Ekonomia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 116
Globalne oszustwo „wyżywienia świata”
Półki w supermarketach nigdy nie były pełniejsze, a mimo to dieta stała się uboższa. Na całym świecie systemy żywnościowe, chwalone za produktywność, dostarczają teraz mnóstwo kalorii, a jednocześnie borykają się z powszechnym niedoborem mikroelementów, katastrofą ekologiczną i niestabilnością obszarów wiejskich.
To efekt modelu rolniczego, który utożsamia bezpieczeństwo żywnościowe z plonami, a masową produkcję z pożywieniem. Rolnictwo przemysłowe, wspierane miliardami dolarów subsydiów, coraz bardziej przypomina państwo opiekuńcze dla agrobiznesu i gigantów handlu detalicznego, których zyski zależą od publicznych pieniędzy.
Spadek wartości odżywczych
Napędzane przez korporacje rolnictwo przemysłowe twierdzi, że wyżywi świat, ale zbyt często dostarcza pustych kalorii, jednocześnie pozbawiając populacje składników odżywczych. Weźmy pod uwagę, że ryż wysokoplenny produkuje puste kalorie, jednocześnie stając się ubogi w składniki odżywcze. Od lat 60. XX wieku stężenie cynku i żelaza w pszenicy i ryżu w Indiach spadło o 30–45%. Dla porównania, proso i rośliny strączkowe dostarczają znacznie więcej białka, cynku i żelaza na cal kwadratowy.
Nie jest to zjawisko unikalne dla Indii: brytyjskie laboratorium Rothamsted Research oceniło stężenie minerałów w archiwalnych próbkach ziarna pszenicy i gleby z eksperymentu Broadbalk Wheat Experiment. Eksperyment rozpoczął się w 1843 roku, a jego wyniki wskazują na znaczący spadek stężenia cynku, miedzi, żelaza i magnezu w ziarnie pszenicy od lat 60. XX wieku.
Jednocześnie, w ciągu ostatnich siedmiu dekad w Indiach, powierzchnia upraw prosa, charakteryzującego się wysoką wartością odżywczą, zmniejszyła się o 60%. Spadek ten jest wynikiem zmian strukturalnych w indyjskim rolnictwie po Zielonej Rewolucji.
W Wielkiej Brytanii logika jest podobna, choć wyrażona inaczej. Dominuje żywność ultraprzetworzona, monokultury wyjaławiają glebę, a kalorie są obfite, a odżywianie zagrożone. Otyłość współwystępuje z niedoborami mikroelementów; bydło karmione trawą i zróżnicowany płodozmian zostały w dużej mierze zastąpione systemami wymagającymi dużych nakładów, podczas gdy supermarkety dyktują priorytety produkcyjne i kształtują rolnictwo.
PR branżowy często próbuje uzasadniać swoją rolę, sugerując, że świat umarłby z głodu bez nasion i chemikaliów. Przemysł uzasadnia to twierdzenie trwałym mitem Zielonej Rewolucji; narracją, którą prof. Glenn Stone i inni skutecznie obalili . Twierdzenie, że nasiona przemysłowe „uratowały” Indie przed masowym głodem, jest na przykład mniej historyczne niż PR.
W rzeczywistości Zielona Rewolucja oznaczała zwrot w stronę rolnictwa wymagającego dużych nakładów, które zastąpiło dotychczasowe osiągnięcia w zakresie wydajności na rzecz modelu wymuszającego zależność od opatentowanych nasion, nawozów sztucznych i pestycydów dostarczanych przez coraz bardziej skoncentrowany globalny przemysł.
Przemieszczenia i niepewność
Kiedy tradycyjne rolnictwo ulega destabilizacji poprzez wycofanie się państwa, nakłady korporacyjne, globalne łańcuchy dostaw i monokultury, staje się ono nieopłacalne finansowo dla wielu rolników. Społeczności wiejskie są odrywane od ziemi. W Indiach to wysiedlenie jest wykorzystywane jako element szerszej strategii neoliberalnej, polegającej na karczowaniu gruntów pod rolnictwo korporacyjne na skalę przemysłową.
Na brytyjskiej wsi młodzi ludzie wyjeżdżają do miast, ponieważ życie na wsi staje się ekonomicznie nie do utrzymania, a wsie tracą szkoły, opiekę zdrowotną i transport. Tymczasem rolnicy w dużej mierze polegają na dotacjach, grantach na rozwój obszarów wiejskich i programach rolno-środowiskowych.
Płatności te stabilizują głównie przemysłowe łańcuchy dostaw i zyski supermarketów. W Wielkiej Brytanii ponad połowa dochodów gospodarstw rolnych pochodzi z subsydiów, a nie ze sprzedaży rynkowej, a większe gospodarstwa rolne otrzymują płatności w nieproporcjonalnym stopniu. W efekcie subsydia utrzymują monokultury i produkcję wielkoseryjną na potrzeby supermarketów.
Brytyjskie dotacje, takie jak System Płatności Podstawowej i jego następcy, zapewniają pozarynkowy próg dochodów rolniczych. W związku z tym pełnią one funkcję pośredniej dotacji dla gigantów handlu detalicznego. Pokrywając podstawowe koszty utrzymania rolnika, podatnicy skutecznie obniżają próg rentowności dla producentów, umożliwiając supermarketom wykorzystanie siły nabywczej do negocjowania cen u rolnika, które często są niższe od rzeczywistych kosztów produkcji.
Podatnik płaci więc za utrzymanie gospodarstwa rolnego przy życiu, a supermarket czerpie z tego zysk poprzez zaniżanie cen i zwiększanie marż detalicznych.
Napad na opinię publiczną
Te krajowe systemy subsydiowania są osadzone w transnarodowej gospodarce opartej na środkach produkcji rolnej, w której dominuje niewielka liczba korporacji zajmujących się sprzedażą detaliczną żywności, produkcją środków agrochemicznych i nasiennych, w tym firmy takie jak Bayer i Syngenta, które sprzedają zastrzeżone nasiona i środki chemiczne po cenach, na które rolnik w innym przypadku nie mógłby sobie pozwolić .
W Wielkiej Brytanii publicznie wspierane dochody z gospodarstw rolnych stabilizują popyt na zastrzeżone nasiona, pestycydy i nawozy zintegrowane z łańcuchami dostaw prowadzonymi przez supermarkety, zapewniając przewidywalne rynki dla dostawców środków produkcji, nawet gdy ceny w gospodarstwach rolnych spadają.
Rolnik jest naciskany przez obie strony (środki produkcji i handel detaliczny) i chociaż mechanizmy mogą się różnić w zależności od kraju, logika jest spójna: państwo przejmuje ryzyko, podczas gdy firmy prywatne czerpią zyski z uzależnienia rolników od własnościowych środków produkcji i systemów produkcji wykorzystujących duże ilości chemikaliów. Widzimy globalnie zintegrowany system publicznego zarządzania ryzykiem w agrobiznesie.
Podczas gdy Indie wciąż (choć w sposób niepewny) próbują chronić producentów (poprzez mechanizmy takie jak minimalna cena gwarantowana w celu zapewnienia plonów i publiczny system dystrybucji w celu stabilizacji kosztów dla konsumentów), system w Wielkiej Brytanii został w pełni wykorzystany do zmniejszenia ryzyka w bilansach prywatnych gigantów.
Brytyjska opinia publiczna jest „napadana” dwukrotnie: raz w urzędzie skarbowym i drugi raz przy kasie. Jednocześnie państwo subsydiuje trzeci „napad”: finansowany z podatków kryzys w służbie zdrowia. Stawiając wolumen ponad wartość odżywczą, rząd płaci korporacjom za wywołanie kryzysu zdrowotnego, a następnie nakłada podatki na społeczeństwo, aby leczyć jego skutki. Podatnicy finansują puste kalorie, marże supermarketów i wynikające z nich choroby przewlekłe, których koszt ponosi NHS.
Pasożyci społeczni
Media zbyt często oczerniają ubogich (zarówno rodziny w Wielkiej Brytanii, jak i borykających się z problemami rolników w Indiach) za to, że potrzebują publicznego wsparcia. Jednak największymi „pasożytami” nie są rodziny rzekomo „manipulujące systemem”, lecz akcjonariusze przedsiębiorstw handlu detalicznego i przedsiębiorstw produkujących środki produkcji, których marże zysku są pokrywane z publicznych pieniędzy.
W Wielkiej Brytanii sektor rolny tkwi w pułapce subsydiów, która działa jak finansowany z podatków system podtrzymywania życia dla handlu detalicznego w korporacjach. Chociaż roczny budżet rolny od 2007 roku utrzymuje się na stałym poziomie 2,4 miliarda funtów (co stanowi znaczną redukcję po uwzględnieniu inflacji), pozostaje on jedyną przeszkodą między wieloma brytyjskimi rolnikami a bankructwem.
Według statystyk Departamentu Środowiska, Żywności i Spraw Wsi (Defra) za lata 2024/25, płatności te stanowią obecnie od 30% do 55% dochodów gospodarstw rolnych. Bez tej interwencji publicznej większość brytyjskich gospodarstw rolnych ponosiłaby stratę netto. Oznacza to, że obecna cena rynkowa żywności jest decyzją polityczną mającą na celu ochronę marż gigantów handlu detalicznego, takich jak Tesco, które niedawno odnotowało skorygowany zysk operacyjny w wysokości 3,13 miliarda funtów.
W Indiach za każdym razem, gdy rolnik zeskanuje swój odcisk palca, aby kupić dotowany worek nawozu, uruchamia transfer środków publicznych do producentów chemikaliów. Według analityka polityki Devindera Sharmy (w licznych artykułach w gazecie „The Tribune”), ustalając cenę detaliczną mocznika przy jednoczesnym zagwarantowaniu zwrotu kosztów, rząd stworzył środowisko niskiego ryzyka dla rolnictwa o dużej intensywności produkcji.
Przeciętne indyjskie gospodarstwo domowe zajmujące się rolnictwem zarabia zaledwie 10 218 rupii (113 USD) miesięcznie , podczas gdy firmy chemiczne — chronione kwotą 1,91 lakh crore (23 miliardów USD) z funduszy publicznych — pozostają bardzo dochodowe.
Niezależnie od tego, czy stało się tak z powodu stagnacji dotacji w Wielkiej Brytanii, czy też rozwoju technologii biometrycznych w Indiach, państwo stało się ostatecznym gwarantem modelu rolnictwa wymagającego wysokich nakładów i wysokich kosztów, który w innym przypadku byłby dla producentów nieopłacalny pod względem komercyjnym.
W kierunku nowego systemu
W Wielkiej Brytanii zerwanie z tym modelem wymaga strukturalnego demontażu „państwa supermarketów”. Prawdziwa transformacja wymagałaby reformy rolnej, która oddzielałaby wartość gruntów od spekulacji nieruchomościami, a także zaostrzenia przepisów dotyczących handlu detalicznego , które nakazywałyby minimalny udział producenta w cenie detalicznej, gwarantując, że wartość nie zostanie przejęta przez akcjonariuszy, zanim opuści ona bramę gospodarstwa.
Obecny drapieżny model jest świadomym wyborem politycznym. Potrzebna jest alternatywa – oparta na odporności społeczności, zdrowiu ekologicznym i zasobności odżywczej, a nie na wydobyciu przez korporacje. Ta zmiana jest już widoczna w pojawiających się fragmentach oporu zarówno w Indiach, jak i w Wielkiej Brytanii.
W Indiach odrodzenie uprawy prosa w Odiszy pokazuje, jak można odzyskać dotacje na rzecz sprawiedliwości społecznej. Łącząc minimalne ceny gwarantowane (MSP) ze zdecentralizowanymi zamówieniami publicznymi i programami posiłków szkolnych, państwo przekształciło proso z „zapomnianego pożywienia” w filar odżywiania i zdrowia gleby.
W Wielkiej Brytanii rolnictwo wspierane przez społeczność, sieci zajmujące się przechowywaniem nasion i lokalne spółdzielnie działają jako ciche oderwanie się od korporacyjnego łańcucha dostaw. Podczas gdy podatek spadkowy i konsolidacja rynku zagrażają dostępowi do ziemi, projekty te priorytetowo traktują zdrowie na akr i lokalną autonomię, zapewniając, że wartość tworzona przez glebę pozostaje w społeczności, a nie jest odprowadzana do centrali handlowych.
Droga naprzód wymaga fundamentalnego odłączenia żywności od logiki jej pozyskiwania. Oznacza to przejście od państwa, które subsydiuje dywidendy akcjonariuszy, do państwa, które inwestuje w suwerenność glebową, rolnictwo na małą skalę i długoterminowe zdrowie swoich obywateli.
Colin Todhunter
Colin Todhunter specjalizuje się w rozwoju, żywności i rolnictwie. Jest adiunktem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/stolen-soil-corporate-welfare-global-scam-feeding-world/5911142
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 18
Globalne wstrząsy, których doświadczyliśmy w ostatnich latach, są często przedstawiane jako chaotyczny ciąg wydarzeń: „pandemia”, inflacja, niedobory energii i wojna. Nic dziwnego, że większość ludzi jest zdezorientowana. Jednak analiza strukturalna ujawnia bardziej przemyślany, kontrolowany demontaż umowy społecznej XX wieku.
Jesteśmy świadkami przejścia od produktywnego modelu kapitalistycznego, który wymagał masowej, zdrowej siły roboczej, do tego, co Janis Warufakis nazywa porządkiem techno-feudalnym.
Siłą napędową tej transformacji była desperacka strategia stabilizacji finansowej wdrożona za sprawą wydarzenia związanego ze zdrowiem publicznym. Jak zauważa profesor Fabio Vighi, globalny system finansowy osiągnął punkt krytycznej niestabilności pod koniec 2019 roku, o czym świadczy załamanie się amerykańskiego rynku repo (gdzie banki pożyczają sobie nawzajem pieniądze).
Zamrażając gospodarkę realną poprzez lockdowny, banki centralne wpompowały ogromne ilości płynności, aby ratować sektor bankowy i finansowy. Gdyby te pieniądze trafiły do funkcjonującej gospodarki, wywołałoby to hiperinflację. Utrzymując ludność w domach, elity przeprowadziły tajną akcję ratunkową, która utrzymała dominację klasy finansowej kosztem produktywnej klasy średniej.
Konieczny był jednak również geopolityczny reset. Przez dekady niemiecka gospodarka opierała się na trzech filarach: tanim rosyjskim gazie, eksporcie zaawansowanych technologii do Chin oraz amerykańskim parasolu bezpieczeństwa. Do końca 2025 roku wszystkie trzy uległy załamaniu. Jak zauważa profesor Michael Hudson, „sabotaż” gazociągów Nord Stream był strukturalną koniecznością dla zachodnich elit finansowych.
Gdyby Niemcy kontynuowały integrację z Rosją i Chinami, powstałby ośrodek władzy niezależny od dolara amerykańskiego. Konflikt na Ukrainie miał swój cel: zmusił Niemcy do zastąpienia rosyjskiego gazu rurociągowego i znacznej rozbudowy infrastruktury skroplonego gazu ziemnego (LNG), a także do uzależnienia się od amerykańskiego LNG. W przeciwieństwie do gazu rurociągowego, LNG wymaga znacznego schłodzenia, transportu i regazyfikacji – procesu z natury trzy do czterech razy droższego.
W rezultacie niemiecka produkcja przemysłowa w 2025 roku osiągnęła najniższy poziom od lat 90. XX wieku. Przemysł ciężki, taki jak BASF (chemikalia) i ThyssenKrupp (stal), przenosi swoją produkcję do USA lub Chin. Jednocześnie Niemcy porzucają rolę giganta przemysłowego, koncentrując się na tworzeniu miejsc pracy w takich obszarach jak zielona energia (w tym rozwój „centrum wodorowego”), półprzewodniki i mikroelektronika, robotyka i biotechnologia, a także przeznaczając kapitał na roczne wydatki na obronę w wysokości 150 miliardów euro.
Tymczasem londyńskie City prosperuje dzięki globalnej zmienności, podczas gdy Niemcy chylą się ku upadkowi. City jest między innymi globalnym centrum ubezpieczeń od ryzyka wojennego i handlu energią. Jeśli rurociąg zostanie zniszczony lub strategicznie ważny szlak żeglugowy zostanie zagrożony, cena ubezpieczenia od ryzyka wojennego potroi się. Londyński rynek ubezpieczeniowy (Lloyd's) pobiera te „premie za ryzyko” z globalnej gospodarki.
Maklerzy z City traktują niestabilność geopolityczną jako niestabilną klasę aktywów. Nawet gdy brytyjskie gospodarstwa domowe cierpią z powodu rosnących rachunków za energię, centrum finansowe nadal przynosi zyski, czerpiąc bogactwo z chaosu, który polityka zagraniczna przyczynia się do jego tworzenia.
Co więcej, City of London zapewniło sobie pozycję niezastąpionego pośrednika w transatlantyckim obrocie energetycznym. Chociaż fizyczny gaz pochodzi ze Stanów Zjednoczonych i jest zużywany w Europie, to niemal w całości w Londynie zarządzana jest finansowa i prawna architektura tego handlu.
Brokerzy towarów i giełdy, takie jak ICE (Intercontinental Exchange) w Londynie, odnotowują rekordowe wolumeny obrotu kontraktami terminowymi na LNG i instrumentami pochodnymi. Są to zakłady finansowe na przyszłą cenę gazu. Wraz ze wzrostem zmienności, opłaty i prowizje pobierane przez londyńskich traderów i izby rozliczeniowe gwałtownie rosną.
Ponad 90% światowych ubezpieczeń morskich, w tym specjalistyczne i drogie ubezpieczenia dla tankowców LNG, jest objętych ubezpieczeniem Lloyd's. Egzekwując surowe składki na ryzyko wojenne dla każdego statku pływającego po wodach europejskich, Londyn w rzeczywistości nakłada prywatny podatek na każdą cząsteczkę gazu zastępującego utracone dostawy z rosyjskich rurociągów.
Gwarantuje to, że podczas gdy europejski przemysł zmaga się z wysokimi kosztami energii, firmy finansowe City ponoszą ogromne koszty związane z logistyką zastępczych dostaw.
Naturalnie, strukturalne przeobrażenia gospodarek narodowych prowadzą do ogromnych napięć społecznych. To właśnie tutaj pojawia się „rosyjskie zagrożenie”. Zostało ono wyniesione do rangi wszechogarniającej narracji wewnętrznej, służącej do radzenia sobie z wewnętrznym sprzeciwem i mobilizowania społeczeństwa do jednoczenia się pod sztandarem. Strach na wróble pełni istotną funkcję psychologiczną, przekształcając narastający gniew ubogich w patriotyczny obowiązek znoszenia trudności.
W ramach tego systemu „stałego stanu wyjątkowego” każda forma sporu pracowniczego, protestu lub krytyki systemowej może zostać uznana za złośliwą ingerencję zagraniczną lub działalność wywrotową, co pozwala państwu na wykorzystanie nowych, dalekosiężnych uprawnień policyjnych w celu stłumienia wewnętrznych tarć.
Aby uzasadnić przekierowanie miliardów dolarów z dochodów podatkowych z upadających usług publicznych na kompleks wojskowo-przemysłowy w celu generowania „wzrostu” w upadającej gospodarce (desperacka próba ożywienia upadającego neoliberalizmu), państwo musi utrzymywać stale wysoki poziom lęku egzystencjalnego. W Wielkiej Brytanii Strategia Przemysłu Obronnego 2025 jednoznacznie przedstawia militaryzację jako motor wzrostu i wykorzystuje widmo rosyjskiej inwazji, aby legitymizować dotowany przez państwo transfer bogactwa do zaawansowanych technologicznie firm zbrojeniowych.
Tworząc permanentny stan wojny, elity dbają o to, by jeden z filarów gospodarki służył bezpośrednio bezpieczeństwu państwa, jednocześnie wmawiając społeczeństwu, że kurczące się zasoby opieki zdrowotnej i emerytury są konieczną ofiarą dla przetrwania narodu.
Ujawnia to również zmianę statusu społecznego. W epoce przemysłowej państwo zasadniczo „subskrybowało” klasę robotniczą i inwestowało w NHS (Narodową Służbę Zdrowia) oraz edukację, ponieważ potrzebowało produktywnej populacji do napędzania produkcji. Jednak sztuczna inteligencja, robotyka i kryzys gospodarczy coraz bardziej sprawiają, że znaczna część tej siły roboczej staje się zbędna.
Ponieważ kapitał może już nie uznawać reprodukcji siły roboczej za pożądaną lub opłacalną, państwo wycofuje swoją subskrypcję. Widoczny spadek wartości NHS jest wynikiem celowej dezinwestycji. (Rynek prywatnych ubezpieczeń zdrowotnych w Wielkiej Brytanii osiągnął rekordową wartość 8,64 miliarda funtów – wzrost o prawie 14% rok do roku).
Jeśli pracownik nie jest już potrzebny do produkcji, państwo uznaje służbę zdrowia za „nieefektywne centrum kosztów”, które należy zlikwidować.
Kiedy populacja przestaje być postrzegana jako atut, a staje się obciążeniem finansowym, państwo przechodzi od opieki do zarządzania wyjściami z domu. To nie przypadek, że na Zachodzie pojawiają się apele o szybką legalizację wspomaganego samobójstwa. To może również wyjaśniać, dlaczego w domach opieki podczas pandemii COVID-19 przepisywano midazolam i wydawano nakazy „nie reanimować”. Dane pokazują, że rząd Wielkiej Brytanii zakupił ogromne ilości midazolamu na początku 2020 roku (zapasy wystarczające na dwa lata w ciągu zaledwie dwóch miesięcy).
W 2025 roku oficjalne oceny skutków wykazały, że legalizacja wspomaganego samobójstwa doprowadziłaby do „znacznych oszczędności” kosztów dla NHS i państwowego systemu emerytalnego – same oszczędności emerytalne szacowano na nawet 18,3 miliona funtów w ciągu dekady. Ocena skutków ustawy o terminalnie chorych dorosłych (koniec życia) (maj 2025 r.) oficjalnie określiła ilościowo wpływ na „świadczenia i emerytury”. Oszacowano, że do dziesiątego roku państwo zaoszczędziłoby około 27,7 miliona funtów rocznie na niewypłaconych emeryturach i świadczeniach z zabezpieczenia społecznego z tytułu wspomaganego samobójstwa.
Przyspieszając „outsourcing” nieproduktywnej starszej populacji (co się stało z marketingowym hasłem COVID „ratuj babcię”?), system usuwa miliardy dolarów przyszłych zobowiązań emerytalnych z bilansu państwa.
Co stanie się dalej – czego możemy się spodziewać? Będziemy świadkami dalszego rozpowszechniania przez elity narracji o permanentnym stanie wyjątkowym pod przykrywką kryzysu klimatycznego i zagrożenia ze strony Rosji, aby zapewnić dyscyplinę ideologiczną niezbędną do uzasadnienia nasilenia polityki oszczędności. Jednocześnie cyfrowe dowody osobiste i cyfrowe waluty banków centralnych stworzą system totalnego nadzoru. W tym rodzącym się systemie obywatel zostanie zastąpiony przez „podmiot administrowany”, którego dostęp do gospodarki zależy od oceny społecznej.
Colin Todhunter
Colin Todhunter specjalizuje się w żywności, rolnictwie i rozwoju oraz jest współpracownikiem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją w Montrealu.
Źródło: https://off-guardian.org/2025/12/23/land-of-confusion-the-great-reset-in-motion/
- Autor: Anna Wziątek-Kubiak
- Odsłon: 4302
>
Poniżej przedstawiamy wybrane fragmenty komentarza Anny Wziątek-Kubiak zamieszczonego w raporcie nr 22 Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN - Gospodarka Polski. Prognozy i opinie. – wydanego w maju br.
>/.../ Niemal wszystkie stosowane mierniki oceny poziomu i czynników innowacyjności przedsiębiorstw, także syntetyczne, wskazują na końcowe miejsce polskich przedsiębiorstw w UE. Dowodzą więc znaczącej luki innowacyjnej polskich przedsiębiorstw względem firm unijnych, w tym także – niektórych nowych krajów członkowskich. A to z kolei może wpływać na odmienność reakcji polskich przedsiębiorstw na zmiany koniunkturalne w stosunku do krajów bardziej zaawansowanych w rozwoju. Nasuwa się pytanie o kierunki zmian luki innowacyjnej w ostatnich latach, a w świetle tego – o zasadność i kierunki intensywności polityki państwa w zakresie tworzenia infrastruktury innowacyjnej./.../
>
>Przed kryzysem
>
>Podobnie jak w innych krajach kierunki zmian nakładów na inwestycje innowacyjne były zróżnicowane między firmami. W okresie bezpośrednio poprzedzającym wybuch ogólnoświatowego kryzysu (lata 2006–2008), z jednej strony, stosunkowo duży (na tle UE) odsetek (46,1%) polskich firm zwiększył wydatki innowacyjne. Wskaźnik ten był większy tylko w sześciu krajach UE.
Z drugiej jednak strony, relatywnie wysoki odsetek firm wydatki te obniżył (13,3%), a w blisko 22 krajach UE odsetek ten był niższy. W pozostałych firmach (40,6%) wydatki te się nie zmieniły. Ostatecznie Polska była w grupie siedmiu krajów, w których wysoce dodatnie były różnice między odsetkiem firm, które zwiększyły wydatki na inwestycje w innowacje, i tych, które te wydatki zmniejszyły.
>Wzrostowi nakładów na innowacje ogółem, w tym na inwestycje w innowacje, towarzyszyła jednak kontynuacja (z 25,6% w 2004 r. do 23,2% w 2006 r.) spadku udziału firm innowacyjnych w ogólnej liczbie przedsiębiorstw przetwórstwa przemysłowego.
Uwzględnienie wzrostu nakładów na innowacje ogółem nasuwa wniosek o narastającej koncentracji działalności innowacyjnej w coraz mniejszej liczbie firm innowacyjnych, a więc o zwolnionym procesie upowszechniania wiedzy przez sprzężenia między polskimi przedsiębiorstwami innowacyjnymi i między innowacyjnymi i nieinnowacyjnymi.
>Zapewne w jakiejś mierze uzupełniała to importowana wiedza. Wzrostowi nakładów na innowacje towarzyszył także bardzo silny spadek udziału nowych lub/i zmodernizowanych produktów w przychodach ze sprzedaży (z 22,5% w 2004 r. do 13,1% w 2006 r. i do 12,4% w 2008 r.). W latach 2006–2008 spadek ten dotyczył nowych produktów dla przedsiębiorstwa.
>Było to zapewne powiązane ze wspomnianą koncentracją działalności innowacyjnej. Udział w rynku zwiększały te firmy innowacyjne, które – wykorzystując wdrażane innowacje do wygrywania walki konkurencyjnej – bardziej niż na dywersyfikacji produktów koncentrowały się na wprowadzaniu nowych dla rynku produktów.
>
>W kryzysie
>Długookresowy trend wzrostu nakładów na innowacje polskich przedsiębiorstw został przerwany w 2009 roku. Był to rok zapaści sektora innowacyjnego w Polsce, który zapoczątkował kilkuletni okres zahamowania aktywności innowacyjnej przedsiębiorstw, a więc odwrócenia wcześniejszego trendu.
>W 2009 r. przedsiębiorstwa obniżyły wydatki na wszystkie (poza wydatkami na oprogramowanie i B+R) składniki procesu innowacyjnego, a także znacząco (z 17 029,7 mln zł do 14 929,3 mln zł) zmniejszyły własne wydatki na innowacje. Silny spadek wydatków na innowacje ogółem odzwierciedlał zmniejszanie się wydatków na inwestycje innowacyjne. Wpływ przedsiębiorstw innowacyjnych na popyt w gospodarce wyraźnie zmalał.
>
>Jeśli zmiany wydatków na inwestycje innowacyjne były silnie skorelowane ze zmianami inwestycji ogółem polskiej gospodarki, to po 2009 r. spadek inwestycji w innowacje był większy niż inwestycji w przemysł i całej gospodarki. Jeśli bowiem w latach 2006–2007 dynamika wzrostu inwestycji innowacyjnych była znacznie większa niż inwestycji polskiej gospodarki, to po 2009 r. te pierwsze z roku na rok zmniejszały się znacznie silniej niż te drugie. Znaczącemu pogorszeniu się ogólnego klimatu koniunktury od połowy 2008 r. do końca 2009 r. i niewielkiej jego poprawie do końca 2011 r. towarzyszył silny spadek popytu przedsiębiorstw innowacyjnych na zasoby czynników, zwłaszcza na inwestycje.
>
Zapaść, jaka wydarzyła się w sektorze innowacyjnym w 2009 r., dotyczyła większości jego składników. Zmniejszyły się wydatki firm na szkolenia i marketing nowych produktów, wzmocnił się spadkowy trend udziału przedsiębiorstw innowacyjnych w ogólnej liczbie przedsiębiorstw, znacząco zmniejszył się udział nowych – dla rynku – produktów w przychodach ze sprzedaży oraz odsetek firm, które współpracowały z innymi podmiotami w dziedzinie innowacji.
Zmalał nie tylko udział firm wprowadzających innowacje produktowe i procesowe, ale także tych, które wprowadzały innowacje marketingowe i co może dziwić – także organizacyjne. Równocześnie dodatnia, dla lat 2006–2008, różnica między procentowym udziałem firm, które zwiększyły i zmniejszyły wydatki na innowacje, przekształciła się w 2009 r. w dalece ujemną (–35,6% polskich firm). Udział ten był jednym z najwyższych wśród krajów UE.
>Odwrotna tendencja miała miejsce w przypadku wydatków na B+R oraz w przypadku udziału firm, które uruchomiły produkcję nowych produktów innowacyjnych. Ta ostatnia zmiana najprawdopodobniej była efektem wcześniejszej aktywności i nakładów na innowacje firm.
>
>W 2009 r. przedsiębiorstwa więc odsunęły działalność innowacyjną na przyszłość. Koncentrując się na oszczędnościach, rezygnowały z wprowadzania nawet stosunkowo nisko kosztowych innowacji organizacyjnych oraz ze wspierających sprzedaż innowacji marketingowych.
Wprowadzane przez przedsiębiorstwa oszczędności uderzały przede wszystkim w wydatki na cele innowacyjne. Towarzyszący temu spadek rozmiarów wsparcia budżetowego na innowacje (z 284 mln do 172 mln zł) wzmacniał trend obniżania się innowacyjnej aktywności firm.
Gdyby nie silny wzrost wcześniej zakontraktowanych kredytów bankowych (z 4889 mln do 5433 mln zł) na realizację innowacji, prowadzący do silnego wzrostu ich udziału w nakładach na inwestycje ogółem (do 25% w 2009 r.), oraz środków uzyskanych z zagranicy, głównie z UE (z 376 mln do 568 mln zł), kryzys w działalności innowacyjnej polskich przedsiębiorstw przybrałby większe rozmiary.
>
W kolejnych dwóch latach aktywność innowacyjna przedsiębiorstw nie uległa zasadniczym zmianom. Zwolnieniu tempa spadku inwestycji w innowacje towarzyszył niestabilny w czasie wzrost wydatków na poszczególne składniki procesu innowacyjnego.
>
Jednakże część przedsiębiorstw, które nie zaniechały wprowadzania innowacji, podjęła działania na rzecz utrzymania lub zwiększenia udziałów rynkowych. Wzrostowi (w 2010 r.) udziału nowych dla rynku produktów w przychodach ze sprzedaży przedsiębiorstw przemysłowych towarzyszył bowiem wzrost udziału firm, które wprowadziły innowacje marketingowe i wzrost wydatków na marketing nowych produktów.Na skutek załamania aktywności innowacyjnej bardzo silnie (z 6,4% do 1,6%) zmniejszył się udział firm, które uruchomiły produkcję nowych wyrobów. W kolejnym roku udział tych firm ponownie się zwiększył, ale towarzyszył temu spadek udziału firm, które zaczęły sprzedawać nowe dla rynku produkty. Poprawie w latach 2009–2010 ogólnego klimatu koniunktury towarzyszył wzrost wydatków na pozainwestycyjne składniki procesu innowacji, zwłaszcza na B+R.
>
Perspektywy
Kryzys ogólnoświatowy i oczekiwania jego przeniesienia na polski grunt, a więc zwiększenie niepewności warunków działania, obniżyły skłonności do podejmowania ryzykownych inwestycji w innowacje.
Mimo wzrostu w 2010 r. PKB i popytu, malała aktywność inwestycyjna polskich firm. Oznacza to, że nie tyle kształtowanie się popytu globalnego, ale zmiany ogólnego klimatu koniunktury wpływają na aktywność innowacyjną polskich przedsiębiorstw.
W przypadku Polski /.../ skutki destrukcyjne kryzysu dla innowacji przeważały nad efektami akumulacyjnymi. Nie jest pocieszające, że polski sektor innowacyjny nie był jedynym w UE, który tak silnie odczuł skutki kryzysu finansowego.
>Skutki te okazały się najsilniejsze dla nowych krajów członkowskich.
>
W sumie zmiany aktywności polskiej gospodarki i towarzyszące im zmiany ogólnego klimatu koniunkturalnego będą miały kluczowe znaczenie dla wzrostu nakładów na innowacje polskich firm. Wzrost wsparcia budżetowego, mniej restrykcyjna polityka kredytowa banków oraz wzrost środków unijnych na cele innowacyjne mogą być ważną siłą wspierającą zdolności firm do wdrażania innowacji.
Nakłady na innowacje wyznaczają bowiem zmiany zdolności firm do akumulowania wiedzy, a więc mają długookresowe skutki dla wzrostu. Niemniej jednak kumulacyjny charakter wiedzy oznacza, iż sam wzrost nakładów na innowacje i ich poszczególne elementy, zwłaszcza na inwestycje, automatycznie nie przekładają się na wzrost aktywności innowacyjnej przedsiębiorstw.
>
Luka w poziomie akumulacji wiedzy między Polską i krajami unijnymi nie ułatwia aktywności innowacyjnej polskich firm. Jej wzrost w okresie zahamowania aktywności gospodarki będzie utrudniać zwiększenie aktywności polskich przedsiębiorstw.
Uwagi te implikują, że w najbliższym czasie nie należy oczekiwać zasadniczego wzrostu innowacyjnej aktywności polskich firm. Silny wzrost funduszy z kapitału ryzyka w okresie spowolnienia wzrostu gospodarczego sugeruje istnienie w Polsce potencjału do rozwijania sektora innowacyjnego.
Anna Wziątek-Kubiak
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1441
Jakże często przywoływane są słowa brytyjskiego męża stanu, Winstona Churchilla, że „demokracja jest najgorszą formą rządu z wyjątkiem wszystkich innych form, których próbowano od czasu do czasu”. Powiedział to w wystąpieniu w Izbie Gmin 11 listopada 1947 roku (później, przy innej okazji przyznał, że to nie jego oryginalna myśl, lecz jedynie powtarza zasłyszane zdanie). Dzisiaj ta demokratyczna forma rządów nie ma się najlepiej. Nie tylko wzmacnia się autorytaryzm w krajach, które z demokracją mało mają wspólnego, lecz również sama demokracja słabnie w państwach, które od wielu lat są jej ostoją. Dotyczy to także demokracji z przymiotnikiem „liberalna”, który intencjonalnie ma podkreślać jej dojrzałość, a która współcześnie znajduje się w fazie kryzysu.
O ile demokracja ma służyć wypracowywaniu twórczych kompromisów łagodzących nieuchronnie występujące sprzeczności interesów indywidualnych i grupowych, o tyle w ostatnich latach doprowadza ona do napięć politycznych oraz wyraźnych pęknięć społeczeństw i ich antagonizowania, co widać wyraźnie od Polski do Peru, od Wielkiej Brytanii do Chile, od Norwegii do Republiki Południowej Afryki.
To dzięki liberalnej demokracji prezydentem najpotężniejszego kraju, Stanów Zjednoczonych, mógł zostać w 2016 roku niezdolny do rządzenia, politycznie nieodpowiedzialny Donald Trump. To dzięki liberalnej demokracji do władzy zostały wyniesione nieliberalne partie Prawo i Sprawiedliwość w Polsce i Fidesz na Węgrzech. To przez demokrację w wielu krajach rządy nie są w stanie narzucić biznesowi i gospodarstwom domowym wzorców postępowania i konsumpcji, które zahamowałyby dewastację środowiska naturalnego i ocieplanie klimatu. Trzy czwarte wieku temu o tym wszystkim Churchill nie mógł wiedzieć, ale jakże świeżo brzmi przypisywana mu maksyma w trzeciej dekadzie XXI wieku…
Demokracja przeżywa kryzys dlatego, że w wielu przypadkach przywódcy nie potrafią przekonać zdecydowanej większości swoich społeczeństw – bo o całych nie ma mowy – do koncepcji lansowanych w uprawianej polityce. Ich ambicje ograniczają się nader często do pozyskania większości, i to często nie całego społeczeństwa, lecz jedynie jego głosującej – coraz mniej chętnie i coraz rzadziej – części albo – co jeszcze gorsze – wyłącznie większości parlamentarnej, która nierzadko już zaraz po wyborach nie cieszy się poparciem większości społeczeństwa.
I oto w tych liberalnych demokracjach niekiedy władają prezydenci, którzy mają nie więcej niż marnych 20 proc. poparcia, czy też rządy, które przegrałyby z kretesem, gdyby wybory odbyły się w najbliższą niedzielę. Rządzą, bo w parlamentach potrafią uzyskać przewagę jednego głosu, aby przepchnąć swoje propozycje, nawet gdy opowiada się przeciwko nim zdecydowana większość społeczeństwa. Czyż zatem można się dziwić ludziom, że taka liberalna demokracja sprawia im szczery zawód i zaczynają się rozglądać za czymś innym, bo churchillowskiej mądrości już słuchać nie mogą?
Tenże Churchill w tym samym przemówieniu przyznał, że „Polityka to nie zabawa, to całkiem dochodowy interes”. Otóż to; dla wielu demokratycznych – a jakże! – wybrańców ludu demokracja jawi się nie jako służba publiczna, lecz jako sposób na czerpanie dochodów, niekiedy wcale pokaźnych. Czyż zatem można się dziwić ludziom – w dodatku traktowanym instrumentalnie, gdy zbyt często słyszą o sobie, że są elektoratem, w istocie rozumianym jako maszynka do głosowania – iż tracą zaufanie do instytucji demokratycznego państwa i jego politycznych aktorów? Czyż można się dziwić często bez mała połowie społeczeństwa, która źle się czuje, gdy jest politycznie terroryzowana przez minimalną większość – a dokładniej jej przywódców nazywanych współcześnie liderami – i w rzeczywistości w miejsce deklarowanej demokracji liberalnej ma do czynienia ze swoistą demokraturą?
Tak oto liberalna demokracja doprowadziła do podziału licznych społeczeństw pół na pół, 50/50 – od Kanady do Australii, od Indonezji do Turcji, od Boliwii do Słowenii, od Kolumbii do Czech – i często są to ostre podziały. Społeczeństwa są zantagonizowane, ich części – te w niejednym przypadku połowy – zamiast ze sobą rozmawiać i dyskutować, krzyczą na siebie i się kłócą. Trudno, a niekiedy nie sposób w takich warunkach postępować racjonalnie, także w sferze gospodarczej. Emocje, które wywołuje uprawianie takiej demokracji, zakłócają oczekiwania rozmaitych podmiotów gospodarczych, co psuje stosunki społeczne, w tym interakcje ekonomiczne. Liberalna demokracja, miast pomagać, zaczyna od pewnego momentu przeszkadzać. I na tym polega jej kryzys, co jest poważnym wyzwaniem dla strategii i polityki rozwoju.
Akcja wywołuje reakcję. Irracjonalne z ekonomicznego punktu widzenia decyzje Donalda Trumpa – w rodzaju protekcjonizmu skierowanego w istocie przeciwko globalizacji oraz wojny handlowe (nie tylko z Chinami, lecz także z politycznymi sojusznikami, takimi jak Korea Południowa, Kanada, Meksyk, Unia Europejska), szerzenie się nowego nacjonalizmu i nawroty protekcjonizmu – to populistyczna odpowiedź na występki neoliberalizmu.
Nie byłoby współczesnej fazy populizmu, gdyby nie wcześniejsza fala neoliberalizmu. To prawda, że wskutek globalizacji z nieodłącznie towarzyszącymi jej handlem i outsourcingiem wzrost dochodów masy ludzi w krajach emancypujących się dokonał się kosztem stagnacji lub niekiedy spadku dochodów klasy średniej oraz nisko wykwalifikowanych pracowników w krajach bogatych. W efekcie pogłębiły się nierówności w tych drugich, ale wzrosły dochody biedniejszych tego świata. W sumie dobrze się stało, gdyż saldo tych zmian w skali całego globu jest pozytywne.
Przy okazji wszędzie wzrosły dochody fachowców zatrudnionych w sektorze high-tech kosztem klasy średniej, ale to nie globalizacja jest przyczyną niesprawiedliwości coraz powszechniej odczuwalnej przez masy ludzi, co pociąga za sobą nawałnicę populizmu, lecz zła polityka uprawiana w ramach złego systemu. To nie fala wielkiego postępu technologicznego przyczynia się do nieakceptowanych nierówności; zasadniczą rolę odgrywają tu nieinkluzywne instytucje i świadoma polityka.
Niedostatek uczciwej konkurencji, zła regulacja, korupcja polityków i biurokracji, prywata elit biznesowych i finansowych, zachłanność i chciwość do tego stopnia, że w najlepszych szkołach biznesu uczono, iż greed is good, a w Silicon Valley wykształciła się kultura fake-it-till-you-make-it – strach spekulujących inwestorów, że ucieknie im jakaś kolejna „wielka rzecz”, choć może to być kolejny wielki przekręt – oszustwa producentów, dystrybutorów i usługodawców od sektora bankowego poprzez motoryzacyjny po farmaceutyczny, nakręcanie konsumpcjonizmu śrubującego kapitalistyczne zyski, sprzedajne media z ich manipulacjami opinią publiczną, cynizm elit politycznych – to wszystko musiało przynieść swoje zgniłe owoce. Nie walczy się wszak z błędem innym błędem, a tym właśnie jest populistyczna odpowiedź na grzechy neoliberalizmu. Jeśli skażony fundamentalizmem rynkowym kapitalizm tego nie pojmie, to nie przeżyje.
Wysokorozwinięty kapitalizm zarazem pięknie pachnie i obrzydliwie cuchnie. „Dwie rzeczy wyróżniają się w dzisiejszym biznesie w Ameryce. Jedną z nich jest sukces amerykańskich firm: jest ich 57 wśród 100 najcenniejszych firm giełdowych na świecie. Druga to nieprzyjemny zapach wiszący nad wieloma potężnymi firmami. Boeingowi zarzuca się, że sprzedawał samoloty 737 MAX z niebezpiecznym oprogramowaniem. (…) W Malezji postawiono zarzuty karne przeciwko Goldman Sachs za udział w zorganizowaniu 6,5 miliarda dolarów kredytu dla państwowego funduszu, który był zaangażowany w oszustwa. (…) Sąd odkrył, że Monsanto nie ostrzegło klienta, że jego środek chwastobójczy może powodować raka (…) Wells Fargo, jeden z największych banków w Ameryce, przyznał się do utworzenia 3,5 miliona nieautoryzowanych kont bankowych. (…) Facebook jest uwikłany w skandale; jego praktyki w zakresie danych zostały poddane kontroli w wielu krajach. (…) W 2017 r. skradziono dane osobowe około 146 mln klientów Equifax, firmy zajmującej się scoringiem kredytowym. (…) Do tego dochodzi epidemia opioidów, która obejmuje nie tylko firmę Purdue Pharma, producenta OxyContin, lecz także, zgodnie z pozwem prokuratora generalnego Nowego Jorku, inne firmy, w tym McKesson i Johnson & Johnson”.
I dalej: „Kuszące jest postrzeganie tych spraw jako niepowiązanych wydarzeń spowodowanych różnymi czynnikami – od pecha i błędów ludzkich po zaniedbania i przestępczość. To byłby błąd. Amerykańskie firmy wydają się być bardziej podatne na skandal niż ich odpowiednicy zza oceanu. Całkowita wartość rynkowa amerykańskich firm zaangażowanych w duże incydenty, które upubliczniono od 2016 r., wynosi 1,54 biliona dolarów. Dotknęło to co najmniej 200 mln konsumentów. Stosowne liczby wynoszą tylko 600 miliardów dolarów i poniżej 30 milionów dla firm europejskich, w tym producentów samochodów, którzy sfałszowali testy emisji i skandynawskich banków zaangażowanych w pranie brudnych pieniędzy” (Economist, 6.IV.2019).
Zaiste, to nie tyle incydentalne skandale, co immanentne cechy systemowe. To zakrawa już nie tyle na zorganizowaną przedsiębiorczość, co na zorganizowaną przestępczość, skoro „aż 20 firm było zaangażowanych w ustalanie cen ponad 100 leków, w tym leków na cukrzycę i raka. (…) Postępowanie prawne, które następuje po pięcioletnim śledztwie, oskarża firmy farmaceutyczne o udział w programie podwyżek cen – w niektórych przypadkach o ponad 1000 proc.” (BBC, 12.V.2019). To nie złośliwe doniesienia jakichś agencji w rodzaju RT, Russia Today, czy pekińskiej sieci telewizyjnej CGTN, a czołowych, cieszących się dużym autorytetem mediów w USA i Wielkiej Brytanii.
Tak oto kapitalizm nie radzi sobie sam ze sobą. Nawet jego tak znakomity poplecznik jak brytyjsko-amerykański opiniotwórczy tygodnik „The Economist” musiał zauważyć, że „Na Zachodzie kapitalizm nie działa tak dobrze, jak powinien”. Nie działa, bo nie może, gdyż przeżywa strukturalny kryzys. Bez zmiany swej istoty, a więc przyświecającego mu systemu wartości oraz fundamentalnych zasad funkcjonowania, może nie przetrwać obecnego dziejowego zakrętu. To o tyleż ciekawe, co trudne i niebezpieczne, ponieważ od razu wyłaniają się masa pytań. Co dalej? Co w zamian? Skoro zaiste postkapitalizm, to jaki? Na czym mają polegać pożądane zmiany, gdy pozostaje tylko ucieczka do przodu? Nie ma do czego wracać. Nie można stosować starych technologii do budowy nowego gmachu na nowej planecie. A Ziemia XXI wieku to zgoła inna planeta niż ta z poprzednich stuleci.
Grzegorz W. Kołodko
Jest to fragment książki prof. Grzegorza W. Kołodki Świat w matni. Czwarta część trylogii wydanej w oficynie Prószyński i S-ka.

