Prognozowanie (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2508
Z prof. Jerzym Kleerem, wiceprzewodniczącym Komitetu Prognoz PAN Polska 2000 Plus rozmawia Anna Leszkowska
- Panie profesorze, czy to, co się obecnie dzieje na świecie jest zmianą cywilizacyjną, czy tylko roszadą geopolityczną, zmianą układu sił?
- Wszystkie te elementy występują i mają znaczenie, ale główny czynnik, który powoduje spiętrzenie się tych wszystkich negatywnych, ale i pozytywnych zjawisk w globalnym świecie to przemiany cywilizacyjne.
My jednak rzadko je badaliśmy, gdyż cywilizacja przemysłowa zrodziła się w Europie Zachodniej trzysta lat temu, była więc dla nas zjawiskiem oczywistym. Także i z powodu jej euroatlantyckiego zasięgu, gdyż zakorzeniła się w USA i tzw. białych koloniach, tzn. w Australii i Nowej Zelandii oraz naskórkowo w dawnych koloniach, gdzie pojawiała się jako elementy gospodarki głównie surowcowej, ale służącej rozwojowi przemysłowemu.
Przechodzenie z cywilizacji przemysłowej do cywilizacji wiedzy, co obserwujemy obecnie w kręgu państw najlepiej rozwiniętych, to czas najnowszy, XX wiek.
Inkubacja nowych rozwiązań technicznych i technologicznych, która zrodziła rewolucję informacyjną – wrota do globalizacji rozpoczęła się bowiem w okresie międzywojennym. To był bardzo ważny element przemian cywilizacyjnych, początkowo wykorzystywany głównie w celach elitarnych i militarnych, ale wkrótce zaczął się upowszechniać w skali światowej.
Kolejnym niesłychanie ważnym elementem najnowszych zmian cywilizacyjnych była powszechna niemal dekolonizacja, w wyniku której dawne kolonie uzyskały – przynajmniej formalnie – status suwerennych państw.
Wreszcie eksperyment socjalistyczny, który upadł, gdyż rozwój przemysłu bez rynku był nieefektywny.
- Mamy więc trzy czynniki składające się na obecne zmiany: globalizację, rewolucję informacyjną i suwerenne państwa.
- Ale postęp techniczny, charakter gospodarki i zmian w krajach rozwiniętych zaczął oddziaływać także na kraje postkolonialne. Tyle, że one funkcjonowały jeszcze w cywilizacji agrarnej i aby mogły imitować rozwój państw Zachodu, niezbędne się stało zburzenie ich dotychczasowej struktury.
Burzenie struktury i nasadzanie nowej zawsze jest zmianą cywilizacyjną, dlatego że to nie jest proces czysto techniczno-społeczny, ale pociąga za sobą zmiany kulturowe.
Obecnie dochodzi więc – prawie jednocześnie – do zmian cywilizacyjnych w społeczeństwach na różnych etapach rozwoju: w państwach bogatych – z cywilizacji przemysłowej na cywilizację wiedzy, a w państwach biednych – z cywilizacji agrarnej do przemysłowej, z elementami cywilizacji wiedzy.
– Ale dotychczasowe zmiany cywilizacyjne odbywały się w sposób liniowy. Czy państwa o cywilizacji agrarnej mogą przeskoczyć etap cywilizacji przemysłowej i przejść do cywilizacji wiedzy? Czy można opuścić w rozwoju jedno z ogniw tego łańcucha rozwojowego?
– Nie można opuścić żadnego ogniwa. Można naskórkowo korzystać z pewnych rozwiązań, jakie przynosi cywilizacja o znacznie wyższym stopniu rozwoju.
Rewolucja informacyjna miała kilka ważnych następstw, i to głównie w krajach rozwiniętych, gdzie panuje przesyt przemysłowy. Okazało się, że eksportować można nie tylko wyroby przemysłowe, ale przemysł. Nastąpiła więc jego delokalizacja. Wielcy producenci przenieśli swoje fabryki do krajów słabo rozwiniętych z powodu taniej siły roboczej, zyskując też nowe rynki zbytu. Dało to możliwości panowania nad danym państwem bez panowania politycznego, poprzez ekonomię.
Eksport przemysłu do krajów o cywilizacji agrarnej tworzy jednak warunki do rozwoju imitacyjnego, a tym samym do zmiany cywilizacyjnej – poprzez dostęp do informacji (Internet), edukację.
W krajach rozwiniętych rewolucja informacyjna całkowicie zmienia rynki pracy, strukturę produkcji - ok. 85% PKB tworzą usługi. To zupełnie nowa sytuacja.
– Dlaczego wobec tego słyszy się w Europie wezwania do reindustrializacji? To w świetle rozwoju cywilizacyjnego przecież krok wstecz.
– Zależy, kto wzywa. Jeżeli mocne państwo, np. Niemcy, to z uwagi na konieczność zatrudnienia ludzi, którym do emerytury jeszcze daleko. A poza tym w świadomości społecznej przemysł – nie usługi - jest ważnym czynnikiem potęgi gospodarczej. To pokazuje, jak wolno zmienia się system myślowy ludzi. Można powiedzieć, że to także wina edukacji, ale ona jest funkcją wiedzy nauczycieli. Żeby zmienił się system kulturowy, trzeba na to trzech - czterech pokoleń.
– Przełom cywilizacyjny – jak wszystkie zmiany - niesie ze sobą destrukcję panującego porządku, zmianę nie tylko ideową, ale i struktur społecznych. W jakich obszarach rysują się największe konflikty w przejściu z cywilizacji przemysłowej do cywilizacji wiedzy?
– Cywilizacja wiedzy to dopiero początki – nigdzie nie ma jej w czystej postaci. Obecnie nawet w najbardziej rozwiniętych państwach, gdzie wysoka technologia ogarnęła już bardzo duże obszary życia, system kulturowy ciągle jeszcze tkwi w starej cywilizacji. System społeczny również, nie mówiąc już o państwie, które jest produktem starej epoki. I tu będą prawdopodobnie największe trudności.
Nowoczesne państwo ma nie więcej jak 200 lat, i to nie wszędzie. Ale to, co się zdarzyło w ciągu ostatniego półwiecza godziło i godzi w państwo narodowe. Rozbija je zarówno globalizacja, jak i rewolucja informacyjna. Państwa przestały być izolowanymi ośrodkami. Co więcej – następuje zderzenie między władzą ekonomiczną w skali światowej (ponadnarodowe koncerny) a władzą polityczną w państwach narodowych.
Globalizacja, chociaż jest anonimowa, stanowi siłę, która wymusza na wszystkich państwach określone zachowania. Ostatni kryzys dobrze to pokazał.
– Ale z drugiej strony są siły dążące do przywrócenia państwu narodowemu jego dotychczasowego miejsca...
– To prawda, ale przypomnę coś innego – powstanie w Wandei. Poczynania państw współczesnych w oporze przeciw globalizacji to jest odpowiednik powstania w Wandei. W niektórych przypadkach to może się udać, ale tylko na jakiś czas, gdyż okopywanie się powoduje izolację. A izolacja w dzisiejszych warunkach jest tożsama z degradacją. I tu mamy problem trudny do rozwiązania.
– Powiedział pan w jednym z wywiadów w SN*, że ludzie cenią sobie państwo narodowe. Czy zatem nowa cywilizacja sprawi, że następne pokolenia już nie będą przywiązane do tej idei?
– Nie wiem, czy idea państwa narodowego zostanie porzucona – to trudno przewidzieć, gdyż ludzie cenią sobie państwo przez tradycję, historię, kulturę – czyli system kulturowy. Tyle, że kiedyś ceniono sobie lokalizm, a dzisiaj – globalizm na równi z lokalizmem. To pokazuje jak różne są zachowania i jak trudne jest współistnienie różnych cywilizacji.
– Jak może się zatem kształtować państwo tam, gdzie istnieją obok siebie: cywilizacja agrarna, przemysłowa i wiedzy?
– Mamy tu różne przypadki. Możemy analizować Chiny, ale i Rwandę, Koreę Północną i Południową. Taki konglomerat mamy np. w Afryce. Jest RPA, która się szybko rozwija i państwa, które były w miarę rozwinięte, z przemysłem, ale które zastygły w rozwoju – np. Egipt, Algieria, Maroko. No i mamy państwa obszaru subsaharyjskiego. Z kolei na bliskim Wschodzie – Iran i Izrael – państwo nasadzone pół wieku temu. Czyli nie widać tu żadnej prawidłowości. Nie jestem zwolennikiem teorii linearnego rozwoju cywilizacyjnego – uważam, że mogą być regresy nie tylko ekonomiczne, ale i polityczne. A czasami nawet kulturowe.
– Gdyby brać pod uwagę ilościowe miary, to cywilizacja wiedzy jest zjawiskiem ekstrawaganckim, obejmuje tylko ok. 15% ludzkości i to najbogatszej...
– Tak, przy czym ten procent będzie malał z powodu eksplozji demograficznej. Przecież te 2 mld ludzi, które się urodzą w ciągu nadchodzących 30 lat zaludnią dwa kontynenty: Afrykę i Azję. Czyli kontynenty o cywilizacji agrarnej i przemysłowej. Istnieje co prawda możliwość skoku cywilizacyjnego, ale nie wszędzie i nie we wszystkich dziedzinach. W 2050 r. na 9 mld ludzi zamieszkujących Ziemię ok. 1,2 – 1,5 mld będzie żyć w cywilizacji wiedzy, a reszta prawdopodobnie w takich warunkach jak obecnie.
– Kiedyś uważaliśmy, że przejście na poziom cywilizacji przemysłowej to umiejętność korzystania z nowoczesnych rozwiązań i urządzeń: wodociągów, kanalizacji, telefonów, itp. Dzisiaj okazuje się, że można nie mieć dostępu do wody pitnej, ale posiadać smartfon, telewizję satelitarną...
– Istnieje coś, co nazywam ciągłością cywilizacyjną. To nie jest tak, że wraz z nową cywilizacją wyrzucamy na śmietnik wszystko, czego używaliśmy do tej pory. Pewne elementy pozostają. Każda cywilizacja wnosi pewien wkład zarówno do warunków bytowania, jak i systemu kulturowego, systemu komunikowania, powiązań, itd.
Problem polega na tym, co zaczyna dominować. Ekonomista powie, że problemem jest główny zasób, który pozwala na zaspokojenie bytowania i utrzymania się ludzi, a więc system produkcji i system pracy. Jeżeli popatrzymy z tego punktu widzenia, to widzimy kraje, które już „liznęły” cywilizacji wiedzy i mogą się w niej utrzymać, choć nie jest powiedziane, że na zawsze. Z kolei niektóre kontynenty nie zapewniają dzisiaj dostatecznej ilości żywności, wody, mają zniszczone środowisko.
Nie można więc wykluczyć, że w warunkach upowszechniania się cywilizacji wiedzy będzie następowała deprecjacja części świata i części społeczeństwa. Nie wykluczam, że w pewnym momencie dla niektórych grup ludności zabraknie dóbr naturalnych: tlenu, wody, uprawnej ziemi.
– Czyli przejście cywilizacyjne to nieuniknione konflikty o dostęp do dóbr naturalnych? Możliwe, że równie krwawe jak procesy powstawania państw narodowych?
– W gruncie rzeczy, gdybyśmy spojrzeli wstecz, to od drugiej wojny światowej mamy non stop lokalne konflikty zbrojne świadczące o przesileniu cywilizacyjnym. Powstawanie systemu socjalistycznego w Rosji, Chinach było likwidacją cywilizacji agrarnej nie poprzez rynek, ale kolektywizację. Wojny w Wietnamie, Korei, Afryce, Afganistanie, Ameryce Środkowej, na Bliskim Wschodzie – to przejaw tych samych mechanizmów, związanych z przemianami cywilizacyjnymi. Mamy z nimi do czynienia także w Europie, tyle że o wojnie na Bałkanach i rozpadzie Jugosławii ciągle niewiele wiemy, nie pisze się o tym, to temat tabu.
A jednocześnie zaczyna się burzenie starych struktur agrarnych na peryferiach, w byłych koloniach.
Czyli przejścia cywilizacyjne okupione są licznymi ofiarami. Widać to zresztą nawet w ramach państwa wielokulturowego, jakim jest USA, gdzie często się chwyta za broń.
Wcześniejsze przejścia cywilizacyjne odbywały się łagodniej, bo dotyczyły mniejszego terytorium i mniejszej liczby ludzi, z których większość zapewne nawet nie wiedziała o nowych wynalazkach cywilizacyjnych. Nie doceniamy bowiem wagi wizualności informacji przy obecnym przejściu cywilizacyjnym, która znacznie zmienia nasze postrzeganie świata i jego ocenę.
– Mimo takich wynalazków przyspieszających obieg informacji jak telewizja, Internet czy telefon komórkowy, wpływ na konflikty związane z przejściem cywilizacyjnym ma zapewne także gęstość zaludnienia, brak wolnej przestrzeni…
– W wielkich miastach i megamiastach zderzają się wielkie grupy społeczne, które nie tylko się wzajemnie uczą, ale i nienawidzą. Następuje zderzenie tych, którzy mają pracę z tymi, którzy jej nie mają, różnych stylów życia, występuje też destrukcja starej przestrzeni publicznej. Czyli mamy tutaj też zderzenia cywilizacyjne, choć w mniejszej skali.
– Czyli można przyjąć, że zarówno obecna roszada polityczna na świecie, jak i wiele innych procesów i konfliktów ma charakter fundamentalny: dotyczący zmian cywilizacyjnych?
– Moim zdaniem, tak. Jeżeli dwa wielkie mocarstwa jak Chiny i Indie weszły do geopolityki, to musiały zmienić układ sił na świecie. Zwłaszcza Chiny - pierwszy eksporter światowy - które są bardziej dynamiczne, społecznie bardziej egalitarne niż Indie (bo nie ma w nich kastowości), lepiej wykształcone. Pojawiają się więc nowe sojusze.
Jeżeli Chiny w ciągu niecałych 40 lat dokonały tak wielkiego skoku technologicznego, to tym samym dokonały skoku cywilizacyjnego w edukacji, postępie technicznym i w społeczeństwie. Bo jeżeli w ciągu tych 40 lat przeszło ze wsi do miast 400 mln ludzi, to społeczność stała się mobilna, a mobilność społeczna jest też przejawem zmian cywilizacyjnych.
Ta naskórkowa warstwa cywilizacji wiedzy docierająca tam, gdzie panuje jeszcze cywilizacja przemysłowa czy agrarna powoduje jednak podniesienie poziomu życia społeczeństw, a zwłaszcza edukacji.
Problem polega na tym, że nie wszyscy będą z tego korzystać w jednym czasie. Do wybrańców na pewno będą należeć w dużym stopniu Chiny i Indie. To będą zmiany wyspowe (to nie muszą być państwa), ale z powodu globalizacji te ośrodki nie będą izolowane.
Co jednak będzie – tego nie wiemy. I tu jest pies pogrzebany.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2065
Sztuczna inteligencja okiem socjologa
Problem sztucznej inteligencji staje się zagadnieniem coraz częściej skupiającym uwagę nie tylko naukowców z nauk ścisłych czy - coraz częściej także społecznych - ale również innych grup społecznych jak pracodawcy i szeregowi pracownicy, a także przeciętnych Kowalskich, których spotyka to na co dzień.
Z socjologicznego punktu widzenia mamy tu do czynienia z całym wachlarzem pytań:
1. Źródła sztucznej inteligencji – to temat stricte naukowy. Człowiek od lat starał się opracować maszyny, które ułatwiłyby jego życie. Z jednej strony, wynikało to z lenistwa i wygody - szczególnie w sytuacji prac ciężkich. Z drugiej strony, wynikało to z chciwości – szczególnie wobec czasu, którego ciągle nam mało. Maszyny pozwalały go zaoszczędzić, a przy okazji zarobić na nich. Gdy ludzkość doszła do etapu programów komputerowych, które ułatwiają podejmowanie decyzji okazało się, że czasu mamy ciągle za mało i chcemy, by pewne decyzje były podejmowane automatycznie. Wymagało to procesu uczenia się maszyn.
Dwóm grzechom głównym – chciwości i lenistwu towarzyszyła jednak ciekawość – czyli jak mówi ludowe przysłowie – pierwszy stopień do piekła. To ona była główną motywacją, jakże ludzką cechą, napędem energetycznym nierozerwalnie związanym z człowiekiem.
Ciekawość prowadzić będzie naukowców dalej do opracowywania nowych rozwiązań – nikt nie jest w stanie sobie wyobrazić jakich. Pytanie brzmi – czy dojdziemy do etapu, kiedy maszyny będą za nas posiadały zdolność naukowej pogłębionej refleksji natury etycznej i filozoficznej? Wszak to filozofia jest królową nauk. Czy sztuczna inteligencja zawładnie taką królową bez pomocy człowieka?
2. Po co nam sztuczna inteligencja dzisiaj?
Sztuczna inteligencja rozwijana jest dzisiaj z myślą o wielu praktycznych aspektach: pomoc klientom, osobom starszym, pracodawcom, szczegółowym zawodom jak chociażby bankier, prawnik, inżynier a nawet lekarz. W założeniach SI może także wspierać relacje społeczne w sieci, wcielając się w różnego typu awatary.
Rozwiązania, jakie są proponowane przy zastosowaniu SI są szybkie, łatwe, dostępne, często intuicyjne. Z całą pewnością ułatwiają życie przy założeniu, że człowiek chce z nich korzystać. Z czasem okazuje się jednak, że jeśli nie chce - to już za chwilę musi…
Takie obcowanie ze sztuczną inteligencją zmienia także samego człowieka. Pytanie zatem brzmi, czy etap rozwoju sztucznej inteligencji jest jakimś kolejnym etapem rozwoju człowieka?
I rodzi się kolejne pytanie - kim byłby człowiek współistniejący ze sztuczną inteligencją, która miałaby na dodatek wiedzę na temat stosowania socjotechnik i manipulowania człowiekiem?
Niepokojący był eksperyment, jaki został przeprowadzony przez Microsoft. Stworzona SI o imieniu Tay została wyłączona zaledwie dzień po jej uruchomieniu. Powodem była seria jej bardzo kontrowersyjnych wpisów na Twitterze. W ciągu 24 godzin, bazując przecież na określonych danych z rzeczywistości wirtualnej, SI zaczęła symulować nastolatkę, przeszła metamorfozę od wyluzowanej postaci kochającej ludzi, do robota, opowiadającego niewybredne żarty, na dodatek popierającego Hitlera w sprawie eksterminacji Żydów.
SI rozwijała się na podstawie kontaktów z prawdziwymi ludźmi. Jej wpisy na Twitterze były bardzo kontrowersyjne i absolutnie pozbawione charakteru etycznego. To bardzo niepokojące, gdyż Internet zadziałał w tym przypadku jako najgorsze bagno. SI nie była filmowym Piątym elementem, który płacze nad ludzkością...
3. Problemy – ich stopniowe narastanie
a. Sztuczna inteligencja może stać się źródłem dehumanizacji człowieka. Ludzie, którzy nie będą mieli zdolności głębszej refleksji będą musieli się dostosować już w niedalekiej przyszłości do maszyn. To nie będzie trudne, bo dzieje się już – stopniowo i w miarę bezboleśnie. Myślenie w kategoriach wiązania faktów i wyciągania wniosków będzie szczególną umiejętnością wąskiej grupy ludzi i maszyn. Pozostali, gdy zawiedzie maszyna będą bezradni, bo samodzielnie nie będą potrafili wymyśleć rozwiązania.
b. Sztuczna inteligencja może także prowadzić do dewastacji relacji społecznych i międzyludzkich. Ludzie nie będą wiedzieli jak się zachować w kontaktach z innymi, bo obcować będą głównie z maszynami. Kontakt z żywym człowiekiem – to będzie olbrzymi stres i jedna z bardziej poszukiwanych umiejętności. Zachowanie maszyn będzie do przewidzenia, człowieka - ciągle nie. Będzie to na tyle trudne, że jednostka będzie chciała sobie ułatwić życie i korzystać jedynie z tego, co mało skomplikowane i przewidywalne.
Z czasem okaże się, że dokucza jej samotność. Będzie to powodem wielu dramatów. W tym kontekście prawdopodobnie powstaną nowe potrzeby na rynku pracy – niezbędni będą - i to już nie długo - psychologowie, terapeuci, specjaliści coachingu, specjaliści komunikacji społecznej, komunikacji werbalnej i niewerbalnej. Ludzie, którzy nie będą o to dbać – to znaczy nie będą praktykować pogłębionej refleksji intelektualnej z drugim człowiekiem – ulegną prawdopodobnie atawistycznemu przesunięciu w rozwoju. Ich zachowania ograniczą się do zachowań zaledwie nieco bardziej skomplikowanych niż zwierzęce odruchy.
c. Inwigilacja – widmo Wielkiego Brata krąży nad ludzkością od zawsze, jednak teraz przybiera postać szczególnie niebezpieczną. Na uwadze trzeba mieć sposoby wykorzystania informacji na temat ludzi, konkretnych jednostek. Reżimy polityczne mogą wykorzystywać określone informacje, jeśli tylko zainstalują odpowiednie programy. Znamy z historii te doświadczenia – jakże traumatyczne i destrukcyjne dla społeczeństw: powszechnie panujący strach, szantażowanie, zmuszanie do podejmowania określonych działań, zniewalanie umysłów... Jeśli panuje nad całością człowiek to jest to niebezpieczne – szczególnie przy takiej łatwości w zakresie dostępności danych – bardzo wielu danych.
Pytanie brzmi co się stanie jeśli w tym zakresie władzę przejmie SI? Do jakich działań będą potrzebne jej te dane? W jakim kierunku będzie chciała manipulować grupami społecznymi i poszczególnymi jednostkami? Czy poprzez takie działania będzie możliwe przejmowanie rządów, władzy na państwem?
d. Edukacja – temat szczególnie ważny ze względu na przyszłość młodego pokolenia. Chociaż wydaje się niektórym dorosłym, że młodzi znacznie lepiej radzą sobie z nowymi technologiami, to jednak wątpliwości budzi system edukacji, który ma uwrażliwiać dzieci i młodzież na zagrożenia, jakie płyną nie tylko z niesprawdzonych kontaktów w świecie wirtualnym, ale także z faktu uzależnienia od korzystania z sieci, a także możliwości manipulowania ich zachowaniami poprzez określone komendy z sieci.
Nacisk w edukacji powinien być położony na kształtowanie praktycznych umiejętności życia poza światem wirtualnym, radzenia sobie, gdy maszyna zostanie wyłączona. Uwrażliwianie na taką hipotetyczną sytuację poszerzy świadomość młodego człowieka, że przecież może nadejść dzień, w którym nie będzie prądu, i co wtedy?
e. Część świadomych pracowników podkreśla, że rozwój SI to zagrożenie utratą miejsc pracy. Jest to niewątpliwie problem, z którym pracodawcy coraz częściej mają do czynienia. W ramach nurtu społecznej odpowiedzialności biznesu rozwija się trend cyfrowej odpowiedzialności. To bardzo dobry przykład chwalebnych działań, które z całą pewnością na celu mają kształtowanie pozytywnego wizerunku przedsiębiorstwa, z drugiej jednak strony niewątpliwie przyczyniają się do poszerzania świadomości pracowników i przygotowywania ich do ewentualnego przekwalifikowania się i dostosowania do zmian. Dalekowzroczna polityka personalna pracodawców jest tu bardzo wskazana.
Pytanie brzmi – czy jest szansa na autentyczne wypromowanie tej cyfrowej odpowiedzialności wśród pracodawców jako dziejowej konieczności, a nie jako chwytu wizerunkowego?
f. SI to także szereg potencjalnych problemów prawnych. Szczególnie w systemach prawnych wewnętrznie sprzecznych nie wiadomo jak postępować z SI. Słyszy się sugestie na temat tego, że przecież fabryka też zarabia stosując roboty. Pracownik odprowadza podatki do budżetu państwa, robot nie. Za pracownika pracodawca odprowadza różnego typu składki, z których budżet korzysta. Z robotem nie ma tego typu problemów.
Pracodawca zarabia zatrudniając roboty, może zatem powinien płacić jakiś nowy podatek? Jeśli dojdziemy do absurdalnej sytuacji, w której większość prac będą wykonywały roboty, to z czego będzie utrzymywał się człowiek i co zrobi ze swoim czasem? Czy będzie umiał z niego korzystać, skoro nie będzie musiał zbyt dużo myśleć? Czy nie stanie się zagrożeniem ? Czy powstaną nowe patologie?
g. Ostatnie pytanie, jakie może przyjść do głowy w związku z SI wiąże się z ludźmi, którzy wymiarze globalnym pozostaną wykluczeni cyfrowo. Przecież ludzkość nie rozwija się wszędzie w jednakowym tempie. Czy plemiona dżungli amazońskiej będą w jakikolwiek sposób zagrożone, czy może ich wykluczenie będzie ocaleniem ludzkości? Praktyczne działanie, by przetrwać, konieczność samodzielnego uczenia się poprzez doświadczenie, kontakty międzyludzkie i wzajemne od nich uzależnienie, czas na refleksję duchową mogą okazać się tymi przymiotami społeczeństw pierwotnych, które ocalą ludzkość w przyszłości.
4. Kosmiczne zagrożenia
Futurystyczna wizja wojny robotów z ludźmi może być całkiem realna. Wystarczy błąd niewłaściwej ścieżki dostępu – jeden error i ludzkość nie ma w tej walce szans. Można przewrotnie zacytować Alberta Einsteina – nie wiadomo jak będzie wyglądać trzecia wojna światowa, ale czwarta będzie na maczugi.
Małgorzata Suchacka
Dr hab. Małgorzata Suchacka jest socjologiem na Wydziale Nauk Społecznych Uniwersytetu Śląskiego.
Tytuł i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
- Autor: Kazimierz Krzysztofek
- Odsłon: 5659
Toczą się spory o to, czy w epoce cyfrowej będziemy mieć do czynienia z nową ekonomią polityczną polegającą na społecznym tworzeniu dóbr w sferze publicznej, czy też regulowaniem niemal wszystkiego przez prawa rynku, strumienie finansowe, stale przepływające po całym globie, a w coraz większym stopniu także w cyberprzestrzeni wciągające w swe wiry wszystko, czego wartość da się skwantyfikować.
Zwolennicy poglądu o nowej ekonomii politycznej mają o tyle rację, że to, co się kreuje poza rynkiem i korporacjami w sferze obywatelskiej samoorganizacji i twórczości, z mniejszym lub większym wsparciem państwa stanowi główny nurt zasobów infrastrukturalnych i niematerialnych: wiedza, edukacja, instytucje, więzi społeczne, wsparcie i in. bez których to zasobów nie byłoby społeczeństwa, w ogóle w tym także społeczeństwa jako podmiotu gospodarującego.
W ten sposób konsoliduje się sfera publiczna i odradza się kultura daru (gift giving), którą komercjalizacja znacznie zubożyła. Technologie kooperacji mogą wszystko przekształcić w przestrzeń sieciowania. Dar łączenia ludzi (gift of connecting people) staje się jednym z najważniejszych psychologicznych predestynatów aktywnego i twórczego życia. Nadzieje na społeczną reprodukcje wiedzy zderzają się jednak z komodyfikacją całego środowiska społecznego.
Wszechrynek
W najnowszym nurcie liberalnym nie brak wizjonerów, którzy wieszczą, że świat epoki cyfrowej zmierza ku wszechwładzy rynku. Rynek istniał od zarania kultury, od kiedy po raz pierwszy zaczęto się wymieniać dobrami na skrzyżowaniu dróg, ale w żadnej epoce nie eksperymentowano z rynkiem totalnym w przeciwieństwie do totalitaryzmów ideologicznych czy teokratycznych, których było bez liku. Nie próbowano budować utopii, bo rynek to z samej swej natury Praxis, zasadzająca się na racjonalnym działaniu, a nie wcielanej odgórnie wizji, która mówiąc słowami Karla Poppera ma przychylić ludziom nieba, a zazwyczaj sprowadza piekło.
Wizję utopii rynkowej znaleźć można w fikcji literackiej. Przykładem jest książka Australijczyka, Maxa Barry’ego „Logoland”, w której autor maluje świat bezwzględnego terroru konsumpcyjnego opanowany przez kilka koncernów. Urynkowienie poszło tak daleko, że np. policja ściga przestępców dopiero wtedy, gdy ofiara zapłaci.
Jeszcze dalej idzie Terence Ball w eseju „Marketopia”, w którym nie stroni od surrealistycznego kolorytu. Jednakże surrealizm zmienia się wraz z epokami; to co wczoraj wydawało się ludziom surrealistyczne, dziś jest jak najbardziej realistyczne.
Z tej fantazji wyłania się wizja świata jako rynku ostatecznego (który być może zastąpi Sąd Ostateczny); market uniqeness – jedyność rynku jako systemu regulacji. Nie ma dla hiperkapitalizmu rzeczy niefunkcjonalnych, wchłonie każdy, nawet wrogi dlań dyskurs. Warto sięgnąć do A. Gramsciego konceptu hegemonizmu czy prac Michela Foucault by się dowiedzieć, jak się utrzymuje władzę – nie przez spychanie buntu i kontestacji w niebyt, a przez włączanie dyskursów mniejszościowych w główny, komercyjny, nurt. Przykład: seksualność człowieka – długo wypychana z obiegu kultury jako coś intymnego, wstydliwego - dziś wszędzie jej pełno – bo popędy łatwo się komercjalizuje, a także wprzęga do polityki (o czym my, tu, nad Wisłą możemy wiele ostatnio powiedzieć).
Bunt niepotrzebny
Nie jesteśmy jeszcze w stanie ogarnąć myślą, co oznacza to wchłanianie rzeczywistości cyfrowej przez kapitalizm. Przede wszystkim stwarza to niesamowite możliwości eksperymentowania, społecznego tworzenia rzeczywistości. Jest to znakomita forma rozpowszechniania wirtualnej koncepcji pracy i własności. Rozciągniecie obrotu na dobra cyfrowe znakomicie poszerza zakres usług i produktów powodując tym nową ekspansję kapitalizmu. Większość z tych dóbr, to samoreferencyjne cyfrowe kopie tych, które istnieją w realnej rzeczywistości społecznej. To jakby podwaja ofertę rynkową. Te kopie to także nowe zawody i zajęcia o różnych profilach – wszelkiego rodzaju pośrednicy, notariusze, wolne zawody.
W świecie wirtualnym mamy ofertę usług, które nie są kopią – są „urodzone w wirtualu” – Web-native. Taką usługą jest wskrzeszanie zmarłych, wynajęcie rakiety kosmicznej, która powiezie młodożeńców w podróż poślubną. A oprócz tego jest wiele dobrych i złych rzeczy: handel klonami awatarów będących kopiami statusowych przedmiotów (np. samochodów). Hiperkapitalizm kreuje Second Life i przekształca je w rynek.
Kapitalizm w poprzednim wcieleniu, przemysłowym, był wrażliwy na bunt, czego dowiodła kontrkultura lat 60. Dzisiejszy wyrósł z tego buntu – zagospodarował go. Gilles Lipovetsky, autor “Ery pustki” stwierdza, że ze swoją ideologią wolności wyboru (“żyjcie bez martwych punktów”, “bierzcie marzenia za rzeczywistość”, “zakazuje się zakazywać” itp.) kontrkultura lat 60. była niby przeciw kapitalizmowi, ale tak naprawdę utorowała drogę dzisiejszej jego kulturze permisywizmu: czyli kulturowego liberalizmu, który doskonale współgra z globalizacją, jest jej produktem, ale też toruje jej drogę. Była to hiperideologizacja połączona ze zrywem aspiracji indywidualistycznych. Od strony ideologii ta rewolucja kulturowa poniosła porażkę, ale też odniosła sukces w postaci liberalizmu kulturowego, który został przejęty przez globalizm. Maj’68 uwolnił Zachód od balastu konwencji, których neokapitalizm już nie potrzebował, społeczeństwo konsumpcyjne pozbyło się krępujących nawyków.
Hiperkapitalizm nie potrzebuje już z nikim prowadzić walki ideologicznej, zniszczył swego głównego wroga - socjalizm i bawi się jego resztkami, przekształcając je w przemysł kultury dostarczający mocnych doznań (np. za odpowiednią opłatą można na byłej granicy międzyniemieckiej poddać się stresującej kontroli granicznej).
Jak magnes
Rynek jest kreatorem i konektorem, a strumienie finansowe najsilniejszym atraktorem, za którym idą kultura, polityka, media, nauka jak opiłki żelaza za biegunem magnesu. Pieniądz jako metamedium jest tkaczem sieci oplatających ludzi, organizuje nasze życie, neutralizuje antyciała, zagospodaruje zarówno potrzebę gromadzenia dóbr, jak i potrzeby postmaterialne, nastawione na jakość życia. Jest to najdoskonalszy ustrój w historii z punktu widzenia jego zdolności adaptacji. Żyje z kryzysów, które go umacniają i nie pozwalają zniszczyć. Prawa i instytucje formalnie ustanawiają państwa, ale są one coraz mocniej penetrowane przez potężne grupy interesu.
Rynek zawłaszcza inne systemy regulacji – pokrewieństwa, instytucje hierarchiczne (państwo, kościoły), instytucje totalne (zgromadzenia zakonne stają się podmiotami gospodarującymi, produkcja serów, win), sieci (marketing wirusowy), które są dlań doskonałym środowiskiem. Hiperkapitalizm przekształca państwa, organizacje, przestrzeń (miast), komercjalizuje religie, bezpieczeństwo, relacje międzyludzkie, nie ma dlań elementów dysfunkcjonalnych, wszystko może go wzmacniać, nawet terroryzm. Jeśli konsumpcjonizmu nie uznawać za ideologię to jest on postideologiczny, kapitalizm potrafi wyznaczyć przeciwnikowi płaszczyznę walki, tak jak komunizmowi narzucił dyskurs praw człowieka, dziś prawa człowieka są mniej istotne, dopóki reżimy są funkcjonalne, nie zamykają się przed globalizacją (Saddam Husejn by nie przeszkadzał, gdyby Irak był funkcjonalną częścią rynków globalnych).
Hiperkapitalizm produkuje wartości, które leczą z “dżihadu” chronią przed etnocentryzmami i nietolerancją, są przydatne w procesie adaptacji do rynku i społeczeństwa otwartego. W takiej kulturze widzi się walory terapeutyczne, ma ona przerabiać patriotów czy nacjonalistów na konsumentów, uczyć otwartości, życia bez blokad; rozbudzać potrzebę osiągnięć, patrzenia w przyszłość bez nieustannego nurzania się w historię. Słowem: hiperkapitalizm akcje protestacyjne wypuszcza na giełdę.
Jedyny ład globalny
Poważną wizję metarynku - rynku totalnego, czy też, jak to określa Bill Gates – ultimate market, kreśli francuski finansista, lewicujący liberał, Jacques Attali w swej najnowszej książce „Krótka historia przyszłości”(2006). Zdaniem autora ład handlowy będzie jedynym ładem globalnym opartym na technologii. Imperatywem tego ładu jest nieustanne poszukiwanie narzędzi, które przyspieszą produkcję, dystrybucję i konsumpcję dóbr, zwiększą wydajność, zmniejszą koszty i podniosą wartość czasu. Do tego potrzebne są coraz wydajniejsze i skuteczniejsze środki nadzoru. Prywatne firmy będą coraz skuteczniej zastępować państwowe służby w nadzorowaniu przepływu ludzi, przedmiotów i danych. Ich klientami będą firmy ubezpieczeniowe oraz przedsiębiorstwa produkcyjne i usługowe, które pragną wszystko wiedzieć o swych stakeholders - interesariuszach – pracownikach, udziałowcach, klientach, dostawcach, konkurentach. Jednocześnie pragną chronić swe zasoby i aktywa przed zagrożeniami. W coraz większym stopniu prywatne firmy będą wykonały usługi socjalne i administracyjne. Pojawią się zagrożenia dla równości obywateli wobec prawa. Kto zapłaci, ten szybciej uzyska decyzję administracyjną, podobnie jak dziś jeśli zapłaci więcej to uzyska lepsze usługi we wszystkich dziedzinach regulowanych komercyjnie: opiece medycznej, edukacji, turystyce, transporcie.
W miarę jak wzrasta ryzyko cywilizacyjne związane z przyrostem techniki, wzrastać będzie także rola sektora ubezpieczeń. Firmy ubezpieczeniowe będą dążyły do zmniejszenia ryzyka monitorując ludzi, czy postępują zgodnie z oczekiwaniami i normami narzucanymi przez pełnione role zawodowe. Wedle ustalonych norm karani będą ci, którzy nie mają dobrego projektu życiowego odpowiadającego wymogom hiperkapitalizmu: palacze, pijący alkohol, otyli i wszyscy inni nie dbający o siebie, narażający na ryzyko siebie i innych. Będzie to wręcz uważane za chorobę.
W tle tego wszystkiego jest oczywiście dbałość o produktywność ludzi, zmniejszenie ryzyka marnotrawstwa, zasobów ludzkich i materialnych. Ludzie będą czuli się zmuszeni do wyrażenia zgody na nadzór nad swym postępowaniem pod rygorem zmniejszenia szans życiowych. Biznes będzie to dyskontował przekonując, że nie chodzi o ograniczenie wolności, a o odpowiedzialność za jakość społeczeństwa. Rozkwitnie rynek wartości moralnych, na którym firmy będą się prześcigać w zapewnianiu, że dbają o powszechną szczęśliwość.
Panoptikon i synoptikon
W pierwszej fazie będzie to hipernadzór, swoisty Foucaultiański panoptikon, który pozwoli wszystkich obserwować, a taka zdolność do obserwowania to ważny element władzy. Decydującą rolę będą odgrywać technologie informacyjne, które pozwolą na łączenie wszystkiego ze wszystkim. Będzie niemal wszystko wiadomo o przemieszczaniu się ludzi a także pochodzeniu i ruchu przedmiotów. W sposób istotny zmieni to uwarunkowania bezpieczeństwa publicznego. Osobiste urządzenia nomadyczne będą stale aktualizować dane o ludziach i przedmiotach sprzedawane na rynku przez wyspecjalizowane firmy prywatnym agencjom (zwłaszcza ubezpieczeniowym) oraz państwowym policjom. Więzienie będzie zastępowane przez nadzór na odległość. Słowem – system rynkowy będzie instytucjonalnie obsługiwał się sam; wszystko będzie w stanie outsourcingu – z sądami i policją włącznie, a także stanowieniem praw. Mówiąc słowami Niklasa Luhmana, będzie systemem autopoietycznym – samotwórczym.
W dalszej perspektywie ów hipernadzór zewnętrzny będzie sukcesywnie zastępowany przez autonadzór. Coraz tańsze technologie, stacjonarne i nomadyczne, pozwolą każdemu monitorować siebie: oszczędności, własne zasoby, zdrowie, stan wiedzy in.. Strach przed utratą zdrowia, kompetencji i wiedzy będzie skłaniał ludzi do tego, że sami zaopatrzą się w te urządzenia, spersonalizują je i przystosują do nich. Samoeksploatacja nazywana „wyścigiem szczurów” stanie się uniwersalnym stylem życia jako model potrzeby osiągnięć tych, którzy chcą w tym systemie uczestniczyć i dać się mierzyć na jednej podziałce – produktywności.
Otworzy się gigantyczny rynek na te urządzenia, rosnąć będzie zapotrzebowanie na nowe produkty, co wymagać będzie nowych strategii biznesowych. Sami użytkownicy będą musieli udowadniać, że posługują się tymi narzędziami autonadzorczymi. Bez tego nie będzie się można ubezpieczyć od ryzyka utraty zdrowia, kompetencji, deskillingu i wielu innych ryzyk, które nie przychodzą nam nawet dzisiaj do głowy.
Oprócz urządzeń autonadzoru coraz większym popytem cieszyć się będą urządzenia samonaprawiające ludzi, przedmioty, oprogramowanie, a także wiedza w tym zakresie: dietetyki, gimnastyki, estetyki, przywracania formy, specyfiki prokognitywne, szczęściodajne i inne środki psychofarmakologiczne „uzdatniające” tożsamość. Związane to będzie ze starzeniem się społeczeństw rozwiniętych, co pociąga za sobą zwiększone wydatki na utrzymanie sprawności psychosomatycznej. Wyłania się z tego wizja stałego monitoringu wszystkiego, nie przez jakiegoś Matrixa a przez nas samych. Przywodzi to na myśl wizje inteligentnej powłoki (skóry) z rozmieszczonymi na niej czujnikami, które rejestrować będą wszystkie zmiany w nas i wokół nas.
Sieciokracja
Ponieważ od niemal każdego ryzyka ludzie będą we własnym interesie musieli się ubezpieczyć, to zapowiada to rosnącą władzę firm ubezpieczeniowych. To z kolei oznacza spadek znaczenia polityki społecznej nastawionej na ochronę słabszych grup. Rosnące ryzyko pociągnie za sobą to, że zwiększone wydatki firm ubezpieczeniowych w zakresie (auto)monitoringu będą rosnąć, co osłabi rolę państwa. Nikt nie jest w stanie powiedzieć, czy zwiększy się obszar wykluczenia, ale z pewnością poszerzy wachlarz kryteriów wedle, których konkretnych ludzi zalicza się do wykluczonych, czy też nie, „skazanych na przemiał” – mówiąc za Z. Baumanem, czy przydatnych.
Pogłębiać się będzie kosmopolityzacja kreatywnych środowisk, dla których przestanie się liczyć coś takiego jak lojalność narodowa. W tej konstatacji nie ma nic nowego Już przed kilkunastu laty Rosabeth Kanter w książce World Class, - Thriving Locally in the Global Economy (Boston 1995) analizowała rodzenie się światowej klasy twórczej. Stwierdzała, że przyszłość należy do tych, którzy zechcą porzucić lojalność wobec swego narodu i wspólnoty. Kto grzęźnie w etnicznych lojalnościach, ten musi się pogodzić z tym, że zostanie w tyle w globalizującym się świecie.
Autorka spogląda nań z perspektywy Bostonu, który ze swymi kilkudziesięcioma koledżami (z Harvardem i MIT na czele), Autostradą 128, przy której zlokalizowano setki firm high-tech i biur projektowych, jest fabryką wiedzy, idei i symboli. Boston jest przykładem „koncepcyjnej zbiorowości” ludzi, która najlepiej sobie radzi w warunkach globalizacji. Członkowie tej klasy traktować będą pobyt w krajach swego pochodzenia jako indywidualny kontrakt. Będą tam, gdzie im się to będzie opłacać. Dotyczy to także central firm. Procesy, o których mowa, wymuszą redukowanie podatków, aby zachęcić do osiedlania się przedstawicieli globalnej klasy twórczej, co zmniejsza możliwości finansowe państw. Niemobilnymi pozostaną chorzy, starzy i dzieci. Najbardziej rozwiną się kraje, które będą potrafiły zapewnić sobie lojalność swych obywateli nagradzając ich indywidualne wkłady twórcze w rozwój społeczny, ekonomiczny i kulturalny.
Prognoza Jacquesa Attali jest poniekąd uszczegółowieniem Barda i Soderqvista (2006) konceptu Netocracy. W zarysowanej przez nich strukturze społecznej epoki informacjonalizmu (termin wprowadzony do obiegu przez M. Castellsa) sieciokracja jest klasą władzy i pieniądza, dysponująca władzą definiowania. Z analizy Attali wyłania się zaś obraz IT jako instrumentarium, które przejmuje funkcje cyfrowego stróża nocnego dbającego o bezpieczeństwo obywateli i obrotu gospodarczego. Oznacza to jednak zarazem, że państwo będzie tracić funkcje regulacyjne. Pojawia się zatem pytanie, kto ma budować instytucje; po co programy e-governement, skoro rynek ma przejmować funkcje (samo)regulacyjne. Być może Attali ma rację, jeśli odnosi to do małych i słabych państw, natomiast trudno sobie wyobrazić, by funkcji regulacyjnych pozbywały się rządy wielkich państw: USA, Chin, czy kompleksów integracyjnych, jak Unia Europejska.
Kazimierz Krzysztofek
*pełen tekst został opublikowany w czasopiśmie Transformacje 2007-2008
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3178
Z prof. Jerzym Kleerem, wiceprzewodniczącym Komitetu Prognoz PAN Polska 2000 Plus, rozmawia Anna Leszkowska
- Panie profesorze, państwo, do którego jesteśmy przywiązani i bez którego trudno nam sobie wyobrazić świat, ulega szybkim przemianom, których efektem może być zanik państwa narodowego. Jakie cechy państwa okazują się dziś nieprzydatne?
- Jeżeli weźmiemy cały świat, to obraz państwa współczesnego jest bardzo zróżnicowany. Z jednej strony mamy grupę państw, które mają długą historię, ukształtowały się, bądź zaczęły się kształtować w końcu XVII wieku, kiedy rozpoczęła się rewolucja przemysłowa i pojawiła gospodarka rynkowa. Gospodarka rynkowa wymaga jednak pewnej regulacji państwa, gdyż rynek nie reguluje wszystkiego. To z kolei zmusza państwo do przekształceń.
W modelu państwa epoki przemysłowej istotna stała się suwerenność. Następuje wówczas wyraźne określenie granic terytorium państwa, kodyfikacja praw, rozwinięcie i wyraźne określenie funkcji władczych. W pewnej mierze wymusiły to również miasta. Te zjawiska dotyczyły głównie Europy Zachodniej, choć w końcu XIX wieku w pewnej mierze także USA i Kanady czy Australii i dominowały do I wojny światowej.
XX wiek charakteryzuje skokowy wzrost liczby państw – z 55 (tyle ich było przed I wojną światową) do ponad 200 dzisiaj. To efekt upadku mocarstw, głównie w Europie: rozpadu Austro-Węgier, imperium osmańskiego, potem rewolucji październikowej, dekolonizacji rozpoczętej w latach 20. i II wojny światowej.
Po II wojnie światowej następuje przyspieszony proces rozwoju gospodarki rynkowej i zaczyna się druga faza dekolonizacji, już na wielką skalę. Proces ten trwa aż do końca XX wieku. W ostatniej dekadzie XX wieku następuje też rozpad systemu socjalistycznego i ostatnim etapem tego jest wojna w Jugosławii.
Suwerenność jednak dotyczy techniczno-politycznych i gospodarczych aspektów, natomiast nie daje dostatecznego spoiwa dla społeczeństwa i głównej grupy etnicznej tworzącej państwo. Stąd pojawia się przymiotnik narodowe.
- Ale dlaczego nie ma spoiwa, skoro to grupa etniczna tworzy swoje państwo na określonym terytorium?
- Tak, ale praktycznie nie ma państw czysto etnicznych, są wieloetniczne. Mimo to, pojawia się przymiotnik narodowy, gdyż grupy etniczne tworzące państwo scala system kulturowy najsilniejszej grupy etnicznej. Ona może go narzucać innym grupom w łagodniejszej lub bardziej brutalnej formie. Może to być tolerancja dla innych grup, bądź marginalizacja lub dyskryminacja tych grup. I niezależnie od modelu politycznego, te zjawiska zawsze występują.
- Nie lubimy innych…
- To wynika z systemu kulturowego, bo on narzuca np. tradycje. A tradycja to zlepek rzeczywistej i zmitologizowanej przeszłości. I w dodatku odwołuje się tylko do dobrych stron danej grupy. Natomiast historia, która teoretycznie operuje faktami jest z powodów politycznych traktowana przez władze wybiórczo - zarówno w nauce jak i edukacji.
- A co się dzieje z państwem w II połowie XX wieku?
- Mamy globalizację (choć globalizacja współczesna nie jest pierwszą w historii ludzkości) i początki przesilenia cywilizacyjnego, które wywołała rewolucja informacyjna. Spowodowała ona destrukcję państwa suwerenno-narodowego. Pojawiają się wówczas nowe byty ekonomiczne w postaci korporacji ponadnarodowych. Można wprawdzie powiedzieć, że w przeszłości też były podobne, np. kompania indyjska, jednak w XIX wieku nosicielami globalizacji były mocarstwa. Podbój kolonialny był także podbojem rynków zbytu i surowców oraz siły roboczej.
Natomiast współcześnie państwa - nawet mocarstwa - przestały być nosicielami globalizacji – stały się nimi ponadnarodowe korporacje i rynki finansowe. Oznacza to konieczność otwierania się państw na przepływ ludzi, kapitału, wiedzy, informacji, technologii. Pojawia się naśladownictwo, którego cechą jest przepływ innowacji do państw mniej rozwiniętych oraz instytucje międzynarodowe, potrzebne do regulowania rynku światowego. Państwa narodowe, jeśli chcą aktywnie uczestniczyć w handlu światowym, muszą więc przekazywać na ich rzecz część swoich uprawnień, czyli suwerenność państwa staje się ograniczona.
- Ten proces zachodzi coraz szybciej, mimo licznych prób obrony państwa narodowego…
- Rozpad państwa narodowego następuje bowiem z kilku powodów: pierwszym jest konieczność rezygnacji z niektórych funkcji władczych w epoce globalizacji. Nie bez znaczenia jest dostęp społeczeństwa do nowych technologii, zwłaszcza Internetu. Internet to niezwykle mocne narzędzie, dzięki któremu widać jak inni żyją. Rodzi to zwykle chęć ekspansji poprzez naśladownictwo, ale i wyzwala nienawiść, wrogość.
Na rozpad nowych państw narodowych miała też wpływ dekolonizacja. Wskutek tych procesów pojawiło się sporo państw eklektycznych, z cywilizacją agrarną i naskórkowym kapitalizmem, o sztucznie wytyczonych granicach. Efekt tego taki, że często walczą tam ze sobą wrogie plemiona. Poza tym ludzie niewykształceni dostali najnowocześniejsze technologie informatyczne. Czyli z jednej strony to pokazuje skok cywilizacyjny, a z drugiej – niedostosowanie do współczesności.
Dzisiejsze państwo – zarówno w krajach rozwiniętych jak i zacofanych - uległo więc daleko posuniętej destrukcji. Czynnikiem potęgującym ten proces jest nie tylko boom demograficzny, ale i degradacja środowiska naturalnego, i ocieplenie klimatu, także terroryzm.
- Czy charakter państwa zmienia się niezależnie od jego poziomu rozwoju cywilizacyjnego?
- Każde państwo jest poddane procesom globalizacyjnym, których naturą jest zmniejszanie różnic. Wydaje się, że istnieją dwie drogi łagodzenia sprzeczności na świecie. Jedna to całkowite otwarcie granic, a druga to integracja, związana z poszerzeniem kontaktów zewnętrznych państw. Obie drogi siłą rzeczy naruszają spójność wewnętrzną państwa, skoro poznaje się innych, inny sposób życia, myślenia, inne wartości. Rynek dociera przecież wszędzie, do różnych systemów: ekonomicznych, politycznych, kulturowych. Jednak całkowite otwarcie granic - dopóki istnieje władza polityczna - jest praktycznie niemożliwe, widzimy ile problemów przyniosła strefa Schengen. Zostaje więc regionalne poszerzanie kontaktów i współpraca, początkowo 2-3 państw w kilku obszarach, np. badań naukowych, handlu czy wspólnych inwestycji. Przykładem jest Nord Stream – globalne dobro publiczne, bo złożyło się na to kilka państw, które czerpią z przepływu gazu czy ropy naftowej korzyści. Jest już więcej takich inicjatyw nie tylko w Europie, ale i w Azji. Najbardziej rozwiniętą formą integracji jest jak dotąd UE, jednak przeszkodą do podejmowania takich działań jest państwo narodowe.
- Które jednak uważane jest za motor postępu…
- Motorem postępu są zawsze pewne grupy społeczne, mające niewiele wspólnego z państwem narodowym. Postęp możemy rozpatrywać bowiem w dwóch obszarach: naukowo-technicznym i jakości życia i rozwoju gospodarczego. I jedno, i drugie zamknąć w systemie narodowym jest praktycznie niemożliwe.
Rozwój zawsze był nierównomierny, a ta nierównomierność ma źródła naturalno-geograficzne i społeczno-ekonomiczno-polityczne. Ludzie z gór mają np. całkiem inną mentalność niż z nizin i tego się nie zmieni. Są obszary, gdzie jest wspaniała ziemia, ale są nieurodzaje. Idea egalitaryzmu jest jedną z wielkich utopii wszystkich społeczeństw od początku do dzisiaj i ona pozostanie. Można trochę łagodzić różnice społeczne, ale nie można ich zlikwidować. Weźmy np. Szwecję, gdzie nie było feudalizmu – tam też są bogaci i biedni. To zróżnicowanie nie jest takie duże jak w Polsce, ale jest. To wynika również z różnicy w kreatywności ludzi.
- Czy państwo narodowe pomaga czy przeszkadza w podnoszeniu jakości życia?
- Dzisiaj powiedziałbym, że przeszkadza. Jesteśmy na takim poziomie rozwoju, że musimy korzystać z doświadczeń innych, a to oznacza, że musimy się na innych otworzyć. Trzeba też zredefiniować pojęcie suwerenności, bo mamy już międzynarodowe instytucje jak trybunał sprawiedliwości, bank europejski, itp. Ostatnia cechą, jaka przyjdzie do społeczeństwa i narodowego i światowego, będzie solidarność, co właśnie widać w Hiszpanii i Katalonii.
- Francis Fukuyama twierdzi, że dzisiaj jest rosnąca dominacja państw słabych i upadających. Zgodziłby się pan z tym?
- Dominacja nie, ale wzrastające zagrożenie – tak. Upadające i nowe państwa będą zagrażały światu poprzez boom demograficzny i łatwość przekraczania granic. One byłyby dominujące – jak mówi Fukuyama – ale poprzez skalę.
Jeśli popatrzeć na świat, to dzisiaj społeczeństwa, które bym nazwał agrarno-przemysłowymi – uwzględniając tu Chiny i Indie - stanowią ok. 80% ludności świata. Reszta to państwa cywilizacji przemysłowo-informatycznej. Czyli proces ten będzie długotrwały. Oczywiście, następuje gwałtowne przyspieszenie cywilizacyjne, ale wszystkie prognozy dotyczące wzrostu potęgi gospodarczej poszczególnych państw pokazują, że w 2050 r. Chiny będą dominującym państwem świata, a z Europy w pierwszej dziesiątce będzie tylko Rosja, Wielka Brytania i Niemcy.
- Niemiecki socjolog Ulrich Beck, autor koncepcji społeczeństwa ryzyka twierdził, że państwo narodowe mamy w głowach, bo światu państwa narodowe nie są niezbędne.
- W pewnym sensie on ma rację, bo przecież państwo narodowe zaczyna się w głowach w XVI- XVII w., kiedy zaczyna się oświecenie. Tu jest ciekawe skojarzenie z dominującymi językami w Europie - początkowo łaciną, potem francuskim, niemieckim i obecnie angielskim. Angielski staje się językiem światowym w latach 70., kiedy upada imperium brytyjskie i kiedy pojawia się neoliberalizm i globalizacja. Możliwość globalnej komunikacji dzięki jednemu językowi i Internetowi leży u podstaw idei społeczeństwa globalnego.
Państwo narodowe będzie jednak jeszcze funkcjonować przez kilka pokoleń, bo przeszkodą w utworzeniu państwa globalnego będzie system kulturowy. Poza tym zwolennicy państwa narodowego mogą spać spokojnie dotąd, dopóki nie ma dobrych elit, dla których siłą napędową jest interes społeczny, a nie zagarnianie władzy.
Dziękuję za rozmowę.

