Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1529
Kontynuując rozważania nad politycznym realizmem polskiej polityki wschodniej (to nie tylko związek z polityką, ale i korelacja z mentalnością, mitologią narodową, społecznymi odczuciami i spojrzeniem na historię, edukacją i narracją medialną – czyli z kulturą) trzeba stwierdzić, iż niedopuszczenie do swej świadomości jakiejkolwiek normalizacji – na innych niż nasze wyobrażenia i fantazmaty - stosunków z Moskwą (a przez to – z cały Wschodem) to kolejna wersja powtarzana w historii wojen polsko-rosyjskich. Tym razem w konwencji zaproponowanej przez Huntingtona (Zderzenie cywilizacji). To - jak wskazują wspomniani Chwalba / Harpula (Polska-Rosja. Obsesja historii, historia obsesji) czy Walicki (O Rosji inaczej) próba uniemożliwienia normalizacji relacji Zachodu z Rosją.
Z upoważnienia Rady Obrony Państwa do Spa pojechał premier Władysław Grabski prosić Brytyjczyków i Francuzów o pomoc i pośrednictwo w rozmowach z Moskwą. To była Canossa. Polski premier został upokorzony. Sponiewierany. Alianci przypomnieli Polsce że to oni decydują o granicach. Ich zdaniem polska polityka jest awanturnicza, imperialna i musiała tak się zakończyć. Główne skrzypce w Spa grał premier rządu JKM Lloyd Georg. Warunki podyktowano dramatyczne. Wilno miało trafić do Litwinów, wycofano się z zamiaru plebiscytu na Śląsku Cieszyńskim, Spiszu i Orawie. Linia Curzona miała nie podlegać jakiejkolwiek dyskusji.
Andrzej Chwalba / Wojciech Harpula
Ale źródeł polskiej wrogości szukać można w historii i jej romantycznej oraz religijnej kotwicy, jaką na nadwiślańską kulturę, świadomość, obrzędowość, myślenie i postrzeganie historii rzucił katolicyzm w swej trydenckiej wersji. Kościół potrydencki sytuował się w pozycji „obleganej twierdzy”, obleganej przez złe, reformacyjne i obce feudalnemu Kościołowi siły. Pod rządami Zygmunta III Wazy II RP weszła w XVII wiek jako kraj nietolerancyjny, ofensywny, mający napięte stosunki i relacje, często wojujący z niekatolickimi sąsiadami (Szwecja, Rosja, Turcja, Prusy). Gdy jeszcze w imię imperialnych, religijnych i dynastycznych marzeń Zygmunta (purytańsko nastawionego wychowanka jezuitów) oraz litewsko-ruskich magnatów, a także interesów Rzymu i Kościoła, wplątała się Polska w awantury podczas „wielkiej smuty” w Rosji owoce musiały być opłakane. I zatruwają nawet do dziś relacje polsko-rosyjskie. I nie potrafimy – Rosjanie zresztą też – wyrwać się z tych efektów i cieni „długiego trwania”.
„Długie trwanie” to termin wprowadzony do humanistyki przez Fernanda Braudela, oznaczający perspektywę czasową, w której dokonują się wszelkie przemiany w kulturze. Z tej perspektywy większość wydarzeń politycznych, gospodarczych, militarnych jest nieistotna, czy wręcz niezauważalna. Najtrwalszymi, często dającymi o sobie znać w postaci dalekiego, bladego echa są fakty najgłębiej skryte w zbiorowej pamięci pod warstwami kultury, cywilizacji, religii. I to one często w postaci symboliki i obrzędowości przekazują informacje o tych wydarzeniach z przeszłości. Dając tym samym na podstawie analogii i przenośni odniesienia do współczesnych opisów wydarzeń czy ich interpretacji.
Tak zwana polityka wschodnia
Zachowujemy się – analizując całokształt polskiej tzw. polityki wschodniej (i nie tylko w dyplomatycznym, ale niemal w każdy wymiarze) - niczym rycerze krzyżowi, nietolerancyjnie, wrogo wobec wolności innych, wybiórczo traktując pojęcie demokracji i pluralizmu. Można odnieść wrażenie, iż cały Wschód (ale dotyczy to też Zachodu, choć w innym kontekście i płaszczyźnie rozumienia) ma przyjąć wyłącznie nasze pojmowanie historii, pochylać się ciągle nad naszymi ranami i bólem, współczuć nam i zarazem brać z nas przykład.
Cmentarna, zmitologizowana, irrealna polityka elit rodzi taką samą świadomość ogółu społeczeństwa. Liberalne z nazwy media sekundują od lat takim wersjom naszych dziejów. Mainstream stawia pieczęć i przepełnia ją goryczą porażek (choć jednocześnie udowadnia się, iż zawsze byliśmy moralnymi zwycięzcami, uwalniając się tym samym od analizy i dojścia do źródeł klęsk i katastrof). Wąsko, polocentrycznie i antymodernistycznie pojęta „idea swoistego misjonizmu i prometeizmu” - oprócz wspomnianej spuścizny kontrreformacji i ewangelizacyjnej pozycji, w jakiej ustawia się Kościół katolicki - jednoznacznie „determinuje postawę Polski wobec poradzieckiej przestrzeni ustrojowej i politycznej” (St. Bieleń, Polityka wschodnia Polski – między fatalizmem geopolitycznym a klątwą niemocy).
Zderzenie polskiej myśli prometejskiej z realną polityką, z pozycją – bez względu na sytuację wewnętrzną – Rosji, na tych obszarach budowaną i ugruntowywaną od kilkuset lat, musi zakończyć się porażką czy kompromitacją. Z tych mrzonek wynika brak jakiejkolwiek inicjatywy poprawy czy normalizacji stosunków z Rosją.
Wygląda na to, że marzenia, fantasmagorie i mity (brane za rzeczywistość) są esencją naszego spojrzenia na Wschód. Rosja ma być słaba, rozbita, przyjąć zachodni, a jeszcze lepiej – polski system wartości.
Takie rozumienie historii, polityki, zagadnień społecznych etc. jest życzeniowe, nierealistyczne. Po prostu razi ignorancją. Wedle takich koncepcji Rosja ma się stać na powrót terenem penetracji korporacji zachodnich, a obywatele winni „przeflancować się” na okcydentalizm. Symetrycznie do tych procesów w Polsce, w Rosji wzmaga się polonofobia i protekcjonizm – tak w enuncjacjach elit rządowych jak i kulturowych. Choć może i słuszna idea (realizowana w ramach UE wspólnie ze Szwecją) tzw. Partnerstwa Wschodniego, ale wykluczająca obecność Rosji w tym projekcie musiała spotkać się ze strony Moskwy z nieprzyjazną reakcją. Mogło się zrodzić uzasadnione podejrzenie, że chodzi tu nie o współpracę regionalną czy nawet ponadregionalną, lecz o wypychanie Rosji ze wszystkich możliwych sfer (także gospodarczych i kulturowych).
Okopy Świętej Trójcy
Mit wiecznego cierpienia (które uszlachetnia i stąd jesteśmy zawsze tymi „moralnymi zwycięzcami”) połączony z prometeizmem – a mamy z tym do czynienia w całej naszej tzw. polityce wschodniej (limitującej stosunki z naszymi wschodnimi sąsiadami) - im jest silniej akcentowany, im mocniej ugruntowany w publicznym przekazie (bez względu na polityczną i kulturową proweniencję podmiotów występujących w przestrzeni publicznej) tym bardziej odrywa się od rzeczywistych i oczywistych interesów Unii Europejskiej. Tym samym i Polski.
Ten mitologiczno-prometejski aspekt przenoszony jest też na dyskurs wewnątrzkrajowy. Zasada: „wszystko, albo nic” - czyli masz przyjąć tylko moje argumenty i rozwiązania, nawrócić na moje wartości, uznać moje prawdy i sposób myślenia - buduje kolejne obszary wzajemnych niechęci, niezrozumienia i wrogości. Efektem tego są „okopy Świętej Trójcy”, sprzeczne z zasadami społeczeństwa i wspólnoty. Ten INNY ma skapitulować. Poddać się. Polityka zewnętrzna i wewnętrzna polskich elit uzyskała po trzydziestu latach demokracji absolutną jednowymiarowość.
Byłoby absurdem wyobrażać sobie, że wspólnoty polityczne powstające na Wschodzie po upadku muru berlińskiego staną się repliką tych, które istnieją od dekad na Zachodzie. Odrodzenie dawnych cywilizacji czy kultur przybiera zawsze nowe, często niezrozumiale dla zadufanych w sobie ludzi Zachodu (widać też to u nas), formy.
Wycofywanie się państwa narodowego w łacińsko-atlantyckim kręgu cywilizacyjno-kulturowym (utożsamianym powszechnie z Zachodem) z kolejnych prerogatyw na rzecz dobrowolnych asocjacji ponadpaństwowych, czy mniejszych wspólnot, często nigdy nie posiadających pełnej suwerenności, nie musi przebiegać harmonijnie. Alternatywą takiej sytuacji są częste nawroty plemiennego trybalizmu, narodowych nienawiści i szowinizmu, co wyraźnie dziś widać. Dlatego zadaniem elit kierujących i nadających trendy rozwojowi społecznemu musi być uwzględnianie takich przypadków i sytuacji. Krytykowana inżynieria społeczna po raz kolejny pokazuje swą przydatność i potrzebę istnienia. Oczywiście w harmonijnej, spokojnej i zrównoważonej wersji.
Naiwność czy ignorancja?
Wracając do stosunków polsko-rosyjskich. Nasza opcja za zwiększaniem nacisku na Moskwę poprzez sankcje i blokadę obecności Rosji we wszystkich możliwych sferach na terenie Europy pokazuje jak polska elita (ale i część zachodniej także) nie rozumie Rosjan, ich uwarunkowań kulturowych, historii, tradycji, mentalności. Gdy będzie im gorzej - zbuntują się, obalą rządy Kremla (symbolu zniewolenia i wschodniej satrapii). W efekcie „przejdą gremialnie na wartości Zachodu”, będzie wolność, demokracja, a rzeki miodem i mlekiem popłyną.
Naiwność czy ignorancja motywują taki sposób patrzenia na ten kraj-kontynent? Kraj, którego obywatele różnych narodowości, religii, języków obojętnie o jakim rodowodzie uważają, że mieszkają na ósmym kontynencie świata.
I to jest osnowa tego niezrozumiałego przez nas „russkowo mira”. Przestrzeń poradziecka, zwłaszcza tam, gdzie po rozpadzie ZSRR pozostały miliony etnicznych Rosjan, ale także ludzi innych narodowości określających siebie jako „ruskich”, to miękka strefa tego kontynentu – a nawet cywilizacji, jak wielu - nie tylko jej obywateli - traktuje Rosję (m.in. Samuel Huntington, Zderzenie cywilizacji).
Mrzonki o „zaduszeniu ekonomicznym” i ich nieskuteczności wobec Rosji opisuje w niedawnym wywiadzie, udzielonym Alinie Doleckiej realizującej telewizyjny projekt „Master of Taste” Władymir Pozner. To opozycyjny wobec Kremla, o międzynarodowej pozycji, dziennikarz telewizyjny i publicysta. Uważa on samą ideę sankcji za skrajną głupotę, za absolutne niezrozumienie mentalności i sposobu organizowania się rosyjskiego społeczeństwa (on mówi – „russkowo naroda”, czyli obywateli Rosji różnych narodowości i kultur). Ma ono bowiem doskonałą umiejętność znoszenia zewnętrznych uderzeń, przeciwieństw losu. Naród jednoczy się wtedy przy państwie, a tym samym – przy władzy. I w takim działaniu Pozner widzi nieskuteczność wpływu na Rosję i Rosjan.
Polska znajomość Wschodu Europy, kreowanie się na przewodnika polityki Zachodu w strefie poradzieckiej, tym samym nawet wśród części opozycji antyputinowskiej musi uchodzić za humbug, wywoływać uśmiechy politowania. Kolejny fantazmat naszych elit mający być zmaterializowany w politycznej i kulturowej przestrzeni.
Polski Drang nach Osten
Omawiając nasze kolejne fiaska, trzeba dodać to, przed czym przestrzegał Jerzy Giedrojć - guru sporej części polskiej elity demoliberalnej. Coraz to słyszymy odwołania do jego dziedzictwa, ale są one jak zawsze nad Wisłą i Odrą czystą, bezrefleksyjną emisją słów mającą uwiarygodnić tego lub innego polityka w oczach odbiorców. Stworzyć wrażenie ważności, racjonalności, bliskości i zapoznania się z uznanymi autorytetami. Giedrojć napisał w swych notatkach, iż „możemy domagać się od Rosjan wyrzeczenia się imperializmu pod warunkiem, że my sami raz i na zawsze wyrzekniemy się naszego tradycyjno-historycznego imperializmu we wszystkich jego formach i przejawach”.
I jeszcze jeden cytat z notatek (1998) szefa paryskiej Kultury, tak często przywoływanego w politycznych enuncjacjach, jak ochoczo nie rozumianego lub interpretowanego wedle obowiązujących mitów i współczesnych paradygmatów. „Wszyscy ci politycy i dziennikarze polscy, którzy potępiają w czambuł Jałtę i Poczdam, którzy wypowiadają się tak, jak gdyby chcieli retroaktywnie wyprowadzić Polskę z koalicji antyhitlerowskiej, którzy zapominają, albo nie wiedzą, że udział w tej koalicji jest jedynym tytułem Polski do jej obecnych granic, wszyscy oni działają na szkodę Polski i oddalają perspektywę pełnej normalizacji stosunków między opinią polską a opinią sąsiadów ze Wschodu i Zachodu”.
I ten aspekt, na który zwraca i przed którym przestrzega w cytowanym fragmencie Jerzy Giedrojć jest jeszcze jednym elementem mającym zbudować polską obecność na Wschodzie Europy? Zarówno polityczną jak i kulturowo-cywilizacyjną. Dlatego też są te próby tak nieskuteczne, śmieszne by nie rzec – często kabotyńskie.
Czy jest szansa na zmianę choć w najmniejszym stopniu relacji Polska – Wschód Europy? Na razie nie widać możliwości i chęci po obu stronach tej barykady. I nawet nie chodzi tu tylko o Rosję. Podzielona dramatycznie kulturowo i cywilizacyjnie Ukraina (i ta polaryzacja ciągle tam postępuje), Białoruś rządzona twardą ręką przez Łukaszenkę, czy nawet należąca do UE Litwa nie mają jakiejkolwiek ochoty przytulić się, wejść w rolę „młodszych braci” III RP. Bez dogłębnej demitologizacji polskiej świadomości, oczyszczenia nadwiślańskiego imaginarium z kalek powstałych w latach czy wiekach minionych, a przenoszonych w realność XXI wieku nic się zmienić nie może.
W tej demitologizacji mieści się również dogłębna laicyzacja państwa i przestrzeni publicznej, gdyż nadmierna obecność Kościoła i jego funkcjonariuszy oraz czołobitność polityków wobec roli Watykanu (cień Jana Pawła ciągle jest żywy) sprawiają wrażenie, iż ów potrydencki, reewangelizujący wszystko co inne „Drang nach Osten” ciągle trwa. A w nim Polska pełni rolę rozgrywającego i moderatora. I to, o czym ten materiał mówi (wedle Puszkina) nie jest odwiecznym sporem w gronie Słowian, ani jak myślał Dostojewski nieprzekraczalna antynomia kultur Rosji / Wschodu (termin rosyjskiego sfinksa) i Zachodu. Choć tak myślało i myśli wielu zachodnich Europejczyków, np. Rudyard Kipling.
Sądzę, iż warto w podsumowaniu zacytować myśl wyrażoną przez dr. hab. Gracjana Cimka (Rosja – państwo imperialne?), iż przezwyciężyć można te uprzedzenia, fobie, wzajemne pretensje wyłącznie „dzięki interpretacji cywilizacyjnej i myśleniu holistycznemu, które mając na uwadze uwarunkowania globalne dostrzegają specyfikę rosyjskiej mentalności jako istotnego wyznacznika podejmowanych decyzji politycznych i wyborów światopoglądowych”. Ktoś musi wykonać ten pierwszy krok.
Radosław S. Czarnecki
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 538
Czy to nowe średniowiecze?
Nieodłącznym myśli konserwatywnej i prawicowej jest przekonanie, że społeczeństwo dzieli się na światłą eliitę i masy, nad którymi te pierwsze muszą sprawować intelektualną kuratelę.
Jan Sowa
Sentencja prof. Sowy, socjologa, kulturoznawcy, badacza nowoczesności, nie jest immanencją wyłącznie sił sytuujących się po prawej stronie sceny politycznej. Zwłaszcza dziś, gdy w wyniku procesów zachodzących w przyśpieszonym tempie na świecie po 1991 r. konserwatyzm, oraz wszystko co z nim jest związane (w odróżnieniu od tradycjonalizmu), stał się też swoistym systemowym modus operandi.
Termin ów, rodem z kryminalistyki, oznacza powtarzający się sposób działania sprawcy przestępstwa, zatem na podstawie ponad czterech dekad doświadczeń z niepodzielnymi rządami demoliberałów można z dużą dozą pewności przewidzieć kierunek rozwoju, w jakim podąży cywilizacja Zachodu i co przyniesie kultura z nią związana. Ludzie mają bowiem skłonność do perserwacji (łac. powtórzeń), czyli wykonywania takich samych czynności jedną (lub zbliżoną do niej), metodą.
Tak działają też ludzie władzy i szeroko rozumianego mainstreamu. Zwłaszcza, gdy te działania przynoszą im szeroko rozumiane korzyści, jak również z racji zrutynizowania swego myślenia determinowanego widzeniem świata oraz procesów w nim zachodzących.
Ten stan dobrze oddaje m.in. treść książki dwóch niemieckich dziennikarzy i publicystów, Mathiasa Böckersa i Paula Schreyera pt. Wir sind die Guten (Jesteśmy tymi dobrymi). Ich zdaniem (i nie tylko) współczesną demokracją liberalną Zachodu zarządza niedemokratyczna, nie wybierana przez suwerena (za jakiego w demokracji ma uchodzić lud), amorficzna, wszechplanetarna i mglista struktura unosząca się nad rządami i państwami, która zaprasza, przyjmuje i absorbuje urzędników, aktywistów, fanatycznych woluntariuszy i akolitów spraw kwalifikowanych jako political correctness. Kieruje tym samym nie tylko dyskusjami, dostarczaniem mediom quasi-profesjonalnych i objaśniających wszystko „ekspertów”, ale korumpuje tym samym debatę publiczną, czyniąc z niej rozmowę głuchego ze ślepcem. Taka manipulacja opinią publiczną na globalną i niewyobrażalną skalę przywodzi na myśli to, co George Orwell nazywał Ministerstwem Prawdy.
Rozum na wygnaniu
Przyczyna takiego stanu rzeczy tkwi w tym, że rozum znalazł się na wygnaniu. Po prostu jest w niełasce i permanentnie się go deprecjonuje, stawiając na emocje i afekty, „czucie” i chwilowe zauroczenie. Ten trend wzmocnił się wraz z dojściem do władz w krajach anglosaskich określonych sił (Ronald Reagan i Margaret Thatcher) i rozpoczęciem kontrrewolucji neoliberalnej, która po deregulacji gospodarek opanowała także inne przestrzenie życia publicznego.
Zapłodniona została świadomość w efekcie długotrwałej narracji i propagandy proneoliberalnej, charakterystycznymi dla niej koncepcjami i wartościami, głównie bezrefleksyjną apoteozą wolności. Za tym idzie zawężenie poznania oraz ciekawości świata i ludzi innego autoramentu ograniczające zainteresowania do indywidualnych spraw (swoisty narcyzm i egocentryzm) sprawiających przyjemność: konsumpcji i zabawy.
Poza tym, niejako równolegle, zrodził się na tej bazie swoisty „radykalizm ideologii praw człowieka – wywodzący się (…) z ducha roku 1968 – i wynikająca z niego hipertrofia jednostki przyczyniająca się do impotencji demokracji. Tym samym perspektywa wspólnotowej siły zostaje przed nami zamknięta” (Marcel Gauchet, Idee z pierwszej ręki).
Jednocześnie z tą kontrrewolucją, która sama w sobie jest typowym produktem konserwatywnym, wpływającym na społeczne myślenie, zaobserwować można fundamentalistyczne wzmożenie w łonie religii światowych. Zwłaszcza dotyczy to islamu (zwycięstwo ajatollaha Chomeiniego w Iranie) i katolicyzmu (wybór Karola Wojtyły na rzymskiego papieża). Zaowocować to musiało z kolei popularnością mętnej duchowości, nadprodukcją wróżek, zwiększeniem liczby w przestrzeni publicznej jasnowidzów, fachowców od hipnozy (vide Kaszpirowski), pospolitego szamaństwa, charyzmatyków w rodzaju Bashobory czy teleewangelistów (zwłaszcza w USA) itp.
Nie ludzie, ale konsumenci
Lud, będący osnową demokracji, został zastąpiony konsumentem. A konsument ma nie myśleć, ma być uwiedziony (Zygmunt Bauman, 44 listy ze świata płynnej nowoczesności). Tym samym można za Erichem Frommem stwierdzić iż „człowiek umarł, niech żyją rzeczy” (O byciu człowiekiem). Rzeczy, które on musi nabyć, posiąść, skonsumować i czuć się szczęśliwym. Tym samym wyzbywa się potrzeb wyższego rzędu, zapotrzebowania na krytycyzm, samodzielnego myślenia. Kup, a będziesz szczęśliwy, jutro nie jest ważne, baw się i żyj kolorowo, nie zagłębiaj się i nie myśl, liczy się chwila obecna etc. – taki przekaz idzie do przeciętnego członka ludu przepoczwarzającego się w konsumenta i członka bezkształtnej biomasy.
I na dodatek przekaz od tej amorficznej, wszechplanetarnej struktury poprzez skolonizowane i skorumpowane media płynie z wielu stron – to narracja ociekająca moralizmem, pouczeniami, kaznodziejstwem i paternalizmem. Już w końcu lat 60. XX w. hiszpański filozof Adolfo Sanchez Vasquez zauważył, że w przekazie europejskich elit wzbiera abstrakcyjny moralizm oceniający rzeczywistość i akty (także polityczne) wyłącznie przez pryzmat preferowanych wartości i wyznawanej moralności. Przyjmuje się jednocześnie, iż jedyną drogą do jej odrodzenia jest przymuszanie jednostek do tych rozwiązań, a nie zmiana środowiska, w jakim te jednostki bytują. Bo zasady wyznawane przez moralistę mają obowiązywać wszystkich podległych jego wpływom (Adolfo S. Vasquez, Filozofia praktyki). Czyli - Wir sind die Guten… Współcześnie, po 60 latach od wygłoszenia przez Vasqueza tej myśli, sytuacja jest absolutnie klarowna.
Jeżeli ignorancja, brak wiedzy, peryferyjność horyzontów myślenia, ciasnota intelektualna, idące zawsze w parze z arogancją (na to zwrócił już uwagę Giordano Bruno), stymulowane są na dodatek w kierunku skierowania zainteresowań jak największej liczby ludzi ku doraźnym, konsumpcyjnym celom, to trudno się dziwić, iż w efekcie tak sformatowanej świadomości w tle, po cichu, powoli acz systematycznie zachodzą określone tendencje. Korzystne z punktu widzenia owych amorficznych, nie posiadających demokratycznego mandatu, niedookreślonych do końca, sił. Ten stan świadomości społecznej, zarówno w skali lokalnej, państwowej jak i globalnej, jest pochodną forsowania różnorodnych pomysłów, planów, tkania najdziwniejszych wizji i wdrażania określonych projektów.
AI i człowieczeństwo
Jednym z takich zagadnień jest szeroko dyskutowane znaczenie i rola sztucznej inteligencji (AI) dla przyszłości naszego gatunku w świetle technologicznego postępu. Wiadomo jest, że na tej drodze czai się wiele, nieuświadomionych dziś, zagrożeń. I to w sferze społecznej, kulturowej, politycznej, a także – w militarnej. Taki kierunek postępu jest jednym z podstawowych, formatujących niejako na nowo nasze człowieczeństwo. Nasze gatunkowe jestestwo. Wystarczy spojrzeć jak powszechny dostęp do masowej komunikacji i przeniesienie niejako naszych zainteresowań w przestrzeń wirtualną zmieniło ludzi. Posiadanie smartfona i zatopienie się ludzi w świat obrazu emitowanego przez tego typu urządzenia widoczne jest na co dzień na całym świecie. Chodzi głównie o kontakty interpersonalne i relacje budowane dawniej na zasadzie tête-à-tête, będące motorem „uczłowieczenia małpy” i humanizowania człowieka.
Jose Ortega y Gaset (Człowiek i ludzie) celnie zauważył, że człowiek staje się nim w wyniku autorefleksji nad sobą samym i swoim sposobem bycia. Tu i teraz, i w przyszłości. Czy pozbawienie bezpośredniego kontaktu z drugim, takim samym człowiekiem, temu sprzyja? Czy gdy atakująca jego świadomość i podświadomość, narzucająca mu określone drogowskazy życiowe, agitacja zawężająca byt do prymitywnej konsumpcji i zabawy, pozwoli takiej jednostce stawać się coraz bardziej człowiekiem? Mocno wątpliwe.
W tym mieści się też pojęcie pracy (przeniesionej w wirtualną przestrzeń), której coraz bardziej brakuje i ten problem będzie się tylko pogłębiać (Jeremy Ryfkin, Koniec pracy). Wspomniane procesy prowadzą do wyzbywania się intymności, prywatności i unikalności osoby ludzkiej. A na dodatek wszystko staje się grą, ekspozycją, reklamą a przez to – towarem, który jest na sprzedaż w sieci. A każdy z nas jest inny i osobliwy przez pewną dozę tajemniczości – coś na kształt sacrum - przypisanej każdej jednostce. Towar z wielu względów czymś takim nie jest i być nie może.
Warto w tym miejscu przywołać termin technopolu, o którym już w II połowie XX w. wspominali tacy myśliciele i komentatorzy jak George Orwell, Marshall McLuhan, Aldous Huxley, Alvin Toffler czy Neil Postman. To ten ostatni stworzył w zasadzie to pojęcie w oparciu o wpływ „kultury obrazka” na człowieka. Wierzy on teraz, że jedynym celem pracy i myśli jest wydajność, zaś standardowe procedury, techniczne wyliczenia, testy i mierniki statystyczne są pod każdym względem lepsze od oceny ludzkiej. Stąd wykreowany został sąd, iż najlepiej sprawami obywateli kierują eksperci, technokraci, znawcy namaszczeni przez media i wspomniane amorficzne siły. A to, co jest niemierzalne i nie pochodzi z relacji kupno/sprzedaż nie istnieje, albo nie ma wartości. Reguły te przeniknęły ze sfery produkcji materialnej do innych dziedzin życia. I to jest także przykład dyktatu doktryny neoliberalnej. Świat technopolu stał się ahistorycznym i pozbawionym kulturowego kontekstu molochem. Dotychczasowe wielkie symbole upadły. Myśli za nas i dla nas technika triumfująca nad kulturą (Neil Postman, Technopoly. The surrender of culture to technology).
Dalszym etapem rosnącego znaczenia i wpływów technopolu oraz kolonizacji następnych przestrzeni naszego bytu i oddania ich coraz bardziej pozaosobowej sile sprawczej będzie powszechne zastosowanie sztucznej inteligencji. Nad tym projektem prace w wielu krajach są już daleko zaawansowane, choć nie wszytko jest ze zrozumiałych względów ujawniane.
Kilku znaczących autorów w II dekadzie XXI wieku (Stephen Hawking, Stuart Russell, Max Tegmark i Franck Wilczek) we wspólnym artykule naukowym dla The Independent (2.05.2014) stwierdziło na temat sztucznej inteligencji, że może ona mieć dwojaki wpływ na ludzkość, a rezultaty są absolutnie dziś nieprzewidywalne. Jeden (krótkoterminowy) zależeć będzie od tego, kto i do jakich celów ją kontroluje. Drugi, może ważniejszy (długoterminowy) zależeć będzie od tego, czy w perspektywie jej rozwoju da się ją w ogóle kontrolować. Zwłaszcza z chwilą jej autoreprodukcji. I właśnie ten drugi aspekt budzi wiele kontrowersji i dylematów.
Przykładem możliwości technologiczno-wirtualnego oddziaływania na ludzi, był casus terrorystycznego ataku państwa Izrael za pomocą stosownych impulsów na osobiste urządzenia komunikacji obywatel Libanu i Palestyny. Tel Awiw tłumaczył tę akcję walką z terroryzmem, lecz w jej wyniku doznało ciężkich obrażeń fizycznych wiele postronnych osób.
Iluzja demokracji
Nie mniej ważką sprawą, idącą równolegle z opisanymi trendami i następstwami będącymi ich efektami, które zawdzięczamy rozwojowi technologicznemu, jest postępująca stratyfikacja w dochodach i gromadzeniu gigantycznych majątków przez coraz węższą grupę współczesnych plutokratów. Ich finansowe możliwości a przez to i wpływy są już dziś tak gigantyczne – vide projekty i pomysły oraz pozycja w przestrzeni publicznej Elona Muska, Jeffa Bezosa czy Billa Gatesa (o megafinansistach i tzw. inwestorach jak Rotschildowie, Rockefellerzy, Warren Buffett, Rupert Murdoch, George Soros itp. nie wspominając) – że przekraczają wielokrotnie zasoby, jakimi dysponuje większość państw na świecie. Ich znaczenie i oddziaływanie na sferę publiczną oraz polityczną nie są jednak legitymizowane - jak winno być w demokracji - jakimkolwiek wynikiem wyborów.
A to suweren, czyli lud, winien decydować o kierunkach prowadzenia polityki przez rządy. By nie być gołosłownym, należy przytoczyć fragment słynnej mowy gettysburskiej Abrahama Lincolna, która stała się Biblią demokracji winnej zawsze być rządami ludu, sprawowanej przez lud, dla ludu. A demokracja to uczestnictwo ludzi świadomych, obywateli, nie konsumentów traktujących rządzących i ich programowe oferty, (które dotyczą przecież ich egzystencji), niczym reklamę pasty do zębów, czy samochodów.
Więc w tej materii zasadne jest pytanie, jakie postawił już w końcu XX w. w jednym z wywiadów Jose Saramago, literacki noblista (1998), w kontekście kryzysu demokracji i rodzących się preferencji ku autokracji o jej sens w obecnej formie. Bo jeśli „głosujący mogą usunąć rząd, jeśli im nie odpowiada umieścić na jego miejscu inny, ale ich głos nigdy nie miał, nie ma i nie będzie miał jakiegokolwiek widocznego wpływu na prawdziwą siłę rządzącą światem, a więc nie będzie miał też wpływu na losy ich kraju i ich samych. Mówię oczywiście o potęgach ekonomicznych, szczególnie tej wciąż powiększającej się części rządzonej przez międzynarodowe korporacje, których strategie stosowane w celu zdobycia dominującej pozycji na rynku nie mają nic wspólnego ze wspólnym dobrem, o które z definicji dba demokracja. Więc po co taka demokracja?”.
Dzisiejsza demokracja z przyrostkiem liberalna, dzięki technopolowi i bezgranicznemu królestwu neoliberalizmu, stała się po prostu teledemokracją żyjącą wyłącznie z sondaży, statystyki, nie z przekonań obywateli, które można swobodnie głosić na współczesnej agorze. A możliwości dla niej, jak nigdy w historii, postęp technologiczny stworzył aż nadto. I gdy mamy jako ludzkość tak rozlegle możliwości komunikacji, prezentacji i wymiany myśli, wychyla się niczym z jaskini obskurantyzmu nowa wersja średniowiecznej inkwizycji oraz papieskiego Idexu librorum prohibitiorum.
Znów znajdują się w mainstreamie, ponoć liberalnym i demokratycznym, reprezentanci chcący ochoczo cenzurować i określać co jest prawdą, a co nią nie jest. Co może mieć atest na rozpowszechnianie, a co jest zabronione. Jaki głos jest prawowierny, a co stanowi herezję zwalczaną jurydycznie etc. Ów mainstream niczym średniowieczny Kościół rzymski stara się zmonopolizować możliwie absolutnie przestrzeń publiczną. Jedną drogą jest infantylizacja i upupienie (vide Józio Kowalski w gombrowiczowskiej Ferdydurke) ludu przez uczynienie go konsumentem kosztem obywatela. Drugą - nachalność i totalizm medialnego przekazu, zgodnego z interesami elit pozostających u władzy, a de facto owych planetarnych, mglistych struktur, o których wspominają Bröckers i Schreyer. W obu przypadkach technopol jest niezwykle pomocnym narzędziem.
Czasy średniowieczne można scharakteryzować przede wszystkim jako głęboki podział na elity i lud. Utwierdzały tę dychotomię dwa filary – feudalizm ze swoją strukturą klasową i Kościół katolicki, który był jednocześnie feudałem rządzącym w wymiarze doczesnym, ale i depozytariuszem świadomości społecznej. Była to sytuacja, która wynika z sentencji papieża Gelazego I o dwóch mieczach, które władają światem. Jeden dzierży w ręku cesarz, drugi – papież. I obaj się uzupełniają w sprawowaniu władzy. Dziś trendy tak charakterystyczne dla świata „późnej nowoczesności” (termin stworzony przez Chantal Delsol, Esej o człowieku późnej nowoczesności) prowadzą do analogicznej społecznie sytuacji, mimo zaklęć o rozwoju i utrwalaniu demokracji.
A te miecze dzierżą dziś kapitał i media, ponoć wolne, acz pozostające na jego smyczy.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 604
Czy to nowe średniowiecze?
Średniowiecze nie jest epoką. Średniowiecze to nazwa ludzkiej natury.
Julia Zeh
Skrajnie monistyczna utopia, która wskutek ideologii neoliberalnej pogrąża demokrację w „nowych wiekach ciemnych” jest jednocześnie porażką liberalnego (w wersji klasycznej) pluralizmu. Tzw. wolnorynkowa koncepcja organizacji społeczeństwa – bo tak na to co od 3-4 dekad się dzieje należy patrzeć – prowadzi na absolutne manowce, wypacza wszelkie przestrzenie życia, sprowadzając ich funkcjonowanie do relacji kupno-sprzedaż pisze Andrzej Walicki („Dziedzictwo liberalizmu i jego neoliberalna deformacja” [w]: W kręgu ludzkich spraw).
To, co jest poza neoliberalnymi koncepcjami, jego zdaniem wskutek „technopolu” i środków masowej komunikacji, będących w posiadaniu wspomnianych amorficznych sił, jest deprecjonowane, wyrzucane poza nawias debaty publicznej i uznawane (jak w średniowieczu czynił Kościół rzymski) za groźne dla obowiązującego porządku społecznego, herezje.
Inny przedstawiciel klasycznej myśli liberalnej, Isaiah Berlin, uważał neoliberalne szaleństwo za groźną społecznie fikcję niosącą poważne zagrożenia (Ramin Jahanbegloo, Rozmowy z Isaiahem Berlinem). „Technopol” i jego rosnące możliwości sprawcze tylko owe zagrożenia wzmagają, czyniąc je coraz bardziej dotkliwymi dla człowieka i całej ludzkości.
Liberalna demokracja i jej bezkrytyczni akolici stali się Kościołem, a nawet – sektą. Sekta jest grupą społeczną, bądź ruchem, który wyłania się zazwyczaj z szerszej zbiorowości o ustalonych zasadach. Charakteryzuje ją zawsze rygoryzm i fundamentalizm oraz odrzucanie każdej obcej doktryny (w Kościele – religijnej, ale jak widać rozpoznanie w tej mierze jest uniwersalne) jako z założenia błędnej. W sekcie wyłania się zawsze gremium kierownicze, które jest silnie wyalienowane ze zbiorowości i które dąży do jej całkowitego podporządkowania.
Taka organizacja prowadzi do permanentnej „wojny ze światem” i innymi, istniejącymi porządkami (nie tylko moralnymi). W tym kontekście termin sekta jest użyty jako przenośnia i zwraca uwagę na dalsze procesy polityczne, kulturowe, społeczne prowadzące do coraz większej alienacji owych grup. A to jest jak najbardziej zgodne z interesem owych amorficznych, ponadpaństwowych, wszechplanetarnych sił, o których wspomniano przy okazji przedstawienia książki Böckersa i Schreyera Wir sind die Guten, czyli sprowadzenie ludzkości do biomasy, niewyedukowanych, biednych i zagubionych ludzi, których poznanie zostało ograniczone do potrzeb egzystencjalnych, ewentualnie do doświadczania – zabawcie się na śmierć – ciągłej rozrywki z tytułu uwikłania w „kulturę obrazu”.
Niemiec Klaus Schwab, guru wielce wpływowego forum z Davos, jedna z czołowych osób kształtujących i reprezentujących owe amorficzne siły zakłada (a tym samym przewiduje), że tzw. nowa rewolucja przemysłowa mająca przebiegać w ramach wyznaczonych przez cyfrowy „technopol” oraz doktrynę neoliberalną, według której cała działalność człowieka ma być dochodowa i służyć pomnażaniu kapitału, zmieni absolutnie świat. Widać więc wyraźnie ku czemu owe siły prowadzą ludzkość i ku czemu dąży ta rewolucja (Klaus Schwab, Czwarta rewolucja przemysłowa). Można domniemywać, że coraz bardziej będziemy żyli w świecie symulakrów, czyli cyfrowej fikcji (Jean Baudrillard, Symulakry i symulacja). Podsunie nam to świat obrazów i wirtualna przestrzeń, w której społeczeństwo się zanurzy i która się stanie częścią naszej gatunkowej jaźni. Z niego siłą rzeczy musi zniknąć bieda, wykluczenie, stygmatyzacja wynikająca z tych właśnie powodów, dehumanizacja, smutek i dekadencja systemu. Wszyscy mają być radośni, uśmiechnięci, bawić się. Wystarczy że jesteśmy, o jutrze nie myślmy, gdyż są osoby które wiedzą i widzą rzeczywistość lepiej. Są do tego predestynowane, gdyż są demokratami lub wynajętymi przez nich ekspertami. Czy nie jest to stratyfikacja społeczna rodem ze średniowiecza?
Dyktat tzw. elit
Etyczno-moralnie uzasadniany, wynikający z monistycznej utopii, dyktat środowisk uważających się za elity i demokratyczno-neoliberalny mainstream, sprowadził przez swój fundamentalizm (w niektórych przypadkach to czysty fanatyzm) samą istotę demokracji i publiczną debatę do sfery infantylizmu. Redukcjonizm, polegający na ograniczeniu demokratycznych zasad i celów do wąsko, grupowo pojmowanych interesów tożsamościowych i tak pozycjonujących się mikrośrodowisk, doprowadził przestrzeń publiczną do swoistego obskurantyzmu. To wszystko zaciera klasowe i społeczne różnice. A to one, stanowiąc o jakości codziennego bytu, kształtują stosunek ludzi do rzeczywistości.
Im bardziej pogłębia się wielopłaszczyznowy kryzys systemu (i będzie się pogłębiał), a człowiek traci to, co do tej pory zbudował (bo chwieje się fundament jego egzystencji), tym sprawy światopoglądowe i tożsamościowe przesłanki będą znaczyć coraz mniej. Tak sterowany przez mainstream i „kulturę obrazka” przekaz infantylizuje świadomość i zainteresowania ludzkiego poznania.
Jakby poboczem, Schwab zaznacza, iż owe zmiany będące efektem cyfrowego (nieuchronnego) dyktatu – bo do tego wirtualizacja życia się sprowadzi – mogą być również wykorzystane do działań sprzecznych z interesem obywateli. Mogą oni bowiem utracić swoją podmiotowość poprzez jakieś, bliżej nieokreślone przez niego, wykluczenie. Jednak ze zrozumiałych względów nie rozwija tego tematu, gdyż właśnie działalność sił, których Niemiec jest głównym reprezentantem powoduje owe wykluczenia, stygmatyzację i pogłębianie się społecznych stratyfikacji w wymiarze globalnym i lokalnym. A ten dyktat poprzez monopolizację przekazu przez wspomniane amorficzne siły ma na celu powiększanie ich dobrostanu, mnożenie ich zysków i przez to postępującą alienację od problemów biomasy, która miała stanowić społeczeństwo obywatelskie. O klasie średniej, która niegdyś była nośnikiem wartości demokratycznych i liberalnych, a którą nadchodzące zmiany mocno zdegradują społecznie i materialnie, już nikt nie wspomina.
Cóż za korzyści może wynieść ludzkość, gdy człowiek będzie obznajomiony z podstawowymi elementami obsługi komputera, ale „kultura obrazka” nie będzie wyzwalać w nim potrzeby poszerzania i pogłębiania realnego – nie wirtualnego - poznania? A co z krytycyzmem, będącym immanencją inteligencji człowieka, czyli zdystansowanego stosunku do świata rzeczy, idei, wartości? „Technopol” w służbie środowisk, które zachowują się mimo głoszonych wartości niczym fundamentalistyczny Kościół, przekonując że tylko ich prawda was, ludzi różnych ras, kultur, wyznań religijnych i moralności, jest w stanie wyzwolić, powtarzają - tylko innym językiem – to, co narzucała w średniowieczu kościelna narracja. Bo tylko prawda (nasza) was wyzwoli. Musicie ją przyjąć, bo my, głoszący ją, mamy mandat od siły wyższej (Ewangelia wg św.Jana, J 8, 31-47).
By nie być gołosłownym, wystarczy przypomnieć wiodące hasło neoliberalizmu i zbudowanego na nim całego systemu, że innej alternatywy nie ma niż poddanie się siłom rynku (TINA, ang. There Is No Alternative, akronim oznaczający program konserwatystów brytyjskich za rządów Margaret Thatcher). Użyto go do uzasadniania polityki cięć socjalnych, ograniczania wyborów politycznych i oczekiwań elektoratu w związku z dokonanymi wyborami. Taka koncepcja prowadzenia polityki jest niszcząca z racji fundamentalizmu rynkowego dla podstawowych kanonów demokracji.
Ze względu na pogłębiające się nierówności duża część elektoratu znalazła się na przegranej pozycji z tytułu konsensusu elit (Christopher Lasch, Bunt elit i zdrada demokracji). I tu tkwi toksyczność rynkowego fundamentalizmu. Tym samym sens i sprawczość głosowania stały się puste, ponieważ żadna z głównych sił nie była w stanie zakwestionować owej zmowy (nieformalny, wirtualny kartel partyjny). Rodzi to zniechęcenie, apatię, alienację i brak zainteresowania sprawami publicznymi. Np. w jesiennych (2024) wyborach w Bułgarii, kraju Unii Europejskiej, wzięło udział ok. 30-33% uprawnionych do głosowania, a w Mołdawii gdzie decydowało się czy ten kraj może starać się o przystąpienie do Unii Europejskiej – jedynie 51%.
Samobójstwo demokracji
Taka jest współczesna sytuacja demokracji liberalnej po ponad 4 dekadach niepodzielnego królestwa rynkowych dogmatów, wzmacniana w efekcie szybkiego postępu technologii cyfrowych i wirtualizacji świata. Rozwieranie się nożyc dochodowych oraz postępujących możliwości kreowania swego życia i dobrostanu prowadzą do sytuacji kwalifikowanych do niedawna jako absolutna science fiction.
Już ponad dekadę temu Donald Norman, amerykański psycholog i badacz integracji człowiek-komputer prorokował, iż planowanie dziecka w czasach niczym nieograniczonego cesarstwa technologii i sztucznej inteligencji przy pogłębiającej się „kulturze narcyzmu” i indywidualizmu sprzężonych z konsumpcjonizmem (efekt „kultury obrazka”) zacznie przypominać zamawianie różnego rodzaju gadżetów przez Internet. Dumni rodzice, których będzie na to stać z racji zgromadzonego bogactwa, będą wybierać z listy dostępnych opcji cechy fizyczne dziecka – kolor oczu i włosów, strukturę kości, zdolności poznawcze, wzrost, wagę ciała itd. A w dalszej kolejności, zapewne także za odpowiednią opłatą, (gdyż sprywatyzowane według neoliberalnych zaleceń usługi medyczne, przy rosnących kosztach tych technologii będą dostępne wyłącznie dla bogatych) można będzie planować zdrowie potomków, intelekt i predyspozycje do określonych profesji etc. Tak zaprogramowany i dobrany algorytmami sztucznej inteligencji (AI) człowiek może zdaniem współczesnej wiedzy żyć i 150 lat.
Rodzi się jednak szereg pytań – nie tylko etycznych i prawnych - czy to będzie dozwolone. (Prognozy:30 myślicieli o przyszłości). Czy manipulacje na genotypie przy szybkim rozwoju sztucznej inteligencji i rosnących finansowych barierach dostępności do wysublimowanych usług medycznych nie spowoduje powstania dwóch gatunków człowieka?
Postępująca komercjalizacja, pogłębianie się różnic w jakości życia wraz z rosnącą rolą „technopolu” musi w perspektywie do tego doprowadzić. Będzie wąska, wyselekcjonowana, żyjąca w alienacji z wielu powodów, grupa elitarnych nadludzi (jak to prorokował jeszcze w XIX w. Fryderyk Nietzsche - Tako rzecze Zaratustra) i cała reszta populacji pogrążona w walce o egzystencję na minimalnym poziomie.
Nie na darmo wielu komentatorów mówi o tzw. złotym miliardzie, czyli ok.15-20% globalnej populacji składającej się z nadludzi i ich obsługi. Reszta znajdzie się po przegranej „stronie mocy”, wiodąc nędzny byt cofający ich w średniowieczną codzienność. Już w I dekadzie obecnego stulecia zdiagnozował i przestrzegał przed takimi zagrożeniami oraz rozwojem sytuacji hiszpański filozof Fernando Savater pisząc, że „największym zagrożeniem dla naszej cywilizacji jest to, że znajdzie się pod kontrolą niewielkiej grupy ludzi, że w podziale dóbr będą miały udział tylko nieliczne kraje. A reszta świata będzie pożerana przez wszechobecną przemoc, fundamentalizmy i fanatyzmy” (Fernando Savater, Proste pytania). Państwa narodowe w dotychczasowym kształcie, wedle zamiarów owych sił, mają zanikać, rozpływać się niczym pojedynczy news w wirtualnej przestrzeni, a ich miejsce zajmą siłą rzeczy środowiska, bądź megakorporacje pretendujące do hegemonii w zglobalizowanej przestrzeni.
Chleba i igrzysk?
Ważnym dylematem, który stanie przed owymi wedle koncepcji Nitzschego nadludźmi będzie forma utrzymania w stanie degrengolady i wzmożenia emocjonalnego całej reszty zbiorowości. Czy nie zaistnieje potrzeba stworzenia humanoidalnego cyborga lub nowoczesnego Golema stojących na straży tak zaistniałego porządku i stosunków społecznych? Prace nad humanoidalnymi robotami już są daleko zaawansowane w niektórych krajach, a gdy się połączy je z AI efekt może być piorunujący i mało dziś przewidywalny.
To jest starcie dwóch koncepcji planetarnego społeczeństwa (będącego w jakimś sensie efektem i celem globalizacji oraz tak proponowanego rozwoju ludzkości). Przebiega ono nie tyle na polu technologii, co kultury. Gdy kultura, w najdrobniejszych elementach, staje się przedmiotem konsumpcji i ma podlegać prawom rynku (a one są ukierunkowane głównie na zysk), musi karleć, zawężać horyzonty, powodować spojrzenie z „żabiej perspektywy” (bajki Ezopa, La Fontaine’a, Andersena itd.).
Laureat Nagrody Nobla z ekonomii Herbert Simon zauważył już przed pół wiekiem, że „bogactwo informacji tworzy ubóstwo uwagi” co tym samym wymusza powierzchowność myślenia, brak zdolności do koncentracji na istocie zagadnień, a tym samym lichość analiz o przyczynach poszczególnych zjawisk i wydarzeń.
Rodzi się sytuacja (o której wspominał wielokrotnie Zygmunt Bauman), iż w rozproszeniu tak charakterystycznym dla ponowoczesnej kultury wzmocnionym neoliberalnymi dogmatami, nic nie jest większym luksusem niźli zdolność poświęcenia jakiemuś zjawisku dłuższej i głębszej uwagi. Owo rozedrganie, emocjonalne wzmożenie i wieczne podniecenie coraz to nowymi doznaniami powoduje skłonności jednostek do manipulacji, szamanizmu, wiary w ukryte spiski czy gusła wytwarzane m.in. przez „technopol”. Weselić się, bawić, stawać się infantylnym dzieckiem. Przed taką drogą ludzkość ostrzegali dawno tacy luminarze kultury jak Benjamin Barber (Skonsumowani), Neil Postman (Zabawić się na śmierć), Herbert Marcuse (Człowiek jednowymiarowy) czy Aldous Huxley (Syntetyczny Bóg). To jest druga strona tej samej wersji, jaką ludzkości proponują owe amorficzne siły tworzące niejako owego nadczłowieka.
Potrzeba etyki planetarnej
Staje więc - jak nigdy w historii - przed ludzkością i tą jej częścią, która jest nadal wierna humanistycznym, postępowym, sprawiedliwym, w duchu ogólnoludzkim i rudymentarno-oświeceniowym ideałom (liberałowie powiedzą – utopiom) problem tzw. etyki planetarnej. Musimy spojrzeć na nasze dziedzictwo i przyszłość absolutnie inaczej niż proponuje nam i ku czemu nas wiedzie współczesny globalizm sterowany interesami grupy dążącej do urynkowienia bytu ludzkiego. To jest od czasów rewolucji neolitycznej (10 tys. lat temu) punkt zwrotny w dziejach naszego gatunku, kiedy myśliwy, zbieracz i nomada osiadł i zajął się rolnictwem oraz hodowlą (co diametralnie zmieniło jego świadomość i kulturę).
Już ponad kilkadziesiąt lat temu Tadeusz Kotarbiński postulował w związku z rozwojem technologii, ekspansją sił rynkowych i wzrostem prymitywnej konsumpcji pozbawiającej człowieka zainteresowań wartościami wyższymi, zajęcie się problemem etyki planetarnej. Miałaby ona przeciwstawić się siłom jednoczącym rodzaj ludzki na platformie wyłącznie rynkowej i technologii skutkującymi coraz silniejszemu podporządkowaniu ludzi ludziom (Tadeusz Kotarbiński, Drogi dociekań własnych. Fragmenty filozoficzne).
Może nawet bardziej wyraziście przedstawił to inny polski etyk i filozof, Marek Fritzhand: „Globalizacja etyki ma stanowić warunek własnej skuteczności przy rozwiązywaniu planetarnych problemów współczesnej cywilizacji o wydźwięku moralnym [...] Postęp cywilizacyjny musi się odbywać obecnie i w przyszłości pod kontrolą odpowiednich wartości i norm zdolnych do zapewnienia ludzkości przetrwania i godnego życia wszystkich ludzi” (O etyce globalnej).
Jednak aby to osiągnąć, musi nastąpić konsensus co do fundamentów owej etyki i spojrzenia na ludzkość. I nie może to być jakikolwiek dyktat, czerpiący swe przekonanie z dotychczasowej hegemonii sprawowanej różnymi metodami i z różnych przesłanek: politycznych, kulturowych, militarnych, gospodarczych, finansowych czy aksjologicznych.
Na ów dyktat i przekonania o wyższości cywilizacji Zachodu nad resztą świata zwracali wielokrotnie uwagę pozaeuropejscy intelektualiści, analitycy i naukowcy. Takim głosem (który współcześnie wybrzmiał ze zwielokrotnioną siłą) było wystąpienie na Forum Światowej Demokracji w Warszawie (25-27.06.2000) Yogendry Yadavy z indyjskiego Instytutu Demokracji Porównawczej: „Przyszłość nie może być jednokierunkową ulicą. Nie można się zgodzić na to, żebyśmy przyjęli dokument, który napisaliście w Nowym Jorku, w nowojorskiej optyce, wyrażając nowojorskie wartości. My też mamy coś do dania” (Gazeta Wyborcza,1-02.07.2001).
Radosław S. Czarnecki
Jest to druga, ostatnia część artykułu Radosława S. Czarneckiego Marsz ku cyfrowej jaskini. Czy to nowe średniowiecze? Pierwszą zamieściliśmy w numerze SN 2/25 - Marsz ku cyfrowej jaskini (1)
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2009
Linearność i cykliczność (2)
Człowiek powinien skupić swoje wysiłki na wypełnianiu roli społecznej jaka mu przypadła, na rozwoju moralnym i działaniu ku pożytkowi innych.
Konfucjusz
Współczesne pojmowanie linearności czasu i rozwoju cywilizacyjnego (a co za tym idzie – takie samo spojrzenie na ludzki, indywidualny los) na Zachodzie wiąże się przede wszystkim z epoką Oświecenia. Wtedy to za naczelną zasadę naszego gatunku uznano rozwój i postęp przynależny człowiekowi. Oczywiście, miało to dotyczyć wyłącznie rasy białej, kulturalnego obywatela Zachodu.
Misyjność Zachodu oraz duch zdobyczy – licząc od I Wyprawy Krzyżowej z ostatniej dekady XI wieku – mimo odcięcia się od tradycji religijnej Średniowiecza (judeochrześcijańskiej) przez Renesans i Oświecenie (zwłaszcza francuskie), właśnie w epoce kolonialnej święciła swe największe triumfy.
To koncepcja chrześcijańskiej misji, ale w innym wymiarze. Gra tu rolę zarówno echo religijnej misyjności (choć bez chrześcijańskiej retoryki), jak i wywodzący się z przedchrześcijańskich źródeł duch plemion germańskich (agresja i podbój).
Misyjność religijną zastąpiono misyjnością cywilizacyjną (choć kościoły chrześcijańskie doskonale wpisały się w ów trend). Misyjność białego człowieka, mimo wielowiekowego wdrukowywania nauk Jezusa w umysły Europejczyków, utrwaliła malowniczy mit barbarzyństwa plemiennego, kwitnący pełnym blaskiem u szczytu epoki kolonialnej. „Czyńcie Ziemię sobie poddaną” rzekł Pan do swego wybranego ludu.
To zupełnie inna misyjność niż buddyjska czy hinduistyczna, która zawsze pozostawała podróżą „do wnętrza” jednostki, kładąc nacisk na ascezę, kontemplację, wycofanie. Ruch mniszy ze Wschodu nie wydał z siebie takiego tworu jak rycerz-mnich z mieczem nawracający pogan na „jedyną, prawdziwą” wiarę, pozostając symbolem owego myślenia w kategoriach podboju przy użyciu siły.
Świat zachodnich idei i wartości miał pęcznieć, rozszerzać się na zewnątrz. Nie przewidywano powrotu do źródła, skurczenia się. Owym pęcznieniem cywilizacji Zachodu są dzieje i rozwój, a także dążenie do hegemoni Stanów Zjednoczonych Ameryki Północnej (w mniejszym stopniu – Australii, Nowej Zelandii czy Kanady).
Prawda według tradycji judeochrześcijańskiej głoszona przez duchowieństwo – zwłaszcza po sakralizacji władzy papiestwa i ustanowienia jej jako nadrzędnej nad władzą doczesną – uchodzi za jedyną, absolutną i niepodważalną.
W azjatyckich systemach religijno-filozoficznych stanowiących podstawę porządku społecznego jest odwrotnie. Doktryna religijna – każda – jest sama w sobie ortodoksyjną, ale nie jest jednocześnie obligatoryjną. Jest to właśnie ten specyficzny dla hinduizmu czy konfucjanizmu nurt tolerancyjny, gdyż religia została sprowadzona z jednej strony do rytuałów, a z drugiej – do uwolnienia porządku publicznego, spokoju społecznego, uwolnienia polityki od emocji związanych z rytuałami i religijnymi dogmatami.
Monizm świata chrześcijańskiego - gdyż Bóg, nasz Pan, jest jedyną prawdą, bytem idealnym i wszechogarniającym , jak mówi Pismo Święte - jest diametralnie różnym projektem. I daje diametralnie różne wyniki.
Oświecenie w butach diabła
Liberalna demokracja w stylu zachodnim to efekt historii i procesów społecznych w tej części świata: przecież pokój utrzymuje się w demokracjach nie tyle dzięki władzy, co wskutek równowagi sił w społeczeństwie. Ustrój w państwie jest taki lub inny i ma to sens o tyle, o ile zapewniony zostaje pokój wewnętrzny oraz ład społeczny.
W ostatnich 3-4 dekadach, kiedy Zachód przyjął bezkrytycznie zasady neoliberalizmu, turbokapitalizm z preferencją sektora bankowo-finansowego i zachłysnął się upadkiem muru berlińskiego oraz dekompozycją obozu radzieckiego, zupełnie zarzucił uniwersalistyczne idee Oświecenia, kłamliwie i nieudolnie powtarzane przy okazji kolonialnych podbojów.
Negatywną rolę odegrał też nurt intelektualny zwany postmodernizmem, a zwłaszcza towarzysząca mu tzw. dekonstrukcja z właściwym jej bezpłodnym, bezideowym sceptycyzmem. To wszystko ograniczyło przestrzeń wolności i swobody do tego, co Barber nazwał „zakupizmem”, czyli niepohamowanym konsumpcjonizmem.
Już w XIX wieku niektórzy klasycy liberalizmu głosili idee, podjęte przez twórców ortodoksyjnego neoliberalizmu i dogmatycznego monetaryzmu jak Ludwik H.E. von Mises czy Friedrich von Hayek, a także przez Miltona Friedmana. Oddaje tę mentalność sentencja klasyka liberalizmu, Johna S. Milla: „Jedyną swobodą zasługującą na to miano jest swoboda dążenia do własnego dobra na swój własny sposób, o ile nie usiłujemy pozbawić innych ich dobra lub przeszkodzić im w jego osiągnięciu”(p. John S. Mill, Utylitaryzm. O wolności).
Oczywiście, dotyczyć to może jedynie jednostek, które my, światli Europejczycy, chrześcijanie, uznamy za ludzi (tu kłania się idea narodu wybranego, nowego Izraela, niosąca dobro, pokój, jedynie słuszne wartości, demokrację itd.). Bo dziesięć przykazań Mojżesza – ze sławnym „nie zabijaj” - przeznaczone było dla swego plemienia. Przecież zaraz potem Izraelici, gdy tylko Mojżesz objawił im tablice z przykazaniami boskimi, w brutalny sposób zdobyli Kanaan, mordując totalnie autochtonów. Podobnie rzecz się miała w historii chrześcijaństwa.
Wszystkie wytwory zachodniej kultury są – mówiąc Heglem – ukąszone tymi religijnymi konotacjami, judeochrześcijańskim myśleniem i interpretacją rzeczywistości. Także Oświecenie nie ustrzegło się tego ukąszenia, wchodząc w buty judeochrześcijańskiej tradycji. Dziś to widać wyraźnie. Nie na darmo Bóg chadza często w butach diabła, o czym pisał K. H. Deschner w „Kryminalnej historii chrześcijaństwa”.
Ten uniwersalny prąd myślenia, jakim było Oświecenie, pomimo antyreligijnej i antychrześcijańskiej często narracji doznał też owego ukąszenia przez tradycję judeochrześcijańską, wchodząc „w buty diabła”.
Oświeceniowy antyklerykalizm nie oznacza bowiem zerwania z religijną czy quasi-religijną mentalnością, z dogmatyzmem mającym źródła w abrahamowych religiach, wyzwoleniem od myślenia wedle kanonów wiary. Nie oznacza automatycznego przejścia na stronę mocy racji rozumowych, empiryzmu.
Echa tego dziedzictwa to dążność za wszelką cenę do zbawienia (świata, Innego człowieka), misjonizm i poczucie wybrania. To także myślenie w kategoriach wyższości kultury tzw. białego człowieka (czyli także wszelkich wytworów materialnych i duchowych) nad innymi rasami, ludami, kulturami.
Takie pojęcia jak: wolność, wybory wartości, indywidualizm, liberalna demokracja traktuje się podobnie jak religijną wiarę w wiekach średnich i epoce kolonializmu, a to na tej glebie wyrosły przecież takie zjawiska jak rasizm, eugenika, kolonializm, czysto utylitarne podboje uzasadniane wartościami wyższymi (duchowymi).
Nienawiść i miłość
Dwoistość kultury Zachodu to jednocześnie antynomia między uznaniem siebie za ów naród wybrany, niosący wartości tej kultury uznane jako clou rozwoju ludzkości, przy jednoczesnym szermowaniu uniwersalistycznymi hasłami rodem z Oświecenia (i taką też tradycją). To zarówno samouznanie, jak i wykluczanie Innego. Taki cierń po owym wybraniu (nadziemskiego pochodzenia) pochodzący zarówno z judaizmu (koncepcja niezwykle ekskluzywna), jak i chrystianizmu wg św. Pawła.
Stąd rodzi się podążanie ku doskonałości po linii prostej, ciągły ruch do przodu i przekonanie, iż tę doskonałość osiągniemy narzucając całemu światu nasze wartości, sądy, idee.
Euroatlantyckie myślenie judeochrześcijańskie (bo tak trzeba współcześnie ujmować Zachód - obojętnie, czy myślimy o Pax Christiana z czasów pontyfikatu Innocentego III stanowiącego szczyt papo-cezaryzmu, czy o Hiszpanii Izabeli i Ferdynanda, Imperium Brytyjskim Wiktorii, czy NATO) zafundowało i funduje nadal jako pierwsze w historii gatunku ludzkiego wojny i podboje w imię prawd myślowych, w imię idei (choć gospodarcza hegemonia zawsze szła w parze ze wzniosłymi hasłami o ideach, wartościach, demokracji etc.). Pierwszym tego typu przedsięwzięciem militarnym na masową skalę w imię idei były krucjaty w XI-XIII wieku.
Odpowiedzialność zbiorowa, skrucha zbiorowa, no i wina zbiorowa stają tym samym za depersonalizacją zła i niosą w sobie znamiona zemsty, nie sprawiedliwości i zadośćuczynienia. Odzierają jednostkę tym samym z godności, bo zabiera się jej subiektywność wyrzutów sumienia i skruchy. Jak pisze katolicka filozofka Chantal Delsol („Esej o człowieku późnej nowoczesności”), przed epoką hegemonii Zachodu (a więc mniej więcej od epoki wypraw krzyżowych, choć de facto trzeba to kojarzyć z odkryciem Ameryki przez Kolumba i rozpoczęciem czasów kolonializmu), prowadzono podboje w imię „prawd bytowych”.
Azjata, buddysta, konfucjanista, sikh czy hinduista nie czuje powołania prozelityzmu w imię swej wiary, prawdy.
Ale na samym początku prowadzonych wojen (rekonkwista czy krucjaty), przekonani o wyższości swej wiary Europejczycy, chrześcijanie rzymscy, poddani papieża, zobaczyli, iż stoją cywilizacyjnie i kulturowo niżej niż ich religijni przeciwnicy.
Pisze o tym Krzysztof Pomian („Europa i jej narody”): Arabowie czy prawosławni Bizantyjczycy. Szok, zdumienie, ale i złość, zazdrość oraz inne złe emocje towarzyszące fanatycznej wierze religijnej. Widać to w zderzeniu, jakiego doznaje kwiat zachodniego rycerstwa i wielmożów wchodzących podczas I wyprawy krzyżowej do Konstantynopola, podejmowanych na salonach cesarza Aleksego I, (vide: A. Komnena – „Aleksjada”, S. Runciman – „Dzieje wypraw krzyżowych”), a potem skonfrontowanych z kulturą muzułmańskich władców na Bliskim Wschodzie”.
Ta „wyższość Wschodu polegała nie tylko na jego ogładzonych obyczajach. Wschód to również rozległe ziemie, skąd pochodzą kruszce i kamienie szlachetne, korzenie, jedwabie i inne przedmioty zbytku”.
To był kolejny element wzmacniający pęd na Wschód -„Drang nach Osten”(tu też tkwią źródła niemieckiego parcia na Wschód przez kilka setek lat). Pęd do podboju.
Pragnienie zawładnięcia wszystkimi tymi skarbami pchało kolejne pokolenia Europejczyków poza ten „mały półwysep leżący na zachodnich krańcach” gigantycznego kontynentu azjatyckiego (tak Europę określił kiedyś I Sekretarz KPCh Mao Zedong w wywiadzie dla zachodnich dziennikarzy).
Wolność, ale na naszych warunkach
Dziś to nie jest już antynomia miłości i nienawiści. Nikogo się nie chce (przynajmniej oficjalnie i werbalnie) nienawidzić czy wykluczać. Ale odmawia się temu Innemu podmiotowości, człowieczeństwa, czyli tym samym dehumanizuje poprzez demonizację i chęć nawrócenia (Ch. Delsol, jw.). Afganistan, Somalia, Irak, Libia, Serbia / Kosowo, Syria są tego najlepszymi, klasycznymi dowodami.
I w tym tkwi owa perfidia politycznej praktyki powodująca degenerację uniwersalizmu postoświeceniowego: siłowe nawrócenie (czyli narzucenie temu Innemu wiary w nasze wartości) przy prowolnościowej, prodemokratycznej narracji, z prawami człowieka na ustach. Dawniej była to koncepcja religijno-teologiczna, dziś polityczno-ekonomiczna.
Totalizm nie pojawia się w chwili, gdy zauważamy, że wszystko wolno, ale wtedy, gdy podobnie jak religijni fanatycy i fundamentaliści stajemy się przekonani o swojej racji, o prawdziwości swojej prawdy (i jej wyższości nad innymi poglądami i sądami).
Doskonale ujmuje to hiszpański filozof Fernando Savater, mówiąc o Janie Pawle II i jego koncepcjach człowieka i świata, które są odzwierciedleniem mentalności Europejczyków: „Gdy Jan Paweł II przestrzega przed >kulturą śmierci< i >demokracją bez wartości<, gdy woła: >Brońcie Krzyża!<, dusza fundamentalisty zostaje ukojona. Myślę, że Papież jest na swój sposób fundamentalistą. /.../
Mówię o fundamentalizmie Papieża, gdyż on nie przyjmuje tego, że w demokracji mogą być uznawane także wartości nienależące do katalogu wartości chrześcijańskich. /.../ Prawa człowieka powstały i upowszechniły się wbrew papieżom i katolicyzmowi. /.../
Bardzo dobrze, że dzisiejszy Papież uznaje te wartości za dobre dla człowieka. Ale też są takie przejawy wolności, którym Papież mówi »nie « - np. wolność przerywania ciąży czy wolność do wychowania nienaznaczonego treściami religijnymi. To też są wartości demokracji, których trzeba bronić przed atakami - także Papieża, bo on je utożsamia właśnie z pogubieniem prawdziwych wartości” (F. Savater, „Czy papież jest fundamentalistą?”, Gazeta Wyborcza 17.10.2003).
Krytyczny racjonalizm podpowiada, że oczywiście wszystko jest możliwe, bo nieograniczone są możliwości ludzkiej kreacji. Ale nie zawsze, gdyż poznanie jest procesem, jest stawaniem się człowieka bardziej ludzkim. I to jest także jeden z przejawów owej linearności kultury Zachodu.
Mówienie i ocenianie minionych satrapii na podstawie aksjologii wygodnej i zbieżnej z naszym systemem wartości, nie prowadzi do uniknięcia podobnych sytuacji, jeśli oskarżenia wobec naszych przodków stają się tylko zemstą (podszytą pogardą), odreagowaniem złych emocji czy pospolitym koniunkturalizmem.
Kiedy brak jest przede wszystkim refleksji nad przyczynami historycznych faktów i chęci zrozumienia wyborów ludzi wtedy żyjących - nic to nie da i rządy satrapii, autorytaryzmu czy totalitaryzmu powrócą.
Milenaryzm judeochrześcijański zakaził kulturę Zachodu z jednej strony tym podążaniem ku transcendentnemu Bogu, który jest Absolutem i ostatecznością, a z drugiej - nieusuwalnością grzechu pierworodnego, który niczym stygmat zmusza do ciągłego podążania do doskonałości.
Zaraził też spojrzeniem na Oświecenie jako na świecką religię i to jest pieczęć judeochrześcijańskich koncepcji w wielu płaszczyznach. I ta wiara w jedynego transcendentnego Boga, związana z ideą zbawienia, wzmacnia niesłychanie ową linearność myślenia utwierdzaną cały czas przez dążenie do nieskończoności, czyli życia wiecznego.
Pycha kroczy przed upadkiem
„Ludzie Zachodu, w tym Europejczycy, są w istocie znacznie bardziej przekonani o swej cywilizacyjnej wyższości, niż dają temu wyraz, zwłaszcza publicznie. Potwierdzają to podejmowane przez nich starania, by wartości uznawane przez ich cywilizację zyskały rzeczywiście ważność powszechną” (K. Pomian, jw.). I to jest też zarówno efekt myślenia linearnego, absolutyzującego siebie i swoje wartości, jak i echo idei narodu wybranego o religijnej proweniencji. Wszystko jednak w podtekście sprowadza się do władzy i zysków, będących naczelną zasadą gospodarki rynkowej, a narracja ma sprawiać wrażenie, że chodzi o coś innego.
Epoka władzy neoliberalnych dogmatów zintensyfikowała indywidualizację, ale nie w kierunku upodmiotowienia jednostki jako części kolektywu, społeczeństwa, lecz jako apologię i triumf egoizmu, egocentryzmu i zachłanności. A także towarzyszących im niechęci, separacji, pogardy dla Innych: dla mniej zamożnych, gorzej sytuowanych, niemodnie ubranych, ubogich, nie dających sobie rady w wyścigu szczurów etc.
Ten problem ma załatwić – też judeochrześcijańskiej proweniencji – jałmużna. Jałmużna, która nie jest solidarnością, nie wiedzie ją empatia czy humanizm, ale jest wyrzutem i zarazem uspokojeniem chrześcijańskiego sumienia (religia odzwierciedla tu stosunki społeczne, zaś instytucja ją reprezentująca - władzę kapitału i rządzącej klasy). „Dawno temu człowiek wiedział, że potrzebuje innych ludzi do ochrony swoich osobistych praw: dołączał do partii politycznych i brał udział w strajkach. Dziś człowiek albo uznaje swe wolności za dane i oczywiste, albo sądzi, że jest w stanie ochronić się sam - czy to klikając myszką, czy pozywając władze do sądu” (I. Krastew, „Demokracja nieufnych”).
Dwie koncepcje, dwa sposoby myślenia, dwie różne cywilizacje. Czy starcie jest nieuchronne? Nie sądzę. Huntington się mylił w prognozach, choć jego opis źródeł tego problemu, genezy konfliktów, zasługuje na szacunek i uwagę.
Radosław S. Czarnecki

