Prognozowanie (el)

Bogactwo narodów v.2.0

Utworzono: środa, 30 listopad 2011 Marek Chlebuś

Życie jako ciąg nieuniknionych wyborów, społeczeństwo jako zespół międzyludzkich transakcji, przyroda jako wielka sieć powiązanych oddziaływań – taki obraz świata kreśli matematyczna i zarazem społeczna nauka, zwana Teorią Gier.

Według niej, wszyscy nieustannie wchodzimy w gry z losem, z przyrodą, z innymi ludźmi – to zyskując, to tracąc różne dobra i wartości, a uwolnić się od tych gier nie można: gramy i grać musimy, niczym nałogowy hazardzista.

Jednym z najważniejszych narzędzi Teorii Gier jest gra w konkurencję i kooperację, zwana Dylematem Więźnia. Opisuje ona takie relacje, w których każdy z dwóch uczestników musi zadecydować, czy drugiemu zaufać, czy nie, czy zachować się w stosunku do niego przyjaźnie, czy wrogo, pozytywnie czy negatywnie, kooperować czy konkurować, przy czym decyzja drugiego nie jest mu zawczasu znana.

Dobrym przykładem tego rodzaju gry jest wymiana. Rozważmy sytuację, w której obaj gracze kładą równocześnie na stole swoje dobra, aby wymienić jedno na drugie. Gdy obydwaj zachowają się uczciwie, do wymiany dochodzi i każdy z graczy zostawia stare dobro, zyskując nowe – subiektywnie dla niego bardziej wartościowe, skoro decydował się na wymianę. Odnosi więc korzyść.

Gdy jeden nadużyje zaufania drugiego, który próbował kooperować, wtedy przechwyci jego dobro, nie pozostawiając swojego. Złodziej zyskuje łup, okradziony go traci. Kiedy obaj sobie nie ufają, nie dochodzi ani do wymiany, ani do kradzieży. Nie ma strat, ale też nie ma korzyści. Taki sam będzie wynik, kiedy obaj próbują oszukiwać, dlatego w teorii tych dwóch sytuacji nie rozróżnia się, i niepodjęcie gry oraz obustronną próbę gry nie fair traktuje się po prostu jako brak gry.


Gra bez końca

Paradoksalność Dylematu Więźnia polega na tym, że subiektywnie zawsze popłaca niekooperatywność. Jeśli gracz nie ma pewności, co zrobi drugi, musi rozważyć obie ewentualności. Gdyby tamten zachował się kooperatywnie, ten może wyjść z gry albo z nowym dobrem, kiedy także kooperuje, albo z dwoma dobrami, gdy nadużyje zaufania. Dwa do jednego dla niekooperacji.

Gdyby tamten zachował się niekooperatywnie, ten może albo swoje dobro stracić, gdy tamtemu zaufa, albo z tym dobrem pozostać, jeżeli nie podejmie współpracy. Tu wygranej nie ma, ale niekooperacja znowu wygrywa: zero do minus jednego. W każdym wypadku, bezpieczniej jest nie ufać i nie współpracować.

Skoro, logicznie rzecz biorąc, zawsze lepiej traktować drugiego jak przeciwnika niż jak partnera, obaj gracze powinni zgodnie unikać kooperacji, mimo że tylko zgodna współpraca przynosi w tej grze ogólną i obopólną korzyść. W tego rodzaju grach, nazywanych grami o sumie niezerowej, interes publiczny przestaje być prostą wypadkową indywidualnych egoizmów. Traci tu moc recepta Adama Smitha, aby każdy myślał o sobie, a Niewidzialna Ręka Rynku sama to przełoży na pospólne dobro.

Smithowski paradygmat homo oeconomicus wciąż zachowuje ważność dla relacji międzyludzkich modelowanych przez gry konkurencyjne, zwane grami o sumie zerowej, w których zysk jednego jest stratą drugiego. Taki jest na przykład prosty handel, w którym rzeczywiście, zgodnie z receptą Smitha, egoizm jest cnotą. Prawdziwe życie społeczne częściej opisują gry o sumie niezerowej, i zazwyczaj jest to właśnie Dylemat Więźnia, w którym racjonalny egoizm wyklucza kooperację i prowadzi do najgorszego ogólnego wyniku.

Jak to zatem jest, że ludzie mimo wszystko ze sobą współpracują, czego dowód stanowi istnienie cywilizowanych społeczeństw? Rozwiązaniem okazuje się gra wielokrotna. O ile w grze pojedynczej, nadużycie zaufania może być strategią optymalną, i cwaniak zawsze wygrywa z frajerem, to gdy gra się powtarza, frajer w końcu leczy się z naiwności. Wtedy wygrana cwaniaka, choć duża, pozostaje jednorazowa i może być jednak mniejsza od sumy drobnych korzyści z wielokrotnych aktów kooperacji. Zaufanie zaczyna popłacać.

Wciąż może się opłacać zdrada w ostatniej grze, dlatego koniec powinien być dla graczy nieprzewidywalny. Wtedy muszą się zachowywać tak, jak gdyby gra nie miała końca. Skąd my to znamy?

Gra bez granic

Jaka jest optymalna strategia w grach społecznych? Poszukując odpowiedzi na to pytanie, Robert Axelrod ogłosił kiedyś turniej, w którym programy komputerowe z całego świata wielokrotnie rozgrywały między sobą grę w Dylemat Więźnia. Turniej wygrał prościutki program Anatola Rapoporta, nazwany „wet za wet”, którego strategia wyglądała tak:

    • najpierw kooperuj,
    • potem odwzajemniaj,
    • czasem zapominaj.

Wywodzono z tego pragmatyczną teorię moralną, której przykazania miały brzmieć:

    • bądź życzliwy dla obcych,
    • bądź miły dla przyjaciół,
    • karz zdrajców,
    • czasami wybaczaj.

Turniej Axelroda stał się ważnym i bardzo mitotwórczym wydarzeniem w historii nauk społecznych. Odwołuje się do niego wiele późniejszych prac, wśród nich i ta, rozszerzająca go na Sztuczne Społeczeństwo: Chlebuś, Kamiński, Kotowski, Collective Prisoner’s Dilemma Model of Artificial Society, ICCCI, Springer-Verlag, Berlin-Heidelberg, 2009. Dalszy ciąg tego artykułu jest w głównej mierze omówieniem tej pracy.


Jednostka i społeczeństwo

Zaimplementujmy w komputerze nieograniczoną populację programów, wiecznie powtarzających grę w Dylemat Więźnia – taki nieskończony Turniej Axelroda. W każdym cyklu turnieju, niech programy dobierają się w pary i rozgrywają w nich gry, w których zachowanie wynika ze strategii każdego programu, jego cech osobistych, sytuacji społecznej i własnej wiedzy o partnerze oraz jego ogólnej reputacji.

Strategię programu wyznaczają przede wszystkim:

    • racjonalność (na ile kieruje się wiedzą, na ile emocjami),
    • wrażliwość (w jakim stopniu ostatnie doświadczenia kształtują nastrój),
    • otwartość (na ile chętnie podejmuje kooperację z obcymi partnerami
    • lokalność (na ile niechętnie podejmuje kooperację z odległymi partnerami),
    • tolerancja (jakie ma wymagania co do reputacji partnera)
    • aktywność (jaką część stanu posiadania angażuje w grę)
    • konformizm (na ile w decyzjach kieruje się przesłankami osobistymi, na ile społecznymi),
    • moralność (model oceny zachowań: komercyjny, utylitarystyczny, kooperatywny)
    • bogactwo (skumulowany wynik wszystkich gier, transferów i potrąceń
    • pamięć (po jakim czasie zapominane są zdarzenia)
    • nastrój(osobista ocena odbytych gier)
    • zdrowie (wyznacza prawdopodobieństwo śmierci, zależy od wieku i bogactwa),
    • opinia o innych (ocena partnerów z odbytych gier)

Ostatnie trzy cechy, oznaczone kursywą, zmieniają się w wyniku kolejnych gier, pozostałe są niezmienne i tworzą stabilny charakter.

Pewnego komentarza wymagają przyjęte modele moralności. Moralność komercyjna wysoko ocenia osobiste wyniki, mniej bacząc na sposób ich osiągnięcia, moralność utylitarystyczna premiuje wynik społeczny działań, a w mniejszym stopniu to, kto go skonsumuje, moralność kooperatywna nagradza dobre intencje, nawet gdyby ich skutki miały być niekorzystne.

W populacji programów, reprezentowane są wszystkie możliwe strategie, z prawdopodobieństwem określonym przez odpowiednie cechy społeczeństwa. Na przykład, postawy tolerancyjne będą dominować w społeczeństwie o wysokiej tolerancji, będą nieliczne w społeczeństwie o niskiej tolerancji i będą mieć zrównoważony rozkład w społeczeństwie o tolerancji średniej. Podobnie z innymi cechami społeczeństwa, które po prostu wyznaczają statystykę cech jednostkowych.

Państwo

Oprócz cech jednostek oraz ich wzajemnych relacji, istnieją tak zwane urządzenia społeczne, nie wynikające z właściwości jednostek ani ich elementarnych oddziaływań. W omawianym modelu, wyrażają się one poprzez finanse publiczne. Podstawowe ich elementy to:

    • koszty (ile majątku trzeba w każdym cyklu gry bezpowrotnie stracić)
    • podatek majątkowy (procent majątku, jaki trzeba oddać do budżetu),
    • podatek obrotowy (procent stawki w grze, jaki trzeba oddać do budżetu),
    • podatek dochodowy (procent wygranej w grze, jaki trzeba oddać do budżetu),
    • minimum socjalne (do jakiego poziomu jest wyrównywany przez budżet majątek w ramach opieki społecznej)
    • minimum biologiczne (poziom majątkowy, poniżej którego jednostka ginie),
    • model redystrybucji (do których grup trafiają nadwyżki budżetowe, pozostałe po realizacji zadań opieki społecznej).

Redystrybucja odpowiada transferom finansowym, bezpośrednim, kiedy budżet oddaje nadwyżki, uprzywilejowując przy tym bogatych lub biednych, lub pośrednim, kiedy budżet finansuje zadania dedykowane bardziej jednym niż drugim. Na przykład, dotowanie komunikacji publicznej alimentuje głównie biedniejszych, utrzymywanie przejezdnych dróg – wszystkich, budowanie dróg płatnych – raczej bogatszych.

Kultura, demografia, gospodarka

Na pulpit sterowniczy sztucznego społeczeństwa składają się różne panele, z których dwa główne dotyczą modelu społeczeństwa oraz państwa. Ten pierwszy definiuje rozkłady racjonalności, wrażliwości, otwartości oraz innych cech antropologicznych, ten drugi określa parametry finansowe. I jedne, i drugie można swobodnie regulować, choć prawdziwe skale czasowe zmian byłyby tu inne, bo jedne się liczy aż w generacjach, inne tylko w kadencjach politycznych.

W rzeczywistości, parametry społeczne są trudne do celowego kształtowania. Możliwość dowolnego ich ustawiania w programie trzeba traktować raczej jako dostrajanie modelu do pewnych zastanych wzorów wychowania i zachowania, właściwych dla różnych społeczeństw, celem badania ich podatności na różne regulacje państwowe, dostępne władzom publicznym.

Pozwala to na poszukiwanie optymalnego sposobu urządzenia spraw publicznych dla różnego rodzaju społeczeństw, jak na przykład skandynawskie, brazylijskie i somalijskie albo katolickie, protestanckie i konfucjańskie. Można symulować różne reformy, można je testować oraz porównywać. Teoretycznie, można by też szukać optymalnego modelu wychowania, ale do praktycznej jego implementacji trzeba byłoby mieć władzę duchową, a taka zazwyczaj zna już swój najlepszy model i nowego nie szuka.

Oczywiście, badania mogą uwzględniać różne aksjologie. Ktoś będzie bardziej cenił sobie gospodarczy wzrost, ktoś – równość ekonomiczną, inny – poziom zadowolenia albo jego mniej lub bardziej wyrównany rozkład, jeszcze inny – wielkość albo młodość populacji. Można też badać dowolne kombinacje tych wyników.

W cytowanej wyżej pracy, eksplorującej syntetyczne społeczeństwo, testowano przede wszystkim wpływ tak zwanego kapitału społecznego na wzrost gospodarczy. Okazał się on bardzo wyraźny. Szczególnie silnie sprzyjała wzrostowi wysoka racjonalność, dość silnie tolerancja, mniej silnie redystrybucja w kierunku ubogich. Wzrostowi sprzyjała najbardziej moralność utylitarystyczna, znacznie słabiej pozostałe modele moralności.

Badano też różne modele podatkowe. Praktycznie, dla wszystkich rozważanych społeczeństw, początkowo najbardziej prowzrostowe okazywało się oparcie budżetu na podatku majątkowym. Z czasem jednak, przewagę zyskiwał model oparty na podatku dochodowym, z początku najsłabszy. Pozostałe modele podatkowe okazywały się gorsze.

Władza a rozum

Bogactwo, szczęście, zdrowie – czegóż więcej można chcieć? Która partia nie obiecuje tego wyborcom i która nie stara się zapewnić... przynajmniej niektórym? Wydawać by się mogło, że opisany model, pozwalający łatwo i bezkrwawo testować różne ustroje, weryfikować ideologiczne recepty i sprawdzać naukowe przepisy – powinien szybko poprawić jakość spraw publicznych... przynajmniej niektórych.

Ale może nie mniej ważna od wiedzy, co by trzeba zrobić, jest wiedza – jak? Współczesna demokracja to sieć rozlicznych kompromisów, kontraktów, zawłaszczeń, targów i wymuszeń, których wynik zwykle zaskakuje wszystkich i zazwyczaj nikogo nie zadowala. Rzadko też bywa spójny, a jeszcze rzadziej logiczny. Cóż, demokracja to rządy ludu, nie rozumu.

Skoro rozstrzygnięcia ustrojowe okazują się wypadkową wielu chaotycznych gier, to może raczej właśnie te gry decyzyjne trzeba by opisać, zbadać i wymodelować, aby znaleźć skuteczny sposób kształtowania ich wyniku? Tylko co dalej? Czy ktoś, kto by dysponował taką mocą sprawczą, chciałby jeszcze jakichkolwiek zmian?

Marek Chlebuś

Chaos - nowa normalność

Utworzono: niedziela, 24 luty 2019 Anna Leszkowska


Z prof. Jerzym Kleerem, wiceprzewodniczącym Komitetu Prognoz PAN Polska 2000 plus rozmawia Anna Leszkowska


- Panie Profesorze, coraz częściej nasze czasy określa się mianem ery chaosu. W dodatku chaos traktuje jako nową normalność. Czy globalizacja jest jego skutkiem, czy przyczyną?

kleer2- Uważam, że globalizacja jest czynnikiem konsolidującym, a nie wywołującym chaos. Chaos istnieje z powodu dwóch przesileń cywilizacyjnych, jakie obecnie występują. Jedno to przechodzenie z cywilizacji przemysłowej do cyfrowej, a drugie to destrukcja cywilizacji agrarnej wywołana kilkoma czynnikami, sprzecznymi z globalizacją.

Bo jeżeli mówimy o globalizacji, to musimy pamiętać również o tym, że globalizacja, która występuje współcześnie jest drugą globalizacją – pierwsza zaczęła się w pierwszej połowie XIX wieku i trwała do I wojny światowej. Jej promotorami były mocarstwa kolonialne, podporządkowujące sobie państwa i określone obszary w Afryce i Azji, traktując je jako źródła surowców i rynki zbytu. 

Otóż chaos dzisiaj jest związany z przyspieszonym rozwojem cywilizacji cyfrowej w warunkach jeszcze dość twardo się trzymającej cywilizacji przemysłowej i co ważniejsze – my tak do końca nie bardzo wiemy, co się dzieje z tymi państwami czy obszarami, które podlegają destrukcji cywilizacji agrarnej.
Trzeba pamiętać, że ok. 20 lat temu stanowiły one 2/3 świata, a może więcej. Dzisiaj z tego obszaru destrukcji wyłoniły się silne centra, które jednak trudno nazwać centrami cywilizacji cyfrowej czy cywilizacji przemysłowej, bo tam istnieją także resztki cywilizacji agrarnej. Mam tu na uwadze głównie Chiny, ale za chwilę będzie to dotyczyć także Indii.

Ogólnie można powiedzieć, iż chaos jest wywołany przyspieszonym kształtowaniem się bałaganu na świecie. To nie jest określenie naukowe, ale dobrze oddaje rzeczywistość, to że nic nie następuje z określoną regularnością, nie ma następczości instytucjonalnej i nawet produkcyjnej, a co ważniejsze – wyrywkowo powstają obszary różnych cywilizacji w tym samym państwie.
Następuje więc zderzenie w zakresie reguł gry, bo inne reguły obowiązują w cywilizacji agrarnej, inne w przemysłowej, a jeszcze inne kształtują się w cywilizacji cyfrowej. I na to nie ma rady – musimy po prostu poczekać – myślę, że około 20 lat - żeby mieć wyraźnie ukształtowany świat. Co nie znaczy, że wszędzie będzie wówczas dominować ta sama cywilizacja.

Ale wróćmy do globalizacji, której cechą jest nie tylko opanowanie nowych rynków, ale i tworzenie nowych instytucji rozwiązujących problemy, z którymi zacietrzewieni politycy nie potrafią się wspólnie uporać.
Uważam, że globalizacja daje znacznie więcej pozytywnych efektów niż negatywnych, choć ich nie jest mało. Globalizacja, zwłaszcza podmioty gospodarcze, które ją kształtują – bo globalizacja nie jest duchem świętym, to jest proces kształtowany przez określone podmioty, głównie korporacje ponadnarodowe – ma wspomaganie z dwóch stron. Z jednej strony są to instytucje międzynarodowe, które także regulują procesy globalizacyjne, z drugiej strony – rynki finansowe, które globalizację wspierają, ale czasami też niszczą. Gdybym miał oceniać korporacje ponadnarodowe – nawet przy ich wadach – dałbym im czwórkę z plusem.

- Tutaj panują ciągle spory w środowisku naukowym: jedni dowodzą, że globalizacja, jako skutek neoliberalizmu - ma więcej wad, zwłaszcza zwiększa nierówności w świecie, drudzy z kolei przytaczają dane, że przyczyniła się do zmniejszenia biedy na globie...Kto ma rację?

- Świat nie rozwija się równomiernie. Nierównomierność, zróżnicowanie, jest podstawową zasadą każdego rozwoju: czy to państwa, czy świata, czy grup społecznych, czy poszczególnych ludzi. Oczywiście, czynnikiem różnicującym jest rynek. Istniał już taki system, który miał na sztandarach powszechną równość i sprawiedliwość, ale wiadomo, czym się skończył.

Niektórzy dopatrują się neoliberalizmu w łamaniu reguł gry, ale to jest ten sam liberalizm, jaki był na przełomie XVIII i XIX w., kiedy tworzyła się gospodarka rynkowa, tyle że bardziej dynamiczny, oparty na innych czynnikach wzrostu. W odróżnieniu od liberalizmu wczesnego, ten współczesny opanował wszystkie sfery gospodarki: przemysłu, usług, rynków pracy. Czy on przynosi niesprawiedliwe rozwiązania? – na pewno tak, ale nie ma państwa, ani gospodarki, w której w ciągu 20-30 lat nie naruszono by reguł gry. Pojęcie neoliberalizmu pojawiło się wówczas, kiedy zdemontowano państwo opiekuńcze, problem bowiem polega na wyborze: albo powszechna gospodarka rynkowa, albo państwo, które wszystko reguluje i nadmiernie we wszystko ingeruje. Sądzę, że neoliberalizm jest nową ideą, która nadała impuls globalizacji.

- Prof. Stanisław Kowalik w książce Uśpione społeczeństwo pisze, że przyszłość globalizacji jest nieprzewidywalna: nie przychodzi do tego, kto na nią czeka, ale do oszustów.

-To ładnie brzmi, ale gdyby globalizacja przychodziła do oszustów, oznaczałoby, że oszuści zaczną się wybijać, bo oni też nie lubią być oszukiwani. A do tego jeszcze nie dochodzi. Niemniej trzeba pamiętać, że wspaniały Rzym też kiedyś upadł. I być może, że taki koniec czeka i Europę, którą tworzy 46 skłóconych państw, która cierpi na depopulację, ma coraz mniejszy udział w światowym PKB i zniszczone środowisko. Europa zawsze rozwijała się przez wojny, może dlatego UE nie potrafi sobie ze sobą poradzić, sama się niszczy. UE miała być przyszłościowym modelem na czasy globalizacji, w którym chce się jednocześnie utrzymać wartości państwa suwerennego i mieć korzyści z globalizacji.

- W dwóch raportach z tego roku: Global Risks Report opublikowanym podczas Światowego Forum Ekonomicznego w Davos oraz Raporcie o stanie świata przygotowanym na Konferencję Bezpieczeństwa w Monachium ich autorzy podkreślają, iż na naszych oczach rozpada się porządek świata. I zadają pytanie: kto i jak powinien nasz świat ratować?

- Z ratownikami jest tak, że ci, którzy mogliby ratować, traktują świat jakby to była kość tylko dla nich. Mam tu na myśli dwa państwa: Chiny i USA. Prezydent Trump z racji przyszłego rozwoju świata, ale też i USA, jest najgorszym prezydentem. Potrzebny jest człowiek, który ma pewną wizję, gdyż USA, przy ich potencjale gospodarczym, technologicznym itd. są w stanie uruchomić siły rozwojowe w całej Ameryce Środkowej i stworzyć wielką potęgę światową. Nie ulega wątpliwości, że nierównomierny rozwój, jaki dzisiaj mamy na świecie spowoduje chwiejny pokój regionalny, a może i międzykontynentalny. Na kontynencie azjatyckim, który dzisiaj wysuwa się na czoło jako wiodący – podobnie jak Europa w czasach tworzenia cywilizacji przemysłowej – to mogłoby zaistnieć, gdyby Chiny porozumiały się z Japonią, na co się nie zanosi i wydaje się mało prawdopodobne.

- Ale operujemy tu państwami, a globalizacja niszczy państwa narodowe, zatem kto winien nas ratować?

- Korporacje ponadnarodowe, które są głównymi propagatorami globalizacji i dokonują destrukcji państwa suwerennego, przejmując pewne jego funkcje władcze.

- Tyle, że państwo narodowe ze względów kulturalnych i społecznych jest obywatelom niezbędne.

- Dlatego też uważam, że UE jest takim statkiem ostatniej pomocy dla państw suwerenno-narodowych w Europie, bo z jednej strony stwarza warunki do globalizacji, a z drugiej pozwala państwom trwać w swojej kulturze.

UE nie jest jedynym projektem integrującym – podobne procesy rozpoczęły się w Azji, Ameryce Łacińskiej. Zawsze jednak są tacy, którzy przeszkadzają w tym procesie, bo taki jest charakter rodzaju ludzkiego. Żeby powstał silny model integracyjny, musi być ktoś, kto to weźmie w swoje ręce. Kiedyś sądzono, że zrobią to Chiny w Azji, ale trudno sobie wyobrazić, aby globalizacja połączyła Chiny, Japonię i Indie, bo żadne z tych państw nie odda drugiemu nawet części swojej suwerenności. Globalizacja może więc być głównie procesem łączenia rynków, a nie społeczeństw, kultur.

Pełnej globalizacji jednak nigdy nie będzie – co najwyżej regionalna z różnymi interesami - nie tyle gospodarczymi, co politycznymi.
Globalizacja nie może być traktowana jako proces łączący wszystkich, a na jego zakończenie odbędzie się wielkie przyjęcie. Jeśli przyjmiemy jako prawidłowość historyczną nierównomierność rozwoju, to zawsze będzie ktoś z przodu i ktoś z tyłu.

- Ale wróćmy do tego, co robić? Czy do procesu globalizacji można wprowadzać poprawki?

- Możemy założyć, że cywilizacja ma przed sobą jeszcze długi żywot. Prawdopodobnie system globalizacji będzie powszechny w skali światowej, co nie oznacza, że będzie jedno jej centrum, rząd światowy, itp. Ten proces nie prowadzi do jedynowładztwa, do jednego cesarza.
W moim przekonaniu, zakładając że nie będzie wojny, czego nie wykluczam – w Azji ukształtuje się centrum światowego dynamizmu rozwojowego, a Europa będzie zmarginalizowana, co nie oznacza, że spadnie tu jakość życia. Podstawowym problemem będzie starzenie się społeczeństwa – w wieku emerytalnym będzie 1/3 Europejczyków, których albo trzeba będzie zamknąć w szpitalach i domach opieki, albo przyjąć do pomocy imigrantów.
Europa będzie mieć dobrych kilka dekad pod jednym warunkiem: że UE się utrzyma i wzmocni, a procesy integracyjne wewnątrz unii będą postępować. Jeżeli tak się nie stanie, to Europę czeka marna przyszłość – po prostu zostanie podbita ekonomicznie, będą w niej rządzić ponadnarodowe korporacje.

Dziękuję za rozmowę.

Co się stanie z państwem narodowym?

Utworzono: niedziela, 26 listopad 2017 Anna Leszkowska

Idee i koncepcje są nierozerwalnie związane z historycznym, społecznym i intelektualnym kontekstem, w jakim powstawały, nie mają charakteru ponadczasowego.
Taki los może spotkać koncepcję państwa narodowego, według której ludzkość dzieli się na pewną ograniczoną liczbę narodów, które wewnętrznie zorganizowały się jako państwa, na zewnątrz zaś odgraniczają się od innych, zarazem utrzymując z nimi więzi, tworzące system stosunków międzynarodowych.

Państwo narodowe jest doświadczeniem zaledwie kilku stuleci w Europie. W pozostałych częściach świata jego obecność jest jeszcze krótsza, a nawet wątpliwa. Pojawiło się ono pod koniec średniowiecza, kiedy państwa i ich władcy usiłowali wyzwolić się spod panowania cesarza lub papieża. Państwa narodowe były potężnym motorem postępu. Na nich opierał się powestfalski system stosunków międzynarodowych, którego podstawowym wyróżnikiem była suwerenna równość państw. W wyniku dekolonizacji model ten został narzucony mieszkańcom Azji i Afryki, co jednak było sprzeczne z ich własną historią i kulturą.

Ze względu na ogromne zróżnicowanie państw, bardzo trudno jest orzekać jednoznacznie o ich kondycji i wyciągać z tego spójne wnioski. Współczesna piramida państw obejmuje zarówno giganty, jakimi są niewątpliwie Stany Zjednoczone, tradycyjną grupę wielkich potęg (Niemcy, Wielka Brytania, Francja, Japonia, Chiny, Rosja), ale też masę średniaków, wreszcie drobnicę – „karłów i liliputów”. Jeśli do tego dodamy tzw. niby-państwa, tj. jednostki geopolityczne de facto kontrolujące swoje terytorium, mające ludność i efektywną władzę, lecz pozbawione uznania międzynarodowego (Tajwan, Cypr Północny, Abchazja, Górski Karabach, Naddniestrze, Osetia Południowa, Somaliland), to może okazać się, że większość spośród blisko 200 państw nie nadaje się w ogóle do samodzielnego istnienia i funkcjonowania.
Słabość państw jest zatem immanentną cechą systemu międzynarodowego, przejawem zmienności, dynamiki i ciągłej adaptacji różnych jednostek geopolitycznych do standardów środowiska międzynarodowego.

W diagnozie współczesnego świata Francis Fukuyama dostrzega rosnącą dominację państw słabych i chylących się ku upadkowi. Dzieje się tak ze względu na mobilizację nowych aktorów społecznych i nowych grup dotąd wyłączonych ze sprawowania władzy, a także konsekwencje globalizacji w postaci znoszenia barier dla rozmaitych przepływów, w tym zjawisk destrukcyjnych dla państwa (przestępczość zorganizowana, terroryzm, narkobiznes itd.).

Kilka dekad wstecz, bazując na bogatym doświadczeniu historiozoficznym, brytyjski filozof historii Arnold Toynbee prognozował upadek państw narodowych. Według jego rozmówcy, japońskiego uczonego Daisaku Ikedy, „idea państwa nie jest nieodzowna dla ludzkiego życia, ani nie zasługuje na najwyższy szacunek” (A. Toynbee, D. Ikeda, Wybierz życie. Dialog o ludzkiej przyszłości). Uwielbienie i poświęcanie się dla swojego państwa może stanowić poważne zagrożenie, związane zwłaszcza z negatywnymi skutkami nacjonalizmu i szowinizmu.
Zdaniem obu myślicieli, obserwacje prowadzone od końca II wojny światowej prowadzą do wniosku, że lokalne państwa narodowe ulegają zanikowi. Jest to spowodowane nasileniem się wymiany kulturalnej i gospodarczej, podejmowaniem licznych przedsięwzięć międzynarodowych, które pozostawiają niewiele miejsca do ingerencji władz państwa narodowego, hamującego międzynarodowe kontakty między ludźmi. Za Toynbee’m i Ikedą wielu teoretyków stosunków międzynarodowych zaczęło głosić podobne poglądy o nadejściu kresu państw narodowych. Kalevi Holsti określił w połowie lat osiemdziesiątych XX wieku ten nurt mianem nekrologizmu.

Trzy głowy smoka

Obecnie dokonuje się rewizji powyższych poglądów. Mówiąc językiem Friedricha Nietzschego, „z faktu, że bóg państwa narodowego jest śmiertelny, nie wynika jeszcze, że umiera państwo. Raczej przychodzi tu na myśl mit, w którym bohater obcina smokowi łeb, a na jego miejsce wyrastają trzy nowe” (U. Beck, Władza i przeciwwładza w epoce globalnej. Nowa ekonomia polityki światowej). Wskazuje się więc, że państwa narodowe nie znikną, ale stopniowo przestaną być jedyną strukturą władzy suwerennej.

Państwo nie jest już wszechobecne zarówno wewnątrz, jak i na zewnątrz. W ślad za tą konstatacją postępuje wyraźny kryzys różnych ideologii, które przypisywały państwu rolę wszechpotężnego gwaranta wzrostu gospodarczego, nowoczesności i sprawiedliwości społecznej. Państwo przestaje spełniać wszystkie oczekiwania społeczne, jakie niesie postęp cywilizacyjny i internacjonalizacja różnych dziedzin życia społecznego. Jednak ciągle pozostaje głównym aktorem sceny międzynarodowej.

Wraz z globalizacją powstaje nowa przestrzeń działania i nowe jej ramy: „polityka odrywa się od granic i od państw, w efekcie czego pojawiają się dodatkowi gracze, nowe role, nowe zasoby, nieznane reguły, nowe sprzeczności i konflikty”.
Upowszechnił się pogląd, że globalizacja prowadzi do globalnego kryzysu państwa. Państwo jako organizacja polityczna społeczeństwa jest bowiem atakowane z różnych stron. Z jednej strony znajduje się pod naciskiem wielkich korporacji i banków, które chcą funkcjonować ponad granicami i nie liczą się z istnieniem ani interesem państwa. Te korporacje są zresztą często o wiele silniejsze od niewielkich organizmów państwowych, które przeważają we współczesnym świecie. Z drugiej strony, państwo jest osłabiane od wewnątrz przez etnonacjonalizmy, tendencje odśrodkowe i dezintegracyjne.

Władza publiczna w coraz mniejszym stopniu polega na przymusowej regulacji przez swoje hierarchiczne struktury, a w coraz większym stopniu jest sprawą negocjacji prowadzonych przez zdecentralizowane układy płynnych sojuszy (powiązania sieciowe). Wewnątrz suwerennych państw powstają pluralistyczne organizacje społeczne, a w stosunkach zewnętrznych pewne funkcje dotychczas należące wyłącznie do rządów państw narodowych są przejmowane przez organizacje międzynarodowe, globalne czy regionalne.
Wyzwaniem dla państwa stają się ponadnarodowe strefy handlu, kultury diaspory czy globalne miasta – megapolis, w których zanika lojalność wobec państwa narodowego. W państwach ponowoczesnych, poddających się procesom integracyjnym, system międzynarodowy przenika wewnętrzny system polityczny, następuje wzajemne mieszanie się, a nawet ingerencja rozmaitych reżimów międzynarodowych w wewnętrzny aspekt spraw zagranicznych.

„Granice są coraz mniej istotne dla państw ponowoczesnych. Dzięki wynalezieniu rakiety, samochodu i satelity stało się to faktem oczywistym w XXI wieku. Na większej części obszaru Unii Europejskiej słupy graniczne zostały usunięte i tylko na podstawie innych kolorów znaków drogowych wiemy, że jesteśmy w innym kraju. Orzeczenia sądów są obecnie egzekwowane niezależnie od granicy państwowej (aż do mandatów za parkowanie włącznie). W tym środowisku bezpieczeństwo, które kiedyś opierało się na murach, obecnie opiera się na otwartości, przejrzystości i wzajemnej bezsilności wobec agresji drugiego”(R. Cooper, Pękanie granic. Porządek i chaos w XXI wieku).

Kierunki ewolucji

Uwagę obserwatorów zajmują pytania o kierunki ewolucji państwa narodowego, o relacje między tym, co lokalne, ponadnarodowe i uniwersalne, wreszcie o przyszły kształt i rolę wewnętrznych autonomicznych organów państwa narodowego. Interesującym zagadnieniem staje się odpowiedź na pytanie o legitymizację prawa międzynarodowego, jeśli nie stoi już za nim w pełni autorytet suwerennego państwa narodowego.

Dotychczas państwo narodowe dostarczało stałych i absolutnych źródeł legitymizacji norm i organizacji międzynarodowych. Ład międzynarodowy wyrastał więc z tych samych źródeł, co porządek państw narodowych. Współczesny ład globalny rozporządza autonomicznymi źródłami legitymizacji. Nowe reguły pojawiają się na przykład w efekcie powiązania praw człowieka z panowaniem, gdy owe prawa wchodzą w konflikt z narodowym systemem reguł. Interwencja humanitarna podczas wojny w Kosowie w 1999 roku pokazała, jak można znieść usankcjonowaną prawnie suwerenność państwa narodowego. Pojawiło się wtedy określenie „militarnego humanizmu” (Noam Chomsky), które rodzi nowe zagrożenia. Otóż globalne egzekwowanie praw człowieka przy użyciu środków militarnych znosi granice między wojną a pokojem. „Wezwanie do sprawiedliwości i przestrzegania praw człowieka znienacka zamienia się w miecz, z którym wkracza się do obcych krajów” (U. Beck).

Państwa narodowe są zatem w sensie historycznym zjawiskiem zdeterminowanym przez określoną epokę. Tak jak nie było narodów i państw narodowych w czasach starożytnych, tak samo można sobie wyobrazić ich zanik w bardziej lub mniej przewidywalnej perspektywie. Zdaniem wszelkiej maści uniwersalistów ideałem, który można osiągnąć w przyszłości, jest zanik państw narodowych i zjednoczenie świata pod jednym globalnym rządem. Tradycyjne państwa zeszłyby do roli municypalnej, jako „jednostki administracji terenowej”. Takie postawy czy poglądy wynikają z przekonania o anachroniczności państwa narodowego w globalizującym się świecie.

W podobnym kierunku degradacji państw narodowych zmierzają rozważania Ulricha Becka, profesora socjologii na Uniwersytecie Monachijskim i w Londyńskiej Szkole Ekonomii i Nauk Politycznych, zmarłego na początku stycznia 2015 r. Zamiast państwa narodowego czy jakiegoś utopijnego „rządu globalnego” dostrzegał on „pewien nowy poziom metagry o władzę”, co skłaniało go do przyjęcia „spojrzenia kosmopolitycznego”. Miejsce narodowego realizmu politycznego zajmuje jego zdaniem kosmopolityczny realizm polityczny. Maksymę: „interesów narodowych trzeba bronić w sposób narodowy” zastępuje maksyma: „nasza polityka jest tym bardziej narodowa i skuteczna, im bardziej jest kosmopolityczna”(U. Beck, E. Grande, Europa kosmopolityczna. Społeczeństwo i polityka w drugiej nowoczesności).

Beck zwrócił uwagę, że państwa narodowe istnieją obecnie jedynie w ludzkich głowach, są fantomami. Także miejsce tradycyjnych stosunków międzynarodowych jako stosunków między suwerennymi państwami (ład powestfalski), zajmuje jakaś „światowa polityka wewnętrzna”. Klasyczne granice między polityką wewnętrzną i zagraniczną zacierają się i rozmywają. Podważa się samo odróżnienie „wnętrza” i „zewnętrza”. To stanowi wyzwanie dla politologii i nauki o stosunkach międzynarodowych, aby wyzwoliły się z dogmatyki spojrzenia narodowego.

Skutki globalizacji

W obszernej literaturze poświęconej skutkom globalizacji wskazuje się na zdolność państwa do samotransformacji. Rzecznicy neoliberalizmu utrzymują, że państwo nie obumiera, lecz zachowuje zdolność do przekształcania się i adaptacji. Tę pojmują jako dostosowanie do rynku światowego, na przykład przez prywatyzację sfery usług publicznych (ochrona zdrowia, łączność, telekomunikacja), czy deregulację (usunięcie przed kapitałem i strumieniami finansowymi przeszkód w postaci granic i innych zapór ochronnych).
Nie należy zatem przesądzać wszelkich przewartościowań jako kryzysu czy upadku. Przeciwnie, jak wskazują znawcy problematyki globalizacyjnej, globalizacja w sposób zróżnicowany wpływa na możliwości działania i autonomię państw narodowych. Nawet w sferze polityki gospodarczej i finansowej pozostaje znaczny obszar decyzyjny, który może być przez te państwa wykorzystany do tego, aby tak jak dawniej osiągać priorytetowe cele, wiążące się choćby z zabezpieczeniami społecznymi czy ograniczaniem bezrobocia. Ponadto państwo występuje wobec aktorów gospodarki światowej w podwójnej roli – ojczyzny i gospodarza – przez co zyskuje coraz większą rolę jako realizator interesów tej gospodarki.

Na tym tle jawi się pewien paradoks neoliberalnego pojmowania polityki i państwa. Z jednej strony chodzi o państwo minimalne, którego zadania i autonomia miałyby być przykrojone, aby tylko umożliwiały wdrażanie norm światowych (R. Nozick, Anarchia, państwo, utopia), z drugiej jednak, deregulacja rynku czy prywatyzacja sektorów publicznych jest możliwa wyłącznie przy udziale silnego państwa, sankcjonującego ład prawny, modernizującego instytucje nadzoru i ucisku, na przykład przez uszczelnianie kontroli granic i ochronę przed terroryzmem. Instytucje państwa są nadal dysponentem znacznej części dochodu narodowego: budżetu państwa, jego zasobów mineralnych (koncesje), kontroli handlu zagranicznego (licencje, zezwolenia), wreszcie dopływu inwestycji zagranicznych (kontrakty rządowe, udostępnianie terenów, udzielanie zezwoleń).

Według rozmaitych diagnoz socjologicznych, ludzkość znajduje się obecnie na etapie przechodzenia od społeczeństwa masowego do społeczeństwa planetarnego. O ile społeczeństwo masowe mieściło się w granicach państwa i o ile państwa były w stanie jakoś kontrolować swoje społeczności, o tyle żadne państwo nie jest w stanie zapanować nad społeczeństwem planetarnym. „Coraz więcej ludzi robi (bowiem) międzynarodowe interesy, pracuje międzynarodowo, kocha się międzynarodowo, zaślubia międzynarodowo, międzynarodowo żyje, podróżuje, konsumuje i gotuje, międzynarodowe stają się dzieci, wielojęzyczne i wychowane w zgeneralizowanym »nigdzie« telewizji i Internetu. Co więcej, także polityczne tożsamości i lojalności nie są już posłuszne monogamicznej lojalności narodowej”( U. Beck).

Mamy zatem do czynienia z potężnym wyzwaniem ze strony globalnego społeczeństwa obywatelskiego jako władzy opozycyjnej wobec państwa (przykład społeczności konsumenckiej jako realnie istniejącej „społeczności światowej”, która może bojkotować jakieś produkty, bez konieczności organizowania się). Nowa sytuacja nakazuje inaczej podchodzić nie tylko do problemu granic, różnic między tym, co narodowe, a tym, co międzynarodowe, lecz także między gospodarką światową i państwem, czy organizacjami ponadnarodowymi, narodami i społeczeństwami.

„Państwo z dawnych czasów, suwerenny władca własnego terytorium, uprawniony do robienia tego, co chce, bez ingerencji w jakiejkolwiek postaci, zostało poddane zasadniczej modyfikacji”. W centrum dzisiejszych kompetencji państwa „pozostaje kontrola w sprawach krajowych, szczególnie prawny monopol na użycie siły, zdolność do tworzenia i przestrzegania prawa, ale w sferze międzynarodowej nacisk przesunął się z kontroli nad terytorium i nad armiami na zdolność przyłączania się do organizacji międzynarodowych i do zawierania porozumień międzynarodowych. Zawieranie pokoju stanowi tak samo ważny element suwerenności, jak prowadzenie wojny”(R. Cooper).

Wydaje się, że era silnego państwa narodowego, zakorzenionego w Europie Zachodniej, przeminęła wraz z zakończeniem „zimnej wojny”. System międzynarodowy zmierza w stronę nakładających się na siebie ról i odpowiedzialności, z udziałem rządów, instytucji międzynarodowych i sektora prywatnego, ale nikt z nich nie znajduje się całkowicie pod kontrolą.
Próbując dokonać pewnej generalizacji, warto wskazać na historyczną prawidłowość ewolucji: od wielkich imperiów, przez państwa wielonarodowe i narodowe, do wspólnot lokalnych. Wydaje się, że wiele z tych organizmów funkcjonuje nieźle obok siebie.

Patrząc na państwo przez pryzmat jego tradycyjnych atrybutów – przymusowości, terytorialności i suwerenności – można odnieść wrażenie, że:
- Państwo traci monopol przymusu na rzecz rozmaitych sił konkurencyjnych, mafii, podziemia, handlarzy bronią, gangów, prywatnych firm ochroniarskich itp. Obecnie wszystko może zależeć od rakiety w rękach zdeterminowanych fanatyków. Wojna może się rozgrywać między jednostkami a państwami.
- Terytorium państwowe staje się obszarem operowania ze strony rozmaitych podmiotów konkurencyjnych wobec państwa – kiedyś Kościoła, a dzisiaj wielu organizacji pozarządowych, w tym potężnych korporacji transnarodowych, ruchów, sekt, a nawet pojedynczych terrorystów.
- Pod wpływem procesów integracyjnych dochodzi do desuwerenizacji państwa. Często z woli jego samego następuje redystrybucja atrybutów suwerenności w sensie jurysdykcyjnym, funkcjonalnym i terytorialnym.

Trudne pożegnania

Narody jednoczącej się Europy nie są jednak gotowe wyrzec się własnych państw. Unia Europejska w obliczu wielu przeszkód subiektywnych i obiektywnych długo jeszcze nie będzie w stanie przejść w stronę federacji i jednego superpaństwa. Państwa narodowe muszą zachować część swoich uprawnień, starając się przebudować własną tożsamość w kierunku ograniczonej samowładności i całowładności.

Wszystko to oznacza nie tyle kryzys, ile fundamentalną zmianę i określenie na nowo roli państw i rządów w uwarunkowaniach epoki globalnej. Państwa narodowe przekształcają swoje struktury i redefiniują zagrożenia po to, aby zachować tradycyjne funkcje. Okazuje się, że w wielu obszarach oddziaływań, na przykład w sferze praw człowieka czy ochrony środowiska, aktorzy działający w sferze transnarodowej domagają się bardziej stanowczych państwowych regulacji i silniejszej współpracy międzynarodowej.
„Dzisiejszy dynamiczny rozwój rynku i technologii nie będzie trwał wiecznie. Dlatego instytucje państwa wciąż są potrzebne, by bronić nas w sytuacjach kryzysu. Ich demontaż jest działaniem nader nierozsądnym. Świadczy o tym, że nie umiemy czerpać nauk z historii”(T. Judt, Buldożer innowacji, „Europa. Tygodnik Idei”, 15.12.2007).

Jesteśmy świadkami głębokich przemian rzeczywistości społecznej, czego odbiciem są zmiany w świadomości ludzkiej i jakości nagromadzonej wiedzy. Wraz z rozszerzaniem się międzynarodowej aktywności państw na nowe dziedziny i sfery życia społecznego stają one przed nowymi wymogami i wyzwaniami. Państwo ulega daleko idącej transformacji. Mimo pojawienia się rzeszy konkurentów pozostaje ono jednak nadal głównym aktorem „zglobalizowanej społeczności międzynarodowej”. To co polityczne w stosunkach międzynarodowych jest bowiem i pozostaje domeną państw, nawet gdy inni aktorzy zwiększają swoje wpływy i oddziaływania.
Państwo jest jedyną instytucją, która dysponuje władzą i instrumentami potrzebnymi do organizowania powszechnych świadczeń społecznych oraz ograniczania nierówności dochodów i zamożności w imię dobra całej zbiorowości, zamieszkującej określone terytorium. Państwo jest też jedynym gwarantem poczucia bezpieczeństwa jednostek i grup społecznych przed niepodlegającymi żadnym regulacjom globalnymi siłami i zagrożeniami.

Jak zauważył w jednej z prac wybitny znawca prawa międzynarodowego Janusz Symonides (Wpływ globalizacji na miejsce i rolę państwa w stosunkach międzynarodowych), współcześnie „można mówić o globalnej gospodarce, ale nie ma ani globalnej społeczności ludzkiej, ani globalnej polityki, ładu czy systemu wartości. Nie ma też globalnego rządu czy globalnej organizacji, która mogłaby zastąpić państwo”.
Warto więc kierować uwagę nie tyle w stronę zaniku czy kryzysu państwa, ile w stronę odkrywania jego nowych możliwości. Pozostaje bowiem ciągle aktualne stwierdzenie, że od właściwego zrozumienia statusu i aktywności państwa zależy poznanie natury życia międzynarodowego oraz prawidłowości jego ewolucji. Wiele wskazuje na to, że tradycyjne państwa pozostaną podstawową jednostką stosunków międzynarodowych w przewidywalnej przyszłości, chociaż mogą one przestać zachowywać się w tradycyjny sposób.
Stanisław Bieleń

Powyższy tekst był publikowany w czasopiśmie „Polityka Polska” 2015, nr 6
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.

 

 

 

 

 

 

Człowiek jest niewolnikiem Ziemi

Utworzono: czwartek, 30 styczeń 2014 Anna Leszkowska


Z prof. Leszkiem Kuźnickim,  wieloletnim przewodniczącym Komitetu Prognoz PAN,  rozmawia Anna Leszkowska

 

kuznicki2
 

-      -  Panie Profesorze, ostatnie dane ONZ mówią, że do 2100 roku ludność Ziemi osiągnie 11 miliardów. O przeludnieniu mówią gównie ekonomiści, politycy, filozofowie, nawet fizycy, jednak stosunkowo rzadko wypowiadają się o nim biolodzy. Tymczasem to biologia przynosi najbardziej wiarygodną odpowiedź dotyczącą skutków przeludnienia…

 

-          - Na podstawie obserwacji, jakie były czynione na różnych organizmach wiadomo, że w takiej sytuacji w populacji pojawiają się procesy regulacyjne. One przebiegają w różny sposób, ale najczęściej grupa redukuje swoją liczebność. I to jest skuteczna forma ratunku. Oczywiście, w pewnych przypadkach przeludnienie może prowadzić do katastrofy, ale właściwie w przyrodzie nie mamy dowodów na to, że przerost liczebności gatunku może doprowadzić  do jego zagłady. Natomiast zjawisko gwałtownej zmiany liczebności osobników jest najczęściej oznaką procesów niekorzystnych dla populacji.

Dotychczas ludzkość w okresie, jaki możemy śledzić wzrastała liczebnie. Trzeba było około 2 tysięcy lat, aby z poziomu 500 milionów zwiększyła się do jednego miliarda, co stało się na początku XIX wieku. Po kolejnych 100 latach na świecie żyło już dwa miliardy ludzi. Aktualnie jest nas ponad 7 miliardów. Wszyscy twierdzą, że nastąpi zahamowanie tego procesu i tak już się dzieje w wielu krajach.


Oceny ONZ są kwestionowane przez wiele grup badaczy uważających, że małe są szanse na przekroczenie przez ludzkość 10 miliardów. Obecna tendencja, tzn. spadek liczby ludności, obejmujący coraz więcej państw, wskazuje wyraźnie, że do 2070 roku wzrost ten zostanie zahamowany, a następnie będzie postępować wolny spadek liczebności populacji ludzkiej. Oczywiście, są to wszystko przewidywania, choć poprzednie mówiły o 12, a niektóre o 14 mld ludności, jako górnej granicy, co dziś wydaje się nieprawdopodobne.

-        Ten spadek liczby ludności nie jest równomierny na Ziemi, występuje w bogatych państwach półkuli północnej.

-        Największy jednak występuje w Chinach, najliczniejszym kraju świata. W Chinach prawdopodobnie w ciągu 50 lat nastąpi zmniejszenie liczby ludności  na ogromną skalę – być może o połowę. Chiny są najbardziej zagrożone depopulacją.

-        Ale zmniejszenie populacji w Chinach jest wymuszone decyzjami administracyjnymi, natomiast np. w wielu państwach Europy zmniejszenie populacji następuje samoistnie, bez nacisków władz państwowych.

-        To zależy bowiem od tego, jak traktuje się w danym społeczeństwie, środowisku, kobiety. Im kobiety stają się bardziej równoprawne z mężczyznami, tym bardziej dzietność spada. Tam, gdzie kobiety są bardziej zniewolone, tam jest większa dzietność i tak było zawsze. Tyle, że kiedyś  istniały czynniki, które ograniczały rozrodczość. U ludzi, którzy żyli 10 tys. lat temu dzietność była niska. Dziecko przeżyło, jeśli było karmione piersią ok. 3-4 lat. Zatem kobieta, która wówczas żyła około 40 lat, mogła wychować jedynie 2-3 dzieci.
Pierwszym skokiem w rozwoju Homo sapiens było pojawienie się rolnictwa, dzięki któremu wzrosła ilość pożywienia. Gwałtowny przyrost ludności świata przyniósł dopiero rozwój kapitalizmu. Wraz z nim nastąpiła poprawa stanu zdrowia ludzi dzięki higienie i rozwojowi służby zdrowia. Miasta – wbrew temu, co się opowiada – okazały się miejscami, gdzie można żyć zdrowo, z różnych powodów.

Zmniejszenie dzietności w XX i XXI wieku wynika przede wszystkim z podwyższenia wykształcenia kobiet i ustawodawstwa, które je wyzwoliło spod panowania mężczyzn. Na jakim poziomie się ten spadek zatrzyma – trudno powiedzieć. Uważam, że dla dobrostanu ludzkości i biosfery należy powrócić do takiego poziomu populacji, jaki był w latach 20. - 30.  XX wieku, tj. 2,5 mld ludzi. Depopulacja nie powinna wynikać z zagrożenia głodem.

Dzisiaj – w ciągu życia jednej generacji - liczba ludności wzrosła ponad dwa razy - do 7 miliardów. Jakie to więc było ogromne tempo wzrostu! Ale co ciekawe, postępujący dobrobyt na półkuli północnej, dotarł też do krajów trzeciego świata. Po raz pierwszy głód mógł być zlikwidowany. To, że nie był, wynikało i wynika z wadliwej dystrybucji żywności, niemniej na świecie produkowano i produkuje się jej wystarczająco dużo, aby nikt nie głodował. Do wzrostu ludności przyczyniła się także dekolonizacja, która dała szanse krajom kolonizowanym na rozwój. Ale to stało się dopiero po II wojnie światowej.
 

-        Skoro problem nie leży w wyżywieniu rosnącej populacji ludzkiej, dlaczego niepokoi nas wzrastająca liczba ludzi na Ziemi?

-        Liczebność naszego gatunku to nie jest sprawa tylko wyżywienia. To także kwestia ekspansji człowieka, który w jakimś stopniu inaczej realizuje to, w co go wepchnęła ewolucja biologiczna. Każdy organizm w warunkach naturalnych, jeżeli ma korzystne warunki rozwoju, dąży do rozmnażania się w sposób nieograniczony, co już stwierdził Darwin. Tylko czynniki zewnętrzne stawiają mu opór. A człowiek stworzył sobie warunki (cywilizację), które te czynniki wyeliminowały. Jednocześnie ma cały czas potencjał biologiczny do nieograniczonego rozmnażania. Gdyby żył nadal w warunkach prymitywnych, jego tempo rozmnażania byłoby niskie, a wiek dożycia o połowę krótszy niż obecnie.
W XX wieku potencjalne możliwości człowieka jako organizmu, który ma silny potencjał do rozrodu, zderzyły się z cywilizacją, jaką stworzył, która otworzyła ogromne możliwości ochrony życia i to długiego. Czegoś takiego nigdy w historii człowieka nie było.

-        Niektórzy badacze uważają jednak, że przeludnienie Ziemi nigdy nie nastąpi, bowiem człowiek dzięki swojej inteligencji będzie umiał stworzyć takie warunki, aby niezależnie od liczebności swobodnie egzystować.

-        Jest to błędne rozumowanie, człowiek żyje w biosferze, gdzie nie znajduje się sam. Jeżeli będzie się w sposób nieograniczony rozmnażać, to będzie w sposób naturalny wypierać inne gatunki. Jego cywilizacja – niezależnie od jego woli - będzie powodować masowe wymieranie innych organizmów. I tak się dzieje. To człowiek – pierwszy organizm w historii Ziemi, liczącej 3,8 mld lat – eliminuje masowo organizmy. Swoją ekspansją i możliwościami cywilizacyjnymi prowadzi do tzw. antropogenicznego wymierania na powierzchni całej planety. To nie jest tylko przełowienie mórz i oceanów, ale niszczenie środowisk lądowych na wielką skalę, czego przykładem jest  wielkoobszarowe rolnictwo, degradujące przyrodę, czy wycinanie lasów deszczowych. Takie działania powodują zaburzenia w całej biosferze.

-        W doświadczeniu Calhouna z 1947 roku wykazano, że gryzonie zgromadzone na małej przestrzeni, które mają obfitość pożywienia nie tylko przestają się rozmnażać, ale i pojawia się u nich agresja powodująca m.in. kanibalizm. Czy człowiekowi żyjącemu w przeludnionym świecie nie grozi to samo?

-        Nie przenosiłbym tych doświadczeń na człowieka. Przy dzisiejszym poziomie rozwoju cywilizacji w populacji ludzkiej pojawiają się inne zagrożenia. Jest i będzie coraz mniej możliwości pracy – czyli tego, co uważaliśmy dotychczas za istotę życia człowieka. To zupełnie nowa sytuacja, z której mało kto zdaje sobie sprawę. W jej następstwie będzie coraz więcej ludzi, z którymi nie będzie wiadomo co zrobić, jeśli dostatecznie wcześnie nie zmieni się wychowania, edukacji i organizacji życia społecznego.

-        Może z tych powodów niektórzy chcą jak najszybciej kolonizować Marsa...

-        To są bzdury. Człowiek jest niewolnikiem Ziemi. Jeżeli gdziekolwiek miałby się pojawić, to musi zabrać ze sobą ten fragment Ziemi, który zapewnia mu życie. A ponieważ takich warunków prawdopodobnie nigdzie nie ma, więc tym samym pozostanie niewolnikiem Ziemi.

-        Jednak jest pan optymistą, co do rozwoju ludzkości...

-        Tak, bo mimo wszystko wierzę, że biologiczne i społeczne mechanizmy regulacyjne zostaną w sposób naturalny włączone. I że ludzkość w ciągu kolejnych dwóch wieków dojdzie do takiej liczebności, która ani nie będzie zagrażała samym ludziom, ani biosferze. Cała historia Ziemi to są zmiany, w których pojawiały się jedne organizmy, a inne znikały. Jeszcze nie tak dawno na kontynencie euroazjatyckim żyły mamuty, a wcześniej był bogaty świat małp. Cały czas ewolucji Ziemi cechowały zmiana, która zachodziła stopniowo. Nam się wydaje, że ten świat jest najpiękniejszy – i on dla nas jest najpiękniejszy, to naturalne. Ale jeśli chcemy go zachować, powinniśmy ograniczyć naszą ludzką ekspansję w biosferze.

-        Chyba, że zmieni się klimat...

-        Moim zdaniem, to larum dotyczące  zmian klimatycznych to wyłącznie polityczna sprawa pewnych grup, wręcz ideologia. Klimat w historii Ziemi wykazywał dużą zmienność i zachodziło to przy nieobecności człowieka. 

-        Istnieją przypuszczenia, że hipoteza ocieplenia jest wynikiem nacisku lobby przemysłowego, które chce w ten sposób, dla własnych korzyści, zmienić technologie, jak to miało już miejsce w przypadku freonów czy żarówek.

-        Te hipotezy są nieudowodnione. Ponadto, trzeba pamiętać, że ocieplenie z punktu widzenia całej Ziemi – przynajmniej o 2-3 stopnie – jest korzystne. Dlaczego Grenlandia nie ma być zielona, a Syberia nie ma być głównym spichlerzem świata? Że jakieś wysepki znikną? One zawsze znikały, a potem się pojawiały. Tu mamy do czynienia z naciskami pewnych lobby, których celu na razie nie znamy.
Trzeba się zastanawiać raczej nad tym, co będzie, kiedy nadejdzie następne zlodowacenie, bo ono na pewno nastąpi. Wiemy o jego nieuchronności, bo powtarzało się w historii Ziemi i może przyjść za kilkanaście tysięcy lat.

-        Dziękuję za rozmowę.

DMC Firewall is a Joomla Security extension!