Ekonomia (el)

Bez równości i braterstwa

Utworzono: poniedziałek, 25 wrzesień 2017 Anna Leszkowska

Z dr. hab. Michałem Brzezińskim z Wydziału Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Anna Leszkowska

 

- Z przytoczonych przez pana na czerwcowej konferencji Komitetu Prognoz PAN badań wynika, iż nierówności w Polsce w ostatnich 25 latach wzrosły o 20-25%, ale jeśli badać je według zeznań podatkowych – o 40-50%. Te dane w środowisku naukowym przyjmowane są z niedowierzaniem…


michal brzezinski- Do badań naukowych możemy mieć tylko dane cząstkowe, głównie z ankiet, które nie obejmują najbogatszych Polaków z uwagi na małą liczebność tej grupy. Zresztą ci bogaci – nawet, jeśli do nich docieramy z ankietami – na ogół odmawiają odpowiedzi na pytania badacza. Tajemnica dochodów w Polsce jest bowiem uwarunkowana kulturowo.

W krajach zachodnich badacze od paru lat dysponują lepszymi danymi podatkowymi z różnych grup społecznych, także najbogatszych; mogą też łączyć przy badaniu nierówności dane ankietowe z dochodowymi. W Polsce ministerstwo finansów gromadzi informacje podatkowe, niemniej nie udostępnia ich naukowcom z uwagi na wrażliwe dane. Z tego źródła możemy się jedynie dowiedzieć ilu obywateli jest w danej grupie podatkowej. Są to niedokładne dane, bo dotyczą tylko dwóch grup podatkowych.
Na tej podstawie można powiedzieć tylko tyle, jaki jest udział 5% najbogatszych Polaków w całkowitym dochodzie narodowym. A to jest inna miara nierówności niż współczynnik Giniego, odnosi się tylko do części społeczeństwa, pozwala zobaczyć, ile wynosi udział jednego lub pięciu procent najbogatszych w całkowitym dochodzie. I tu okazuje się, że nierówności liczone na podstawie udziału najbogatszych w dochodzie narodowym wzrosły po 89 roku do 40-50%, czyli dwa razy więcej niż pokazały to badania ankietowe.
Planuje się w Polsce badania współczynnika Giniego z połączeniem tych dwóch źródeł – one zapewne pokażą, że współczynnik ten jest znacznie wyższy niż dotychczasowy, obliczony na podstawie tylko badań ankietowych.


- Badania pokazały też, że nierówności dochodowe w Polsce są największe w Europie, jeśli pominąć Rosję?


- Problem braku dokładnych danych powoduje niepewność w formułowaniu wyników badań. Nie wiemy więc dokładnie jak duże są nierówności w Polsce, ale też w innych krajach postsocjalistycznych. Badania ankietowe wszędzie zafałszowują takie dane, zwłaszcza w przypadku grup najbogatszych, stąd brakujące dane o dochodach tej grupy można próbować oszacować z rachunków narodowych.
Oczywiście, ten błąd oszacowania może być bardzo duży, ale okaże się to dopiero wówczas, kiedy i inne kraje zaczną porównywać i dopasowywać dane ankietowe z podatkowymi. Możliwe, że wówczas okaże się, że nie jesteśmy pod względem nierówności na drugim, ale np. na piątym miejscu w Europie.
Na razie wiadomo, że nierówności w Polsce są w rzeczywistości większe, niż by to wynikało tylko z badań ankietowych - zupełnie niewiarygodnych odnośnie dochodów bogatych. Bo w próbie badawczej mamy bardzo niewiele osób o dochodach netto np. powyżej 10 tys. zł. Brakuje w niej przedsiębiorców, menedżerów, których dochody są znacznie wyższe.


- Czy wiadomo, jakie są powody nierówności w Polsce? Na świecie uznaje się za takie m.in. globalizację, ale czy w Polsce to ona jest najważniejszym czynnikiem rozwarstwienia?


- W Polsce globalizacji nie można uznać za najważniejszą przyczynę rozwarstwienia, ale nie ma wielu badań na ten temat, bo jest to zagadnienie trudne do zbadania. Obracamy się bardziej w obszarze konkurencyjnych hipotez i nic nie wiemy na pewno. Większość przeprowadzanych badań dotyczy krajów zachodnich.
Z tego, co wiemy na pewno, to że wzrost nierówności w Polsce dokonał się raczej z powodów zmiany ustrojowej. W socjalizmie mieliśmy dość spłaszczone płace i ludzie lepiej wykształceni nie mogli zarabiać stosownie do swoich kwalifikacji. Po roku 1990 nastąpiła eksplozja płac takich pracowników.
Po drugie, do Polski weszły zagraniczne firmy, które płaciły lepiej niż krajowe. Przez długi czas zatem rosnąca premia płacowa wynikająca z wyższego wykształcenia zwiększała nierówności. Ona jest nadal bardzo duża, choć powoli maleje, bo mamy coraz więcej ludzi wysoko wykształconych, a różnica w zarobkach między licznymi już osobami wysoko wykształconymi a średnio wykształconymi maleje, niemniej jest ciągle wysoka i większa niż w większości krajów zachodnich.
Globalizacja przyczyniła się do rozwarstwienia społecznego w Polsce głównie z tego powodu, że pojawiły się u nas firmy zagraniczne, światowe koncerny, które płaciły i płacą lepiej niż rodzime.


- A czy sektor finansowy, sprawca światowego kryzysu w 2008 roku nie przyczynił się i u nas do zwiększenia nierówności?


- Na świecie są badania, które pokazują, że deregulacja tego sektora w krajach wysokorozwiniętych, która się odbyła na przełomie lat 80. i 90. przyczyniła się tam do wzrostu nierówności, natomiast w Polsce w tamtym okresie tego zjawiska nie było, bo sektor finansowy był państwowy. W Polsce jednak nie było na ten temat badań, można tylko spekulować. Wydaje mi się jednak, że są ważniejsze powody niż sektor finansowy, jeżeli chodzi o wzrost nierówności w Polsce. To na pewno sprawa dekompresji płac i wzrost premii edukacyjnej w latach 90., oraz zmiana polityki państwa odnośnie podatków, które przynajmniej po 2004 roku prowadzą do zmniejszenia progresywności. System podatkowy w Polsce jest bowiem liniowy, albo lekko degresywny – biedni płacą stosunkowo większe podatki niż bogaci. Badania, jakie na ten temat mamy sprzed kilkunastu lat pokazują, że w całym przedziale dochodów: od umiarkowanie małych do bardzo dużych podatek był właściwie liniowy. Czyli PIT, składki na ubezpieczenia społeczne – praktycznie wszyscy płacili tyle samo, podczas gdy w krajach zachodnich istnieje progresywność.
Ta degresywność w podatku dochodowym pogłębiła się ok. 2005 roku, kiedy wprowadzono wiele zmian, na których bardziej korzystali bogaci, np. ulgi na dzieci, których nie można w całości odpisać od podatku, w rezultacie czego bardziej korzystała z nich klasa średnia niż biedni. To samo z było z likwidacją trzeciej stawki podatkowej ustawą z 2006 roku (zaczęła obowiązywać od 2009), czy podatku od spadków. Takie decyzje spowodowały, że system podatkowy sprzyjał osobom najlepiej zarabiającym.

Ale badań dotyczących wpływu regulacji podatkowych na rozwarstwienie prowadzi się mało – może są mało interesujące? Pokazuje to, że większość elit i duża część społeczeństwa jest na nierówności społeczne niewrażliwa. Zapominamy też, że polskie społeczeństwo na początku lat 90. nierównościami społecznymi znów się tak nie przejmowało, a elity w ogóle, nawet te lewicowe. W badaniach ankietowych CBOS procent badanych zaniepokojonych rozwarstwieniem nie był duży. Ludzie chcieli się bogacić, zarabiać więcej. Mówili o tym tylko nieliczni ekonomiści, niszowi, ale główny nurt tym się nie przejmował, bo był zachłyśnięty wolnością, demokracją, itd.

Nierówności nie były ani przedmiotem badań, ani starań polityków, nie były ujmowane w programach politycznych, nikogo ten temat nie obchodził, więc to odbijało się w polityce. Także na polityce redystrybucji, która była marna, ale i na polityce dotyczącej rynku pracy. Ta ostatnia była bardzo liberalna - począwszy od rozluźnienia zatrudnienia, po ułatwienia przejścia na emeryturę, co było formą transferów społecznych, gdyż emerytury i renty są w Polsce czynnikiem zmniejszającym nierówności.

W deregulacji rynku pracy poszliśmy tak daleko, że powstał rynek pracy tzw. dobry, na którym zatrudniano pracowników na umowy o pracę i zły, gdzie zatrudniano na umowy zlecenia, bez gwarancji najniższej pensji i bez żadnych przywilejów pracowniczych.
Z badań Eurostatu dotyczących okresu, gdzie jeszcze w umowach-zleceniach nie obowiązywała płaca minimalna, udział pracujących biednych w Polsce był jednym z największych, o ile nie największy w Europie. Nierówności dotyczące samych płac, nie licząc dochodów, też się kształtowały na bardzo wysokim poziomie, z czego widać, że polityka państwa sprzyjała nierównościom.
Sprzyjał im również brak silnych związków zawodowych, na co wpłynęła i polityka państwa, i zmiany technologiczne, które spowodowały zmniejszenie zatrudnienia w firmach, i wzrost sektora usług, którego cechą jest niskie zatrudnienie i niskie płace.


- Dlaczego teraz ekonomiści zainteresowali się nierównościami?


- Nie powiedziałbym, że w Polsce to zainteresowanie jest duże i nie widzę, żeby tym problemem zaczęto się bardziej interesować. Jest to obszar marginalny i w dyskursie politycznym niewidoczny. Co prawda, prezes Kaczyński wspomniał, że czyta Piketty’ego, a PiS niekiedy mówi o nierównościach, wprowadza też różne polityki socjalne.


- Np. program 500+, który zmniejsza nierówności, ale wobec którego jest pan krytyczny…


- Nie wiadomo, jaki jest cel programu 500+ , bo oficjalne cele, jakie głoszą politycy nie muszą się zgadzać z celami rzeczywistymi. Program był przedstawiany jako sprzyjający większej dzietności, natomiast sam prezes Kaczyński powiedział, że jego celem jest likwidacja nędzy, a to jest element redystrybucyjny, ale niekoniecznie związany z nierównością. To dwie różne rzeczy, choć związane ze sobą, bo np. możemy redukować nierówność, a nie zmniejszać ubóstwa. I ten program na pewno redukuje ubóstwo skrajne, ale też kieruje ogromne pieniądze do bogatych.
Każdemu, kto ma przynajmniej dwoje dzieci daje po trochu, zatem jest nieefektywny, jeśli chodzi o zmniejszanie nierówności.


- Został źle zaprojektowany?


- Nie wiadomo, bo nie znamy rzeczywistego powodu jego wprowadzenia. Bo jeżeli celem jest dystrybucja dużych środków do znacznej części społeczeństwa po to, żeby kupić sobie poparcie w wyborach, to program ten być może cel spełnił. Trochę zmniejszył ubóstwo, trochę wpłynął na dzietność, a przy tym nie wykluczył bogatych. Wszyscy są zadowoleni. Z politycznego punktu widzenia jest to idea genialna.
Wszyscy od dawna wiedzieli, ale się tym nie przejmowali, że jeśli chodzi o redystrybucję dochodu, to dzieci są niedowartościowane od początku zmiany ustroju. Politycy bowiem zadbali głównie o emerytów, aby ich emerytury - niewysokie w stosunku do płac – nie były zbyt niskie. Inaczej było z dziećmi – transfery na nie były w Polsce jednymi z niższych w Europie. One stopniowo rosły - pojawiały się ulgi na dzieci - ale nadal to nie polepszało znacząco ich sytuacji.
Dopiero program PiS był tu przełomem, choć bardziej niż ten program efektywna jest pomoc społeczna, która trafia do rzeczywiście biednych. Program 500+ trafia do wszystkich: biednych i bogatych.
Więc choć na pewno skrajne ubóstwo dzieci zostało znacznie zredukowane, to za połowę tych środków można było zlikwidować całe ubóstwo, także starszych osób.


- A dlaczego przyjmujemy, że nierówności społeczne są złe? Ekonomiści głównego nurtu uważają, że nierówności są czymś oczywistym i nie należy ich niwelować.


- To pytanie niełatwe i różni ekonomiści zapewne różnie na nie odpowiedzą, zależy jakie wartości wyznają. Jedni uważają, że wszelkie nierówności, w tym ekonomiczne, są złe same w sobie, ważna jest równość szans, żeby każdy człowiek – niezależnie od koloru skóry, pochodzenia, wykształcenia i zasobności rodziców, płci – miał je mniej więcej takie same. Dla wielu ludzi jest to wartość, ale nie dla wszystkich. Dla niektórych liczy się tylko wolność, chociaż równość szans jest ideałem uniwersalnym i dają się do niego przekonać nawet ludzie o poglądach nieegalitarnych.
W ekonomii mamy dużo badań dotyczących tego, czy nierówności mają jakieś konsekwencje empiryczne. Ale są to bardzo zgrubne badania, a ich wyniki niejednoznaczne.


- Na zdrowy rozum, duże nierówności to zjawisko negatywnie wpływające na rozwój społeczeństwa…


- Jedni to czują, inni – nie. Ale tu samo przeświadczenie to za mało, to trzeba udowodnić. W niektórych badaniach widać w Polsce tę korelację między wzrostem nierówności a brakiem zaufania do państwa, wyrażającej się w partycypacji wyborczej, ocenie reform, czy jakości państwa.
W Polsce nie mamy dobrych danych w tym obszarze badań, natomiast badania prowadzone na świecie pokazują, jak rosnące nierówności negatywnie wpływają na wzrost gospodarczy, który jest fetyszem ekonomistów. Bo rosnące nierówności to nierówne szanse na dobre wykształcenie, dobrą pracę i płacę, to niemożliwość rozwijania talentów, brak kapitału na założenie firmy, itd.


- Jak świat sobie radzi z rosnącymi nierównościami? Czy tylko przy pomocy transferów, czy instrumentarium może być szersze?


- Nie we wszystkich krajach nierówności rosną. Bo albo nie działają tam siły, które do nich prowadziły, jak np. w krajach anglosaskich, gdzie globalizacja poczyniła mniej szkód pracownikom, albo systemy społeczne, transferowe, działały lepiej. Faktem też jest, że w krajach Zachodu, zwłaszcza w skandynawskich, systemy podatkowe są bardziej niż u nas rozbudowane – obowiązują w nich bardzo wysokie podatki dochodowe dla osób bogatych i bardzo bogatych, szeroko jest też rozbudowana strefa transferowa. Niemałe są także podatki od spadków.
Instrumentem służącym zmniejszaniu nierówności społecznych są np. dopłaty do niskich wynagrodzeń, często realizowane jako ulgi podatkowe. Nawet, jeżeli kwota podatku jest mniejsza niż wysokość tej ulgi, to państwo dopłaca do dochodu, zmniejsza ubóstwo, a jednocześnie zachęca do pracy.
U nas próbuje się zwiększać kwotę wolną od podatku, ale idzie to opornie i ma wymiar symboliczny. A jest to ważny instrument, bo jednocześnie zmniejsza ubóstwo i zachęca do pracy.
Rozważa się też takie instrumenty jak dochód podstawowy, lub redystrybucję, czyli takie ukształtowanie dochodów rynkowych, żeby nie trzeba było redystrybuować dochodu narodowego. To np. różne formy pobudzania inwestycji w kapitał ludzki, czyli zwiększenie podaży dóbr publicznych o wysokiej jakości jak żłobki, przedszkola dla wszystkich dzieci, edukacja publiczna. My jednak idziemy w inną stronę. Choć istnieją badania pokazujące, że gimnazja przyczyniały się do wyrównywania szans, zmniejszały nierówności edukacyjne, to mimo to je zlikwidowaliśmy.
Istnieją też instrumenty, które zwiększają równość rozkładu majątku, ale bardziej się o nich myśli niż wprowadza.

To są na razie idee, które mogą być realizowane, kiedy okaże się, że rynek pracy będzie tak silnie zautomatyzowany, iż nie będzie pracy dla ludzi. Wówczas być może trzeba będzie wprowadzić dochód gwarantowany. Może trzeba będzie też udzielać jednorazowych grantów kapitałowych każdej osobie z chwilą wejścia w dorosłość, aby zapewnić jej możliwość egzystencji na rynku pracy zdominowanym przez roboty. Rozpatruje się też w krajach rozwiniętych możliwość wprowadzenia gwarantowanego prawa do pracy.


- Powiedział pan, że w Polsce istnieje przyzwolenie nawet na duże nierówności. Z czym to jest związane?


- To jest trudne pytanie i podatne na spekulacje, bo zjawisko to jest zapewne wynikiem splotu różnych czynników. Na pewno jednym z nich jest kultura sarmacka, sprzyjająca elitaryzmowi, wykluczająca niższe stany, oparta na wolności, jako samowystarczalności. Dla szlachty ważna była demokracja i wolność dla wybranych, a reszta, czyli chłopi już się nie liczyli. W krajach Zachodu już w średniowieczu klasy niższe były stopniowo włączane do obiegu gospodarczego, tymczasem w Polsce pańszczyzna została zlikwidowana dopiero w końcu XIX w.
I te czynniki działają do tej pory – a przynajmniej wśród elit. Dodatkowo zostały wzmocnione ideami neoliberalizmu, który pojawił się na Zachodzie w latach 70. XX w.
Realizacja tych idei przyczyniła się zarówno do sukcesów jak i klęsk na całym globie. Z jednej strony globalizacja, będąca owocem neoliberalizmu, przyczyniła się prawie wszędzie do zmniejszenia skrajnego ubóstwa (w samych tylko w Chinach o kilkaset milionów osób) - także w Polsce.
Z drugiej strony, neoliberalizm wpłynął nie tylko na partie prawicowe, ale i te związane z lewicą i to na całym świecie, odbił się na myśleniu elit politycznych i klasy średniej, która się znacząco wzbogaciła i nie miała ochoty dzielić się tym bogactwem z nikim. I nie widać, aby to się miało zmienić.

Dziękuję za rozmowę.

 

 

 

 

Bezrobocie? A czyje to zmartwienie?

Utworzono: piątek, 15 styczeń 2010 Anna Leszkowska

 

Państwa - Strony niniejszego Paktu uznają prawo do pracy, które obejmuje prawo każdego człowieka do uzyskania możliwości utrzymania się poprzez pracę swobodnie wybraną lub przyjętą oraz podejmują odpowiednie kroki w celu zapewnienia tego prawa.

(Międzynarodowy Pakt praw Gospodarczych, Społecznych i Kulturalnych ONZ z 16.12.66, ratyfikowany przez Polskę 5.03.77)



Z prof. Mieczysławem Kabajem z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych rozmawia Anna Leszkowska

                                                                                               

-  kabaj.jpgZ bezrobociem - po pierwszych latach szoku - społeczeństwo w jakimś stopniu się już oswoiło, co nie znaczy, że się na nie godzi.

Niestety, oswoiła się z nim także władza - i to tak bardzo, że o bezrobociu przestało się już prawie mówić.

Przez ostatnie lata nikt z rządu, ani prezydent, nie przedstawił żadnego rozwiązania tego największego problemu społecznego.

Dlaczego? Co się stało z opracowaną przez pana jeszcze w latach 90. strategią walki z bezrobociem?


- Zacznę od tego, że w UE są dwie koncepcje rozwiązania tego problemu: jedna - że należy tak prowadzić politykę społeczno-gospodarczą, aby powstawały miejsca pracy - bo gospodarka funkcjonuje dla ludzi, którzy nie potrzebują zasiłków, ale pracy i z godziwym wynagrodzeniem. Ta koncepcja mówi, że przy każdej strategii gospodarczej kluczową sprawą jest, ile miejsc pracy trzeba utworzyć, aby bezrobocie znacznie się zmniejszyło. Taką politykę stosowała Szwecja, której premier powiedział - co weszło już do literatury przedmiotu - że Szwecja jest zbyt biednym krajem, żeby sobie pozwolić na masowe i strukturalne bezrobocie. W związku z tym, decyzje podejmowane przez każdego ministra musiały skutkować zmniejszeniem bezrobocia.

Drugie podejście - rezydualne - jest stosowane w Polsce cały czas, z wyjątkiem lat 1994 - 97, kiedy Rada Ministrów i Sejm przyjęli mój program (jest on drukiem sejmowym). Program opierał się na tej pierwszej koncepcji, tzn. że uruchomimy  takie działania, które umożliwią utworzenie miejsc pracy. Głównym jego założeniem - zresztą bardzo prostym - było, że przedsiębiorcy, tworzący miejsca pracy ze swoich zysków, płacą połowę podatku ( z 40% - 20%). To dało bardzo dobry efekt - inwestycje w ciągu 4 lat się podwoiły (wcześniej rosły o ok. 20%). 

Potem to wszystko - wskutek polityki zamrożenia gospodarki - zostało zniszczone. Ale poza tym okresem 1994-97 obowiązywała zasada, że gospodarka jest świętą krową, a ile powstaje miejsc pracy, to kwestia niewidzialnej ręki rynku. W takiej polityce aktywizacja jest możliwa tylko przez wykorzystywanie funduszu pracy. Ale co mogą zrobić urzędy pracy, skoro firmy nie są zainteresowane wzrostem zatrudnienia?

Program, o który pani pyta, przedstawiłem na posiedzeniu Rady Społeczno-Gospodarczej przy Prezesie RM, którym był wówczas Marek Belka. W debacie nad nim premier stwierdził, że taki program jest niepotrzebny, gdyż w najbliższym czasie będzie w Polsce niedobór pracowników. Nie powiedział tego, ale należało się domyślać, że chodzi o to, iż po naszym wejściu do UE, opuści Polskę ponad 2 mln młodych ludzi. I tak się stało - za granicą pracuje 2,3 mln młodych Polaków.
 

W latach 2006 -2007 powstała druga wersja tego programu i wiele rzeczy zostało wówczas zrealizowanych, m.in. powstało 1,5 mln miejsc pracy. Wynikało to po części z tego, że inwestycje zagraniczne zmieniały swoją strukturę - 80% z nich miało charakter green field, a takie generują wiele nowych miejsc pracy i to w odległych nawet dziedzinach. Klasycznym przykładem są tu stocznie - kiedy zlikwidowano w nich 15-16 tys miejsc pracy, poskutkowało to likwidacją 150 -160 tys. miejsc pracy w całym kraju.


Ale moją troską jest także wielka fala absolwentów, wykształconych głównie dzięki rodzinom (ponoszą one aż 65% kosztów kształcenia, państwo - tylko 35%), dla których nie ma pracy. Ludzie, którzy wejdą na rynek pracy, w części tylko zastąpią odchodzących na emeryturę. Ocenia się, że dla ponad 300 tys. młodych i wykształconych, pracy nie będzie. Gdyby im się zapewniło miejsca pracy - Polska mogłaby być krajem znacznie bogatszym.
 

- Czy ktoś bierze pod uwagę te dane, raporty, opracowania? Czy są one odkładane na półkę?
 

- Od czasu dojścia do władzy PiS współpraca między rządem a ekspertami zewnętrznymi gwałtownie się popsuła - były bowiem dwa ciała doradcze: Rada Strategii w RCSS (której byłem członkiem), którą zlikwidowano i międzyresortowy zespół ds prognozowania popytu na pracę. Praca tego ostatniego była szalenie ważna, bo jeśli między popytem a podażą powstaje luka,czyli np. popyt na pracę jest mniejszy niż podaż, trzeba podjąć działania zaradcze. Takie kroki podejmowaliśmy w latach 1994-97 i tak czyni większość rządów na świecie, które ograniczają przedsiębiorcom podatki w zamian za tworzenie miejsc pracy. 
Swoje propozycje zgłaszałem mimo to wielokrotnie, ostatnio - podczas dyskusji nad pakietem antykryzysowym. Ale nikt się tym nie zainteresował. Od dwóch lat nie było także żadnej debaty w parlamencie na temat rynku pracy. Była jakaś enigmatyczna informacja, ale na sali było 20 osób, bo to nikogo nie interesuje. Moim zdaniem, jest tu systemowa obojętność elit i ciał rządzących, do których zaliczam parlamentarzystów, dziennikarzy, polityków, ekonomistów.
 

- ... środowisko naukowe...
 

- Tak, środowisko naukowe, w którym panuje całkowita obojętność, bierność na sprawy społeczne. Nie mówi się o bezrobociu, wykluczeniu, w mediach w ogóle nie mówi się o ocenie, kosztach transformacji. Przedstawiłem ostatnio na forum PAN opracowanie dotyczące poszukiwania alternatywnego systemu społeczno-gospodarczego dla Polski, aby zmienić kształt tego kapitalizmu, jaki mamy*. 
Robię to nie tylko ze względów społecznych, ale i dlatego, że leży to w interesie i pracowników, i przedsiębiorców. Doświadczenie historyczne jest takie, że wszystkie kraje, które rozszerzały sferę wspólnych interesów kapitału i pracy - uzyskały korzystne efekty gospodarcze. Zaczęło się to od Henry Forda, który wprowadził cztery zasady zarządzania, z których pierwsza to - „nie traktuj ludzi jak siły roboczej, ale jak partnerów".
Bo siła robocza to pojęcie w Polsce pejoratywne (wynikające ze złego tłumaczenia
labour force , oznaczającego siłę pracy, nie roboczą).

Druga zasada - „jeśli masz zysk, to podziel się nim z tymi, którzy się do niego przyczynili". (Zysk zaliczkowo wypłacał pracownikom co miesiąc). Trzecia - „jeśli chcesz żeby ludzie pracowali wydajnie - uwolnij ich od trosk finansowych".(wysoką wydajność premiował wysoką płacą - w 1914 r. wprowadził najniższe wynagrodzenie za dniówkę w wysokości 5 dolarów, dzisiaj byłoby to 80 USD). I czwarta zasada - „proś ludzi o pomysły, innowacje". W jego książce „Moje życie i dzieło" Ford pisze, że najbieglejsi w innowacjach byli Polacy.
 

- Porusza pan wielokrotnie także problem polaryzacji dochodów, o czym także mało się mówi...
 

- W krajach UE Polska ma największą polaryzację dochodów i to wszystkich: z pracy, zasiłków, emerytur, rent. Ta rozpiętość wynosi jak 1:12, w większości krajów wynosi 1:6, choć w USA jest większa. Niższe rozpiętości są już - i to znacznie - w Czechach i na Węgrzech.
Być może, że obojętność systemowa elit - rodzaj poglądów, jakie one głoszą - wiąże się z tą rozpiętością dochodów. Bo jak już powiedział Marks, byt określa świadomość - jeśli elita zarabia kilkadziesiąt tysięcy złotych - a w 50 spółkach giełdowych średnie wynagrodzenie miesięczne wynosi 196 tys. zł - to w ogóle nie zrozumie człowieka, który zarabia średnią lub minimalną płacę netto, czyli te 2,2 tys. zł, czy 955 zł .To samo dotyczy świetnie zarabiających dziennikarzy opiniotwórczych mediów. 

W moim ostatnim opracowaniu „W kierunku modelu kapitalizmu partycypacyjnego" próbowałem pokazać, co się stało w rozpiętości dochodów między 1989 a 2008 rokiem. W 1990 roku rozpiętość dochodów wynosiła 1:5, obecnie wynosi 1:12. Oznacza to, że grupa o najwyższych dochodach przejęła nie tylko cały przyrost PKB (który był niezły, w granicach 70%) przez te 20 lat, ale i część całego dochodu narodowego.
Stąd wywodzi się ten paradoks, że rosły średnie dochody ludności i jednocześnie rosło ubóstwo. To się wiąże bardzo ściśle z wielką grupą osób bezrobotnych, które mają najgorszą sytuację dochodową, żyją poniżej granicy ubóstwa. Tragedią dla Polski jest to, że mamy 4 mln ludzi, którzy nie uzyskują dochodów na poziomie ustawowej granicy ubóstwa.
 

- Ktoś się o nich upomina?
 

- Nie, mogłyby związki zawodowe, ale one dbają głównie o swoich pracujących członków. To ciekawe, że tak liczna grupa wykluczonych nie ma swojej żadnej reprezentacji - czasami przypominają sobie o nich politycy, kiedy zbliżają się wybory. A to jest ponad 55% ludzi żyjących poniżej minimum socjalnego, czyli 21 mln Polaków! Gorzej jest tylko w Grecji.
 

- To z czego ci ludzie żyją?
 

- Kiedy na zlecenie ONZ badaliśmy bezrobotnych - okazało się, że 75% z nich korzysta z pomocy rodziny, co nazwaliśmy prywatyzacją polityki socjalnej. Rodzina zatem przejęła w Polsce obowiązki państwa. Tylko niewielka część tych bezrobotnych (10-15%) miała okresowe zasiłki, niewielka część żyła z pomocy społecznej, część - z dochodów ze źródeł nielegalnych. To była praca na granicy przestępstwa oraz w szarej strefie, w której pracuje ok. 600-700 tys. bezrobotnych osób. 
Natomiast jeśli chodzi o pracujących, to w Polsce mamy zjawisko zupełnie niespotykane w innych państwach - wiele osób podejmuje dodatkową pracę na drugim etacie, gdyż wynagrodzenie z jednego nie wystarcza na utrzymanie. Jest to zatrudnienie legalne dla 1,2 mln osób. W tej grupie też jest jeszcze szara strefa - dotycząca ok. 800 tys. ludzi.
Jest to zjawisko typowo polskie, gdyż tylko 38% badanych odpowiada, że na utrzymanie rodziny wystarcza im wynagrodzenie z jednego miejsca pracy. Z badania w 2007 wyszło podobnie, tzn.
społecznie niezbędna konsumpcja jest obniżana, a jej jakość niska, aby godziwie żyć. Stąd w tym raporcie ostrzegaliśmy polityków, żeby nie traktowali szarej strefy jako przestępstwa. 


Wszędzie jest szara strefa, w Niemczech też, ale oni nie traktują jej jako przestępstwa. Uważają, że jej likwidacja spowoduje obniżenie poziomu życia. Bo choć o szarej strefie nie można powiedzieć, że jest to dobre rozwiązanie gospodarcze, to dla ludzi jest to ostatnia deska ratunku. Kiedy rośnie bezrobocie, rośnie szara strefa i odwrotnie - tak wykazują badania. Udowodniono jednak, że ¾ dochodów z szarej strefy trafia do legalnej gospodarki i jeśli chce się ograniczyć szarą strefę, to trzeba ludziom zaoferować godziwą płacę. Zresztą szara strefa to nie jest regularna praca, ale aż w 90% dorywcza - tylko 3% pracujących w szarej strefie pracuje ponad 3 miesiące. Żeby ją ograniczyć, trzeba tworzyć miejsca pracy.
 

- Pojawia się ostatnio dyskusja na temat alternatywnego systemu do kapitalizmu - nie tylko w Polsce. Pan przedstawił taką propozycję.
 

- Moja propozycja wynika z wielu badań, jakie prowadziliśmy w wielu zespołach. Ująłem ten program w sześc filarów. O pierwszym mówiliśmy: ludzie winni mieć prawo do pracy, prawo partycypacji w tworzeniu produktu. Ale żeby to zapewnić, trzeba prowadzić bardzo aktywną politykę tworzenia miejsc pracy. Trzeba patrzeć na to, jaki procent Polaków zdolnych do pracy w wieku produkcyjnym pracuje - u nas jest on bardzo niski - w 2008 roku wynosił 57%, a w 1990 roku pracowało 80%! 

Nie można więc akceptować systemu, który nie pozwala ludziom realizować podstawowego prawa człowieka - prawa do pracy. We wszystkich międzynarodowych dokumentach, w Społecznej Karcie Europy takie prawo jest, Polska je podpisała, choć akurat prawa do pracy nie ratyfikowała.
Podpisaliśmy jednak pakty praw ekonomicznych w 1997 roku, co zobowiązuje nas do ich przestrzegania - a w nich zapisano prawo do pracy. Niemniej prawa do pracy nie ma w naszej Konstytucji jest tylko prawo do wyboru pracy.

A co to jest za wybór pracy, skoro jej nie ma? Była walka o to, żeby to prawo wstawić do Konstytucji, bo państwo ma przecież określone obowiązki, skoro prowadzi politykę pełnego produktywnego zatrudnienia. Zrobiliśmy taką ekspertyzę dla Rzecznika Praw Obywatelskich, ale on z taką inicjatywą nie miał odwagi wystąpić. Drugi artykuł Konstytucji z kolei mówi, że człowiek pozbawiony pracy nie z własnej winy ma prawo do zabezpieczenia społecznego. To jest przecież fikcja. Tylko 20% bezrobotnych ma prawo do tego głodowego zasiłku, który średnio wynosi ok. 500 zł.
 

- Czy to jednak nie jest tak, że zasoby pracy - podobnie jak zasoby naturalne - na całym świecie są ograniczone i niewiele można poprawić polityką społeczną?
 

- Tak, istotnie, to wielki problem. Przepracowałem wiele lat w Międzynarodowej Organizacji Pracy, a potem byłem ekspertem i wiem, że głównym problemem, który rządy różnych krajów próbowały rozwiązywać, było tworzenie miejsc pracy. Przygotowałem kilka takich programów, których realizacja się udała, powstał Światowy Program Zatrudnienia, wiele konwencji, np. Konwencja 122 - o polityce pełnego, produktywnego i swobodnie wybranego zatrudnienia. Polska ja podpisała, ale nikt się tym nie przejmuje. Jest to jednak problem wielkiej troski w UE, niektóre kraje przeznaczają gigantyczne (25-35 tys. USD na bezrobotnego) pieniądze na aktywizację bezrobotnych, ale to nie jest łatwe. 

Jeżeli jednak rządy mają wolę polityczną, tzn. chcą zapewnić ludziom - tym, którzy chcą pracować - prawo do pracy , to w pewnym okresie jest to możliwe. Programy, które przygotowywałem od 1990 roku dają strategię i to możliwą do zrealizowania. Np. , importujemy milion bezrobotnych. poprzez nasz deficyt w obrotach towarowych. Deficyt gigantyczny, o czym nikt nie mówi, a w ub. roku było to 37 mld USD różnicy między eksportem a importem! Saldo ujemne wynosiło ok. 7% PKB, co oznacza ok. 1 mln utraconych miejsc pracy. 

Zatem pierwszy element tego systemu jest taki, żeby ludzie mogli partycypować w tworzeniu bogactwa społecznego. Drugi - żeby ich udział w podziale był proporcjonalny do ich wkładu w tworzeniu tego bogactwa. Jeśli rośnie sprzedaż, dochód firmy, to rosną także wynagrodzenia. W Polsce jest to całkowicie oderwane od siebie.
 

- Kadry kierowniczej ta zależność nie dotyczy - bez względu na wyniki firmy, jej wynagrodzenia z reguły rosną...
 

- To jest jeden z powodów utajnienia informacji o systemach wynagrodzeń. Dominuje system roszczeniowy - bardzo konfliktogenny. Bo jeżeli związki zawodowe, pracownicy, nie wiedzą, od czego zależy ich wzrost płac, tam jedyną szansą jest roszczenie, czyli żądanie podwyżki. A jeżeli nie jest spełnione, prowadzi do strajku, konfliktów. Psuje się też atmosfera wśród pracowników, pracownicy są w wojnie z pracodawcami, a problem polega na tym - i to jest trzeci filar tego programu - że pole wspólnych interesów, które jest bardzo wąskie w Polsce między pracownikami a pracodawcami - należy znacznie rozszerzyć. Można to zrobić poprzez partycypację w owocach pracy. Jedną z form partycypacji rozwiniętych na wielką skalę w Europie jest udział pracowników w zysku, czasami symboliczny - 10%, ale daje to znakomite efekty dla firmy. Rozszerza też pole wspólnych interesów.  

U nas związki zawodowe prowadzą z pracodawcami nieustanną wojnę, nie ma porozumienia między nimi, ale nie ma też jasnych i znanych reguł wynagradzania oraz udziału w zyskach. Taki system wprowadzałem w wielu firmach i zdał egzamin, ale u nas panuje takie XIX - wieczne myślenie, że jak wzrosną płace, to spadnie zysk, co jest nieprawdą. Na ogół zresztą cały zysk konsumuje kadra zarządzająca. Program, który przedstawiam jest bardzo pragmatycznym systemem - nie ma w nim żądań pod adresem pracodawców, jest on próbą zbudowania symetrii interesów, wspólnoty interesów kapitału i pracy, zerwania z ciągłą walką i roszczeniami, próbą zbudowania sprawiedliwości partycypacyjnej.
Dziękuję za rozmowę.
 


*Główne założenia modelu kapitalizmu partycypacyjnego.  
 

1. Partycypacja ludzi zdolnych do pracy w procesach tworzenia produktu społecznego. Dążyć należy, aby każdy człowiek zdolny do pracy mógł pracować, wytwarzać nowe wartości i uzyskiwać dochód z pracy. Tworzenie dostatecznej liczby produktywnych miejsc pracy powinno być najwyższym celem i priorytetem polityki społeczno-gospodarczej i partnerów społecznych, a także zapewnienie godziwego wynagrodzenia.
 

2. Poszerzenie pola wspólnych interesów kapitału i pracy, pracodawców i pracowników.
 

3. Partycypacja pracowników w efektach ich pracy; szczególnie ważne jest upowszechnianie partycypacyjnego systemu wynagrodzeń w firmach.  
 

4. Na gruncie partycypacyjnego systemu podziału powinny zmniejszyć się nadmierne rozpiętości dochodów.
 

5. Powinny być rozwijane wszelkie formy partycypacji pracowników w zarządzaniu.
 

6. Powinna być realizowana zasada sprawiedliwości partycypacyjnej, która nie ignoruje kwestii podziału, ale zmienia jego charakter, zastępuje (tam, gdzie to jest możliwe) zasadą sprawiedliwego udziału w efektach pracy.
 

Dzięki realizacji tych zasad ma powstać sprzężenie zwrotne między tworzeniem i podziałem; wyższy udział w tworzeniu ma niemal automatycznie prowadzić do wyższego udziału w efektach.

oem software

Co powiedziałby Keynes dziś?

Utworzono: czwartek, 24 luty 2022 Anna Leszkowska

Redakcja „Biuletynu PTE” w 90. rocznicę publikacji eseju Johna M. KeynesaEkonomiczne perspektywy dla naszych wnuków poprosiła znanych ekonomistów o komentarze dotyczące przewidywań Keynesa, przede wszystkim w kwestii znaczenia, aktualności oraz trafności sformułowanych przez niego prognoz. Wybrane wypowiedzi publikowaliśmy w numerze 11/21 SN – Kpinomirowa nauka.
W tym numerze publikujemy dwa komentarze: „Keynes – wizjoner?” autorstwa dr. hab. Andrzeja Buszki, prof. Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, oraz poniższy – "Co powiedziałby Keynes dziś?" autorstwa prof. Roberta Ciborowskiego, rektora Uniwersytetu w Białymstoku.

 

 Co powiedziałby Keynes dziś?

W zeszłym roku minęło 90 lat od napisania przez Keynesa eseju o ekonomicznych perspektywach naszych wnuków. Celowo wskazałem na wymiar czasowy, ze względu na znane stwierdzenie autora, „że w długim okresie wszyscy będziemy martwi”, bo jak się okazuje, długi okres w dokonaniach Keynesa był równie istotny. Powyższe sformułowanie jest ważne również z innych względów.Z jednej strony z racji wskazania, co wydarzy się po upływie wieku przy zachowaniu określonych warunków ekonomicznych, natomiast z drugiej jest próbą oceny przeszłości, która w zasadniczy sposób decydowała o opiniach obejmujących wiek XIX i jego długookresowego znaczenia.

Keynes ocenia wiek XIX jako czas najszybszych zmian ekonomicznych oraz okres bezprecedensowego bogacenia się ludzi. Wzrost produktywności, spadek bezrobocia, wyższe dochody czy krótszy czas pracy – można by bez końca wymieniać pozytywne konsekwencje tamtego okresu. Jednak przyszedł fin de siècle i świat stanął w obliczu ogromnych przemian (głównie społecznych, ale co za tym idzie– również ekonomicznych). Swego rodzaju symbolem tego były uroczystości pogrzebowe Edwarda VII z roku 1910, gdy wiadomo było, że coś pięknego się kończy, a świat nie wie, co będzie dalej. Z jednej strony panowała radość wynikająca z dotychczasowych osiągnięć, z drugiej – patrzono w przyszłość z niepokojem.

Żyje się do przodu, a rozumie do tyłu

Podsumowanie ekonomiczne wieku XIX dawało Keynesowi argumenty do sformułowania optymistycznej prognozy tego, co wydarzy się w przyszłości – poprawa jakości życia (rosnące dochody i majątki, dobra luksusowe stają się powszechne), bardzo dynamiczny rozwój technologiczny wynikający głównie z możliwości akumulacji, tworzenia i pogłębiania kapitału oraz poszerzanie rynków wewnętrznych i zewnętrznych. Zakładał również niższą dynamikę przyrostu naturalnego i brak problemów z absorbcją pracowników, aczkolwiek przy jednoczesnym zagrożeniu bezrobociem technologicznym.

Keynes pokazuje, że w gospodarce jest trochę jak w życiu. Odnosząc się do jego prognoz, można nawiązać do Kierkegaarda i powiedzieć, że „ironia życia leży w tym, że żyje się do przodu, a rozumie do tyłu”. Ciężko ocenić to,co będzie, ale post factum niektóre kwestie można ekstrapolować. Tego dokonuje Keynes, ale ma on tę możliwość, że widzi problemy ekonomiczne z perspektywy końca dobrego dla ludzi i świata czasu.

Prognoza Keynesa, podparta sukcesami wieku XIX, pozostaje w wielu aspektach wciąż aktualna, jednak znacznie ciekawsza byłaby próba oceny przyszłości według tych samych kryteriów, ale z dzisiejszej perspektywy, czyli w momencie, gdy główne czynniki pozytywnych zmian, o których pisze autor, właściwie zanikają.

Nie wiemy, dokąd idziemy

Chciałbym zwrócić uwagę na trzy kwestie zaznaczone w eseju Keynesa, które w moim przekonaniu były i są decydujące w dynamice rozwoju gospodarczego, a mianowicie: akumulację kapitału, stopy procentowe i zmiany technologiczne. Powyższe kategorie należy odnieść również do stanu, z którym mierzymy się dziś, gdy nie wiemy, dokąd nas doprowadzi zatrzymanie gospodarki z powodu epidemii i szereg niepewności ekonomiczno-społecznych.

Najbardziej niekorzystnymi procesami są: niszczenie kapitału (głównie przez niskie stopy procentowe i spadające realnie dochody) oraz potencjalna nacjonalizacja wielu obszarów gospodarczych. Spowodują one oczywiście zmniejszenie innowacyjności oraz przesunięcie procesów tworzenia nowych rozwiązań technologicznych w stronę dużych korporacji. A te z kolei będą się raczej skupiać na utrzymaniu swojej dominującej pozycji, a nie na szukaniu poprawy technologicznej. Nastąpi również jeszcze wyraźniejsze przeniesienie centrum świata gospodarczego do Azji. To zresztą tylko niektóre konsekwencje.

Podążanie drogą dominacji korporacji transnarodowych doprowadzi z kolei do takiej zmiany rynków pracy, że coraz trudniej będzie znaleźć „kreatywne” zatrudnienie (również samozatrudnienie). Żyjemy w czasach, gdy klasa średnia zanika, a możliwości bogacenia się stają się ograniczone. Coraz częściej obserwujemy rosnące zróżnicowanie dochodowe oraz gromadzenie bogactwa w grupie kilkunastu właścicieli korporacji. Można zaryzykować stwierdzenie, że odwracamy trendy, o których pisał Keynes i które dynamizowałyrozwój świata w ostatnich kilkunastu dekadach.

Wchodzimy w erę nowego feudalizmu

Co więcej, jak pisze Joel Kotkin, wchodzimy w erę „nowego feudalizmu”, którego cechy paradoksalnie coraz częściej przypominają czas sprzed XIX wieku. Po wspaniałej epoce większego rozproszenia bogactwa i ludzkich możliwości, nieubłaganie wracamy do ery bardziej feudalnej, charakteryzującej się rosnącą koncentracją bogactwa i własności, ograniczoną mobilnością pionową, stagnacją demograficzną i zwiększonym dogmatyzmem.

Od wieku XIX postępowały wzrost i później ekspansja klasy średniej. Dziś następuje jej upadek i wyłania się nowe, bardziej hierarchiczne społeczeństwo. Nowa struktura klasowa przypomina tę średniowieczną. Na szczycie nowego porządku znajdują się dwie klasy – odrodzona elita duchowa, która dominuje w wyższych warstwach zawodowych, na uniwersytetach, w mediach i kulturze oraz nowa arystokracja kierowana przez oligarchów technicznych posiadających nieograniczone bogactwo i rosnącą kontrolę informacji. Tworzy ona system „dataizmu” oparty na zbieraniu i wykorzystywaniu olbrzymiej ilości danych.

Obie klasy odpowiadają XVIII-wiecznym stanom francuskim: pierwszemu i drugiemu. Poniżej tych dwóch klas znajduje się trzeci stan, obejmujący drobnych przedsiębiorców, właścicieli nieruchomości i wykwalifikowanych pracowników sektora prywatnego. Klasa ta, dominująca przez większą część współczesnej historii, podupada. Jednocześnie nowi poddani rosną liczebnie – ogromna, powiększająca się, pozbawiona własności populacja (Kotlin, 20200, niemająca dużych szans na akumulację, z zanikającym duchem przedsiębiorczości i kreatywności.

W „Hamlecie” jest takie zdanie: „wiemy czym jesteśmy, ale nie wiemy czym możemy się stać”. Myślę, że znaleźliśmy się w trakcie tak ogromnych przemian (gospodarczych i społecznych), że nie sposób powiedzieć o wszystkim, co nas czeka. Przypomina to w znacznym stopniu początek XX wieku i czas, w którym Keynes kreślił swoje prognozy.

Esej Keynesa stanowi mimo wszystko pewien pozytywny punkt odniesienia, pokazujący, że nie wszystko musi iść źle. Czynniki opisywane w tekście mogą być wciąż osiągalne i wykorzystywane, wystarczy wrócić do paradygmatów prowadzących ku rozwojowi ludzkości przez wiek XIX oraz wiele dekad wieku XX. One wciąż pozostają ważne i konieczne. Ponadto trzeba pamiętać o permanentnej rywalizacji, stawianiu sobie nowych celów i ciągłym ulepszaniu świata. Bo jak napisał kiedyś Katon Starszy - „komfort to droga ku upadkowi”.
Robert Ciborowski

Powyższy tekst zatytułowany „Czy ocena problemów ekonomicznych Keynesa byłaby obecnie podobna?” ukazał się w numerze 4/21 Biuletynu Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego - http://www.pte.pl/pliki/1/68/Biulety_2021-4.pdf


Śródtytuly i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.

Co to jest kapitalizm kognitywny?

Utworzono: wtorek, 26 październik 2021 Anna Leszkowska


Pojęcie „kapitalizmu kognitywnego” zrobiło wielką karierę w dzisiejszej nauce. Trudno jednak znaleźć jego jednoznaczną definicję. Najlepiej chyba zrozumieć ów fenomen, opisując szereg zjawisk z zakresu współczesnej praktyki gospodarczej, przemian stanu społeczeństwa oraz towarzyszącej im ewolucji kultury, które nie zawsze są ze sobą łączone, choć wydają się stanowić pewną całość.


Sprawą pierwszorzędną jest w tym kontekście dematerializacja pracy, tzn. przejście od gospodarki opartej na pracy fizycznej do gospodarki, w której przeważa praca intelektualna.
Proces ten ściśle wiąże się ze zjawiskiem narodzin społeczeństwa postindustrialnego, w którym dominujący dotąd przemysł i związane z nim zawody o charakterze robotniczym czy technicznym zastępuje sfera usług z nader zróżnicowanym zbiorem zawodów, w których zasadnicze znaczenie mają kompetencje interpersonalne, a zatem umiejętność manipulowania ludźmi i ich emocjami, nie zaś manipulowania rzeczami.
Na plan pierwszy wysuwa się umiejętność produkowania, interpretowania i przekazywania informacji, dziś uzyskująca kluczowe znaczenie ze względu na rolę informacji w procesie obiegu kapitału oraz konsumpcji skoncentrowanej raczej na znakach niż na rzeczach materialnych . Obieg informacji uzyskuje niebywałe przyspieszenie dzięki możliwościom komunikacji zapośredniczonej przez sieć internetową. Nieprzypadkowo Manuel Castells mówi w tym kontekście o społeczeństwie przepływów i społeczeństwie sieci, akcentując znaczenie procesu ciągłego powstawania i przepływania informacji w nieznającej granic państwowych ani geograficznych sieci komunikacyjnej.

Proces przejścia od społeczeństwa industrialnego do społeczeństwa postindustrialnego wiąże się często z procesem przechodzenia do fordyzmu do postfordyzmu. Przez fordyzm rozumie się z reguły proces gospodarowania, który symbolizuje taśma produkcyjna w wielkiej fabryce samochodów (nazwa fordyzmu wszak wzięła się od fabryk Forda, w których jako pierwszych zastosowano tzw. naukową organizację pracy, zaprojektowaną przez Francisa Taylora). Proces ów zakłada konieczność rozbicia wszelkich czynności produkcyjnych na drobne elementy, związaną z tym wąską specjalizację zawodową wynikającą z konieczności powtarzania wciąż tych samych czynności produkcyjnych (przysłowiowe „przykręcanie śrubek”), ale także coś znacznie więcej, a mianowicie dominację wielkich instytucji przemysłowych o zhierarchizowanej strukturze, produkujących te same towary w długich seriach i zapewniających stabilność zatrudnienia dla swych pracowników.
Ta ostania wiązała się z często całożyciowym przywiązaniem do jednego miejsca pracy, a także pełnieniem przez daną instytucję przemysłową funkcji nie tylko produkcyjnych, ale także opiekuńczych, w postaci zapewniania miejsca zamieszkania, wypoczynku, ochrony zdrowia, edukacji dla dzieci. Osoba, która spełniała oczekiwania takiej instytucji, mogła bez problemu przewidywać swoją przyszłość, a także przyszłość swoich dzieci (w fordyzmie zawody bardzo często były dziedziczone), mieć pewność zatrudnienia i poczucie bezpieczeństwa socjalnego wynikające ze znajdowania się pod parasolem ochronnym wielkiego organizmu przemysłowego.

Przejście od fordyzmu do postfordyzmu wiązało się z procesami zmiany sposobu organizacji pracy produkcyjnej – człowieka przy taśmie zastąpiły roboty, a jeśli pozostawał w produkcji, to jako czynnik nadzorczy, mając na celu współpracę z innymi w zespołach produkcyjnych, które elastycznie przystosowywały się do wciąż nowych zadań (od fabryk koncernu Toyoty, w których jako pierwszych wprowadzono ten system pracy, określa się go czasami mianem „toyotyzmu”). Wszystko to wiązało się z odejściem od idei wąskiej specjalizacji zawodowej na rzecz ciągłej gotowości do zmiany zawodu, elastyczności zawodowej oraz gotowości do zmiany miejsca zatrudnienia i zamieszkania. Na miejsce stabilności we wszystkich wymiarach życia ludzkiego wkroczyła niestabilność jako znak czasów, w których każdy powinien myśleć o swoim życiu jako podróży w nieznane.

Gospodarkę, w której dominowały długofalowe projekty i plany, zastąpiła gospodarka zmienności, oparta na idei giętkości i umiejętności szybkiego dostosowywania się do wciąż zmieniających się zapotrzebowań rynku kapitalistycznego. Możliwość szybkiej komunikacji doprowadziła do znacznej akceleracji obrotu kapitałowego oraz ułatwiła rozszerzanie się wymiany rynkowej, rodząc w efekcie zjawisko tzw. globalizacji, pojmowanej jako stworzenie zintegrowanego systemu relacji o charakterze gospodarczym, ale także politycznym i kulturowym (w tym ostatnim wymiarze nastąpiła globalna ekspansja amerykańskiej kultury masowej).
Miejsce dominujących w fordyzmie klas społecznych (proletariat, menedżerowie przemysłu, fabrykanci, bankierzy w starym stylu) zajęły klasy nowe, takie jak kognitariat, pojmowany jako klasa oferująca na rynku swoje zdolności intelektualne, oraz nowa finansjera, korzystająca z technologicznego przełomu w bankowości i obrocie kapitałowym, a mianowicie komputerów zaopatrzonych w nader wyrafinowane programy obliczeniowe.

Podsumujmy nasze dotychczasowe rozważania słowami jednego z najbardziej wpływowych teoretyków kapitalizmu kognitywnego, Yanna Mouliera Boutanga: Podczas gdy kapitalizm przemysłowy może być charakteryzowany przez fakt, że akumulacja była oparta przede wszystkim na systemie maszynowym (machinery) i na organizacji pracy fizycznej rozumianej jako organizacja produkcji i alokacji pracowników ze stała pracą, kapitalizm kognitywny jest odmiennym systemem akumulacji, w którym jest ona oparta na wiedzy i kreatywności, innymi słowy na formach inwestycji niematerialnych. W kapitalizmie kognitywnym przechwytywanie korzyści wynikających z wiedzy i innowacji jest głównym narzędziem akumulacji i gra decydującą rolę w generowaniu zysku. (…) Sposobem produkcji kapitalizmu kognitywnego jest (…) kooperacyjna praca ludzkich mózgów połączonych ze sobą w sieć za pośrednictwem komputerów.

Społeczne i psychologiczne skutki kapitalizmu kognitywnego

Kapitalizm kognitywny nie pozostaje obojętny dla stanu społeczeństw, w których występuje. Dokonuje istotnych rekonfiguracji ich struktury klasowej. Przede wszystkim spycha on coraz bardziej klasę robotniczą na margines, nie tylko w wyniku procesu deindustrializacji, który stał się następstwem wypychania przemysłu z krajów rozwiniętych do krajów rozwijających się i doprowadził do zmniejszenia się liczbowego „niebieskich kołnierzyków”, ale także wskutek odebrania pracy fizycznej godności i znaczenia.
Destabilizacja zatrudnienia związana z dynamicznymi przemianami struktury gospodarki postindustrialnej doprowadziła z kolei do rozpadu trwałych więzi pomiędzy pracownikami zakładów przemysłowych, co odbiło się bardzo wyraźnym zmniejszeniem liczby pracowników zrzeszonych w związkach zawodowych.

Rozpad tradycyjnej solidarności robotników jest znakiem procesów głębszych. Chodzi o postępującą indywidualizację społeczeństw prowadzącą do rozpadu wszelkich więzi społecznych. Stowarzyszona jest ona z potęgującą się konkurencją, wywołując przekonanie, że wszyscy są potencjalnymi rywalami w walce o zasoby, takie jak praca i pieniądze. Konkurencja wzmacniania jest przez zjawisko opisywane jako „społeczeństwo, w którym zwycięzca bierze wszystko”.
Mechanizm jego działania polega na obdarzaniu zwycięzców w konkurencji na rynku jakichkolwiek dóbr premią nieproporcjonalną do ich zasług. Powoduje to narastanie nierówności społecznych, które w ostatnich kilkudziesięciu latach przybrały gigantyczne rozmiary, a społeczne skutki tego okazały się fatalne . Szczególnie wyraziste stały się nierówności pomiędzy tzw. klasą kreatywną, składającą się z przedstawicieli wolnych zawodów, programistów komputerowych, finansistów oraz czołowych dziennikarzy i artystów, a całą resztą społeczeństwa.

Wszystkie wymienione powyżej procesy prowadzą do narastania nierównowagi w wielu segmentach życia społecznego. Przede wszystkim jest to nierównowaga ekonomiczna, stan pogłębiającej się niepewności gospodarczej, wynikający z szybkości i nieprzewidywalności procesów ekonomicznych determinowanych przede wszystkim nieograniczonymi przepływami kapitału oraz współzależnością pomiędzy rynkami lokalnymi a zglobalizowaną gospodarką.
W sytuacji, w której państwa narodowe tracą coraz bardziej kontrolę nad swoimi gospodarkami, a faktyczna władza przenosi się do tzw. rynków finansowych, opanowanych przez największe banki i fundusze powiernicze na świecie, los wielu ludzi zaczyna zależeć od mechaników ekonomicznych, nad którymi nie panują i których zwykle nie rozumieją.
Wszystko to prowadzi do coraz większej nieprzejrzystości relacji ekonomicznych. Grupy interesu mające największy wpływ na gospodarkę światową starannie unikają rozgłosu i działają z reguły zakulisowo, natomiast ich faktyczna władza jest wspierana przez panującą dziś ideologię neoliberalną, która przeciwstawia się ograniczaniu logiki rynkowej przez ingerencję czynników zewnętrznych, legitymizując w ten sposób faktycznie zachodzący proces uwalniania się rynku od jakiejkolwiek kontroli politycznej czy społecznej.

Relacja pomiędzy gospodarką a polityką staje się coraz bardziej niesymetryczna, rynek wygrywa z demokracją. Ofiarą tej sytuacji padają wszelkie projekty polityczne mające na celu eliminowanie nadmiernych nierówności społecznych i wprowadzanie w życie zasad sprawiedliwości społecznej. Dyktat rynku powoduje, że wszelkie działania mające na celu ochronę słabszych, w postaci np. rozwiniętych programów opieki społecznej, poddawane są bezwzględnej krytyce jako sprzeczne z logiką rynkową i stojącą na jej straży ideologią neoliberalną. W myśl jej zasad, głoszących de facto ideały socjaldarwinizmu, każdy powinien zadbać o siebie sam, klęska w konkurencji na rynku i w życiu społecznym jest zawsze zasłużona, jakakolwiek zaś ingerencja w mechanizmy owej konkurencji, np. celem wyrównania szans życiowych, jest sprzeczna z regułą dochodzenia do równowagi rynkowej i społecznej w wyniku procesu selekcji i konkurencji, w której słabsi muszą przegrać. Wszystko to owocuje skutkami społecznymi w postaci utraty zaufania pomiędzy ludźmi, którzy traktują się wzajemnie jako konkurenci do wciąż malejącej puli dóbr (np. pracy).

Hiperindywidualizm lansowany przez ideologię neoliberalną oraz wspierany przez przemiany w samej gospodarce powoduje, że lekarstwa na większość schorzeń społecznych poszukuje się w indywidualnym samodoskonaleniu zawodowym, a nie w działaniach zbiorowych. Upadek wiary w działania kolektywne stowarzyszony jest z jednej strony z narastającym egoizmem, a z drugiej z powiększającym się poczuciem osamotnienia. Tutaj zaczynamy przechodzić do skutków osobistych tej nowej „gospodarki zmienności” czy też „kapitalizmu kognitywnego”.

Utrata stabilności zatrudnienia, wzrastające poczucie niepewności oraz brak poczucia bezpieczeństwa zaczynają owocować poczuciem bezradności wobec przeciwieństw życiowych, utratą sensu oraz narastaniem lęku o swoją przyszłość. Tak wychwalane przez ideologów kapitalizmu kognitywnego dowartościowanie elastyczności oraz gotowości do uczenia się przez całe życie owocuje w wymiarze osobistym narastającym stresem oraz poczuciem nienadążania.
Do wzrostu zabójczego dla zdrowia psychicznego poczucia ciągłego napięcia przyczynia się permanentna niestabilność otaczającego nas świata, szybkie tempo zachodzących zmian i zatarcie granic pomiędzy czasem pracy a czasem wolnym w wyniku rozwoju technologii informatycznych oraz komunikacyjnych, które powodują, że możemy (musimy?) być w pracy 24 godziny na dobę.

Nadmierna eksploatacja naszych sił psychicznych, związana z nowym typem gospodarowania, w którym pracuje się całym sobą, przyczynia się do narastania symptomów psychicznego przeciążenia, ujawniających się pod postacią licznych schorzeń psychicznych z depresją na czele. Kult hiperefektywności, typowy dla nowych sposobów gospodarowania, powoduje, że pracownicy są bezlitośnie wykorzystywani przez korporacje i po wyciśnięciu z nich wszystkiego, co się da, zamieniani są na innych.

Innym skutkiem nowego typu kapitalizmu jest komodyfikacja wszystkich aspektów ludzkiego życia. Po poszerzeniu, w wyniku procesu globalizacji, swego władania o tereny dotąd z punktu widzenia kapitału dziewicze, obserwujemy obecnie wchodzenie logiki rynkowej w głąb obszarów dotąd przez nią nietkniętych, a mianowicie w głąb ludzkiej osobowości, sfery emocji, życia rodzinnego i intymnego.
Nie tylko nasze myśli stają się teraz cennym towarem, ale także nasze uczucia. Ofiarą procesów utowarowienia pada także nauka i uniwersytet. Ta pierwsza wprawdzie już z nastaniem epoki nowoczesnej stała się kołem zamachowym gospodarki, jednak nigdy dotąd w takiej mierze i do takiego stopnia nie była postrzegana w kategoriach towarowych. Co więcej, kategorie towarowe (produktywności w sensie użyteczności rynkowej) zostają rozciągnięte na całość nauki, a zatem także na humanistykę, która dotąd uchodziła za ważny dla dobrostanu społecznego mechanizm wspólnego uczenia się i rozszerzania ludzkiej wrażliwości moralnej i estetycznej wedle romantycznego modelu kształcenia jako Bildung.
Dziś coraz częściej poczyna się patrzeć na nią przez pryzmat korzyści rynkowych, które może ona przynieść (lub których raczej przynieść nie może…), uważając ją za uzasadnioną społecznie tylko o tyle, o ile sprosta ona owym wymaganiom kapitalizmu kognitywnego. W wyniku tych procesów sam uniwersytet stopniowo zaczyna zamieniać się z instytucji mającej za zadanie transmisję wiedzy i socjalizowanie nowych pokoleń światłych obywateli w przedsiębiorstwo produkcyjne, którego wyniki są oceniane wedle skwantyfikowanych metod typowych dla obrotu rynkowego.

Utowarowieniu ulega także proces innowacji naukowych oraz społecznych. Innowacja z narzędzia poprawiania ludzkiego życia, naprawy stosunków społecznych, staje się wyłącznie narzędziem zwiększania zysków. Element bezinteresownej twórczości, typowy dla wielu odkryć naukowych, zostaje zastąpiony kalkulacją biznesową, a radość z odkrycia lub wymyślenia czegoś nowego – nagrodą w postaci komercjalizacji wynalazku czy odkrycia. Wszystkiemu temu towarzyszy brak pogłębionej refleksji nad skutkami ubocznymi innowacji technologicznych, w postaci m.in. wzrastającej niestabilności społecznej, pogłębiających się nierówności społecznych związanych z nierównym dostępem do technologii (w tym technologii informatycznych) i skutkami moralnymi poszczególnych wynalazków i innowacji.

Nie ulega żadnej wątpliwości, że nasza refleksja moralna nie nadąża za innowacjami technologicznymi i społecznymi. Ciekawym zjawiskiem jest także utowarowienie spontanicznej aktywności twórczej osób korzystających z nowych narzędzi komunikacyjnych, takich jak Internet. Dokonuje się ono głównie za sprawą korporacji rządzących komunikacją internetową, jak i innych podmiotów gospodarczych traktujących dane zawarte w Internecie jako pożywkę dla swych działań biznesowych.

Kapitalizm kognitywny jako ideologia

Nie ulega żadnej wątpliwości, że szereg procesów, o jakich mówi się w obrębie narracji kapitalizmu kognitywnego, ma faktycznie miejsce. Nie oznacza to jednak, że owej wielkiej narracji nie można nic zarzucić. Przede wszystkim, jak wskazuje Kevin Doogan, ma ona charakter ideologiczny przez to, że ukrywa interesy klasowe pod płaszczykiem opowieści o obiektywnych koniecznościach rozwojowych. Jest to przykład naturalizowania procesów, które mają charakter procesów politycznych, czy szerzej, społecznych.
Naturalizacja ta polega na tym, że to, co znajduje się de facto w zasięgu ludzkiej woli czy ingerencji, czyni się elementem procesów o charakterze fatalistycznym, równych procesom przyrodniczym, na które człowiek nie ma wpływu (burze, powodzie, trzęsienia ziemi). Narracja kapitalizmu kognitywnego, nowej ekonomii, stara się – jak każda ideologia – uczynić wrażenie obiektywnego, neutralnego aksjologicznie opisu jakichś procesów, które pozostają poza ludzkim wpływem, i dąży do uzyskania hegemonii w sferze świadomościowej po to, aby jej słuszność uznali także ci, dla których opisywane czy postulowane przez nią stany rzeczy są niekorzystne.

Ten mechanizm dążenia do uzyskania hegemonii, opisany znakomicie przez Antonia Gramsciego, a później przez Pierre’a Bourdieu czy tzw. szkołę z Birmingham, ma na celu skłonienie ludzi, aby postępowali w życiu wbrew swoim własnym interesom, a zgodnie z interesem klas czy grup, które czerpią z zaistniałej sytuacji korzyści. W tym sensie narracja kapitalizmu kognitywnego to kolejna mutacja ideologii neoliberalnej. W tej ostatniej chodziło wszak zawsze, aby wmówić ludziom, że rynek kapitalistyczny pozostawiony sam sobie doprowadzi do takiego przyrostu bogactwa, iż każdy będzie z tego miał coś dla siebie („przypływ podnosi wszystkie łódki”). A także o to, aby uwierzyli oni, iż jedyna instancja, która, jak wskazuje doświadczenie historyczne, może skutecznie ochronić ich interesy, a mianowicie państwo, to instytucja z gruntu zła, albowiem niepotrzebnie regulująca to, co samo się najlepiej reguluje (rynek kapitalistyczny).

Naturalizacja mechanizmów rynkowych ma tu służyć ukryciu faktu, że rynek pozostawiony sam sobie będzie produkował pogłębiające się nierówności społeczne, a w obliczu całkowitej degrengolady moralnej większości jego dużych graczy w osobach bankierów i menedżerów funduszy powierniczych, ujawnionej w wyniku ostatniego kryzysu, przypisywanie mu jakichś zalet moralnych, związanych jakoby z jego najwspanialszym ucieleśnieniem zasad ludzkiej wolności, zakrawa na ponury żart.

Szczególnie jaskrawym przykładem owej naturalizacji procesów i sił ekonomicznych, o której wspominałem wcześniej, jest status tzw. rynków finansowych w narracji neoliberalnej. Uważa się je za siły o charakterze obiektywnym, działające z koniecznością typową dla zjawisk przyrodniczych i kierujące się jakąś doskonałą racjonalnością równą najlepiej działającym mechanizmom przyrodniczym. Zapomina się przy tym, iż za owymi mitycznymi rynkami finansowymi kryją się bardzo konkretne grupy interesu, skądinąd dokładnie te same, które doprowadziły do dzisiejszego kryzysu. Są one zainteresowane tym, aby wmawiać ludziom, że na nic nie mają wpływu, albowiem istnieją jakieś całkowicie obiektywne mechanizmy ekonomiczne, które działają zawsze tak samo, czy ktoś sobie tego życzy czy nie. I tylko przypadkiem działają one dokładnie na korzyść tych, którzy takie tezy głoszą…

Cała ta narracja o rynkach finansowych ma nas przekonać, że jakikolwiek bunt nie ma sensu, podobnie jak wyobrażanie sobie jakiejkolwiek alternatywy dla status quo, byłoby to bowiem działanie równie bezużyteczne jak przysłowiowe zawracanie Wisły kijem. W ten sposób czyni się z faktów w istocie politycznych fakty zdepolityzowane i znaturalizowane, w imię uznania jakichś interesów za niemożliwe do naruszenia. Jest to dalszy proces depolityzacji mechanizmów, które same są z gruntu polityczne. Projekt wolnego rynku, jego faktyczne zaistnienie oraz sukces to wszak przykład ziszczenia się pewnej idei politycznej, w której realizacji zawsze aktywnie brało udział państwo.

W tej sytuacji nawoływanie do wycofania się państwa z gospodarki jest niczym innym jak tylko realizacją pewnej polityki poprzez namawianie innych, aby się z polityki usunęli. Jak wskazuje wspomniany już Kevin Doogan, wiele zjawisk łączonych z nowym kapitalizmem, takich jak globalizacja, przepływ, informacjonizm, ekonomia oparta na wiedzy, jest mistyfikowanych w celu realizacji interesów ekonomicznych klas dominujących, m.in. delegitymizacji istnienia państwa socjalnego oraz promocji ideologii neoliberalnej, a także odwrócenia uwagi od zjawisk, które dotykają każdą formę kapitalizmu, mianowicie nierówności i wyzysku. Przy czym wiele aspektów nowej ekonomii jest wyolbrzymianych (np. niestabilność zatrudnienia, mobilność kapitału czy oderwanie kapitału od miejsca) po to, aby wytworzyć mniemanie, iż procesy ekonomiczne i społeczne są niesterowalne i w tym sensie przypominają procesy przyrodnicze, co jest funkcjonalne wobec interesów owych klas dominujących.

Idąc tropem Doogana, można by powiedzieć, że ideologia kapitalizmu kognitywnego, nowej ekonomii, nie pozwala nam dostrzec tego, co naprawdę dzieje się ze społeczeństwami, sieci ukrytych interesów oraz narzędzi ewentualnej zmiany. Wmawia nam ona, że nie ma alternatywy dla status quo, że obecna forma kapitalizmu jest jedyną możliwą na obecnym etapie rozwoju społecznego i nic tego nie może zmienić.
Proces depolityzacji zasad gospodarowania jest zarazem procesem ich odmoralnienia. Tam bowiem, gdzie nie ma miejsca na politykę, nie ma też miejsca na moralność. Gospodarka zostaje postawiona poza dobrem i złem. Zapomina się o tym, że wszelkie wielkie projekty ekonomiczne, takie jak np. liberalizm, były u swych początków zarazem projektami moralnymi, a moralność jako taka stanowiła zawsze zaplecze ideowe pojawiających się w kulturze zachodniej pomysłów na gospodarowanie.

Zapomina się też, że gospodarka i jej efektywność nie są wartościami samymi w sobie, ale wartościami, które mają pozytywne znaczenie tylko wtedy, gdy służą ludziom, a nie gdy ludzie służą im. Dzisiejszy system kapitalistyczny stał się tymczasem obszarem wymuszającym całkowite podporządkowanie swoim imperatywom (efektywność i zysk za wszelką cenę), bez oglądania się na jakiekolwiek wartości moralne i zobowiązania wspólnotowe. Można powiedzieć, że zawsze tak było. Sprawą dyskusyjną jest, na ile kapitalizm z definicji niejako jest tworem amoralnym. Jedno nie ulega wątpliwości – jego działanie pozbawione regulacji instancji zewnętrznej, takiej jak państwo, obraca się często przeciwko ludziom poddanym jego panowaniu. W tej sytuacji trzeba zrobić wszystko, aby towarzyszące mu niekorzystne zjawiska społeczne, takie jak np. trwałe bezrobocie wielu ludzi, nierówności społeczne, rozbicie więzi społecznych – zostały zminimalizowane. Nie dostrzegam żadnego innego podmiotu, który mógłby to uczynić, poza państwem. Jak pokazuje historia ostatnich dwustu lat, jedynie ono było w stanie wymusić na tym ustroju podporządkowanie się interesowi ogółu, doprowadzając do jego ucywilizowania w duchu „kapitalizmu z ludzką twarzą”.

Na szczególną uwagę zasługują lata 1945-1973, zwane złotymi latami kapitalizmu, kiedy staranne uregulowanie rynku kapitalistycznego, wysokie podatki i daleko idąca redystrybucja dochodu narodowego przez państwa doprowadziła do istotnego złagodzenia nierówności społecznych, zapewniając zarazem znaczny wzrost gospodarczy. Niestety, obserwowany od lat osiemdziesiątych zwrot ku idei kapitalizmu nieuregulowanego, związany z jednej strony z inwazją ideologii neoliberalnej w wydaniu Miltona Friedmana, a z drugiej z praktyką polityczną wyznaczoną nazwiskami Margaret Thatcher i Ronalda Reagana, cofnął nas z powrotem do XIX wieku.
Wbrew tym, którzy cofnięcie to przyjmują z radością, uważam ten stan za nieszczęście dla całego świata zachodniego. Najwyższa już pora, abyśmy ponownie życzliwym okiem spojrzeli na ideały socjaldemokratyczne oraz socjalliberalne i powrócili do sytuacji, w której rynek kapitalistyczny traktuje się jako wprawdzie efektywne narzędzie gospodarowania, ale domagające się starannego nadzoru ze strony państwa celem wykorzystania go dla realizacji dobra wspólnego, a nie dobra wyłącznie klasy dominującej. O tym, że stan taki jest możliwy i pożądany, świadczy nie tylko owa era powojenna, ale także odnoszący trwałe sukcesy gospodarcze i społeczne tzw. model skandynawski. Dobrze byłoby, aby jak najszybciej stał się on wzorem postępowania dla całego świata.
Andrzej Szahaj

Prof. Andrzej Szahaj jest pracownikiem naukowym Wydziału Filozofii i Nauk Społecznych Uniwersytetu Mikołaja Kopernika w Toruniu

Powyższy tekst jest obszernym skrótem artykułu prof. Andrzeja Szahaja, jaki ukazał się w Nr. 48/2014 Etyki pod tytułem: „Kapitalizm kognitywny jako ideologia”.
Link do całości tekstu -
https://bazhum.muzhp.pl/media/files/Etyka/Etyka-r2014-t48/Etyka-r2014-t48-s16-25/Etyka-r2014-t48-s16-25.pdf

Wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.

DMC Firewall is a Joomla Security extension!