Felietony Witolda Modzelewskiego
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1348
Pojęciem „wojny hybrydowej” najczęściej posługują się hałaśliwi „geostratedzy”, wieszczący wszem wobec „rosyjskie zagrożenie dla Polski”. Ich wypowiedzi są na okrągło powtarzane przez tzw. opiniotwórcze media, powinny być nam dobrze znane, tylko krótko więc przypomnę ich schematy myślowe (nie są zbyt skomplikowane).
Rosja „odbudowuje imperium” i jest z istoty wrogiem Polski, bo my musimy się przeciwstawić tej odbudowie. Dlaczego? Nie wiadomo, bo przecież zgodziliśmy się na zjednoczenie Niemiec. Rosja (jakoby) prowadzi więc w stosunku do państwa byłego bloku radzieckiego agresywną politykę i wykorzystuje do tego zróżnicowane środki agresji (np. ataki hakerskie, „zielone ludziki” itp.), a te działania składają się na stan jakiejś „wojny”, którą ze względu na brak działań militarnych właśnie nazywa się hybrydową. Co prawda kraj ten na potęgę sprzedaje nam gaz, ropę naftową i węgiel, mimo że nie mamy (zdaniem zwolenników tej teorii) suwerenności energetycznej, co wręcz przeczy wrogiej postawie. Gdyby Rosja chciała nam zaszkodzić, ograniczyłaby lub wręcz zablokowałaby dostawy surowców energetycznych, a my jak dotąd nie mamy alternatywnych i w pełni dyspozycyjnych źródeł dostaw od innych państw. Możemy co najwyżej kupić rosyjski gaz od Niemiec, co oczywiście jest dowodem odbudowy naszej suwerenności energetycznej. Ale to tak przy okazji.
Pojęcie wojny hybrydowej może być jednak przydatne dla analizy wrogiej polityki, którą prowadzą w stosunku do Polski inne państwa. Wiemy, że Izrael i Stany Zjednoczone ingerują w sposób bezceremonialny w naszą politykę wewnętrzną i chcą nas ograbić na kwoty liczone w setkach miliardów złotych. Nigdy w historii nikt, z kim pozostawaliśmy w stosunkach dyplomatycznych, z taką pogardą i wrogością nie odnosił się do Polski i Polaków. Takich słów nie używały nawet Niemcy w okresie bezpośrednio poprzedzającym drugą wojnę światową.
Czy te działania można nazwać wojną hybrydową? Zapewne, bo są one nie tylko całkowicie bezprawne i obraźliwe, ale również godzą w podstawowe interesy naszego kraju i jego wszystkich (bez wyjątku) obywateli. Czy ktoś, kto żąda haraczu, grożąc nam dalszym nasileniem aktów wrogości, jest naszym wrogiem czy sojusznikiem? Odpowiedź jest tylko jedna: dwa państwa chcą nas okraść, a my żałośnie nazywamy jedno z nich naszym „sojusznikiem strategicznym”. Szkoda gadać. Nawet w czasach, gdy „Polską rządzili komuniści” (tak się teraz mówi) nasi ówcześni protektorzy nie mieli porównywalnych żądań.
Powtarza się syndrom „wielokrotnie wyciskanej cytryny”, którą staliśmy się w czasie ostatnich trzydziestu lat. Wcześniej robiono to rękami miejscowych polityków, którzy niestety skutecznie pozbawiali nas dochodów i majątków, a zaczęło się od odebrania nam oszczędności na początku „terapii szokowej” rękami liberalnego polityka, który doczekał się najwyższych odznaczeń państwowych z rąk – notabene lewicowego – prezydenta (w głowie się nie mieści, ale widać mam za małą głowę).
Teraz już nikt nie chce mieć z nim nic wspólnego – nawet przybyły niedawno polityk liberalny jednoznacznie odcina się od tej postaci.
Ciekawe, czy znajdzie się ktoś tu – na miejscu, kto podejmie się w imieniu naszych „przyjaciół” wycisnąć z nas owe 300 mld dolarów? W końcu mamy wielu entuzjastów naszej „przynależności do Zachodu”, to przecież do czegoś zobowiązuje. Prawdopodobnie do tej roli zostaną wyznaczeni liderzy prawicowej rusofobii. W końcu będzie to wówczas akt wrogości wobec Rosji. Te 300 mld dolarów znajdzie się na Zachodzie, czyli nie trafi do rąk Putina.
Może być jeszcze gorszy scenariusz: w wyciskaniu polskiej cytryny rękami amerykańsko-izraelskimi uczestniczyć będzie również Rosja, co będzie rewanżem za naszą wrogość. Czy ktoś stanie – przynajmniej słownie – po naszej stronie w tej wojnie (hybrydowej)? Cała nadzieja w Palestyńczykach i Afroamerykanach, którzy nienawidzą Izraela oraz nie mają żadnych sentymentów do wszystkiego, co jest tworem rasistowskich „białasów”. Ale czy ich głos powtórzą „opiniotwórcze media”?
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1214
Równo sto lat temu ostatecznie załamała się koncepcja powołania federacji na części terytoriów, które w XVIII wieku należały do państwa polsko-litewskiego. Historia tej choroby ma już bardzo bogatą literaturę – nie tylko naukową, lecz przede wszystkim polityczną i propagandową – nie będę więc jej streszczać, zainteresowani mogą przeczytać na ten temat dużo.
W skrócie tylko przypomnę, że bezspornym rysem (zasadniczym) tej koncepcji było utworzenie związku dwóch, trzech, a nawet czterech państw: wariant mały – Polska i Litwa, wariant szerszy – Polska, Litwa i Białoruś, wariant najszerszy obejmował również Ukrainę, przy czym to ostatnie państwo było w wersji okrojonej od wschodu względem jego obecnych granic (tylko Galicja Wschodnia).
Państwem dominującym miała być „mała Polska”, powstała w wyniku połączenia ziem Kongresówki i Galicji Zachodniej, a pozostałe państwa związkowe miały mieć charakter satelicki w stosunku do Warszawy, mieli w nich rządzić politycy zależni, uznający nasze zwierzchnictwo.
Część historyków twierdzi, że nigdy nie było jednej wizji tego tworu, a realnie próbowano urzeczywistnić tylko mały wariant, czyli federację niekowieńskiej części Litwy (słowiańskiej) oraz byłej Kongresówki i Galicji Zachodniej.
Jedynym propagatorem i wyjątkowo nieskutecznym wykonawcą tego pomysłu był w latach 1918–1920 Józef Piłsudski wraz ze swoim hałaśliwym, ale zdecydowanie mniejszościowym stronnictwem. Poważni badacze kwestionują nawet, że Piłsudski był autorem tej koncepcji. Nie był przecież wizjonerem geopolitycznym; owa federacja była zmodyfikowaną w 1918 roku wersją niemieckiej wizji Mitteleuropy, czyli podzielenia ziem zachodnich byłego Cesarstwa Rosyjskiego na co najmniej pięć małych państewek (Polskę, Litwę, Ukrainę, Łotwę, Estonię i ewentualnie Białoruś), co miało realizować jednocześnie trzy cele strategiczne:
– uzależnienie tych państw od Berlina po to, aby stały się trwałym rynkiem zbytu dla nieopłacalnego (obiektywnie) przemysłu niemieckiego, co wiązało się z ich deindustrializacją, a jednocześnie państwa te miałby być rezerwuarem taniej siły roboczej (Niemcy już wtedy były w okresie regresu demograficznego) oraz taniej żywności, bo „nowoczesne” i wielkoobszarowe rolnictwo niemieckie również było nieopłacalne i nie umiało wyprodukować jej w dostatecznej ilości;
– cofnięcie granic państwa rosyjskiego do czasów Wielkiego Księstwa Moskiewskiego, czyli „wyrzucenia Rosji z Europy”;
– i najważniejsze: niedopuszczenie do reaktywowania państwa polskiego w osiemnastowiecznych granicach, czyli „dużej Polski”, która obejmowała także ziemie pierwszego i drugiego zaboru pruskiego.
„Mała Polska” – jeżeli udałoby się jej utworzyć ową federację – byłaby zbyt słaba, aby spacyfikować separatyzmy i nacjonalizmy państw satelickich, przez co byłaby skazana na niemieckich protektorów, którzy byli jednak czasowo osłabieni po przegranej wojnie.
Jest rzeczą bezsporną, że większość polskich polityków i polska opinia publiczna była zdecydowanie przeciwna tej koncepcji; polski protektorat nie miał również jakiegokolwiek poparcia we wszystkich potencjalnych państwach satelickich. Tam nikt nie chciał powrotu do Pierwszej Rzeczypospolitej na ICH ZIEMIE; wszyscy – nawet bolszewicy – byle nie Polacy. Oczywiście istotna część zamieszkujących te ziemie Polaków chciała przyłączenia wprost do państwa polskiego, ale byli oni mniejszościami w „narodowych państwach”, które w roku 1918 tworzyły tam okupacyjne wojska niemieckie. Nacjonaliści litewscy, białoruscy, łotewscy i ukraińscy chcieli w pełni wyeliminować wpływy polskie w tych państwach, w czym dość skutecznie wspierała je silna i wpływowa diaspora żydowska, która miała swoje plany, silne wsparcie Berlina i… państw anglosaskich.
Rok 1920 przypieczętował (ostateczny) koniec realizacji tej wizji. Wojska bolszewickie wtargnęły na ziemie „małej Polski”, u ich boku stanęły wojska litewskie, a władze w Warszawie, podejmując negocjacje pokojowe, uznały podmiotowość – obok państwa bolszewickiego – dwóch odrębnych państw: Białoruskiej Republiki Rad i Ukraińskiej Republiki Rad, które ostatecznie podpisały pokój ryski, bo to z nimi, a nie z państwem bolszewickim ze stolicą w Moskwie, mieliśmy graniczyć na wschodzie. Polski Sejm, rząd oraz opinia publiczna odrzucali jakąkolwiek dyskusję o jakichś „federacjach”. Polska miała być „duża”, obejmować ziemie trzeciego zaboru rosyjskiego (z pierwszych dwóch świadomie zrezygnowaliśmy), czyli granicą wschodnią miała być tzw. linia Dmowskiego. Wierzyliśmy naiwnie, że będziemy w stanie spolszczyć tamtejsze większości narodowe, co okazało się kompletną mrzonką.
A na koniec uwypuklę istotny element złożonej przed stu laty do grobu (politycznego) koncepcji federacyjnej: wschodnia granica Polski (nie federacji) miała być… wschodnią granicą Kongresówki, czyli tą co dziś, ale jeszcze cofniętą na zachód. Czyli w ramach owej federacji – tak jak dziś – cała polska spuścizna położona na wschód od granic Kongresówki miała być we władaniu innych państw narodowych. Co to miało wspólnego z wizją Polonia Restituta?
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1647
Pytanie o sens wydarzeń sprzed stu lat na ziemiach polskich jest w istocie dialogiem z legendą, tzw. mitem założycielskim, kształtującym czas minionego wieku w Polsce. Jest to legenda obowiązująca we wszystkich okresach naszej „odrodzonej” państwowości, w tym również – co szczególnie znamienne – w latach 1944–1989, który to okres bzdurnie niektórzy nazywają dziś „komunizmem”. Co jest treścią tej legendy? Ma ona trzy wątki: rezurekcyjny, cudotwórczy i etniczny. Przypomnę w skrócie ich istotę.
Wątek rezurekcji, czyli zmartwychwstania, oznacza jednorazowe zakończenie niebytu Polski, trwającego jakoby sto dwadzieścia trzy lata, tj. odrodzenie, które nastąpiło w 1918 roku. Czas „niebytu” jednak bez sensu unieważnił wszystko to, co było formą polskości między 1795 a 1918 rokiem, łącznie z Księstwem Warszawskim, epopeją napoleońską, liberalnym i demokratycznym Królestwem Kongresowym lat 1815–1830 oraz rządami władz powstańczych trzech dziewiętnastowiecznych zrywów narodowych (tak: trzech, bo oprócz powstań antyrosyjskich, była jeszcze Rewolucja Krakowska 1846 roku, czyli powstanie antyaustriackie). Unieważnienie tych zdarzeń jest nadużyciem, wręcz zafałszowaniem przeszłości, która była dużo ważniejsza zarówno wtedy, jak i później.
Wątek cudotwórczy legendy kreuje powstanie państwa polskiego jako akt wyjątkowy, wręcz nadprzyrodzony, gdy po naszej stronie było DOBRO zwyciężające raz na zawsze bezwzględne ZŁO. Ów cud odrodzenia miał być należną nam łaską, sakralizować twór publicznoprawny powstały przed stu laty. Zwycięstwo DOBRA (pisanego dużą literą) jest wyrazem „sprawiedliwości dziejowej” czy też „ładu moralnego”, który został tym samym przywrócony.
Wątek trzeci legendy ma charakter etniczny – odrodzone państwo było państwem Polaków, czyli ludzi, którzy mówią i myślą po polsku. Polska jest „Matką wszystkich Polaków”, my jesteśmy jej „dziećmi” i nie ma tu miejsca dla „obcych” ani wyrodnych, nieuznających swojej matki dzieci. Jesteśmy bowiem jednym plemieniem, musimy być solidarni, tworzyć wspólnotę, która ma „swoje państwo”.
Mitologia ta nie ma i nie miała wiele wspólnego z ówczesną rzeczywistością. Nie było cudu odrodzenia, bo od początku grudnia 1916 roku istniały w centralnej Polsce twory państwopodobne („Królestwo Polskie”), które jednak powołali do życia niemieccy okupanci. Utworzono Radę Regencyjną owego „Królestwa” oraz wcześniej Tymczasową Radę Stanu, a nawet jakiś „rząd” złożony z ludzi mówiących po polsku, którzy lojalnie współpracowali z okupantami m.in. w grabieży naszego kraju i jego mieszkańców. Tworzono z niemieckiego rozkazu pseudopolskie wojsko (Polnische Wehrmacht), do którego jakoś jednak nie garnęli się byli poddani „ruskiego cara” z priwislinskiego kraju. Administracja i szkolnictwo zostały jednak spolonizowane, a przyjazd z Niemiec brygadiera Piłsudskiego nie był niczym nadzwyczajnym, bo rok wcześniej był on członkiem Tymczasowej Rady Stanu, która stała wiernie przy tronach niemieckich monarchii. Upadek protektorów, a zwłaszcza abdykacja obu niemieckojęzycznych cesarzy, były czymś zaskakującym. Można raczej mówić o próżni, która otworzyła wręcz nieograniczone możliwości. Komu? Temu, kto chciał rządzić. W Warszawie zostali jednak polscy nominaci niemieckich zaborców, którzy stracili oparcie i legitymację swoich „rządów”. Czy był to cud odzyskania niepodległości? Nie, w jakimś sensie cudem był upadek „nadgniłych tronów”, przegrywających swoje idiotyczne – a dla nas błogosławione – wojny.
Odrodzenie nie miało również charakteru etnicznego. Ziemie, które później weszły w skład państwa polskiego, były mozaiką ludów: w miastach ulice mówiły w jidysz, w gwarach ruskich, po niemiecku i po polsku. Najszybciej rozwijającą się demograficznie nacją był żydowski proletariat. Ale nawet ci, którzy mówili w naszym języku, nie zawsze czuli się Polakami. Chłopi nie kryli obaw, że przywrócenie Polski odbierze ziemie i przywróci pańszczyznę – wszak uwłaszczenie chłopów było dziełem zaborców. Myśli tych nie krył polityk dużego formatu, czyli Wincenty Witos. Naszych ziem nie zasiedlał jeden naród. Wręcz odwrotnie – sprzeczności na tle narodowym były tak głębokie, że doprowadziły do wojny domowej trwającej jeszcze przez kolejne dwa lata. Koncepcję państwa jednego narodu zrealizował dopiero Józef Stalin, który stworzył przesuniętą na zachód, współczesną Polskę, bardzo różniącą się od jej przedwojennej wersji.
Nasze odrodzenie narodowe zawdzięczamy zbrodniczemu rasizmowi Niemców, którzy wzmocnili polską tożsamość. Więcej: to ich antysemityzm stworzył współczesny naród żydowski, wyodrębnił Żydów jako odizolowaną grupę, która już częściowo uległa asymilacji.
Witold Modzelewski
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 518
Jesteśmy – jak sądzę – światowym fenomenem: nie znam państwa, w którym prawie cały polityczno-medialno-celebrycki światek („elity”) w sposób jednoznaczny utożsamiałby się z innym państwem. Najważniejszy jest dla nich sukces kijowskiej, antyrosyjskiej kleptokracji, w dodatku rządzonej przez prezydenta, który zakończył już swoją kadencję. W języku naszych elit jest to tzw. walcząca Ukraina, której interesy są nadrzędne w stosunku do polskich (nimi nikt nie zawraca sobie u nas głowy), nasi obywatele mają cierpliwie ponosić wszystkie koszty darmowego wsparcia dla tamtejszych władz.
Gdyby kijowscy politycy kierowali się interesem swoich obywateli, to już dawno rozpoczęłyby się negocjacje pokojowe, bo już nie da się zakłamać zmiany nastrojów w tamtym kraju. A na wschodzie Europy wiele się zmieni: gdy dojdzie do władzy prezydent elekt w USA, „światowe przywództwo” zrobi obiecany porządek, dzieląc – zgodnie z amerykańską tradycją – to państwo na oddzielone linią demarkacyjną strefy wpływów (w ten sposób powstała nie tylko RFN w 1949 r. lecz również takie oto dziwne twory jak Korea Południowa i swego czasu Wietnam Południowy).
Prawdopodobnie analogiczny rozbiór dotyczyć będzie również Ukrainy, a na straży tego podziału ma stać… Wojsko Polskie (amerykańskie nie będzie ginąć w obronie rządów w Kijowie – i nie tylko). Będzie to stan upokarzający dla naszych „sług narodu ukraińskiego”, bo przecież od początku głoszą, że ich celem jest „pełne zwycięstwo władz w Kijowie” i wycofanie wojsk rosyjskich ze wszystkich ziem tego państwa w granicach z 1991 r. A tu trzeba będzie pilnować rosyjskich zdobyczy, które już zostały oficjalnie wcielone do Rosji.
Przypomnę, że zgodnie z nieoficjalnym planem nowego światowego przywództwa m.in. Wojsko Polskie nie będzie tworzyło nowego Frontu Wschodniego, lecz będzie pilnować rozbioru Ukrainy. Oczywiście nie znam jeszcze oficjalnej wersji tego planu, ale czy jest jakiś inny wariat zachowujący choćby pozorny „sukces” polityki wschodniej „kolektywnego Zachodu” z ostatnich kilku lat? W jej wyniku Ukraina jest już definitywnie państwem upadłym, wyludnionym, wyniszczonym ekonomicznie i zdemoralizowanym darmowym wsparciem a przede wszystkim porażką.
Być może również z realizacją planu nowego światowego przywództwa w Kijowie nastąpi kontrolowany lub spontaniczny przewrót i nie sądzę, aby po raz kolejny władze USA zaproponowały Panu Zelenskiemu ewakuację. Bo niby dokąd?
Co więc poczną „zdradzeni” słudzy obecnego narodu, którym nawet zwykła przyzwoitość powinna nakazywać, aby powstrzymali się od tak kompromitujących stwierdzeń. I nie mówię tu o tym, że biorąc pieniądze od państwa polskiego nie powinno się głosić, że służy się komuś innemu. Idzie tu o kompromitujący brak kompetencji i zdolności przewidywania. Nie służy się obcym, którzy prędzej czy później przegrają.
Pierwszą reakcją owych sług będzie ukrycie się gdzieś w ciemnym kącie, bo przecież pletli oni obraźliwymi słowy jakieś nonsensy na temat prezydenta elekta i powinni obawiać się jego zemsty. Ponoć jest małostkowy i pamięta nikczemne słowa pod swoim adresem („jak każdy rudy”). Nawet, gdy będą chcieli przejść na służbę nowego światowego przywództwa (są przecież „proamerykańscy”) dostaną przysłowiowego kopa w tyłek. Będą więc pukać do „europejskiego przywództwa”, które jednak szybko zmieni zdanie i podporządkuje się nowym realiom.
Czeka nas dość groteskowy dramat porzuconych i oszukanych sług, czyli czwarta zdrada Zachodu. Sądzę, że dla większości Polaków nie jest to zaskoczeniem.
Witold Modzelewski

