadały również na miejscowości, które nie miały żadnego strategicznego znaczenia, a straty w ludności cywilnej były określane w prasie jako „skutki uboczne" działań wojennych.
Sojusz nastawiony był na wojnę błyskawiczną, kilkudniową.
Bombardowania były prowadzone z wysokości 5 km, co było wynikiem przyjęcia przez NATO koncepcji „zero śmiertelnych ofiar" wśród własnych żołnierzy. Sprawą nadrzędną, poza unikaniem jakichkolwiek strat własnych, miało było ograniczenie skutków nalotów do precyzyjnie dobranych celów. Jak donoszono w kolejnych relacjach prasowych, nie uchroniło to przed zbombardowaniem ambasady Chin. Z upływem czasu zaczęto jednak pisać, że jeśli sojusz chce tę wojnę wygrać, musi zacząć operację lądową.
W obronie Albańczyków
„Wyborcza" szeroko rozpisywała się o odwetach Serbów na Albańczykach za natowskie bombardowania. Bardzo dużą część gazeta poświęciła dramatowi kosowskich uchodźców. Na łamach dziennika można było nie tylko przeczytać reportaże o tysiącach wygnanych przez Serbów kosowskich Albańczyków, ale także zobaczyć ich fotografie. Na początku kwietnia grupa pierwszych uciekinierów z Kosowa przyleciała do Polski, co również zostało odnotowane przez „Gazetę Wyborczą". Nierzadko epatowano drastycznymi obrazami wojny. Pojawiały się informacje o odkryciu masowych grobów w miejscowościach Raak, Goden, Gjakov, w których oddziały serbskie miały dokonać masakr na ludności albańskiej.
Prasa informowała także o chybionych NATO-wskich nalotach, które nie trafiały w cel, lecz w ludność cywilną, np. w pociągi pasażerskie. Gazeta pisała na przykład o zbombardowaniu przez sojusz konwoju albańskich uchodźców z Kosowa. Wyrazy ubolewania i żalu za śmierć niewinnych ludzi wyrażali przedstawiciele NATO, jednak według nich incydent - bo tak to było przedstawiane - nie mógł stać się powodem zmiany strategii sojuszu. Prawo do pomyłek przyznał organizacji gen. Wesley Clark - głównodowodzący NATO w Europie.
Dziennik cytował także krótkie wypowiedzi czołowych europejskich polityków, którzy śmiercią cywilów obarczyli Jugosławię, w szczególności zaś Miloševicia, który jak podkreślano doprowadził do wypędzenia z domów setek tysięcy Albańczyków. Wraz z trwającymi nalotami pojawiały się kolejne doniesienia o pomyłkowych bombardowaniach kolejnych konwojów z uchodźcami.
O sytuacji w Jugosławii, demonstracjach przeciwko nalotom, o tym, że lepiej przegrać wojnę uzyskując pomoc gospodarczą dla kraju, mówił w wywiadzie udzielonym gazecie publicysta belgradzkiego dziennika „Vreme" - Stojan Cerović.
O interwencji NATO jako działaniach szkodliwych pisano sporadycznie. Jednak nawet wtedy, gdy twierdzono, że atak jest sprzeczny z Kartą Narodów Zjednoczonych, zaznaczano, że jest on usprawiedliwiony sytuacją w Kosowie.
Zdecydowanie inne stanowisko zaprezentowano w wypowiedzi konsula ambasady Federacyjnej Republiki Jugosławii w Warszawie - Vlastimira Djuricianina, który mówił o konieczności obrony swojej ojczyzny przed agresją oraz o potrzebie natychmiastowego przerwania nalotów.
Dyplomata wypowiadał się m.in. na temat złej woli w przekazywaniu przez media informacji o stanie faktycznym sytuacji w Kosowie, o przekłamaniach związanych w przedstawianiu negocjacji w Rambouillet. Według konsula, konferencja ta została zorganizowana, żeby pokazać światu, że to Serbowie torpedują pokojowe porozumienia. Zaznaczył, że z bombardowanego Kosowa uciekają nie tylko Albańczycy, o których pisze prasa, ale także Serbowie i przedstawiciele innych narodowości.
Naloty na Jugosławię stały się pretekstem do podejmowania kwestii dotyczących przyszłości NATO i możliwości prowadzenia operacji wojskowych poza swoimi granicami w obronie praw człowieka. Wskazano główne zadania, do których zaliczono obronę swoich członków przed zewnętrzną agresją oraz zapewnienie stabilizacji w regionie euroatlantyckim.
Umowy polityków
Z biegiem czasu zaczęły pojawiać się informacje odnoszące się do wspólnego planu Zachodu i Rosji dla Kosowa, który powstał na szczycie państw G7 i Rosji . Słowiańskie mocarstwo potępiające wcześniej naloty, wyraziło zgodę na stacjonowanie międzynarodowych sił w prowincji. Donoszono przy tej okazji o rozmowach poświęconych przyszłości Kosowa, które zostały podjęte przez negocjatorów USA i Rosji. W rozwiązaniu konfliktu pomóc miało embargo na dostawy paliw i ropy naftowej nałożone przez Unię Europejską.
Szerokim echem odbiła się w prasie informacja o nakazie aresztowania Slobodana Miloševicia, wydanym przez Międzynarodowy Trybunał w Hadze, oskarżającym prezydenta o zbrodnie wojenne w Kosowie. Dość szybko po tym fakcie pojawiły się wiadomości, że Belgrad jest gotowy przyjąć plan pokojowy opracowany przez Grupę G-8. Według przedstawionej koncepcji, do Kosowa wprowadzono by, za zgodą ONZ, międzynarodowe „siły cywilne i bezpieczeństwa", a wycofano by wojska jugosłowiańskie. Za główny postulat obrano powrót uchodźców oraz autonomię dla prowincji. Nie było natomiast żadnej wzmianki o usunięciu Miloševicia.
Z początkiem czerwca dziennik poinformował o możliwości zakończenia nalotów, a tym samym przyjęciu przez Belgrad warunków zakończenia wojny. NATO nie przerywało jednak bombardowań, które miały zostać wstrzymane dopiero po wycofaniu wojsk jugosłowiańskich z Kosowa. Ponadto Belgrad zadeklarował możliwość powrotu uchodźców, szeroką autonomię dla prowincji oraz zaakceptował obecność sił pokojowych sojuszu w Kosowie.
10 czerwca 1999 r. o godz. 15 sekretarz generalny NATO Javier Solana odczytał w Brukseli oświadczenie o zawieszeniu przez NATO nalotów na Jugosławię . „Gazeta Wyborcza" od pierwszych dni nalotów stała na stanowisku, że bombardowania są złem koniecznym, za które odpowiedzialność ponosi serbski przywódca. Emocjonalne podejście do konfliktu było szczególnie widoczne, gdy pisano o uchodźcach z Kosowa. Odnosiło się przy tym wrażenie, że ofiarami tej wojny byli tylko kosowscy Albańczycy. Nawet jeśli pisano o nieumyślnie zabitych serbskich cywilach, to winą za taki stan rzeczy obarczano wyłącznie Miloševicia, który według gazety do wojny doprowadził.
Skończyła się wojna, która z czasem przynieść miała Kosowu niepodległość i nowy rozdział w stosunkach serbsko-albańskich. Zakończył się tym samym jeden z etapów wymazywania serbskiego mitu kosowskiego, związanego z przestrzenią terytorialną Kosowa, mitu, który przez lata niewoli osmańskiej pozwalał Serbom utrzymać ich świadomość narodową.
Katarzyna Janiak
autorka jest doktorantką Instytutu Slawistyki PAN
Pełny tekst z przypisami - http://www.ispan.waw.pl/images/adeptus/adeptus_janiak.pdf
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 307
Był rok 2001, a krach dot-comów był już za nami. Wśród młodych i wizjonerskich przedsiębiorców krążyły nowe pomysły. Jasne, pets.com upadł i wiele innych, ale to był chwilowy boom-krach.
Internet w końcu wszystko zmieni, mówiono nam. Technologia, decentralizacja, crowdsourcing i cyfrowa spontaniczność stworzą krajobraz informacyjny bez strażników. Wszystko będzie musiało się dostosować. Eksperci starego świata zostaną zastąpieni przez rewolucję ludową. Podczas gdy tradycyjne elity machały legitymacjami, nowa klasa rewolucjonistów stworzy armie serwerów i cyfr, aby przenieść centrum cywilizacji do chmury.
Wikipedia była tematem przewodnim, eksperymentem w crowdsourcingu wiedzy w sposób zdecentralizowany, skalowalny w sposób niemożliwy do osiągnięcia w starym modelu i czerpiący z wiedzy i pasji ludzi na całym świecie. Platforma zdawała się ucieleśniać samą zasadę wolności. Każdy ma głos. Prawda wyłoni się z pozornego chaosu konkurujących punktów widzenia.
Nareszcie antyautorytarne podejście miało zostać wystawione na próbę na medium, które intrygowało uczonych od czasów starożytnych: księgach zawierających całą wiedzę. Czytając obszerny zbiór dzieł Arystotelesa, można dostrzec tę pasję i determinację w działaniu. Chciał on udokumentować wszystko, co tylko mógł, o otaczającym go świecie. Wieki później, po upadku Rzymu, św. Izydor, arcybiskup Sewilli, obrał podobną drogę. Z pomocą niezliczonych skrybów spędził życie, pisząc Etymologiae , obszerny traktat o wszystkim, co było znane, sporządzony w latach 615–630 n.e.
Wraz z upowszechnieniem się druku czcionkami ruchomymi w XV i XVI wieku, pierwsze podobne dzieło ukazało się w 1630 roku: Encyklopedia Septem Tomis Distincta Johanna Heinricha Alsteda . Kiedy pod koniec XIX wieku rynek i technologia zdemokratyzowały wydawanie i dystrybucję książek, a gospodarstwa domowe klasy średniej mogły korzystać z prawdziwych bibliotek, zestaw encyklopedii odniósł ogromny sukces komercyjny. Wiele firm zajmowało się ich produkcją i sprzedażą.
Po drugiej wojnie światowej w każdym domu na półce stał się powszechny zestaw, a nawet kilka. Dostarczały one niekończącej się fascynacji każdemu, stanowiąc źródło wiedzy dla osób w każdym wieku. Jednym z najwspanialszych wspomnień z mojego dzieciństwa było otwieranie ich na chybił trafił i czytanie jak najwięcej, na praktycznie każdy możliwy temat. Spędzałem niezliczone godziny z tymi magicznymi książkami.
Encyklopedie czerpały od najlepszych ekspertów, ale zawsze z osobami, które decydowały, co jest wiarygodną informacją, a co nie. Najwyższe stanowisko redakcyjne w „World Book”, „Britannica” czy „Funk & Wagnalls” było potężną pozycją zawodową. Redaktor naczelny mógł decydować, co jest prawdą, a co nie, kto jest, a kto nie jest ekspertem, co ludzie powinni wiedzieć, a czego nie.
Kiedy Murray Rothbard ukończył studia podyplomowe na Uniwersytecie Columbia, a jeszcze nie objął stanowiska wykładowcy, szukał sposobów na zarobienie pieniędzy. Jako historyk ekonomii z wykształcenia, próbował wysłać trzy artykuły do firmy zajmującej się encyklopedią. Eseje zostały natychmiast odrzucone, ponieważ jego pogląd różnił się od powszechnego przekonania, nie wspominając o tym, że to, co napisał, było prawdą.
To jest właśnie problem z gatekeeperami. Dopóki druk pozostawał głównym środkiem przechowywania i dystrybucji wiedzy, byli oni niezbędni.
Założenie Wikipedii w 2001 roku było wyrazem wizji zmiany tego stanu rzeczy. Początkową reakcją było powszechne i uzasadnione niedowierzanie. Twierdzono, że nikt nigdy nie będzie w stanie niczego zmienić. Nie da się po prostu zmieść strażników i pozwolić, by prawda wyszła na jaw. Przez lata dominowało takie przekonanie, ponieważ nauczyciele i eksperci wszelkiej maści wypowiadali się o Wikipedii jedynie z pogardą.
Stopniowo jednak zaczęło się dziać coś interesującego. Wydawało się, że to faktycznie działa. Wpisy stawały się coraz obszerniejsze i bardziej szczegółowe. Zasady stały się bardziej zakorzenione, co wymagało cytowania i dokumentacji, a grupy interesu zjednoczyły się wokół poszczególnych wpisów, aby chronić je przed korupcją. Oczywiście każdy może edytować, ale Twoje zmiany zostaną natychmiast cofnięte, jeśli nie będziesz się do nich stosować. W przypadku wielu wpisów, ich zmiana stała się praktycznie niemożliwa bez uprzedniego wejścia na strony dyskusji i poproszenia o pozwolenie.
Już na wczesnym etapie na platformie pojawili się nowi „strażnicy dostępu”. Jak do tego doszło? Dzięki wytrwałości, umiejętnościom w kodzie Wiki, dogłębnej znajomości platformy i wrodzonej zdolności do zrozumienia jej kultury. Przez pewien czas tylko zwiększało to wiarygodność platformy. W miarę jak proof of concept stawał się coraz bardziej widoczny i oczywisty, zaczął on zajmować coraz wyższe pozycje w wynikach wyszukiwania. W pewnym niepewnym momencie krytycy ucichli, a Wikipedia odniosła triumf.
Czy jego pierwsi zwolennicy mieli rację? Czy model spontanicznej ewolucji rzeczywiście wygenerował lepszy produkt niż stary system odgórny? Pod wieloma względami tak. Pod innymi nie. Wikipedia szczyciła się wiarygodnością crowdsourcingu – społeczność uznała to za prawdę – jednocześnie dając początek nowej oligarchii opinii, równie złej, a może nawet gorszej, niż ta, którą zastąpiła.
Platforma zaczęła być atakowana od razu. Tematem była nauka, a w szczególności globalne ocieplenie. Jeden z założycieli, Larry Sanger, zauważył , że działo się to już na wczesnym etapie. Niektóre źródła uznano za niedopuszczalne, podczas gdy inne uznano za doskonałe do cytowania. Temat ten był szczególnie obarczony problemem uchwycenia epistemologicznego. Granty trafiały do tych, którzy promowali konwencjonalne narracje, a ich prace były publikowane w czołowych czasopismach, podczas gdy dysydenci byli spychani na boczny tor, a nawet wyrzucani ze stowarzyszeń naukowych. Wikipedia doskonale ukazywała ten sam problem.
Cały sens Wikipedii polegał na umożliwieniu crowdsourcingu rozbicia tradycyjnych karteli informacyjnych. W tym przypadku, i w coraz większym stopniu z biegiem lat, kartele odbudowały się.
Przynajmniej w przypadku tradycyjnych encyklopedii czytelnicy znali nazwiska zarówno autorów wpisów, jak i redaktorów. Podpisywali się pod tym, co napisali. W Wikipedii 85 procent najbardziej wpływowych redaktorów pozostawało całkowicie anonimowych. Okazało się to poważnym problemem. Pozwalało to potężnym przemysłom, rządom zagranicznym, agentom głębokiego państwa i każdemu, kto miał największy interes w danym temacie, kontrolować przekaz, jednocześnie eliminując przeciwne punkty widzenia.
W miarę jak polityka stawała się coraz bardziej kontrowersyjna, Wikipedia poszła w ślady mediów głównego nurtu, konsekwentnie prezentując centrolewicowe nastawienie w odniesieniu do każdego tematu mającego wpływ na poglądy polityczne. Po zwycięstwie Trumpa w 2016 roku całą platformę ogarnęła fala nienawiści. Redaktorzy stworzyli listy wiarygodnych i niewiarygodnych źródeł, zakazując w ten sposób cytowania mediów prawicowych w imię równowagi. W istocie, równowaga ta całkowicie zanikła.
Okres pandemii COVID-19 pokazał, że jest już za późno, by go ratować. Każdy wpis powtarzał propagandę CDC i WHO, a nawet wpis o maseczkach głosił najbardziej absurdalne twierdzenia. Materiały na temat szczepionek przeciwko COVID-19 równie dobrze mogłyby zostać napisane przez przemysł (i prawdopodobnie tak było). Jeśli szukałeś czegoś obiektywnego – być może zdrowego rozsądku w radzeniu sobie z infekcją dróg oddechowych – poszukiwania były bezowocne.
Platforma została w pełni przechwycona podczas największego kryzysu w naszym życiu. Była o wiele gorsza niż starsza encyklopedia, która przynajmniej zachowywała znane informacje na temat naturalnej odporności, terapii czy strategii stosowanych w przeszłości w czasie pandemii. Wikipedia była tak elastyczna, że była edytowana w czasie rzeczywistym, aby usuwać ustaloną wiedzę i zastępować ją wszelkim zamieszaniem, jakie tego ranka wzniecali przemysłowi biurokraci. To nie była cyfrowa utopia; to był Orwell wcielony w życie.
Rozwój Wikipedii był spektakularny, nieprawdopodobny i chwalebny. Jej upadek jest równie rozczarowujący, przewidywalny i niechlubny. Jest on również wzorcowy. Wszystkie główne ośrodki nie spełniły swojej emancypacyjnej obietnicy i stały się służebnicami propagandystów i cenzorów: Microsoft, Google, Facebook, a nawet Amazon. Rewolucja informacyjna stopniowo przekształciła się w narzędzie podtrzymywania systemu korporacyjno-państwowego.
Zdrada w tym przypadku stanowi tragiczne przypomnienie, że żadna technologia nie jest nieskażona, żadna metoda nie jest podatna na nadużycia, żadna platforma nie jest trwale zabezpieczona przed przejęciem. W istocie, im większą wiarygodność zyskuje instytucja, im większe zaufanie wzbudza, tym większe prawdopodobieństwo, że przyciągnie złoczyńców, którzy wywrócą jej cele do góry nogami i będą forsować swój program.
To, o czym wspomniałem powyżej, nie jest już nieznane. Większość ludzi zdaje sobie dziś sprawę z tendencyjności Wikipedii. Zwykli ludzie dawno temu zrezygnowali z prób ratowania jej przed nią samą. Można poświęcić pół dnia na drobną edycję i zobaczyć, jak bezimienni oligarchowie redakcyjni, którzy strzegą każdego wpisu, nawet odrobinę kontrowersyjnego, odwracają jej bieg. Zamiast poszerzać i włączać głosy, Wikipedia je zawęża i wyklucza.
Na szczęście koła technologii wciąż się kręcą. Sztuczna inteligencja zanikła pod koniec pandemii COVID-19, a co najmniej jedna firma, xAI, poświęciła się dostarczaniu najlepszych narzędzi, które podtrzymują marzenie o zdemokratyzowanej informacji. Grokipedia, nawet w swojej pierwszej wersji, jest już o wiele lepsza od Wikipedii pod względem równowagi i zakresu źródeł informacji. Okazuje się, że maszyny radzą sobie lepiej niż anonimowi oligarchowie w przybliżaniu nas do prawdy.
Witamy w erze post-Wikipedii. Było fajnie, póki trwało. Niech żyje jej deprecjacja i zastąpienie czymś o wiele lepszym.
Jeffrey A. Tucker
Za: https://brownstone.org/articles/the-rise-and-fall-of-wikipedia/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2314
Polityczne napięcie między USA / NATO / UE (czyli najogólniej - Zachodem lub cywilizacją euroatlantycką) a Rosją sięgnęły niespotykanych od dziesięcioleci poziomów. Ale ten spór polityczny – jak przedstawia się go dziś w mediach głównego nurtu za ochoczo nakreślanymi przez polityków ramami tych kontrowersji – to tylko tło.
Argumenty o bezpieczeństwie jednych – ale i drugich – to doskonałe pole dla ukrycia zasadniczych problemów. Źródła i geneza tych antynomii leżą głęboko w kulturze (a przez to i w mentalności i doświadczeniach historycznych) Wschodu i Zachodu sięgających dawnych dziejów Europy. Można bez błędu stwierdzić, iż owo rozchodzenie się rozpoczęte zostało w chwili śmierci imperatora Teodozjusza I Wielkiego (395 r.). Lecz praktycznie II tysiąclecie naszej ery jest już wypełnione wydarzeniami, które są starciem Wschodu i Zachodu na Starym Kontynencie. Różne krucjaty z Zachodu na Wschód były przedsiębrane. Oczywiście pod różnymi hasłami, z różnymi uzasadnieniami, powodowanymi różnymi celami oraz realizowanych w różnorakiej formie. Zależne to wszystko było od epoki, „ducha jej czasów” (za Heglem), mentalności wówczas panującej (choć zawsze przyświecał tym działaniom podbój, kolonizacja, a tym samym – poszerzenie swych możliwości eksploatacji i zysków).
Przyjmijcie moją religię, inaczej ruszę na was całą potęgą
Magnus VII Eriksson (król Szwecji, Norwegii i Danii -
wg rad św. Brygidy Szwedzkiej)
Rozumieć nie znaczy popierać. Rozumieć to znaczy często być po stronie pokoju i opowiedzieć się przeciwko swoim fobiom i uprzedzeniom. Albert Einstein dodawał przy tej okazji, że zrozumienie jest najlepszą gwarancją pokoju. Ale zrozumienie, nie admiracja czy kult, nie są równoznaczne z poddaństwem, niewolą, przyjęciem wartości jednej strony. Podkreślam – wartości, bo zazwyczaj spory: religijne, polityczne, społeczne etc. dotyczyły i dotyczą kultury, a w niej najważniejsze są właśnie wartości. One bowiem budują oraz określają tożsamości i pamięć. Należy je rozpatrywać w wielu aspektach, przede wszystkim socjologicznym, etnologicznym, politycznym i aksjologicznym.
Zaczęło się od krucjat
Dla stosunków Zachodu i Wschodu Europy zasadniczą, moim zdaniem, jest cezura roku 1204: czwarta wyprawa krzyżowa zdobywa i rujnuje Konstantynopol, składając de facto do grobu Bizancjum, naturalnego kontynuatora kultury i tradycji rzymsko-hellenistycznej. Co prawda, Cesarstwo Wschodniorzymskie jeszcze się odrodziło po kilkudziesięciu latach zachodniej okupacji, ale był to jedynie lichy cień poprzedniej świetności z czasów Herakliusza, Justyniana, Leona III, obu Bazylich (I i II), Jana Tzimiskesa czy Aleksego I Komnena.
Z drugiej strony, IV krucjata zdobywająca, rujnująca i upokarzająca (z racji wyuzdania i religijnej misyjności krzyżowców) Bizantyjczyków vel Greków (jak się wówczas określało wyznawców wschodniego chrześcijaństwa) wykopała na stulecia przepaść między Wschodem a Zachodem. Dla krzyżowców z Zachodu – tak też było podczas zdobycia w 1099 roku Jerozolimy przez I krucjatę – owładniętych poczuciem nawracania i kulturowo-religijnej wyższości, misji, zabicie wszystkich nie rzymskich katolików (w tym chrześcijan wschodnich) było absolutną powinnością.
To m.in. dlatego, w czasie poprzedzającym pielgrzymkę Jana Pawła II do Grecji (1999) wielce szanowana i darzona admiracją w świecie prawosławnym wspólnota mnichów z Góry Athos wydała oświadczenie przypominające zbrodnie papistów popełnione na wschodnich chrześcijanach, ich wielowiekowe upokorzenie i traktowanie „z góry”, jako materiał „do nawróceń”. Mnisi żądali przeprosin i ukorzenia się głowy Kościoła katolickiego za te zbrodnie, za deptanie godności chrześcijan (tylko innej obediencji), za profanacje i hańbę sprowadzaną na prawosławnych Wschodnich Europejczyków. Bo te zadry tkwią mimo setek lat w ich pamięci. Często podświadomie. Zdobycie i złupienie Konstantynopola, ówczesnej stolicy Imperium kontynuującego tradycje antycznego Rzymu, należącego do największych metropolii w obszarze śródziemnomorskim i na Bliskim Wschodzie, było osnową wezwania napisanego przez mnichów z góry Athos do Jana Pawła II.
No więc dlaczego, jeśli my, Polacy, potrafimy pamiętać i podnosić do dzisiejszego dnia krzywdy uczynione nam w przeszłości przez wschodniego (i zachodniego także) sąsiada, nie możemy zrozumieć braku zaufania, dystansu i podejrzliwości tkwiących w podświadomości wschodnioeuropejskich spadkobierców Rzymu (czyli prawosławnych ze Wschodu Europy) wobec niecnych zamiarów Zachodu? Słusznie czy nie - to nieistotne w tej mierze, po prostu tak jest: Moskwa /imperium carów/ ZSRR/ Rosja/ tak dziś uważa. I nie tylko ona – np. Serbowie również, czy rosyjskojęzyczni obywatele Ukrainy.
Wiele faktów przyswojonych przez narody z ich historii opartych jest na mitach i legendach. I funkcjonuje jako prawdy obowiązujące. Szczególnie, kiedy nie poddało się ich dogłębnej i autentycznej (nie political correctness) dekonstrukcji i demitologizacji. Mówię o mentalności i stemplu postawionym na kulturze przez religię.
Bo to właśnie m.in. chrześcijaństwo ze swą „misją” i „wybraniem” wpisało się na wieki w kulturę plemion germańskich, jakie zasiedliły tereny Imperium Romanum i z czasem utworzyły samodzielne, narodowe struktury państwowe. Cały Zachód ze swoją kulturą tworzoną na tej bazie uskuteczniał cywilizacyjną misję, będącą bądź to krucjatami, bądź to kolonizacyjnymi podbojami, bądź to neokolonialnym wyzyskiem. Wszystko to jest echem starotestamentowej idei narodu wybranego przez Boga, rozciągniętej z czasem na całość wspólnoty chrześcijańskiej. Na całe chrześcijaństwo zachodnio-europejskie. Naród wybrany swe wartości i zasady musi siłą rzeczy uważać za najlepsze i najcnotliwsze. Bez względu na czas i historyczną chwilę.
Kolonizowanie chrześcijan wschodnich
Ofensywa Zachodu w przedmiocie kultury i równoznacznego z tym podboju oraz hegemonii – bo tak trzeba nazywać krucjaty rozpoczęte w I wieku II tysiąclecia n.e. w historii Europy – to nie tylko dzieje wypraw krzyżowych do Ziemi Świętej czy rekonkwista na Półwyspie Iberyjskim. W czasie wypraw krzyżowych zachodnie rycerstwo z błogosławieństwem papieży, biskupów, wielmoży (którzy często czynnie uczestniczyli w tym haniebnym, nie nazywanym dziś po imieniu, procederze pierwszej epoki kolonizacji pod hasłami wówczas religijnymi) skutecznie mordowało i grabiło chrześcijan wschodnich i ich dobra.
Ale to też długotrwały proces permanentnych ataków na wschodnie i północne wybrzeża Morza Bałtyckiego (rejon Zatoki Fińskiej, dzisiejsza Pribałtyka, ujścia rzek Ług i Newa, okolice jeziora Ładoga, przez które wiodły stare wodne szlaki na północ, do Laponii czy na Półwysep Kolski, wykorzystywane przez Rusów). Powstałe w końcu I tysiąclecia na dzisiejszych obszarach zachodniej Rosji republiki miejskie – Psków, Iżew, Jamburg (dzisiejszy Kingisepp), Stara Ładoga, Izborsk, Biełoziersk, a przede wszystkim mający największe znaczenie Nowogród Wielki – przez XIII i XIV stulecie skutecznie i często ofensywnie opierały się temu naporowi i próbom kolonizacji terenów traktowanych jako miejsca ich interesów i wpływów.
Koalicje tych miejskich republik, wspomagane zawsze najemnikami czy wolontariuszami z głębi wschodniej Europy walczyły zarówno z klasycznymi krucjatami krzyżowymi, odbywanymi zazwyczaj pod sztandarami królów Szwecji (zjednoczonej wtedy z Danią i Norwegią, kolonizującą tereny dzisiejszej Finlandii), jak i z ekspansją państw zakonnych.
Te obszary od dekad stanowiły dla Rusów ze wspomnianych republik miejsca wypraw po skóry, solone ryby czy futra, którymi to towarami handlowali z hanzeatyckimi miastami położonymi na wybrzeżu Bałtyku i Morza Północnego. Na tej bazie właśnie Hanza wyrosła na głównego pośrednika pomiędzy Wschodem i Północą a Zachodem Europy, dostarczając dobra niedostępne w Anglii, Norwegii, Danii, Niemczech, Flandrii (kraje typowo rolnicze, lecz sukcesywnie się bogacące). Zależało jej więc na spokoju i w miarę niezakłóconym handlu na Bałtyku i w jego okolicach. Dlatego o jej względy zabiegały zarówno ruskie republiki miejskie jak i król Szwecji.
Król szwedzki próbował w czasie swych wypraw na Wschód nakładać sankcje na te miasta Hanzy, które mimo jego edyktów prowadziły wymianę handlową z Nowogrodem i innymi republikami ruskimi. Miał w tym swój interes: podbój tych regionów zapewnił by mu monopol w wymianie z Hanzą i tym samym określone zyski. Podobieństwo do współczesnej sytuacji w relacjach Zachód – Wschód jest nader zbliżone.
Nawracanie prawosławnych
Podbój i kolonizacja, a przez to włączenie tych regionów poprzez katolicyzację i podporządkowanie jurydyczne Uppsali (wówczas siedziba królów szwedzkich), a także papiestwu, rozszerzało wpływy królów Szwecji, a przez to eliminowało konkurentów w handlu (i zyskach) z Hanzą. W Uppsali znajdowała się również siedziba arcybiskupstwa (od 1164 r.), a hierarcha ów był głównym przedstawicielem papieża w Skandynawii. Czasy był takie, iż hasło „nawrócenia na jedyną prawdziwą wiarę” schizmatyków i heretyków – a za takich uznawało się wyznawców prawosławia orientujących się na Konstantynopol i nie uznających prymatu Rzymu - było chwytliwe i niezwykle nośne w ówczesnym świecie zachodnim. Zyskiwało się błogosławieństwo i uznanie krucjaty za rzecz świętą, Rzym partycypował w kosztach wyprawy, uczestnicy uzyskiwali „odpust zupełny”, a przy okazji można było z takiej wyprawy przywieść określone łupy, albo i otrzymać – na Wschodzie – jakieś ziemskie nadanie. Stąd właśnie wziął się cytat będący mottem niniejszego materiału, a wydany jako list-posłanie Magnusa Erikssona do patrycjatu Nowogrodu Wielkiego.
Drugą, równoległą jakoby odnogę działalności krucjatowej Zachodu wobec republik miejskich Rusi prowadziły wspomniane już zakony rycerskie – Krzyżacy i Kawalerowie Mieczowi – usadowione nad południowym i wschodnim wybrzeżu Bałtyku (od Gdańska po Rewel - dzisiejszy Tallin), blokujące ujścia rzek: Wisły, Niemna, Dźwiny (dzisiejsza Pribałtyka). Egzemplifikacją tego starcia jest słynna – przedstawiana w historiografii rosyjskiej (a przedtem – radzieckiej) jako epokowe znaczenie starcia Rosji z Zachodem, a które to wydarzenie zobrazował w filmie-epopei pt. Aleksander Newski Siergiej Eisenstein (1938 r.) – bitwa na Jeziorze Pejpus (Czudzkim).
Lodowe pobojowisko – inna nazwa tego starcia – miało miejsce 05.04.1242. Wojska nowogrodzkie wzmocnione siłami ze Wschodu (m.in. Litwini i Tatarzy), dowodzone przez księcia Aleksandra Newskiego, zadały druzgocącą klęskę połączonym wojskom obu zakonów rycerskich, wzmocnionych knechtami z Estonii i biskupstwa w Rydze. Głównym dowodzonym był biskup Dorpatu - Herman I. Gdy załamał się pod ciężkozbrojnymi lód, a oni byli już przyparci do stromego brzegu jeziora, w rzezi (sporo też się potopiło) zginęło ponad 500 rycerzy stanowiących kwiat obu zakonów. Piesi wojowie z Estonii zostali wycięci do nogi.
Ta klęska zakończyła na wiek ofensywę Zachodu – ze strony niemieckiej i zachodnio-europejskiej (rycerstwo z Flandrii i płn. Francji licznie wspomagało oba zakony, zwłaszcza podczas krucjat przeciwko Litwinom, Żmudzinom czy Rusom) - i tamtejszego katolicyzmu na tereny prawosławnej Rosji. Potem, w wieku XIV, kontynuację tego procesu podejmują Szwedzi, lecz w rejonie obecnej granicy Finlandii i Rosji.
Wcześniej Aleksander, książę Nowogrodu, rozbił w bitwie nad rzeką Newą (w okolicach dzisiejszego Petersburga) nadciągającą od strony Finlandii armię szwedzką pod wodzą jarla Birgera Magnussona (1240 r.). Stąd zyskał właśnie przydomek – Newski.
Ruś i religia
Trzeba dodać, iż nazwa Ruś i Rusowie ma wielowymiarowe znaczenie. Określa się nim wschodnich Słowian i Europejczyków. „Ruotsi” to w języku ugrofińskim wojownik. W staronordyckim wybrzeże oznacza się jako „roslag”. Po grecku rzeka Wołga to Rhos (i tak Helleni nazywali Rusów). W VIII i IX w. infiltracja wschodniej Europy przez Skandynawów – zwłaszcza z terenów dzisiejszej Szwecji – zwanych Waregami, gdzie wiodącym plemieniem mieli być Rusi, wytworzyła elitę i zaczątki mieszczaństwa wspomnianych republik. Kijów – ówczesne centrum wschodniej Europy – staje się wareskim Könugardem, gdzie zwozi się daniny z całej słowiańszczyzny oraz niewolników, a potem odprawia się Dnieprem, dalej przez Morze Czarne do Konstantynopola. Przez pewien czas bezpośrednią ochronę cesarza Bizancjum – niczym pretoria imperatora w Rzymie – stanowiła tzw. gwardia wareska. Stąd w niektórych środowiskach sądzi się, iż etymologia słowa „Słowianie” pochodzi właśnie od wareskiego Sklave - niewolnik.
Założyciel ruskiej dynastii Rurykowiczów miał ponoć również wareskie pochodzenie. Na ironię i chichot historii więc zakrawa fakt, iż cała Ruś, wspomniane republiki miejskie pozostające w sojuszu z Nowogrodem Wielkim, mające wspólne korzenie genealogiczne z mieszkańcami Skandynawii, ostatecznie poprzez religijny podział Cesarstwa Rzymskiego i historię, stanęła na nieprzekraczalnych zdaje się antynomiach kulturowych, mających źródła w religii. I ten rozłam pogłębiał się przez całe 1000-lecie od 1054 r., kiedy to formalnie Konstantynopol i Rzym, rzucając na siebie wzajemne klątwy, poszły swymi drogami. Przede wszystkim - jak to widzimy współcześnie - w kulturze. Stempel na ostatecznym rozejściu się postawiło wspomniane wydarzenie z roku 1204. Kłania się „długie trwanie” według Braudela w klasycznym wymiarze.
Podczas panowania księcia Jarosława Mądrego Rurykowicza (1019-1054), kiedy stolicą Rusi był Kijów - lecz największym i centralnym miastem pozostawał Nowogród Wielki - rozwijają się intensywnie miasta na Rusi, gdzie rozkwita bujnie kultura chrześcijańska (głównie piśmiennictwo w języku starocerkiewnym). Wtedy to sprowadzono na Ruś ostatnią drużynę wareską ze Skandynawii. Odrębność Rusów władających Słowianami szybko wówczas zanika, a tkanką spajającą obie społeczności w jeden lud staje się prawosławie nicujące całość tamtejszej wspólnoty, owe społeczeństwo. Nie bez znaczenia jest tu rola Konstantynopola, cywilizacji bizantyjskiej górującej wówczas zdecydowanie nad tym, co niósł sobą Zachód. Tradycja, myśl, kultura hellenistyczna schroniły się właśnie w tym, co rozumiemy pod terminem Bizancjum. Nie dziwi więc, iż przepych rytuałów, ale także poziom kultury we wszystkich wymiarach mocno wpływały na tworzenie nowej, wschodniochrześcijańskiej tożsamości Rusów. Oprócz kultury tworzyła się też specyficzna duchowość, która potem żyła już własnym, samonapędzającym się (zależnym od czynników lokalnych) rytmem.
Święta wojna
Cały ruch krucjatowy o genezie kulturowej, (a za tym idą mentalne, polityczne, społeczne, fantazmatyczne często różnice), zderzający Zachód ze Wschodem trwają cały czas w dziejach drugiego tysiąclecia, a także w XXI wieku. To szersze zjawisko mogące być traktowane jako ekspansja kultury (cywilizacji) Zachodu rozpoczęta właśnie motywami religijnymi: misyjnością.
To właśnie marsz na Wschód ruchu cysterskiego rozpoczął kulturowo-cywilizacyjną ofensywę w tym kierunku. Potem w ten nurt wpisała się idea świętej wojny niosąca obsesje, podziały i nieusuwalną antynomię kultur Wschodu i Zachodu. Kolonizacja i podbój, zwłaszcza gdy dodatkowo dochodzą rany i upokorzenia utrwalone w najskrytszych zakamarkach ludzkiej tożsamości (np. w kulturowo-religijnych wartościach), zostawiają trwałe ślady w świadomości społeczeństw.
Krucjaty północne skierowane przeciwko Rusom (i nie chodzi tu o wspomniany handel, wpływy, interesy czy zyski – choć to one zawsze leżą u źródeł takich działań - lecz o pamięć zbiorową pozostającą właśnie owym „długim trwaniem”) pod sztandarami Chrystusa i krzyżem według rzymskiego chrześcijaństwa są tak właśnie traktowane. Zwłaszcza, kiedy znaczenie i rola kultury rośnie w obliczu deprecjacji współczesnych materialnych wartości niesionych przez ideał homo oeconomicusa utożsamiany z człowiekiem Zachodu. Nie musi to być obraz prawdziwy czy adekwatny do istniejącej sytuacji, ale liczy się konotacja i skojarzenia.
Wspomniane sztandary i symbole, które były egzemplifikacją epoki krucjat, doskonale mogą być zastępowane (i tak też mogą być odbierane) innymi, odpowiednimi do czasów i potrzeb, symbolami, uzasadnieniami, retoryką. Czasy zimnej wojny przyniosły krucjatę antykomunistyczną (a w zasadzie antysocjalistyczną, gdyż tego komunizmu po 1956 roku w całym obozie promoskiewskim nie było). I taką też narrację, ale i odbiór na Wschodzie.
Dziś, gdy zimna wojna ponoć dobiegła końca, Rosjanie i Rosja mogą czuć znów opresję w krokach polityczno-militarnych podejmowanych przez Zachód. Czy ta bojaźń i poczucie presji jest adekwatna – nie oceniam. Mówię o ewentualnych źródłach i „długim trwaniu”. Zwłaszcza, iż po 1991 roku Rosja, która miała być częścią cywilizacji zachodniej i co jej obiecywano, właśnie w wyniku określonych działań, którym wiele państw Zachodnich sekundowało, stanęła na granicy rozpadu i państwowo-etnicznej dekompozycji.
Wiele milionów Rosjan (czy ludzi utożsamiających się z ZSRR, radzieckością i rosyjskością), mieszkających na terenach poradzieckich od wieków (jeszcze z okresu imperium carów) pozostało poza jej granicami i podlega dziś prześladowaniom oraz uporczywej derusyfikacji czy stygmatyzacji. Na to zwraca uwagę Komisja Wenecka (a czego w Polsce się uporczywie nie zauważa). M.in. dotyczy to ustawodawstwa ukraińskiego i stworzenia instytucji tzw. językowego ombudsmana i prawa o „koriennych jazykach”.
Podobnie ma się sytuacja w północnym Kazachstanie czy w rejonach zamieszkałych przez Gagauzów w Mołdowie. To też spowodowało w jakiejś części parasecesję Naddnieprza, Osetii Południowej czy Abchazji po rozpadzie ZSRR i rozwój późniejszych wypadków w tych regionach. Podobna sytuacja ma miejsce w krajach Unii Europejskiej - na Łotwie i w Estonii, choć żywioł rosyjski w oparciu o potężny prywatny i państwowy kapitał powoli odwraca – zresztą także w oparciu o inne, naturalne procesy – swoje pozycje w poradzieckich krajach nadbałtyckich. Tym samym zmienia się też powoli sytuacja rosyjskojęzycznej mniejszości w przestrzeni akceptacji ich kultury i tożsamości.
Kolejne wersje Drang nach Osten
Wielu rosyjskich komentatorów i analityków ciągle powtarza, iż Zachód owe krucjaty kontynuuje cały czas. Uważa się np. wojny krymskie za formę krucjaty przeciwko Rosji ze strony Osmanów, Anglików i koalicji ich wspomagającej. Także Wielka Wojna Ojczyźniana – jak nazywa się część II wojny światowej toczonej po 1941 r. (atak III Rzeszy na ZSRR) jest według nich formą krucjaty, gdyż kontyngenty atakujące ZSRR miały charakter wielonarodowy (oczywiście ze zdecydowaną przewagą sił niemieckich, ale uczestniczyli w nim Belgowie – Legion Waloński Degrelle’a - Włosi, Węgrzy, Rumuni).
Także cała otoczka współczesnej idei „demokratyzacji Rosji” jest przez wiele środowisk na Wschodzie Europy odbierana jako kolejna wersja idei, trwającego do wieków ruchu krucjatowego. To ich zdaniem kolejna wersja „Drang nach Osten”, (którego nie można wyłącznie kojarzyć z planem „Barbarossa”), tylko w innych warunkach i pod innymi hasłami. Jak zawsze olbrzymie tereny Rosji (przede wszystkim Syberii) stanowią dla transnarodowego kapitału zachodniego - głównie chodzi o koncerny amerykańskie - łakomy kąsek dla kolonizacji i peryferyzacji konkurentów. Tu – narodowego kapitału opartego o rosnące w siłę państwo rosyjskie.
Można zapytać, dlaczego czują się zagrożeni? Nie ma na to pytanie jednoznacznej odpowiedzi. Warto jednak, zanim ogłasza się modne i niby powszechne tezy, zapoznać się z argumentacją interlokutora. Wysłuchać i zreflektować się, czy może w tych obiekcjach nie tkwi źdźbło racji. I powrócić do sokratejskiej maksymy: zacznij od siebie.
Radosław S. Czarnecki

