Ekonomia (el)
- Autor: Marek Chlebuś
- Odsłon: 4064
Kiedy pojawił się dług, który stał się obecnie głównym bohaterem światowej gospodarki? Kto za niego odpowiada? Czy długi państw są rzeczywiste czy pozorne?
Jaką rolę pełnią tutaj banki tworzące pieniądz? Czy ich celem jest wyzysk finansowy ludzi, stworzenie planetarnego centrum długu, którego nie pozwolą spłacić, gdyż z niego żyją?
Na ten temat pisze Marek Chlebuś w artykule „Dług”, którego fragment poniżej publikujemy. Śródtytuły i wytłuszczenia pochodzą od redakcji. (red.) Co takiego daje nam ten sektor finansowy, cóż to tak wartościowego, że nie umiemy mu się za to w ogóle wypłacić? Ziarno? Nie. Mąkę? Nie. Chleb? Też nie. No to co nam daje? Pieniądze? No, pieniądze daje, ale jakie? Nie są prawdziwe, bo je tworzy, po prostu wypisując liczby na papierze, albo na dysku komputera. Czy w dobie powszechnej edukacji nie umielibyśmy sobie tych liczb pisać sami? No, umielibyśmy, ale to jest czynność rytualna, prawnie zastrzeżona dla banków. No to może moglibyśmy ignorować te bankowe znaki i stosować jakieś inne, własne? Nie wolno.
Pieniądz bowiem jest obiektem kultu, oficjalnego i przymusowego, a banki to jego świątynie. Władza państwowa przestała być suwerenem, gdy popadła w zależność od instytucji finansowych, którym musi teraz pokornie służyć. To głównie dla nich zniewala lud prawami, łupi podatkami, gnębi urzędnikami, szczuje funkcjonariuszami, to dla nich pilnuje zagrody, poza którą zresztą i jej samej wychodzić nie wolno.
Bardzo trudno sobie to wszystko uzmysłowić. Osłona propagandowa tego porządku jest przepotężna. To zdumiewające, ale wielu ludzi rzeczywiście wierzy, że są wolni, że kształtują swój los, nikomu nie muszą służyć i sami wybierają sobie władze, które niby nimi rządzą. Bezpośrednio nie można tych przesądów atakować, bo nawet jeśli nie jest to karane, i tak będzie nieskuteczne. Nikt nie przyjmie wprost do wiadomości treści aż tak niepoprawnych, obłożonych tyloma potężnymi szyderstwami, piętnami i tabu. Siłą rzeczy, trzeba sięgać do przypowieści i metafor, jako wywołujących mniejszy szok poznawczy.
Stosunkowo trafna i zrozumiała wydaje się tu analogia obozowa, według której władze publiczne nie są dziś szefami ani właścicielami globalnego łagru, tylko raczej jego kapo, wybranymi spośród więźniów, aby ich pilnować. Wyróżniają ich służbowe pałki, większe miski, szersze prycze, ale zamieszkują te same baraki, gdy komendantura spędza czas w milszej scenerii i w ciekawszy sposób. Są te władze zresztą, może nie aż tak jak kiedyś prawdziwi obozowi kapo, ale też powszechnie znienawidzone. I podobnie jak ci kapo, nie mogą otworzyć obozowych bram, nawet gdyby chcieli. Zamki są na zewnątrz.
Podobnie też problem długu finansowego jest zewnętrzny w stosunku do obszaru władzy politycznej oraz gospodarki. Nie tam był tworzony i nie tam daje się rozwiązać. Rzeczywiste rozwiązania będą prawdopodobnie musiały odwoływać się do środków nadzwyczajnych - tak nieprawomyślnych, że mogą się jeszcze wydawać niemożliwe.
Rozwiązania prawo- i nieprawomyślne
Jakie znamy dziś recepty na zadłużenie? Podawane są dwie poprawne politycznie odpowiedzi. Rozwiązanie progresywne (bardzo prawomyślne): Musi wzrosnąć PKB, znaczy trzeba więcej i wydajniej pracować, a przez to też więcej zarabiać, zaś osiągnięte nadwyżki przeznaczać na spłatę długu.
Rozwiązanie oszczędnościowe (prawomyślne): Trzeba więcej oszczędzać i mniej wydawać na życie, a więcej oddawać do banków. Oba rozwiązania są jakoś niezbyt realistyczne, skoro mało które państwo jest w stanie w pełni opłacać odsetki od swojego długu, a bodajże żadne nie próbuje spłacać kapitału. Zadłużenie państw rośnie i rośnie, zresztą zadłużenie gospodarek oraz ludzi też.
Jest też mniej poprawne politycznie, ale realne rozwiązanie.
Rozwiązanie techniczne (mało prawomyślne): Hiperinflacja, czyli zdjęcie ochrony z kreacji pieniądza, przełamanie bankowych monopoli i szybsze dopisywanie zer przy pensjach, niż przy odsetkach. Tego jednak banki nie lubią i zwalczają takie pomysły, wyklinając szkodliwą inflację. Szkodliwą, znaczy taką, której same nie tworzą. Istnieją jeszcze rozwiązania niepoprawne, chociaż historycznie najskuteczniejsze.
Rozwiązanie ustrojowe (przejściowo nieprawomyślne): Zamiana długu na sformalizowane niewolnictwo, a mówiąc żargonem prawniczym - zamiana powinności finansowej na osobistą. Opisuje to już Księga Rodzaju, w historii Józefa w Egipcie, który przy pomocy finansowych zabiegów uczynił z Egipcjan niewolników. Zresztą, również w późniejszej historii niewolnictwo i pańszczyzna miewały zazwyczaj rodowód ekonomiczny. Gdyby to powtórzyć teraz, poniekąd wracalibyśmy do gospodarki naturalnej, w której obywatele przyjęliby formalny status poddanych, bankierzy lordów, a rządy – lordowskich sług. Dzisiaj, w dobie fetyszyzowania praw człowieka, rozwiązanie takie wydaje się nieprawdopodobne, ale jutro – kto wie?
Rozwiązanie karne (nieprawomyślne): Odkrycie, przez zdesperowane władze lub rozwścieczony lud, ohydy bankierów, ich skłonności do herezji, sodomii albo innych wstrętnych praktyk, uzasadniających odjęcie im głów, oczywiście połączone z konfiskatą mienia i wierzytelności.
To też nie wydaje się teraz możliwe. Lud nie zna dziś bowiem nazwisk swoich wierzycieli, a pewnie i władze publiczne mają do czynienia raczej z posłańcami, których by trzeba dopiero brać na męki, ażeby wydali swoich mocodawców. A męki są dzisiaj nielegalne.
Istnieje w końcu rozwiązanie skuteczne i naturalne, chyba najsprawiedliwsze, ale też najbardziej spośród wszystkich niepoprawne. Rozwiązanie finansowe (bardzo nieprawomyślne): Spłata i likwidacja bankowych roszczeń. Banki, które z długu żyją, będą zapobiegać jego znaczącemu ograniczeniu, także poprzez spłatę. Może zwłaszcza przez nią. Przynajmniej, dopóki kontrolują system polityczny. Dług, który musi przepaść Mit założycielski o tym, jakoby banki miały tylko pośredniczyć w kierowaniu pieniędzy od tych, którym ich zbywa (depozytariusze), do tych, którym ich brakuje (kredytobiorcy), nawet jeśli kiedyś odpowiadał rzeczywistości, to dzisiaj dotyczy tylko małego fragmentu działalności banków, które od wielu dziesięcioleci same produkują pieniądz na udzielane kredyty. I to wszystkie banki, nie tylko centralne. Niekoniecznie zresztą na papierze, bo dysk komputera też już im wystarcza. „Pożyczając” taki pieniądz, wymieniają ekonomiczną fikcję na rzeczywiste wartości zabezpieczające kredyt - majątek lub pracę kredytobiorcy. Nikt świadom tego nie powinien wchodzić w relacje z bankami. Cóż, kiedy zmusza go do tego z jednej strony państwo, z drugiej strony agresywna propaganda finansów, które chociaż posługują się liczbami, bynajmniej nie są nauką ścisłą.
Banki są systemowym pasożytem, tak skutecznie dziś podpiętym do krwioobiegu życia społecznego i gospodarczego, że jego proste odcięcie mogłoby być niebezpiecznie. Należy je głodzić powoli, ale do tego trzeba by mieć rzeczywistą wiedzę, wolę i moc sprawczą, a to może się urzeczywistniać tylko w sytuacjach nadzwyczajnych, do których mało kto tęskni. Przynajmniej, na razie. Nie trzeba by zresztą nikomu robić krzywdy, chociaż tak to niechybnie nazwą utytułowani i autorytatywni propagandyści. Nie potrzeba też niczego konfiskować czy umarzać. Co kto z banku wziął, niech to samo odda, tak jest sprawiedliwie. Wziął chleb, niech da chleb, wziął rower, niechaj przyprowadzi rower, wziął tysiąc, niech przyniesie tysiąc. Może jeszcze powinien dorzucić coś tam za fatygę, ale żeby wielokrotność tego, co brał? Wolne żarty! Gdyby ktoś tu chciał coś wspomnieć o inflacji, czyli o pogarszaniu się pieniądza powodującym, że gorszy pieniądz się później oddaje niż się wcześniej brało, ten niechaj pamięta, że jest to pieniądz tworzony przez banki i wyłącznie przez nie. Czemu by właśnie sprawcy jego psucia, i tylko oni, mieli być chronieni przed skutkami tego?
Banki nie muszą być zresztą niszczone, raczej trzeba by je zmusić do symbiozy z żywicielami. W biologii jest to znany i wcale nierzadki scenariusz, kiedy pasożyt i jego ofiara zaczynają się w końcu nawzajem, a nie tylko jednostronnie, potrzebować. Podobnie bywa w gospodarce, kiedy wyzyskiwany z wyzyskującym mogą wejść w obustronnie korzystną i trwałą współpracę. Ale to tylko w uczciwej gospodarce, gdy wszystkie uczestniczące w niej podmioty korzystają z podobnych praw.
Status banków jest dzisiaj szczególny, wyniesiony ponad władze, rynki, sprawiedliwość, nawet nad logikę. Władza publiczna, jeśli będzie kiedyś mogła i chciała zyskać pewną autonomię i wyzwolić z finansowej maligny siebie, a przy okazji może też społeczeństwo, musi cofnąć bankom różne magiczne przywileje i zrównać ich status prawny z innymi podmiotami. Czy to w ogóle możliwe? Na razie z pewnością nie. Ale kiedyś raczej tak, bo współczesne banki, ogarnięte jakąś samobójczą bulimią, wydają się zmierzać do tego, aby tak wyeksploatować żywicielski organizm, że ten albo będzie je musiał w przedśmiertnej gorączce odrzucić, albo jednak zginie, w końcu odbierając im żer. Wygląda na to, że globalny problem długu jest rozwiązywalny tylko w sposób pozafinansowy i raczej nie pokojowy. Aby mogło być w ogóle lepiej, najpierw musi być o wiele gorzej. Bankom też. Przede wszystkim bankom. Marek Chlebuś Od Redakcji: cały, ilustrowany rysunkami tekst Autora można znaleźć na stronie - http://chlebus.eco.pl/ECOSOC/dlug.pdf
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 116
Imperia rzadko upadają, gdy zostają pokonane na polu bitwy; większość zaczyna się rozpadać, gdy toną w długach.
Nigdy w historii nie było imperium, które ostatecznie nie upadło. Główną przyczyną tego upadku była niezmiennie nadmierna pewność siebie zrodzona ze zwycięstwa i dobrobytu. Imperia rzadko upadają po porażce na polu bitwy; większość zaczyna się rozpadać, gdy toną w długach. Zwycięstwa tworzą iluzję, że „nikt nas teraz nie powstrzyma”, a ta psychologia oznacza pierwszy krok ku upadkowi. Jak zauważył japoński admirał Togo – który pokonał Rosjan na zachodnim Pacyfiku na początku XX wieku:
„Bogowie nie dają korony zwycięstwa tym, którzy popadają w samozadowolenie po jednym triumfie. Zwycięstwo jest dane tym, którzy intensywnie trenują w czasie pokoju, na długo przed wybuchem wojny. Jak mawiał stary mędrzec, zacieśnij więzy hełmów po zwycięstwie”.
Imperium, które rozszerza się dzięki serii wczesnych zwycięstw, początkowo generuje wielki dobrobyt.
Jednak samozadowolenie i upojenie władzą wywołane tym dobrobytem, popychają przywódców do poważnych błędów strategicznych. Krytyczne myślenie ustępuje miejsca pochwałom, realizm marzycielskiemu ekspansjonizmowi. Wraz z przerostem imperialnej geografii, pojawiają się rozległe i nie do obrony terytoria, rosnące koszty i konflikty wewnętrzne. Zasługi słabną, dyscyplina słabnie, a mechanizmy decyzyjne stają się ślepe.
Wraz ze wzrostem potęgi rosną również zagrożenia, a wraz z ekspansją powstają kontrkoalicje. Przyjaciele słabną, grupy interesów się rozpadają, ale wrogowie się mnożą. W końcowym etapie niegospodarność, lekkomyślne ryzyko i wojny, których można było uniknąć, osłabiają imperium.
Wojny generują ogromne koszty, a państwo ucieka się do pożyczek. Spirala długu, odsetek i inflacji wkrótce wymyka się spod kontroli. Następuje dewaluacja, która generuje jeszcze więcej długu. Ostatecznie system finansowy rozpada się, waluta upada, a imperium staje się niezdolne do utrzymania się. Jego upadek staje się nieunikniony. Zatem załamanie nie następuje z zewnątrz, lecz jest wynikiem nagromadzenia się ciężaru błędów wewnętrznych.
Upadek imperiów i pieniędzy
W miarę ekspansji imperiów narzucają one swój porządek gospodarczy. Towary i usługi wytworzone w centrum imperium krążą po koloniach, strefach wpływów i regionach zależnych, przynosząc znaczne zyski. Ich waluta staje się podstawową jednostką rezerwową w handlu kontynentalnym – a często globalnym.
Upadek tej waluty jest analogiczny do upadku imperium. Chociaż hegemonia monetarna nigdy nie zastąpi władzy militarnej, technologicznej, demograficznej ani instytucjonalnej, może opóźnić upadek, który rzadko następuje nagle, lecz rozwija się z czasem. Proces ten rozpoczął się wraz z erą rzymską i trwał w późniejszych imperiach, w miarę jak ich waluty słabły w wyniku zaciągania pożyczek, deprecjacji lub nadmiernej emisji metali szlachetnych.
Chociaż deprecjacja walut rezerwowych opóźniła upadek imperiów, nie była w stanie zapobiec nadmiernej ekspansji, zapaści gospodarczej i kryzysom zadłużenia. Denar rzymski, real hiszpański, funt brytyjski/szterling i dolar amerykański były globalnymi standardami monetarnymi swoich czasów.
Jednak imperia te uległy nadmiernej ekspansji, wyczerpaniu finansowemu, erozji zdolności produkcyjnych i wewnętrznym kryzysom polityczno-wojskowym. Ich waluty załamały się na trzy główne sposoby: poprzez redukcję zawartości metali szlachetnych (Rzym), samoistną deprecjację poprzez nadpodaż (Hiszpania) oraz odejście od standardu złota na rzecz pieniądza fiducjarnego (Wielka Brytania i Stany Zjednoczone). Powszechny rezultat był ten sam: waluty straciły realną wartość, wzrosła inflacja, koszty imperialne stały się nieopłacalne, a porządek hegemoniczny uległ rozpadowi.
Dług i upadek Rzymu
Wraz z rozszerzaniem granic Rzymu, koszty wojskowe gwałtownie wzrosły. Produkcja opierała się na pracy niewolników, a ponieważ wydatki państwa stały się nie do utrzymania, zawartość srebra w denarze była systematycznie zmniejszana, co przyspieszało upadek. Wojny punickie (264–146 p.n.e.), choć zwycięskie, wyrządziły trwałe szkody finansowe z powodu masowych pożyczek wojennych. Wzrost znaczenia arystokracji ziemskiej dodatkowo zdestabilizował równowagę wewnętrzną.
Wojny galijskie (58–50 p.n.e.) zwiększyły osobistą władzę Juliusza Cezara, wywołały wojnę domową i nasiliły zadłużenie; Cezar zaciągnął nawet foenus bellicum – pożyczki wojenne – od bogatych elit. Jednak za rządów Cezara denar nadal zawierał 95% zawartości srebra. Wojna domowa między Cezarem a Pompejuszem osłabiła republikę, a na żołnierzy nałożono nadzwyczajne daniny.
Podczas kryzysu III wieku (235–285 n.e.) najazdy Gotów, Persów, Wandalów i Germanów zmusiły Rzym do ciągłej mobilizacji. Cesarze zaciągali wygórowane pożyczki od senatorów i elit prowincjonalnych; nie mogąc ich spłacić, często regulowali długi w naturze towarami lub zbożem. Walcząc na trzech frontach jednocześnie, denar załamał się, inflacja gwałtownie wzrosła, a system gospodarczy uległ rozpadowi. Zmniejszając zawartość srebra – poniżej 2% w niektórych monetach – Rzym jedynie zyskał na czasie. Wybuchła hiperinflacja, żołnierze zażądali zapłaty ziemią i towarami, a Rzym utracił swoją bazę ekonomiczną, rozpadł się w 395 r. n.e. i ostatecznie upadł w 476 r.
Upadek Hiszpanii i dług
Imperium Habsburgów i Hiszpanii doświadczyło krótkotrwałego wzrostu bogactwa w XVI wieku dzięki masowemu napływowi metali szlachetnych z Nowego Świata. W latach 1500–1650 Hiszpania kontrolowała około 80% srebra trafiającego do Europy. Z terytoriów Inków i Azteków wydobyto ponad 100 ton złota i 1800 ton srebra.
Real hiszpański stał się światową walutą rezerwową. Jednak ta obfitość spowodowała ogólnoeuropejską inflację – „hiszpańską rewolucję cenową” – ponieważ srebro samo się zdewaluowało. Bogactwo nie napływało do sektorów produkcyjnych; finansowało luksus pałacowy i nieustanne wojny. Hiszpania pozostawała uzależniona od importu i pogrążona w pogoni za rentą. Nadpodaż srebra zniszczyła siłę nabywczą reala.
Niekończące się wojny – w tym wojny włoskie (1494–1559), konflikty morskie z Turkami, piractwo przeciwko Brytyjczykom, powstania protestanckie w Niemczech i Niderlandach oraz wydatki kolonialne – wyczerpały skarb państwa.
Hiszpania finansowała niemal wszystkie główne wojny za pomocą pożyczek zagranicznych, zwłaszcza pożyczek „asiento” od bankierów genueńskich, niemieckich i holenderskich. Przytłaczające obciążenia finansowe wywołały powstanie holenderskie i wojnę osiemdziesięcioletnią (1568–1648). Nawet budowa „Niezwyciężonej Armady”, zniszczonej przez Anglię w 1588 roku, opierała się na pożyczkach.
Bankructwa nastąpiły w latach 1596, 1607 i 1627. Utrata Niderlandów zrujnowała dochody podatkowe. Udział w wojnie trzydziestoletniej (1618–1648) dodatkowo zadłużył Hiszpanię. Wojna o niepodległość Portugalii zmusiła Hiszpanię do walki na dwóch frontach, drenując dochody kolonii. Na mocy Traktatu Utrechckiego (1713) Hiszpania i Habsburgowie utracili status mocarstwa.
Przypadek Holandii
W XVII wieku Holandia stała się centrum światowego handlu, ubezpieczeń i finansów. Gulden był globalną walutą rezerwową, a Amsterdam – światowym centrum finansowym. Wojny angielsko-holenderskie zniszczyły jednak floty handlowe, ograniczyły dochody z przewozów towarowych oraz podniosły koszty wojskowe i ubezpieczeniowe.
Aby chronić swoją flotę, miasta-państwa zaczęły zaciągać pożyczki na dużą skalę. Rosnące stopy procentowe nadwyrężyły system finansowy. Francuska inwazja z 1672 roku („Rok Katastrofy”) zmusiła Holendrów do wyniszczającej wojny lądowej.
Kolejne konflikty zakłóciły koordynację między miastami-państwami, czyniąc ciężar zadłużenia niemożliwym do utrzymania. Chociaż gulden pozostał silny, większość dochodów państwa była przeznaczana na spłatę odsetek. Wojskowo-strategiczny potencjał Holandii skurczył się, a rozwój przemysłu Anglii przyćmił potęgę Holandii. Centrum finansowe przetrwało, ale spirala zadłużenia i odsetek położyła kres holenderskiemu przywództwu.
Upadek Francji
Upadek Francji jest przykładem nadmiernej ekspansji i niekontrolowanego finansowania wojny. Wojny włoskie (1494–1559) i wojna trzydziestoletnia (1618–1648) utrwaliły stale rosnący budżet wojenny. Za Ludwika XIV (1643–1715) nieustanne wojny doprowadziły do rozpadu systemu fiskalnego Colberta; skarb państwa przetrwał jedynie dzięki pożyczkom i podwyżkom podatków. Poparcie dla rewolucji amerykańskiej pogłębiło kryzys fiskalny; w latach 80. XVIII wieku połowa dochodów rządowych była przeznaczana na spłatę odsetek.
System finansowy załamał się, a drukowanie papierowych pieniędzy (asygnat) wywołało hiperinflację. Rewolucja z 1789 roku i wojny napoleońskie wyczerpały zasoby siły roboczej, produkcję i kredyty. Wielka Brytania, wzmocniona rewolucją przemysłową, umocniła swoją przewagę gospodarczą i finansową. Po 1815 roku Francja nigdy nie odzyskała pozycji lidera w Europie.
Przykład osmański
Imperium Osmańskie popełniło swoje najpoważniejsze błędy strategiczne w okresach nadmiernej pewności siebie. Po błyskawicznym zwycięstwie pod Mohaczem w 1526 roku, imperium zostało wciągnięte poza naturalne logistyczne granice Bałkanów, do Europy Środkowej – niezwykle kosztownego regionu z surowymi zimami i odległymi liniami zaopatrzenia. Utrzymanie tych terytoriów wymagało ogromnych corocznych przepływów pieniędzy, siły roboczej i logistyki. To doprowadziło do osmańskiej wersji syndromu przeciążenia Mahana, stopniowo wyczerpując możliwości fiskalne i administracyjne państwa.
Od XVI wieku dewaluacja spowodowana napływem europejskiego srebra podkopała osmański system monetarny. XVII-wieczne wojny na trzech frontach z Austrią, Iranem i Wenecją zwiększyły obciążenia finansowe; system timar upadł, a powstania Celali zrujnowały bazę produkcyjną. Po nieudanym drugim oblężeniu Wiednia w 1683 roku, przedłużające się wojny Ligi Świętej wyczerpały budżet. Traktat karłowicki (1699) zmniejszył bazę podatkową. Ciągłe porażki z Rosją w XVIII wieku utrwaliły chroniczne deficyty.
W XIX wieku imperium nie było już w stanie konkurować przemysłowo; kapitulacja zniszczyła jego system celny. Wojna krymska (1854) zapoczątkowała masowe zaciąganie pożyczek zagranicznych. W latach 1854–1876 udzielono ponad 15 dużych pożyczek. W 1876 roku doszło do bankructwa, a w 1881 roku Osmańska Administracja Długu Publicznego (Düyun-u Umumiye) przejęła suwerenność fiskalną.
Upadek Anglii i zadłużenie
W XVI i XVII wieku Anglia przejęła około 400 ton srebra z kolonii hiszpańskich poprzez piractwo, tworząc kapitał zalążkowy wczesnego brytyjskiego kapitalizmu i imperium morskiego. Jednak pod koniec XVII wieku Londyn potrzebował również pożyczek krajowych. Bank Anglii, utworzony w 1694 roku – w tym sefardyjscy bankierzy żydowscy – sfinansował wojnę dziewięcioletnią przeciwko Francji.
Współczesny brytyjski dług publiczny rozpoczął się od obligacji wojennych o wartości 1,2 miliona funtów. Wojna siedmioletnia (1756–1763), często określana jako pierwsza wojna światowa, podwoiła brytyjski dług i zwiększyła presję podatkową kolonii, co wywołało amerykańską rebelię w 1773 roku.
Amerykańska wojna o niepodległość (1775–1783) spowodowała znaczne straty finansowe. Dla porównania, Indie – kolonizowane od 1757 roku – generowały około 10 bilionów funtów (w dzisiejszych cenach) do początku XX wieku, napędzając rewolucję przemysłową.
Wojny napoleońskie zwiększyły dług narodowy ośmiokrotnie; finansiści, tacy jak bankierzy Rothschild i Baring, odegrali decydującą rolę. Po zwycięstwie pod Waterloo w 1815 r. spłata długów wojennych zajęła prawie wiek.
Pomimo tego ciężaru, Wielka Brytania ustanowiła „Pax Britannica” po zwycięstwie pod Trafalgarem w 1805 r., kontrolując globalne szlaki morskie i dyktując wolny handel. Londyn przekształcił supremację przemysłową w globalną sieć handlową, a funt szterling — powiązany ze złotem — stał się kotwicą międzynarodowych finansów.
Jednak globalne ograniczenia Wielkiej Brytanii stały się widoczne w wojnach burskich (1899–1902). Wzrost potęgi Niemiec wywołał presję egzystencjalną, której kulminacją były I i II wojna światowa. Wielka Brytania pożyczyła 4 miliardy dolarów od amerykańskich bankierów, zwłaszcza JP Morgana, podczas I wojny światowej, podważając supremację funta szterlinga.
Rezerwy złota zostały uszczuplone przez koszty dwóch wojen światowych; Nie mogąc utrzymać kursu złota, Wielka Brytania porzuciła standard złota w 1931 roku. Po II wojnie światowej funt doznał najpoważniejszego załamania z powodu zadłużenia, spadku eksportu i utraty dochodów imperialnych. Podjęta w 1947 roku próba przywrócenia wymienialności funta nie powiodła się, wyczerpując rezerwy w wysokości 3 miliardów dolarów w ciągu sześciu tygodni. W 1949 roku funt został zdewaluowany o 30%. Oznaczało to zarówno kryzys monetarny, jak i geopolityczny. Wielka Brytania oddała przywództwo finansowe Stanom Zjednoczonym; funt stracił rolę globalnej waluty rezerwowej.
Wzrost wartości dolara amerykańskiego
Do 1890 roku Stany Zjednoczone prześcignęły Wielką Brytanię pod względem produkcji przemysłowej, stając się największym producentem na świecie i kładąc podwaliny pod globalną dominację dolara. Stal, ropa naftowa, koleje i masowa produkcja przekształciły Stany Zjednoczone w potęgę eksportującą kapitał. Podczas I wojny światowej Stany Zjednoczone stały się wierzycielem Europy i zgromadziły ogromne rezerwy złota. W latach dwudziestych XX wieku Nowy Jork rywalizował z Londynem jako centrum finansowe; w latach czterdziestych XX wieku Stany Zjednoczone posiadały dwie trzecie światowych zapasów złota. Dominacja ta została zinstytucjonalizowana w Bretton Woods pod koniec II wojny światowej, gdzie dolar stał się podstawą nowego międzynarodowego systemu monetarnego.
System Bretton Woods
W lipcu 1944 roku przedstawiciele 44 krajów spotkali się w Bretton Woods w stanie New Hampshire, aby zaprojektować powojenny porządek gospodarczy. Mając miażdżącą przewagę ekonomiczną, Stany Zjednoczone wprowadziły system oparty na dolarze, w którym dolar był powiązany ze złotem, a inne waluty były powiązane z dolarem. Wartość uncji złota ustalono na 35 dolarów.
Konferencja stworzyła dwa filary globalnych finansów: MFW, który miał wspierać krótkoterminowe wsparcie bilansu płatniczego, oraz Bank Światowy, który miał wspierać długoterminową odbudowę i rozwój. Bretton Woods zinstytucjonalizował zarówno system monetarny oparty na dolarze, jak i liberalny porządek gospodarczy pod przewodnictwem USA.
Upadek Bretton Woods
Pod koniec lat 50. XX wieku Stany Zjednoczone drukowały więcej dolarów, niż mogły utrzymać ich rezerwy złota, aby sfinansować wojnę w Wietnamie, zobowiązania z okresu zimnej wojny, pomoc finansową w ramach programu Marshalla i rosnące wydatki socjalne. Nadmierna emisja dolarów osłabiła zaufanie do amerykańskiego złota.
Europa i Japonia odbudowały się do lat 60. XX wieku, amerykańska dominacja przemysłowa uległa erozji, a nadwyżki dolarów gromadziły się za granicą. Stany Zjednoczone nie były już w stanie jednocześnie zapewniać globalnej płynności i utrzymywać zaufania do parytetu złota. Kiedy kraje – na czele z Francją – zaczęły żądać złota w zamian za dolary, system się zachwiał. W 1971 roku prezydent Nixon zamknął okno dla złota, kończąc wymienialność 35 dolarów za uncję i skutecznie rezygnując z systemu z Bretton Woods. Dolar wszedł w erę nieograniczonej ekspansji walut fiducjarnych, teraz wspieranej nie złotem, ale siłą militarną i rodzącym się systemem petrodolara.
System petrodolara
Po 1971 roku Stany Zjednoczone uzyskały możliwość nieograniczonego drukowania pieniędzy bez rezerw złota. System petrodolara powstał po kryzysie naftowym w 1973 roku dzięki strategicznemu porozumieniu z Arabią Saudyjską: eksport ropy miał być wyceniany wyłącznie w dolarach, a eksporterzy ropy mieli reinwestować nadwyżki na amerykańskich rynkach finansowych.
Ropa zastąpiła złoto jako filar globalnego popytu na dolary. To porozumienie umożliwiło Stanom Zjednoczonym pozyskiwanie nieograniczonego finansowania zewnętrznego, generowanie ogromnych deficytów i zaciąganie pożyczek po niskich stopach procentowych. W zamian finansowało globalną obecność Pentagonu – grupy uderzeniowe lotniskowców, sieć ponad 800 baz, modernizację nuklearną i jednobiegunową dominację po zimnej wojnie.
Doktryna Cartera (z 23 stycznia 1980 roku) uznała każde zagrożenie dla szlaków naftowych w Zatoce Perskiej za bezpośrednie zagrożenie dla żywotnych interesów USA, nakazując reakcję militarną.
Za Reagana przekształciło się to w agresywne powstrzymywanie i ochronę szlaków energetycznych. Interwencje w wojnie tankowców, konwoje w Zatoce Perskiej i sojusze regionalne broniły petrodolara.
Doktryna Busha zapoczątkowała pierwszą wojnę na dużą skalę (wojnę w Zatoce Perskiej w 1991 r.) w celu ochrony porządku naftowego. Wsparcie USA dla Izraela po 1973 r. dodatkowo zmilitaryzowało region.
Po 11 września doktryna wojny prewencyjnej legitymizowała zmianę reżimu przeciwko państwom zagrażającym izraelskiej geopolityce oraz amerykańskiej architekturze energetycznej lub monetarnej.
Przejście Iraku w 2000 r. na sprzedaż ropy w euro zostało potraktowane jako czerwony alarm. Wojna w Iraku w 2003 r., interwencja w Libii w 2011 r. i polityka wobec Syrii po 2013 r. były powiązane z utrzymaniem petrodolara i realizacją izraelskich celów geopolitycznych. Fundamentalna lekcja: petrodolar jest silnikiem płynności, który finansuje globalną potęgę militarną USA . Dopóki energia przepływa kanałami dolarowymi, amerykańska hegemonia jest bezpieczna; gdy rozpoczyna się dedolaryzacja, hegemonia pęka.
Dolar zaczyna tracić swój tron
W ostatnich latach globalne wysiłki – zwłaszcza wśród krajów BRICS i gospodarek wschodzących – na rzecz handlu w walutach krajowych uległy nasileniu. Handel wewnątrz BRICS w walutach lokalnych przekracza obecnie 65%, co zmniejsza udział dolara do około jednej trzeciej. Analitycy przewidują, że dominacja dolara w rezerwach i fakturowaniu może spaść z około 90% do 40–45%.
Dolar, oderwany od złota od 1971 roku, stoi obecnie w obliczu konkurencji ze strony rozwijających się bloków, nowych systemów płatności oraz handlu energią coraz częściej prowadzonego poza dolarem. Jego status jedynej globalnej waluty systematycznie słabnie.
Wniosek
Historia uczy jednej lekcji: dług jest niezbędny dla każdego imperium, a jednak zachowuje się jak rak. Rzym zaczął upadać w dniu, w którym stracił srebrnego denara. Upadek Hiszpanii rozpoczął się, gdy obfitość srebra uczyniła real bezwartościowym. Holandia i Francja upadły, uwięzione w spirali stóp procentowych. Imperium Osmańskie dusiło się pod ciężarem dewaluacji i długu zagranicznego.
Podobną entropię gospodarczą widać dziś w Imperium Amerykańskim. Z ponad 36 bilionami dolarów długu publicznego, prawie 100 bilionami dolarów długu całkowitego i ciągłymi deficytami rzędu bilionów dolarów, Waszyngton stworzył finansowego kolosa, niezdolnego do udźwignięcia własnego ciężaru.
Co gorsza, globalna zgoda, która podtrzymywała historyczny przywilej dolara, rozpada się. Rozwój handlu walutami krajowymi w ramach BRICS, azjatyckie systemy płatności, zdedolaryzowane rynki energii, zmiany w strukturze rezerw i dążenie Globalnego Południa do autonomii finansowej podważyły fundamenty hegemonii USA.
Gdy porządek petrodolara drży, drży również niewidzialny silnik płynności napędzający amerykańską dominację militarną. Waszyngton generuje teraz dług zamiast hegemonii. Zaufanie do dolara słabnie. Podobnie jak w przypadku Rzymu, Hiszpanii, Holandii, Francji i Imperium Osmańskiego, największym zagrożeniem dla Stanów Zjednoczonych nie są zewnętrzni rywale, lecz ich własne zadłużenie, stopy procentowe i inflacja.
Nieunikniona prawda pozostaje: wraz z upadkiem pieniądza upadnie również imperium. Gdy tron dolara drży dzisiaj, świat coraz bardziej słyszy kroki wielobiegunowej przyszłości skoncentrowanej na Azji.
Cem Gürdeniz
Admirał w st. spocz. Cem Gürdeniz, pisarz, ekspert geopolityczny, teoretyk i twórca tureckiej doktryny Błękitnej Ojczyzny (Mavi Vatan). Pełnił funkcję szefa Departamentu Strategii, a następnie szefa Wydziału Planowania i Polityki w Kwaterze Głównej Marynarki Wojennej Turcji. Opublikował liczne książki na temat geopolityki, strategii morskiej, historii i kultury morskiej.
Jest pracownikiem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/cancer-sinks-empires-borrowing/5906676
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 18353
Z prof. Jerzym Kleerem, wiceprzewodniczącym Komitetu Prognoz PAN, autorem książki Dobra publiczne wczoraj – dziś – jutro rozmawia Anna Leszkowska
- Panie profesorze, dobro publiczne to termin funkcjonujący zaledwie od ponad 60 lat. Ale o ile początkowo dotyczył on głównie obrony i edukacji, i w niewielkim zakresie także opieki zdrowotnej, obecnie stał się niezmiernie pojemny, przysłowiowym workiem bez dna. Do dóbr publicznych zalicza się także informację, pokój, traktaty, bezpieczeństwo socjalne, finanse publiczne, a nawet dzieci. Czym więc są dobra publiczne?
-
Przede wszystkim dobra publiczne są związane z funkcjonowaniem suwerennego państwa, z sektorem publicznym, który stanowi pewien kręgosłup każdego państwa. Pewne dobra publiczne są niejako przypisane do państwa i ono nie może z nich zrezygnować.
Od zawsze czystymi dobrami publicznymi były obrona państwa, bezpieczeństwo oraz system instytucjonalno-prawny, a także ochrona własności.
Tak zwane czyste dobra publiczne charakteryzują się dwiema cechami: są niekonkurencyjne i każdy ma prawo z nich korzystać. Nikogo nie można wykluczyć z prawa do korzystania z bezpieczeństwa, ani z praworządności, ani z ochrony własności publicznej i prywatnej. Czyste dobra wszędzie były finansowane przez państwo i wszędzie obowiązywały, choć modele tych dóbr bywały różne.
Istnieją również dobra mieszane, które są częściowo odpłatne, zatem mają charakter częściowo wykluczający. Pojawiły się one z chwilą zmiany modelu gospodarczego w krajach rozwiniętych i wprowadzeniu modelu neoliberalnego z poszerzającym się zakresem gospodarki rynkowej. Wówczas, niektóre czyste dobra publiczne, które były cechą sztandarową państwa opiekuńczego jak bezpłatna edukacja, służba zdrowia, pomoc społeczna itd., stały się odpłatne (całkowicie lub częściowo), czyli dostępne tylko dla niektórych. Powstała prywatna edukacja, służba zdrowia, usługi opiekuńcze.
Z chwilą pojawienia się globalizacji i rewolucji informacyjnej dochodzi do kolejnej zmiany: w wyniku otwarcia granic pojawiają się potrzeby, które powinny być traktowane jak dobra publiczne. Tu tkwi źródło narodzin globalnych dóbr publicznych.
Wprawdzie literatura ekonomiczno-społeczna poświęcona globalnym dobrom publicznym jest dosyć obszerna, jednakże w praktyce nie bardzo się te dobra przebiły. Wynika to z tego, że warunkiem ich tworzenia musi być porozumienie co najmniej dwóch państw (ale z reguły większej ich liczby), które winno się opierać na dobrowolności, równości, kompromisie rozwiązań, zaufaniu, solidarności (pojawieniu się dóbr wspólnych) i określeniu sposobu finansowania tych dóbr. W niektórych dziedzinach to się nawet realizuje, tyle że rzadko, gdyż globalne dobra publiczne pojawiają się w obszarze, który jest ciągle marginalizmem funkcjonowania państwa suwerennego.
- Ale takie dobra jak Internet, informacja, GPS, to nie jest sprawa marginalna...
- Ależ to nie są dobra publiczne, bo nie ma tu równości szans poszczególnych państw w dostępie do nich. Poza tym reguły korzystania z tych dóbr, a jeśli idzie o informację - wybór treści, narzucają operatorzy, koncerny ponadnarodowe.
To nie są nawet dobra mieszane, ale prywatne. Popatrzmy na Wikipedię: można do niej wpisać co się chce, zatem można powiedzieć, że ona służy także dezinformacji. Dzięki systemom informatycznym można także inwigilować ludzi.
Moim zdaniem, tych dóbr nie należy zaliczać do globalnych dóbr publicznych, gdyż dobra takie winny dawać pożytek publiczny bez warunków.
- A czy środowisko naturalne winniśmy zaliczać do globalnych dóbr publicznych? Powietrze, wodę – wszyscy przecież mamy do nich dostęp, choć ich jakość w różnych częściach globu jest różna...
- Powietrze ani woda nie są dobrem, bo nie są wytworem człowieka. Ekonomiści umieszczają niekiedy te pojęcia w ramach dóbr w celu zwrócenia uwagi na stopień zniszczenia środowiska człowieka, skutkujący zmianami klimatycznymi i konsekwencjami tego dla życia człowieka. Ale z punktu widzenia ekonomii, środowisko naturalne nie jest dobrem publicznym – jest nim natomiast jego ochrona.
Czyste dobra publiczne zatem to obrona, bezpieczeństwo, ład instytucjonalno-prawny, a w niektórych państwach edukacja i ochrona zdrowia oraz infrastruktura. Ja zaliczam do czystych dóbr publicznych także sektor badań i rozwoju, oraz pomoc socjalną i sektor samorządowy. Ten ostatni ma wszystkie cechy dobra publicznego: nie można z niego nikogo wykluczyć, nie powinien być konkurencyjny, pełni także funkcje na rzecz danej społeczności.
- Jak zatem ocenić, co jest a co nie jest dobrem publicznym? Czy fakt, że ekonomiści zaliczają do nich coraz więcej dóbr, rozwiązań, instytucji, związane jest z ewolucją tego pojęcia?
- W ostatnich dziesięcioleciach z reguły zawężano funkcjonowanie sektora publicznego. Pojawiały się różne instytucje, które można byłoby nazwać quasi-publicznymi. Miała na to wpływ globalizacja, która wraz z rewolucją informatyczną spowodowała wzrost więzi między państwami. Globalizacja też uruchomiła proces powstawania państw suwerennych, których „wysyp” nastąpił w II połowie XX wieku w wyniku dekolonizacji oraz rozpadu eksperymentu socjalistycznego. Przy czym trzeba mieć na uwadze, że ta współczesna suwerenność jest pojęciem dosyć względnym, o ile nie wątpliwym.
- Istnienie dóbr publicznych ma rodowód kilkusetletni, ale rozwój tej idei nastąpił dopiero po wojnie. Co takiego się stało w II połowie XX wieku, że dobra publiczne stały się tak pożądane?
- Dobra publiczne zaczęły się upowszechniać w rozwiniętych krajach kapitalistycznych, które musiały pokazać, że dbają bardziej o swoje społeczeństwa niż państwa socjalistyczne, które pod hasłami dobrobytu dla wszystkich zapoczątkowały ten eksperyment. Państwo opiekuńcze jest to bowiem rewers państwa socjalistycznego, ale rewers skuteczny.
A jak coś wchodzi w obieg życia społecznego, to nie da się tego całkowicie wyrzucić, można to jedynie zmienić. Stąd też w jednych krajach edukacja jest jeszcze bezpłatna, ale już ochrona zdrowia nie dla wszystkich.
Pomijam już problem całkiem nowy, który pojawił się w połowie lat 50., czyli boom demograficzny - w ciągu 50 lat przybyło nam ponad 2 mld ludzi. I trzeba było im coś zaoferować. Było to więcej teorii, mniej praktyki, czyli więcej propagandy, a mniej realnych korzyści.
Tak wielka liczba ludzi na świecie jak obecnie determinuje stopień dostępu do dóbr publicznych. Dla jednych będzie on jeszcze nieograniczony, dla innych ograniczony, a dla innych wyłącznie prywatny. Ale być musi. Tutaj istnieje iunctim między rozwojem a dobrami publicznymi. Sfera dóbr publicznych zaczyna się jednak kurczyć, bo państwa już nie stać na takie wydatki.
- Jednak niektórzy ekonomiści uważają, że rozwój dóbr publicznych to nie tyle skutek socjalizmu, co trzecia droga ustrojowa – ani kapitalizm, ani socjalizm. Inni z kolei twierdzą, że to sposób na łagodzenie napięć między państwem narodowym a zglobalizowanym światem.
- Jestem przeciwnikiem tej drugiej koncepcji dlatego, że czyste dobra publiczne - obronność, praworządność, ochrona własności - są efektem umacniania państwa suwerennego.
- A jeśli wskutek globalizacji państwo suwerenne przestanie istnieć, wówczas i dobra publiczne znikną?
- Wówczas pojawią się globalne dobra publiczne.
- I mogą one być zupełnie inne niż narodowe...
- Oczywiście, tylko że jeśli wzrost gospodarczy jest nadrzędnym celem wszystkich państw, to potrzebne jest wyedukowane społeczeństwo, zdrowe, ze zorganizowaną przestrzenią publiczną. Do tego potrzebna jest edukacja dla wszystkich, nakłady na B+R, służba zdrowia, pomoc społeczna, władza lokalna, itd. Czyli trzon dóbr publicznych pozostanie zawsze.
- Jest jeszcze jedna teoria dotycząca dóbr publicznych: określa się ją jako podstawę rozwoju państw słabo rozwiniętych.
- Państwa zacofane w warunkach współczesnych mogą się rozwijać tylko poprzez imitację lob skokowo. Otwarcie granic daje atut taki, że można łatwo przejmować pewne rozwiązania techniczne, instytucjonalne czy formy instytucji ekonomicznych. Takim krajem rozwijającym się w sposób imitacyjny jest Polska.
Skokowość z kolei polega na tym, że państwo w swoim rozwoju nie przechodzi wszystkich faz, ale przejmuje rozwiązania „z wyższej półki”. Oczywiście, efektywność tych nowych rozwiązań będzie dużo niższa. W tym sensie dobra publiczne mogą być użyte jako czynnik rozwoju, ale to nie one są jego siłą sprawczą.
- Czy wielkie nierówności społeczne nie są zagrożeniem dla dóbr publicznych? Czy nie ma tu pokusy, że najbogatsi przejmą je i staną się one dobrami prywatnymi?
- Niekoniecznie. Jeżeli weźmie się np. pod uwagę czysty model NATO, to organizacja ta miała zadanie obrony terytorium swoich członków. Tymczasem stała się organizacją ofensywną, angażującą się w wojny na terytoriach państw niezrzeszonych. Prawo jest więc niesłychanie ważnym czynnikiem, ale pod jednym warunkiem: że jest stosowane.
- A jak należałoby ocenić takie działania polityczne jak zapowiedź wprowadzenia traktatu TTIP? Z jednej strony –tworzenie dóbr globalnych, a z drugiej obawa, że jego wprowadzenie doprowadzi do likwidacji narodowych czystych dóbr publicznych – zwłaszcza edukacji i ochrony zdrowia...
- To jest możliwe, chociaż trudno sobie wyobrazić całkowitą prywatyzację edukacji i służby zdrowia. Bo to dla edukacji oznaczałoby, że wszystkie dzieci na całym terytorium obowiązywania takiego traktatu uczą się z jednego podręcznika. Takiemu rozwiązaniu będzie przeciwny system kulturowy - narody się nie zgodzą. A nie ma możliwości stworzenia jednego, ogólnoświatowego, systemu kulturowego.
Ochrona zdrowia też nie może zostać w pełni sprywatyzowana, dlatego że ludność świata z uwagi na klimat jest bardzo zróżnicowana pod względem chorób. Poza tym systemy kulturowe mają wpływ na dietę, styl życia, a zatem – stan zdrowia, także choroby. Oczywiście, można sobie wyobrazić prywatyzację i edukacji, i służby zdrowia pod jednym warunkiem: że zróżnicowanie dochodowe będzie niewielkie. Bo wówczas każdy musiałby kupować i usługi edukacyjne, i medyczne.
- Czy istnienie czystych dóbr publicznych w większym stopniu zależy od formy ustroju czy globalizacji?
- Neoliberalizm nie upowszechnia dóbr publicznych dlatego, że jedną z jego podstawowych zasad jest małe państwo. W warunkach współczesnych nie ma jednak innej instytucji – poza państwem - która byłaby w stanie dostarczyć dóbr publicznych. Korporacje mają przecież na uwadze tylko zysk.
Wprawdzie współczesne państwo jest produktem rewolucji przemysłowej, (które jednak ulega modyfikacji), ale w najbliższym czasie prawdopodobnie nie będzie innych form je zastępujących, bo nie powstanie rząd światowy. Nawet jeśli zgodziłoby się na to kilka państw, to nie sposób osiągnąć zgodę wszystkich.
Moim zdaniem, najbliższe pokolenia będą żyły w państwach narodowych i suwerennych, które mogą zmieniać zakres swojej suwerenności, niemniej w jakimś stopniu nimi pozostaną. Tym samym istnieć będą narodowe dobra publiczne.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2442
Dyktatura długu – pod takim hasłem odbyła się 1.06.16 w Polskim Towarzystwie Ekonomicznym debata zorganizowana przez PTE, Le Monde diplomatique – edycja polska oraz Fundację im. Róży Luksemburg.
W pierwszej sesji, zatytułowanej „Dług, kryzys i alternatywy” prof. Leokadia Oręziak (SGH) pokazała, jak prywatyzacja emerytur* stała się źródłem narastania długu publicznego. Wskutek 40% uszczerbku składek na ZUS i przekierowania ich do OFE, państwo – gwarant emerytur powszechnych - zmuszone było uzupełnić ten brak. Mogło to zrobić na trzy sposoby: albo poprzez prywatyzację, czyli sprzedaż majątku wspólnego, albo poprzez podniesienie podatków, albo pożyczając pieniądze w bankach komercyjnych. Z racji kurczących się zasobów do prywatyzacji, niemożliwości podniesienia podatków, została mu trzecia droga – pożyczki bankowe, która spowodowała narastanie długu publicznego.
Nie byłoby w tym rozwiązaniu nic groźnego, gdyby kraj miał nadwyżki budżetowe (tak było w Kanadzie, Szwecji i Australii), jednak w tak biednym państwie jak nasze, skutkowało to pułapką zadłużenia. Prywatyzacja emerytur, czyli OFE, została narzucona przez MFW i BŚ w interesie światowej finansjery nie tylko zresztą Polsce – rozwiązanie rujnujące finanse publiczne musiało przyjąć ok. 30 krajów. Obecnie do przyjęcia tego rozwiązania zmuszana jest Ukraina i Armenia.
Polska reforma emerytalna została wprowadzona na wzór chilijskiej z czasów dyktatury Pinocheta, o której wyznawcy neoliberalizmu mówili „chilijski cud”. Ten „cud” spowodował w Chile ogromne nierówności społeczne i ekonomiczne oraz kryzys ekonomiczny. Po 30 latach od jej wprowadzenia uczestnicy chilijskich OFE nie otrzymują żadnych emerytur, (poza wojskiem i policją, które pozostały w starym systemie), gdyż system się zawalił. Zyski z chilijskich OFE popłynęły do finansjery i oligarchii chilijskiej, część została wytransferowana do USA. Do dzisiaj Chile – zobowiązane tą niemającą legitymacji społecznej umową – dysponuje zaledwie 1/3 zbieranych składek emerytalnych, natomiast 2/3 jest przeznaczane przez fundusze emerytalne do gry na giełdzie. Interes społeczny przegrywa zatem z interesem bogatych i jeżeli ludzie nie wywalczą zmiany tego systemu wprost na ulicach – to klasa polityczna nic nie odda z tego, co zawłaszczyła, bo ma władzę i dysponuje mediami.
Co ciekawe, o ile Polska z ochotą przyjmowała rozwiązania chilijskie i trwa w tym do dzisiaj, tak np. Węgrom udało się z tej pułapki wyrwać. W tym roku polski rząd musi pożyczyć na wypłatę emerytur ponad 3 mld zł i państwo nic nie robi, żeby 2,5 mln Polaków wycofało się z OFE. A trzeba przecież spłacać także 145 mld długu wynikłego z OFE z przeszłości. Polska – jako druga po Grecji – płaci największe odsetki obsługi długu, a przez najbliższe 4 lata z powodu OFE dług będzie większy o 40 mld zł.
Koszty tego niemoralnego systemu ponoszą więc wszyscy Polacy, natomiast zyski mają nieliczni. Co przykre – podkreślała prof. Oręziak – przy wprowadzaniu tego systemu korumpowano nie tylko elity władzy, ale i naukowców, profesurę. To działanie wbrew interesom państwa i społeczeństwa. Niestety, czyni tak nawet polskie radio, czyli media publiczne.
Z tego systemu należy jak najszybciej wyjść, zaoszczędzilibyśmy wówczas 3 mld zł rocznie, tj. więcej niż z podatku bankowego i sklepów wielkopowierzchniowych. Do tego potrzebna jest jednak wola rządu oraz wyrwanie się z zależności od banków. Przyjęcie OFE bowiem to największa po wojnie krzywda, jaka nas spotkała. Długi legalne i nielegalne O zadłużeniu Hiszpanii i miasta Kadyks mówił z kolei José Ramón Páez Pareja z partii Podemos, doradca ekonomiczny władz Kadyksu. Przedstawiał jak do tego doszło (kryzys hipoteczny – gminy budowały domy bez rozeznania potrzeb, a także stadiony oraz lotniska, z których nie odleciał żaden samolot) i jak trudno obecnie rozwiązywać ten problem (banki, jeśli przejmą mieszkania za długi, to mogą upaść, bo wartość gruntów i nowo wybudowanych budynków mocno spadła). Odpowiedzialność ponosi tu Partia Ludowa, bo to ona współpracowała z bankami i teraz chce je ratować pieniędzmi publicznymi. Elity polityczne dokonały więc oszustwa wobec społeczeństwa i zdestabilizowały kraj (bezrobocie w Kadyksie wynosi 45%, a zadłużenie gospodarstw domowych w państwie wzrosło 5-krotnie).
Rodzi się w związku z tym pytanie o legalność takich długów, o ich restrukturyzację lub całkowite umorzenie, zwłaszcza że obecnie Hiszpania musi przeznaczać 13% swojego PKB na ich obsługę. Rząd zadłużał się, aby rozwiązywać problemy prywatnych banków; uważa się, że nawet 66% zadłużenia administracji publicznej może być uznane z tego powodu za niezasadne. Ale problem jest skomplikowany, bo elity hiszpańskie zadłużały się nie tylko u swoich obywateli – 44% długu Hiszpanii to dług zewnętrzny, zaciągany w instytucjach międzynarodowych oraz w innych państwach (głównie w Niemczech), którego spłatę czy umorzenie trzeba negocjować. Dług to najświeższa i gorąca debata w tej chwili w ekonomii – podkreślał Rafał Woś. Nawet ekonomiści mają problemy ze zrozumieniem sytuacji, w jakiej znalazł się świat. Panuje powszechne przekonanie, że dług jest stratą, co nie jest prawdą, nie rozróżnia się długu publicznego od prywatnego, choć to ten drugi jest praprzyczyną obecnych problemów, bowiem gdyby nie było długu prywatnego, nie byłoby i publicznego. Dołączyła do tego głosu i prof. Elżbieta Mączyńska, prezes PTE, mówiąc, iż to obecna ekonomia wpędza świat w długi. Dług jest bowiem cechą gospodarki neoliberalnej - dowodził dr Gavin Rae (Akademia Koźmińskiego), niemniej analizując zjawisko długu trzeba rozróżniać inwestycje od konsumpcji oraz dług publiczny od prywatnego. Wysoki dług publiczny jest bowiem wynikiem kryzysu, a nie jego powodem. Przyczynami długu są: spadek PKB, wzrost bezrobocia i ubóstwa oraz ratowanie przez rządy banków i sektora finansowego. Przed kryzysem to właśnie dług prywatny był problemem: w UE w 2004 roku wynosił 200% PKB, natomiast w 2008 już 250%. To on wywołał kryzys, choć był też i skutkiem polityki neoliberalnej, doprowadzającej do spadku inwestycji publicznych (w 2013 było ich o 20% mniej niż w 2008 roku, czyli spadek 2-krotnie większy niż w USA czy Japonii) - najważniejszego czynnika gospodarczego. Ważne jak odróżnić inwestycje od konsumpcji – w Europie obecnie wprowadza się program inwestycji społecznych i gospodarczych (w Wielkiej Brytanii jest to program Partii Pracy), gdyż wiadomo, że inwestycje prywatne nie tworzą wzrostu gospodarczego. Polska ma zapisane w Konstytucji (taki zapis nam narzucono), że dług publiczny nie może przekroczyć 60% PKB, co ogranicza nasz rozwój. Większego długu jednak nie ma się co bać, jeśli finansuje się nim inwestycje publiczne.
Dług i kobiety
A jak na dług patrzą kobiety? Dr Anna Zachorowska- Mazurkiewicz (Instytut Ekonomii, Finansów i Zarządzania UJ) przedstawiła problematykę długu z perspektywy ekonomii feministycznej. Otóż kobiety mają gorszy dostęp do kredytu, bo i wynagradzane są gorzej i majątek mają mniejszy niż mężczyźni. W sytuacji ograniczenia wydatków publicznych, zwłaszcza w sferze socjalnej, to jednak one ponoszą największe ciężary. Bo rządy – ratując banki pieniędzmi podatników – zakładają, iż praca socjalna może być wykonana nieodpłatnie w rodzinie, czyli głównie przez kobiety. Tymczasem zaangażowanie się państwa w rozwój usług jest bardzo opłacalne, m.in. z powodu wzrostu miejsc pracy.
Metody studenckie
Długi dotykają także studentów – o czym mówił Piotr Kowzan z Uniwersytetu Gdańskiego. Zgodnie ze Strategią Lizbońską bowiem następuje wzrost udziału środków prywatnych w finansowaniu edukacji na poziomie uniwersyteckim.
W Polsce nie skutkuje to jednak większą liczbą kredytów bankowych – korzysta z nich mniej niż 8% studentów. Polskie kredyty studenckie są też symboliczne: wynoszą 600 – 800 zł miesięcznie, podczas gdy w innych krajach pokrywają wszystkie koszty studiowania i utrzymania (żeby studiujący nie musieli w tym czasie pracować).
Pierwotnym celem tych kredytów było zwiększenie dostępu do studiów dla biedniejszej młodzieży, uwolnienie od przymusu pracy w okresie studiów oraz oswojenie z kredytami. Niemałą rolę przypisywano pedagogice długu: że edukacja jest usługą konsumpcyjną, że kredyt jest lekcją relacji młodego człowieka z państwem i uczy, ile człowiek jest wart. Co z tego wyszło? Cześć naszych studentów się nie zadłuża z powodów ideowych (praktykują ascetyczny tryb życia, żyją za tyle, ile mają), ale część po prostu boi się, że po skończeniu studiów nie będzie miała go z czego spłacić.
A co robią ci, którzy wzięli kredyt, a nie mają go z czego spłacić? W Polsce już można ogłosić upadłość konsumencką, co jednak rzadko się zdarza.
W Szwecji studenci wymyślili inną metodę ratunku: uciekają z dotychczasowego miejsca zamieszkania – w 2009 r. zniknęło 20 tysięcy osób mających niespłacone kredyty studenckie. Turystyka upadłościowa dotyczy zwłaszcza osób dobrze wykształconych: zwykle są to absolwenci prawa, ekonomii, albo obu tych kierunków.
W Islandii z kolei studenci zażądali zajęć wakacyjnych, gdyż uczelnie w tym czasie nie wypłacają stypendiów. W USA natomiast powstała grupa inicjatywna, która ogłosiła, iż w sytuacji, kiedy takich studentów będzie milion – przestaną spłacać kredyt, gdyż będzie to już problem polityczny, nie pojedynczego studenta.
W Chile wymyślili akty sabotażu, paląc publicznie umowy kredytowe (co jest dość naiwne), natomiast w Hiszpanii autor badań spotkał się ze swoistym wallenrodyzmem – student bierze kredyt i przeznacza go nie na kształcenie, ale szlachetny, społeczny cel (np. budowę spółdzielni). Mimo różnych sposobów radzenia sobie z długiem, studenci nie mają jednak wyjścia i muszą go spłacać, jeśli chcą edukacji na poziomie wyższym, bo ta kosztuje. Poza tym instytucje finansowe patrzą na nich jak na konsumentów, zatem o szlachetnych ideach edukacji nie ma co marzyć.
Długi miejskie
Druga część debaty prowadzonej przez Przemysława Wielgosza z Le Monde diplomatique dotyczyła długów miejskich, z którymi Hiszpanie w ocenie José Ramóna Páeza Pareji mają podobne do nas problemy. Miasta budowały stadiony, niepotrzebne lotniska, a teraz nie mają z czego spłacać zaciągniętych kredytów. Ustawodawstwo hiszpańskie utrudnia finansowanie miast, poziom zadłużenia samorządów oficjalnie wynosi ok. 75%, ale w rzeczywistości jest wyższy, bo nakładają się na to stare długi. Walka z tymi haniebnymi długami nie może jednak przebiegać pod hasłami radykalizmu, musi polegać na negocjacjach.
Aparat neoliberalny tak reguluje sytuację, aby nie było ludzi niezadłużonych, czyli wolnych – podkreślał Piotr Ikonowicz z Ruchu Sprawiedliwości Społecznej. Dług nie jest przypadkiem. Większość zadłużenia to zadłużenie mimowolne – ludzie zadłużają się, żeby jeszcze żyć. Z badań wynika, że 20% gospodarstw domowych w Polsce wydaje 130% swoich dochodów! W dodatku w 2011 roku ustawodawcy znieśli wszelkie ograniczenia dla lichwy, którą zajmują się także banki. Przykładem perpetuum mobile wyzysku jest firma windykacyjna Kruk, która posiada własny bank. Nic dziwnego, że wartość firm windykacyjnych na giełdzie wzrasta, a handel długami można zakwalifikować jako zorganizowaną przestępczość.
W przypadku mieszkań stworzono system, w którym zarówno cena mieszkania, jak i czynszu jest zawyżona, bo cenę pieniądza ustalają bogaci, a płacą - biedni. Jeśli ktoś popada w dług, bezpieczniej jest nie mieć własnego mieszkania, bo komornik może je zlicytować za 1 zł, a lokatora wyrzucić na bruk. (W Polsce w ostatnich 20 latach dokonano 2 mln eksmisji). Z ustawy upadłościowej też nie mogą skorzystać wszyscy, bo wniosek taki trzeba opłacić (20% najbiedniejszych na to nie stać). Zbudowanie w Warszawie stadionu za 2 mld złotych ( a miasto stało wówczas na skraju bankructwa) pochłonęło czterokrotny budżet miasta na budownictwo komunalne – przypomniał Antoni Wiesztort z Kolektywu Syrena. Na prywatyzacji stołówek szkolnych miasto zarobiło 27 mln zł, czyli tyle, ile wydało na budowę strefy kibica.
Dostajemy więc ciastka zamiast chleba, ale dzisiaj co czwarty radny miejski jest milionerem, więc nic dziwnego, że samorząd chce zlikwidować budownictwo komunalne - podkreślił. Nikogo nie interesuje, że 50 tysięcy warszawiaków jest zadłużonych na pół miliarda złotych. Długi te są nie tylko niesprawiedliwe, ale i nielegalne, gdyż powstały po drakońskiej podwyżce czynszów w 2008 roku w lokalach komunalnych Warszawy (z 2 zł do 6 zł za 1 m2, ale dla wcześniej zadłużonych – z 2 zł do 18 zł/m2).
Trzeba więc przerwać tę miejską spiralę zadłużenia, gdyż widać, że Warszawa wraca do kumulacji problemów społecznych jakie miała w latach 30. XX w., czyli sytuacji doprowadzającej do wojny (w 1939 Warszawa w 97% była prywatna i była najbardziej zagęszczonym miastem w Europie). Ludzie w Polsce dali się nabrać na mit klasy średniej i dalej dają się manipulować – podsumował Piotr Ikonowicz. Jednak nie może być tak, że człowiek aby żyć, leczyć się, uczyć, będzie musiał się zadłużać. I tak długo, dopóki pieniądza nie przestaną kreować banki komercyjne zamiast banku centralnego, jak długo nie wyjdzie się z tego neoliberalnego systemu, nic się nie zmieni – dług pozostanie nierozwiązywalnym problemem. Anna Leszkowska *o prywatyzacji emerytur na świecie prof. L. Oręziak napisała książkę, którą recenzowaliśmy w SN Nr 8-9/14 - OFE, czyli katastrofa prywatyzacji emerytur

