banner

 

Jeśli w kraju zamęt panuje, to nie dlatego, że prawa
go powodują, ale dlatego iż nikt ich nie przestrzega.
Shang Yang

 

Czarnecki do zajawkiLegizm to chińska szkoła filozoficzna, wywodząca się z konfucjanizmu, ale inaczej interpretująca naturę ludzką oraz jej rolę w systemie i strukturach władzy. Jej głównym celem stało się umocnienie państwa, panującej dynastii oraz armii.
Legiści głosili pragmatyczną zasadę postrzegania wszystkich i wszystkiego w najdrobniejszych szczegółach, jasno napisanych i ogłoszonych publicznie prawach wydanych przez władzę, niezależnie od ich moralnego, etycznego i zdroworozsądkowego znaczenia. W obliczu prawa wszyscy powinni być bezwzględnie równi. Ich egzekwowanie miał zapewnić rygorystyczny system kar i nagród.

Dążeniem legistów było umocnienie władzy i państwa celem uniknięcia chaosu i zaprowadzenia harmonii. To pokłosie myśli konfucjańskiej, którą jednak legizm jako przeżytek i echo dawnych tradycji zwalczał. Stworzone wedle takich formuł i sposobu myślenia prawo miało być jak najbardziej szczegółowe i przy tym surowe, aby uniemożliwiać jednostce jakakolwiek subiektywną interpretację. Czyli tym samym ograniczać jej wolność, nawet w wyrażaniu myśli.
Z czasem doszło do zlania się legizmu i konfucjanizmu w jeden, polityczny system rządów i organizacji państwa chińskiego. Ten sposób patrzenia na rzeczywistość po dziś dzień obecny w kulturze chińskiej jest przez Zachód mocno krytykowany jako nieliberalny, antydemokratyczny i ograniczający człowieka w jego indywidualnych dążeniach do wolności.

Główni przedstawiciele tej szkoły to:
- Shang Yang (zm. w 338 p.n.e.) – twierdził, że najważniejszym czynnikiem w polityce i sprawowaniu władzy jest fa (czyli prawo, reguła)
- Li Si (ur. ok. 280 r. p.n.e. - zm. 208 r. p.n.e.) – najsłynniejszy praktyk legizmu, kanclerz w państwie Qin, kanclerz na Pierwszego Cesarza Chin.
- Shen Dao (IV-III w. p.n.e.) – jego zdaniem najważniejszym czynnikiem w polityce i sprawowaniu władzy jest shi (autorytet władzy jako takiej).
- Shen Buhai (zm. w 337 p.n.e.) – nauczał, że najważniejszym czynnikiem w polityce i sprawowaniu władzy jest shu (metoda, sztuka prowadzenia spraw i postępowania z poddanymi władzy ludźmi).

Shang Yang, jeden z głównych teoretyków i założycieli szkoły legistycznej – traktowanej zarówno jako system jurydyczny, ale i filozoficzny – uważał iż to ciemna, egoistyczna, wsobna strona natury ludzkiej jest głównym motorem działania człowieka, który dąży przeważnie do indywidualnych korzyści, traktując zasady współżycia społecznego jako trampolinę dla ich urzeczywistnienia. Aby nad nimi zapanować, nie pozwolić im spowodować destrukcji porządku społecznego (harmonii tak admirowanej w chińskiej kulturze) i nastania chaosu, sformułował teoretyczne uzasadnienia dla prawnego i państwowego, bezwzględnego reżimu. W Europie podobny ogląd wszechrzeczy i samej natury ludzkiej dopiero w XVII w. sformułował kompleksowo Thomas Hobbes. Trzeba tu dodać, że aktualnie istniejący porządek europejski narodził się po długim okresie historycznym, w trakcie nieustających wojen i rzezi trwających w czasach Hobbesa. Spotykamy te myśli także u innego przedstawiciela tamtej epoki - Nicolo Machiavellego.
Z tego powodu formułowanie kategorycznych sądów z punktu widzenia cywilizowanego Europejczyka na temat legizmu i rządów pierwszego cesarza Chin wydają się być co najmniej niestosowne. W niczym geneza tworzenia legizmu z okresu „walczących królestw” na terenie ówczesnych Chin nie odbiega od teorii i myśli wspomnianych myślicieli i teoretyków zachodnio-europejskich.

Historyk chiński z II w p.n.e (z konkurencyjnej wobec legizmu szkoły taoistów) Sima Tan w swych notatkach napisał: „Legiści są surowi i bezduszni; metoda za pomocą której dzielą ludzi na władcę i urzędników, rządzących i rządzonych, jest niedościgniona. Nie uznają oni podziałów na swoich i obcych, nie różnicują możnych i pospólstwa. W wyniku jednakowego stosowania prawa wobec wszystkich zanikły uczucia miłości względem bliskich i szacunku w stosunku do poszanowania godnych. Ich doktryna może być realizowana jedynie przez krótki czas, niemożliwością jest jej trwałe stosowanie. Skoro ustanowili taki porządek, że władca jest szanowany, a urzędnicy się korzą, jasno rozdzielili kompetencje i zadania urzędów tak, że się one na siebie nie nakładają i nie wykraczają poza wyznaczone ramy, to nawet sto szkół filozoficznych nie jest w stanie tego poprawić”.

Zdaniem sinologa Dominika Michońskiego (Uniwersytet Warszawski w Nankinie), szkoła legistów koncentrowała się przede wszystkim na zagadnieniach rządzenia. Tym samym rozwijano praktykę państwa (władzy) despotycznego choć skutecznego, prawa. Wyjątkiem jest tylko absolutny władca, który jest jego twórcą i mandatariuszem. Z czasem rozpoczął się proces łączenia legizmu z konfucjanizmem, w wyniku którego już w okresie dynastii Han stapiają się one w jeden kompatybilny system („Prawo jako narzędzie politycznej chińskiej perspektywie legistycznej” [w]: Doctrina. Studia społeczno-polityczne)
Dziś widzimy w różnych formach odrodzenie myśli według kanonów legistów poza Chinami (ale czy ono nigdy nie zostało złożone do grobu wraz ze śmiercią cesarza Qin Shi Huanga, podobnie jak jego terakotowa armia?). I to w różnych formach i metodach wdrażania ich w życie. Nikt do tego nie chce się przyznać, gdyż ta myśl i praktyka z niej wynikła, była i jest ciągle z pozycji wyższości kultury Zachodu, liberalnej demokracji i idącej z nią pod rękę globalizacji, mocno krytykowana.

Globalizacja a legizm

W ostatniej dekadzie XX wieku, po upadku bipolarnego podziału świata i zwycięstwie absolutnym liberalnej demokracji (jak się wielu przedstawicielom zachodniego świata wydawało) - czego efektem była m.in. teza o końcu historii, zadekretowana dogmatycznie przez Francisa Fukuyamę - przemożny wpływ na całokształt zagadnień na świecie poczęły odgrywać dwa pojęcia ściśle związane ze sobą: globalizacja według kapitalistyczno-neoliberalnego modelu oraz demokracja liberalna odniesiona najszerzej do sfery wartości, światopoglądu i estetyki.
I ona, globalizacja, a wraz z nią system ją promujący i z niej żyjący, z czasem w efekcie zachłyśnięcia się wydawałoby się absolutnym zwycięstwem poczęły przekształcać się w krytykowane i postponowane, legistowskie rozumienie polityki najszerzej rozumianej. Sprzyja temu przede wszystkim postęp technologiczny wykorzystywany do tych praktyk i sposobu kontroli społeczeństw, jakie proponowali legiści, ale z racji braku możliwości sprawczych nie byli w stanie zmaterializować do końca swych pomysłów i koncepcji.

Globalizację definiuje się na wiele sposobów. Patrząc jednak na nią z płaszczyzny nie tych co wygrali, ale zdecydowanej większości, która stanowi drożdże dla sukcesu owych niewielu, jest ona wrogiem i musi podlegać niszczeniu. Gdyż w niej „chodzi o sprowadzenie wszystkich do wspólnego mianownika, o przekształcenie nas wszystkich w całkowicie identyczne istoty i o ustanowienie jednego sposobu życia na świecie.
Tę koncepcję, która stanowi podstawę globalizacji, nazywamy neoliberalizmem. To nowa religia, która pozwoli na dokończenie tego procesu. Podczas Czwartej Wojny Światowej terytoria są ponownie podbijane, wróg niszczony, a ziemie już podbite są rządzone. Pytanie brzmi: które terytoria należy podbić i kto jest wrogiem. Czwarta Wojna Światowa niszczy ludzkość, ponieważ globalizacja staje się uniwersalizacją rynku”.

Autor tych słów – zapatysta i partyzant Subcomandante Marcos w jednym z oświadczeń - sprzeciwia się tezie iż globalizacja dąży do ujednolicenia rynków. To fałsz, tak jak projekt pod nazwą „globalna wioska”. Globalizacja to w zasadzie proces tworzenia kolejnych, nowych granic, w wyniku którego świat się staje archipelagiem wysp wśród których swobodnie poruszają się kapitał i wojny. Po 1989 roku nie pojawił się żaden człowiek, ani idea globalnego formatu, o takim znaczeniu i takim wpływie będącą w stanie zanegować tę wersję globalizmu i system za nią stojący. Zanegować to wszystko choćby w sensie teoretycznym, i zarazem pozytywnym, przedstawiając alternatywę dla całego tego zbioru idei określanych jako globalizacja (gdyż tak ją trzeba traktować).

Wręcz przeciwnie, rozkwitły najbardziej prymitywne i irracjonalne przejawy człowieczeństwa. Zapanował kompletny chaos, a w takiej dżungli najlepiej czują się rekiny biznesu i „psy wojny”. Dopóki globalizacja, która w swoim archetypie może nieść pozytywne, internacjonalistyczne i humanistyczne treści, opierać się będzie na potędze dolara i jego emisji, (czyli na potędze amerykańskiego systemu bankowego i kapitału), będzie nieść treści i ich praktyczne zastosowanie w formie nauczania Shang Yanga. Wszelkie próby buntu przeciwko tej potędze są dlatego brutalnie tłumione, bo na tym opiera się - jak to jasno widać - cała neoliberalna koncepcja wolności i demokracji.
Technologiczne możliwości inwigilacji, manipulacji, sterowania emocjami i reakcjami pojedynczych ludzi i całych zbiorowości powoli przekształcają przestrzeń publiczną, a jednocześnie wszytko co z nią jest związane w jakikolwiek sposób, w apokaliptyczne „stany świadomości” opisywane przez Orwella.

Interesy klasowe nigdy nie zanikały i nie zanikają Choć są często ukryte za parawanem innych różnic i konfliktów: kulturowych, religijnych, politycznych itd. Tzw. mainstream, obojętnie jakiej proweniencji i bez względu na czasy, jest zawsze ich awatarem. W gospodarce rynkowej należy realizować cel maksymalizacji zysku. Wpierw teoretycznie podbudować określone decyzje, a potem wdrażać je w praktyce, co jest immanentne dla dobrostanu posiadaczy kapitału. Współcześnie to są ci, którzy stoją na czele globalnego systemu kapitalistycznego, zwanego często projektem neoliberalnym. A którego tzw. demokracja liberalna jest częścią składową wraz ze wszystkim swoimi atrybutami.

Liberalizm strachu

Dziś, gdy system wyczerpał swe rezerwy i możliwości reanimacji, (gdyż kryzysy były zawsze przeplatane hossą stwarzającą namiastki pospolitej szczęśliwości), musi sięgnąć po metody sprzeczne z jego rudymentarnymi kanonami. Tym samym liberalizm dzisiejszy, będący wiodącą doktryną polityczną i jednocześnie kulturą, steruje w świecie euroatlantyckim ku temu, co celnie Judith Shklar nazwała „liberalizmem strachu” (The Liberalism of Fear). Jej rozumienie tej doktryny, w sensie klasycznym i pierwotnym tak, jak liberalizm był przez dekady postrzegany, to przede wszystkim widzenie wykluczenia osób i zbiorowości jako podstawowego problemu realizacji zasad liberalnych. Wtedy będziemy stawać się bardziej wolnymi i okaże się, że żyjemy w świecie, gdzie wszystko, co robią jednostki dla zaspokojenia swych potrzeb, marzeń, żądań, bez względu na skutki, jest etyczne. A takie trendy niwelują pozytywną stronę tego, co rozumie się przez sprawiedliwość, równość szans, cnoty obywatelskie.

Prawo jej zdaniem – i jest to sąd doskonale znany z prac teoretyków liberalizmu takich jak Isaiah Berlin, John Rawls czy Michael Waltzer – nie może absolutyzować wolności jednostki i osadzać ją w kategoriach moralnych, ale być niejako licencją, którą obywatele muszą posiadać, aby chronić się przed nadużyciami władzy. Natomiast dziś widzimy jak liberalne i demokratyczne stosunki społeczne, w efekcie uchwalanych praw, sterują coraz bardziej ku tak krytykowanej przez Zachód jako nie demokratycznej i totalitarnej „myśli legistów chińskich” i praktyk Państwa Środka.

Myśl Judith Shklar w tej mierze, wyprzedziła współczesną epokę. Niejako proroczo opisała proces wycofywania się liberalizmu na pozycje antywolnościowe, antyhumanistyczne, czyli nie uniwersalne (a to są – jej zdaniem - pozycje nie filozoficzne, a wyłącznie jurydyczne). Liberałowie nie zdołali uświadomić sobie, iż - jak napisał Marcin Król w recenzji książki Shklar "Zwyczajne przywary" - nie wszystkie kultury czy cywilizacje cenią sobie jednostkę i jej prywatny świat, a idea wolności ubrana w szaty ekonomicznej globalizacji stanowi formę kolonializmu, tyle że z ludzką, XX/XXI-wieczną twarzą. I na ile tak rozumiana wolność współgra z rozumieniem pojęcia demokratycznej wspólnoty.
Jeśli sami tego nie wiemy, Europejczycy i Amerykanie – czyli euroatlantycka wspólnota interesów a nie zasad i wartości - na jakiej podstawie możemy pouczać innych i kreować się na wzór demokracji liberalnej?

Jeśli, jak napisał Witold Modzelewski w felietonie Nasze disco polo z odrobiną ironii (Sprawy Nauki Nr 10/2025) nawet była Rzecznik Praw Obywatelskich w Polsce w jednym z wywiadów pochwala i uzasadnia powstanie Urzędu ds. Zwalczania Dezinformacji w Polsce, będącego de facto jawną cenzurą wprowadzaną w pozasądową praktykę, to jest to z jednej strony właśnie ów trend, który opisywała Judith Shklar (i za co spotkał ją ostracyzm liberalnych środowisk naukowych), a z drugiej - materializacja orwellowskiego Ministerstwa Prawdy stojącego absolutnie na antypodach liberalizmu.

Reformy legistów dały pierwszemu cesarzowi Chin po formalnym zjednoczeniu kraju paliwo do jego ujednolicenia na bazie bezwzględnego prawodawstwa, absolutnie egzekwowanego. Tym samym zerwanie dawnych więzów społeczno- kulturowych i poddanie ludności najszerzej rozumianej centralizacji. Skuteczność zarządzania i administracji na pewno wzrosła, co widać po osiągnięciach kultury chińskiej. Ale na pewno ujednolicenie i drapieżny centralizm oparty o tak rozumiane prawo pozbawia zawsze kulturę i cywilizację pluralizmu, które zachowują się w niszowych sferach życia codziennego jako relikty przeszłości. Jako skansen i echo dawnych czasów. Piętno myślenia legistycznego trwa cały czas (oczywiście w różnych formach) wzbogacone o doświadczenia i dorobek Konfucjusza. Choć należy pamiętać, iż legizm gdy powstawał był opozycją wobec nauk Mistrza Kong.

Fundamentalistyczna religia

Uzurpując sobie prawo do narzucania swego rozumienia wartości, pluralizmu, demokracji i wolności osobistych, wyłącznie wedle „liberalizmu strachu” liberalizm zachodnio-europejski przeobraża się w fundamentalistyczną religię, a technologiczne osiągnięcia powodują iż świat wedle tych projektów staje się przestrzenią opartą na szybkości i skuteczności. A „kuchnia złożona z samych mrożonek jest symbolem nieludzkiego i samotnego świata” (Federico Fellini).
Z drugiej strony, mamy do czynienia z poczuciem moralnej wyższości tak rozumianego liberalizmu i demokracji, gdzie za narzuconymi wzorami ustrojowymi, idzie ocena postępowań i naśladowania zalecanych i promowanych rozwiązań (S. Bieleń, Czas ryzyka w stosunkach międzynarodowych). Doskonale upadek jednej z humanistycznych i postępowych idei związanych z osobistymi wolnościami i demokracją, czyli praw człowieka, zdiagnozował Kit Klarenberg w tekście pt. „How human rights became western weapon” - Jak prawa człowieka stały się bronią Zachodu, Sprawy Nauki Nr 10/2025).

Wraz z odejściem od racjonalizmu jako immanencji ludzkiej działalności i patrzenia na świat, w efekcie wpływów postmodernizmu w zachodniej kulturze, podobnie jak to miało miejsce w modzie do tego, co niósł romantyzm w XIX wieku (kierowanie się emocjami, afektami, chwilowym uczuciem, bądź iluminacją), urosło znaczenie idealizmu. Liberalizm stał się też na swój sposób „idealistyczną wersją” swych pierwotnych zasad. Bo nie może być – a ku temu zmierza zawsze każdy idealizm od czasów Platona – jakiejkolwiek kohabitacji liberalizmu z hegemonizmem. Także demokracja i liberalizm (zwłaszcza ten o obliczu idealistycznym) nie są ze sobą koherentne jak to ma dziś miejsce w powszechnym przekazie. Jak wskazuje w Wielkim złudzeniu John J. Mearsheimer, działania promilitarystyczne, narracja autorytarna, pełna pychy i pewności siebie, zawsze w efekcie eliminują liberalizm nie tylko z praktyki politycznej, ale i ze świadomości. Takie działania zawężają zawsze pole liberalizmu, poszerzając z kolei przestrzeń dla nacjonalizmu, który zawsze wygra z liberalizmem. A to wszystko z kolei wygasza demokrację.
Radosław S. Czarnecki