Prognozowanie (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1439
Żyjemy, jako cywilizacja, w świecie gwałtownych i trudnych do ogarnięcia zmian. Możliwości przewidywania stanów przyszłych w każdej dowolnej skali uległy zasadniczej redukcji. Wywołuje to potrzebę refleksji nad utrwalonymi już w naukach społecznych, w tym i w ekonomii, przeświadczeniami i stereotypami, których dalsza użyteczność staje się co najmniej nieoczywista.
Kryzys cywilizacyjny jest zjawiskiem wielowarstwowym. Na jego powierzchni sytuuje się dotykająca wszystkich pandemia Covid-19, a ściślej – ekonomiczne i społeczne konsekwencje jej dotychczasowego przebiegu. Konsekwencje te są zbliżone w większości gospodarek, a różnią się między sobą głównie stopniem ich natężenia, pozostającym w ścisłym związku z nasileniem pandemii w poszczególnych krajach.
Przypuszczenie, że skutkiem pandemii, a ściślej – stosowanych przez rządy lock downów poszczególnych branż, a niekiedy całych gospodarek – będzie spadek koniunktury, jest tezą banalną. Rosnące bezrobocie, upadek znacznej liczby drobnych i średnich firm muszą skutkować w ten sposób. Nawet najzamożniejsi, których rezerwy finansowe nie doznały jeszcze zbyt wielkiego uszczerbku, racjonalizują swoje wydatki, powstrzymując się od nowych inwestycji produkcyjnych, zwiększając za to konsumpcję dóbr o charakterze zbliżonym do lokaty kapitału (nieruchomości o podwyższonym standardzie, złoto i biżuteria, dzieła sztuki).
Zmienia się niekiedy struktura popytu wewnątrz danej branży. W dalszym toku pandemii, a nawet – jeśli to nastąpi – jej wygaszenia w wyniku masowych szczepień, spadek popytu globalnego będzie trwał nadal. Trwałość tej tendencji zależeć może od zamożności danego społeczeństwa, stopnia jego rozwarstwienia dochodowego, jak też od opinii publicznej, oceniającej zachowania władz w czasie pandemii.
O ile zamożność (ogólny poziom rezerw finansowych ludności) w oczywisty sposób łagodzi objawy dekoniunktury, o tyle rozwarstwienie tę tendencję zaostrza. Raport pozarządowej organizacji OXFAM sugeruje, że pandemia spowoduje przesunięcie do sfery ubóstwa ok. pół miliarda ludzi (OXFAM 2020).
Przy większej liczebności warstw najuboższych trudno liczyć na odtworzenie popytu na dobra konsumpcyjne, w szczególności na dobra podstawowe. Będzie to oznaczać spadek zapotrzebowania na żywność, odzież i obuwie, artykuły wyposażenia mieszkań itp. Branże wytwarzające te dobra będą nadal w złej sytuacji, co może uruchomić błędne koło: „zwolnienia – wzrost bezrobocia – dalszy spadek popytu – dalszy spadek produkcji i wzrost upadłości – dalsze zwolnienia.
Problemem stanie się zahamowanie eksportu, od którego są one uzależnione (w przypadku Polski branża meblarska, mleczarnie). Pojawi się też negatywny efekt skali – istniejący aparat produkcyjny będzie niewykorzystywany, a przy tym trudny do upłynnienia.
Natomiast wpływ negatywnych ocen sprawności rządzących odbije się przede wszystkim na popycie na dobra inwestycyjne. Znaczna część mniejszych firm wprzęgniętych w łańcuchy kooperacyjne upadła, albo jest od tego nieodległa. Jeśli poziom zaufania do rządowych deklaracji dotyczących dużych inwestycji będzie dostateczny, to jest szansa, że niektóre z nich będą próbowały wrócić na rynek. Jednak w toku pandemii niemal każdy rząd utrudniał funkcjonowanie przedsiębiorcom (arbitralne zamykanie branż w oparciu o zmanipulowane dane, brak programów wsparcia lub kiepska ich organizacja). Skutkuje to utratą zaufania
do rządowych deklaracji, a przede wszystkim niewiarą w szanse stabilizacji warunków gospodarowania. Skłonność do inwestycji będzie zatem maleć, co w niektórych krajach może być kompensowane działalnością sektora państwowego.
Przyjęcie takiego rozwiązania w szerszej, globalnej skali wymagałoby jednak zmian koncepcji polityki gospodarczej, dostępu do środków (czyli zaufania ze strony rynków finansowych), a wreszcie sprawności aparatu państwa, co do której w wielu krajach można mieć zasadnicze wątpliwości. Tam, gdzie sektor państwowy podejmie rolę „lokomotywy” napędzającej popyt na dobra inwestycyjne, nie jest oczywiste, że współpraca firm publicznych z mniejszymi, prywatnymi dostawcami będzie się odbywała na warunkach wolnorynkowych. Jakość systemupolitycznego może determinować szanse pobudzenia koniunktury w sektorze dóbr inwestycyjnych.
Ważnym aspektem większości dobrze funkcjonujących gospodarek jest outsourcing. Pandemia wywiera tu rujnujący wpływ. Kraje przerzucające swoją dotychczasową działalność na partnerów off shore będą się wycofywać ze współpracy w obawie o pewność i terminowość dostaw. W krajach świadczących usługi w tym systemie wywoła to dalszy wzrost bezrobocia i upadłości firm pozbawionych dotychczasowych rynków zbytu.
Różne branże, różne ryzyka
Generalnie należy się spodziewać daleko posuniętego zróżnicowania spadku koniunktury pomiędzy poszczególnymi branżami. Na powierzchni utrzymają się raczej podmioty zaopatrujące rynek dóbr konsumpcyjnych, jeśli tylko nie są zbytnio uzależnione od eksportu swoich produktów.
Dywersyfikacja w tym zakresie dotyczyć będzie także przekroju międzynarodowego. W krajach o najwyższym stopniu rozwoju zarówno spadek koniunktury, jak i dywersyfikacja branżowa będą raczej słabsze. W średnio i mniej rozwiniętych będą tym ostrzejsze, im większa będzie sfera ubóstwa spowodowana pandemią.
Przyjmuję tu ogólne założenie, iż wszystkie rządy państw będą podejmować próby walki z pandemią i ograniczania jej konsekwencji. W odniesieniu do niektórych państw w Afryce i Ameryce Łacińskiej założenie to nie jest pewne. Model „prób wychodzenia z katastrofy pandemicznej” nie musi przystawać w pełni do realiów Brazylii, Nigerii czy Meksyku, żeby ograniczyć się do krajów, których sytuacja może mieć wpływ na gospodarkę globalną.
Pozornie bardziej korzystna wydaje się sytuacja branż bezpośrednio zaangażowanych w walkę z pandemią. Branża farmaceutyczna i produkcja sprzętu medycznego przeżywa i nadal będzie przeżywać rozkwit. W krajach zamożniejszych udział wydatków na leki i usługi medyczne będzie się dalej zwiększać. Ale tendencji tej nie należy generalizować. Popyt podsycony jednorazowym szokiem pandemicznym nie jest stabilny i trudno cokolwiek w tej mierze przewidywać. Nie wiadomo, czy poprzez szczepienia uda się stłumić pandemię, czy szczepienia obejmą dostatecznie wielką część globalnej populacji, czy też nie powróci (np. wskutek następnej mutacji wirusa) kolejna fala pandemiczna. A przecież wszelkie decyzje inwestycyjne w tej branży muszą opierać się na przewidywaniach w tych kwestiach. Niepewność co do losów branży zawsze jest niekorzystna i sprzyjać będzie eliminacji firm o mniejszym potencjale finansowym, którym trudniej się będzie dostosować do ewentualnych wahań koniunktury.
Konieczność wyprodukowania wielomiliardowej masy szczepionek przywróci ponownie problem, który wystąpił już podczas epidemii AIDS. Chodzi tu o prawo do produkowania leków i szczepionek poza obowiązującymi generalnie zasadami ochrony patentowej. Indie już obecnie zastrzegają się, że interes ich obywateli, których nie stać na zakup szczepionek po planowanych cenach, będzie traktowany
priorytetowo.
Analogiczna sytuacja może dotyczyć leków na Covid-19 (jeśli takie się pojawią) i specjalistycznego sprzętu medycznego. Dotyczyć może też większości uboższych krajów. Nieliczne mogą próbować działalności na własną rękę (w przypadku AIDS postępowała tak RPA), a pozostałe skazane będą zapewne na rozwiązania czarnorynkowe.
Zauważmy, że brak zaopatrzenia w przypadku szczepionek nie jest tylko wewnętrzną sprawą poszczególnych państw. Przy znacznej skali nieopanowanej dotąd migracji, szczepienia – jeśli mają odnieść skutek – muszą objąć większą część globalnej społeczności. Sytuację komplikować będą dodatkowo różnice kulturowe (poziom dyscypliny społecznej, wiedzy ogólnej danego społeczeństwa, przekonania o potrzebie szczepień). W przypadku branż związanych z ochroną zdrowia perspektywa globalna może okazać się zawodna.
W przeciwieństwie do rynku leków rynek dóbr służących ochronie zdrowia z natury ma charakter lokalny. W wielu krajach – mimo obiektywnie korzystnej koniunktury dla tego sektora – barierą może stać się ograniczoność zasobów pracy. Globalizacja rynku pracy spowodowała odpływ wykwalifikowanej siły roboczej (lekarzy, pielęgniarek, ratowników medycznych) do krajów zapewniających lepsze warunki płacy, pracy i rozwoju zawodowego. Brak ludzi potrafiących posługiwać się dostępnym fizycznie sprzętem nie tylko utrudnia walkę z pandemią, ale również powoduje spadek popytu na ten sprzęt. Rozwój sektora usług zdrowotnych okaże się zapewne silnie zdywersyfikowany przestrzennie. Zatem, z wyjątkiem rynku leków, perspektywa globalna nie będzie użyteczna w analizie tego obszaru.
Klif Seneki
Kolejną, głębszą warstwą kryzysu cywilizacyjnego jest kryzys klimatyczny. W jego ramach daje się wyodrębnić dwa typy zagrożeń, różniące się horyzontem czasowym. Przydatny dla tego rozróżnienia będzie użyty przez Edwina Bendyka termin „klif Seneki”. Jest to „moment, w którym siły entropii społecznej i fizycznej zaczynają przeważać nad ludzką zdolnością do materialnego i kulturowego odtwarzania podstaw cywilizacji” (E. Bendyk, W Polsce, czyli wszędzie. Rzecz o upadku i przyszłości świata).
Propagujący to pojęcie autorzy (Bendyk zapożyczył to pojęcie z prac Ugo Bardiego) nie podnosili, że klif ten pojawia się w różnych momentach w różnych obszarach kulturowych, a także w różnych krajach i regionach. Nie jest to mityczny „punkt X”, po przekroczeniu którego zaczyna się katastrofa. W przypadku kryzysu klimatycznego długofalowe zmiany (topnienie lądolodu Grenlandii i Antarktydy, rozmarzanie tundry syberyjskiej i kanadyjskiej, podnoszenie się poziomu wód w oceanach) pozwalają sytuować klif Seneki w nieco odleglejszej, choć nie określonej ostro przyszłości.
Mamy tu do czynienia z zapowiedzią globalnej katastrofy, lecz nie z nią samą. Umożliwia to podejmowanie środków zaradczych (walka ze śladem węglowym, europejska koncepcja Zielonego Ładu itp.). Niezależnie od tego kryzys klimatyczny manifestuje się już w chwili obecnej w postaci klęsk suszy – załamania produkcji rolnej i fizycznego niedostatku wody. W połączeniu z pandemią można tu już mówić o katastrofie. Najbardziej trywialny problem higieny osobistej (mycie rąk) w warunkach, gdy zaopatrzenie w wodę wymaga całodniowych, nierzadko nieskutecznych wysiłków, wyklucza w zasadzie szanse opanowania pandemii. Susza wzmaga też presję migracyjną, której wyhamowywanie nie będzie się udawało w nieskończoność.
Pozostałe płaszczyzny kryzysu wykazują silne wzajemne powiązanie. Kryzys klimatyczny jest zarazem składową kryzysu ekologicznego. Eksploatacja paliw kopalnych sprzyja wzrostowi temperatury i ekstremalnym zjawiskom pogodowym, a pośrednio przyczynia się też do „wielkiego wymierania” większości gatunków fauny i znacznej części flory. W perspektywie może być to przyczyną kolejnych kryzysów zdrowotnych.
Czy taki ustrój ma sens
Wspólny ekologiczny mianownik zagrożeń biosfery – CO2 oraz odpady plastikowe – jest konsekwencją relacji „człowiek – przyroda”, opartej na instytucji zawłaszczania. Ta sama instytucja leży u podstaw kapitalistycznego systemu ekonomicznego, potęgującego rozwarstwienie społeczne i napięcia polityczne. (M. Miszewski, Aksjologiczne podstawy kapitalizmu i pojęcie ładu instytucjonalnego, w: Zrozumieć kapitalizm, Forum Myśli Instytucjonalnej).
Pochodną tych zjawisk jest globalna tendencja do porzucania rozwiązań demokratycznych na rzecz populizmu i/lub autokratyzmu. Niezależnie od kulturowego podłoża tej tendencji, stanowi ona przejaw bezradności dominującego dotychczas modelu demokracji parlamentarnej wobec wyzwań stawianych przez opisywane tu kryzysy.
Odsłania to kolejną płaszczyznę kryzysu – kryzys zaufania do wszelkich rządów i do systemu społeczno-politycznego jako takiego. Pandemia ujawniła niesprawność systemu, widoczną nawet w najwyżej rozwiniętych państwach, a w krajach o mniejszym potencjale ekonomicznym i fasadowej demokracji przybierającą dramatyczne formy. Wszystko to skłania do głębszej refleksji nad paradygmatem kapitalistycznej gospodarki rynkowej, którego niepodważalność stała się wątpliwa. Dyskusyjne stają się aksjomatycznie przyjmowane stereotypy dotyczące wzrostu gospodarczego czy nawet wzrostu produkcji jako celu gospodarowania.
Problemy pojawiające się w związku z zagrożeniami ekologicznymi wymuszają inne niż dotychczas spojrzenie na kwestię konsumpcji energii. Punktem ciężkości obecnych debat był dotąd problem wyboru źródeł energii. Ważniejsza wydaje się jednak kwestia rozmiarów jej zużycia. Zasadnicze jej ograniczenie ułatwiłoby rozwiązanie problemów ekologicznych. Pewien krok w tę stronę wymusiła już pandemia, ograniczając skalę przemieszczania się ludzi i dóbr. Ten stan rzeczy należałoby utrzymać również po wygaśnięciu pandemii.
Rozwiązania w tym zakresie powinny być jednak dostosowywane do specyfiki poszczególnych krajów i gospodarek. Spadek PKB, będący nieuchronnym skutkiem takich ograniczeń, jest generalnie – z ekologicznego punktu widzenia – czymś pożądanym, ale musi mieć miejsce tylko w krajach, gdzie jego poziom jest wyższy od globalnej przeciętnej.
Dla krajów o niższym PKB trzeba poszukać rozwiązań, które pozwoliłyby na wzrost konsumpcji energii na tyle, aby nie zahamować niezbędnej tam poprawy jakości życia. Zmiana stylu życia, wywołana postulowanymi zmianami będzie, jak sądzę, łatwiejsza do przeprowadzenia po doświadczeniu pandemii.
Wzrost dyscypliny społecznej, który już można obserwować w części krajów, daje w tym względzie pewne nadzieje. Szukanie rozwiązań w nowych technologiach jest drogą ryzykowną, gdyż pozwala na podtrzymanie energetycznej „żarłoczności” ludzi, a z ekologicznego punktu widzenia jedynie ogniwa wodorowe i fotowoltaika wydają się względnie mało obciążać zasoby surowcowe planety.
Bunt młodych
Kolejne zjawisko, istotne dla całokształtu kryzysu – bunt młodego pokolenia – nie jest jeszcze globalnym zagrożeniem równowagi. Niemniej, starając się nie generalizować polskiego przypadku Strajku Kobiet, warto zwrócić uwagę na uniwersalne aspekty tego zjawiska. Po pierwsze, bunt ten jest w istocie przejawem kryzysu instytucjonalnego. Instytucje formalne tworzone, bądź utrwalane, przez pokolenie boomersów stały się nieprzystawalne do realiów ogarniętego kryzysem świata.
Grzegorz W. Kołodko tak widzi skutki tego stanu: „Po pandemii na ulice będzie wychodzić coraz więcej niezadowolonych. Nie będzie rewolucji, ale narastać będzie chaos”. (G.W. Kołodko, Od ekonomicznej teorii do politycznej praktyki).
Jednocześnie technologie skutkujące zmianami w sferze obyczajów, kultury, postrzegania otoczenia, wreszcie – zmianami struktury konsumpcji, spowodowały wykształcanie się i względnie szybkie utrwalenie nowego układu instytucji nieformalnych, przechodzącego teraz fazę dążenia do formalizacji. Może oznaczać to tendencję do odrzucania w całości istniejących systemów politycznych wraz z demokracją parlamentarną. Istotą rzeczy jest niezgoda na próby regulacji nowych zjawisk społecznych przez stare normy, wywodzące się z archaicznego – w odczuciu nowej generacji – systemu wartości.
Drugi, nie mniej ważny aspekt tego zjawiska ma charakter demograficzny.
Szybki przyrost warstwy najbardziej wiekowo zaawansowanych przy jednoczesnej małym przyroście liczebności grupy w wieku produkcyjnym podważa główne założenia repartycyjnych systemów emerytalnych. W krajach słabiej rozwiniętych, gdzie w ogóle nie ma systemu emerytalnego, podobna struktura wiekowa powoduje masową migrację młodego pokolenia, co potęguje kryzys uchodźczy. Jest też źródłem napięć politycznych tam, gdzie kraje wyżej rozwinięte bronią się przed migracją (z racjonalnych, ale także z irracjonalnych powodów). Przykładem mogą być relacje pomiędzy Afryką Północną i krajami Sahelu a Europą Zachodnią i Południową, a także miedzy USA a Ameryką Łacińską.
Wreszcie, choć to chyba najbardziej istotne, kryzys ekologiczny i klimatyczny zagraża perspektywom życiowym młodych ludzi. Siłą rzeczy te same zagrożenia są przez nich inaczej odbierane. Bunt młodej generacji może być zalążkiem kolejnego kryzysu globalnego, a już obecnie stymuluje zachodzące na innych płaszczyznach zjawiska kryzysowe.
Wespół zespół czy osobno?
Zaprezentowany opis wielowymiarowego kryzysu cywilizacji daje przykłady użytecznego zastosowania perspektywy globalnej jako podejścia pozwalającego ogarnąć nowe, pojawiające się w związku z nim zjawiska. W niektórych przypadkach czynniki dywersyfikujące przebieg kryzysu nakazują odstąpienie od takiej perspektywy. Czy jednak w takich przypadkach właściwa staje się tradycyjna perspektywa gospodarek narodowych?
Gospodarki większości krajów są wszak powiązane, choć nie wszystkie te więzi muszą mieć skalę globalną.
Globalna jest z pewnością sfera rynków finansowych, wywierająca wpływ na politykę gospodarczą poszczególnych rządów.
Globalny charakter ma sieć Internetu ze wszystkimi swoimi gospodarczymi pochodnymi (rynki reklamy, usług informatycznych, czy rozrywki).
Globalny charakter ma oddziaływanie wielkich potęg świata sieci (Google, Amazon, Facebook, Apple, Baidu, Alibaba, Tencent, Xiaomi) na kształtowanie struktury popytu konsumpcyjnego i podporządkowywanie konsumentów strategiom wielkich graczy (S. Galloway, The Four: The Hidden DNA of Amazon, Apple, Facebook and Google).
W przypadku powiązań handlowych oraz produkcyjnych (kooperacja, międzynarodowe łańcuchy dostaw) mamy do czynienia z wymiarem subglobalnym – współpracą międzynarodową obejmującą dwa lub więcej państw, ewentualnie z wymiarem lokalnym. Tradycyjne podejście mogłoby zatem zachować swoją aktualność, gdyby nie to, że wykreowana przez siły globalne struktura konsumpcji determinuje swobodę zachowań podmiotów funkcjonujących wewnątrz danych gospodarek narodowych.
Kolejny argument na rzecz priorytetu podejścia globalnego wiąże się ze sferą regulacji. Wiadomo, że regulacja nie może być skuteczna, jeśli skala formalnych kompetencji regulatora jest węższa niż skala działalności, która ma być regulowana. Problem dotyczy podmiotów ponadnarodowych, dysponujących nierzadko większym niż pojedyncze państwa potencjałem ekonomicznym. (M. Bałtowski, M. Miszewski, Przeobrażenia cywilizacyjne a zmiany modelu polityki gospodarczej, „Ekonomista”). Przykładem jest tu polityka antymonopolowa, skazana na nieskuteczne, cząstkowe akcje niezdolne do odwrócenia trendu globalnej oligopolizacji. Asymetria regulatora i teoretycznie regulowanych podmiotów w większym jeszcze stopniu obciąża politykę fiskalną.
Unikanie podatków poprzez zabiegi „optymalizacyjne”, czy też poprzez korzystanie z rajów podatkowych w przypadku korporacji transnarodowych jest zjawiskiem nagminnym, a skutki podejmowanych w tym zakresie działań regulacyjnych pozostają niewspółmiernie wątłe w porównaniu ze stratami ponoszonymi z tego tytułu przez państwa.
W perspektywie gospodarek narodowych umykają też częściowo uwadze procesy nadmiernej eksploatacji środowiska naturalnego (w tym – pozyskiwania zasobów mineralnych), jak też wyzysku wobec siły roboczej pochodzącej z krajów słabiej rozwiniętych stosowanego przez wielkie firmy, tak w macierzystych krajach wyzyskiwanych (przypadek przemysłów wydobywczego czy tekstylnego), jak i w krajach przyjmujących migrantów ekonomicznych.
Nieskuteczność regulacji ze strony państwa, choć powszechna, pozostaje zróżnicowana w odniesieniu do pojedynczych krajów lub ich grup. Jest ona tym bardziej zawodna, im gorsza jest pozycja polityczna danego państwa, im słabszy jest jego potencjał gospodarczy, a także – im bardziej ułomny jest system politycznej demokracji w danym kraju, jeśli w ogóle tam istnieje. Niedostatki demokracji sprzyjają podporządkowywaniu polityki danego państwa interesom zewnętrznym. Brak demokracji oznacza bowiem brak kontroli ze strony społeczeństwa i możliwość lekceważenia jego interesów.
Priorytet podejścia globalnego wiąże się też z potrzebą myśli strategicznej ukierunkowującej politykę gospodarczą. Orientacja wyłącznie na własną gospodarkę, zwłaszcza w przypadku słabego państwa, znajdującego się pod presją rynków finansowych, wielkich transnarodowych inwestorów itp., sprzyja działaniom doraźnym, polityce reaktywnej, w której rozwój i planowanie możliwe są tylko w przypadku „opportunity window” – momentów, w których bieżące działania gospodarcze nie podlegają istotnym zakłóceniom zewnętrznym. Przyjęcie podejścia globalnego sprawia, że myśl strategiczna jest nie tylko możliwa, ale wręcz konieczna.
Budowa scenariuszy uwzględniających możliwe zmiany w globalnym otoczeniu gospodarek stanowi podstawę dla każdej polityki rozwoju, która nie ogranicza się tylko do dbałości o wzrost PKB. Nieco generalizując, można rzec, że myślenie o rozwoju społeczno-gospodarczym w gruncie rzeczy przesądza przyjęcie perspektywy globalnej.
Maciej Miszewski
Jest to pierwsza część (skrócona) eseju prof. Macieja Miszewskiego z grudnia 2020 pt. „Perspektywa globalna i jej implikacje w kontekście wielowymiarowego kryzysu społeczno-gospodarczego” opublikowanego w miesięczniku Ekonomista nr 5 z 2021 roku, www.ekonomista.info.pl
Drugą część – „Projekty naprawy świata” - zamieścimy w numerze następnym, SN2/22.
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od redakcji SN
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6132
Z prof. Jerzym Kleerem z Komitetu Prognoz PAN Polska 2000 plus rozmawia Anna Leszkowska
- Wydaje się, że od dawna znamy wszystkie zagrożenia lokalne, które w dużej mierze sami powodujemy. Wiele z nich umiemy przewidzieć i zapobiegać im. Jednak coraz częściej pojawiają się zagrożenia regionalne, a i globalne, wobec których chyba jesteśmy bezradni. I nie dotyczą one tylko przyrody. Pan, organizując cykl konferencji Komitetu Prognoz PAN Polska 2000 plus na temat zagrożeń, nieco inaczej je opisuje niż robiono to dotąd.
- W całej historii ludzkości w gruncie rzeczy człowiek nigdy nie był w stanie zabezpieczyć się przed zagrożeniami, ale specyfika współczesności powoduje kilka zasadniczych zmian w tym względzie. Pierwsza, która wydaje się podstawową, polega na tym, że kumulacja tych zagrożeń jest większa niż w przeszłości. Największy spokój, przynajmniej w Europie, cechował przełom XIX i XX wieku - między 1860 r. a pierwszą dekadą wieku XX. Później mamy tzw. krótki wiek XX, gdzie zagrożeń o charakterze prawie globalnym było sporo – I wojna, II wojna, eksterminacje społeczności czy narodów, zmiany ustrojowe.
Ale żeby nie zagłębiać się w historię, warto skupić się na charakterystycznych zagrożeniach, które zostały zapoczątkowane w latach 70. XX w. i nie tylko nam towarzyszą, ale i nasilają. Nazywane są zagrożeniami globalnymi. Ich cechy specyficzne można sprowadzić do następujących: są powszechne i charakteryzują się wzrastającą intensywnością. To z kolei prowadzi do ich kumulacji. I wreszcie cechują się wizualnością, przez co stają się coraz bardziej powszechne. Wynika to z dwóch procesów: upowszechnienia się gospodarki rynkowej w skali światowej jako efektu dekolonizacji oraz upadku socjalizmu.
Mamy zatem coś, czego nie było nigdy w przeszłości, tzn. jednolitą podstawę gospodarowania w skali świata, co nie znaczy, że gospodarka rynkowa w każdym zakątku świata wygląda tak samo.
Kolejnym czynnikiem sprawczym powszechności jest rewolucja informacyjna – dzisiaj Internet, czy telefon komórkowy są dostępne na całym świecie. To nie znaczy, że każdy ma te urządzenia i się nimi posługuje, ale informacja stała się czynnikiem przyspieszającym te wszystkie procesy i je upowszechniającym.
- Czyli 6 mld ludzi próbuje teraz nadrobić dystans trzech wieków rozwoju cywilizacji euroatlantyckiej, aby dogonić 1 mld ludzi bogatych. Czy to stwarza nowe zagrożenia dla planety, człowieka?
- To stwarza zagrożenia, które prawdopodobnie będą się przejawiać walką o surowce, żywność, wodę pitną, co widać już dzisiaj. Ale mamy jeszcze inny element: wydawało się, że przejście do jednolitych podstaw gospodarowania i dekolonizacja doprowadzi do powstania państw suwerennych, które będą mieć wspólne cele. Nic z tego nie wyszło. W Afryce, ale także w Azji, czy na pograniczach żydowsko-chrześcijańskich, islamsko-chrześcijańskich toczą się nieustanne wojny, m. in. także o dostęp do surowców.
Zatem do powszechności zagrożeń dochodzi ich intensywność, co wynika z bardzo szybkiego postępu technicznego.
Trzecią cechą współczesnych zagrożeń jest ich kumulatywność. My każde zagrożenie rozpatrujemy z osobna, ale powszechność i intensywność powoduje, że one się kumulują. Otóż nie nauczyliśmy się widzieć systemu zagrożeń łącznie.
Ale jest też czwarta cecha, może najważniejsza - wizualność zagrożeń. Nie jest to nowy rodzaj zagrożeń, ale forma ich przedstawienia. Co innego przeczytać notkę o umieraniu z głodu, a co innego – zobaczyć umierającego z głodu człowieka. Wizualność stwarza wspólny mianownik dla wszystkich tych trzech zagrożeń - strach.
- Że i u nas może być tak samo...
- Że to może się rozprzestrzeniać. A my nie potrafimy zrozumieć strachu. Wizualność sprawia, że patrzymy z innej strony na klęski, które nam towarzyszą i nas dotykają. Ta specyfika połączonych ze sobą zagrożeń stwarza zupełnie nową sytuację - pojawianie się lokalnych zagrożeń pierwotnych pociąga za sobą w reszcie świata wtórne, które mogą wyzwalać różne drzemiące siły. Mamy tutaj dodatnie sprzęgnięcie zwrotne.
- Na jednym z posiedzeń Komitetu Prognoz PAN prof. Kołodko pytany o konieczność powstania rządu światowego, odpowiedział, że przesłanką do jego powstania są globalne zagrożenia, które dzisiaj próbuje się rozwiązywać lokalnie, zatem – bezskutecznie.
- Lokalność bierze się z wartości państwa narodowego. Historycznie państwo narodowe jest skutkiem wojny 30-letniej. W 1648 r. podpisano w Műnster zasadę Cuius regio, eius religio, co dało początek tworzenia państw narodowych. Ukształtował te państwa wiek XIX, mimo że granice państw nie były trwałe. Ale państwo narodowe to język, tradycja, historia, religia.
Zatem są to wartości wystarczające, aby bronić swoich granic terytorialnych. Ale w przypadku ponadpaństwowych zagrożeń, nie jesteśmy przygotowani nawet do tego, żeby te problemy rozwiązywać regionalnie. Jest to bowiem niesłychanie trudne z co najmniej trzech powodów: braku konsensusu, umiejętności porozumienia się co do ważności poszczególnych zagrożeń i ogromnych kosztów.
Mamy tu przykład choćby z emisjami CO2 - protokół z Kioto nie został podpisany przez najważniejsze państwo - USA, mimo że się zgodziło na jego zapisy. Oznacza to, że interes bieżący, krótkookresowy, dominuje nad długookresowym.
Wszyscy mówią, że głód jest jednym z największych zagrożeń, ale go nie eliminują, choćby poprzez liberalizację rynków. Otóż egoizm człowieka, zwłaszcza bogatego, chroniącego swoje dobra jest tak duży, że jego wyeliminowanie jest, obawiam się, niemożliwe.
W gruncie rzeczy tak zawsze było, ale wydawałoby się, że teraz, kiedy świat jest zglobalizowany, kiedy pewne rzeczy są bardziej przejrzyste, zrozumiałe, kiedy pewne reguły stają się powszechnymi, że będzie inaczej. To walka o pozycję w świecie i władzę w kraju.
- Czy zamiast współpracy ludzie mogą wybrać wojnę, jako sposób radzenia sobie z zagrożeniami?
- Nie wykluczam wojen lokalnych, np. o surowce, ale też i takich lokalnych, które mogą się przekształcić w regionalne, bądź globalne. Takie zagrożenie ciągle istnieje, bo ludzie nie uczą się na własnych błędach. To jest sprawa systemów kulturowych, które ludzi ograniczają. Kiedy Samuel Huntington napisał Zderzenie cywilizacji, uznawano go za szalonego. Dzisiaj patrzy się na to inaczej, bo wiadomo że porozumienie między religią chrześcijańską a islamem jest niesłychanie trudne i w najbliższych pokoleniach niemożliwe z dwóch powodów. Agresywność islamu jest napędzana z jednej strony biedą, a z drugiej – dosyć specyficzną wiarą. Religia może być czynnikiem spajającym, ale na poziomie bardzo podstawowym. Kraje rozwinięte, zwłaszcza europejskie, dopuściły imigrację z dawnych kolonii, w których często dominował islam. Pozycja imigrantów w tych państwach wcale nie jest tak dobra, jak oni sobie wyobrażali, nie są ponadto równoprawni w stosunku do obywateli tych państw, czyli ludności etnicznej. To także napędza konflikty.
- Akurat te zagrożenia rządy mają na własne życzenie.
- Często tak jest, że rozwiązania początkowo korzystne dla społeczeństwa czy kraju przekształcają się w swoje przeciwieństwa. Weźmy np. powszechną edukację w Polsce – ona się rozwinęła, ale kto przewidział, że jej poziom będzie tak niski? Społeczeństwa nie potrafią dokonać racjonalnych wyborów akceptowanych przez wszystkich. Bo na czym polega zagrożenie? Na naruszeniu akceptowalnej względnej równowagi. Możemy przyjąć, że społeczeństwo polskie żyje dzisiaj lepiej niż w poprzednim systemie. Ale kiedy popatrzymy na zróżnicowanie dochodowe, to wówczas prawie wszyscy uważają, że jest im źle. Widać jak pewne typy zagrożeń społecznych czy politycznych mają podglebie kulturowe.
- Ale zagrożenie może spowodować powstanie nowej równowagi...
- Rzecz polega na tym, że jednym z czynników utrudniających dochodzenie do nowej równowagi jest m. in. przyspieszony wzrost, który rodzi silne podziały społeczne. Nigdy w historii ten wzrost gospodarczy nie był tak wysoki jak obecnie, i nigdy 0,1% ludzkości nie posiadała aż 37% bogactwa świata. Podstawowy problem polega na tym, że ta sytuacja nie jest akceptowalna i narastają bardzo silne ruchy radykalne. Doszła do tego też dodatkowa przyczyna w postaci zerwania związku między gospodarką realną a wirtualną, gdzie rynki finansowe zaczęły się rządzić innymi prawami. W 1980 r. proporcja między produktem realnym a wirtualnym (tzn. akcjami, pieniędzmi, itd.) wynosiła w 1980 - 1: 1,2, w 1990 –1: 1,5, a w 2007 – już 1:4. Otóż wzrastało bogactwo nie mające realnego podłoża. To musi w pewnym momencie pękać i wówczas pojawiają się kryzysy społeczne, polityczne.
- I zmiany ustrojowe?
- Powiedziałbym inaczej - jesteśmy u progu zmiany cywilizacyjnej – przejście od cywilizacji przemysłowej do cywilizacji wiedzy. Otóż każde przejście cywilizacyjne jest związane z bardzo silnymi niepokojami, zaburzeniami społecznymi, podobnie jak to było przy przejściu z cywilizacji agrarnej do przemysłowej, kiedy robotnicy niszczyli maszyny. Co teraz będzie niszczone – nie wiadomo, ale że takie zagrożenie istnieje, nie ulega wątpliwości.
- Od ponad 20 lat o zagrożeniu pokoju na świecie prawie nikt nie mówi...
- To wynika stąd, że wcześniej pokój gwarantowało istnienie dwubiegunowości. Cała retoryka wojenna potrzebna była obu stronom do zbrojeń. Dzisiaj mamy wielobiegunowość, ale na zbrojenia wydaje się tyle samo - jeśli nie więcej. A kiedyś tę broń trzeba będzie sprzedać...
Dzisiaj nie umiemy odpowiedzieć na pytanie: czy obecny kryzys się skończył, czy będzie jego replika? Nie wyeliminowaliśmy bowiem jego głównego źródła, a nawet go wzmocniliśmy dokapitalizowaniem banków. Trzeba pamiętać, że z kryzysu 1929-33 roku Europa wyszła przez wojnę.
My zapominamy o pewnych zjawiskach i procesach. Niektóre zagrożenia będą wynikały niejako z natury człowieka. Człowiek znacznie szybciej tworzy nowe rozwiązania: techniczne, technologiczne, ekonomiczne, ale znacznie wolniej dostosowuje się do tych zmian, jakie wprowadził, czy spowodował.
- Stąd dzisiaj największym problemem jest zagrażający człowiekowi i planecie rozwój polegający na rabunkowym wykorzystywaniu zasobów naturalnych. Niestety, nie wiemy jak to zmienić...
- Wchodzimy w cywilizację wiedzy, ale nie bierzemy pod uwagę zagrożenia wynikającego z faktu podwajania co 7 lat ilości wiedzy. Wiedza jednak nie ulega zużyciu, zostaje tylko uzupełniana. Często wraca się do pewnych pierwotnych teorii i się je dyskutuje. Jednak nie mamy świadomości podstawowej rzeczy: jakie ryzyka wprowadzi nowa cywilizacja. Żeby umieć im przeciwdziałać, konieczne jest zbliżenie między państwami, czy społecznościami. Zbliżenie bowiem zmusza do rozmowy, ta - do wypracowania kompromisu, a kompromis – do złagodzenia ewentualnego konfliktu. Ale to jest bardzo długi marsz.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Kazimierz Krzysztofek
- Odsłon: 5542
Z licznych raportów, które informują o nowinkach hiperkapitalizmu (te, które dopiero się rodzą w głowach, nie są ujawniane) wyłaniają się cztery megatrendy:
„Myślące przedmioty” (Things that think)
Ekspansja sztucznego środowiska człowieka, które wymaga innego typu adaptacji niż środowisko naturalne. Bogate, nasycone w ICT, media pełną trzy funkcje: są nomadyczne, wędrują razem z użytkownikiem wymuszając jego mobilność, wszędobylskie (Internet wszędzie, dostępny zawsze, użytkownik always on, możliwość podłączenia w każdym miejscu i czasie, niewidoczny), a zarazem umiejscowione (embedded) w obiektach (ambient intelligence), RFID, NFC (Near Field Communication). Będą nas one lokalizować, dostarczając informacji handlowej, kulturalnej i wszelkiej innej. Będą zarazem coraz bardziej „synestetyczne”, współczulne (sentient technologies), uczące się użytkownika, myślące o jego potrzebach i wybierające za niego najlepsze opcje. Wszystko ma być smart: domy, samochody, zmywarki, spłuczki klozetowe, itp.: każde z tych urządzeń ma być samo w sobie „bogate w media”.
Budynki, jakie dziś się wznosi, tworzą soft architecture, wyposażoną w zaawansowaną domotykę, która monitoruje sama siebie i przestrzeń wokół niej z jej użytkownikami włącznie. Komputery w nią wmontowane są ukryte przed naszymi oczami jak silniki i kable, są cichymi agentami obecnymi wszędzie i nigdzie (stąd nazwy: disappearing computers, calm technology, ubicomputing). Można to nazwać przestrzenią monitorowanego komfortu życia. Mark Weiser na początku lat 90. w książce Computing for the 21th century przewidywał, że będzie to nowy paradygmat technologii, napędzający najmocniej przemysł komputerowy.
Hipertekst i interfejs to dwie mantry wyznaczające współrzędne kondycji ludzkiej w epoce cyfrowej. Poszerza się numeryzacja naszego przetrwania. Dla bankomatów i banków jesteśmy oznaczeni przez ciąg cyfr składających się na piny, numery kont; policja identyfikuje nas po numerach rejestracyjnych; przez urzędy jesteśmy identyfikowani jako numery PESEL i NIP; liczne urządzenia rozpoznają nas przez kody dostępu; linie papilarne, siatkówka oka i in. są dekodowane przez czytniki cyfrowe; kolory, rozmiary, producenci, części zamienne, to co na sobie nosimy, wszystko ma swoje kody, kolory; technologia GPS – to wszystko przywoływane jest na interfejsach. W przestrzeni realnej i wirtualnej funkcjonujemy coraz bardziej jako cząstki kodu cyfrowego. Stajemy się zakodowanym społeczeństwem hiperaktywnym.
Imperatyw „szukaj”
Jak pisze autor książki o fenomenie Google’a, John Battelle „…w najbliższej przyszłości wyszukiwanie opuści swoją kołyskę, sieć WWW, rozprzestrzeniając się swobodnie na wszelkiego rodzaju urządzenia …wyszukiwanie zostanie wbudowane we wszystkie istniejące urządzenia cyfrowe. Telefon, samochód, telewizor, wieża stereo, najdrobniejszy przedmiot z układem scalonym i możliwością łączenia się – wszystko będzie umożliwiało wyszukiwanie w sieci”.
Z każdą nową osobą, instytucją czy książką, która znajduje swą drogę do sieci nakaz wyszukiwania staje się coraz bardziej przemożny. W Polsce tego tak mocno nie odczuwamy, skala dygitalizacji zasobów jest bowiem jeszcze relatywnie mała. Tam, gdzie jest wysoka, czuje się siłę Internetu i potencjał jego zasobów. W USA rutyną staje się szperanie za wszystkim - każda decyzja biznesowa, ba, nawiązanie kontaktu z nieznaną osobą, pierwsza randka, zaczyna się od Google, Yahoo! czy MSN. Naturalnie, aby takie wyszukiwanie było skuteczne, nie wystarczy tylko duża skala ucyfrowienia zasobów, ale także transparentność systemu społecznego, wola umieszczania w sieci wszystkiego co zostało ujawnione, każdego wyroku sądowego, problemów ludzi z prawem, obyczajem, przyzwoitością, alkową itp.
Rzecznicy systemu search wskazują na korzyści w sferze bezpieczeństwa. Istotnie, nie ujdzie potencjalnie uwagi żaden podejrzany przedmiot np. podczas kontroli na lotnisku, a to dziś spędza sen z oczu wszystkim. Będzie można wreszcie zrezygnować z pasów cnoty; już dziś są one niepraktyczne, bo naruszają intymność, alarmując wykrywacze metali podczas odpraw. Obiekt będzie chroniony cyfrowo i uprawniony jego użytkownik będzie zawsze wiedział w jakiej jest on (obiekt) kondycji.
Jest jednak pewne zagrożenie: skoro Google zna nasze tajemnice, to może inni też zechcą je poznać, na przykład władza. A to już ociera się o rząd dusz. Bowiem, jak powiada Batelle, Google to nie tylko wyszukiwarka, ale także bank intencji. Oferta jest intrygująca My będziemy Twoim bankiem szwajcarskim – pozwól nam indeksować (zaksięgować) i przechowywać twoją zawartość, a kiedy ktoś ją za naszym pośrednictwem znajdzie, umożliwimy jej sprzedaż z zyskiem dla ciebie. Tu już nie czas, a zawartość to pieniądz. Szefom Google oczywiście zależy na dobrym wizerunku wśród użytkowników, ale jako spółka giełdowa działa w interesie przede wszystkim swych udziałowców oraz CEO. To rządy są odpowiedzialne przed obywatelami i na nich spoczywa obowiązek demokratycznej kontroli i stania na straży praw jednostki.
Google jest pierwszym w dziejach posłańcem, który wiele wie zarówno o posyłającym jak i adresacie. Rejestruje nasze myśli, tworząc w ten sposób wzorce zachowań i portrety, dzięki czemu poszukiwanie jest bardzo skuteczne i pożyteczne. Daje wiele satysfakcji, na przykład, gdy uda nam się odszukać dawną sympatię po latach i dowiedzieć się o jej/jego kolejach losu. Ale co będzie, gdy ktoś to zindeksuje i udostępni?
Masowe wyszukiwanie wszystkiego przez wszystkich zmienia środowisko społeczno-kulturowe, każe przyjrzeć się na nowo sformułowanej przed kilkunastu laty przez francuskich socjologów Michela Callona i Bruno Latoura Actor-Network Theory. ‘Internet ludzi i rzeczy” stale w zasięgu to nowy dyspozytyw techno-ludzki: każdy przedmiot czy symbol mający postać cyfrową staje się medium sam w sobie, elementem Sieci, którą tworzy podmiot (aktor jako podmiot działający i poznawczy) z innymi ludźmi, ale także z przedmiotami, ideami, informacjami i innymi bytami bezosobowymi zawsze dostępnymi. Dziś można powiedzieć, że tych przedmiotów i narzędzi potrzeba obecnie coraz więcej do realizacji każdego projektu. Na procesy poznawcze coraz istotniejszy wpływ mają przedmioty materialne i niematerialne, którymi się otaczamy i w których zawarta jest wiedza (komputery, oprogramowanie, bazy danych itp.). Każdy posługuje się narzędziem, ideami, itp. po swojemu, „przepuszcza” je przez swój filtr mentalny i kulturowy, tworzy ich własne reprezentacje, za pomocą których jednostki organizują otaczający je świat. To efekt kumulacyjny kultury wyszukiwania.
Czy ten megatrend jest pewny, czy nie grozi mu zakłócenie albo załamanie?
Kultura, obyczaj, autonomia jednostki będą się jednak bronić przed upublicznianiem wszystkiego. Ale nie tylko kultura, także a może przede wszystkim, biznes. Przed 6 laty Gary Price i Chris Sherman w książce The Invisible Web, trafnie przewidywali proces rozwarstwiania Internetu na płytki, dostępny dla wszystkich i głęboki, którego zawartość nie jest z różnych względów (komercyjnych, dyskrecjonalnych i in.) indeksowana, a więc jest wyłączona z poszukiwania. Trudno powiedzieć, czy w przyszłości będzie ona dostępna, a jeśli tak, to na jakich warunkach. Chodzi przede wszystkim o kwestie własności intelektualnej, przeciwdziałanie pokusom „skomunalizowania” wszystkiego.
Szefowie Google wypisują na swym sztandarze misję uporządkowania światowych zasobów informacji, aby w każdej chwili były pod ręką (czy raczej pod myszką, a w przyszłości w zasięgu głosu). Jeśli śledzenie naszych prywatnych informacji będzie w interesie Google, to nic go przed tym nie powstrzyma. A osiąga to dzięki oferowaniu programów, które bardzo ułatwiają życie, jak Gmail, Google Desktop, Google BookSearch. Dane z Gmaila to jednak nasze własne myśli, które mogą być analizowane poza naszą kontrolą, podobnie jak Google Desktop – doskonałe narzędzie zarządzania danymi, wiedzą i informacją, które gromadzimy w naszych komputerach. W skali masowej to przebogate i bezcenne pokłady.
„Bycie w zasięgu” stanie się kluczowe w cyfrowym świecie z punktu widzenia szans, uczestnictwa, edukacji, sukcesu ekonomicznego, upowszechniania kultury i czego tam jeszcze. Nie całkiem fantastycznie czy hipotetycznie rysuje się więc taka oto scenka: umierasz w swoim inteligentnym mieszkanku. Czujniki wykrywają zanik tętna, spadek ciśnienia i temperatury ciała. To wszystko jest podłączone do sieci, przez którą komputer łączy się z zakładem pogrzebowym, notariuszem i najbliższą rodziną. A rodzinka już nie może doczekać się otwarcia testamentu. Komu przypadnie w udziale to wspaniałe inteligentne mieszkanko?
Wizjonika – wszechobecne „maszyny widzenia”
Częścią tego zjawiska stają się technologie, nazywane przez Andrzeja Gwoździa, badacza rzeczywistości ekranowej, „maszynami widzenia”. Od dawna toczą się spory o to, czy cywilizacja przyszłości będzie obrazkowa. Ona poniekąd była taką zawsze, człowiekowi od zarania towarzyszyły obrazy naturalne i te, które sam tworzył (malowidła naskalne, malarstwo). Z czasem te obrazy zdejmował z rzeczywistości (fotografia, telewizja), albo je kreował jako fikcyjną wideosferę (kino).
Dzisiejsza cywilizacja, jest ekranowa, ale też coraz bardziej monitorowa. Smart cameras będą wizualizować niemal wszystko w skali makro i mikro. One wydzierają tajemnice światu i ludziom, bez nich lekarz nie jest już w stanie diagnozować stanu organów, inżynier - stanu mechanizmu, konserwator – stanu zabytku, w niedługiej przyszłości rolnik – stanu upraw itp.
Przestrzeń niemonitorowana będzie niepoznana. Jean Baudrillard nazywa to obscenicznością hiperrzeczywistości. Jest ona obsceniczna dlatego, że media czynią ją bardziej widzialną niż rzeczywistość fizyczną, pozbawiają przyrodę jej intymności. Google Earth nie „widzi” jeszcze wszystkiego, ale w przyszłości nic się przed nim nie ukryje w trójwymiarowej cyfrowej kopii świata. To oznacza, że mamy do czynienia z jakąś inwersją kultury: technologie stają się bardziej widoczne, niż człowiek, który się nimi posługuje.
„Komunitacja”
Komutacja (komunikacja plus komutacja) to koniec komunikacji w znanym nam rozumieniu. Na razie poruszamy się bardziej w kręgu wyobraźni niż rzeczywistości. Chodzi o dezintermediację procesu przekazu związaną z bioelektroniczną hybrydyzacją człowieka. Wymaga to nowej wiedzy z zakresu symbiotyki technoludzkiej, której powinny dostarczyć antropo-, psycho- i socjotechnologia oraz cognitive science. To logiczna konsekwencja rozwoju biotechnologii i biometrii.
Wiadomo, że już dziś wydaje się duże pieniądze na eksperymenty z implantami domózgowymi, które mają usunąć dysfunkcje zmysłów (wzroku, słuchu), a także przywrócić zdolności motoryczne osobom sparaliżowanym. Tu także informatyczny biznes medyczny spotyka się z potrzebami ludzi dotkniętych tymi ułomnościami. Ale co będzie dalej? Czy ktoś powstrzyma ten pęd, który w prostej linii prowadzi do komutacji danych z sieci neuronalnej wprost do chipa i z powrotem?
Dotychczas rozwój cywilizacji i kultury wiódł do powiększania obszarów zapośredniczenia; obecnie ten natrafił na wspomnianą kontrtendencję. Co by powiedział Marshall McLuhan, gdyby stwierdził, że medium przestaje być przekazem, bo przekaz wchłania przekaźnik. Koniec medium, tak jak je dotychczas pojmowaliśmy – bezmedialny transfer danych. Nie zabraknie chętnych, którzy zapłacą duże pieniądze, by się w ten sposób intelektualnie doładować. A tam gdzie są pieniądze, tam natychmiast pojawia się oferta rynkowa. Powstaje – na razie bez odpowiedzi - pytanie, czy etyka będzie tu jakimś powściągiem, czy też człowiek dokona kolejnej transgresji i sięgnie po nieznane mu wcześniej moce, nie znając skutków tego przekroczenia granic.
Rozwój tych technologii, zwłaszcza biometrii, bierze się po części z nieufności do człowieka jako źródła wiarygodnych informacji. Postęp badań nad mózgiem będzie temu sprzyjał. Już dziś wydające olbrzymie pieniądza na reklamę korporacje żądają maksymalnie zobiektywizowanych danych o reakcji klientów na komunikaty reklamowe, a najlepiej te reakcje rejestrują ciała migdałowate w mózgu. Wtedy już się nie da niczego konfabulować.
Produktousługa
Komunikacja wszystkiego ze wszystkim zapowiada rewolucję produktywności. Pisał już o niej Peter Drucker. Antonio Negri i Michael Hardt (2004) wiążą to z usieciowieniem wytwarzania, swoistą reakcją łańcuchową. Nie ma sieci, która nie byłaby powiązana z innymi przez jakiś węzeł pełniący funkcje switcha, co czyni z sieci układ policentryczny. W procesie wytwórczym osiągają one olbrzymią energię i akcelerację. Ich efektem są produktousługi:
-
Komunikacja i informacja odgrywają centralną rolę w produkcji.
-
W przestrzeni przepływów dokonują się akty twórcze i wytwórcze.
-
Ciągi komunikacyjne stają się decydującym elementem procesu generowania bogactwa.
-
Faza surowcowa i narzędziowa oraz komunikacyjna są splecione w informacyjnym procesie wytwórczym jak syjamskie bliźniaczki.
-
Produkt/ usługa oparta jest na ciągłej wymianie informacji i wiedzy między wytwórcą a rynkiem,
-
Wymiana informacji przepływa przez komputery i sieci (coraz mniej informacji nie przepływa przez nie). Od szybkości tej wymiany zależy efektywność wytwarzania.
-
Produktywność, bogactwo, wartość dodana wypływają z interaktywności sieci komunikacyjnej, która jest środowiskiem produktousługi.
-
Sieci wymuszają dekoncentrację produkcji, czynią z aparatu wytwórczego „fabrykę epistemologiczną” – fabrykę wiedzy.
-
Taśmę produkcyjną zastąpiła ‘taśma informacyjna’, która przepływy pracy zamienia w przepływy informacji. Wirtualne teamworks - przeniesienie taśmy Taylora do cybeprzestrzeni.
-
Każdy produkt staje się sieciowy. Tak jak wielu poddostawców dostarczało części do produktu finalnego, tak dziś wielu kooperantów sieciowych świadczy usługi przez sieć, w czym kluczową rolę odgrywać będzie technologia RFID, która może usieciowić każdy przedmiot dzięki wszczepionemu weń chipowi.
Druga, pozytywna konsekwencja to szansa na rozwój zrównoważony. Przed wdrożeniem idei postępu, czyli m.in. powszechną industrializacją, środowisko naturalne było niezagrożone, ale był to zrazem cywilizacyjny bezruch. Postęp niszczył środowisko, ale e-postęp może je uratować. Zdaniem Jacquesa Attali, w relatywnie niedługim czasie wynalazki (m.in. nanotechnologie) pozwolą na zastosowanie nowych sposobów przechowywania informacji i energii w małych przestrzeniach. Umożliwi to ograniczenie konsumpcji energii, surowców i wody i przyniesie pozytywne skutki dla środowiska naturalnego.
Postęp techniczny pozwoli zwiększyć wydajność surowców, napędów, aerodynamiki, struktur, paliw, silników i systemów. Nowe technologie w sposób istotny na plus zmienią reżymy produkcji dóbr materialnych. Dzięki temu będziemy zużywać o wiele mniej energii na jednostkę, lepiej zarządzać zasobami wody pitnej, odpadami i emisją zanieczyszczeń. Rezultatem tego będzie amelioracja właściwości produktów spożywczych, mieszkań, ubrań, pojazdów, sprzętu domowego i osobistego ekwipunku informacyjnego go (szybki bezprzewodowy Internet, telefony komórkowe nowej generacji itd.). Technologie umożliwią jednostkom i organizacjom nadzorować i regulować własne zużycie energii, wody, surowców, itd.; pozwolą także na nadzór nad gromadzonymi zasobami.
Kazimierz Krzysztofek
Od redakcji:
Jest to drugi odcinek (pierwszy - Pan Market - opublikowaliśmy w numerze 11/11 SN) tekstu „Hiperkapitalizm jako „najwyższe stadium” zamieszczonego w czasopiśmie „Transformacje” 2007-2008
- Autor: Marek Chlebuś, Leszek Kuźnicki
- Odsłon: 5662
Polska myśl państwowa jest tak niejednorodna i zmienna, że niektórzy wątpią w jej istnienie. Wiąże się to z ogólną niestabilnością polityczną kraju.
W czasie 23 lat III RP – liczonych od połowy 1989 r. do dziś – mieliśmy 15 zmian premiera Polski. W krajach kluczowych dla Polski, podobne zmiany były wielokrotnie rzadsze: 2 razy dochodziło do zmiany kanclerza Niemiec, 3 razy zmiany prezydenta USA, a przywódca Rosji zmieniał się – zależy, jak liczyć – 2 lub 4 razy.
My w ciągu tych 23 lat mieliśmy 17 zmian rządu i 13 zmian koalicji rządzącej, z czego 7 lub 8 zmian burzliwych, głęboko kwestionujących politykę poprzedników. Trudno w takiej sytuacji mówić o strategii czy o stałych kierunkach polityki kraju.
Najbardziej stabilny jest w Polsce urząd prezydenta. W ciągu ostatnich 23 lat, osoba prezydenta zmieniała się tylko 4 razy. Były to jednak zawsze zmiany fundamentalne, przerywające ciągłość wielu kierunków polityki.
Wyliczenie władz Polski w ostatnich 23 latach i porównanie ich zmienności z kluczowymi dla Polski państwami zawiera Załącznik 1.
Niestałość i niekonsekwencja myśli państwowej obniżają naszą rangę i pozycję w świecie oraz utrudniają rozumienie, formułowanie, wyrażanie i realizację własnych interesów. Jest to jedno z najważniejszych zagrożeń przyszłej pomyślności Polski.
Oczywiście, nie można odmówić społeczeństwu prawa do zmiany rządów. Władze będą się zmieniać, będą się też zmieniać wizje polityki. Jednak położenie geograficzne, zasobność w surowce, sytuacja przyrodnicza czy ludnościowa Polski – to czynniki stałe i niezależne od rytmów politycznych, a przy tym bezspornie poznawalne i obliczalne.
Także zagrożenia, przynajmniej te najważniejsze, wydają się bezdyskusyjne. Należą do nich: ubytek ludności kraju, narastające zadłużenie budżetów, obniżanie się potencjału intelektualnego państwa, coraz większy deficyt wody czy spodziewane problemy w zaopatrzeniu w energię. W tych kluczowych sprawach wielokrotnie wypowiadały się komitety Polskiej Akademii Nauk, szczególnie Komitet Prognoz, ale ich głos prawie nie przebija się do debaty publicznej czy politycznej.
W kraju o tej wielkości i takiej historii, jak nasz, musi istnieć stabilna, odporna na cykle polityczne, niezależna od koniunktur politycznych, instytucja studialna i strategiczna, dostarczająca wszystkim władzom państwa, instytucjom naukowym, edukacyjnym, medialnym – konsekwentnych, spójnych, bezstronnych, wielowariantowych, bezspornych merytorycznie analiz, prognoz i studiów strategicznych.
Roboczo przyjmiemy tutaj nazwę Instytut Myśli Państwowej. Oczywiście, możliwe i zapewne nie gorsze są alternatywne nazwy, takie jak: Instytut Myśli Strategicznej, Instytut Badań Strategicznych, Instytut Studiów nad Przyszłością, Instytut Strategii i Planowania, Instytut Planów i Prognoz, a także jeszcze inne.
Instytut powinien stabilizować naszą myśl państwową, jednocząc Polaków wokół wspólnych, prawidłowo określonych racji narodowych. Instytut nie może być bezpośrednio zależny od żadnej z władz państwa, choć musi być z nimi odpowiednio powiązany. Dokument założycielski Instytutu powinien mieć rangę ustawy.
Propozycję usytuowania i konstrukcji Instytutu, zapewniającą, a co najmniej umożliwiającą uznanie jego autorytetu przez główne siły polityczne, intelektualistów oraz grupy interesu, zawiera Załącznik 2.
Zarysowany projekt Instytutu to tylko przykład. Można sformułować wiele innych modeli instytucji myśli państwowej, zapewniających jej stabilność i kompetencję. Żaden z nich nie będzie zapewne doskonały, ale też każdy powinien być lepszy od pozostawania w strategicznej próżni.
Państwo polskie ma wiele instytucji, badających przeszłość, ale żadnej, nakierowanej na przyszłość. Przyszłe pokolenia muszą uznać ten niedostatek myśli państwowej za wielkie i niezrozumiałe zaniedbanie naszych czasów. Marek Chlebuś, Leszek Kuźnicki
Załącznik 1
Władze Polski oraz kluczowych państw w latach 1989-2012
(w nawiasie rok powołania)
POLSKA
Prezydenci:
Jaruzelski (1989), Wałęsa (1990), Kwaśniewski (1995), Kaczyński (2005), Komorowski (2010).
Koalicje sejmowe:
PZPR-ZSL-SD (89), Solidarność-PZPR-ZSL-SD (89), KLD-ZChN-PC-SD (90), PC-ZChN-PSL/PL (91), PSL (92), UD-KLD-ZChN-PPChD-PPPP-PSL/PL (93), SLD-PSL-BBWR (93), SLD-PSL (95), AWS-UW (97), SLD-UP-PSL (01), SLD-UP (04), PiS (05), PiS-LPR-Samoobrona (06), PO-PSL (07).
Premierzy:
Rakowski (1988), Kiszczak (1989), Mazowiecki (1989), Bielecki (1991), Olszewski (1991), Pawlak (1992), Suchocka (1992), Pawlak (1993), Oleksy (1995), Cimoszewicz (1996), Buzek (1997), Miller (2001), Belka (2004), Marcinkiewicz (2005), Kaczyński (2006), Tusk (2007).
NIEMCY
Kanclerze:
Kohl (1982), Schroeder (1998), Merkel (2005).
ROSJA (ZSRR)
Prezydenci (Sekretarze):
Gorbaczow (1985), Jelcyn (1996), Putin (1999), [ew. + Miedwiediew od 2008, Putin od 2012].
USA
Prezydenci:
Bush (1989), Clinton (1993), Bush jr (2001), Obama (2009).
Załącznik 2
Przykładowa konstrukcja Instytutu Myśli Państwowej i jego powiązania z władzami.
Stabilność Instytutu zapewniać będzie zarządzająca nim bezkadencyjna Rada Stała, złożona z przedstawicieli prezydenta, parlamentu, rządu oraz środowisk naukowych i innych, powoływanych indywidualnie na okres wykraczający poza horyzont czasowy instytucji kierującej, na przykład tak:
4 członków powoływanych przez prezydenta, po dwóch na kadencję prezydencką.
2 członków powoływanych przez parlament, po jednym na kadencję parlamentarną.
2 członków powoływanych przez rząd, po jednym na kadencję rządową.
2 członków powoływanych przez środowiska naukowe, po jednym na kilka lat.
2 członków powoływanych przez kooptację.
Przewodniczący Rady Stałej powinien być mianowany przez prezydenta, najlepiej na kadencję zgodną z kadencją głowy państwa. Kooptowani do Rady, przez nią samą, na wniosek nowego przewodniczącego, byliby potrzebni dla jej prac intelektualiści lub przedstawiciele wybranych instytucji oraz sił społecznych.
Według zaproponowanego modelu, w każdym składzie Rady, 1/3 członków miałoby mandat pochodzący od aktualnych władz, 1/3 od władz poprzednich, a pozostała 1/3 reprezentowałaby różne środowiska społeczne, w tym naukowe. Rada byłaby powiązana z wszystkimi władzami publicznymi, lecz nie podlegałaby żadnej z nich.
Rada Stała kierowałaby pracami Instytutu, zatrudniając aparat wykonawczy i badawczy, prowadząc badania własne, zlecając też studia na zewnątrz i zapewniając ich integrację oraz syntezę.
Pierwszym wieloletnim zadaniem Instytutu byłoby sformułowanie strategii państwa, która powinna uzyskać rangę oficjalną, na przykład rozporządzenia prezydenta lub ustawy organicznej.
* Artykuł jest kontynuacją pracy „Polska w perspektywie 2050”, zamieszczonej w numerze 166 1/2012 „Spraw Nauki”
(http://www.sprawynauki.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2089:polska-w-perspektywie-2050&catid=306&Itemid=30.
Tym razem autorzy naszkicowali projekt instytucjonalnego ośrodka myśli państwowej, którego powołanie postulowali w artykule poprzednim. (red.)

