Historia el.
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 3945
O historii edukacji (1)
Ktoś dowcipny powiedział, że ci którzy wiedzą - działają, a ci, którzy nie wiedzą - uczą. Patrząc na meandry edukacji z perspektywy dziejów, powiedzenie to wydaje się zawierać sporą dozę prawdy.
W ciągu tysiącleci szkoła zmieniała swoje oblicze, przywdziewając niejednokrotnie karykaturalne maski, rodem z greckiej komedii.
We wspólnocie pierwotnej edukacja opierała się na przekazie bezpośrednim - z ojca na synów, z matek na córki. Uprzywilejowaną pozycję miał szaman, któremu podlegały obrzędy inicjacji. Ten typ nauczania podlegał szybkiej weryfikacji. Młodzieniec, który nie przysłuchiwał się pilnie wykładom na temat sztuki łowieckiej stawał się najczęściej ofiarą. Podobnie jak chłopiec, czy dziewczynka, którzy złamali tabu. Wówczas kary za brak pilności egzekwowali współplemieńcy.
Ex Oriente lux
O tym, że „światło pochodzi ze Wschodu” archeolodzy przekonali się już w drugiej połowie XIX wieku, przy okazji wykopalisk w Egipcie i Mezopotamii. Obok ruin wspaniałych pałaców i świątyń, natrafili na malowidła ścienne i liczne archiwa glinianych tabliczek, traktujących o szkole.
W Egipcie najbardziej popularne były szkoły przyświątynne, gdzie uczono trudnej sztuki pisania przyszłych urzędników i kapłanów. Wprawdzie żadne przepisy nie regulowały, kto może dostąpić dobrodziejstwa nauki, jednak najczęściej w mury szkolne trafiali synowie z przysłowiowych dobrych rodzin.
Nauka była dość ciężka. Już w okresie Starego Państwa przyszły adept musiał zapamiętać ok. 1,5 tys. hieroglifów, a także nauczyć się na pamięć pewnej liczby magicznych formuł i tekstów prawnych. Dopiero po szkole trafiał do urzędu, gdzie rozpoczynał terminowanie, które przypominało dzisiejszą aplikację po ukończeniu prawa. Wówczas uczył się redagowania pism i biurokratycznych procedur obowiązujących w państwie.
W Sumerze szkoły nawiązywały bardziej do tradycyjnej rodziny. Dyrektor nosił tytuł „ojca”, a nauczyciele - „starszych braci”. System ten częściowo przejęli Babilończycy, których władcy postanowili kształcić również dziewczynki. Program szkolny obejmował spośród przedmiotów teoretycznych arytmetykę, geometrię, mechanikę i astronomię, z której później słynęli chaldejscy mędrcy.
Osobne szkoły istniały dla prawników, lekarzy i muzyków. Dwie ostatnie kategorie zawodowe cieszyły się taką estymą, że historycy oświaty uznali kształcące ich ośrodki za najstarsze szkoły wyższe.
Szkoły żydowskie przejęły wiele z tradycji babilońskiej, jednak niechętnie odnosiły się do naukowych nowinek. Ponadto kapłani uznali, że zły wpływ na młodych Izraelitów wywiera nauka grecka, więc ograniczyli program do zgłębiania Tory. Przyjmowano wszystkich chłopców po ukończeniu 6. roku życia, a jedynym wymogiem była znajomość na pamięć kilku psalmów i jakie takie obycie podczas religijnych ceremonii.
Chińska dyscyplina
Historia Chin tonie w mrokach legendy. Również początki oświaty w Państwie Środka znane są z legend. Wspominają one o najstarszych chińskich szkołach, a nawet o akademii cesarskiej, która miała istnieć w połowie III tys. p.n.e.
Od samego początku chiński system edukacyjny był zhierarchizowany oraz poddany brutalnej ingerencji władz. Tak więc istniały szkoły niższe, średnie, wyższe, państwowe i gminne, miejskie i wiejskie.
Za pierwszego mędrca przez stulecia uchodził Laozi. Według tradycji, jego biedna matka nosiła go w łonie przez lat 60, a gdy już je opuścił miał siwą brodę i był powszechnie poważanym mędrcem. Sam jednak poza pogardą dla doczesności i holistycznymi koncepcjami medycznymi niewiele przekazał swoim uczniom.
Znacznie większy wpływ wywarł Konfucjusz, żyjący na przełomie VI i V wieku p.n.e. Jego Pięcioksiąg wprowadzał moralny ład oparty na posłuszeństwie, co było bardzo na rękę panującym. Przez wiele wieków był niepodważalnym autorytetem w zakresie etyki. Nawet po tym, jak nieprzychylni mu cesarze wydawali jego dzieła na pastwę płomieni, powracał niczym odrodzony Feniks.
Rewolucja w zakresie edukacji nadeszła wraz z dynastią Han (206 p.n.e.- 220 n.e.). Ich panowanie to okres chińskiej prosperity militarnej i poważnych nabytków terytorialnych. Władcy dążyli zatem do unifikacji państwa i wzmocnienia władzy centralnej zakładając, że może to nastąpić tylko poprzez właściwe kształcenie obywateli. Jako, że nie ufali starej arystokracji (sami się szczycili dobrym, chłopskim pochodzeniem), stworzyli system szkolnictwa i morderczych egzaminów dostępny dla każdego.
Egzamin, który gwarantował karierę był trzystopniowy. Pierwszy stopień można było zdawać w każdym większym mieście. Trwał 3 dni i polegał na opracowaniu przez kandydata 3 tematów z zakresu filozofii konfucjańskiej, zagadnień moralnych oraz obowiązujących rytuałów, jak pogrzeby czy śluby. Był na tyle trudny, że na 35 kandydatów jeden tylko zdawał pomyślnie. Szczęśliwiec uzyskiwał tytuł „kwitnącego talentu” i mógł podjąć pracę np. jako nauczyciel. Zazwyczaj jeśli na tym poprzestał, powiększał grono sfrustrowanych Chińczyków, bowiem zarabiał mało, a perspektyw na dalszy awans nie miał.
Drugi stopień odbywał się przed wyznaczonymi komisjami w stolicach prowincji i trwał 9 dni. Liczba zadań była znacznie większa, a kandydata przez cały czas pilnowano, aby ktoś nie zakłócił jego samodzielnej pracy. Selekcja była znacznie ostrzejsza – zdawał jeden na 120. Uzyskiwał wówczas tytuł „promowanego uczonego” i miał prawo przy swoim domu wywieszać flagę państwową. Oznaką jego godności była również specjalna czapka i ozdobna tabliczka. „Promowani uczeni” byli w znacznie lepszej sytuacji, bowiem niejako z urzędu gwarantowano im pracę na państwowej posadzie w ciągu 2 lat od złożenia egzaminu.
Co trzy lata w Pekinie odbywał się najcięższy egzamin – trzeciego stopnia. Trwał 13 dni, podczas których kandydaci zamykani byli w celach, a pożywienie podawano im przez małe, zamykane okienka. Nadzorowała go komisja składająca się z członków akademii cesarskiej, zwana „Lasem Ołówków”. Egzamin był trudny, kandydat musiał wykazać się nie tylko znajomością prawa, historii, filozofii i ekonomii, ale także umieć przewidywać panujący trend na dworze, aby wiedzieć co i jak pisać. Wielu kandydatów nie wytrzymywało napięcia i mocno zapadało na zdrowiu, a niektórzy, widząc jak dworska kariera umyka im sprzed oczu, umierali zupełnie jak urzędnik w sztuce Gogola.
Ten jednak, kto przeszedł przez egzaminacyjne sito otrzymywał tytuł „zdolnego do urzędu” i od razu mógł ubiegać się o wysokie urzędy w państwie. Egzaminy te przetrwały w niezmienionym kształcie przez ponad 2 tysiące lat. Dopiero w 1902 roku cesarzowa Cixi uznała, że nadszedł czas, aby je zmienić.
Ojcowie nauki
Za twórców nauki w powszechnym pojęciu uchodzą Grecy. Tales jako pierwszy miał formułować twierdzenia ogólne. Dzięki licznym przekazom znamy dość dobrze spartański i ateński system kształcenia młodzieży.
W Sparcie od 7 roku życia chłopcy przebywali na „nieustającym obozie wojskowym”. Z dala od rodzin ćwiczyli się w biegach, skokach, zapasach, a w „starszych klasach” we władaniu bronią. Przez cały rok chodzili z ogolonymi głowami, na bosaka, za jedyne odzienie mając szorstką szatę. To miało ich zahartować. Od czasu do czasu ich wychowawcy fundowali im głodówki, aby uodpornić ich na głód. Obowiązkowo raz do roku byli chłostani w świątyni Artemidy, aby nabrać pogardy wobec bólu. Rytuał ten nadzorowała specjalna kapłanka, do której należała ocena, ile jeszcze razów można wymierzyć kandydatowi. Takie wychowanie młodzi Spartanie otrzymywali przez 10 lat.
Później, pomiędzy 17, a 20 rokiem życia wiedli iście męski żywot w efebiach. Tu pobierali lekcje fechtunku i szkolili się w sztuce zabijania. Nocami wyprawiali się do osad helotów i zabijali każdego napotkanego poza domem niewolnika.
Ateński system kształcenia wydawał się bardziej humanitarny i wszechstronny. Naród kupców i rzemieślników nie potrzebował maszynek do zabijania. Szkoły ateńskie kładły nacisk na naukę pisania, wymowy i rachunków. Przedmioty te wykładał gramatysta. Obok nich istnieli również nauczyciele muzyki - kitaryści (lub lutniści).
Dopiero od 13 roku życia do akcji wkraczał srogi nauczyciel od kształtowania tężyzny fizycznej - pedotriba. Już wówczas obok biegów, skoków i rzutów dyskiem czy oszczepem, chłopcy wiedli na stadionach polityczne dysputy godne mędrców.
Po ukończeniu 18. roku życia młodzi Ateńczycy kształcili swe ciała i umysły w gimnazjonach. W czasach nowożytnych ich rola była często opacznie rozumiana. Na podstawie opisanych w Uczcie Platona zażyłych stosunków między starszymi i młodszymi mężczyznami, potraktowano je jako pogańskie przybytki rozwiązłości.
W V wieku p.n.e. nad grecką edukacją zapanowali sofiści ze swoim relatywizmem poznawczym. Wśród nich wybijał się Protagoras, który dowodził, że nie istnieje poznanie obiektywne. Pochodzi ono bowiem od zmysłów, a zmysły każdego człowieka mogą odbierać świat inaczej. Podobnie traktował dobro moralne. Uważał, że co dla jednego jest dobre, dla drugiego - zdecydowanie złe. Jako przykład podawał chorego i lekarza. Chory skarży się, bo cierpi, ale lekarz dzięki jego cierpieniu żyje.
Przeciw sofistom występował niestrudzony obrońca cnoty i prawdy Sokrates, ale jego smutny koniec może tylko wskazywać, że już wówczas nikczemność często brała górę.
Platon i Arystoteles stworzyli prawdziwe ośrodki myśli, ale sami popadli w nadmierną spekulację i odeszli od empirii. Dopiero Szkoła Aleksandryjska przywróciła właściwą pozycję naukom przyrodniczym i przekazała swój dorobek Rzymianom. Jej twórcy stworzyli również podstawy dydaktyki. Zamiast uczyć wymowy za pomocą odpytywania z zapamiętanych tekstów, uczyli artykulacji poszczególnych głosek i składania ich w wyrazy, a także dowcipnych ćwiczeń mnemotechnicznych. Z tego okresu pochodzą np. nazwy części mowy.
Rzym- miasto epigonów
Rzymianie początkowo ślepo zwierzyli Grekom. Najmłodsze dzieci były uczone gramatyki i wymowy przez literatorów, rachunków zaś kalkulatorów. Ci ostatni byli zresztą na tyle uniwersalni, że wykładali również w klasach starszych.
Wpływ kultury greckiej raził jednak wielu zacnych Rzymian. Katon Starszy demonstracyjnie odsunął od wychowania swego syna -słynnego greckiego nauczyciela Chilona i sam podjął się nauczania, byle tylko wyeliminować wszystko co greckie. Był pierwszym znanym z imienia ksenofobem.
Podobnie jak w Grecji, sytuacja nauczycieli w Rzymie nie była najlepsza, choć w czasach Cesarstwa usiłowano ją poprawić. Na ich barkach bowiem spoczywało utrzymanie szkoły, tak więc musieli wprowadzać czesne i sami je egzekwować.
Niektórzy cesarze usiłowali ustanowić urzędowe stawki ich zarobków, jak choćby Dioklecjan. Według dekretu z 301 roku n.e., literator mógł pobierać 50 denarów miesięcznie od jednego ucznia. W tym czasie było to niewiele. Aby zarabiać tyle, co średnio wykształcony rzemieślnik, musiałby mieć przynajmniej 30 uczniów regularnie płacących. Kalkulator w tym samym czasie mógł pobierać 75 denarów od głowy, nauczyciel gramatyki greckiej, lub łacińskiej 200, a „profesor” retoryki - 250.
Cesarz Gracjan dekretem z 376 roku zapewnił nauczycielom dochody równe najniższemu żołdowi. Było to jednak w okresie ciężkich wojen, skarb państwa świecił pustkami i nikt nie miał głowy do nauki.
Inaczej sytuacja wyglądała w Cesarstwie Bizantyjskim. W 425 roku cesarz Teodozjusz II powołał w Konstantynopolu prawdziwy uniwersytet. Miał dziesięć katedr gramatyki greckiej, tyleż samo łacińskiej i po trzy katedry retoryki w każdym z tych języków. Zatrudniał najlepszych wykładowców, zapewniając im sute apanaże. Jednak wybrańcy muzy Uranii byli niemal całkowicie pozbawieni swobody. Nawet najznamienitszy uczony zatrudniony w cesarskiej akademii nie mógł opuścić miasta bez zezwolenia odpowiedniego urzędnika.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 168
Skonstruowanie czołgu, tego pierwszego i najważniejszego spośród gąsienicowych pojazdów opancerzonych, bywa na ogół przypisywane dość niezwykłemu wydarzeniu, do którego doszło z inspiracji jednego człowieka – podpułkownika E.D. Swintona, oficera wojsk inżynieryjnych armii brytyjskiej.
Ma to niewiele wspólnego z rzeczywistością, choć sam Swinton przypisywał sobie takie zasługi. Świadczą o tym jego wspomnienia spisane kilka lat po powstaniu pierwszego brytyjskiego czołgu, w których określa samego siebie mianem „pomysłodawcy”; zamieścił tam także rodzaj wykresu, który miał dowodzić, że idea czołgu faktycznie zrodziła się w jego głowie.
W istocie czołg powstał dzięki pomysłom i działaniom kilku ludzi, a udział w tym Swintona był znikomy i pośredni. Poza tym skonstruowanie pierwszych czołgów poprzedziły liczne starania i wynalazki, które pojawiały się w trakcie półwiecza sprzed narodzin właściwego czołgu.
Najważniejszym z nich było skonstruowanie gąsienicowego podwozia. Jego wykorzystanie w pojazdach napędzanych przez kotły parowe zaproponowano już w 1858 lub 1859 roku w patencie zgłoszonym w Stanach Zjednoczonych. Do 1867 roku zbudowano co najmniej jeden parowy traktor, z dwoma kołami tylnymi oraz przednim kołem sterowym, zastąpionym przez niewielką gąsienicę. Jednakże prace konstrukcyjne nad ciągnikami gąsienicowymi nabrały tempa dopiero w 1904 roku, gdy B. Holt zastąpił tylne koła gąsienicami w jednym z parowych ciągników produkowanych w Kalifornii przez jego firmę. A ponieważ zachował w tym pojeździe przednie koła sterujące, to oryginalny gąsienicowy ciągnik Holta stał się znany jako „półgąsienicowy”, podobnie jak inne ciągniki wyprodukowane przezeń do 1912 roku.
Jeszcze wcześniej, w roku 1905, osiągnięto duży postęp w tej dziedzinie, gdyż Richard Hornsby zbudował w Wielkiej Brytanii pierwszy całkowicie gąsienicowy ciągnik. Pojazd ten zaprezentowano w 1905 lub 1906 roku Komitetowi Transportu Mechanicznego brytyjskiego Ministerstwa Wojny; wywarł on na członkach tego komitetu spore wrażenie i w 1907 roku odbyły się jego oficjalne próby.
Rok później ciągnik Hornsby’ego wziął nawet udział w pokazie w Aldershot, który zaszczycił swoją obecnością król Edward VII. W 1909 roku Ministerstwo Wojny zamówiło nieco mniejszy ciągnik, także zaprojektowany przez Hornsby’ego, do celów wojskowych, a pojazd ów przetrwał do dziś w zbiorach Muzeum Broni Pancernej w Bovington w hrabstwie Dorset. Traktor ten został przetestowany w Aldershot, ale po 1911 roku armia brytyjska straciła na pewien czas zainteresowanie wozami gąsienicowymi, choć ciągnik powstały na jej zlecenie zaprezentowano w Londynie na początku 1914 roku.
Nie widząc możliwości zrobienia interesu w Wielkiej Brytanii, Hornsby odsprzedał swój patent kalifornijskiej firmie Holta, która w 1908 roku podjęła dość regularną produkcję ciągników gąsienicowych i z czasem wyeksportowała niewielką ich liczbę do Europy, a pozostałe sprzedała amerykańskim farmerom.
W tym samym czasie w War Office zainteresowano się na nowo ciągnikami Hornsby’ego w roli pojazdów do holowania dział. Ale w 1908 roku członek wspomnianego już Komitetu Transportu Mechanicznego, major W. E. Donohue, zasugerował, że zamiast działo holować, należy spróbować zainstalować je na ciągniku i zapewnić mu jakiś rodzaj osłony. W zasadzie chciał doprowadzić do stworzenia gąsienicowego działa samobieżnego, jednak z sugestii Donohue nie skorzystano.
Uderzające jest to, że owa propozycja Donohue wcale nie była pierwszą tego rodzaju. Pięć lat wcześniej oficer artylerii francuskiej kapitan Levavasseur przedstawił plan budowy samobieżnego działa 75 mm na opancerzonym podwoziu gąsienicowym. Koncepcję tę przeanalizowała komisja techniczna francuskiej artylerii, która jednak doszła do wniosku, że do ciągnięcia armat nadają się lepiej konie, i w 1908 roku ostatecznie odrzuciła projekt.
Inne propozycje przedstawione przed wybuchem pierwszej wojny światowej w 1914 roku spotkał podobny los. Najciekawszą z nich złożył kapitan G. Burstyn, austriacki oficer, który najwyraźniej obejrzał ciągnik Holta w 1911 roku, co zainspirowało go do zaprojektowania Motorgeschütz – gąsienicowego pojazdu opancerzonego z wieżą z działem oraz kółkami na wysięgnikach, ułatwiającymi pokonywanie okopów. Burstyn podsunął swój projekt austro-węgierskiemu Ministerstwu Wojny, które go jednak odrzuciło.
W Rosji do prac projektowych nad gąsienicowym wozem pancernym uzbrojonym w działo morskie 120 mm przystąpił ponoć w 1911 roku W. Mendelejew, syn sławnego uczonego, lecz nie wyszły one poza stadium szkiców. Inny taki pomysł zrodził się w Australii, gdzie rysunki gąsienicowego pojazdu opancerzonego zaprezentował inżynier L.E. De Mole. Swoje plany przedłożył brytyjskiemu Ministerstwu Wojny (War Office) w 1912 roku, lecz w ogóle się ono nimi nie zainteresowało.
A więc, jak widać, zamysł skonstruowania gąsienicowego wozu pancernego pojawił się – w niejednym kraju – przed wybuchem pierwszej wojny światowej, ale nie zdołał zaciekawić władz wojskowych w żadnym z nich. Przyznać trzeba, że do tego czasu zbudowano niedużo gąsienicowych ciągników, które mogły posłużyć do skonstruowania na ich bazie opancerzonych pojazdów gąsienicowych, a o ich walorach, a nawet samym istnieniu niewiele wiedziano.
Ponadto armie nie w pełni doceniały rosnące znaczenie broni ciężkiej oraz ograniczenia jej skuteczności przez jej małą mobilność, uzależnioną głównie od siły pociągowej koni. W efekcie do idei stworzenia gąsienicowych wozów bojowych, które mogły zapewnić działom i karabinom maszynowym mobilność w stopniu o wiele większym niż ówczesne samochody pancerne, odniesiono się bez specjalnego entuzjazmu.
Gdy wojna się zaczęła, na bitewnych polach zapanowała broń ciężka, a zwłaszcza karabiny maszynowe i działa polowe, wcześniej uznawane zaledwie za rodzaj dodatku do najliczniej reprezentowanej w armiach piechoty, uzbrojonej w karabiny. Równocześnie trakcja konna nie zapewniła jej mobilności niezbędnej w działaniach ofensywnych. Wszystko to przemawiało na korzyść statycznej obrony, w której ciężka broń prawie nie wymagała przemieszczania i mogła zostać w pełni wykorzystana. Efektywność takiej obrony zwiększały dodatkowo okopy i zasieki z drutu.
W rezultacie takiego pata, zwłaszcza na froncie zachodnim we Francji, żadna ze stron nie była w stanie przełamać defensywy przeciwnika za pomocą tradycyjnych zmasowanych szturmów piechoty. Bardzo szybko zaczęto szukać sposobu, który umożliwiłby piechocie kontynuowanie ataku w ogniu karabinów maszynowych i pośród zasieków. W odpowiedzi na to padła propozycja budowy opancerzonych wozów szturmowych, które przetarłyby drogę piechocie, atakując nieprzyjacielskie gniazda karabinów maszynowych i miażdżąc zasieki z drutu kolczastego.
Jest to fragment książki Czołgi. 100 lat historii, Richarda Ogorkiewicza wydanej przez Wydawnictwo RM, której recenzję zamieszczamy w tym numerze.
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 4609
Szwajcaria jest symbolem dobrobytu, neutralności, liberalnej gospodarki i banków słynących na całym świecie ze swej dyskrecji. Na jej obecną pozycję wpłynęło jednak wiele czynników, zarówno uwarunkowania historyczne i jak i bardzo korzystne położenie geograficzne.
W czasach kształtowania się Imperium Romanum obszar dzisiejszej Szwajcarii przemierzały tajemnicze plemiona celtyckie. Jedno z nich, Helweci, na przełomie II i I wieku p.n.e. osiedliło się w górzystych rejonach dorzecza Aare. Niewiele o nich wiemy poza tym, iż dorównywali pod względem technologii swoim południowym, „cywilizowanym” sąsiadom. I równie skutecznie opierali się przez długi czas ich zakusom. Nic zatem dziwnego, że po dziś dzień w europejskiej świadomości przetrwała oryginalna, łacińska nazwa kraju, Helwetia.
Pod rzymskim panowaniem
Mimo swojej waleczności, Helweci nie byli w stanie pokonać Juliusza Cezara. Wybitny wódz rzymski, po dokonaniu podboju Galii, zajął również ziemie przez nich zamieszkałe.
W 22 roku p.n.e. Oktawian August podzielił zdobycze Cezara na trzy prowincje: Galia Lugdunensis, Aquitania i Belgica. Protoplaści Szwajcarów znaleźli się w południowo-wschodnim rogu tej ostatniej i bezpośrednio podlegali namiestnikowi rzymskiemu z Reims. Aby zapewnić spokój na obszarze „trzech Galii”, Oktawian zarządził, aby na stałe stacjonowało tam osiem legionów.
Stosunki pomiędzy Rzymianami, a rdzenną ludnością górzystej krainy układały się różnie. Zdarzało się, że ci pierwsi dopuszczali się nadużyć i gwałtów na miejscowej ludności, chociaż na ogół jedni i drudzy nie mieszali się wzajemnie do swoich spraw, a nadto prowadzili ożywiony handel. Dopiero w 69 roku n.e., w czasie zaciętej walki pomiędzy Galbą, a Witeliuszem o cesarską spuściznę, doszło do krwawego zatargu pomiędzy Helwetami a żołnierzami 21 legionu. Helweci chwycili za broń, ale rozjuszeni legioniści okazali się bardziej skuteczni- zamordowali przeszło 1000 powstańców i tym samym złamali ich opór.
Za czasów następnych cesarzy Helweci właściwie się nie buntowali. Jednak niechętnie ulegali romanizacji, zwłaszcza w trudno dostępnych górskich osadach. W 260 roku po raz pierwszy germańscy Alemanowie przerwali system umocnień pomiędzy Renem i Dunajem i wdarli się na ich ziemie. Od tamtej pory podobne najazdy powtarzały się dosyć często. W początkach V wieku obszar dzisiejszej wschodniej Szwajcarii znalazł się całkowicie pod panowaniem Alemanów, a w 451 roku jej rubieże północno-zachodnie zostały podbite przez Burgundów.
We władzy Germanów
Burgundowie dość szybko na opanowanym terytorium utworzyli królestwo ze stolicą w Genewie. Wywłaszczyli dawnych helweckich właścicieli z części ich majątków, ale jednocześnie przyjęli ich obyczaje, język i łaciński alfabet.
Z tego okresu pochodzi pierwsza kodyfikacja prawna, która objęła także Helwetów- Lex Romana Burgondiorum. Składała się na nią suma plemiennych casusów (konkretnych rozwiązań prawnych), a także regulacje stosunków własnościowych i prawa do wspólnych wypasów na łąkach. Nieco później „kodeks” ów został zreformowany przez burgundzkiego króla Gundobada i wówczas otrzymał nazwę Lex Gundobada.
Alemanowie nie zdołali zbudować scentralizowanej struktury państwowej. Na przeszkodzie bowiem stanęli im Frankowie, którzy systematycznie ich podbijali. W 496 roku ich ziemie zajął frankijski władca Chlodwig, po czym rozpoczął ekspansję na tereny Burgundów. W efekcie w latach 534-35 cały obszar Burgundów - a więc i przyszła Szwajcaria - zostały włączone w obręb państwa Merowingów. Dzięki temu jej ludność dość szybko powiększyła rodzinę narodów chrześcijańskich. Kolejnymi właścicielami tego obszaru stali się w 568 roku Longobardowie, a w dwa wieki później został on podbity przez Karola Wielkiego.
W kręgu wielkiej polityki
Rok 843 przyniósł ponownie podział Szwajcarii. Słynny traktat w Verdun, zawarty przez trzech synów Ludwika Pobożnego - Ludwika Niemieckiego, Karola Łysego i Lotara I - doprowadził do rozpadu spuścizny Karola Wielkiego na trzy części.
We wschodniej powstało państwo niemieckie, w zachodniej zaś francuskie. Pomiędzy nimi powstało królestwo Lotara I. W kształcie wąskiego pasa - od wybrzeży Morza Północnego aż po granice Państwa Kościelnego w Italii - było najmniej jednolite etnicznie i dość szybko rozpadło się. Wprawdzie cesarz Otton I, wzorem Karola Wielkiego, uznał, że przysługuje mu również władza zwierzchnia nad Italią (a więc i nad krajami leżącymi po drodze), ale dopiero pierwszy cesarz z dynastii frankońskiej i zarazem zięć kolejnego księcia burgundzkiego, Konrad II, ziścił (przynajmniej częściowo) jego marzenia. Będąc prawnym dziedzicem Królestwa Burgundii, złamał opór miejscowych wielmoży i w ciągu zaledwie dwóch lat, 1032-34, zmusił ich do uznania go za władcę. Dzięki temu Szwajcaria została ponownie zjednoczona, tyle że w ramach Cesarstwa Rzymskiego Narodu Niemieckiego.
Kantony i federacja
Pierwszym zwiastunem rozbudzonych dążeń do niezależności Szwajcarów była emancypacja miast. W 1243 roku, w obawie przed zakusami feudałów, Berno, Fryburg i Morat zawarły przymierze o wspólnych działaniach na rzecz obrony swych praw. Powołano milicje miejskie, a rady uchwaliły wzmocnienie fortyfikacji.
Wkrótce przyłączyły się do nich inne miasta, a w 1291 kantony samozwańczo proklamowały swoją niepodległość. Było to możliwe, gdyż wywodzący się ze Szwajcarii Habsburgowie, po przejęciu Austrii skupili się głównie na jej sprawach. Władzę nad posiadłościami szwajcarskimi przekazali w ręce różnej maści urzędników, wójtów, intendentów i sędziów, którzy mieli pobierać podatki, cła, wymierzać kary i organizować rozmaite prace, jak budowa dróg, czy przepraw.
Cieszący się dotąd dużą samodzielnością szwajcarscy chłopi, a zwłaszcza pasterze, zaczęli popadać w konflikt z królewskimi urzędnikami. Z tego okresu wzięła swój początek legenda o Wilhelmie Tellu, który został zmuszony przez wójta Gesslera do zestrzelenia z kuszy jabłka z głowy własnego syna. Gdy tego dokonał, zabił Gesslera, co zapoczątkowało okres wieloletnich wojen z Habsburgami.
Przez cały wiek XIII i w początkach XIV w alpejskiej krainie trwała wojna. Przełomowy okazał się rok 1315, kiedy książę Leopold Habsburg przeprawiał się z wojskiem wąskim przesmykiem pomiędzy górami, a jeziorem Ägeri, koło Morgarten. Jego kolumny zostały zaatakowane przez Szwajcarów. Ciężkozbrojni rycerze nie mieli żadnych szans, gdy ze zboczy posypał się na nich grad strzał, ogromnych głazów i drewnianych bali. Z pogromu zdołał się tylko uratować niefortunny arystokrata i garstka rycerzy. Na fali zwycięstwa, 9 grudnia, przedstawiciele trzech kantonów potwierdzili swój związek w miejscowości Brunn. Narodził się zalążek Związku Szwajcarskiego.
W XV wieku kantony zaczęły prowadzić bardziej samodzielną politykę. W 1415 roku na wezwanie Zygmunta Luksemburskiego oddziały Szwajcarów wystąpiły przeciwko arcyksięciu Fryderykowi Habsburgowi. W efekcie odebrały Habsburgom Argowię.
Stan permanentnej wojny Związku z Habsburgami rozpoczął się w roku 1438, gdy królem Niemiec został Albrecht II. Od tego momentu niemal nieprzerwanie Habsburgowie zasiadali na cesarskim tronie aż do roku 1806. Jednak w 1499, po kolejnej klęsce Habsburgów - tym razem na wzgórzu Gempenfluch - król Maksymilian I (od 1508 cesarz) musiał podpisać pokój w Bazylei i uznać na zawsze niepodległość Związku Szwajcarskiego.
Na drodze do izolacji
W latach 1501-13 do Związku przyłączyła się Bazylea, Appenzell i Szafuza. W tym okresie (do roku 1515) wojska szwajcarskie brały udział w wojnach włoskich, dzięki czemu stan posiadania Związku powiększył się o Lugnano, Locarno i Valtellinę.
Coraz częściej piechota szwajcarska brała udział w rozmaitych wojnach w charakterze wojska zaciężnego, a jej najlepiej wyszkoleni żołnierze weszli w skład gwardii papieskiej, powołanej do życia przez papieża Juliusza II.
W okresie reformacji Związek uległ podziałowi na kantony protestanckie (m.in. Berno, Bazylea, Zurych i Konstancja) i katolickie (Lucerna, Schwyz, Uri, Unterwalden i Zug), ale w latach 1527-29 zawarły one porozumienia przewidujące militarną współpracę.
Pomimo tego, między jednymi i drugimi dochodziło do konfliktów, które zakończyła krwawa bitwa pod Kappel w październiku 1531 roku. Protestanci zostali pokonani, a na polu chwały padł ich duchowy przywódca - Ulrich Zwingly. Przez jakiś czas ich sytuacja była nie do pozazdroszczenia, jednak uległa zmianie pięć lat później, gdy do Genewy przybył twórca jeszcze surowszej odmiany protestantyzmu, Jan Kalwin.
I choć stosy płonęły po obu stronach „wyznaniowej barykady”, większość Szwajcarów czuła potrzebę izolacji od zwaśnionej Europy i współpracy gospodarczej między kantonami.
W 1618 roku wybuchła najkrwawsza wojna religijna w Europie zwana trzydziestoletnią. W obawie przed przemarszem obcych wojsk i naciskami różnych władców, po raz pierwszy kantony zastosowały zasadę ścisłej neutralności. Wprawdzie szwajcarscy katolicy deklarowali sympatie dla Ligi Katolickiej, a protestanci dla Unii Protestanckiej, jednak ani jedni, ani drudzy nie przyjęli propozycji przystąpienia do którejkolwiek z koalicji. Dzięki takiej postawie, ich federacja została jednak uznana za niepodległą na mocy pokoju westfalskiego w 1648.
Ciężkie chwile Związek przeżywał również w czasie wojen napoleońskich. Kantony zmuszono bowiem do opowiedzenia się po stronie Napoleona I. Dopiero w 1813 roku, na miesiąc przed jego klęską pod Lipskiem, Szwajcarom udało się ogłosić neutralność. Zasadę tę potwierdził Kongres Wiedeński w 1815, zatwierdzając jednocześnie nowy ustrój Związku Szwajcarskiego jako federacji dwudziestu dwóch kantonów.
Od tamtej pory Związek przestrzega swej neutralności, nie bierze udziału w żadnych wojnach. Ostatni konflikt w tym niewielkim kraju miał miejsce w… 1847 roku, kiedy w walkach protestantów z katolikami zginęło ogółem 100 walczących. Rok później została uchwalona pierwsza konstytucja Federacji, dwukrotnie nowelizowana. Ostateczny kształt otrzymała w 2000 roku.
Obecnie Szwajcarzy nieufnie patrzą na międzynarodowe organizacje polityczne. Ich kraj nie należy nawet do Unii Europejskiej, której propozycję członkostwa odrzucił w referendum, w 1992. Z wielkimi oporami, w powszechnym głosowaniu, Szwajcarzy zgodzili się na wstąpienie do ONZ w 2002 roku, a wielkim sukcesem okazała się ratyfikacja układu z Schengen w 2008.
„Złota wolność”
Szwajcaria to jeden z niewielu krajów, w którym ważne decyzje w sprawach polityki międzynarodowej i wewnętrznej podejmuje ogół mieszkańców poprzez referendum. Jej mieszkańcy traktują je bardzo poważnie, toteż zazwyczaj osiągają znacznie lepszą frekwencję, aniżeli w innych państwach. Wolność nie jest jednak udziałem wszystkich. Przez długi czas praw wyborczych nie posiadały kobiety, a i cudzoziemcy - zwłaszcza emigranci z Azji i Afryki - nie są tam mile widziani.
Przysłowiowa uczciwość szwajcarska także niejednokrotnie okazywała się mitem. W latach II wojny światowej banki szwajcarskie pomagały nazistowskim notablom lokować w swoich sejfach dewizy i złoto zrabowane Żydom, a władze współpracowały z III Rzeszą, odsyłając do niej z granicy wszystkich obywateli posiadających w paszportach złowieszczą literę „J”, więc określających ich przynależność narodową („Jude”- Żydzi).
Najlepiej pewien rys mentalności Szwajcarów obrazuje dowcipny eksperyment, jaki miał miejsce w Europie w latach 90. Otóż w połowie europejskich krajów pozostawiono na ulicy po dziesięć portfeli, sprawdzając, ile nich zostanie zwróconych przez znalazców. Wyniki były zaskakujące. Norwegowie oddali wszystkie, Polacy cztery, a Szwajcarzy… ani jednego. Oczywiście, taki wybiórczy test nie może być podstawą do krzywdzącego uogólnienia.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 419
W ostatnich miesiącach broń jądrowa ponownie pojawiła się w nagłówkach światowych gazet. Posiadający broń jądrową rywale, Indie i Pakistan, stanęli na krawędzi wojny na pełną skalę, konfrontacji, która mogłaby przerodzić się w wydarzenie o skali zagłady, z potencjałem pochłonięcia nawet dwóch miliardów istnień ludzkich na całym świecie.
Niestabilność globalnego porządku opartego na nuklearnym apartheidzie uwidoczniła się również w kontekście niedawnych ataków Izraela i Stanów Zjednoczonych na Iran. System ten utrwalił niebezpieczne podwójne standardy, tworząc przewrotne zachęty do proliferacji broni o niszczycielskiej mocy, będącej już w posiadaniu dziewięciu krajów. Wiele z tych państw wykorzystuje swoje arsenały, aby zapewnić sobie bezkarność imperialną, podczas gdy państwa nieposiadające broni jądrowej coraz częściej czują się zmuszone do dążenia do posiadania broni jądrowej w imię bezpieczeństwa narodowego i przetrwania.
Tymczasem największe mocarstwa nuklearne nie wykazują najmniejszych oznak odpowiedzialności ani powściągliwości. Stany Zjednoczone, Rosja i Chiny intensywnie inwestują w „modernizację” i rozbudowę swoich arsenałów, napędzając nowy wyścig zbrojeń. A ta eskalacja następuje w obliczu rosnącej globalnej niestabilności, która przyczynia się do powstania manichejskiego świata antagonistycznych bloków zbrojnych, przypominającego zimną wojnę w najgorszym wydaniu.
Zagrożenie nuklearne zagraża nie tylko globalnemu pokojowi i bezpieczeństwu, ale także samej ciągłości gatunku ludzkiego, nie mówiąc już o samym przetrwaniu życia na Ziemi. Jak, można się zastanawiać, mogliśmy kiedykolwiek znaleźć się w tak niepewnej sytuacji?
Obecny kryzys zbiega się z 80. rocznicą testu Trinity, pierwszej detonacji broni atomowej, która wkrótce miała zniszczyć japońskie miasta Hiroszimę i Nagasaki, zapoczątkowując tym samym erę atomową. Po tylu latach warto krytycznie ocenić decyzje, które dały ludzkości tak wielką moc samozagłady. W końcu nadal żyjemy z konsekwencjami dokonanych (i niepodjętych) wyborów, w tym wyborów naukowców, którzy stworzyli bombę. Ta historia przypomina również, że alternatywne ścieżki istniały wówczas i że inny świat jest nadal możliwy.
Opowieść o dwóch laboratoriach
Latem 1945 roku naukowcy i technicy z Narodowego Laboratorium Los Alamos w Nowym Meksyku pracowali gorączkowo nad ukończeniem konstrukcji bomby atomowej. Tymczasem ich koledzy z Laboratorium Metalurgicznego Uniwersytetu Chicagowskiego podjęli ostatnią, ostatecznie nieudaną próbę zapobieżenia jej użyciu.
Alarm rozprzestrzeniający się w Chicago wynikał z otrzeźwiającego uświadomienia sobie pewnych faktów. Projekt Manhattan, do którego dołączyli w przekonaniu, że uczestniczą w egzystencjalnym wyścigu zbrojeń z nazistowskimi Niemcami, okazał się wówczas wyraźnie jednostronną walką. Do tego czasu widmo ewentualnej niemieckiej bomby atomowej nadawało poczucie pilności i pozory moralnej legitymizacji temu, co wielu naukowców skądinąd uznawało za przedsięwzięcie głęboko nieetyczne.
Jeszcze przed upadkiem Berlina wywiad aliantów zaczął podważać postępy Niemiec w pracach nad bronią atomową. W kwietniu 1945 roku, gdy reżim nazistowski chylił się ku upadkowi, a klęska Japonii była nieuchronna, zagrożenie, które stanowiło pierwotne uzasadnienie dla opracowania bomby atomowej, praktycznie zniknęło.
Bomba, która nie była już przedstawiana jako wiarygodny środek odstraszający, miała stać się tym, co dyrektor Los Alamos J. Robert Oppenheimer krótko po wojnie określił jako „broń terroru, zaskoczenia i agresji… [użytą] przeciwko zasadniczo pokonanemu wrogowi”.
W tym momencie stało się oczywiste, że bomba atomowa nie zostanie użyta do odstraszenia Niemiec, lecz do zniszczenia Japonii, i nie będzie to ostatni akt II wojny światowej, lecz pierwsza salwa tego, co miało stać się zimną wojną. Prawdziwym celem pierwszej bomby atomowej nie było w rzeczywistości Tokio, lecz Moskwa, a mieszkańcy Hiroszimy i Nagasaki zostali poświęceni na ołtarzu amerykańskich globalnych ambicji imperialnych.
Dla naukowców z Chicago ten nowy kontekst wymagał nowego myślenia. W czerwcu 1945 roku komisja fizyków pod przewodnictwem Jamesa Francka złożyła raport Sekretarzowi Wojny Henry'emu Stimsonowi, ostrzegając przed głębokimi konsekwencjami politycznymi i etycznymi użycia takiej bomby bez wyczerpania wszystkich innych alternatyw. „Uważamy” – stwierdzono w Raporcie Francka – „że użycie bomb atomowych do wczesnego, niezapowiedzianego ataku na Japonię [byłoby] niewskazane”. Zamiast tego raport proponował demonstrację przed międzynarodowymi obserwatorami, argumentując, że taki pokaz mógłby być gestem dobrej woli i mógłby całkowicie zapobiec użyciu bomb.
Jeden z sygnatariuszy raportu, Leo Szilard , który należał do pierwszych zwolenników bomby atomowej, usiłował zapobiec temu, co uznał za katastrofalny potencjalny skutek jej powstania. Po porażce Niemiec czuł się osobiście odpowiedzialny za odwrócenie biegu wydarzeń, który sam pomógł zapoczątkować. Powtarzając obawy wyrażone w Raporcie Francka, przygotował petycję , którą rozesłano wśród naukowców. Przyznając, że bomba może przynieść krótkoterminowe korzyści militarne i polityczne w walce z Japonią, ostrzegł, że jej użycie ostatecznie okaże się moralnie nie do obrony i strategicznie samobójcze – stanowisko, które podzielało również sześciu z siedmiu ówczesnych pięciogwiazdkowych generałów i admirałów USA.
Szilard podkreślił, że bomba atomowa nie była jedynie potężniejszą bronią, ale fundamentalną zmianą w naturze wojny, narzędziem zagłady. Obawiał się już, że Amerykanie mogą zacząć żałować, że ich własny rząd zasiał ziarno globalnej zagłady, legitymizując nagłe zniszczenie japońskich miast – precedens, który uczyniłby silnie uprzemysłowiony, gęsto zaludniony kraj, taki jak Stany Zjednoczone, szczególnie podatnym na ataki.
Co więcej, stwierdził, że użycie broni o niewyobrażalnej sile rażenia bez wystarczającego uzasadnienia militarnego poważnie podważyłoby wiarygodność Ameryki w przyszłych działaniach na rzecz kontroli zbrojeń. Zauważył, że opracowanie bomby w warunkach skrajnej tajemnicy wojennej stworzyło skrajnie antydemokratyczną sytuację, w której społeczeństwo zostało pozbawione możliwości podjęcia tak nieodwołalnej i brzemiennej w skutki decyzji.
Jak wkrótce potem zauważył Eugene Rabinowitch , współautor Raportu Francka (późniejszy współzałożyciel „The Bulletin of Atomic Scientists ”), naukowcy w Chicago byli coraz bardziej zaniepokojeni rosnącą tajemnicą: „Wielu naukowców zaczęło się zastanawiać: przeciwko komu była skierowana ta skrajna tajemnica? Jaki był sens ukrywania naszego sukcesu przed Japończykami? Czy pomogłaby im świadomość, że mamy gotową bombę atomową?”
Rabinowitch doszedł do wniosku, że jedynym „zagrożeniem” wynikającym z takiego ujawnienia było to, że naukowcy z Chicago mogliby mieć rację i Japonia mogłaby się poddać. „Skoro nie było uzasadnionego powodu, by utrzymywać bombę w tajemnicy przed Japończykami”, argumentował, „wielu naukowców uważało, że celem pogłębiania tajemnicy było ukrycie wiedzy o bombie… przed Amerykanami”.
Innymi słowy, urzędnicy w Waszyngtonie obawiali się, że udana demonstracja może pozbawić ich upragnionej okazji użycia bomby i potwierdzenia ich nowo zdobytego monopolu (choć tymczasowego) na bezprecedensową władzę.
Droga do Trójcy i kult Oppenheimera
Siedemdziesięciu naukowców z Chicago poparło Petycję Szilarda. Jednak do tego czasu ich wpływ na projekt wyraźnie osłabł. Pomimo ich wczesnego wkładu , zwłaszcza osiągnięcia pierwszej samowystarczalnej reakcji łańcuchowej w grudniu 1942 roku, centrum projektu przesunęło się do Los Alamos.
Zdając sobie z tego sprawę, Szilard starał się rozpowszechnić petycję również wśród swoich kolegów, mając nadzieję, że uda mu się obudzić poczucie odpowiedzialności naukowej i obudzić ich sumienie moralne w krytycznych tygodniach poprzedzających pierwszy test broni. Dlaczego ta próba się nie powiodła? Dlaczego w Los Alamos było tak mało sprzeciwu, debaty i oporu, biorąc pod uwagę narastający sprzeciw naukowców, graniczący z buntem, który pojawił się w Chicago?
Jedną z odpowiedzi można znaleźć w samym Oppenheimerze. W kulturze popularnej i badaniach historycznych jego dziedzictwo jest często przedstawiane jako dziedzictwo postaci tragicznej: niechętnego architekta ery atomowej, idealisty wciągniętego w etycznie obciążone zadanie stworzenia broni masowego rażenia, zmuszonego do tego przez postrzegane wymogi wojny egzystencjalnej.
Jednak mit o nim jako o postaci prometejskiej, która cierpiała za uwolnienie fundamentalnych sił natury na społeczeństwo nieprzygotowane do poniesienia za nie odpowiedzialności, przesłania skalę jego współudziału. Daleki od bycia biernym uczestnikiem, w ostatnich miesiącach Projektu Manhattan, stał się chętnym współpracownikiem w koordynacji nadchodzących bombardowań atomowych w Hiroszimie i Nagasaki.
Kiedy Oppenheimer i fizyk Edward Teller (który później stał się znany jako „ojciec bomby wodorowej”) otrzymali petycję Szilarda, żaden z nich się nią nie podzielił. Choć Oppenheimer nie odpowiedział, Teller przedstawił zaskakujące wyjaśnienie : „To, nad czym pracujemy, jest tak straszne, że żadne protesty ani ingerencje polityczne nie zbawią naszych dusz”. Odrzucił również pomysł, że ma jakiekolwiek prawo wpływać na użycie bomby. „Możecie uważać, że kontynuowanie pracy to przestępstwo” – przyznał – „ale czuję, że postąpiłbym źle, próbując powiedzieć, jak przywiązać mały palec u nogi ducha do butelki, z której właśnie pomogliśmy mu uciec”.
Teller później twierdził, że „całkowicie popiera” petycję, ale dodał:
„Szilard poprosił mnie o zebranie podpisów… Czułem, że nie mogę tego zrobić bez wcześniejszego, bardziej bezpośredniego uzyskania zgody Oppenheimera. Zrobiłem to, a Oppenheimer mnie od tego odwiódł, mówiąc, że my, naukowcy, nie mamy prawa ingerować w tego rodzaju naciski polityczne… Ze wstydem przyznaję, że udało mu się mnie od tego odwieść”.
Wyjaśnienie Tellera było prawdopodobnie samolubne, biorąc pod uwagę jego późniejszą zaciekłą sprzeczkę z Oppenheimerem na temat bomby wodorowej. Jednak dalsze dowody wskazują, że Oppenheimer aktywnie dążył do tłumienia debat i sprzeciwu. Fizyk Robert Wilson wspominał, że po przybyciu do Los Alamos w 1943 roku wyraził obawy dotyczące szerszych implikacji ich pracy i „straszliwych problemów”, jakie mogła ona stworzyć, zwłaszcza biorąc pod uwagę wykluczenie Związku Radzieckiego, ówczesnego sojusznika. Dyrektor Los Alamos, wspominał Wilson, „nie chciał rozmawiać o takich rzeczach” i zamiast tego skierował rozmowę na kwestie techniczne. Kiedy Wilson pomógł zorganizować spotkanie w celu omówienia przyszłej trajektorii projektu po klęsce Niemiec, Oppenheimer przestrzegł go przed tym, ostrzegając, że „zwołanie takiego spotkania narazi go na kłopoty”.
Spotkanie mimo wszystko odbyło się, z udziałem Oppenheimera, choć jego obecność okazała się przytłaczająca. „Był bardzo aktywny, dominując na spotkaniu” – wspominał Wilson. Oppenheimer wspomniał o zbliżającej się konferencji w San Francisco, mającej na celu ustanowienie Organizacji Narodów Zjednoczonych, i podkreślił, że kwestie polityczne będą tam poruszane przez osoby o większej wiedzy specjalistycznej, sugerując, że naukowcy nie mają w tym żadnej roli i powinni powstrzymać się od wpływania na zastosowania swojej pracy.
Rozmyślając o swoim ówczesnym sposobie myślenia, Oppenheimer wyjaśnił : „Kiedy widzisz coś, co jest technicznie świetne, robisz to i spierasz się o to, co z tym zrobić, dopiero po osiągnięciu sukcesu technicznego. Tak było z bombą atomową”. W podobnym duchu jego często cytowana uwaga , że „fizycy znają grzech”, była często błędnie interpretowana. Nie odnosił się, jak twierdził, do „grzechu” zniszczenia Hiroszimy i Nagasaki, ale do dumy z „wyraźnej i brutalnej interwencji w bieg historii ludzkości”.
Umieszczone w szerszym kontekście deklarowanego zaangażowania w naukowy dystans, zachowanie Oppenheimera staje się bardziej zrozumiałe. W praktyce jednak jego deklarowane ideały stały w jaskrawej sprzeczności z jego postępowaniem. Choć deklarował odrzucenie zaangażowania politycznego, ostatecznie interweniował właśnie w taki sposób, wykorzystując swoje stanowisko do stanowczego poparcia dla natychmiastowego użycia bomby przeciwko Japonii bez uprzedniego ostrzeżenia. Stał się czołowym przeciwnikiem wszelkich potencjalnych demonstracji, ostrzegając, że podważyłyby one psychologiczny wpływ użycia bomby, który można było osiągnąć jedynie poprzez nagłą, niezapowiedzianą detonację na stosunkowo nietkniętym, niemilitarnym celu, takim jak Hiroszima. Stanowisko to stanowiło ostry kontrast z postawą naukowców z Chicago, z których tylko 15% popierało użycie bomby w taki sposób.
Ten klimat uległości sprzyjał kulturze współudziału, w której kwestie odpowiedzialności społecznej podporządkowano bezkrytycznej wierze w autorytety. Rozważając tę dynamikę , fizyk Rudolf Peierls przyznał: „Wiedziałem, że Oppenheimer zasiada w komitecie i prowadzi briefingi z przełożonymi. Czułem, że można polegać na dwóch rzeczach: na Oppenheimerze, który przekazywał rozsądne idee, i na tym, że można było ufać ludziom. Przecież w głębi duszy nie jesteśmy terrorystami ani nic takiego… Oba te stwierdzenia mogą być dziś nieco optymistyczne”.
Ostatecznie jedynym członkiem Los Alamos, który wyraził sprzeciw, był Joseph Rotblat , który po cichu zrezygnował ze stanowiska z powodów etycznych, dowiedziawszy się w listopadzie 1944 roku, że nie istnieje żaden aktywny nazistowski program budowy bomby atomowej . Jego odejście było jednak raczej osobistym aktem sumienia niż próbą zainicjowania szerszego rozrachunku moralnego w środowisku naukowym.
„Pamiętaj o swoim człowieczeństwie”
Dziedzictwo Oppenheimera, ciężar, który wszyscy teraz dźwigamy, leży w tym, że mylił bliskość władzy z samą władzą. Zamiast wykorzystać swoje wpływy, by powstrzymać użycie bomby, wykorzystał swoją władzę, by ułatwić jej najbardziej katastrofalne skutki, powierzając jej konsekwencje przywódcom politycznym, którzy wkrótce ujawnili swoją lekkomyślność. Czyniąc to, przyczynił się do stworzenia podwalin pod to, przed czym prezydent Dwight D. Eisenhower w swoim pożegnalnym przemówieniu do Kongresu w 1961 roku ostrzegał jako przed „katastrofalnym wzrostem niesłusznie narzuconej władzy”.
Jednak nie jesteśmy skazani na zagładę. Ta historia powinna nam również przypomnieć, że rozwój i użycie broni jądrowej nie były nieuniknione. Byli tacy, którzy się wypowiedzieli, a inna droga mogła być możliwa. Chociaż nie możemy dokładnie wiedzieć, jak potoczyłyby się wydarzenia, gdyby sprzeciw został wzmocniony, a nie stłumiony, możemy teraz podnieść głos, aby domagać się bezpieczniejszej i rozsądniejszej przyszłości. Nasze zbiorowe przetrwanie może od tego zależeć. Nie wiadomo, jak długo jeszcze świat uzbrojony w broń jądrową wytrzyma. Jedyną realną drogą naprzód jest odnowienie zobowiązania, jak nawoływali Albert Einstein i Bertrand Russell, „ pamiętaj o swoim człowieczeństwie i zapomnij o reszcie”.
W obliczu coraz większej liczby państw rozwijających coraz potężniejsze arsenały, jedno pozostaje jasne: gdy Zegar Zagłady zbliża się coraz bardziej do północy, nie ma czasu do stracenia.
Eric Ross / TomDispatch
Eric Ross jest organizatorem, wykładowcą i doktorantem na wydziale historii Uniwersytetu Massachusetts w Amherst.
Za: https://scheerpost.com/2025/07/18/80-years-after-trinity/

