Felietony Witolda Modzelewskiego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1013
Przycichli a nawet milczą orędownicy antyrosyjskiej krucjaty: inflacja, zubożenie oraz regres gospodarczy wszystkich państw Unii Europejskiej będący jej następstwem, jest już faktem, którego nie da się ukryć. Dla opinii publicznej, a zwłaszcza wyborców nie tylko w Starej Europie, tenże fakt ma dużo większe znaczenie i nie sposób już uciec od odpowiedzi na pytanie, czy bezpośrednią przyczyną naszych strat jest „agresja Putina w Ukrainie”, czy też reakcja „zjednoczonego Zachodu” na tę agresję.
Biedniejący konsumenci, którym już zagląda w oczy groźba utraty pracy oraz przedsiębiorcy ponoszący coraz większe straty w wyniku drastycznego wzrostu kosztów i spadku popytu coraz głośniej zadają dość oczywiste pytanie: czy ich straty w jakikolwiek sposób przyczyniły się do zapowiadanego do niedawna „pokonania Rosji” i czy owo „pokonanie” kiedyś nastąpi? Do niedawna byliśmy przekonywani, że kolejne pakiety sankcji „zmiażdżą ekonomicznie” to państwo i my się z tego mamy cieszyć.
Dość złożone zabiegi propagandowe mające na celu potwierdzenie sukcesu antyrosyjskiej polityki chyba już nikogo nie przekonują i są coraz mniej wiarygodne. Biedniejemy i będziemy dalej biednieć a wojna trwa i ciągnie nas do dna. Ponoć wojska ukraińskie wygrywają militarnie, lecz Ukraińcy żyją bez prądu, wody i ogrzewania i grozi im już powszechna katastrofa humanitarna.
Wraca więc odwieczne pytanie o sens wojen: czy warto wygrywać bitwy, które nie mogą uchronić (jakoby) bronionych obywateli przed masowym cierpieniem i chorobami oraz wyniszczeniem? Kiedyś, gdy politycy byli zawodowcami i jednak kierowali się czymś więcej niż własnymi ambicjami lub poleceniami „światowego przywództwa”, starali się zakończyć działania zbrojne wtedy, gdy nie mogli już ochronić życia i mienia samych obywateli (poddanych). Paleta możliwości była i jest bardzo duża: można ogłosić czasowe zawieszenia broni zacząć wielostronne lub dwustronne negocjacje (jawne lub niejawne) na temat wstrzymania walk lub tylko zaprzestania bombardowań lub ostrzału rakietowego, ogłosić plan zakończenia wojny, czy też – wzorując się na głównym sponsorze władz w Kijowie – rozpocząć „proces pokojowy”.
Sugeruję zwłaszcza ten ostatni sposób, który „z sukcesem” od kilkudziesięciu lat stosują Stany Zjednoczone na Bliskim Wschodzie. Oczywiście ta sugestia jest skierowana do „partii wojennej”, bo dzięki temu konflikt ten będzie trwał co najmniej tyle czasu, co wojna izraelsko-palestyńska, czyli już grubo ponad pół wieku. Zostanie więc w tej części świata zrealizowany „plan Bidena”, czyli długa, wyniszczająca wojna.
Oczywiście to, co napisałem, jest ironią graniczącą z kpiną. A teraz na serio: jeżeli prawdziwym jest podejrzenie, że celem tej wojny jest najgłębsza degradacja ekonomiczna i polityczna całej Europy, zwłaszcza tej starej, zapobieżenie przekształceniu Unii Europejskiej w quasi-państwo federacyjne oraz zablokowanie powstania nowego Jedwabnego Szlaku, czyli strategicznego sojuszu ekonomicznego między Chinami a Europą, a Ukraina i Rosja są tylko środkami realizacji tego celu, to politycy ukraińscy i… rosyjscy powinni zakończyć możliwie najszybciej ten konflikt chyba że świadomie uczestniczą w tym spisku.
Nadchodzi prawdziwa zima, która zwiększy ilość ofiar braku prądu, ogrzewania i wody. Nasi prowojenni politycy i publicyści (od lewa do prawa, czyli cały POPiS) zaklinali dotychczas rzeczywistość twierdząc, że tylko patrzeć, a oligarchowie rosyjscy zabiją lub odsuną od władzy Putina i zapewne od razu ogłoszą pełną kapitulację Rosji, wycofają się „ze wszystkich okupowanych ziem ukraińskich”, a Zachód będzie mógł wreszcie ogłosić jakiś sukces po to, aby przykryć całkowitą klęskę polityki odstraszania (nikt się nie boi groźnych min Pana Stoltenberga). Na razie – mimo zaklęć – nic takiego się nie stało. Może jednak ten scenariusz sprawdzi się, tyle tylko, że będzie dotyczył drugiej strony konfliktu. Przecież znany jest bezceremonialny stosunek Waszyngtonu do swoich protegowanych: widzieliśmy to nie tylko w Wietnamie czy Afganistanie, lecz również w Iraku. Może się więc powtórzyć.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1231
Czy nasz bardzo ubogi dorobek ideowy ostatniego trzydziestolecia powinien być poddawany krytyce? Przecież – jak prawdopodobnie potwierdzą obrońcy dokonań Trzeciej RP – należy chronić nasze dokonania ideowe, zwłaszcza że są dość skromne. Krytyka może „zniebylić” i unieważnić to, co i tak obiektywnie jest mało ważne. Mimo, że szanuję te zastrzeżenia, będące kolejną mutacją ludowej mądrości („jak się nie ma, co się lubi…”), pozwolę sobie przedstawić dwie najważniejsze idee, wręcz „mity założycielskie” (tak się to teraz określa według współczesnej nowomowy) tej epoki.
Pierwszą ideą jest obowiązkowa apoteoza sanacji i Piłsudskiego, którego wręcz uznaje się za patrona wszystkich sił „antykomunistycznych” i „nie-podległościowych” Trzeciej RP, a nawet części lewicy, która nie była w międzywojniu antykomunistyczna.
Drugą ideę charakteryzuje równie bałwochwalczy stosunek do „radykalnej transformacji ekonomicznej” lat 1989–1991 i jej tzw. twarzy, czyli Leszka Balcerowicza, który zgodnie z tym mitem jest rzeczywistym autorem wszystkich osiągnięć ekonomicznych i społecznych tej epoki, a poniesione klęski i porażki były wyłącznie wynikiem „niedokończonych reform”, oporu najważniejszych ciemnych sił, a zwłaszcza postkomunistów i „pisowskich populistów”.
Nie jest najważniejsze, że są to mity zakłamujące przeszłość („historia sfałszowana”), bo to zbyt łatwo udowodnić. Najgorszy jest ich destrukcyjny wpływ na świadomość klasy politycznej, która czuje się w obowiązku podporządkować dogmatom tejże mitologii, przez co staje się głupsza i przegrywa tam, gdzie można by obronić polskie interesy. Już uzasadniam powyższe tezy.
Obowiązujący całość, a na pewno zdecydowaną większość klasy politycznej „kult Marszałka”, oczywiście pisanego dużą literą i w pozycji hab acht, nakazuje robić większość szkodliwych głupstw w naszej polityce zagranicznej. Po pierwsze, dotyczy to programowej wrogości wobec Rosji, co akurat jest zgodne z pierwowzorem, bo Piłsudski był równie antyrosyjski (nie należy mylić z antybolszewizmem, bo to zupełnie coś innego), ale różnica między tamtymi a obecnymi czasami polega na tym, że ówczesne państwo bolszewickie miało agresywne plany wobec Polski (czego nie kryło), a dziś nie tylko od dawna nie ma państwa bolszewickiego, lecz również Rosja nie ma roszczeń terytorialnych w stosunku do naszego kraju.
Relacje Piłsudskiego i jego epigonów z państwem bolszewickim w latach 1935–1939 były co najmniej poprawne (Józef Beck jeździł do Moskwy, gdzie jego żona Jadwiga dowiedziała się, że z bolszewickimi dygnitarzami nie musi mówić po francusku, bo „my sami polscy Żydzi” i oni znają polski).
Równie bez sensu chcemy nadać antyrosyjski charakter Międzymorzu, powołując się tu na jakąś „ideę federacyjną” Piłsudskiego, co jest dla nacjonalistów rządzących w państwach położonych na wschód i południowy wschód od Polski typową „płachtą na byka”. Oni wyzwolili się spod protekcji najpierw Warszawy, a potem sowieckiej Moskwy i ani im w głowie popaść z powrotem w zależność od Polski, której rządy na obecnie ich ziemiach, sprawowane za czasów Piłsudskiego, kojarzą się jak najgorzej (gorzej tylko sowieckie).
Państwa te w większości są zależne politycznie i ekonomicznie od Niemiec, które zresztą nie pozwolą na jakieś tam propolskie fanaberie. Najprościej mówiąc: oficjalny kult Piłsudskiego jest najgorszą z możliwych przepustek do zbliżenia z Litwą, Ukrainą, Białorusią (i nie tylko), a psuje na starcie nasze i tak bardzo złe relacje z Rosją. Warto zamknąć tę trumnę.
Mitologia sukcesu Balcerowiczowskiej transformacji nie tylko ogłupia klasę polityczną, ale wręcz niszczy jej wiarygodność w świadomości obywateli. Przecież te dwa lata jego (?) pierwszych rządów (1989–1991) były jedną z największych katastrof ekonomicznych dla milionów obywateli. O tym w po-prawnym piśmiennictwie nie wolno nawet wspomnieć, ale OGRABIONO NAS WSZYSTKICH z oszczędności życia oraz istotnej części majątku trwałego. Wcześniej zrobiono to w głębokim stalinizmie poprzez wymianę pieniędzy (rok 1950). Rządy Balcerowiczowskie zrobiły to dużo bardziej skutecznie poprzez celową deprecjację złotego bez jakiejkolwiek waloryzacji posiadanych oszczędności.
Była to jedna z największych grabieży dokonanych na wszystkich obywatelach naszego kraju, którym w istotnej części zniszczono miejsca pracy. Warto przypomnieć, że wyniszczenie przez ówczesne rządy tysięcy przedsiębiorstw nie dotyczyło tylko sektora państwowego i spółdzielczego, ale również tzw. prywaciarzy. Lata tych rządów były dla naszej gospodarki pasmem katastrof, rozdano lub wyprzedano większość majątku państwowego i o tym obywatele pamiętają.
Ale dzięki wspólnemu wysiłkowi (prawie) całości klasy politycznej jakoś „Balcerowicz nie może odejść”, mimo że jest antytezą kapitalizmu i jest już faktycznym interesariuszem kilku banków, które obłowiły się kosztem ponad miliona obywateli (historia lubi się powtarzać), czyli po raz kolejny opowiada się po przeciwnej stronie niż istotna część naszego społeczeństwa.
Jednoznaczna ocena jego roli, szczególnie w latach 1989–1991, uwiarygodni polską klasę politycz¬ną zwłaszcza w oczach polskich przedsiębiorców, którzy wciąż się obawiają, że „wróci Balcerowicz” i będzie przy pomocy drakońskich podatków „restrukturyzować” naszą gospodarkę.
Cały AntyPiS powinien wreszcie wziąć pod uwagę, że jego porażki biorą się stąd, że ich jedyny wróg – tzw. rządy PiS-u – w słowach, ale i w czynach nie kojarzy się z Balcerowiczem, co jest ważnym źródłem ich sukcesów wyborczych.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 166
Ponoć istnieje „ponadpartyjne porozumienie” na temat polityki zagranicznej naszego kraju i problemy te na mocy tego porozumienia są (jakoby) wyłączone z debaty publicznej. Czyli jakaś grupka (cała nasza klasa polityczna znalazłaby się na widowni namiotu cyrkowego) zmówili się przeciwko wyborcom, którym odmawia się wpływu na politykę zagraniczną.
To coś więcej niż skandal, bo nie sposób zliczyć serii porażek, które zaliczono na tym polu.
Przypomnę te najdotkliwsze:
- straty liczone w setkach miliardów złotych na darmową pomoc dla antypolskich władz w Kijowie, których już nawet nie chcą bronić obywatele tego państwa (ponoć tylko w tym roku zdezerterowało z wojska ukraińskiego kilkadziesiąt tysięcy żołnierzy, a tylko do Polski uciekło przed poborem kilkaset tysięcy ludzi): nasze pieniądze są bezpowrotnie stracone i nie będą miały żadnego wpływu na wynik tej wojny, o którym zadecyduje zupełnie ktoś inny, dużo ważniejszy niż adepci „naszej klasy”,
- paplanina naszych mężów stanu (i ich ważnych żon) oraz całkowity brak wiedzy na temat naszego „strategicznego sojusznika” zamknęły naszemu rządowi (na wiele lat) drzwi do Waszyngtonu, czyli nawet nie mamy dostępu do klamki, na której chcemy wisieć,
- zawarcie przez władze UE (której jesteśmy członkiem od 21 lat oraz ponoć szef naszego rządu ma w tych stosunkach wyjątkową pozycję, bo lubi go Pani Ursula) antypolskich umów dotyczących importu płodów rolnych z Ukrainy oraz Ameryki Południowej – Mercosur), które niszczą lub zniszczą nasze rolnictwo,
- zastosowanie embarga w stosunku do importu surowców z Rosji, przez co kupujemy je dużo drożej, stąd m.in. drożyzna energii elektrycznej; tak naprawdę to o to idzie w tej wojnie,
- zerwanie jakichkolwiek relacji z Rosją (mimo dyplomatycznego uznania) co powoduje, że Rosja na nasz temat rozmawia z naszymi protektorami,
- wspieranie obecnych władz w Wilnie i Kijowie ze szkodą dla tamtejszej Polonii.
Można by dalej wymieniać „sukcesy” polityki międzynarodowej prowadzonej przez całą klasę polityczną, ale z litości poprzestanę na tych, które wymieniłem: w końcu jesteśmy „sługami narodu ukraińskiego”.
Czy po trzydziestu pięciu latach porażek, gdy już uświadomiono sobie patologię integracji europejskiej, a zwłaszcza absurdu harmonizacji prawa Unii Europejskiej (to nie tylko podatki i „Zielony Ład”), gdy już wiadomo że NATO nie ma ani sił, ani woli, aby „odstraszyć” kogokolwiek (ponoć za kilka lat Rosja nas zaatakuje), może już warto pomyśleć o swoich interesach. Jak mawiali starożytni Grecy strzeżmy się tych, którzy przynoszą nam dary: a przecież wiemy, że Unia Europejska, USA i NATO twierdzi, że nam cały czas „pomaga”. Jesteśmy w strefie wpływów („należymy do Zachodu”) niemieckich, amerykańskich i ukraińskich, a cała ta „nasza wojna” jest o to, komu będziemy przepłacać za import gazu ziemnego i ropy naftowej oraz produktów rolnych (tym razem dużo tańszych od naszych).
Gdyby jeszcze zmowa klasy politycznej co do prowadzonej przez nią polityki zagranicznej przyniosła nam jakieś profity, można by oportunistycznie zgodzić się na ograniczenie naszego wpływu. Niech jednak Bóg broni nas przed takim zaniechaniem: już przed wojną nawet poważni ludzie opowiadali sobie takie oto dyrdymały, że „nie trzeba mówić o polityce, bo od tego jest Piłsudski”. Przykładem jest klęska polityki przez flirt z Niemcami i wrogość do Związku Radzieckiego, która zakończyła się klęską w dniu 1 września 1939 r.
Dlatego konieczna jest po raz pierwszy od trzydziestu pięciu lat debata polityczna na tematy zasadnicze; skoro klasa polityczna nie nadaje się do roli, którą chce pełnić, musimy odpowiedzieć na co najmniej dwa pytania:
- jaka jest uwzględniająca nasze interesy diagnoza status quo, skoro istniejący stan rzeczy jest dowodem naszych porażek,
- jaka jest prognoza na najbliższe lata relacji w tym regionie świata, skoro wszystkie przewidywania tych, którzy podjęli się tej roli nie sprawdziły się.
Na wstępie powinniśmy zrobić rachunek sumienia: dlaczego jesteśmy aż tak niemądrzy, że dokładamy do przegranych wojen (jest to już po raz trzeci w ciągu ostatnich trzydziestu lat)?
Witold Modzelewski

