banner

To niemożliwe, żeby przeczucia się sprawdzały, a jednak wciąż tak się dzieje. Wbrew drugiej zasadzie termodynamiki myślisz o swojej matce na kilka sekund przed jej telefonem. Nie istnieje sposób, dzięki któremu moglibyśmy dostrzec lub wyczuć jakieś zdarzenie, zanim ono nastąpi, lecz mimo to przeczucia stale nam towarzyszą. Nasze umysły są pełne niespodziewanych wizji przypadkowych spotkań z przyjaciółmi, kochankami lub śmiercią.
W powieści Johna Bergera zatytułowanej G narrator myśli przy goleniu o koledze mieszkającym w Madrycie i zastanawia się, czy po piętnastu latach od ostatniego spotkania zdołałby go rozpoznać. Następnie zaś schodzi na dół i znajduje w skrzynce długi list od owego kolegi.

Tego rodzaju „zbiegi okoliczności” zdarzają się dość często i każdy je niezawodnie zna. Taki przypadek pozwala nam w jakimś stopniu zorientować się w tym, jak przybliżony i dowolny jest nasz sposób mierzenia czasu. Kalendarze i zegary to nasze mocno niedoskonałe wynalazki. Struktura naszych umysłów jest taka, że istotny charakter czasu zazwyczaj nam się wymyka. Wiemy jednak, że jest tu jakaś zagadka. Jak gdyby napotykając w ciemnościach nigdy nie widziany przedmiot, udawało się nam niekiedy zbadać po omacku tę czy ową jego płaszczyznę. Ale nigdy dotąd nie udało się nam dokładnie go poznać.

Dawniej wizje dotyczące przyszłości były bardziej powszechne. W Biblii aż roi się od przepowiedni. Z Księgi Samuela dowiadujemy się, że zanim proroków zaczęto określać tym mianem, nazywano ich „widzącymi”. W Księdze Joela Bóg zaś mówi: „synowie wasi i córki wasze prorokować będą, starcy wasi będą śnili, a młodzieńcy wasi będą mieli widzenia”. Przez całe życie nie natknąłem się na ten cytat, zresztą nie słyszałem w ogóle o Księdze Joela. Przeczytałem go dopiero w listopadzie 2019 roku, w dedykacji zamieszczonej we wspomnieniach panny Middleton. Nazajutrz rano wszedłem do sypialni i usłyszałem tenże sam cytat w radiu.

W racjonalnym ujęciu przeczucia to zbiegi okoliczności. Nie jest nam jednak łatwo takie wyjaśnienie przyjąć. Nasze mózgi mu się sprzeciwiają. Jesteśmy istotami, które wolą dostrzegać wzory niż ich brak. Pod koniec XVIII wieku Immanuel Kant doszedł do wniosku, że ludzki umysł nie zajmuje się tylko biernym odbiorem rzeczywistości i przyjmowaniem tego, co ona przynosi, lecz jest znacznie bardziej aktywny i twórczy: wyciągamy wnioski, używamy wyobraźni, na bieżąco kształtujemy i ograniczamy swoją percepcję. „Przedmioty muszą się dostosowywać do naszego poznania” – pisał w roku 1787 w przedmowie do drugiego wydania Krytyki czystego rozumu.

Kant był przekonany o słuszności swojej tezy, że to nasze umysły stwarzają świat, a nie na odwrót. Porównywał się do Kopernika, który udowodnił, że Ziemia krąży wokół Słońca, a nie Słońce wokół Ziemi. Kantowska psychologia percepcji była jednak wyrażona dość zawile i trudna do udowodnienia. Wielu filozofów miało z nią pewien kłopot – ale w połowie XIX wieku wszechstronny niemiecki naukowiec Hermann von Helmholtz stwierdził, że z punktu widzenia fizjologii oka Kant miał rację. W dziele Handbuch der Physiologischen Optik [Podręcznik optyki fizjologicznej] Helmholtz wyjaśnia, że znaczna część widzianych przez nas obrazów nie bierze się ze zwykłego przetwarzania światła i kształtów, lecz powstaje w wyniku działania „nieświadomych inferencji” związanych z tym, co spodziewamy się zobaczyć.

Istniejące w naszych głowach koncepcje takie jak czas i przestrzeń pomagają nam porządkować zbiór rozsypanych, fragmentarycznych, niezrozumiałych obrazów rejestrowanych przez siatkówkę. W wykładzie wygłoszonym w roku 1855 Helmholtz wspominał chwilę, gdy jako mały chłopiec w Poczdamie zdał sobie sprawę z istnienia perspektywy. „Zabrano mnie w okolice wysokiej wieży; na jej górnej galerii stali ludzie, a ja zacząłem prosić matkę, żeby podała mi te kukiełeczki” – relacjonował. Nie przyszło mu wówczas do głowy, że obiekty od nas oddalone wydają się mniejsze. Helmholtz zauważył, że tego rodzaju inferencje, gdy się pojawią, stanowią w pełni wytwór mózgu, lecz mają zarazem moc kształtowania rzeczywistości. Gdy raz się je dostrzeże, nie można przestać.
On sam nigdy więcej nie postrzegał już postaci ludzkich jako kukiełek na szczycie wieży. „Owe doznania przynależą wyłącznie do naszego systemu nerwowego – pisał w roku 1878. – Nawet jednak gdy jesteśmy tego świadomi, iluzja nie znika, ponieważ stanowi podstawową, fundamentalną prawdę”.

Niewykluczone, że tylko polegając na owych iluzjach, jesteśmy w stanie radzić sobie z zalewającymi nas informacjami. Nie ulega zaś wątpliwości, że ma to swoje ewolucyjne zalety. Dzięki wyciąganiu wniosków na podstawie strzępów informacji i poleganiu na pamięci możemy szybciej iść przez świat i unikać problemów po drodze. Bezpieczniej jest opierać się na zdolności przewidywania zdarzeń (czy to tygrys porusza się tam wśród cieni?), niż czekać i dopiero później dochodzić do konkretnych wniosków. Na podstawie najsubtelniejszych sugestii jesteśmy w stanie przyswoić sobie różne pojęcia, takie jak krzesła, psy czy ptaki. Małe dziecko nie musi znać na wyrywki wszystkich trzystu pięćdziesięciu ras psów, żeby na spacerze w parku odróżnić jamnika od wiewiórki.

Od lat dziewięćdziesiątych XX wieku Helmholtz bywa cytowany przez neurologów jako pionier koncepcji „przetwarzania predykcyjnego”, wedle której cały nasz mózg właśnie w ten sposób działa. Podobnie jak u Kanta, owa teoria percepcji całkiem odwraca klasyczny model doświadczenia. W tym ujęciu nie odbieramy świata w sposób „oddolny”, czyli poprzez oczy, uszy i wrażenia dotykowe, lecz raczej w sposób „odgórny”, poprzez kaskadę naszych wewnętrznych przekonań i poglądów, wspomnień i oczekiwań, które kierują naszą percepcją, a następnie są korygowane przez informacje płynące ze świata zewnętrznego. Kiedy wchodzimy do własnej kuchni, widzimy tylko to, czego nasze mózgi wcześniej tam nie umieściły. Czy w zlewie siedzi lis? Takie zaskoczenia nazywane są „błędami przewidywania”, a nasze mózgi ciężko pracują, żeby eliminować owe zakłócenia ciągłości iluzji i produkować wciąż nowe sposoby objaśniania świata. „Przebiega to idealnie gładko. Sądzę, że takie jest właśnie podłoże naszego świadomego doświadczenia” – wyjaśnia Phil Corlett, psychiatra z uniwersytetu Yale.

Najlepszym dowodem słuszności koncepcji, wedle której rzeczywistość zwykle raczej przewidujemy, niż postrzegamy, są błędy mózgu, oferujące nam wadliwą wizję rzeczywistości. W pewnym znanym eksperymencie badanym umieszczano jednocześnie przed każdym okiem inny obraz, na przykład twarzy i domu, a następnie sprawdzano, jak mózg sobie z tym poradzi. Jedną z inferencji, na których się opieramy, jest to, że w tym samym miejscu i czasie może znajdować się tylko jeden obiekt. Zamiast więc stopić dwa obiekty umieszczone przed dwojgiem oczu w jedno dziwaczne nowe połączenie, mózg postrzega je naprzemiennie: twarz, dom, twarz, dom, twarz. Obrazy w nieregularny sposób wyostrzają się i zanikają, dopóki w polu widzenia nie pojawi się coś bardziej zrozumiałego.

Poważniejsze urojenia, takie jak halucynacje czy paranoja stanowiące objawy schizofrenii, również można wyjaśnić za pomocą modelu przetwarzania predykcyjnego. Najbardziej znanym orędownikiem tej teorii jest Karl Friston, który specjalizuje się w neuroobrazowaniu, a w latach osiemdziesiątych XX wieku pracował jako psychiatra w szpitalu na przedmieściach Oksfordu. Jeden z jego pacjentów miał obsesję na punkcie „anielskiego gówna”. Friston z fascynacją zastanawiał się, jakim sposobem ludzki mózg może się stale zajmować tego typu kwestią. Zdaniem badacza tego rodzaju urojenia rozwijają się, gdy z jakiegoś powodu związek między naszymi oczekiwaniami a informacjami płynącymi ze świata zostaje wypaczony. Nie udaje nam się skorygować postawionej hipotezy, choć jest ona błędna („Ona mnie kocha”), lub zbyt mocno reagujemy na bodźce, dopatrując się znaczeń tam, gdzie ich nie ma. Cień o kształcie tygrysa staje się tygrysem. („Znów na mnie spadło anielskie gówno”).

Cała ta kaskada przekonań, wspomnień i poglądów tworzących nasze przewidywania formuje się w płatach czołowych, które u ludzi są znacznie większe niż u innych zwierząt. Wskutek chorób lub uszkodzeń tych części mózgu zatracamy zdolność przewidywania przyszłości lub możliwych konsekwencji naszych działań. Pierwszym sygnałem wskazującym, że ktoś może cierpieć na chorobę Picka, czyli behawioralny wariant otępienia czołowo-skroniowego, są zachowania odbiegające od normy. Chorzy zadają nieznajomym krępujące pytania, rozbierają się do naga, gdy jest im gorąco, obrażają swoich przełożonych podczas spotkań. Wydają też pieniądze, jakby nie musieli troszczyć się o jutro – bo w gruncie rzeczy pojęcie „jutra” nie jest już dla nich dostępne.

W roku 2015 w piśmie „New England Journal of Medicine” opisano przypadek pacjenta cierpiącego na otępienie czołowo-skroniowe, oznaczony jako „numer dziewięć”. Choroba zaczęła się objawiać, gdy pacjent odmówił swojej żonie prawa do korzystania z jego iPoda. Choć wcześniej był gadułą i duszą towarzystwa, nagle przestał mieć ochotę odzywać się do innych. Jadł i pił bez umiaru, aż ogarniały go mdłości. Przestał zauważać związki przyczynowo-skutkowe. Bez przerwy odtwarzał te same audiobooki. Gdy jego żona zaczęła rodzić, musiała go poprosić, żeby zdjął słuchawki i oderwał się od puszczanego w kółko Harry’ego Pottera.


Gdy przestajemy dostrzegać, dokąd zmierzamy, przestajemy być sobą. Spoglądanie w przyszłość to cecha ludzka. Przeczucia są fascynujące, bo stanowią odbicie podstawowego modelu naszego myślenia. Czym się różni 
trudna do obronienia hipoteza o świecie od wglądu w przyszłość, której nikt jeszcze nie mógł poznać? „Ekscytuje nas wszystko, co pozwala nam zyskać przewagę nad innymi, jeśli chodzi o przewidywalną przyszłość, bo daje to ogromne korzyści – mówi Corlett. – Po to mniej więcej w ogóle chodzimy po ziemi”. Życie bardziej przewidywalne jest mniej przerażające, przynajmniej w teorii. Ludzkie społeczności zawsze
łaknęły proroków, twierdzących, że wiedzą, co się kryje za najbliższym zakrętem.
Sam Knight

Jest to fragment książki Sama Knighta Biuro przeczuć. Historia psychiatry, który chciał przewidzieć przyszłość, wydanej przez Wydawnictwo Czarne w 2024. Jej recenzję zamieszczamy w tym numerze SN.