Humanistyka el
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1963
Neoliberalna wersja gospodarki rynkowej polegająca na prywatyzacji wszystkiego tworzy skrajne rozwarstwienie społeczne, spychając kolejne środowiska w niebyt, a z drugiej strony daje bonusy ludziom korporacji. Zwłaszcza tym z kierowniczych gremiów. Nawet krach firmy nie wpływa na przyznawanie im wielomilionowych odpraw, co pokazują przykłady Lehman Brothers czy Enronu.
Nie ma i nigdy nie będzie świata rzeczywiście wielobiegunowego bez całej gamy wielobiegunowych punktów widzenia. Postmodernistyczne imperium nie jest niczym innym niż uwarunkowania mentalne. Jeśli te uwarunkowania pozostaną jednobiegunowe, to świat też taki pozostanie.
Roberto Quaglia
Pluralizm współczesnego świata gorąco zachwalany i obiecywany przez demoliberalny mainstream po upadku muru berlińskiego zatrzymuje się jednak na granicy interesów i zysków wielkich korporacji transnarodowych.
Oto Szkoła Informacji Telefonicznej w New Delhi, gdzie setki Hindusów i Hindusek uczą się perfekcyjnie mówić po angielsku i odpowiadać szczegółowo na pytania przez telefon, aby siedząc w centrach obsługi zlokalizowanych na Półwyspie Indyjskim, mogli udawać Angielki i Anglików tak, żeby żaden z klientów nie pomyślał, że siedzą koło Delhi, Bombaju czy Madras. Przedstawiają się nawet jako Susan, albo John, by ich brytyjscy czy amerykańscy interlokutorzy „lepiej się czuli”.
Na takiej właśnie zasadzie cały świat staje się dla korporatokracji „kapitalizmem pogranicza”. Przestrzenią do skolonizowania, podboju i terenem dla maksymalizacji zysków. Także do narzucenia peryferiom własnych wartości, sposobu percepcji rzeczywistości, kultury, języka. Nawet myślenia, co ma miejsce m.in. w fetyszyzacji pojęcia prywatnej własności, sakralizacji tego terminu i jego znaczenia, z jednoczesną deprecjacją wszystkiego, co wiąże się ze wspólnotowością.
Niezmienna, uświęcona, nietykalna i uniwersalna własność prywatna tak promowana przez rządy krajów zachodnich, podczas wojen kolonialnych, imperialnych podbojów czy interwencji w imię „demokracji liberalnej”, bądź cywilizacji zachodniej, jest brutalnie łamana i deptana. Doskonale pokazuje to Karol Marks na przykładzie podboju Indii przez Brytyjczyków (sierpień 1853, New York Daily Tribune). Zdobycie Bagdadu przez Amerykanów w 2003 roku i wydarzenia, jakie po tym nastąpiły, np. w miejscowym muzeum, gdzie gromadzono dorobek tysiącletnich cywilizacji Sumeru i Mezopotamii to najnowszy przykład tej hipokryzji i zakłamania. UNESCO po tym wydarzeniu stwierdziło, iż „cały świat zachodni jest odpowiedzialny za kradzież bezcennych skarbów starożytnej kultury mezopotamskiej z muzeum w Bagdadzie”.
Władza samozwańców
Ci, co się sprzeciwiają takiej narracji i argumentacjom, albo popadają w niebyt – a zapewniają to wspomniane media, będące niczym opricznina Skuratowa – albo giną / umierają w ciszy i zapomnieniu. Takie manipulacje zapewniają korporatokracji władzę i panowanie (a za tym idą pomnażane gigantycznie zyski). Pokazała to także Naomi Klein (Doktryna szoku), opisując sytuację w Kanadzie, kiedy to znana agencja ratingowa Moody’s Corporation NYSE, poprzez żonglerkę danymi (przy współpracy zależnych mediów) starała się – i koniec końcem to spowodowała – wymusić na Kanadzie (mimo dobrej kondycji budżetowo-finansowej kraju) drastyczne ograniczenie wydatków socjalnych i cięcia w programach społecznych. Kanadyjscy korporatokraci na tych operacjach opartych o fałszywe dane i medialną kampanię zarobili dodatkowe miliony dolarów przy jednoczesnym obniżeniu jakości życia ich współobywateli.
Agencja ratingowa – liczący się podmiot, ważny w światowym systemie polityki, ekonomii, finansów i gospodarki. Skąd bierze się jej legitymizacja? Kto zadecydował o jej pozycji i niepodważalności decyzji przez nią podejmowanych? Czy tylko usadowienie jej na Wall Street lub City o tym decydują? Kto sprawuje kontrolę nad nią – czy jest ona społeczna, pozarządowa i instytucjonalna (w sensie międzynarodowym)? Dziś władza tych samozwańczych – z punktu widzenia prawa międzynarodowego i umów międzypaństwowych - agencji jest gigantyczna (sprzężenie z amerykańskimi mega-instytucjami finansowymi i bankowymi). Efekty ich działalności dotykają całych krajów, społeczności, grup – milionów ludzi.
Podobna sytuacja miała miejsce na Trynidadzie i Tobago w końcu lat 90-tych ub. wieku (kiedy pozycja i znaczenie korporatokracji nie miały takiego znaczenia jak dzisiaj). Pracownik Międzynarodowego Funduszu Walutowego, urodzony na Grenadzie, świetnie wykształcony, typowy reprezentant baumanowskich „turystów” i „włóczęgów” Davison Budhoo oskarżył Fundusz o fałszowanie statystyk w porozumieniu z niektórymi rządami państw zachodnich. Dotyczyło to wysp w aspekcie zasobów ropy i gazu ziemnego. Podwajano dane tak, aby gospodarka wyglądała na mało produktywną. Tym samym można było podjąć decyzję o wstrzymaniu pomocy finansowej dla Trynidadu.
Fundusz zażądał najbardziej śmiercionośnego lekarstwa, czyli masowych zwolnień, obniżenia plac i emerytur oraz całej gamy praktyk nazywanych dostosowaniem do potrzeb międzynarodowego kapitału / finansjery i inwestorów. Gospodarka nieźle radzącego sobie do tej pory Trynidadu poszybowała wyraźnie w dół (Naomi Klein, Doktryna szoku). Dodać trzeba, że Davison Budhoo przed opublikowaniem tych rewelacji odszedł z MFW (na własną prośbę) nie mogąc pogodzić się z takimi praktykami i zmarł nagle w 2001 roku w niewyjaśnionych okolicznościach (był pięćdziesięcioklikuletnim mężczyzną).
Analfabetyzm
Całemu systemowi podlegającemu korporatokratyzacji sprzyja specyficzna i charakterystyczna cecha współczesnej tzw. klasy politycznej (która nota bene albo chodzi na pasku transnarodowego kapitału finansowo-bankowego, albo jest nieprzygotowana do aktualnie wymaganych form rządzenia). „Kieruje nami klasa polityczna składająca się z analfabetów. Gardzą historią, socjologią, więc się ich nie uczą. To są ludzie wstępujący do partii w wielu 18 lat i pozostają w niej przez całe życie. Nigdy poza nią nie pracowali, zawsze żyją wewnątrz partii. Tak tracą kontakt z rzeczywistością”.
Arturo Perez-Reverte, hiszpański pisarz i reporter wojenny konkluduje, że „Naród analfabetów nawet mając demokrację nie potrafi w niej żyć. I to jest dziś główny problem Europy” (marzec 2015, Gazeta Wyborcza). Można dodać, iż to jest problem całego, współczesnego świata. Uniwersalne i wzniosłe terminy: prawa człowieka i demokracja zostały po prostu skorporatyzowane i wprzęgnięte do rydwanów megakapitału, transnarodowych korporacji i globalnej finansjery. Uzasadniając tymi pojęciami wszelkie imperialne interwencje, awantury militarne, przewroty i sponsorowane rebelie wypaczono ich wzniosły, humanistyczny i ogólnoludzki charakter.
Dotychczasowe mechanizmy porządkujące dawne funkcjonowanie kapitalizmu monopolistycznego w starym stylu, czyli związanego z terytorium, z narodem, miejscowymi kulturami, zwyczajami itd. przestały istnieć. A zastąpienie sprzedaży wytwarzanego produktu formą zwaną brandingiem * (na masową skalę) przez korupcję mediów i polityków zniszczyło bezpieczeństwo, minimalne poczucie stabilizacji, przewidywalności oraz głęboko przeorało kulturę, mentalność ludzi (po obu stronach barykady kapitał vs praca najemna), stosunki interpersonalne, sam rynek pracy. To wszystko owocuje zagrożeniami w wielu dziedzinach życia. W skali globalnej (Naomi Klein, Nie, to za mało).
Dwa gatunki homo sapiens
Kapitał wirtualny, przede wszystkim finansowy, (który wysunął się na absolutnego hegemona dzisiejszego świata) jest bez stałej siedziby, a tym samym jest poza jakąkolwiek kontrolą i regulacjami. Wieje kędy chce. Alberto Melucci uważa, iż tym samym przyśpieszeniu ulega wykluczenie obszarów słabych gospodarczo, całych regionów i państw niedorozwiniętych, co dodatkowo wzmacnia wspomnianą stratyfikację (Challenges Codes: Collective Action In the Information Age).
Rozwinięte części świata zostają ogrodzone kolejnymi murami – zarówno na granicach dotychczasowych państw jeszcze istniejących, jak i wewnątrz tych państw (wspomniane osiedla hiperbogaczy, kurorty dla przyjeżdżających „turystów” lub „włóczęgów” krajach rozwijających się). To jest „mur berliński” na skalę globalną (Zygmunt Bauman, Globalizacja). Państw degradowanych do roli „nocnego stróża” i najemnika strzegącego dobrobytu tegoż transnarodowego kapitału i dobrobytu korporacyjnych elit.
To jest pierwszy element łączący korporatokratów różnych nacji, ras, języków i wyznań religijnych. Owi „włóczędzy” i „turyści” (co są wszędzie i nigdzie) na co dzień mieszkający w pilnie strzeżonych rezydencjach, są odgrodzeni od bezrobotnej większości, goniącej za pracą czy jakimiś dochodem, aby przeżyć (tzw. biedazatrudnienie). Wszędzie tak samo – we Francji, Hiszpanii, Rosji, USA, Chinach, Malezji, naftowych satrapiach z Półwyspu Arabskiego, Italii, Brazylii, Indiach, Australii czy na Filipinach. W Polsce także. To stale pogłębiające się rozwarstwienie społeczne to m.in. immanencja korporatokracji rozumianej jako transglobalna warstwa społeczna i jako system organizacji społeczeństw.
Tworzą się tym samym dwa podgatunki homo sapiens. Pisali o tych problemach od lat Bauman, Thurow, Reich, Stiglitz, Klein, Barber itd. O megajachtach, Hiltonach, samochodach i tak samo przebiegających rautach w różnych częściach świata pośród tak samo żyjących elit, które cechuje określony styl życia, mentalność, kultura, zwyczaje, zainteresowania, język i podobny sposób patrzenia na świat i człowieka. Wraz z postępem medycyny, biotechnologii, nanotechnologii i genetycznych manipulacji ta bogata warstwa ludzi zapewni sobie „produkcję” potomstwa: zdrowszego, mądrzejszego, bardziej inteligentnego od reszty populacji, zaprogramowanego na osiąganie sukcesów w pożądanych dziedzinach.
Decydującym będzie tu zgromadzony kapitał – zarówno materialny, jak i intelektualny (dostępność do najlepszych, wysokopłatnych uczelni o światowej marce) - gdyż usługi techno-medyczne i edukacyjne coraz więcej kosztują. Do takich wniosków skłania współczesna sytuacja, wedle której koncerny produkujące medykamenty medyczne nie chcą upowszechnić wielu swoich wynalazków (zysk i utrzymywanie kontroli nad ich produkcją). Można przypuszczać, że w dalekiej przyszłości to właśnie przedstawiciele tej wysublimowanej i wyhodowanej nowej rasy ludzi przeniosą się na inną planetę, gdy czas Ziemi dobiegnie końca.
Medialna opricznina
Alienację – i to w obie strony - pogłębiają media. To one mówią nachalnie i jednoznacznie o tym, co jest dobre i złe, piękne i brzydkie odpowiednie i nieodpowiednie, etycznie dozwolone i potępione, moralnie użyteczne i pozbawione przydatności. To, że prywatne jest zawsze i wszędzie lepsze od zbiorowego, które trzeba a priori potępiać jako „złogi komunizmu i totalitaryzmu”. Tak skrajne, nieobiektywne, wedle paradygmatu czerń vs biel, widzenie rzeczywistości kastruje świadomość ludzką z tego co wspólnotowe, w najmniejszym i lokalnym wymiarze. Więc o gatunkowym myśleniu w takiej perspektywie nie ma co marzyć.
Jeśli nie praktykuje się tej wspólnotowości na najniższym poziomie, to jak ją można rozumieć i realizować na poziomie globalnym? Szczytowym i klasycznym efektem takiego myślenia jest stosunek Donalda Trumpa i jego ekipy do globalnych zmian klimatycznych: mój zysk i moja marka się tylko liczą, żadna wspólnota czy myślenie wspólnotowe, nie dające zysku, mnie nie interesują.
Właśnie dlatego określiłem współczesne media formą opriczniny. Wyroki ferowane są w formie nieodwołalnej i nie podlegającej dyskusji, karczowane z indywidualnych wątpliwości masową falą newsów i niepozornie brzmiących komentarzy - wtrętów. Ilość źródeł i masowość tych wiadomości nie pozwala owych wątpliwości do kogokolwiek skierować, gdyż liczba adresów mailowych jest gigantyczna, a te newsy w sieci powiela się masowo, tak, że potem nie wiadomo skąd, od kogo, na jakiej podstawie te informacje poczęły się szerzyć i wywierać wpływ na ludzką świadomość i percepcję.
Lekarstwo gorsze od choroby
Czy te procesy uruchomione jeszcze w latach 40. i 50. XX wieku w USA, w które zaangażowano przedstawicieli części elit politycznych (dziś noszą one nazwę neokonserwatystów, ale i po demoliberalnej stronie też znajdziemy wielu sympatyków tego trendu), finansjery i bankowości, kompleksu militarnego, specsłużb i mediów można dziś, po krachu bipolarnego podziału świata w jakimś sensie zatrzymać i odwrócić kierunek tych zmian?
Globalizacja jest częścią korporatyzacji systemu i życia niejako naturalnym , powtarzającym się co jakiś czas w dziejach gatunku ludzkiego, zjawiskiem. Jest też immanentnym dążeniem homo sapiens ku „planetaryzacji”, ku wspólnocie ogólnogatunkowej itd. (to czynniki cywilizacyjno-kulturowe i humanizacja naszej świadomości). Trzeba wiec stworzyć „wizję odmiennej przyjaznej globalizacji. Jeśli tego nie zrobi się, pozostanie tylko krzyczeć NIE i uskarżać się na to czego i tak nie da się powstrzymać” (Benjamin Barber, październik 2005, Gazeta Wyborcza).
Pytanie jest tylko, kto to ma zrobić, skoro politycy, elity, mainstream i media - jak mówi wspominany Perez-Revert - to sami analfabeci. Dodać trzeba: albo skorumpowani przez korporatokrację, albo sami będący jej częścią. A demokracja więdnie, czego dowodem są frekwencje w wyborach w poszczególnych krajach.
Alternatywą dla wersji świata zdominowanego przez korporatokrację z panującymi zwyczajami ultrarynkowego fundamentalizmu, absolutnego prymatu prywaty nad wspólnotą (zwłaszcza w kwestii własności, co rodzić musi egoizm, egotyzm i „wsobność” myślenia) mogą być jedynie ultranacjonalizm, wojujący religijny fundamentalizm, w efekcie – neofaszyzm. Neoliberalizm i jego bezpośredni produkt – korporatokracja, pokazując, iż gospodarka rynkowa w stylu laissez faire doskonale może się obywać bez demokracji, torują tym samym drogę dla zwycięstwa „sił ciemnych”. Bo faszyzm jest przecież pochodną przesądów fundamentalistycznie rozumianej i praktykowanej gospodarki rynkowo-kapitalistycznej. Zwłaszcza w wymiarze globalizacji. I dotyczy to nie tylko sfery politycznej. Przede wszystkim widoczne jest to w kulturze najszerzej pojętej.
Radosław S. Czarnecki
*-branding to sprzedaż logo firmy, nie produktów czy dóbr
Jest to trzecia, ostatnia, część eseju pt. „Korporatokracja”. Pierwszą – pt. Korporatokracja - zamieściliśmy w numerze 5/19 SN, drugą - Imperialna elita – w numerze 6-7/19 SN.
Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1863
Od ponad 40 lat, a na pewno po upadku muru berlińskiego, kolapsu Związku Radzieckiego i całego obozu realnego socjalizmu, obserwujemy jak konserwatyzm, tradycjonalizm, fanatyzm i chaos wdzierają się w porządek współczesnego świata, zawłaszczając kolejne przestrzenie zarezerwowane zdałoby się dla postępu, rozwoju i racjonalności. Tego, co zwiemy człowieczeństwem.
Oświecenie w humanistycznym, demokratycznym, wymiarze przegrywa z wsobnością, nacjo-szowinizmem, religijnym fundamentalizmem, a przede wszystkim – z konsumpcyjnym hedonizmem i wszechpotężną zyskownością.
Przynieśliśmy Irakijczykom wolność, a wolność niesie ze sobą również wolność do czynienia zła.
Donald Rumsfeld (Sekretarz Obrony USA w latach 2001-06)
Czym się różnią konserwatyzm od tradycjonalizmu? Konserwatyzm to postawa akcentująca przywiązanie do istniejącego stanu rzeczy, a zarazem związana z nią ideologia uznająca ów stan za naczelne dobro społeczne. Konserwatysta jest jednak za ciągłością dziejów państwa, narodu, społeczeństwa, rozumiejącym wybory naszych przodków w określonych warunkach społecznych, historycznych, politycznych i kulturowych.
Tradycjonalizm natomiast jest terminem obejmującym zespół nawyków, poglądów, mentalności identyfikowanych z określoną wizją świata, tworzących specyficzną doktrynę obejmującą sfery: polityczną, religijną, kulturową, społeczną itd. Można go rozpatrywać w szerszym obrębie – w ramach pojęcia konserwatyzmu – lecz wyłącznie w kontekście rozumienia antynomii słów: tradycja i ewolucja, gdzie dla ewolucji zostawia się wyłącznie margines.
Zwrot ku tradycjonalizmowi
Źródłem współczesnego zwrotu licznych społeczności ku tradycjonalizmowi, w wielu przypadkach bliskiego trybalizmowi plemienno-klanowemu, szowinizmowi i ksenofobii jest zarówno wykluczenie mas z beneficjentów postępu, ich rosnące rozwarstwienie, ale także chaos, brak poczucia stabilizacji i niepewność jutra. Wskutek tego, do coraz szerszych rzesz ludzi „mrugają przyjaznym okiem”- jak to ujmuje Z. Bauman - tradycja, parafiańszczyzna, zaścianek, kołtun.
Demokracja, mająca w XXI wieku zwyciężyć we wszystkich dziedzinach życia, uszczęśliwiając ludzkość, stała się jak mówi m.in. prof. Adam Karpiński, demokraturą. Jej uwiąd i rachityczność widzimy dziś na wielu płaszczyznach życia - tak lokalnego jak i globalnego. Niszczy ją unilateralizm Zachodu (zwłaszcza USA), narastający protekcjonizm, odżywanie kolonialnej mentalności i paternalizmu kulturowego, postępujący militaryzm, a przede wszystkim – powszechna komercjalizacja i kult zyskowności.
Inwazja mechanizmów rynkowych w sferę wartości uniwersalnych, w przestrzeń immanentną humanizmowi i człowieczeństwu zaczyna się zawsze od zwyrodnienia i korupcji języka. Tworzenia nowomowy, w której enigmatyczne określenia zajmują miejsce osoby ludzkiej, jednostki, człowieka. Człowiek staje się „zasobem” lub „kapitałem” ludzkim, uczeń w szkole – „klientem”, placówki służby zdrowia – „podmiotami gospodarczymi”. Język rodem z handlu, sfery kupna i sprzedaży, generuje takie też zachowania, stosunki międzyludzkie.
Dehumanizacja współczesnego życia i owych stosunków postępuje zarówno z racji pogłębiających się podziałów na bogatych i biednych, przewagą kapitału nad pracą, jak i pogłębiających się różnic między decydentami a rządzonymi. Ci drudzy coraz mniej mogą – zarówno na rynku jak i wedle dotychczas pojmowanych pryncypiów demokracji. Bo co np. zmieniają kolejne wybory w sensie rozwoju ekonomicznego, gospodarczego, wizji rozwoju?
Władza i sposób jej sprawowania to niezwykle istotny czynnik tych procesów. Jak zauważył w kontekście związków dehumanizacji i komercjalizacji Salman Rushdie – „Stopniowo odkrywane są na nowo walki gladiatorskie. Telewizor jest Koloseum, a zawodnicy są jednocześnie gladiatorami i lwami. Ich zadaniem jest pożerać się nawzajem, aż tylko jeden zostanie przy życiu. Ile czasu będzie potrzebowała nasza znudzona kultura, by wprowadzić realne lwy, prawdziwe niebezpieczeństwa na te przeróżne fikcyjne wyspy, by zaspokoić nasze pragnienie, aby więcej było akcji, bólu i doznawanego pośrednio dreszczyku emocji” (Dobrze być złym, Gazeta Wyborcza, 16-17.06.01).
Atak na Oświecenie
Idee oświeceniowe - wolność, równość, sprawiedliwość, solidarność, swoboda myśli – zastąpiono po upadku komunizmu jednowymiarowym opisem i interpretacją świata. Pluralizm zastąpiła hegemonia jednej, neoliberalnej idei, dogmatyzacja dyskursu publicznego i doktrynerskie podejście do podstawowych zasad demokracji. Kanonizacja narracji, z jaką elita zwraca się do „ludu” prędzej czy później prowadzić musi do marazmu intelektualnego i ideowej inercji.
Faktem jest, że obecność konkurencyjnego obozu socjalistycznego wymusiła wewnętrzne przeobrażenia i zmiany sposobów myślenia wśród elit krajów demokratycznego Zachodu. Stąd m.in. pojawia się idea New Deal Johna M. Keynesa, zwolennika planowania centralnego i interwencji państwa w gospodarkę i dynamiczny rozwój po II wojnie światowej państwa dobrobytu. Stąd też postępy demokracji i swobód obywatelskich.
Neoliberalizm – głosząc pochwałę egoizmu, cynizmu, prywaty, partykularyzmu i egocentryzmu - wszystko to zniszczył: solidarność, więzy społeczne, empatię. Spowodował destrukcję społeczeństwa. Dobrze to pokazuje film „Wall Street” Olivera Stone’a, egzemplifikujący mentalność neokonserwatystów (czyli neoliberałów) ze słynnym już cytatem - „Chciwość jest dobra”.
Jednak uwielbienie, jakim darzy się w naszym kraju ową filozofię graniczy niekiedy z idolatrią i ma niewątpliwe cechy kultu religijnego. Widać to np. po popularności, jaką cieszy się ciągle Margaret Thatcher – guru (obok Ronalda Reagana) neoliberalizmu, autorka słynnego powiedzenia, iż „coś takiego jak społeczeństwo nie istnieje. Istnieją tylko pojedyncze, wolne i przedsiębiorcze jednostki”.
Ćwierć wieku temu, u progu przyśpieszonej globalizacji, rosnącej roli korporacji ponadnarodowych, niekontrolowanego przepływu kapitału i konsumpcyjnych igrzysk, nowozelandzki historyk prof. John Pocock na łamach Queen’s Qurterly w artykule „The Ideal of Citizenship Since Classic Times” zadawał pytanie: „Czy podporządkowanie suwerennej wspólnoty obywateli globalnej działalności postindustrialnych sił rynkowych stanowi złe czy dobre posunięcie w architekturze postnowoczesnej polityki?” .
Natomiast w początku XXI wieku Zygmunt Bauman, pisząc o Europie (Ponowoczesność jako źródło cierpień) - synonimie demokracji, stabilności, wolności i swobód obywatelskich – zauważał, iż jest ona: „niezdolna już, a więc i niechętna, do naprawiania środkami politycznymi błędów i wypaczeń nieokiełznanej gry rynkowej.
Czy jednak współczesne globalne zmiany, przede wszystkim w sferze kulturowo-cywilizacyjnej mamy traktować jako wypadkową wielu lokalnych systemów, czy też może wywodzą się one ze skompromitowanej idei imperializmu, będącej zaprzeczeniem epoki pluralizmu, demokracji i liberalizmu światopoglądowego?
Zachód jednak, po raz kolejny w dziejach, przedstawiając reszcie ludzkości ideę, religię itd. uważa ją za niepodważalnie uniwersalną, najlepszą i jedynie słuszną.
Rola mediów
Tu dochodzimy do roli mediów korporacyjnych w zglobalizowanym świecie. One dawno przestały być – z różnych zresztą przyczyn – niezależną, tzw. czwartą władzą. Przede wszystkim z tytułu wprzęgnięcia w neoliberalny, nastawiony wyłącznie na zysk, system sprawowania hegemonii przez mega-kapitał. Media stają się w takim systemie organizatorem coraz pokaźniejszej grupy konsumentów, nieświadomych manipulacji obywateli, mających przysparzać dochodów poprzez uczestnictwo w procesie zwanym „zakupizmem”. Bo konsument nie jest tożsamy z obywatelem.
Media też są odpowiedzialne za wzrost indywidualizmu oraz utowarowienie wszelkich sfer ludzkiej działalności. Zwrócił na to uwagę Jean Baudrillard w Rozmowach przed końcem, pisząc, że dziś „zacierają się wszystkie wolności, aby pozostała tylko jedna – wolność wymiany”.
Benjamin Barber, przywołując Bena Bagdikiana – amerykańskiego medioznawcę, obserwującego postępującą koncentrację i komercjalizację mediów w USA od lat 80. XX wieku – pisze, iż monopolizacja mediów przez wielkie koncerny prowadzi do rosnących lawinowo wpływów reklamy na formy i treści przekazywanych informacji.
Truizmem jest stwierdzenie, iż demokracja rozkwita wyłącznie dzięki niezależnym mediom, tymczasem na przełomie XX i XXI wieku ponad 80% amerykańskich mediów należało do zaledwie kilku korporacji ponadnarodowych. Dziś ten proces zapewne poszedł jeszcze dalej i dotyczy całego świata, a media i elity uczyniły z neoliberalizmu czy neokonserwatyzmu religię.
Kartezjusz na przemiał
Krytyce i deprecjacji poddali neoliberałowie i konserwatyści oraz ich akolici (wyhodowani na doktrynie Friedricha von Hayeka i Miltona Friedmana) samo Oświecenie. Zaatakowali je i wartości z nim utożsamiane, będące podstawą „złotego wieku Zachodu” z pozycji antyetatystycznych, skrajnie antysocjalnych, rynkowego fundamentalizmu, z mocną nutą kulturowego imperializmu sięgającego korzeniami epoki kolonialnej.
Drugą grupą atakujących (i to od 150 lat) wolnościowe i humanistyczne idee oświeceniowe są środowiska religijnych fanatyków i fundamentalistów różnych denominacji. Tu różnic między islamem, katolicyzmem, judaizmem, prawosławiem czy protestantyzmem („pas rdzy” na południu USA był zawsze matecznikiem religijnego purytanizmu, ortodoksji i kołtuńskiego rozumienia świata) nie widać żadnych.
Media zafascynowane neokonserwatywnymi ideami podjęły skuteczny wysiłek, aby te rozproszone niegdyś wspólnoty religijnych fanatyków i fundamentalistów egzystujące na peryferiach nowoczesnego świata, weszły na salony, stając się obowiązkowym składnikiem telewizyjnych programów stacji publicznych i komercyjnych.
Tym samym „w ciągu ostatnich dziesiątek lat religia niepostrzeżenie wślizgnęła się w otaczający nas świat. Zarówno w Paryżu, Nowym Jorku, Bejrucie, Bagdadzie, Stambule, Moskwie, jak i New Delhi, albo Dżakarcie nagłówki gazet i magazynów, stacji radiowych i telewizyjnych, przypominają nam nieustannie o religii” – zauważa Georges Corm (Religia i polityka XXI wieku).
A religia (zwłaszcza monoteizmy) zawsze niesie ziarna konserwatyzmu i tradycjonalizmu.
Krytykujący Oświecenie i zarazem Rewolucję Francuską jednocześnie atakują także podstawy filozofii kartezjańskiej, a tym samym -nowoczesność, modernizm, demokrację itd. To uderzenie w zasadnicze źródła myśli i tradycji lewicy europejskiej, ale i zaprzeczenie całego dorobku cywilizacji zachodniej, w tym - desakralizacji przestrzeni publicznej i dyskursu politycznego.
Takie podejście do problemu sprzyja siłom „ciemnym”, demonicznym, wstecznym, a w efekcie groźnym dla pryncypiów cywilizacyjno-kulturowych. Nie jest to „etyczna nieporadność” – jak uważa Johann B. Metz (Teologia polityczna), ale próba zatrzymania i odwrócenia biegu dziejów oraz rozwoju myśli ludzkiej.
Umożliwienie powrotu religii – zwłaszcza tych monoteistycznych – do przestrzeni publicznej i politycznej, religii, które niosą w sobie wiele pamięci o cierpieniach Innego, o deptaniu godności drugiego człowieka, o ludobójstwie i nieszczęściach milionów ludzi w historii stało się tym samym mimowolnym handicapem współczesnych liberałów (otwartych jedynie na rynek i jego pozytywne przymioty) danym na tacy fundamentalistom i fanatykom. Czyli stało się tak, jak zauważył Zygmunt Bauman: życie jednostkowe i zbiorowe szeregu wspólnot i społeczności zostało po prostu skierowane „na przemiał”.
Pozostawienie zagadnień społecznych poza zainteresowaniem elit politycznych i mainstreamu, masowe wykluczenie i degradacja środowiska przez rabunkową działalność mega-kapitału (maksymalizacja zysku przy minimalizacji kosztów pracy), wywoływanie wojen i konfliktów w imię demokracji organizowanej na zachodnią modłę, rzuciły miliony ludzi różnych ras, języków, kultur, wierzeń, z różnych regionów świta w objęcia religijnych szarlatanów, pospolitych demagogów i złowrogich fundamentalistów.
Radosław S. Czarnecki
Jest to pierwsza część eseju zatytułowanego „Źródła triumfu tradycjonalizmu”. Kolejną jego część opublikujemy w nr 12/18 SN.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3755
Pewnego dnia te granice psychospołeczne pękną. Jak granice pękną, ludzie wyjdą na miasto: w Polsce, w Paryżu, w Nowym Jorku, gdziekolwiek. Rozbiją pierwszy napotkany sklep. Przyjedzie policja, dwieście osób uspokoi, aresztuje. Potem przyjdą trzy tysiące osób. Co dalej? Marcin Król
Rok 1599 jest znamienny w historii globalnego systemu wolnego rynku. Otóż 24.09 tegoż roku powołano do życia nowy rodzaj przedsiębiorstwa, nadano mu nazwę: Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska. Po dziś dzień ten twór kojarzy się jak najgorzej w historii ludzkości i świata. Zastosowany wtedy swobodny obrót udziałami w firmach pozwolił prywatnym korporacjom urosnąć tak, że stały się dziś strukturami potężniejszymi od państw narodowych. O ludziach czy zbiorowościach nie wspominając.
Liberałowie z charakterystyczną dla siebie hipokryzją wychwalali zawsze trud uczciwych obywateli, powołując się na szewców, krawców, innych rzemieślników, drobnych przedsiębiorców czy wytwórców. Jednak de facto brali zawsze w obronę najgorszych wrogów tzw. wolnego rynku: właśnie takie korporacje jak Kompania Wschodnioindyjska. One nigdy nie wiedziały, nie wiedzą i nie będą wiedziały co to jest społeczność, czym charakteryzuje się ludzka zbiorowość. Pozbawione moralności i empatii dyktują bezwzględnie ceny, pożerają konkurentów, przekupują polityków, depczą słabych i tych, którzy stają im na drodze do osiągania maksymalnego zysku będącego fetyszem i celem. To one symbolizują wzór homo oeconomicus, którego głównym celem jest „z bezlitosną precyzją i kierując się niezawodnym rozsądkiem dążyć do osiągnięcia jak największych korzyści” (Marion hr. von Dőnhoff).
Tym samym z obiektów kultu i kanonu liberalizmu – wolność i prawa człowieka – współcześni liberałowie (zwani niekiedy neoliberałami) uczynili pośmiewisko, a z tych humanistycznych wartości – karykaturę.
Współczesną konsekwencją decyzji z 1599 r. są fundusze rynku pieniężnego, akcji, obligacji czy emerytalne, generujące cykliczne gigantyczne kryzysy finansowe. Krach systemu w 1929 i 2008 roku, niepowstrzymywany rozrost technologicznych gigantów i wszystkie inne dolegliwości współczesnego kapitalizmu stały się istotą i codziennością systemu światowego rynku. Wzrastały i nabierały mocy wraz z nim przez ponad 400 lat. Wszystkie apele i zaklęcia, kierowane obojętnie z jakiej strony i jak umotywowane, o stworzenie łagodniejszej, proczłowieczej postaci systemu stały się tylko chwilowymi, wymuszonymi siłą i realnym zagrożeniem, fanaberiami. Do tego doszło w wyniku zwycięstwa ZSRR w II wojnie światowej i rozgromieniu faszyzmu przez komunistów różnych nacji zjednoczonych w tym zadaniu. ZSRR stał się autentycznym, globalnym mocarstwem, zagrażającym kapitalizmowi nie tylko siłą oręża radzieckiego i sojuszników z Paktu Warszawskiego (choć to nie było bez znaczenia), ale ideologicznie i doktrynalnie. W zniszczonej wojną Europie, a także i przez późniejsze lata, był to niebywale skuteczny straszak.
Jak zmieniać, żeby nie zmienić
Faszyzm – po raz pierwszy we Włoszech - przekonał liberalnych przywódców i polityków, że można wprowadzić nowe rozwiązania ustrojowe, dokonując powierzchownych reform społecznych przy zachowaniu status quo w obrębie własności i sposobu produkcji. Były one – i tak może być dzisiaj (bez względu na okoliczności) – niczym olej wylewany na społeczne wrzenie i nastroje antysystemowe wywołane przez rewolucję w Rosji i minioną I wojnę światową.
Jak pisze Umberto Eco, faszyzm ze swoim totalitaryzmem – jako coś obecnego w kulturze europejskiej od zawsze (Eco nazywa go „wiecznym faszyzmem”) - jest doskonałym materiałem dla rządzących liberałów. Można go zawsze zastosować – bez utracenia swej doktrynalnej niewinności i politycznej cnoty – jako alternatywę, kiedy stan społecznego niezadowolenia i rozedrgania zbliżają się ku niebezpiecznej granicy rewolty ludowej.
Faszyzm miał stworzyć ustrój dokonujący interesujących reform społecznych, które pacyfikowały rewolucyjne nastroje ludu. A że przy okazji prześladowano komunistów, socjalistów czy ludowych radykałów, poświęcono kilku nie rozumiejących „ducha czasów” niereformowalnych demokratów - trudno, gdzie drwa rąbią, wióry lecą. Chcieli oni, nie czujący potrzeby i wyzwań chwili, zmienić stosunki i dotychczasową stratyfikację społeczną, strukturę własności, sposób produkcji.
Te decyzje faszystów nie przeszkadzały liberałom - mimo ich doktrynalnych zaklęć. Pojęciami wolności, demokracji, swobody słowa, dostępu do przestrzeni publicznej na zasadzie równoprawności można dowolnie manipulować i je tak przykrawać, aby być cały czas political correctness wobec kanonów liberalizmu.
Zresztą taka praktyka była stosowana w historii wielokrotnie. Najlepszym tego przykładem jest debata i jej efekty na Uniwersytecie w Valladolid między Ginesem de Sepulvedą a Bartolomeo de las Casasem w 1550-51. Że neoliberałowie mają po dziś dzień z tym problem, świadczy m.in. podsumowanie recenzji książki Dysputa w Valladolid na łamach Kultury Liberalnej. Mówi się tam, że przeprowadzona prawie pięćset lat temu dysputa ciągle jest aktualna. Bo Oświecenie, ani kolejne fale demokratyzacji nie rozstrzygnęły definitywnie podstawowej kwestii – kto to jest człowiek. I musi się nadal szukać na nie odpowiedzi. Zawsze jest więc możliwe wykluczyć kogoś, stygmatyzować, zakreślając wpierw krąg pojęć czy zaczarować rzeczywistość, tworząc jakieś granice, jakieś hierarchie, jakieś elitarne grupy. A potem odmówić temu komuś równoprawnej obecności w życiu publicznym.
Nadchodzi państwo oligarchiczne
Dzisiejszy klimat debaty publicznej, medialnego przekazu w stylu fuzzy - określający w logice zbiory rozmyte, mętność, bezkształtność, rozumiany jako powszechne zniuansowanie i wzajemne przenikanie się pojęć oraz znaczeń - doskonale sprzyja takim zabiegom. Zwłaszcza, gdy na podorędziu znajdą się jacyś - od zawsze obecni w europejskiej kulturze - „faszyści”...
Po kryzysie z 2008 roku wiemy, że megabanki, megakorporacje i giganci sektora finansowego sprawują pełną kontrolę nad społeczeństwami całego świata. Nastąpiła pełna i totalna globalizacja w wymiarze kontroli i inwigilacji ludzi. Celem jest z jednej strony ograniczenie ich swobód i podstawowych wolności (sprowadzając je do hedonistycznej konsumpcji, bez uwzględnienia wyższych potrzeb), a z drugiej – wtłoczenie ich w ramy życiowego schematu: praca – rozrywka – sen, zaspokajającego podstawowe egzystencjalne potrzeby. Czyli: konsument, towar, kod kreskowy na metce. A konsument nigdy nie będzie świadomym obywatelem.
Socjolog kultury dr hab. Małgorzata Jacyno w wywiadzie udzielonym Grzegorzowi Srokowskiemu (Gazeta.pl NEXT z dn. 07.10.2019) mówi, że deklasacja, osuwanie się na drabinie społecznej coraz większej liczby osób jest zjawiskiem groźnym. I coraz bardziej powszechnym, traumatycznym doświadczeniem. „Najbardziej widoczny jest upadek klasy średniej w Stanach Zjednoczonych. Niegdyś utrata bezpieczeństwa dotyczyła przede wszystkim klasy średniej zamieszkującej peryferia w krajach zachodnich, ale najnowsze badania pokazują, że coraz mniej bezpiecznie czuje się także wielkomiejska klasa średnia. W raporcie OECD z 2019 roku pisze się wprost, że zachodnia klasa średnia tonie. Ze zmierzchem klasy średniej wiąże się przewidywanie nadejścia państw oligarchicznych. A spowodują ten upadek dwa najważniejsze procesy, które toczą od wewnątrz kraje Zachodu: upadek klasy średniej i problem z legitymizacją władzy. W tle tych procesów jest zawsze słabnięcie polityk publicznych”.
Bez tzw. klasy średniej nie ma liberalnej demokracji. Bo do tego jest potrzebny świadomy, wolny od kłopotów egzystencjalnych człowiek – obywatel. Obywatel, nie konsument usług: zdrowotnych, edukacyjnych, wypoczynkowych itd. Musi mieć on czas na refleksję, lekturę, dyskusję z drugim obywatelem. Wraz ze śmiercią tej formy demokracji, mordowanej przez samych liberałów przez ostatnie cztery dekady i ich dogmatycznej idei prywatyzacji wszystkiego, indywidualne stają się zyski nielicznych, a straty i porażki ulegają uspołecznieniu.
Społeczeństwa podzieliły się na elitarne, powiązane ze sobą głównie zasobnością portfela, grupy. A elitaryzm zawsze jest źródłem ideologii i doktryn reakcyjnych. Idąc w jednym szeregu z militaryzmem i „bohaterszczyzną”, rodzi to płodne podglebie dla faszyzmu ([za]: Umberto Eco, Wieczny faszyzm).
Kup sobie sam
Zdaniem Jacyno, to publiczne instytucje są kręgosłupem społeczeństwa obywatelskiego, zbiorowości czującej wspólnotę nie tylko historii, języka, kultury, tradycji, narodowego bohaterstwa i traum porażek, ale przede wszystkim teraźniejszości i jakości życia. Na minimalnie dostępnym – odnośnie do cywilizacyjnego rozwoju i postępu – poziomie. Gdy obywatele tracą te instytucje, gdy mówi się im, iż emerytur nie będzie, gdy widzą, że służba zdrowia jest tylko dla najbogatszych, relacje interpersonalne, a także na linii obywatel – państwo przyjmują zupełnie inny – nieobywatelski - charakter.
Gdy np. w Polsce dochody 1% najbogatszych są równoważne z dochodami 32%, a 1% globalnych hiperbogaczy ma tyle pieniędzy co pozostałe 95%, jest to sytuacja dramatyczna (w kwestii rosnących nierówności, a z tym wiąże się właśnie dostęp do publicznych, powszechnych do niedawna, usług). I „wtedy rywalizacja między ludźmi (…) przyjmuje zupełnie inny charakter. Stawki rywalizacji stają się coraz większe – czasem jest to zdrowie, a coraz częściej życie. Bo co mam zrobić, kiedy wiem, że ochrona zdrowia działa bardzo źle, a mnie lub moim bliskim będą kiedyś potrzebne pieniądze na leczenie?”. I czy wtedy można od ludzi wymagać odpowiedzialnych, moralnych, zdystansowanych i pozbawionych skrajnego subiektywizmu decyzji? Decyzji za kraj, za zbiorowość, za przyszłość?
Nadziei być nie może, gdy ostatnie dekady są powolnym, permanentnym obsuwaniem się masy ludzi w społecznej hierarchii, co wiąże się z dostępnością do podstawowych usług i uczestnictwem w normalnym życiu publicznym. Gdy owe usługi - będące nie tylko osią i kręgosłupem państwa ale i decydujące o społecznych więzach - stają się coraz bardziej limitowane, trudno mówić o jakimkolwiek bonum communae.
W Polsce mamy od trzech dekad neoliberalną permanentną narrację i trend do całkowitej prywatyzacji wszystkiego. To pokłosie zarówno polskiej historii, jak i peryferyjności intelektualnych elit: politycznych, medialnych, kulturowych, czerpiących natchnienie z wieków minionych. Kiedy uważany za przeciwnika liberałów i liberalizmu Antoni Macierewicz wypowiada się w Radiu Maryja, że państwo PiS „stworzy możliwości, aby każdy sam sobie mógł stworzyć dobrobyt” jest to niczym innym jak totalną prywatyzacją polityki społecznej i pokłosiem skrajnego, sarmackiego indywidualizmu. Czyli wszystko sobie kup sam.
A właśnie to dobre usługi publiczne, sprawne, nie tanie państwo tworzą poczucie solidarności, spójności społecznej, przekonanie, że bycie razem daje bezpieczeństwo. Widać to wyraźnie na przykładzie pandemii. Tylko diametralna zmiana modelu własności przedsiębiorstw, podejścia do samej esencji „prywatnej własności” i istoty rynku jako regulatora życia - co w efekcie przyniesie odczuwalny sposób dystrybucji bogactwa (a tym samym i władzy) - może spowodować wyjście poza turbo-kapitalistyczne stosunki produkcji, a tym samym takie relacje społeczne.
Czy jest siła polityczna mogąca zaproponować coś sensownego w tej mierze? Nawet w obliczu epidemii koronawirusa i całkowitej – co widać – abdykacji systemu we wszystkich możliwych przestrzeniach nadal pompuje się gigantyczne fundusze jak w 2008 roku w banki i megakorporacje. Jaki wybór mają liberałowie rządzący naszą doczesnością i świadomością (tu za pomocą zblatowanych i pozostających tym samym na smyczy kapitału mediów głównego nurtu)?
Liberalny nazizm?
Czy ktoś może sobie wyobrazić system społeczno-polityczny zwany liberalnym nazizmem lub liberalnym faszyzmem? Jako antidotum na masowe społeczne protesty, strajki, marsze głodowe i gwałtowne wystąpienia ograbionego i pozostawionego sam na sam z nędzą „ludu” przyzwyczajonego do życia w (jak dziś widać) pozornym dobrobycie? Czy te wszystkie obostrzenia, stany wyjątkowe, zawieszenie tzw. praw obywatelskich (do reszty, bo one już od dawna nie funkcjonowały w realu, jedynie jako mit i fantasmagoria medialna) - często zupełnie nieadekwatne wobec epidemiologicznego zagrożenia - nie są przygrywką do rozwiązań żywcem przypominających Portugalię Salazara lub Italię Mussoliniego?
Jeśli można było pożenić nazizm z socjalizmem (narodowy socjalizm do dziś u wielu członków mainstreamu w Polsce jest równoznaczny z … socjalizmem!), to dlaczego nie można tego samego uczynić, biorąc teraz na tapetę liberalizm? Faszyzm doskonale współpracował z wielkim kapitałem i z jednym z filarów kapitalistycznych stosunków społecznych - katolickim (i innymi chrześcijańskimi) Kościołem w Europie Zachodniej. Za obopólną zgodą i korzyściami.
Powie ktoś, że to wykluczone z racji rudymentarnych kanonów liberalizmu. Wolność, sprawiedliwość, równy dostęp do np. władzy sądowniczej, edukacji etc. Wszystko jest kwestią uzasadnień i retoryki. W dzisiejszej obrazkowo-medialnej demokracji to tylko kwestia przekazu i wmówienia konsumentowi (i tu kłania się antynomia konsumenta i świadomego obywatela) co jest dobre, pożyteczne dla niego, co ma zrobić, aby być szczęśliwym i radosnym. Władzę jaką dziś (w wymiarach niespotykanych w historii demokracji liberalnej), w chwili pandemii, uzyskali politycy nad społeczeństwami dzięki nowym technologiom i mechanizmom pokazanym m.in. przez Snowdena, Assange’a czy Manning może już być bardzo trudno cofnąć. Językiem wykluczenia przy ograniczeniu praw obywatelskich można swobodnie połączyć różne koncepcje i idee. Uniwersalne wartości liberalne można na przykład przypisać tylko predestynowanym, nie zarażonym koronawirusem, białym Europejczykom, Aryjczykom, chrześcijanom. Czyż tego mechanizmu nie stosuje się już w zawoalowanej formie wobec imigrantów i uchodźców?
Przy upadającym poziomie życia i kurczeniu się klasy średniej - podstawy liberalnej demokracji na Zachodzie - hasła o białych Europejczykach, Aryjczykach, fortecy Europa, będą nabierać znaczenia wraz z postępującym kryzysem. Im będzie on głębszy i bardziej wielowymiarowy, tym te slogany staną się bardziej chwytliwe. Warto pamiętać, iż NSDAP w Niemczech poparli przede wszystkim nie tyle robotnicy, co drobni posiadacze, rzemieślnicy, spauperyzowani inteligenci, nauczyciele, a także – wielki biznes. A jutro do tego tortu europejskiego dobrobytu będzie mieć dostęp coraz mniej ludzi. Reszcie trzeba będzie brak dostępu wytłumaczyć przy pomocy znanych, popularnych, wdrukowanych w mózgi liberalnych haseł o wolności, równości, braterstwie, swobodach obywatelskich. I dlaczego tak się dzieje i kto jest temu winien.
Nowy kostium faszyzmu
Zasada kozła ofiarnego jest obecna we wszystkich ideologiach, doktrynach i religiach. Chrześcijańskiej również. Słynna dysputa w Valladolid między Sepulvedą i de las Casasem nad posiadaniem (lub nie) przez Indian duszy – co wiązało się z uznaniem ich za ludzi wedle katolickiej nauki - winna uświadomić, że w sferze kazuistyki prawnej i ideologicznego patosu nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jest uzależnione w tym świecie rynkowych zależności od potrzeb, zysków i zachowania władzy.
To na tej bazie narodowy liberalizm będący de facto nowym kostiumem faszyzmu (o czym pisze Umberto Eco w przywoływanym już eseju Wieczny faszyzm), pozwala realizować nadal liberalną koncepcję jednoczenia Europy. Tak, jak to próbowano nie raz już w historii uczynić: Napoleon, II Rzesza Wilhelmowska wspólnie z CK Austro-Węgrami, Adolf Hitler. Teraz bojaźń liberalnych elit Europy przed nadchodzącym nieubłaganie kryzysem może przerzucić ich myślenie w kierunku ostatniej idei, mogącej stanowić zaporę przed recydywą socjalizmu czy komunizmu. W kierunku nacjonalizmu i rasy.
A ostatnie 3-4 dekady niepodzielnego panowania liberalizmu tak w sferze doktrynalnej, ideologicznej jak i ekonomicznej praktyki, gdzie naczelną zasadą stała się polityka tzw. austerity, z jednoczesną prywatyzacją wszystkiego co możliwe, outsourcingiem i promowanym modelem człowieka - bezwzględnym i zdehumanizowanym homo oeconomicus - dziś bankrutują. Ten projekt abdykował, zdewaluował się. We wszystkich krajach Zachodu w podobnym stopniu. Więc taki odkurzony flirt elit liberalnych z nową XXI-wieczną wersją faszyzmu może pozwoli przedłużyć władzę kapitału i panowanie liberałów w sferze mentalnej?
Na koniec nachodzi mnie taka refleksja, będąca niejako podsumowaniem rozważań: jak liberalizm w Polsce (ale to refleksja uniwersalna i możliwa wszędzie, choć zapewne z innymi argumentami czy uzasadnieniami) może płynnie i bezboleśnie przekształcić się w faszyzm. We wspomnianej przestrzeni fuzzy jest to tym bardziej wykonalne. Bo czy głosując za Dniem Żołnierzy Wyklętych i promując ich jako bohaterów – choć część z nich była zwykłymi, typowymi faszystami o mentalności skłaniającej do postępków godnych nazistów – polscy liberalni demokraci wierzyli i wierzą szczerze w ich dobrą misję? I czy czasem nie chcieli tym samym en masse powiedzieć: „OK, wracajcie i róbcie to, co robiliście dawniej?”.
Radosław S. Czarnecki
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1095
Gnostycyzm (ze stgr. gnostikos, dotyczący wiedzy, służący poznaniu istnienia wszechrzeczy) - to doktryny i ruchy religijne powstałe na wschodzie Cesarstwa Rzymskiego w I w. p.n.e. (głównie w Syrii i Egipcie), łączące chrześcijaństwo z pogańskimi, grecko-egipskimi, wierzeniami religijnymi.
Gnoza, etymologicznie łączona z pojęciem gnostycyzmu, zazwyczaj to coś, co mistycy jak i metafizycy nazwali pierwotnym Objawieniem. Systemy te (niesłychana liczba, ale i żywotność, która trwała przez wieki, odradzając się co jakiś czas w różnych formach i postaciach bez względu na epokę i czasy), mimo różnic i wielości, łączy jeden wyraźny element: dualistyczny, wyraźnie rozgraniczający dobro i zło, sposób postrzegania rzeczywistości.
Stąd wytworzył się uniwersalny rys doktryny sprowadzający się do tego, że istnieje Najwyższe, pozaświatowe Bóstwo, doskonałe i odległe. Z niego wypływają niejako wszystkie, niższe byty boskie (np. Dobro, Prawda, Mądrość) o coraz to mniejszej doskonałości.
Na samym dole tej długiej zstępującej hierarchii znajduje się Stwórca, czyli Demiurg, zły i okrutny, który albo nie ma już świadomości istnienia Najwyższego, albo wypowiada mu posłuszeństwo. Jest zatem jakby Złym Bogiem, czyli Szatanem. Według gnostycyzmu, należy identyfikować go z biblijnym Jahwe. To on stworzył fizyczny wszechświat rządzony przez powołanych przez niego do istnienia złych zarządców, zwanych bogami, demonami czy aniołami.
Nigdy nie wierz w coś jedynie dlatego, że przemawiają za nimi domysły czy tezy jakiegoś starego mędrca. Nigdy nie wierz w coś jedynie dlatego że długoletnie przyzwyczajenie skłania cię do przyjmowania czegoś za prawdę, nie wierz wyłącznie autorytetowi twoich nauczycieli i duchownych. Kieruj się tym, co zgodne jest z twym doświadczeniem i dociekaniem i co odpowiada twemu rozumowi oraz służy twemu własnemu dobru i szczęściu - jak też wszystkich innych istot – to bierz za prawdę i żyj według niej. I oczywiście wierz temu, co się sprawdziło w praktyce.
Budda
Gnostycyzm to pojęcie zbiorczych, powstałych na przełomie starej i nowej ery w Imperium Romanum, prądów filozoficzno-religijnych o ukierunkowaniu mistycznym. Nie da ich się ich zaklasyfikować jako czysto chrześcijańskich, choć niektórzy gnostycy sięgali jawnie do tej tradycji. Nie stworzył ów ruch jednolitego, spójnego systemu. Stanowił zawsze konglomerat różnych wierzeń - dualistycznych, mocno przesiąkniętych bliskowschodnimi kultami, chaldejskim ezoteryzmem i kulturą hellenistyczną. Łączyło je przede wszystkim przekonanie o apriorycznym rozumieniu wybranych spośród wyznawców elit, jako istot mądrzejszych, oświeconych boską ingerencją.
Można wśród nich wyróżnić dwa kierunki interpretacyjne: to gnoza aleksandryjsko-platońska i syrio-perska. Zresztą religie pochodzące z terenu dzisiejszego Iranu oraz tamtejsza kultura zainfekowana od wieków specyficznym dualizmem stanowiła jeden z podstawowych zaczynów tych prądów i systemów. Na rozwój gnostycyzmu jako pewnej opcji w ramach tego, co rozumiemy jako judeo-chrześcijaństwo (a co było w późnym antyku modelem formującego się systemu z nową religią jako jednym z atrybutów władzy w schyłkowym okresie Imperium Romanum) wpływ miała galaktyka rozwijających się na przełomie tysiącleci ruchów, wierzeń, kultów itd. na obszarze Cesarstwa. To przede wszystkim kościoły Szymona Maga, Marcjona, sekty ceryntian czy elkazaitów, system Bazylidesa czy Walentyna, montanizm, a przede wszystkim manicheizm (J. Urban, Historia Kościoła).
Religia gnozy oparta została na niezwykle rozbudowanej mitologii, przypominającej współczesne powieści fantasy i dualistycznym pojmowaniu świata, opisującym i uzasadniającym ten dualizm. Greckie słowo gnosis oznacza szukanie, badanie, studiowanie (ale także efekty owych działań), wiedzę, mądrość, posiadanie prawdy etc. Poszukiwania ukrytej mądrości doprowadziły gnostyków do chęci posiadania tajemnej wiedzy o najwyższej prawdzie, ukrytej przed rzeszami nieświadomej gawiedzi - niewykształconej, nie posiadającej tego oświecenia i przez to prymitywnej.
W wyniku tak rozumianej wszechrzeczy gnostycy podzielili populację na trzy grupy ludzi. Pierwszą stanowią tzw. pneumatycy, czyli jednostki stojące na najwyższym stopniu uduchowienia – elita, a tym samym predestynowane do ocen, pouczeń, wydawania dekretów itd.
Niżej w hierarchii doktryny pozostawali tzw. psychicy (hylicy). A najniżej somatycy – owa gawiedź niejednolita i z oczywistych względów zróżnicowana.
Zbawienie i życie wieczne – naczelne elementy rozważań dla tamtej epoki - jest przeznaczone dla wybrańców, dla dusz bezgrzesznych i czystych. Dusze „niewiedzących” zostają unicestwione na sądzie ostatecznym z powodu wielkiej siły przeciwnika światłości. Czasem wystarczy czyściec, (abstrakcyjna konstrukcja powstałą w tym celu), w którym dusza śmiertelnika zostaje oczyszczona po poddaniu określonym czynnościom. Nabiera w ich efekcie pożądanej pobożności i doskonałości.
Według koncepcji gnostyków, człowiek jest niespójnym komponentem ciała, duszy oraz ducha (pneumy), choć posiada w sobie element boskości.
Zadaniem pneumatyków miało być uświadamianie sposobu zrozumienia swojej natury i poskromienie emocji wynikających z natury ciała przez wyznawców. Ich prawdziwą jaźnią ma być dusza, równie obca światu, jak Bóg (choć jest on w nim obecny). Prawa natury zniewalają człowieka, a jego ciało i dusza (w tym psychika) aktywnie mu się przeciwstawiają, ograniczają i upokarzają. Znaczeniem tego stanu miało być zrozumienie w chęci i czynie poznania oraz sposobu wzniesienia się poza stan natury ludzkiej, dając duchową mądrość i siłę mogącą tylko tymczasowo spoczywać w materii ciała ludzkiego. W ten sposób, człowiek mógł być przygotowany na ewentualną możliwość spotkania się ze Stwórcą wszechrzeczy i wkroczyć w jego światłość.
„Radykalny dualizm, przyjmuje dwie zasady: dobrą, Boga, twórcę duchów i aniołów oraz złą, której najwyższym przejawem jest szatan, diabeł. Szatan posługując się podstępem, zdołał się wedrzeć się do królestwa Boga i doprowadzić do tego, że podczas jednego starcia ginie dwie trzecie aniołów z nieba” (Adolf Holl, Heretycy).
Stąd potrzebni są „oświeceni pneumatycy” stanowiący elitę wybranych, objaśniający, gdzie tkwi dobro, czym ono jest i jak się materializuje w życiu codziennym.
Obsesja gnostyków
Obsesją gnostyków, zarówno w czasach Antyku jak i w późniejszych epokach, stała się realność, czyli doczesne istnienie spersonifikowanego zła (szatana). Wszystko, co stworzymy jako ludzie przy pomocy narzędzi naszego umysłu, posiadanej racjonalności, zdolności poznania i doświadczeń ma swój absolutnie dobry, albo zły aspekt. Stąd wynika perspektywa, iż każde istnienie musi być okupione kosztem innych. Giną, by żyć mógł ktoś inny. Takie spojrzenie na istotę ludzkiego bytu, często przeciwstawnego immanencji porządku natury, jawi się narzuceniem określonej aksjologii, wynikającej z ewolucji naszego poznania. Stanowi to sakralizację i uzurpację gatunku homo sapiens (oczywiście w osobach pneumatyków) jako elementu boskości w życiu doczesnym. Ten ryt trwa przez minione 2000 lat w kulturze europejskiej, będąc jej nieusuwalnym elementem - bez względu na epokę, preferowane systemy wartości i poznanie oraz panujące przesłania ideologiczne.
Tym samym zjadając mięso, bierzemy pośrednio udział w zabijaniu zwierząt (dlatego wśród gnostyków popularny był wegetarianizm). Idąc dalej - za poglądami współczesnych radykalnych ekologów, będących echem idei gnostyckich - czytając książki pośrednio przyczyniamy się do śmierci puszczy amazońskiej. Jeżdżąc samochodem – zatruwamy środowisko itd. Nie ma rzeczy, której konsekwencje nie byłyby dwoiste: dobro okupione jest złem. Postęp technologiczny okupiony jest zniszczeniem Ziemi i jej zasobów. Ludzie decydują się jednak płacić cenę popełniania zła za swój dobrobyt i rozwój. Zabijamy zwierzęta, robimy na nich eksperymenty, podbijamy narody lub walczymy w obronie swej niepodległości, niszczymy środowisko, jednym słowem czynimy mnóstwo zła (niekoniecznie własnoręcznie), ale czujemy się usprawiedliwieni, że prowadzi to do jakiegoś wyższego celu.
Gnostycy byli bardzo wyczuleni na zło doczesnego świata. Nie mogąc sobie wytłumaczyć jego pochodzenia, doszli do wniosku, że istnieją w kosmosie dwie przeciwstawne siły: to, co dobre i boskie oraz to co złe i ziemskie, ludzkie. Stworzycielem człowieka i świata nie był dobry Bóg, ale zły demiurg, zaś człowiek jest tworem nieudanym i przypadkowym. Kosmos jest miejscem zmagania się owych, antynomicznych sił. Gnostycy czuli się niewolnikami zła i desperacko szukali wyjścia ze swojej beznadziejnej sytuacji.
Źródłem tego typu refleksji i religijności – bo gnostycyzm antyczny tak należy traktować – są absolutnie wierzenia staro-perskie i babilońskie, zwłaszcza mazdaizm, zerwanizm i zaratusztranizm. Wpłynęły one również na ewolucję judaizmu w czasach niewoli babilońskiej.
Manicheizm – klasyka myśli gnostyckiej
Kolejnym ruchem religijnym o pochodzeniu bliskowschodnim, a odgrywającym kolosalną rolę w kulturze późnego antyku i rozwoju chrześcijaństwa, okazał się manicheizm. Tu już spotykamy się z klasyką myśli gnostyckiej i śmiało można powiedzieć, iż to przede wszystkim poglądy Maniego (Manesa, 216-276) ostatecznie ją zmodyfikowały. Prześladowania manichejczyków przeciągną się przez wieki aż do późnego średniowiecza, gdyż stanowili oni autentyczną konkurencję wobec dominacji Kościoła rzymskiego. Ową siłę czerpał z podatności na synkretyzm, dzięki czemu wchłonął wiele sekt, kultów i ruchów. To manicheizm przeniósł idee gnostyckie, już przeformatowane wedle swoich upodobań i interpretacji (zresztą zmiennych w czasie), w odległe od późnego antyku epoki, infekując swymi ideami kolejne umysły, kultury i zbiorowości.
W tym miejscu warto wspomnieć, iż przeniesie idei perskich i babilońskich,(zapładniających hellenizm), w Basen Morza Śródziemnego było decyzją imperatora perskiego Cyrusa II Wielkiego, który zezwolił Żydom przesiedlonym w trakcie kampanii Nabuchodonozora II do Babilonu na powrót do ojczyzny.
Gminy manichejskie rozprzestrzeniły się przede wszystkim na Bliskim Wschodzie, Egipcie i północnej Afryce oraz Iranie. Manicheizm dotarł też do Azji Mniejszej, Armenii, Dalmacji i Hiszpanii, a nawet do Chin. To była religia radykalnego dualizmu ducha i ciała, światła i ciemności, dobra i zła. Mani był apostołem światłości, ostatecznym Mesjaszem, zbawcą, lekarzem duszy, który wyzwala dusze do królestwa światłości. Gmina manichejska podzielona była na dwie grupy: elitę „wybranych”, „doskonałych” oraz większą grupę „słuchaczy”, czy też katechumenów (czyli jeszcze bardziej kategorycznie niż w pierwotnych gminach gnostyckich).
Popularność manicheizmu doprowadziła do tego, iż poczęto gnostycyzm utożsamiać wyłącznie z nim. Surowe wymogi etyczne spełniać mieli członkowie elity, którzy nie muszą brudzić sobie rąk sprawami cielesnymi. Są bowiem utrzymywani przez pracujących słuchaczy, którzy biorą na siebie „brudną robotę”, czyli tracą czas na pracę, kalają się seksem i ogólnie kontaktują ze światem. Wybrańcy natomiast starają się być od świata jak najdalej i dlatego podlegać mieli trzem pieczęciom – ust, dłoni i ciała. Znaczy musieli powstrzymywać się od spożywania wina i mięsa, kłamstwa, pracy oraz seksu. Doskonali mają poświęcać czas na studiowanie pism religijnych i ich kopiowanie. Wybrańcy spożywali tylko jeden posiłek dziennie, który dostarczali im słuchacze. Utrzymywanie wybrańców było uznawane za zasługę dla zbawienia duszy.
Manichejczycy przywiązywali dużą wagę do postów. Ograniczając swoje posiłki czuli, że dokonują mniej zła, bo zabijają mniej zwierząt i roślin. Doskonali (wzorowani na pneumatykach) pościli przez 1/3 roku. To efekt olbrzymiego poczucia grzeszności, co wyczytać można w zachowanych formularzach spowiedzi (znalezionych w archiwach w Iranie i Azji Centralnej).
Z jednej religii do drugiej
Chrześcijaństwo, zwalczając ostro system Maniego, dokonywało absorpcji idei manichejskich w ramach religijnego synkretyzmu, celem poszerzania swego zasięgu (kooptacja doktrynalna gmin manichejskich na obrzeżach i poza terenem Imperium Romanum). Tym tendencjom uległ – zresztą nie porzucając ich do końca życia, choć zwalczał manicheizm z pozycji chrześcijańskiej ortodoksji – bp Hippony, Augustyn Aureliusz, późniejszy święty i doktor Kościoła.
Jak zauważył James G. Frazer (Złota gałąź) wśród bogów wschodniego pochodzenia posiadający wpływy na zachodzie Cesarstwa Rzymskiego był kult Mitry. Pod względem rytuału, doktryny ów kult przypominał w wielu aspektach religię Wielkiej Matki (Kybele, Demeter, Asztarte etc.) lecz również chrześcijaństwo. Te wpływy, będące przejawem typowego synkretyzmu religijnego, oficjalnie w nauce Kościoła widoczne są od soboru w Efezie, gdzie uznano Marię Matką Boga, czyli Theotokos (431 r. n.e.).
Hybrydyzacji chrześcijaństwa sprzyjała – choć te tendencje były ostro zwalczane przez okrzepły już w strukturach imperialnego systemu władzy Kościół – popularność starożytnych misteriów, czyli form kultu religijnego dostępnych tylko dla osób wtajemniczonych, po rytuałach inicjacyjnych. Synkretyzm doby hellenistycznej i szczytowego rozwoju Cesarstwa Rzymskiego doprowadził do rozwoju licznych misteriów związanych z różnymi kultami. Wpływ wspomnianego wcześniej mitraizmu o silnym rysie dualistyczno-ezoterycznym był tu szczególny.
Z początkiem średniowiecza (tzw. wieków ciemnych), kiedy szerzyła się z jednej strony abnegacja wszystkiego, co materialne i cielesne, kojarzone z pogaństwem, a z drugiej towarzyszył temu katastrofalny upadek jakości życia (także nauki i edukacji), nastąpił wielowiekowy cywilizacyjny regres. Chrześcijaństwo wnosiło do ówczesnej kultury - tworząc ją i wszczepiając te wartości na wieki jako monopolista i rządca dusz – ów rys gnostycko-manichejskiej pogardy dla Inności oraz koncepcję wybrania i elitarności. To korespondowało niesłychanie blisko z wiarą w naród wybrany Izraela, którą rozciągnięto na całe chrześcijaństwo. Tym samym wykreowano siebie w oceanie pogaństwa i innowierstwa jako depozytariusza boskiej, jedynej i autentycznej prawdy. Ten rys apodyktycznej wiary w swe wybranie oraz misję nawracania Innych, (albo starcie ich z powierzchni Ziemi), na wieki został immanencją chrześcijańskiego Zachodu.
Uzurpatorzy elitarności
Ów konglomerat idei, doktryn i interpretacji różnych wierzeń, kultów, bądź obrzędów stał się płaszczyzną wyjścia dla wielu, do dziś dnia widocznych, trendów, mód i kierunków czy uzasadnień dla sprawowania władzy. Przeplata się to ciągle w historii Europy, różnie w różnych czasach, w formach przede wszystkim tego elitaryzmu, poczucia wyższości, posiadania tajemnej wiedzy niedostępnej dla prostego ludu, zdolności do poznawania prawdy i tym samym zbliżenia się do Absolutu. Czyli nabycie prawdy boskiej, gdyż to Pan nas oświecił i wybrał.
Stąd wzięły się późniejsze pomysły i idee kojarzone z tzw. predestynacją (najszerzej pojętą, różnie interpretowaną i używaną w różnych okolicznościach). Uzurpatorzy elitarności przypisujący sobie prawo i możliwości głoszenia wybrania poza uznanymi strukturami władzy byli piętnowani, prześladowani, niszczeni. Już w 475 synod w Arelate potępił prezbitera Lucydiusza za głoszenie takich poglądów.
W IX w. benedyktyński mnich, późniejszy opat z Fuldy Gottszalk nauczał, iż człowiek jest do grzechu a priori predestynowany i tym samym musi słuchać wybranych. Został potępiony przez synod w Quierzy (849 r.), a potem skazany przez sąd kościelny na chłostę i więzienie (J. Urban, Historia Kościoła). Jego pisma publicznie spalono. Takie poglądy o jawnie manichejskiej proweniencji stanowiły zagrożenie dla hierarchii kościelnej oraz elit, gdyż przypisywały predestynację do grzechu wszystkim ludziom, podważając tym samym elitarność i hierarchiczność wybrania możnych tamtego świata (a to było związane bezpośrednio z porządkiem i strukturą feudalną).
Gnostycyzm przemieszany z manicheizmem także w średniowieczu odciskał piętno na religii, filozofii, polityce. Nawiązywały do tego konglomeratu idei i wizji rozmaite sekty chrześcijańskie (bogomili, katarzy), muzułmańskie (ismailici) oraz żydowskie (kabała). W okresie nowożytnym przejawiało się to w renesansowym hermetyzmie (np. M. Ficino), protestanckiej teozofii (J. Böhme) oraz ideologii różokrzyżowców i purytanów. Rzeczywiste tego odrodzenie nastąpiło w XIX w., wpływając na strukturę i treści wielu nurtów ówczesnej kultury.
Wśród przedstawicieli zaszczepionych ideami gnostycyzmu wymienia się twórców idealizmu niemieckiego (J.G. Fichte, F.W.J. Schelling, F. Schleiermacher, G.W.F. Hegel), mistycyzmu rosyjskiego (S. Bułgakow, P. Floreński), twórców spirytyzmu (A. Kardec), teozofii (H. Bławatska, A. Besant), antropozofii (R. Steiner). Za taką formę można uznać także ruch New Age, w ramach którego rozwija się m.in. tzw. neognoza, reprezentowana przez naukowców z amerykańskich uniwersytetów w Princeton i Pasadenie w II połowie XX wieku.
Wpływy gnozy i idącej z nią symboliki rodem z Bliskiego Wschodu doskonale przedstawia historyk i politolog rosyjski Andriej Fursow. Chodzi o wartości wniesione do kultury europejskiej poprzez renesans włoski oraz wpływy gnostyckie, które ześrodkowały się w początku I tysiąclecia n.e. w Republice Weneckiej (726-1797). Teoretycznie była to republika, ale wraz z upływem czasu władza przesuwała się w kierunku wąskiej grupy najbogatszych reprezentantów patrycjatu miejskiego – arystokracji, stając się oligarchią wybranych z tytułu posiadanego kapitału. Symbolem tradycji lewantyjsko-perskich jest herb oraz godło Wenecji (do 1797 r.) – uskrzydlony lew. Zdaniem Fursowa, pokazują one analogie z symbolami antycznych kultur bliskowschodnich Babilonu, Asyrii, czy Persji.
Kościół rzymski sprawujący od Konstantyna Wielkiego praktycznie do Rewolucji Francuskiej kolosalną władzę nad umysłami Europejczyków i przez to modelując przez tyle pokoleń określoną świadomość społeczną, ulegając i adaptując mnóstwo elementów z popularnej doktryny gnostyckiej przeniósł pośrednio zasady gnozy w kolejne wieki historii Europy.
Leszek Kołakowski zauważył w związku z powyższym, iż „Kościoły chrześcijańskie tępiły pychę oświeconych choć ani uczoność, ani subtelność intelektualna nie czynią czyjejkolwiek wiary lepszą” (Jeśli Boga nie ma). Z kolei Naomi Klein (Doktryna szoku) daje mnóstwo przykładów jak neoliberalna, kreująca się na współczesnych wybranych pneumatyków, elita polityczna i mainstream, powodując przez kontrolowany z racji swej pozycji i działań chaos, wywołuje tym samym niespotykany dotychczas wzrost materialnych aktywów globalnego kapitału. Rozdźwięk między wybranymi a ludem tym samym się pogłębia.
Zagrożenie podstawowej egzystencji ludzi na świecie, wyzucie ich z godności, pozbawienie minimum bezpieczeństwa i niezależności, czyni demokrację przedstawicielską, zwaną dziś demokracją liberalną, fikcją sprowadzoną do aktu wrzucenia kartki wyborczej do urny. A gdzie miejsce na świadome uczestnictwo, debatę publiczną, obywatelskość, bez czego demokracja jest pustym pojęciem? To nie jest demokracja, to postępująca oligarchizacja wszystkich dziedzin życia.
Radosław S. Czarnecki

