Prognozowanie (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3633
Komitet Prognoz PAN Polska 2000 plus organizuje cykl konferencji dotyczących zagrożeń globalnych jako barier rozwoju. Trzecia z nich – „Zagrożenia jakości życia człowieka; perspektywa długookresowa” – odbyła się 27-28 czerwca 2013 w Mądralinie.
Podczas konferencji analizowano cztery grupy zagadnień: demograficzne uwarunkowania rozwoju świata, ubóstwo, nierówności i wykluczenie społeczne, pracę i kwalifikacje oraz zdrowie publiczne. Zwrócenie uwagi na jakość życia wynika z zakwestionowania panującej od dziesiątków lat filozofii, iż wzrost gospodarczy przekłada się automatycznie na poprawę jakości życia. To stwierdzenie okazało się fałszywe za sprawą coraz większych podziałów społecznych i koncentracji majątku świata w nielicznych rękach. A zatem nie wzrost gospodarczy jest ważny, ale sprawiedliwy podział jego owoców. Jak to osiągnąć? Czy istnieją mechanizmy wyrównujące poziom i jakość życia, a jeśli tak, czy dotyczą tylko państwa czy całego globu – to jedno z wielu zagadnień, jakie były rozpatrywane przez kilkudziesięciu specjalistów z wielu dziedzin nauki.
Otwierając konferencję, prof. Leszek Kuźnicki, wieloletni były prezes PAN i były przewodniczący Komitetu Prognoz, zwrócił uwagę, iż jakość życia zależy od kryteriów, jakie przyjmiemy i definicji dobrostanu. Gdyby przyjąć wysokie standardy państw najbogatszych, zasoby Ziemi zapewniłyby byt jedynie ok. dwóm miliardom ludzi. A ponieważ tak się nie stanie (przynajmniej w najbliższej przyszłości), na jakość życia będzie miała wpływ coraz bardziej dewastowana przez człowieka przyroda, eksploatowana bez miary i „odwdzięczająca” się ekstremalnymi zjawiskami, a także ochładzanie się klimatu (wg prof. Kuźnickiego, grozi nam zlodowacenie). Innym problemem, z jakim przyjdzie nam się zmierzyć, będzie (a właściwie już jest) starzenie się społeczeństw i utrzymywanie starych ludzi w dobrej kondycji, co nie będzie możliwe bez medykalizacji, którą należy traktować jako zjawisko pozytywne.
Starzenie – ból nie tylko demografów
O starzeniu się ludności wypowiadali się naukowcy z AGH: dr Zbigniew Strzelecki oraz prof. Janina Jóźwiak. W perspektywie 40 lat – choć tempo starzenia się mieszkańców poszczególnych regionów świata będzie różne – to Europa będzie tym zjawiskiem najbardziej dotknięta. Tutaj już dzisiaj co szósty mieszkaniec liczy sobie 65 i więcej lat, ale w 2050 roku ludzi w tym wieku prawdopodobnie będzie ok. 28%. Najwięcej – w Europie Południowej – ok. 30%.
Niezmiennie, od lat, najmłodszymi demograficznie regionami świata będą Afryka, Ameryka Środkowa i Azja, co będzie się wiązało z rosnącym problemem zasobów pracy w różnych krajach. Według szacunków ONZ, do 2050 roku wielkość zasobów pracy na świecie wzrośnie o ok. 1,4 mld osób (tj. o 30%) – głównie w Azji i Afryce. W Europie – jako jedynym regionie świata (poza Rosją) - zasoby pracy będą się kurczyć (najbardziej w Europie Wschodniej – o 31 mln ludzi, tj. o ok. 30%). Proces ten będzie zachodzić także w Polsce.
Takie zmiany demograficzne oczywiście wyzwolą migracje globalne (częściej czasowe niż osiedleńcze), o czym mówił prof. Marek Okólski z Ośrodka Badań nad Migracjami UW. Według prognoz, biegunami migracji będą USA, Azja, Obszar wysp Pacyfiku, Unia Europejska oraz Zatoka Perska, która przyjmie rocznie ok. 1 mln imigrantów.
Ubóstwo, nierówności i wykluczenie społeczne
Brak pracy wiąże się nie tylko z ubóstwem, ale i wykluczeniem społecznym. Prof. Henryk Domański z IFiS PAN przedstawiał wyniki swoich badań dotyczących dziedziczenia pozycji społecznej od 1989 r. Okazuje się, że zmiana systemu niczego nie zmieniła, a wzrost nierówności się pogłębia. Ale o ile do 2005 mieliśmy w Polsce coraz większą merytokrację, to po tej dacie zaczęła się ona obniżać i nie wiadomo, czy nie jest to wynik inflacji wyższego wykształcenia. Po prostu coraz mniej się opłaca studiować, skoro i tak nie można dostać pracy zgodnej z wykształceniem (obecnie ukończenie studiów daje tylko 30% szans na bycie inteligentem). Co do rozwarstwienia, badania pokazują, że współczynnik Giniego wzrósł niewiele – z 0,28 do 0,35, ale badanie akceptacji nierówności pokazało, że Polacy akceptują wysokie zarobki kapitalistów. Zatem należy z ostrożnością podchodzić do tezy, że im większe nierówności, tym większa konfliktowość. I dotyczy to wszystkich państw, gdzie to badanie wykonywano. Zatem zmiany w stratyfikacji społecznej nie są jednoznaczne.
Wysokie bezrobocie, niepewność na rynku pracy, starzenie się społeczeństwa, to zagrożenia nie tylko same w sobie, ale i dla stabilności finansowej ubezpieczeń społecznych i to bez względu na metodę finansowania świadczeń. Dzisiaj jest już oczywiste, że najmłodsze pokolenie, obecna grupa 20-30-latków, która cierpi najbardziej na brak pracy – może mieć na starość trudną sytuację. Zwłaszcza, że długotrwałe bezrobocie wśród młodzieży przeradza się w bierność zawodową, z czym mają do czynienia takie państwa jak Hiszpania czy Włochy.
Z analizy przedstawionej przez dr. Marka Benio z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie wynika, że najlepszą sytuację mają obecni emeryci, nieco gorszą będą mieli emeryci, którzy dzisiaj mają 30-50 lat, a najgorszą – właśnie dzisiejsi 20-30-latkowie. I nie ma co potępiać za to pracodawców, bo bez elastycznych (czytaj – śmieciowych) form zatrudnienia, ta fatalna sytuacja byłaby jeszcze gorsza. Niestety, zasadę solidaryzmu społecznego wypiera zasada ekwiwalentności świadczeń i indywidualizm w ubezpieczeniach społecznych, którą wprowadzono w latach 90. Ale ten spór w doktrynie ubezpieczeń społecznych dopiero się rodzi. Polski rynek pracy czeka też na rozwiązania dotyczące poprawiania wskaźnika aktywności zawodowej, gdyż w rynku pracy nie uczestniczy 44% ludności w wieku aktywności zawodowej. Z czego żyją – nie wiadomo, ale na pewno nie mają żadnego zabezpieczenia społecznego na wypadek choroby, inwalidztwa, czy na starość, o czym mówił także dr Piotr Broda-Wysocki z Instytutu Politologii UKSW.
Skąd się biorą nierówności?
Do uporządkowania dalszej dyskusji na temat zróżnicowania konsumpcji w Polsce przyczynił się referat prof. Czesława Bywalca z Uniwersytetu Ekonomicznego w Krakowie, w którym przedstawił trzy wymiary nierówności ekonomicznych ludzi (majątkowe, dochodowe, konsumpcyjne) oraz wnioski wynikające ze zróżnicowania konsumpcji polskiego społeczeństwa. Według mówcy, polskie społeczeństwo będzie coraz bardziej zróżnicowane ekonomicznie, czyli pod względem dochodowym i majątkowym. Tak dużych różnic nie będzie w konsumpcji (poziomie i jakości życia), gdyż będzie rosnąć elastyczność kulturowa – edukacyjna, zdrowotna, systemu wartości. W referacie i dyskusji nie zajmowano się jednak kwestią, skąd ludzie będą mieć pieniądze, aby cokolwiek konsumować. Należy przyjąć, że głównie z pracy, ale jak podkreślił prof. Jerzy Kleer – w zasobie pracy w Polsce dokonuje się największe marnotrawstwo, choć problem pracy, to problem kondycji ludzkiej.
Mówił o tym prof. Józef Orczyk z Uniwersytetu Ekonomicznego w Poznaniu, którego wystąpienie dotyczyło znaczenia pracy, ale i kwalifikacji we współczesnym świecie. Jak zauważył, praca staje się coraz częściej stale uzupełnianą mozaiką kompetencji, a te zmiany kwalifikacji rodzą kolejne problemy, jak choćby lojalności pracodawcy i pracownika, gdyż wykonywanie pracy zawsze wiąże się z pewnym przymusem bezpośrednim i pośrednim (poczuciem obowiązku, etyką pracy, itd.). Tendencją jest obecnie coraz mniejsze znaczenie przymusu bezpośredniego, a coraz bardziej wyszukany w formie przymus pośredni, co pokazuje, jak wzrosły wzajemne zależności pracodawcy i pracownika.
Poruszał te sprawy również prof. Mieczysław Kabaj z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych, przedstawiając problemy współczesnego rynku pracy. Przypomniał, iż bezrobocie osiągnęło najwyższy poziom w historii nowoczesnej gospodarki i jest większe niż podczas wielkiego kryzysu lat 30. XX w. (poza Niemcami i Wielką Brytanią). Tylko w UE w ostatnich 5 latach zlikwidowano 8,5 mln miejsc pracy, a na świecie na bezrobociu utajonym pozostaje ok. 800 mln ludzi (z tego tylko 73 mln jest zarejestrowanych).
Mamy ponadto do czynienia z szybszym wzrostem bezrobocia młodych i jego dużym zróżnicowaniem, wysokim poziomem bezrobocia młodych w Polsce determinowanym przez wielką liczbę absolwentów szkół zawodowych i wyższych.
Mówca przedstawił też dwa główne wyzwania polityki społeczno-gospodarczej w najbliższym 5-leciu. Pierwsze obejmuje zwiększenie zatrudnienia, gdyż według badań z 2011 r. - dla Polski nie pracowało 32,5%, czyli 4,6 mln osób (łącznie z 2,5 mln Polaków pracujących za granicą). Ten stan powoduje ogromne straty ekonomiczne, społeczne i moralne. Jesteśmy ponadto na ostatnim miejscu w UE, jeśli idzie o wskaźnik zatrudnienia – 57,8%. Gdyby udało się uzyskać średni wskaźnik, pracowałoby o 2,6 mln ludzi więcej. A przecież na rynku pracy w latach 2011-2015 pojawia się druga, ostatnia i największa w okresie powojennym fala absolwentów szkół ponadgimnazjalnych, licząca 4,6 mln osób. Nawet, jeśli przyjmiemy, że z rynku odejdzie na emeryturę ok. 900 tys. ludzi, to i tak trzeba będzie stworzyć ok. 2 mln miejsc pracy. Inaczej bezrobocie się zwiększy, albo cała ta fala absolwentów wybierze emigrację zarobkową, co przyniesie polskiej gospodarce ogromne straty ekonomiczne i społeczne. (Zasoby pracy są dzisiaj w większym niebezpieczeństwie niż zasoby kapitału – dodała w dyskusji prof. Stanisława Golinowska z Instytutu Zdrowia Publicznego w CM UJ).
Należy się zatem zastanowić, jakie stworzyć strategie, środki i instrumenty, żeby zagospodarować istniejące i przyszłe zasoby pracy tak, żeby prawo do pracy mogło być zrealizowane w stopniu zbliżonym do zaleceń paktów praw człowieka. Może warto brać przykład z USA, gdzie państwo stymuluje wzrost gospodarczy polityką sprzyjającą wzrostowi zatrudnienia i ograniczaniu bezrobocia? A może u nas lepszy jest przykład państw UE, czyli aktywna polityka rynku pracy, programy aktywizujące bezrobotnych i zasiłki? Rzecz w tym, że u nas nie realizuje się nawet polityki unijnej - Polska jest bowiem jedynym państwem w UE, który w okresie spowolnienia gospodarczego nie tylko zmniejszył o 50% środki na Fundusz Pracy i Fundusz Gwarantowanych Świadczeń Pracy, ale i je zablokował do 2015 roku.
Tymczasem fundusze solidarnościowe winny być wykorzystywane efektywniej, skoro średnio na jedno miejsce pracy przypada 53 bezrobotnych, a są powiaty, gdzie na 1 miejsce pracy jest 500 – do 2000 osób! To nie jest rynek pracy, to rynek totolotkowy – podkreślił prof. Kabaj. Obecne rozwiązanie dotyczące elastycznego czasu pracy, dające 10-miliardowy zysk przedsiębiorcom (równowartość wypłat za nadgodziny) cofa nas do XIX wieku. Warto też pamiętać, że konwencja (waszyngtońska) z 1919 roku, dotycząca zagwarantowania 8-godzinnego dnia pracy nigdy nie została przez Polskę ratyfikowana...
Do bezrobocia nawiązywała też w swoim wystąpieniu prof. Urszula Sztanderska z Wydziału Nauk Ekonomicznych UW, w którym zwróciła uwagę na międzypokoleniowe różnice kompetencyjne, skracanie czasu pracy a wydłużanie nauki i mało sprawne systemy edukacyjne – czynniki powodujące i wzmagające rozwarstwienie społeczne. Ale i wystąpienie dr. Marka Bednarskiego z Instytutu Pracy i Spraw Socjalnych UW, w którym przedstawił źródła ekonomiczne i skutki społeczne underemployment - „lichego zatrudnienia”. „Liche zatrudnienie” to nie tylko bowiem umowy o pracę na czas określony, ale i zatrudnienie niepełnoetatowe, rażąco niskie płace i niewykorzystywane kwalifikacje. Licha praca dotyka trwale określonych grup społecznych, prowadzi do ubóstwa i wyklucza społecznie. W rezultacie „liche zatrudnienie” tworzy prekariat (podobny do tzw. luźnych ludzi w średniowieczu), gdzie warunki egzystencji jednostki są niepewne, a prawa socjalne i obywatelskie ograniczone. Jak z tego wyjść – nie wiadomo, choć wiadomo, że utrzymywanie tego stanu (a grupa prekariuszy to ok. 30% społeczeństwa) grozi wybuchem społecznym.
Zdrowie i polityka zdrowotna
Największą dyskusję wywołały referaty dotyczące zdrowia i polityki zdrowotnej, które wygłosili prof. Cezary Włodarczyk z Wydziału Nauk o Zdrowiu CM UJ oraz prof. Stanisława Golinowska i prof. Antonina Ostrowska z IFiS PAN, która w swoim wystąpieniu dotyczącym uwarunkowań zdrowego stylu życia udowadniała, iż poziom edukacji i świadomości zdrowotnej jednostek nie przekłada się bezpośrednio na pożądane zachowania.
Prof. Włodarczyk, omawiając historię i problemy polityki zdrowotnej, sięgnął do początków XVII w. (pierwsze regulacje) i do angielskiego prawa o ubogich (1834), by skonstatować, iż w Polsce wszystkie reformy społeczne i zdrowotne nie miały udokumentowanych powodów ich przeprowadzania. Prof. Golinowska natomiast zwróciła uwagę na konieczność odchodzenia od medykalizacji zdrowia na rzecz podejścia zintegrowanego, uwzględniającego w większym stopniu wymiar społeczny (tendencja światowa). Zwłaszcza, że zdrowie Polaków nie ulega poprawie, co zagraża jakości życia już obecnie, nie tylko w przyszłości.
Analizy wykazują relatywnie niski status zdrowotny dzieci i młodzieży (który występuje razem z niedostateczną opieką zdrowotną i socjalną), wysoką wypadkowość i uzależnienia, częste występowanie chorób przewlekłych już w wieku produkcyjnym, narastającą tendencję w rozwoju zaburzeń psychicznych, gorszą jakość życia ludzi starszych i narastający problem niesamodzielności. A zatem potrzebne jest prowadzenie polityki opartej na faktach, prowadzenie dialogu międzysektorowego i opracowywanie wspólnych programów zamiast formalnych konsultacji.
Ale zgadzając się co do fatalnej jakości służby zdrowia w Polsce, czy potrafimy rozwiązać jej problemy bez dodatkowych ubezpieczeń (2/3 Polaków ich nie chce)? Polska zajmuje 24 miejsce w UE pod względem wydatków na służbę zdrowia, co pokazuje, jaką wagę rząd przykłada do opieki zdrowotnej - może więc należy się przyjrzeć na sposób podziału PKB? PKB w Polsce jest tylko o 30% niższy niż średnia unijna, ale nakłady na ochronę zdrowia są 8-4 razy niższe niż w innych państwach członkowskich – dokumentował prof. Kabaj. Od 2004 roku wyjechało z Polski 25 tys. lekarzy – i nie widać z tego powodu niepokoju rządu. Nie widać, bo mamy neoliberalizm – odpowiadał dr Bednarski – doktrynę, w której każdy sam winien odpowiadać za swoje zdrowie, a państwo nie może ograniczać wolności.
Odpowiedzialność za zdrowie publiczne zrzucono na samorządy terytorialne, a te nie mają ani ludzi, ani pieniędzy, ani wiedzy jak sobie z tym radzić – dodała prof. Golinowska. Zwiększanie wydatków idzie głównie na płace i to lekarzy, bo już nie pielęgniarek (prof. Włodarczyk), co pokazuje relacje między najsilniejszymi grupami w ochronie zdrowia. Źle też jest rozwiązana relacja lekarza z płatnikiem – lekarz winien być wyłączony z negocjacji z NFZ, powinien je prowadzić pacjent, bo to on płaci za usługę.
Konkluzją niebanalnej konferencji mogłoby być banalne stwierdzenie, iż żyjemy w ciekawych czasach, czyli prawdopodobnie w czasie rozpadu cywilizacyjnego a z nowymi zjawiskami próbujemy sobie radzić metodami z przeszłości. Wcześniej odnosił się do tego problemu także Lesław Michnowski, zauważając, iż o tych sprawach mówi się już od dawna. Raporty Klubu Rzymskiego pokazywały, że kapitalizm nie jest ustrojem efektywnym, gdyż – nastawiony na zysk - nie rozwiązuje problemów w obrębie stosunków społecznych i dla ludzkości konieczne będzie przejście od indywidualizmu do wspólnotowości.
Anna Leszkowska
- Autor: Marek Chlebuś
- Odsłon: 3949
Widmo krąży po planecie – widmo Internetu. Wszystkie potęgi starego świata połączyły się do świętej nagonki przeciw temu widmu.
Ziemia
W najbliższych dziesięcioleciach, globalizacja może się rozgrywać tylko poprzez Amerykę, albo przeciw Ameryce. Bez uwzględnienia USA w ogóle nie da się ogarnąć planetarnej skali. O pokonaniu zbrojnym Stanów też nie ma co myśleć. Dominacja militarna jest tu tak wielka, że łatwiej byłoby przechwycić nad nimi kontrolę, niż je frontalnie pokonać.
Ameryka ma dziesięć pływających archipelagów z lotniskowcami pośrodku i dwadzieścia latających czarnych duchów. Do tego kilkadziesiąt atomowych lewiatanów zaczajonych gdzieś w głębinach, setki satelitów czuwających na orbicie i tysiące ładunków nuklearnych, zdolnych w pół godziny w każdym mieście globu zrobić Hiroszimę. Ameryka jest w stanie zniszczyć bezkarnie, przynajmniej w sensie militarnym, praktycznie każde państwo, może poza kilkoma nuklearnymi. Panuje na oceanach, w powietrzu, przestrzeni kosmicznej, całkowicie kontroluje swój macierzysty kontynent.
Ale przecież nie inaczej było w 2001 roku, kiedy to według jej własnej, oficjalnej, wersji, Amerykę napadło i dotkliwie poraniło dziewiętnastu uzbrojonych w noże, ledwo przeszkolonych partyzantów. Wyrządzone przez nich szkody, obejmujące wydatki na operacje odwetowe, oszacowano po 10 latach na około 2-3 biliony dolarów, podczas gdy koszty samego zamachu określono jako pół miliona dolarów, parę milionów razy mniej.
O ileż potężniejszy, a przy tym jeszcze tańszy, mógłby być atak informatyczny na USA, podobnie zresztą jak na każdy inny zaawansowany technicznie kraj? Kto byłby w stanie dziś zapewnić, że właśnie teraz, w tej chwili, gdzieś w Egipcie, na Syberii, albo w Kalifornii, jakiś genialny informatyk nie projektuje już programu, który poprzez sieć mógłby sparaliżować giełdy, ruch lotniczy lub system energetyczny? Albo odwrotnie - że w Ameryce czy w Europie jakiś niedouczony informatyk nie robi właśnie błędu o podobnych skutkach? Tu asymetria przyczyn i skutków byłaby, w każdym obliczalnym sensie, jeszcze większa.
Na razie Internet nie może być rozważany w oderwaniu od Ameryki. Jest dziełem USA i ciągle pozostaje z USA kontrolowany. Tam skupiają się interesy tych, którzy próbują Internet eksploatować ekonomicznie, tam lokują się funkcje policyjne i szpiegowskie, tam też powstają sieciowe utopie i zapewne stamtąd przyjdą rewolucje.
Co do bliskiego rozwoju sieci, panuje dziś raczej pesymizm. Nie są już formułowane programy tak entuzjastyczne, jak cyberkomunizm Richarda Barbrooka lub wolny od chorób i niedostatków wirtualny Eden Pierre'a Leviego. Ale podobne wizje, narysowane kiedyś, wciąż istnieją i tworzą dramatyczny kontrast z praktykami ostatnich lat, zarówno tymi demaskowanymi przez Juliana Assange'a i Edwarda Snowdena, jak z i tymi lansowanymi i lobbowanymi przez biznes, próbujący kontrolować sieć.
W pierwszym przypadku obserwujemy rakowaty rozrost międzynarodówki służb specjalnych, spiskującej i współpracującej przeciw całej reszcie świata, nie wyłączając zresztą własnych państw. W drugim przypadku widzimy rozwój monopolistycznego cyberkapitalizmu, zawłaszczającego kulturę, naukę, reglamentującego edukację i międzyludzką komunikację. Są to zresztą procesy dawno przewidziane i opisane, na przykład w dystopii Williama Gibsona i przestrodze Roberto Verzoli, a zatem dość łatwo dostrzegalne i tym łatwiej budzące sprzeciw.
Jeśli władza Ameryki nad cyberprzestrzenią będzie nadal tak źle używana jak ostatnio, zacznie być coraz bardziej kwestionowana, co powinno skłaniać świat do poszukiwania alternatyw. Mogą powstać równoległe do Internetu sieci komercyjne i państwowe, rozwiną się też bezprzewodowe i nie wymagające specjalnej infrastruktury sieci społeczne, działające w oparciu o technologię peer to peer. Docelowo raczej trudno będzie kontrolować cyberprzestrzeń z jednego ośrodka.
Prędzej zderzenie z Internetem, niż z jakimkolwiek państwem, może zagrozić amerykańskiej dominacji, a co najmniej przyśpieszyć jej koniec. Właściwie, w perspektywie tego półwiecza, można by to uznać za główne zagrożenie dla tej dominacji.
Sieć
Współczesny świat jest zdominowany przez kilka, może kilkanaście globalnych karteli: finansowych, surowcowych, zbrojeniowych, żywnościowych, farmaceutycznych, medialnych, zlokalizowanych w większości w USA. Wszystkie służą egoistycznym interesom swoich właścicieli, których oczywistym dążeniem jest stabilizacja własnych przywilejów i monopolistyczna eksploatacja wszelkich dostępnych dziedzin i obszarów życia.
Metody ich działania w stosunku do nowo otwierających się obszarów są już jako tako rozpoznane. Podstawowa strategia to najpierw utworzenie monopolu poprzez nacjonalizację, a potem przyjęcie go w drodze prywatyzacji. Zamiast nacjonalizacji można zastosować reglamentację lub silną regulację, z kolei zamiast prywatyzacji można ustanowić kontrolę normatywną lub koncesyjną, oczywiście własną. Tak zwykle przechwytywano nowe zasoby naturalne, a także dobra kultury i nauki, kiedy już je zekonomizowano. Podobnie zawłaszczano rzeczy tak abstrakcyjne jak eter i ta sama strategia może być przewidywana w stosunku do cyberprzestrzeni.
Sytuacja jest jednak naprawdę nowa i zdaje się wymagać nowego podejścia. Nie istnieje wspólna płaszczyzna pojęciowa dla świata materii i świata wirtualnego. Wiele słów z jednej strony ma inne znaczenie po drugiej, a niektóre nie mają go wcale. Nie da się przetransponować atomów na bity, a współrzędnych geograficznych na adresy IP. Świat Ziemi i świat Sieci rządzą się innymi prawami, podobnie jak świat ducha oraz świat materii. Aby je pogodzić, trzeba by wyjść poza nie i zrozumieć oba. Na razie jednak zanosi się na trywialny konflikt.
Gdyby globalni plutokraci byli rozsądni, nie walczyliby ze społeczeństwem Sieci, nie próbowaliby kolonizować cyberprzestrzeni, narzucać jej swoich praw, często w jej świecie absurdalnych, ale raczej tak by popodłączali do Sieci swoje macki i przyssawki, aby eksploatować ją dyskretnie i bez zadawania gwałtu. Mogliby nawet Sieci oraz ludziom w Sieci pozostawić pełną wolność, nie reglamentować w tym świecie niczego, a swoje interesy lokować na jego granicach, przy zaopatrzeniu w energię, żywność, komputery, schronienie, opiekę medyczną itd. W tych dziedzinach monopole już istnieją i są nawet dobrze tolerowane.
W krótkiej perspektywie, główne zagrożenie może stwarzać intelektualna nieelastyczność globalnej plutokracji, niezrozumienie przez nią natury tego nowego świata, traktowanie go jako części biznesu medialnego, telekomunikacyjnego, przesyłowego, reklamowego, rozrywkowego czy szpiegowskiego, walka z jego odmiennością od tych nietrafnie dobranych modeli biznesowych i w końcu sprowokowanie buntu.
Ważne warunki brzegowe stwarzają globalne interesy Chin oraz ich prawdopodobna niestabilność w bliskiej przyszłości. Dynastia komunistyczna, w trakcie trwającego obecnie drugiego wielkiego skoku, odbudowała chińską kastę mandarynów, bardzo mentalnie odmiennych od plutokratów naszej cywilizacji. Ci nasi są wychowani dla misji czynienia sobie świata poddanym. Tamci nie, oni nie odczuwają żadnej wspólnoty z barbarzyńcami. Jest im obojętne co my tu jemy, pijemy, myślimy, z kim kładziemy się do łóżka, do jakich się modlimy bogów. Dla barbarzyńcy i tak nie istnieje osobista ścieżka awansu na Chińczyka. A skoro cywilizować się go nie da, można go tylko eksploatować. Taki szczególny racjonalizm powinien sprzyjać odmiennej, może nawet pod wieloma względami rozsądniejszej postawie w stosunku do sieci, przynajmniej jeśli chodzi o sieć barbarzyńców.
Po obecnym wielkim skoku, pewnie przyjdzie nowa rewolucja kulturalna. Być może przyniesie ona koniec tej dynastii i formalną restytucję cesarstwa, a może przeciwnie – umocni obecnie rządzących, po prostu koronując ich i likwidując schizofreniczną rozbieżność ideologii z rzeczywistością. Tak czy owak, mandaryni będą raczej wzięci pod but i podporządkowani bardziej interesom imperium niż własnym. To znowu oznacza niekompatybilność z naszą plutokracją, która służy tylko sobie.
Wydaje się, że Chiny nigdy się w pełni nie włączą do takiego globalnego systemu, jaki próbują stworzyć sternicy naszej cywilizacji. Zaprowadzą system własny. Raczej nie będą mogły i zapewne nawet chciały narzucać go światu, lecz będą go bronić u siebie. A to już wystarczy, żeby uniemożliwić komukolwiek skuteczną kontrolę nad całością globalnej sieci. Przynajmniej w perspektywie tego stulecia.
Wszelkie biurokracje postrzegają społeczeństwo Sieci jako amorficzną masę. Nikt go nie reprezentuje, nikt nim nie zarządza, nikt nawet nie wyraża jego interesów. Istnieją wprawdzie zorganizowani tradycyjnie, rzeczywiści czy rzekomi, ale uznani (po tej stronie) przedstawiciele społeczeństwa Sieci. Pozostając jednak zależni od finansowania przez różne budżety, muszą oni dostosować się do intelektualnej perspektywy biurokracji, a w niej sieć redukuje się do warstwy telekomunikacyjnej, medialnej czy rozrywkowej, a nawet kryminalnej: czarnorynkowej lub terrorystycznej. Tak ułomna epistemologia więcej zaciemnia, niż objaśnia.
Ziemskie instytucje nie dysponują wartościową wiedzą o tym, co się dzieje w Sieci, a ich działania w stosunku do Sieci są często absurdalne i przeciwskuteczne. Zresztą, cóż innego, jeśli nie bezradność, ukazuje skala rozrostu wokół Sieci wszelkich urzędów, policji i służb? Gdyby sobie już radziły, nie musiałyby nadal tak gwałtownie rosnąć.
Sieć sformułowała już dawno (dawno – w rozumieniu jej kalendarza) swoją Deklarację Niepodległości, autorstwa Johna Perry Barlowa, ale chyba na tym się skończyło i raczej nie nastąpiło po tym ustanowienie jakichś przedstawicieli. Przynajmniej nic o tym nie wiemy, bo całkiem wykluczyć też tego nie można: instytucje sieci, kiedy już powstaną, mogą być dla nas trudno dostrzegalne. Nie muszą mieć siedzib, statutów, budżetów, ani ustawowych upoważnień. Ich działania mogą przypominać procesy naturalne, jak breakdown czy rezonans, i dość łatwo można je stąd zbagatelizować.
Parlamenty, rządy, policje i armie, organizacje międzynarodowe, wielkie banki i korporacje, narodowe i ponadnarodowe instytucje lobbistyczne – poruszają się w Sieci po omacku, co i rusz się plącząc w splotach, które często same namotały lub boleśnie odbijając się od przeszkód, które też same poustawiały. Ta bezradność może przypominać sytuację monarchii francuskiej sprzed zwołaniem Stanów Generalnych. Podobnie jak wtedy, tak pewnie i teraz, władze, oportunistyczne wobec sił starego porządku, zanurzone w nim mentalnie, nie ulegną żadnym argumentom oprócz finansowych. Podejmą faktyczne działania dopiero wtedy, gdy przestaną spływać podatki, opłaty, łapówki. Najpierw musi zabraknąć funduszy na szalone inwestycje, potem na bieżące koszty, dalej na urzędników, a na końcu na policję. To zresztą nie wydaje się wcale tak odległe w czasie, gdy obserwujemy nakręcanie przez system finansowy kolejnych pętli dodatniego sprzężenia zwrotnego.
Deficyt idei
Już Marshall McLuhan, badacz mediów sprzed Ery Sieci, utrzymywał, że ewolucja mediów i ewolucja ludzkości to praktycznie ten sam proces. Przez całą znaną historię, ludzie pozostają biologicznie tacy sami, ewoluuje tylko kultura rozwijająca się w warstwie międzyludzkiej, rozpinanej właśnie przez media. Główne epoki w rozwoju kultury można oznaczać wielkimi mutacjami mediów: mową, pismem, drukiem, mediami elektronicznymi i w końcu cyberprzestrzenią.
Ten jakościowy obraz uzupełniają dość wymowne miary. Poniższa tabela przedstawia historyczny rozwój informacyjnego potencjału spójnych ludzkich grup, mierzonego łącznym pasmem międzyludzkiego ruchu informacji, obejmującego również artefakty:
|
Epoka dziejów |
Lata temu [~ do dziś] |
Pasmo [~ Mb/s] |
Informacyjne odpowiedniki |
||
|
ludzki |
zwierzęcy |
techniczny |
|||
|
łowiecka |
...-10000 |
1 |
2-mies płód |
owad |
rakieta Cruise |
|
rolnicza |
10000-5000 |
100 |
|
ryba |
|
|
antyczna |
5000-500 |
10000 |
|
gad |
komputer PC |
|
nowożytna |
500-50 |
1000000 |
noworodek |
ssak |
superkomputer |
|
współczesna |
50-0 |
100000000 |
dorosły |
człowiek |
ogół sieci cyfrowych |
|
cyfrowa |
0-... |
10000000000... |
|
|
|
Tabela 1. Informacyjny rozwój spójnych ludzkich grup
Źródło: http://chlebus.eco.pl/CYBER/OverMind.pdf
Jak widać, zmiany następują coraz szybciej i na coraz większą skalę. Zważywszy na charakter zmian poprzednich, można by się spodziewać, że skok między tą epoką, która się właśnie kończy, a tą, która nadchodzi, będzie miał wymiar więcej niż polityczny i nawet więcej niż historyczny, najprędzej dziejowy. Żadne przepisy, żadne rozwiązania instytucjonalne czy ustrojowe, żadne centra władzy, żadne dynastie, przywileje ani monopole – nie podlegają przy takich przemianach ochronie. Zmienić się może prawie wszystko.
Nie znaczy to, że nie można w ogóle myśleć o przyszłości, ale z pewnością nie warto o niej myśleć inaczej niż śmiało. Program „umiarkowanego postępu w granicach prawa” jest dzisiaj tak samo groteskowy, jak był w czasach poprzedniego fin de siècle, gdy go ogłaszał szyderczy ideolog Haszek, kpiący z gnijącego za fasadą falban i orderów starego reżimu.
Nigdy w historii nie było tylu wykształconych ludzi, mających tak łatwy dostęp do wiedzy i kultury, tak mało przytłoczonych walką o przetrwanie. Równocześnie chyba nigdy, a co najmniej od naprawdę dawna, tak bardzo nie brakowało ludzkiej samowiedzy i namysłu nad urządzeniem świata. A czas byłby po temu wielki.
Dobrze byłoby sformułować jakieś pomysły dla poszerzającej się teraz cyberprzestrzeni. Nie chodzi oczywiście o nagłaśniane i nawet wdrażane dziś projekty biznesu, urzędów czy policji, bo te należą do cyfrowej kontrrewolucji i jeśliby mogły być pomocne w ogarnięciu przyszłości, to raczej brane à rebours. Tę ich reakcję trzeba po prostu przeczekać, nawet nie warto z nią polemizować, a tym bardziej walczyć; wypali się sama, na dłuższą metę nikt nie wygra z prawami natury czy matematyki.
Myślenie na zapas jest zazwyczaj frustrujące, a bywa i groźne. Locke musiał uciekać z Anglii, a Monteskiusz znalazł się na indeksach Kościoła i Sorbony. Jednak dziesiątki lat później i tysiące kilometrów dalej, ich dzieła skutecznie zainspirowały twórców nowego ładu, kiedy otwierała się dla niego przestrzeń w Ameryce, która właśnie oddzielała się od Europy.
Przydałoby się i teraz mieć coś w szufladzie, a jeszcze lepiej rozsiać to po wielu, by było pod ręką, gdy najnowszy Nowy Świat, cyberprzestrzeń, będzie się odłączał się od macierzystej Ameryki.
Marek Chlebuś
Artykuł w formacie pdf, poszerzony o literaturę, jest dostępny na stronie autora: http://chlebus.eco.pl/CYBER/KoniecEpoki.pdf
Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji.
- Autor: Marek Chlebuś
- Odsłon: 5642
Widmo krąży po planecie – widmo Internetu. Wszystkie potęgi starego świata połączyły się do świętej nagonki przeciw temu widmu.
Po nieznacznej modyfikacji, pierwsze słowa „Manifestu komunistycznego” zaczynają brzmieć niepokojąco współcześnie. Baza i nadbudowa znów się rozmijają, cyfrowym społeczeństwem próbują zarządzać prawa oraz instytucje z epoki węgla i stali. Jeśli dodać eksplozję demograficzną i malejące zapotrzebowanie na pracę, mamy obraz uderzająco podobny do tego z czasów rewolucji przemysłowej.
Tylko czekać, aż ktoś przypomni ostatnie słowa Manifestu i zawoła: Internauci wszystkich krajów, łączcie się!
Stary ład
Wydawać by się mogło, że globalny świat jest całkiem dobrze i trwale uporządkowany. Mamy jedno planetarne mocarstwo, dominujące nad wszystkimi, dwa współpracujące z nim wicemocarstwa: jedno ważne militarnie, drugie gospodarczo i jeszcze może z dziesięć potęg regionalnych, w zasadzie już bez większych aspiracji planetarnych.
Podobnie jest z organizacjami i agendami między- oraz ponadnarodowymi, a także z firmami kontrolującymi rynki. W każdej z tych grup można wyróżnić ciasny krąg podmiotów silnie dominujących i niewiele większe grono tych, które się w ogóle liczą. Reszta to tylko tło, plankton.
Nie inaczej z rodzinami, właścicielami i dysponentami kluczowych aktywów: tu też znaleźć można kilka głównych i może kilkanaście pomniejszych dynastii. Do ogarnięcia takiego systemu nie potrzeba żadnej socjologii czy politologii. W tak wąskim gronie, można się dogadywać przy golfie lub na imieninach. No, ale też można się kłócić.
Już kiedyś tak było, równe sto lat temu, że nad światem panowało kilka wielkich rodzin, wsobnie spokrewnionych, podogadywanych, zainteresowanych w utrzymaniu tego dogodnego dla nich wszystkich ładu. Rywalizacja między nimi miała się sprowadzać już tylko do handlu i sportu, a walka, jak twierdzono, utraciła wszelki racjonalny sens. Wystarczyło jednak parę kul z browninga, wystrzelonych w Sarajewie, by wybuchła Wielka Wojna, którą przegrali praktycznie wszyscy.
Dzisiejsza sytuacja świata może wydawać się wyjątkowa i skłaniać do ostrożności w stosowaniu ścisłych analogii historycznych. Pewne jednak ogólne prawidłowości zawsze zachowują moc, szczególnie ta, że kiedy instytucje i prawa nie są zharmonizowane z rzeczywistością, pojawia się napięcie, które powoli wzbiera, by w końcu rozładować się gwałtownie w jakiejś rewolucji lub wojnie.
W ostatnim półwieczu bardzo pozmieniała się rzeczywistość społeczna, polityczna, gospodarcza, pojawiły się zupełnie nowe techniki i narzędzia, zmieniło się życie większości ludzi. Oficjalna wizja świata pozostaje jednak uwięziona w anachronicznych kręgach pojęciowych, dostosowanych do zupełnie innego stanu rzeczy. Nie tylko nie mamy nowej wizji pozytywnej, ale nawet w większości nie wierzymy w sens jej poszukiwania.
Co gorsza, tkwimy w fałszywej i zgubnej samoświadomości, myląc procesy degeneracyjne z ewolucyjnymi, a rozkład z rozwojem. Tendencje, co do których występowania jesteśmy dziś w większości zgodni, i zwykliśmy je uważać za nieuniknione, to przede wszystkim: komercjalizacja kolejnych dziedzin życia, prywatyzacja i kartelizacja sfery publicznej, barbaryzacja kultury, biurokratyzacja nauki, infantylizacja demokracji, demontaż społeczeństwa dobrobytu, wzrastające rozwarstwienie, odrzucenie aksjologii i w końcu - redukcja ontologicznego statusu człowieka.
Procesy te można by teoretycznie przedłużać w przyszłość, zwiastując jakieś postspołeczeństwo, ale są to raczej przejawy dekompozycji i rozkładu towarzyszące po prostu końcowi, a nie początkowi czegokolwiek.
Nasza cywilizacja więdnie i prawdopodobnie ginie. Może nam się oczywiście przydarzyć długotrwałe gnicie, jak kiedyś Bizancjum czy Indiom, możliwe też byłoby odrodzenie, a nawet nowa młodość, co już się kiedyś przytrafiło Europie, ale najbardziej prawdopodobny wydaje się schyłek.
Jest coraz bardziej wyobrażalne, że to nie my i nie nasze dzieci utworzą kolejną cywilizację, cywilizację Sieci. Kto to zrobi – dziś trudno powiedzieć, najprawdopodobniej ktoś, kto odrzuci mechanistyczne i materialistyczne koncepcje porządku, wyzwoli się z fetyszy komercji, własności, praw autorskich, konsumeryzmu, a przynajmniej będzie zdolny do ich nowego zdefiniowania. My możemy znaleźć się poza głównym nurtem przemian.
Żadna to pociecha, że nie umiemy dziś wskazać na naszych mapach państwa, które by nas miało podbić, ani też znaleźć w swoich encyklopediach nazwy dla nowej religii lub ideologii, która by mogła nad nami zapanować. A któż to w Kairze, albo Damaszku mógł pomyśleć w roku hidżry, gdy Mahomet z paroma rodzinami opuszczał Mekkę, że ta garstka bezradnych uchodźców w ciągu dwudziestu lat przyjdzie i podbije Syrię oraz Egipt?
Zdumiewał się nawet ich własny poeta, gdy napisał potem tak: „Poszliśmy za nim... bosi, nadzy, bez ekwipunku, bez siły, bez broni, bez żywności, przeciwko narodom posiadającym najpotężniejszych królów, najstraszniejszą potęgę, najliczniejsze wojska, najgęściej zaludnione kraje, największe możliwości podporządkowywania sobie ludów... Bóg dał nam zwycięstwo, pozwolił zagarnąć ich kraje i osiedlić się na ich ziemiach, zająć ich domostwa i posiadłości, choć nie posiadaliśmy żadnej siły ani potęgi poza prawdą”.
Czy nie jesteśmy dziś sami podobni do tamtych dojrzewających do podboju mocarstw, posiadając wszelkie materialne czynniki potęgi i odrzucając wszelką prawdę?
Nowy świat
Globalny porządek instytucjonalny jest w większości oparty na rozwiązaniach ustanowionych z zakończeniem II wojny światowej, gdy na świecie było kilka komputerów, żadnych satelitów, a większość domów nie miała elektryczności i bieżącej wody, tym bardziej telefonu czy telewizora. Ograniczone były możliwości przemieszczania i komunikowania się. Gospodarka była oparta na powszechnej pracy, często obowiązkowej, w większości fizycznej.
Dzisiaj mamy społeczeństwo ery cyfrowej, zupełnie już inne, a instytucje nadal z epoki węgla i stali, no, może ropy i elektryczności; ale już na pewno nie komputera czy Internetu. Ten, mówiąc językiem Marksa, rozdźwięk między bazą a nadbudową w warunkach rosnącej demografii i malejącego zatrudnienia bardzo przypomina sytuację z czasów rewolucji przemysłowej, wymownie opisaną w „Manifeście komunistycznym”.
Tradycyjna ekonomia, przywiązana do materii, wygląda z punktu widzenia Sieci podobnie anachronicznie jak dla Adama Smitha uwiązany do ziemi fizjokratyzm. Podobnie się mają dzisiejsze ustroje polityczne, związane z terytorializmem człowieka, dzisiaj tak już niestosowne, jak sto lat temu ład feudalny. Współczesny świat coraz mniej poddaje się starym kategoriom opisu. Obecny system wyczerpuje się, a nasza cywilizacja podlega coraz bardziej zaawansowanej sklerotyzacji.
Uporczywe wtłaczanie rozwijającego się świata wirtualnego w ramy pojęciowe właściwe dla świata materii prowadzi do coraz kosztowniejszych i coraz bardziej konfliktogennych przesądów, ustrojowych protez, opresyjnych instytucji.
Społeczeństwo Sieci łączy się w inne grupy, w inny sposób, wokół innych spraw, jest z natury eksterytorialne i nie całkiem ludzkie, bo tworzą je nie tylko osoby, ale też osobowości cząstkowe oraz kolektywne, a także programy. Nie mają i nie mogą mieć tam zastosowania stare modele społeczne. Nie ma też w tym świecie uzasadnienia dotychczasowa organizacja władzy.
Gospodarka Sieci też jest inna. Nie ma tam dóbr rzadkich, więc zmienia sens posiadanie. Konsumpcja dóbr wirtualnych jest niekonkurencyjna i nie zużywa ich, a ich produkcja nie wymaga kapitału, surowców i pracy. Te zasady gospodarowania, które wypracowano tutaj dla dóbr materialnych, nie znajdują zastosowania dla dóbr wirtualnych w sieci. Podobnie też prawa, związane z własnością, przestrzenią i ruchem, bo tam te pojęcia nie znajdują żadnych desygnatów.
Cyberprzestrzeń już się stała naturalnym i niezbędnym środowiskiem życia dla trzeciej części ludzi, a do połowy wieku powinna się rozszerzyć na całą praktycznie ludzkość. Organizowanie tej populacji przy pomocy dotychczasowych praw i instytucji, dostosowanych do świata materialnego, będzie trudne i chyba nawet niemożliwe, podobnie zresztą jak nieskuteczne okazało się wcześniej zarządzanie cywilizacją przemysłową przez instytucje świata feudałów.
Globalny świat wymagać będzie nowego ładu, ten dzisiejszy z pewnością nie stanowi właściwej propozycji. Musi zmaleć rola własności, geografii, zasobów, energii, musi wzrosnąć rola informacji, kreatywności, automatów, oprogramowania. Coraz bardziej prawdopodobna wydaje się algorytmizacja władzy, także wtedy, gdyby ta władza miała być budowana od strony cyberprzestrzeni.
Tak na marginesie - gdy już się buduje Golema, trzeba by mieć jakąś wizję, jak zapobiec jego znarowieniu. Dlatego musi smucić, a może też przerażać, bezrefleksyjność i nieodpowiedzialność światowych elit władzy, planujących szczucie ludzi autonomicznymi maszynami i algorytmami, bez implementowania w nich choćby namiastki praw Asimova. Któż mógłby pomyśleć, że w czasach powszechnej edukacji, rozum może stać się dobrem aż tak deficytowym?
Marek Chlebuś
Od Redakcji: Jest to pierwsza część rozważań autora. Kolejna ukaże się w numerze kwietniowym Spraw Nauki.
- Autor: Lesław Michnowski
- Odsłon: 5624

