Felietony Witolda Modzelewskiego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1283
Nie, tym przegranym nie było państwo bolszewickie. Prawda: przegrało kampanię z Polską trwającą raptem niecałe dwa miesiące (od połowy sierpnia do końca września 1920 roku, którą jednak poprzedzały prawie trzy miesiące sukcesów zapoczątkowanych odzyskaniem Kijowa i rajdem aż pod Warszawę: o taką zdolność ofensywną obolałej, źle zaopatrzonej i również fatalnie dowodzonej Armii Czerwonej nikt nie podejrzewał). Dwie przegrane bitwy – Warszawska i niemeńska były gorzką pigułką po chwilowym sukcesie, ale nie odebrały bolszewikom największego sukcesu, który dały mu zwycięstwa nad Polską z czerwca i lipca tamtego roku: dwa najważniejsze mocarstwa Ententy – Francja i Wielka Brytania - z naszej zresztą inicjatywy - podjęły dialog z bolszewicką Moskwą, upodmiotowiły ją oferując pośrednictwo najpierw w zakończenia wojny z Polską, a później w zawarciu pokoju.
Dziś już dobrze wiemy, że zarówno Paryż jak i Londyn do sierpnia 1920 rok zabraniały Polsce zawarcia pokoju z bolszewikami, zresztą podobnie jak prowadzenia z nimi wojny. Z perspektywy zachodnich stolic, które wciąż nie uznawały rewolucyjnych rządów w Moskwie, bolszewicy byli uzurpatorami niereprezentującymi Moskwy. Przypomnę, że przez cały 1919 rok i pierwszą część roku 1920 Ententa wspierała - nie szczędząc grosza - wojska rosyjskie w walce z bolszewikami. W połowie roku definitywnie porzucono te plany. Rada Komisarzy Ludowych podjęła z inicjatywy Paryża i Londynu rozmowy z Polską, stając się jeszcze nierównoprawną, ale pośrednio uznaną prawnomiędzynarodową stroną wojny, którą Zachód chciał tym samym zakończyć.
Kto więc był więc tym największym przegranym tego roku? Oczywiście była nim Rosja, która utraciła już wsparcie Zachodu. Więcej: bitwa niemeńska zakończyła się szybkim zawieszeniem broni: walki na polskim froncie ustały, a siły podbitej, lecz wciąż istniejącej Armii Czerwonej zostały przerzucone na południe Rosji, aby pokonać ostatni bastion militarnego oporu Rosji, czyli wojska generała Piotra Wrangla, które stacjonowały na Krymie. Tu nastąpiła powtórka roku 1919, gdy wielomiesięczny rozejm na froncie polsko-bolszewickim pozwolił uwolnić jednostki Armii Czerwonej użyte następnie do pokonania wojsk generała Antona Denikina.
Jesień 1920 roku zakończyła historię tamtej Rosji. Na długo: aż do początku lat dziewięćdziesiątych zeszłego wieku. Warto przypomnieć, że bolszewicy bardzo umiejętnie wykorzystali wyprawę kijowską, aby legitymizować swoje rządy w oczach Rosjan nawołując, zresztą dość skutecznie, pod swoje (czerwone) sztandary rosyjskich patriotów, a przede wszystkim dziesiątki tysięcy oficerów rosyjskich „w obronie Rosji przed Polską agresją”.
Drugim pokonanym był ówczesny Naczelnik Państwa i Naczelny Wódz Józef Piłsudski, który w kluczowym momencie, tuż przed kontrofensywą wojsk polskich podał się do dymisji, opuścił Warszawę. Upadek jego autorytetu był oczywisty: mimo sukcesu militarnego był politycznym trupem. Najpierw utracił wpływ na obsadę dowództw wielkich jednostek operacyjnych sztabu generalnego: tu rządzili (i wygrali) generałowie i pułkownicy armii carskiej i C.K armii mający co najmniej krytyczny stosunek do kompetencji dowodzących Naczelnego Wodza. Przypomnę, że nawet nie używali - również w późniejszych wspomnieniach - tytułu „Pierwszego Marszałka Polski”, którym posługiwał się wówczas Józef Piłsudski, bo nie był to formalny stopień wojskowy, tylko tytuł, który sobie sam nadał.
Rola Naczelnika Państwa została również kompletnie zmarginalizowana w Polsce międzynarodowej: nie miał on jakiegokolwiek wpływu na rokowania prowadzone w Rydze, gdzie polscy posłowie wręcz z satysfakcją utrącali wszystkie koncepcje Piłsudskiego, poczynając od całkowitego porzucenia jego sojusznika – atamana Symona Petlury wraz z jego Ukraińską Republiką Ludową. Wręcz odwrotnie - podjęto rozmowy z „socjalistami”, czyli bolszewicką wersją zarówno państwa ukraińskiego, jak i białoruskiego.
A czy Polska, zwycięska choć wyniszczona wojną, podpisująca z trzema państwami bolszewickimi traktat pokojowy odniosła historyczny sukces? Otrzymaliśmy ziemie według układu prusko-rosyjskiego z 1796 roku, tracąc ostatecznie i definitywne ziemie pierwszego i drugiego rozbioru rosyjskiego, czyli na wschodzie i wróciliśmy do stanu sejmu grodzieńskiego z 1793 roku. Bolszewicy chcieli nam dać więcej, oferując nawet Mińsk białoruski i przez chwilę na południu Kamieniec Podolski, ale sami zrezygnowaliśmy z tych ziem.
Czy przekreśliliśmy więc (jak się to często powtarza) skutki rozbiorów Polski na wschodzie, mimo że nasz partner negocjacji pokojowych formalnie unieważnił traktaty rozbiorowe? Raczej nie. Ale nawet ziemie trzeciego zaboru rosyjskiego i większość pierwszego i trzeciego zaboru austriackiego (w drugim rozbiorze Polski Austria nie uczestniczyła – była w stanie wojny z drugim naszym zaborcą – Prusami) okazały się przez następne osiemnaście lat miejscem konfliktów narodowych, graniczących niekiedy wręcz z wojną domową, lecz przede wszystkim źródłem słabości naszego państwa.
Nasze optymistyczne przekonanie o umiejętności asymilacji ludności żydowskiej i Rusińskiej, stanowiących większość Kresów Wschodnich, okazało się mrzonką. Wręcz odwrotnie: polonizacja części tamtych społeczności, a zwłaszcza pokolenia wychowanego w międzywojniu, okazała się jednym z największych błędów: ludzie ci mówili po polsku i tym językiem złorzeczyli Polsce, do cna nienawidząc jej. Nie było tu miejsca na jakikolwiek kompromis, czego doświadczaliśmy od 1939 roku, gdy zlikwidowano naszą państwowość - nie tylko zresztą na tych terenach.
Ale nawet nie to jest najważniejsze. W 1920 roku pokonaliśmy militarnie, a jednocześnie uznaliśmy politycznie i prawnie, państwa bolszewickie, które za dwa lata utworzą federację: Związek Socjalistycznych Republik Radzieckich (Sowieckich), którzy nas zmiażdży w 1939 roku i odbierze nam nawet wszystko to, co odzyskaliśmy w 1920 roku. Tym razem definitywnie i na zawsze. Ziemie trzeciego zaboru rosyjskiego utracili na rzecz tego państwa, które rozwiązując się we 1991 r. oddało je Ukrainie, Białorusi, Litwie i Łotwie. Czy możemy mówić o geopolitycznym sukcesie? Nie liczyliśmy się w tym nowym podziale świata i nikt nie upomniał się nawet o prawa ludności polskiej zamieszkującej tamte ziemie.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 267
Złośliwi twierdzą, że największym, a jak niektórzy twierdzą –jedynym trwałym dorobkiem artystycznym Trzeciej RP, jest oczywiście disco polo: estetyka tej muzyki, zwłaszcza treść piosenek, najlepiej oddaje koloryt epoki, którą rozpoczęła „radykalna transformacja” w wykonaniu „pierwszego niekomunistycznego rządu”.
Nie jestem miłośnikiem tej muzyki, ale to nie ma żadnego znaczenia i szanuję jej fanów, bo podoba się wielu.
Polska w disco polowej wersji jest oczywiście beztrosko „prozachodnia”, a nawet przenosi nas daleko na „zachód”, jeździ się tam wyłącznie zachodnimi samochodami, żyje wakacyjnymi problemami. Przede wszystkim jest już ona całkowicie wolna od „postkomunistycznego dziadostwa” i tzw. polskich dylematów (wszak to „nienormalność”). Przypomnę, że w czasach „komunistycznego zniewolenia” media państwowe, a zwłaszcza Polskie Radio,usilnie promowały (prawdopodobnie po to, aby nas „zniewolić”) obcą „zachodowi” twórczość takich oto artystów jak Marek Grechuta, Ewa Demarczyk, a zwłaszcza Maryla Rodowicz, którą słusznie później „zdemaskowano” jako „Madonnę RWPG”. Być może właściwe służby zbadają dogłębnie życiorysy wszystkich artystów (nawet nieżyjących), którzy skompromitowali się wieloletnią „kolaboracją” z mediami państwowymi w latach 1944-1989.
Jednak nie trzeba będzie obejmować całkowitym zakazem odtwarzania tej twórczości w mediach publicznych, bo przecież są już w likwidacji i niedługo definitywnie zakończą działalność. Zresztą przypominanie tej spuścizny powinno być uznane za „dezinformację”, a nawet za „propagowanie ustroju komunistycznego”, czyli za czyn zabroniony kodeksem karnym.
Wiemy, że niedługo powstanie „urząd do spraw zwalczania dezinformacji”, który wypleni również resztki postkomunistycznych miazmatów także w mediach prywatnych. Jest bowiem rzeczą oczywistą, że „dezinformacją” jest odtwarzanie optymistycznych piosenek o miłości (o zgrozo: heteroseksualnej) z lat sześćdziesiątych lub siedemdziesiątych XX wieku, bo przecież wiemy, że wtedy cały naród tylko trwał w oporze przeciw ówczesnej władzy, stał w długich, niekończących się kolejkach, a „żołnierze wyklęci” ukrywali się w lasach przed komunistycznymi siepaczami.
O powołanie tego urzędu upomniała się nawet w jednym z wywiadów była Rzeczniczka Praw Obywatelskich, która przy okazji przytoczyła jako przykład „rosyjskiej dezinformacji”pogląd stawiający pod wątpliwość banderowsko-nacjonalistyczną tradycję ukraińską jako (jakoby) jedyną reprezentatywną wersję historii tego narodu.
Wracamy jednak do zasadniczego wątku: disco polo nie tylko symbolizuje dorobek artystyczny ostatnich trzydziestu lat, lecz również pośrednio innych dziedzin naszej twórczości, w tym także debaty politycznej i publicystyki międzynarodowej. Tam wszystko jest „zachodnie”, poruszane problemy są również wyłącznie „zachodnie” i nie zaśmiecone jakimikolwiek wątpliwościami. Wszystko jest jasne i bezrefleksyjne: a w obiegu oficjalnym miejsce jest jeszcze tylko dla „oburzenia” i „zaskoczenia” w przypadku pojawienia się jakichkolwiek odstępstw od tego wzorca.
Już dość ironizowania: być może sprawdza się teza, że daną epokę najlepiej poznaje się, słuchając powstałej wtedy muzyki popularnej. Jest ona najbardziej abstrakcyjnym rodzajem sztuki i niesie za sobą również uniwersalny kod poznawczy. Może kształtować i afirmować gusta estetyczne słuchaczy, bez jakiegokolwiek pejoratywnego wydźwięku tych słów: po prostu inną widownię tworzą miłośnicy muzyki symfonicznej, inną muzyki techno, choć oczywiście są wyjątki. Można tą obserwację również ostrożnie uogólnić, choć muzyka biesiadna czy ludowa może nas łączyć również estetycznie. Nie idzie mi o jakikolwiek elitaryzm tylko prawdę o czasach, w których żyjemy. W końcu - jak powiedział profesor Władysław Tatarkiewicz –najważniejsze są poglądy estetyczne.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 122
W naszej, opiniotwórczej „przestrzeni medialnej” króluje niepodzielnie strach i wrogość. Dogmatem jest tu „zagrożenie rosyjską agresją”, a jedyną reakcją na to jest strach – wszechobecny, wręcz ostentacyjny. Kiedyś bojaźń ukrywano: nie było czym się chwalić. Teraz musimy wysłuchiwać lub czytać publicznych spowiedzi ciężko przestraszonych, którzy w dodatku prześcigają się w licytacji skali swojej bojaźni: tak jakby ogłoszono casting na najbardziej strachliwych.
Drugim „konkursem”, często z udziałem tych samych aktorów, jest wrogość: kto bardziej „przypieprzy ruskim”. Jest to wyjątkowy rodzaj wrogości, bo połączony z pogardą i poczuciem wyższości; zanika używanie przymiotnika „rosyjski”: zastąpił go „ruski” (np. „ruskie drony”) w tym złym, często również pogardliwym znaczeniu tego słowa.
Strach i wrogość jest być może nowym sposobem poszukiwania nowej politycznej wspólnoty: zapewne razem bać się raźniej.
Być może jednak zbiorowe halucynacje strachu przed „agresją” są skrzętnie zorganizowanym przedstawieniem, które ma odwrócić naszą uwagę od spraw dużo ważniejszych, a także poprawić kiepskie notowania rządzących. Zagrożenia oczywiście są, ale również z zupełnie innej strony:
- po pierwsze, nasza energetyka i górnictwo są świadomie niszczone przez narzucenie nam absurdalnych rygorów tzw. Zielonego Ładu i „Pakietu Klimatycznego”,
- po drugie, rolnictwo jest niszczone przez napływ tanich surowców rolnych z Ukrainy a w nieodległej perspektywie – z państw Ameryki Południowej (umowa Mercosur),
- po trzecie, grozi nam głębokie zubożenie poprzez przerzucenie na obywateli gigantycznego ciężaru zbrojeń, które mają pochłonąć co rok 5% PKB, a nasz deficyt budżetowy dziś wynosi 8% PKB.
Większość z nas jest w pełni świadoma rzeczywistych zagrożeń, ale mamy się „jednoczyć wokół flagi” ze strachu przed „ruskimi”. Nasze halucynacje są być może tylko świadomymi manipulacjami. Czy poddajemy się im? Częściowo tak, bo ponoć jesteśmy w stanie „wojny hybrydowej z Rosją”, gdyż zaatakowały nas nieuzbrojone drony, przed którymi nas ostrzegła związana z Rosją Białoruś a nie Ukraina.
Czy ktoś jednak zastanowił się nad konsekwencjami naszej wrogości w świadomości Rosjan? Niewiele wiemy na ten temat, bo przecież zamknięto nam dostęp do większości źródeł informacji na ten temat. Blokada rosyjskich źródeł wprowadzona pod przykrywką „walki z dezinformacją”. Nie wolno nam nawet czytać rosyjskiej literatury, słuchać ich muzyki (są raczej muzykalni), nawet rozrywkowej. Nie wolno nam również dyskutować o naszych stosunkach polsko-rosyjskich, nawet tych z przeszłości.
To już graniczy z obsesją, wręcz głupotą: jeżeli widzimy w kimś wroga, który w dodatku czyha na naszą niewinność, to powinniśmy go jak najbardziej poznać; stara mądrość podpowiada, że trzeba uważniej wysłuchać wroga niż przyjaciela. A może owe zakazy też wynikają ze strachu przed… porażką? Czy po tylu latach finansowania „niewdzięcznych” władz w Kijowie, które jakoby walczą w naszej obronie, trzeźwa ocena obecnego stanu rzeczy mogłaby podważyć sens naszych dzisiejszych i planowanych na przyszłość działań?
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1366
Wszystkie liczące się w Polsce siły polityczne deklarują „prozachodnią” orientację. Nawet ukrywający swoje poglądy polscy eurosceptycy głośno mówią, że trzymają „prozachodni kurs”, co chyba należy rozumieć jako sympatię do Stanów Zjednoczonych i Izraela (on należy oczywiście do „Zachodu” albo „Zachód” należy do niego).
Mamy więc „prozachodniość” związaną z „bliskim zachodem”, czyli Niemcami lub Unią Europejską (to obecnie na jedno wychodzi), oraz związaną z „dalekim zachodem”, czyli tzw. atlantyckim.
Poprawność liberalna nakazuje silne i częste deklarowanie obu orientacji (niemiecko-europejskiej i amerykańsko-izraelskiej), co powoli staje się anachronizmem, bo drogi dwóch z pięciu najważniejszych państw świata, czyli USA i Niemiec, powoli, lecz trwale się rozchodzą. Trzej pozostali liderzy: Chiny, Rosja i Indie nie istnieją w świadomości polskich polityków, a jeśli już, to negatywnie; wrócę jeszcze do tego wątku na końcu tego tekstu.
W obu „prozachodnich orientacjach” mamy z naszymi partnerami skrywane, lecz trwałe i głębokie konflikty, o których oczywiście nie wolno zbyt głośno mówić. W orientacji proniemieckiej idzie o brak uznania przez to państwo zmian własnościowych na polskich Ziemiach Odzyskanych po 1945 roku, mimo uznania granicy na Odrze i Nysie. Bagatela – dotyczy to jednej trzeciej naszego terytorium.
W drugiej orientacji kłopotem są publicznie zgłoszone „roszczenia” do majątku byłych obywateli Drugiej RP uznanych za Żydów, którzy zostali wymordowani przez Niemców w czasie II wojny światowej (tzw. mienie bezspadkowe). Nie wiadomo, jaka jest wartość tych „roszczeń”. Oczywiście nie warto ani o to pytać, ani tego dokładnie liczyć, bo z oczywistych względów będzie to złym sygnałem.
W przypadku tandemu Izrael-USA idzie o mienie blisko trzech milionów ludzi, którzy co prawda w większości byli bardzo biedni, lecz niewielki procent żydowskiej mniejszości zaliczał się do grona najbogatszych obywateli II RP. Same „pożydowskie nieruchomości” w głównych miastach Kongresówki stanowiły – według ostrożnych szacunków – około piętnastu procent powierzchni miast.
A Ziemie Odzyskane? Jeśli dodać, że zgodnie z akceptowaną przez rząd Niemiec doktryną prawną byli obywatele III Rzeszy nie stracili prawa własności do majątku, który znalazł się w granicach Państwa Polskiego od 1945 roku, to mamy jeszcze większy „pasztet”.
Nie otwieramy jednak tych tematów, ale rząd Polski powinien wydać – podobnie jak w przypadku pseudoroszczeń żydowskich – identyczną deklarację o pełnej suwerenności państwa polskiego i nieodwracalności zmian własnościowych, które nastąpiły na całym obecnym terytorium Polski.
Tu trzeba się zdecydować, czy dalej pleciemy głupstwa o „grabieży dokonanej przez komunistów”, czy też chcemy oddać „mniejszą połowę” naszego majątku. Jeśli w latach 1944–1989 byliśmy „pod sowiecką okupacją”, a Trzecia RP jest prawnym następcą jakichś tam „rządów na uchodźstwie”, to może warto sprawdzić, czy owe rządy uznały obecne terytorium za status quo naszego kraju, czy też twierdziły, że państwo polskie istnieje w sensie prawnym w granicach z 1939 roku.
Bo jeśli tak, to nie tylko „strzeliliśmy sobie w stopę”, ale pośrednio przyznaliśmy, że:
– „roszczenia” niemieckich obywateli do ziem III Rzeszy na wschód od Odry i Nysy są w pełni zasadne, gdyż RFN jest następcą prawnym hitlerowskiego reżimu (a nie jest?);
– państwo polskie odpowiada za roszczenia z tytułu pożydowskiego i poniemieckiego mienia również na terenach należących obecnie do Litwy, Białorusi i Ukrainy.
Na pewno powinien powstać zespół kompetentnych i zaufanych prawników, który czuwałby nad strategicznymi interesami prawnymi Polski i jej obywateli. Należy pamiętać, że muszą to być osoby niepozostające w tzw. ukrytym konflikcie interesów.
Wiemy, że najlepiej obezwładnić każdy rząd poprzez korupcję (legalną) środowisk eksperckich i akademickich. Taki sposób postępowania znamy w przypadku podatków i prawa podatkowego. Na pewno w podobny sposób można przekabacić specjalistów prawa międzynarodowego. Często wystarczy zaprosić na „stypendium naukowe” zafundowane przez rządy naszych „wierzycieli” na renomowanych uniwersytetach tych państw.
Ale nie to jest najważniejsze – groźny jest cichy spisek w postaci „zorganizowania” w naszym kraju dojścia do władzy ludzi, których jedynym strategicznym zadaniem będzie „tylko” otwarcie drogi do uznania tych „roszczeń”. Wiemy, że nie wolno nie tylko tak mówić, ale nawet tak myśleć – przecież jesteśmy „wolnym” i „niepodległym” państwem, gdzie żaden „sowiecki agent” nie może mieć wpływu na zmiany personalne. Chyba że ów „agent” służy naszym „partnerom strategicznym”. Wtedy jest to działaniem w pełni „patriotycznym” i „niepodległościowym” i dopiero za sto lat – podobno jak w przypadku np. Piłsudskiego – dowiemy się, że wywiad jakiegoś państwa miał wpływ na roszady personalne w „naszych” rządach.
Może jednak nie będziemy musieli czekać tak długo. Szokujące informacje na temat roli CIA w wyborze jednego z ważnych dla nas papieży są bardzo pouczające.
Na koniec dość oczywista konkluzja: nie powinniśmy być zbyt ulegli w stosunku do państwa, z którymi faktycznie dzielą nas konflikty własnościowe. Istotą polityki jest równoważenie ich wpływów poprzez relacje z państwami, które nie mają antypolskich roszczeń, a zarazem nie dogadają się z naszymi „wierzycielami”. Wiadomo – idzie tu o Rosję. Może właśnie dlatego proniemieccy i proizraelscy politycy polscy są tak wrodzy wobec każdego, kto nie powtarza ich antyrosyjskiego jazgotu.
Witold Modzelewski

