Prognozowanie (el)
- Autor: Lech Zacher
- Odsłon: 4270
Trudno sobie wyobrazić świat bez miast. Urbanizacja to stary proces związany z koniecznością osadnictwa (przestrzennego usadowienia) rosnącej ludności – lokalnie i globalnie. Urbanizacja to jeden z najważniejszych procesów (i megatrendów) cywilizacyjnych, kulturowych, także politycznych. Już starożytne państwa-miasta były tego dobrym przykładem.
Urbanizacja to proces tworzący strukturę, nie tylko techniczną. O ile kiedyś miasta były niejako „wyspami w morzu” terenów niezurbanizowanych, to obecnie już ponad połowa ludzkości w nich zamieszkuje.
W procesach urbanizacyjnych trudno znaleźć jakąś harmonię. Jej brak wynika z żywiołowości rozwoju gospodarki (rynku), procesów demograficznych oraz techniki.
Miasta to obiekty techniczne, powiązane techniczną infrastrukturą (energetyczną, transportową, teleinformatyczną itp.). Ich rozwój nie ma „kognitywnych zahamowań”, choć zależy od nakładów. Będą zapewne miasta podziemne, podwodne, na sztucznych wyspach, w przestrzeni okołoziemskiej, itd. Ograniczenia typu technicznego będą przezwyciężane.
Popyt na mieszkania i domy jest funkcją rozwoju demograficznego (ograniczeniem jest dostępność finansowa). Rozwój demograficzny trudno jest – zwłaszcza na dłuższą metę – kontrolować. Czy w miarę wzrostu gospodarczego, dobrobytu i emancypacji kobiet przyrost naturalny będzie spadać? Takie były doświadczenia zachodnie, ale czy okażą się one uniwersalne - nie wiadomo.
Rozwój gospodarczy zapewniający podaż technologii i obiektów urbanizacji oraz efektywny popyt obywateli (daje bowiem zatrudnienie, a więc płace, emerytury, zasiłki itp.) również charakteryzuje się turbulencjami, kryzysowością, nierównomiernością. Oczywiście, próby kontroli owych żywiołowości były i są prowadzone w różnych krajach i w różnych okresach (interwencjonizm państwowy, polityka demograficzno-społeczna, zarządzanie techniką, oddziaływanie edukacyjne). Jednakże nie są one w stanie przeobrazić „naturę” owych żywiołowości.
Stąd wniosek, iż procesy urbanizacji (i pochodne) nie dadzą się skutecznie i na wielką skalę sterować. De facto stanowią one kontekst rozwojowy, co istotne dla rozważań futurologicznych oraz działań podejmowanych w imię (racjonalnego i humanistycznego) współkształtowania przyszłości świata. Utrudnieniem dla takich działań jest silnie rosnąca złożoność świata, systemów socjotechnicznych oraz jednoczesna dywersyfikacja warunków, strategii, społeczeństw, kultur, itp.
Symbol postępu i … pułapka
Urbanizacja jest poczytywana często za symbol postępu, bowiem oferuje wielkie szanse i możliwości lepszego życia mieszkańcom miast. Są one faktem. Jednakże po przekroczeniu pewnej skali staje się pułapką, z której w praktyce nie ma dobrego czy żadnego wyjścia.
Urbanizacji nie da się cofnąć (pomijając wojnę nuklearną, globalną epidemię czy takąż katastrofę ekologiczną). Można przyjąć, iż przekroczenie skali już nastąpiło, bowiem ponad 50% ludzi świata mieszka w miastach i megatrend urbanizacyjny się utrzymuje.
Ludzi jest coraz więcej i muszą gdzieś mieszkać (zajmować jakąś przestrzeń).
Nie da się przezwyciężyć cielesnej przestrzenności ludzi. Stłoczenie, częste w miastach, jest półśrodkiem jedynie. Problem pogarsza „epidemia” otyłości, która może wpływać na architekturę, transport, infrastrukturę ochronę zdrowia, itp. Mami się więc ludzi perspektywami zasiedlenia (kolonizacji) Kosmosu, nie przejmując się ewentualnymi barierami technicznymi i kosztami przesiedlenia ok. 10 mld ludzi i stworzenia im warunków do życia.
Wielkie miasta, aglomeracje, konurbacje, megacities, megalopolis mają wielką siłę przyciągania (można się dopatrywać nawet ich pewnej magii czy „metafizyczności”). Są innym przeobrażonym technicznie i organizacyjnie środowiskiem życia.
Historycznie powstawanie i rozwój miast opierały się w dużej mierze na ich funkcjonalności wobec potrzeb (klasyczna ich triada to władza, gospodarka, religia, czyli zamek, rynek, katedra). Był też element specyfiki, np. miasta obronne, ośrodki władzy, ośrodki handlu, centra przemysłowe; współcześnie to centra finansowe, ośrodki wiedzy (stąd koncepcja Knowledge Cities), centra władzy politycznej i skupiska biurokracji, również centra usług i kultury (nie wszędzie i nie jednakowo).
Sztuka zarządzania
Kumulacja funkcji i rozrost ilościowy czyni miasta trudnymi do zarządzania. Ważne dla rozwoju gospodarki i kultury mieszczaństwo zaczyna być zdominowane przez ludność napływową, przez imigrantów, także turystów. „Napływowi” trudno się integrują, muszą się dostosować. Są dla miasta „zewnętrznością”. Oznacza to konflikty ze strony biednych przedmieść, slumsów, faweli, bankrutujących centrów, kontrkulturowych czy kontrsystemowych (np. typu Occupy Wall Street). Zatem „napływowość” i konfliktowość to nieodzowne cechy współczesnych wielkich miast, zarówno w krajach bogatych, jak i biednych, choć nierówno.
Z kumulacji i rozrostu jest wiele korzyści, zwłaszcza korzyści skali w wielkości rynku i konsumpcji oraz dostępności siły roboczej z określonymi kompetencjami. Nie tylko ważna jest tania siła robocza (np. w usługach czy budownictwie), ale też wysoko wykwalifikowani specjaliści (jest to tzw. brain drain).
Wielkie miasto to skomplikowany twór techniczno-organizacyjny wymagający wielu pracowników i specjalistów, by funkcjonować. Dla masowego klienta miasto to wielkie galerie handlowe oraz sieć rozrywkowa. Dla bardziej elitarnego to centra edukacji i kultury (wysokiej).
Trudno jednak ocenić co per saldo przeważa i wygrywa: czy „świeża krew” elementów napływowych przyczynia się do – wielowymiarowo, także jakościowo ocenianego – postępu, czy odwrotnie – ulega jakiemuś „prawu spadających przychodów”.
Społeczeństwo wiedzy nie jest pewną przyszłością realną dla wszystkich państw. Problemem jest, co wnoszą imigranci i napływowi (np. warszawskie „słoiki”) - postęp czy degeneracje (typu popkulturowego) dawnego miejskiego stylu życia (np. w typie krakowskiego mieszczaństwa).
Miejsce konfliktów
Problemem, nie tylko społecznym, wielkich miast jest bezrobocie i bezrobotni, czyli grosso modo tzw. prekariat – młodzi, często wyedukowani, szukające pracy kobiety, migranci. Utowarowienie edukacji, pracy, kultury, życia, sprzyja powstawaniu prekariatu i czyni zeń „niebezpieczną klasę”.
W skali globalnej tzw. globalny proletariat to również problem dotyczący wielkich miast. Czyż rodzi się (znowu) pokolenie buntu, krajowe (związane z usieciowieniem) oraz globalne związane z anty- i alterglobalistami oraz z globalnym usieciowieniem (dobrym przykładem jest ruch Anti ACTA)? Usieciowienie społeczeństw oznacza przechodzenie działań i życia ludzi z realnego świata (w tym wielkich miast) do cyberprzestrzeni. Powstaje nowy model ruchów społecznych, dawniej często tylko miejskich, obecnie coraz bardziej – dzięki Sieci – globalnych. Konfliktowy potencjał wielkich miast – mimo zmakdonaldyzowania i konsumpcjonizmu – niebezpiecznie rośnie. Obok wcześniej sygnalizowanych przyczyn i okoliczności, trzeba tu wymienić porażkę wielokulturowości. Pozytywna wielokulturowość miejska w świecie drastycznych nierówności oraz głębokich odmienności kulturowych, religijnych, obyczajowych nie funkcjonuje. Widzimy raczej „zderzenie cywilizacji” (by przywołać termin Huntingtona), przybierające nie tylko lokalny (w tym miejski), ale i globalny zasięg.
Krytyka lewicowa mówi wprost o „buncie miast”, szermując – w nawiązaniu do marksizmu – takimi hasłami jak „prawo do miasta” (do przekształcania miast przez mieszkańców jako prawo człowieka), „odzyskiwanie miasta”, „tworzenie miejskich dóbr wspólnych”. Nawołuje się też do miejskiej rewolucji. Ale, być może, buntowniczy mieszkańcy miast będą działać więcej w Sieci, aniżeli w realu?
Niepewna przyszłość
Przyszłość wielkich miast – z punktu widzenia stabilności i postępu – zdaje się niepewna. Co więcej, mimo ich utechnicznienia i usieciowienia, perspektywy przekształcania się społeczeństw informacyjnych (bogatych w informacje) w społeczeństwa wiedzy też budzi wątpliwości, m.in. dlatego, że tzw. klasa kreatywna niekoniecznie wiąże się z wielkimi miastami (zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych uczelnie wyższe mieszczą się w małych miastach czy wręcz w klastrach typu Dolina Krzemowa).
Wielkie miasta i korporacje to raczej domena tzw. yuppies, a nie technicznych innowatorów. Element napływowy (migranci krajowi z terenów wiejskich, z prowincji oraz zagraniczni, często bez kwalifikacji) przyczynia się w niewielkim stopniu do powiększenia elit wiedzy, raczej zwiększa masy, którym brak nie tylko edukacji, ale i kompetencji, obycia miejskiego, kapitału kulturowego. Oczywiście, w długiej perspektywie można założyć, iż ich akulturacja i zdobywane doświadczenie miejskie poprawią się i będą pozytywnym wkładem do potencjału wielkiego miasta. Będzie to, co prawda spóźnione, wyjście z pułapki urbanizacyjnej. Kolejne pułapki, zresztą sygnalizowane po części, wiążą się ze skalą i złożonością. Z jednej strony mamy korzyści skali, ekonomicznie pożądane; z drugiej zaś skala miast i ich problemów często przekracza możliwości i zdolności do ich skutecznego i „na czas” rozwiązywania. Co więcej, wiele zadań, problemów, barier się kumuluje w czasie, generuje nieoczekiwane efekty (emergencje, niespodzianki, wpływ nieoczekiwanych zdarzeń). A im większy obiekt zarządzania, rządzenia, funkcjonowania, życia, im bardziej złożony, tym więcej trudnych do rozpoznania kwestii (wiele rzeczy się nakłada, wzmacnia, zderza, generuje nieprzewidywalne konsekwencje itp.) i do ich rozwiązywania, likwidacji, amelioracji.
W obecnym świecie, gdzie dominuje – zwłaszcza w wielkich złożonych systemach – nieliniowość, chaotyczność, nieobliczalność, niepewność, zmienność, ambiwalentność, potrzeba innych strategii, innych działań – szybkich, wielotorowych, wielopoziomowych, potrzeba odporności, wytrzymałości, elastyczności systemu, by przetrwać i kontynuować swój byt. Czy wielkie miasta-systemy mogą nabrać takich cech (czyli tego, co Taleb nazywa antykruchością) i sprawić, by trudne problemy, konflikty, kryzysy im służyły?
Dla społeczeństwa nadzoru
Megamiasta mają – wynikające z ich skali – ogromne techno-organizacyjne i menedżerskie problemy związane z bieżącym funkcjonowaniem (np. systemów gospodarki komunalnej); mają też wielkie problemy strukturalne („odziedziczone”) oraz wyzwania przyszłości.
W przypadku nowoczesnych, dynamicznych i bogatych miast zależność od szlaku (path dependence) jest relatywnie słaba, odwrotnie jest w megamiastach dawnego Trzeciego Świata, który uwalnia się od tej zależności częściowo, enklawowo, z trudem. Ale i bogate megamiasta mają obszary działania wymykające się spod kontroli państwa i prawa (jak np. gangi miejskie, mafie, przestępczość – zorganizowana i zglobalizowana), nie mówiąc o korupcji. Strukturalny charakter cechuje wyzwania związane z chroniczną biedą, marginesem społecznym, bezrobociem, wykluczeniem (dziś także cyfrowym – digital divide), zdrowotnością biedoty itp., także z wielkoskalowymi protestami społecznymi, zamieszkami, problemami migrantów i gett.
Bezpieczeństwo staje się najwyższym priorytetem, a jednocześnie jego ostra implementacja może zagrażać wolności i demokracji (przykładem może być totalna inwigilacja przy pomocy kamer, podsłuchów, itp.). Społeczeństwo nadzoru (surveillance society) najlepiej się realizuje w megamiastach.
Ośrodki władzy
Wielki potencjał gospodarczy, społeczny i kulturowy megamiast czyni z nich ważne ośrodki władzy, których zasięg jest nierzadko większy aniżeli rządów krajów średniej wielkości. Co więcej, wielkie miasta tworzą – na razie dość dziurawą – globalną sieć, której są węzłami. Władze megamiast są często bardziej realistyczne i sprawne niż postpolityczne rządy, bowiem muszą rozwiązywać konkretne i palące problemy wymagające trafnych decyzji i skutecznych działań. Są też pod silną presją mieszkańców (w krajach demokratycznych – społeczeństwa obywatelskiego).
Selekcja do władz miejskich – na fotele burmistrza i zarządu miast – jest bardziej merytoryczna i opierająca się na zaangażowaniu, kompetencjach, charyzmie (jest wiele przykładów amerykańskich, np. Giuliani, Bloomberg). Stąd idea B. Barbera, by politycy brali przykład z burmistrzów i by ci ostatni odgrywali istotną rolę nie tylko krajową, ale i międzynarodową. Rządzenie (governance) byłoby lepsze, nie tylko w megamiastach.
Sieć władz metropolii mogłaby grać istotną rolę w skali międzynarodowej, a w wielu kwestiach skutecznie zastępować polityków i organizacje polityczne. Taka transformacja rekonfiguracji wpływów to również – chyba pozytywna – pułapka współczesnej urbanizacji. W megamiastach narastają też problemy polityczne. Wiążą się one z żądaniami partycypacji w decyzjach miejskich, np. z określaniem podziału budżetu na zadania (w Polsce jest to tzw. obywatelski budżet partycypacyjny).
Inną ważną kwestią – kontrowersyjną społecznie – jest polityka publiczna i sfera publiczna, jej wielkość, charakter, finansowanie, oddziaływanie na życie mieszkańców miasta. To słaby punkt wielu miast, bowiem istnieje neoliberalna tendencja zawłaszczania tej sfery przez kapitał prywatny. Szczególnie jest to łatwe w krajach mniej rozwiniętych, o marnym prawodawstwie i dużej korupcji, także w krajach tranzycyjnych (jak np. Europa Wschodnia).
Świadomość obywatelska dotycząca wagi i znaczenia sfery publicznej jest mało rozwinięta (co wygodne dla biznesu i klasy politycznej). Nie wiadomo czy rozwój społeczeństwa obywatelskiego będzie wszędzie stanowić wartość dodaną wobec potencjału megamiast, czy też będzie elementem anarchizującym, np. w kwestiach ekologicznych, które z reguły budzą kontrowersje, naruszają interesy biznesowe, lokalne, związane z kontekstami międzynarodowymi.
Nie wiadomo również na ile dynamiczny rozrost sieci megamiast i ich samych jako dominujących węzłów będzie pomocny w rozpoznawaniu i rozwiązywaniu problemów, a na ile będzie problemy te zwielokrotniał.
Megapolis in statu nascendi
Pułapki urbanizacyjne dotyczące wielkich miast polegają na tym, iż wzrostowi ich znaczenia i potęgi (które są rezultatem historycznego trendu i kumulacji pozytywnych efektów) towarzyszy nie tylko przerost skali i możliwości sterowania rozwojem, złożonością i różnorodnością procesów, ale także fundamentalne wyzwania strukturalno-jakościowe. Oto najważniejsze z nich sformułowania w postaci problemów:
- rola wielkich miast w erze postindustrializmu, gospodarki informacyjnej, Nowej Gospodarki, gospodarki opartej na wiedzy (GOW) w perspektywie wirtualizacji i cyfryzacji;
- rola wielkich miast w procesach ewolucyjnych – modernizacji i oddziaływania polityki – na obszary i społeczności „odstające” rozwojowo (teoria rozwoju dualnego czy zależnego rozwoju może być tu zastosowana);
- tranzycja megamiast jako wymóg rozwoju trwałego i zrównoważonego (sustainable development); różne modele;
- wielkie miasta jako element i czynnik ładu międzynarodowego i geopolityki;
- megamiasta w wielohybrydowym świecie (zaawansowanym i zależnym, realnym i wirtualnym;
- globalizacja a megamiasta, ich sieci i relacje (konfliktowość, kooperatywność ponad interesami narodowymi i granicami oraz blokami państw); nowa sieć ekonomiczno-polityczna (kosmopolityczność i pragmatyzm);
- wielkie miasta a cyberprzestrzeń (powiązania, interakcje, pozytywne i negatywne efekty, kooperacja vs rywalizacja – np. w obszarze władzy, prawa, podatków); nie wiadomo jak będzie wyglądał w tej powiększonej przestrzeni społecznej „człowiek miejski” (urban man), sieciowy, transgraniczny, wymykający się jurysdykcji i aksjologii realu;
Potrzeba miejskiej racjonalności, pragmatyzmu, reaktywności i tworzenia ram dla dobrej przyszłości, a także nowej ekonomii miejskiej, bowiem megamiasta to nowy obiekt nie tylko dla praktyki, ale i teorii wzbogaconej przez elementy interdyscyplinarne, socjocybernetykę, teorię systemów, chaosu, złożoności, metody Computational Social Science, Big Data i innych nowych konceptów.
Modele ekonomiczne, polityczne, społeczne, ekologiczne megamiast są dopiero in statu nascendi, stąd obok wyzwań, wiele możliwości, także nieodkrytych jeszcze. Nie wiadomo również jaka będzie odpowiedź rządów, organizacji międzynarodowych oraz ponadnarodowych korporacji na rosnącą potęgę megamiast i ich sieci, zaczynających być globalnymi aktorami.
Lech W. Zacher
Powyższy tekst jest skrótem artykułu „Wpływ wielkich miast na naturę ludzką” zamieszczonego w publikacji Komitetu Prognoz PAN pt. „Megamiasta przyszłości”. Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Marek Chlebuś
- Odsłon: 3035
Dryfujemy. Coś nas nieubłaganie ściąga w dół, nawet nie bardzo wiemy, co i w jaki sposób.
Nie umiemy też się temu oprzeć, bo sternik pijany, ster złamany, wiosła rozkradziono.
Kto jest tego więcej świadom, ten sfrustrowany coś woła, ale że przeszkadza innym, to go zaraz tłumią.
Bardziej pobudzeni wyskakują i sami gdzieś płyną, a reszta popada w półświadomy, bezradny fatalizm.
Czy można coś jeszcze w takiej sytuacji zrobić? Oczywiście – przetrwać. Natychmiast otrzeźwieć i przejrzeć na oczy. I ratować wszystko, co mogłoby jeszcze być użyteczne. I naprawić ster, i poszukać czegoś do wiosłowania, choć to wbrew pozorom wcale nie jest najpilniejsze – dopóki nie wiemy, jak nawigować.
Dokąd zmierzamy?
Miejsce Polski w świecie stale się obniża. Nie chodzi przy tym o tak oczywisty geopolityczny regres, jak ten z pozycji europejskiego mocarstwa, którą osiągnęliśmy w czasach słabości Niemiec i Rosji, do całkowitego zaniku państwa po rozbiorach. Nie chodzi też o widoczne na mapach kurczenie się kraju od czasów jagiellońskich po współczesne. Degradacja postępuje także w ostatnich dziesięcioleciach i jest nadzwyczaj stabilnym procesem. Oto wykres miejsca Polski w świecie, rozumianego jako średnia z rankingów GUS, pozycjonujących Polskę wśród państw świata (według danych z pracy [1]): 
Pozycja Polski w świecie systematycznie spada, w ostatnim czterdziestoleciu obniżyła się o przeszło siedem miejsc. Nic nie zatrzymało tego spadku, ani westernizacja Gierka, ani sowietyzacja Jaruzelskiego, ani Okrągły Stół Kiszczaka czy Plan Balcerowicza, ani wejście do NATO i Unii Europejskiej, ani napływ unijnych funduszy, ani prywatyzacja, ani zamykanie czy otwieranie rynków oraz granic. Nic. Nie jest mi znany żaden plan, który by ten problem miał rozwiązywać, zresztą nie jest mi też znany żaden planista, który by tu problem w ogóle dostrzegał.
Liczby i rzeczywistość
Co ten dryf oznacza? Arytmetycznie tylko tyle, że pod badanymi względami wyprzedza nas coraz więcej państw. A jakie to względy? Takie, jakie klasyfikuje GUS: powierzchnia, ludność, produkcja energii elektrycznej, import, eksport, PKB ogółem, PKB na mieszkańca, zbiory: pszenicy, żyta, jęczmienia, ziemniaków, buraków cukrowych; pozyskanie drewna, pogłowie: bydła, trzody chlewnej; produkcja: mięsa z uboju, mleka krowiego, jaj kurzych; połowy morskie i słodkowodne, produkcja: surowców energetycznych, węgla kamiennego, węgla brunatnego, cukru surowego, cementu, stali surowej, miedzi rafinowanej.
Może są to anachroniczne miary kondycji państwa? Możliwe. Może są niekompletne? Też możliwe. Ale właśnie taki zestaw ustala przez ostatnie kilkadziesiąt lat GUS. Rezygnacja z którejkolwiek miary lub dodanie nowej – tworzyłyby czyjś autorski zestaw, już niepodparty autorytetem polskiej statystyki publicznej. No to skoro nie da się podważyć danych, może dałoby się je zlekceważyć? Wszak jeśli przyjąć, że węgiel jest nienowoczesny, a cukier niezdrowy, to można by się spadkiem ich produkcji cieszyć zamiast martwić. Ano można, tylko... czemu ludzie uciekają od nas, a nie do nas?
Demografia jest nieubłagana. Nawet gdyby z bilansu ludności nie skreślać jeszcze tych milionów Polaków, którzy właśnie się urządzają w Niemczech, Anglii oraz innych krajach świata, nawet gdyby Polki zaczęły teraz masowo rodzić, a ich dzieci, gdy dorosną, szukałyby sobie miejsca w kraju, to i tak należy się wkrótce liczyć z kilkunastoprocentowym ubytkiem ludności. Mogłoby to jeszcze pogłębić dotychczasową tendencję, która już była wyraźnie schyłkowa. Kolejny wykres sporządzono w oparciu o liczby z pracy [2]. Pokazuje on, jaki procent światowej populacji stanowią mieszkańcy Polski.
Jak widać, Polaków jest relatywnie coraz mniej.
Od 1938 r. do 2007 r. nasz udział w światowej populacji spadł o prawie dwie trzecie, z 1,56% do 0,57%, a za większość tego spadku odpowiada okres po 1950 r., bynajmniej nie wojenny. Zadziwiająco stabilny trend po 1960 r., skutkujący około 10% spadkiem na dekadę, gdyby nie miał być przerwany, zmierza w okolice zera już około 2072 r. Oczywiście, nikt nie utrzymuje, że Polska tak szybko zniknie w wyniku procesów demograficznych, ale oficjalne prognozy są niewiele lepsze, bo na 2050 r., kiedy obecny trend osiągałby 0,19%, oceniają nasz udział w populacji świata na około 0,35%, co oznacza dalszy spadek o prawie dwie piąte.
Błogie zamroczenie
Podobno Polska to kraj nieustającego sukcesu, przynajmniej według większości mediów oraz naukowych i politycznych celebrytów. Rośnie PKB i średnie pensje, przybywa dróg, stadionów, akwaparków, biurowców i lotnisk. Kto chce, ten ma studia, komputer, telefon, telewizor, własny biznes i samochód. I może jeździć, gdzie chce, i gdzie chce - pracować. Było to kiedyś lepiej? No właśnie.
Zmiana pozycji Polski nie oznacza degradacji absolutnej, lecz tylko – względem innych państw, które nas stopniowo wyprzedzają. Nie musi to znaczyć, że jest nam gorzej w ogóle, ale że gorzej niż innym, którzy stają się od nas silniejsi i są w stanie coraz bardziej nas sobie podporządkowywać. Tylko tyle. Czy to miałoby nas obiektywnie martwić, czy zaledwie wzbudzać naszą zawiść? Cóż, gdyby chodziło tylko o wykresy, rankingi i gazetowe pochwały, można by to ignorować, ale właśnie doświadczamy obiektywnego, a nawet krytycznego skutku tych wszystkich procesów: ucieczki Polaków, porzucających ojczyznę, w której jest im gorzej niż na obczyźnie.
Państwo polskie zdaje się tym jakoś nie przejmować, czemu zresztą i trudno się dziwić, bo ważnym katalizatorem tych naszych problemów jest brak myśli państwowej, ułatwiający ich niezrozumienie, a nawet nieświadomość. Dopiero dalej są wskaźniki, mniej lub bardziej ważne, potem polityka, gospodarka i kultura, a najdalej, już na samym końcu, jako ostateczny wynik, jest ubytek ludzi, którzy przestają w Polsce żyć, mieć tutaj dzieci, mówić po polsku, myśleć po polsku, i w końcu się z Polską identyfikować. Taki jest początek i taki jest koniec tej degradacji, że zaczyna się od braku elit, a kończy na braku ludu.
Co możemy robić?
Można podejmować próby uzdrowienia państwa – takiego, jakie jest, ale ma to dość ograniczony sens. Raczej nie wystarczą one do zapewnienia temu państwu powodzenia czy nawet przetrwania, chociaż mogą je ułatwić lub chociaż skrócić i złagodzić okres historycznej przerwy, jeśli by nam się taka znowu miała przytrafić.
Sytuacja jest trochę taka, jak z budową nowego domu na miejscu starego, w którym jednak trzeba czas budowy przeżyć. Nadmierne inwestowanie w części wciąż użytkowane może być wtedy nieracjonalne i przynosić przelotną korzyść kosztem trwałej straty.
Szkoda teraz czasu na wyliczanie zbędnych czy nawet szkodliwych instytucji państwa, absurdalnych inwestycji, które lepiej by od razu zburzyć zamiast utrzymywać, dysfunkcyjnych praw, przepisów, które dawno utraciły sens. Trzeba to będzie ogarniać i zmieniać, ale ze świadomością, że teraz, na tym fundamencie, można tylko zmniejszać ich szkodliwość, nic więcej. A niektóre doraźnie sensowne reformy mogą nawet w efekcie naszą przyszłość pogorszyć.
Dobry inżynier potrafi wznosić względnie trwałe budowle na niepewnym gruncie, z użyciem nietrzymających jakości materiałów, w sposób odporny, przynajmniej do pewnych granic, na kulturę wykonawstwa. Do tego potrzeba jednak finezyjnego projektu i skutecznego nadzoru jego realizacji. Podobna reforma państwa wymagałaby może nawet nadania uprawnień dyktatorskich światłym, zdeterminowanym i silnym osobom.
To już się w historii zdarzało i nawet czasem się udawało: Kazimierzowi w Polsce, Piotrowi w Rosji czy Fryderykowi w Prusach. Mogłoby się udać i dzisiaj, ale raczej w jakichś nadzwyczajnych warunkach, zmienionych przez wielki wstrząs czy katastrofę, które trudno planować. Może i dobrze byłoby mieć w odwodzie, na wszelki wypadek, jakichś Kazimierzów, Fryderyków, Piotrów, ale i tych trzeba by wcześniej wykształcić i odpowiednio ukształtować, żeby nie traktowali państwa jak łupu i ludzi jak bydła. Sprawy doraźne bywają bardzo dolegliwe, często domagają się natychmiastowych działań i radykalnych środków, lecz nie powinny przesłaniać celów długoterminowych. Poprawiania państwa, a tym bardziej dobrego nim zarządzania – nie można uważać za bezsensowne czy zbędne, ale trzeba za niewystarczające.
Co musimy robić?
Działania doraźne, ważne tu i teraz, mogą i powinny utrzymywać, a nawet rozwijać podstawową infrastrukturę, kulturę, populację i różnorakie potencjały. Ale to raczej nie powstrzyma naszego dryfu, nie ustrzeże nas przed upadkiem, przynajmniej nie samo to. Dla przełamania złych tendencji, niezbędne są działania długofalowe.
Pierwszym zadaniem byłaby odbudowa myśli państwowej, drugim – systematyczna rekonstrukcja elit. Dopiero potem można poważnie przekształcać instytucje czy infrastrukturę. Czyli: najpierw ośrodek myśli państwowej, niezbędnie potrzebny, nie droższy od jednego czy dwóch aquaparków. I uczciwy system stypendialny dla dzieci, nie kosztowniejszy od stadionu. To oczywiście nie rozwiązuje naszych problemów, ale stwarza dla tego niezbędny fundament.
Musimy jak najpilniej zebrać te niedobitki wysokiej myśli, które tu jeszcze pozostały. Dać im parę lat na zrozumienie sytuacji, w jakiej się znajdujemy i kolejne parę na sformułowanie programów ratunkowych oraz rozwojowych, a w szczególności na określenie priorytetów co do wykształcenia kolejnych pokoleń.
Musimy dobrze uczyć i wychowywać wszystkie nasze dzieci oraz całą młodzież, lecz stopniowo wyłaniać spośród nich i kształtować dla dobra ich oraz nas wszystkich - przyszłe elity, które by się czuły odpowiedzialne za państwo i za społeczeństwo, i chciały im służyć.
Myśl państwowa
Mogłoby się wydawać, że bezmyślność państwa powinna być łatwo usuwalna. Wystarczyłoby ulokować gdziekolwiek, przy jakimś urzędzie, instytucji naukowej, albo nawet firmie, ośrodek myśli strategicznej, który w ciągu kilku lub kilkunastu lat mógłby zgromadzić wartościową wiedzę o świecie i Polsce, wyciągnąć z niej wnioski, sformułować zalecenia.
To raczej wykracza co do skutków poza jedną, a pewnie i dwie kadencje parlamentarne, więc z perspektywy myślenia partyjnego jest mało wartościowe, ale mimo to możliwe. W pracy [5] przedstawiono projekt budowy takiego ośrodka w oparciu o dwie kolejne kadencje prezydenckie, parlamentarne i rządowe, z udziałem środowisk naukowych i społecznych – w sposób mający ograniczać myślenie doraźne i partykularne. Niestety, już samo zaistnienie zasobu rzetelnej wiedzy, pozwalającego na ocenę różnych projektów, zmniejsza komfort sprawowania władzy przez polityków oraz urzędników, gdyż w nieunikniony sposób ogranicza ich swobodę i różne doraźne korzyści. Może za to podnosić tej władzy jakość.
Prawdę mówiąc, nawet trudno sobie wyobrazić inny sposób na jej podniesienie. Tu interes partii oraz biurokracji, ich wygoda i beztroska – muszą zejść na dalszy plan. Można zresztą zacząć od dziedzin niekontrowersyjnych i niepolitycznych, poznawalnych obiektywnie i możliwych do racjonalnego ogarnięcia. Należą do nich na przykład stosunki wodne oraz przyrodnicze, bilanse energetyczne i surowcowe, logistyka, infrastruktura edukacyjna i różne inne obszary, w których profesjonalne myślenie powinno co najmniej dostarczać rzetelnych ram dla działań politycznych i biurokratycznych, niekoniecznie je eliminując i nawet nie likwidując ich miodności dla polityków oraz urzędników.
Rekonstrukcja elit
Odbudowa elit wydaje się dziełem trudnym, ale wykonalnym. Może to trochę przypominać rekonstrukcję wymarłego gatunku, co już nam się zresztą udawało – z żubrem czy tarpanem. Czemu by miało teraz nie wyjść z pisarzami, humanistami, inżynierami, menadżerami? Potrzebny byłby co najmniej poważny program stypendialny na edukację zagraniczną i jeden, może kilka, ośrodków krajowych, kształcących elity różnych dziedzin. Po paru dziesięcioleciach, może już nawet po dwóch, powstałby zasób ludzki zdolny realizować pozytywny program rozwojowy, niekoniecznie zresztą taki, jaki mu wcześniej formułowano.
Raczej nie da się z tego wykluczyć klanów odpowiedzialnych za obecny stan państwa, zwących się jego elitami, gdyż są nadzwyczaj skuteczne w ochronie swoich przywilejów - to jest zresztą główny czynnik tej elitarności. Niełatwo też będzie wyłączyć ich dzieci, które już teraz monopolizują stypendia, dotacje, nagrody i ścieżki awansu. Trudno, tarpana też kiedyś odtwarzano na bazie wsiowych chabet. Pewnie trzeba i w te klany nadal inwestować, licząc że odpowiednia edukacja poprawi ich jakość. Najważniejsze jednak – to przełamać ich obecne monopole, by dopuścić innych, spoza tego przeklętego kręgu; jeżeli nie będzie na to lepszych pomysłów, to choćby losując kandydatów ze spisu powszechnego.
Taki byłby projekt długoterminowy, którego efekty mogą przyjść za kilkadziesiąt lat. Polska będzie wtedy jeszcze istnieć lub już nie, świat może być zniszczony wojną albo zwirtualizowany, może też panować całkiem nowy ustrój i zupełnie nowe modele gospodarcze. A nawet, gdyby miało się utrzymać obecne status quo, to nasza w nim pozycja będzie raczej inna, gorsza. Trudno byłoby dzisiaj wskazywać konkretne cele na wtedy, zwłaszcza tym, którzy mają być z założenia od nas mądrzejsi. Będą musieli sami nazwać i opanować ówczesne problemy. Pewne jednak cechy i pewne postawy, które trzeba by w nich pielęgnować, wychowując ich już teraz, wydają się oczywiste.
Fundamenty
Trzeba uczyć dbałości o substancję biologiczną – i ludzi, i przyrodę. Uczyć myśleć o gospodarce jako służebnej dla ludzi, a nie odwrotnie. I oczywiście, zawsze, uczyć o służebności prawdziwych elit. Bo inaczej są pasożytami. Uczyć trzeba historii Polski w narracji własnej, a nie cudzej. Bo nie jesteśmy tylko ani przede wszystkim, a może i wcale nie:
- uciążliwymi, zlatynizowanymi odszczepieńcami cywilizacji Słowian;
- barbarzyńcami, nie dość wdzięcznymi i nie dość zhołdowanymi wyższej kulturze, na której ziemiach się osiedlili;
- nie dość usłużnymi i nie dość pokornymi gospodarzami tych ziem, które zaszczyciła swym osadnictwem jeszcze wyższa cywilizacja;
- imperialnym okupantem i gnębicielem, wyzyskującym pomniejszych sąsiadów.
To są obce i nieżyczliwe nam narracje, na których nie da się zbudować innej tożsamości niż patologiczna. Trzeba rozwijać własną humanistykę i w ogóle kulturę, nie tylko importować czy naśladować obcą. A nade wszystko pielęgnować język i kulturę słowa. To, co robi dziś z polszczyzną (i polskością) wiele, zapewne większość mediów, instytucji kultury, uczelni – jest nie tylko nieakceptowalne, ale też niewybaczalne.
Szczypta realizmu
Degradacja Polski, jakkolwiek by ją oceniać, wyolbrzymiać czy lekceważyć, dokonuje się nie z naszej woli i nasza wola też jej zaraz nie powstrzyma. Ale najpierw trzeba ją w ogóle dostrzec, bo przecież trudno się spodziewać, żeby ktoś nie widzący zagrożeń, miał im przeciwdziałać. Historycznie patrząc, od dość dawna to nie my ustalaliśmy nasze granice i nie my wybieraliśmy zewnętrzne podporządkowania, niezależnie od tego, ile by je poprzedzało referendów, wieców, albo hołdów.
Nie z naszej też woli, a w każdym razie nie tylko z niej, znikała i odradzała się ojczyzna, nie bacząc na to, iloma by to podpierano ustawami, traktatami czy rezolucjami.
Raczej też nie my będziemy przesądzać w przewidywalnej przyszłości o formalnym trwaniu Polski, a zwłaszcza o jego charakterze, bo państwo może karleć bez utraty godła i wykopywania słupów granicznych. Nie ma żadnych poważnych przesłanek, by zakładać, że bezwolność, ułomność i ograniczona poczytalność państwa zmienią się ot tak, same z siebie, wysiłkiem jakiejś niewidzialnej ręki dziejów, zrządzeniem opatrzności, czy w wyniku wypowiedzianych odpowiednich życzeń, albo modlitw.
Polska może stosunkowo szybko zniknąć jako samodzielny byt, co zresztą nie znaczy, żeby ktoś nas zaraz wymazywał z map, czy żeby nam kazał przemalowywać flagi. Dla mniej uważnych i mniej wymagających, takie zniknięcie mogłoby nawet pozostawać niezauważalne. Dwieście lat temu chłopi na naszych kresach czasem dopiero po powstaniach dowiadywali się, że dziedzic czy arendarz od dawna eksploatuje ich już nie w imię króla, ale teraz cara, co im zresztą nadmiernej różnicy nie sprawiało. Tak jak istnieje dzisiaj Małopolska czy Wielkopolska, może istnieć jutro Całopolska, czy nawet po staremu Polska, może zachować kompanię honorową i fotel w zgromadzeniu ONZ. I nawet prawo do tabliczek z nazwami ulic w swojej gwarze. Czemu nie? To jednak może już nie być państwo, lecz raczej jakiś tubylczy samorząd.
Niewykluczone, że w tym kierunku powoli zmierza charakter naszej autonomii w ramach europejskiego bytu politycznego, autonomii, której ograniczenia przyjmujemy dziś względnie dobrowolnie, a w każdym razie bez większego sprzeciwu. Niektórzy uważają to zresztą za najlepszą możliwą dla nas przyszłość i nawet śmiało o tym mówią. Czy sami możemy coś doraźnie robić, aby zapewnić przetrwanie państwu lub chociaż uprawdopodobnić ciągłość jego bytu? Może właśnie to, co ostatnio próbujemy – akceptując protektorat sąsiadów, banków oraz innych sił, nie oczekując respektu ani równoprawnego traktowania, kupując drogo, sprzedając tanio, nie zagrażając nikomu kulturowo i cywilizacyjnie, tym bardziej militarnie, nie wzbraniając pozbawiania nas przemysłu, pracy, ludzi, praw do własnej ziemi i jej bogactw, nie odmawiając kontroli szlaków i baz logistycznych.
Mając zagwarantowaną taką uległość, nikt przytomny nie będzie tu wprowadzał wojska, chyba że dla ochrony swojej dominacji przed konkurentami – gdyby przestał się z nimi dogadywać, ale na to już nie mamy najmniejszego wpływu. Takie jednak trwanie, mimo że nie prowokuje bezpośredniego gwałtu, prowadzi do postępującej degradacji statusu: od niby-państwa, przez kraj, do terytorium – z wszystkimi tego nieuniknionymi konsekwencjami: ubytkiem substancji biologicznej i cywilizacyjnej, upadkiem kultury, barbaryzacją elit, rozpadem społeczeństwa... Naprawdę na nic lepszego nas nie stać?
Garść cytatów
O problemach tu omawianych pisano już wielokrotnie, nie tylko w mediach kontrkulturowych czy opozycyjnych, ale też w publikacjach oficjalnych, nawet naukowych. Jednak bezskutecznie. Poniżej przytoczę parę cytatów, pochodzących głównie z artykułów własnych, powstałych w ramach prac Komitetu Prognoz PAN. Na początek, wciąż aktualne słowa sprzed przeszło 20 lat, które wypowiedział w 1994 r. ówczesny Prezes Polskiej Akademii Nauk i Przewodniczący Komitetu Prognoz, prof. Leszek Kuźnicki [3]: Jesteśmy jednym z nielicznych krajów w Europie, który nie ma wyodrębnionych placówek naukowych do badań nad przyszłością lub spełniających takie funkcje.
Dalej cytat z pracy: Marek Chlebuś „Polska – 40 lat później” [2]: Potencjał umysłowy Polski zdaje się maleć jeszcze szybciej niż ten ludnościowy. Jednym z najdobitniejszych tego przejawów jest samozadowolenie elit, upojonych własnymi komplementami, opromienionych samouwielbieniem, poczuciem potęgi, przyznających sobie za to coraz liczniejsze ordery, nagrody, tytuły honorowe, których liczba rośnie chyba jeszcze szybciej i optymistyczniej od wskaźników skolaryzacji, europeizacji, cywilizacji, uzasadniając tym samym wiarę w opiekuńczą, niewidzialną rękę dziejów, która zawsze sprawi, że świat zadba o nas lepiej niż my sami... To raczej nie sprzyja budowaniu planów. (...)
Istnieje wielka przestrzeń między patetyczną mocarstwowością a planktonicznym fatalizmem. Aby w niej nawigować, potrzeba jednak jakiejś myśli państwowej. Choćby i kulawej. Dziś, jak się zdaje, nie mamy żadnej.
I cytat z pracy: Leszek Kuźnicki, Marek Chlebuś „Polska w perspektywie 2050” [4]: Stan [elit] jest zły, najpierw przez historyczne straty, potem wskutek popadnięcia – za sprawą mediów oraz innych służb publicznych – w odmęty popkultury i komercji, prawie całkowicie likwidujące budowaną przez pokolenia warstwę inteligencji. Konieczność szybkich i radykalnych działań naprawczych staje się bezdyskusyjna. Gorzej z możliwościami. Drugą Rzeczpospolitą budowali wielcy Polacy, ściągający z całego świata, PRL zasiliły lewicowe elity Polski przedwojennej, a III RP powracający z zaawansowanych cywilizacyjnie krajów emigranci. Dziś nie bardzo widać zewnętrzny zasób elit, do którego jeszcze by można sięgnąć. Potencjał intelektualny Polski trzeba będzie prawdopodobnie odbudowywać głównie siłami wewnętrznymi, a te stale maleją. Jeżeli odpowiednie procesy nie będą niezwłocznie podjęte i przeprowadzone, grozi nam zanik kapitału kulturowego i postępująca za tym erozja kapitału społecznego, a w konsekwencji może nawet utrata historycznej zdobyczy II i III Rzeczpospolitej: prawa do suwerenności.
I w końcu konkluzja z pracy: Marek Chlebuś, Leszek Kuźnicki „O potrzebie restytucji myśli państwowej w Polsce” [5]: Państwo polskie ma wiele instytucji, badających przeszłość, ale żadnej, nakierowanej na przyszłość. Nadchodzące pokolenia muszą uznać ten niedostatek myśli państwowej za wielkie i niezrozumiałe zaniedbanie naszych czasów.
Marek Chlebuś
Za: chlebus.eco.pl/rejs.pdf
Źródła:
1. Marek Chlebuś, Miejsce Polski w świecie, Przyszłość. Świat – Europa – Polska Nr 1, Warszawa 2014, http://chlebus.eco.pl/ECOSOC/PL2050.pdf
2. Marek Chlebuś, Polska 40 lat później, w: Wizja przyszłości Polski, Studia i analizy, Tom II, Komitet Prognoz PAN, Warszawa 2011, http://chlebus.eco.pl/FUTURE/PL-2050.pdf
3. Leszek Kuźnicki, Najważniejsze zagrożenia dla Polski, Przyszłość. Świat – Europa – Polska Nr 2, Warszawa 2012, http://yadda.icm.edu.pl/yadda/element/bwmeta1.element.desklight-9ba77ccf-ef2e-4da1-9f8e-3f6acb9894a1/c/2-26_Leszek_Kunicki.pdf
4. Leszek Kuźnicki, Marek Chlebuś, Polska w perspektywie 2050, w: Wizja przyszłości Polski, Studia i analizy, Tom III, Komitet Prognoz PAN, Warszawa 2012, http://sprawynauki.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2089:polska-w-perspektywie-2050&catid=306&Itemid=30
5. Marek Chlebuś, Leszek Kuźnicki, O potrzebie restytucji myśli państwowej w Polsce, Sprawy Nauki, Nr 11, Warszawa 2012, http://sprawynauki.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2300:o-potrzebie-restytucji-mysli-pastwowej-w-polsce&catid=306&Itemid=30
Wszystkie odczyty internetowe według stanu z 06.07.2015.
Ilustracja tytułowa: Albrecht Dürer, Statek głupców, za lmaclean.ca
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2380
Z dr. nauk prawnych, konstytucjonalistą Ryszardem Piotrowskim, profesorem Uniwersytetu Warszawskiego, rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, prof. Andrzej Wierzbicki z Komitetu Prognoz PAN w opublikowanym w nr. 1/18 Spraw Nauki artykule Czym się zająć? twierdzi, że rewolucja informatyczna doprowadzi do całkowitej likwidacji pracy usługowej człowieka, którą będą wykonywać roboty. Czy zawody prawnicze mogą zostać zautomatyzowane? Czy będą nas sądzić roboty?
- Ale autor tego artykułu stwierdza też, że przetrwają zawody wymagające intuicji i fantazji, czyli wszystkie zawody rozumianej szeroko pracy twórczej, twórczości artystycznej i humanistycznej. Otóż w moim przekonaniu, do tych zawodów wymagających także empatii, do których autor zalicza zawody medyczne i nauczyciela, należy też dodać prawnika. Prawo bowiem nie jest sztuką czytania. Profesja prawnika nie polega na umiejętności czytania, ani umiejętności „chytrego” czytania. Bardzo wielu współczesnych prawników uważa, że prawo jest to umiejętność takiego czytania, aby uzyskać potrzebny rezultat. Według nich prawo to mistrzostwo wykrętów chytrych, jak napisał Tuwim.
Otóż nie, prawo nie polega na tym, że tylko czytamy, ani na tym, że jesteśmy chytrzy z natury i potrafimy wykręcać kota ogonem. Prawo polega na tym, co Rzymianie określali jako sztukę – sztukę sądzenia o tym, co dobre i słuszne – Ius est ars boni et aequi. I żeby taką sztukę uprawiać, trzeba być człowiekiem z intuicją i fantazją, jak zauważa prof. Wierzbicki, ale trzeba też wielkiej kultury, kultury humanistycznej. A żeby empatia mogła się przejawiać, trzeba być człowiekiem. Zatem to, że profesja prawnika może być zastąpiona przez automat jest wykluczone, bo wówczas nie będziemy mieć do czynienia z człowiekiem.
Obecnie prawo do sądu, tzn. prawo do sądzenia przez człowieka gwarantuje nam konstytucja.
- Ale to nie jest wyrażone expressis verbis…
- Na tym polega wykładnia konstytucji, że trzeba się odwoływać do pojęć w niej zawartych. Jednak nie wszystkie pojęcia zawarte w konstytucji są w niej zdefiniowane. Te niezdefiniowane określa się mianem zastanych - ich znaczenie ukształtowało się w kulturze prawnej i w prawie pozytywnym obowiązującym. Pojęcia zastane to np. sąd, sędzia - odnoszące się do ludzi, a nie automatów.
Kiedy mówimy o konstytucji, mówimy także o godności człowieka. Z tego pojęcia wynika bardzo ważne prawo człowieka, które należy dostrzec i promować – prawo do tego, aby decyzje dotyczące człowieka były podejmowane przez ludzi, a nie przez maszyny.
- Prawo jest jednak coraz bardziej rozbudowywane, idzie za życiem, a człowiek nie zawsze wszystko ogarnia. Powstały już przecież firmy prawnicze, które wykorzystują programy komputerowe w swojej pracy, co pozwala im nie tylko obniżać koszty porad prawnych, ale i rezygnować ze specjalizacji. Nietrudno sobie wyobrazić, że wkrótce w procesie sądowym orzekać będzie robot…
- Po pierwsze, prawo nie idzie za życiem, ale przeciwko życiu. Im bardziej jest skomplikowane, wewnętrznie sprzeczne, idiotyczne – tym gorzej dla życia. Prawo oparte na automatycznym wyszukiwaniu, bezrefleksyjnym stosowaniu informacji prawnych idzie przeciwko życiu. Ale oczywiście te wszystkie automaty, urządzenia, o jakich pisze np. Richard Susskind w swojej książce o prawnikach przyszłości – mogą być bardzo użyteczne, choć nie są w stanie zastąpić człowieka. Z pewnością dzięki dostępowi do rozmaitych baz danych jego praca może ulec skróceniu, uproszczeniu. Korzystanie z baz danych, rozmaitych wyszukiwarek, aplikacji – to wszystko jest elementem warsztatu prawnika, jednak trzeba przy tym być ostrożnym, bo nie wiadomo, czy aplikacje nie zawierają ukrytych programów dostarczających prawnikowi informacji niekoniecznie najistotniejszych w danej sprawie. Zawsze więc wyboru będzie dokonywał prawnik, także z uwagi na swoje kwalifikacje i wiedzę.
Po drugie, prawo zapisane w formie elektronicznej jest naruszaniem konstytucji, w której używa się słowa ogłaszanie.
Od roku 1506 ogłaszanie ma formę papierową i forma ta winna być nadal podstawową, bo jeśli zabrakłoby prądu, nie byłoby prawa. W przypadku nośnika papierowego nie ma takiego zagrożenia. Tymczasem teraz urzędową postacią ogłaszania prawa jest nośnik elektroniczny, co oznacza, że prawa - poza przestrzenią wirtualną - w zasadzie nie mamy.
Istnienie prawa w postaci elektronicznej umożliwiło też ciągłe zmienianie przepisów. Gdybyśmy chcieli to robić na papierze, posługując się setkami tysięcy stron dzienników ustaw, nie bylibyśmy w stanie posługiwać się prawem i prawdopodobnie tworzyć nowych przepisów – co byłoby z ogromnym dla nas pożytkiem. Podzielam tu XIX-wieczny pogląd Adhemara Esmeina, że pożytek z nieuchwalenia jednej ustawy może być większy niż z uchwalenia stu innych. Przekonują nas o tym doświadczenia bieżące.
- Czy nie istnieją obawy, że sztuczna inteligencja stanie się mocnym orężem do „chytrego” używania prawa? Przychodzi mi tu na myśl prawo budowlane, w którym ponoć można znaleźć wiele przepisów wzajemnie wykluczających się – zastosowanie odpowiedniego zależy tylko od wiedzy i sprytu prawników…
- Z jednej strony mamy do czynienia z ułatwieniem, ale z drugiej – mogą tu być i zagrożenia, bo ułatwienie może prowadzić do tego, że posługujący się automatami odwykną od myślenia. Zwraca na to uwagę Henry Kissinger w swojej ostatniej książce „Porządek świata”, w której pisze: „Technologie informacyjno-komunikacyjne grożą regresem jednostkowej umiejętności samodzielnego myślenia poprzez nasilenie zależności jednostki od technologii jako narzędzia ułatwiającego myślenie i w nim pośredniczącego. Łatwy i szybki dostęp do informacji zachęca do przyjmowania postaw badawczych, ale może utrudnić wykształcenie sposobu myślenia charakteryzującego przywódcę”. Także sędziego. Sędzia, który z jednej strony jest nieustannie przyuczany przez technologie komunikacyjno-informacyjne do tego, żeby myśleć tak jak w Internecie, żeby postępować tak, jak każą ze wszystkich ekranów, jest sędzią coraz mniej niezawisłym – podobnie jak każdy człowiek staje się coraz mniej niezależny.
Platon już twierdził, że chodzi o to, żeby nikt nigdy nie ważył się myśleć samodzielnie, żeby mył się kiedy każą, żeby jadł to, co każą, żeby ubierał się jak każą, żeby biegał, kiedy każą. Dokładnie z tym mamy do czynienia współcześnie i dlatego ten świat składający się z coraz bardziej bezmyślnych ludzi jest coraz mniej zdolny do samonaprawy, coraz bliższy samozagładzie.
Przecież to, jak ten świat wygląda urąga w ogóle pojęciu ludzkiej inteligencji, a mimo to on tak wyglądać będzie dalej, aż wreszcie jakaś sztuczna inteligencja postanowi zrobić z tym porządek. Cena w postaci nieogarnionego cierpienia, które planeta wyzwala jest chyba zbyt wysoka, żeby podtrzymywać ten eksperyment dalej.
Ale wracając do spraw bardziej przyziemnych: profesja prawnika nie może być wykonywana skutecznie przez ludzi pozbawionych zdolności myślenia. W „Odysei kosmicznej 2001” Stanleya Kubricka komputer Hal wypowiada zdanie, że ta misja jest zbyt poważna, żeby powierzyć ją ludziom, dowodzenie winny objąć komputery. Otóż misja sędziego jest zbyt poważna, żeby powierzyć ją komputerom.
- Jednak świat analogowy, papieru, tradycji, kończy się na naszych oczach. Wkrótce będziemy żyć w świecie komputerów i maszyn. W takim świecie proces sądowy zapewne zostanie zautomatyzowany.
- Sprawiedliwość nie jest automatyczna. Sprawiedliwość jest sprawą bogów, a dopiero potem ludzi. To Salomon otrzymuje od boga dar dobrego sądzenia. Nie stworzono dotychczas takiego narzędzia, które by miało tę właściwość, którą mają ludzie i być może nie tylko oni, a i inne istoty żyjące, a mianowicie duszę. Automat nie ma duszy. Co to jest ta dusza, tego do końca nie wiem, ale Heraklit i Teilhard de Chardin uważali, że dusza ma w sobie coś kosmicznego, transcendentnego.
Otóż dotychczasowe sukcesy w dziedzinie stworzenia świadomości opartej na nośniku innym niż mózg polegają na tym, że ten partner człowieka jest w stanie wygrać z nim w szachy. Podobno też w pokera, a nawet w grę go, wymagającą fantazji, elastyczności, przewidywania.
Ale na tym nie polega sądzenie. Wymierzanie sprawiedliwości to nie jest gra w pokera czy szachy, ani nawet w go. To wymaga cech, których automaty nie mają: one nie cierpią, nie przeżywają zwątpienia.
Tutaj pojawia się problem transhumanizmu: czy istnieją takie byty, które są rezultatem wzmocnienia lub całkowitego zastąpienia świadomości, może inteligencji, tej właściwości człowieka określanej słowem dusza czy godność. Ta właściwość przysługuje tylko człowiekowi i nie tylko z tego względu, że mózg ludzki składa się z ogromnej liczby neuronów, ale że między nimi istnieje coś, czego nie da się policzyć, zmierzyć, zważyć, co czyni człowieka człowiekiem. Te nowe technologie, choć tworzą na świecie postęp, to zatrzymują się jednak ciągle na tej granicy, która oddziela świadomość maszyny od świadomości biologicznej, człowieka.
- Ale ponoć blisko już jesteśmy stworzenia takich algorytmów, które nauczą automat ludzkich uczuć: fantazji, empatii, miłości…
- Ale po co? Nick Bostrom w swojej książce o sztucznej inteligencji („Superinteligencja. Scenariusze, strategie, zagrożenia”) mówi, że znajdujemy się w sytuacji, kiedy widzimy dziecko trzymające w ręku bombę zegarową, której wybuch może znieść całą ludzkość i zagrozić istnieniu planety. A Bostrom należy przecież do nurtu nastawionego optymistycznie w stosunku do sztucznej inteligencji w przeciwieństwie do Leona Kassa czy Francisa Fukuyamy. List w sprawie sztucznej inteligencji, jaki napisali w 2015 roku m.in. Stephen Hawking i Elon Musk, jest kompromisowy, zachęca do umiaru. Oczywiście, żadnego umiaru nie będzie, bo te badania prowadzone są przez kompleks wojskowo-przemysłowo-wywiadowczy i my nawet nie wiemy o wielu ich rezultatach.
Rewolucja informatyczna zmierza w kierunku tworzenia hybryd: człowiek-maszyna, człowiek-komputer, żeby wzmocnić umysł człowieka zasobami komputerowymi, bądź stworzyć mózg od nowa, w sztuczny sposób, czy też nauczyć maszyny myślenia, o czym pisał Alan Turing.
Ale czy można przekazać wartości maszynie, skoro nie można przekazać ich niektórym ludziom? Czy można nauczyć prawa automat, skoro nie można nauczyć polityków? Automat nie ma takiej cechy jak przyzwoitość. Czy można nauczyć maszynę moralności?
To jest niekiedy w stosunku do ludzi niewykonalne. A jeżeli nawet stworzymy maszynę, która będzie zdolna do fantazji, a nawet empatii, to czy jesteśmy w stanie sprawić, żeby nasza moralność przetrwała? I czy wobec tego prace nad sztuczną inteligencją nie okażą się w skutkach bardziej niszczące niż prace nad bombą atomową, czy nie sprawią, że człowiek znajdzie się w pułapce technologicznej, o czym pisał Stanisław Lem?
Rozwiązanie powodujące początkowo trudne do uchwycenia i przewidzenia konsekwencje, z czasem zaczyna nieuchronnie zagrażać istnieniu całego systemu. Według pisarza, człowiek przewyższa wszystkie automaty, całą nekrosferę planety, „wznosi ład w niezmierzoną przestrzeń wszechświata, bo tworzy wartości”.
A jakie wartości może stworzyć maszyna? I jakimi wartościami można zastąpić dotychczasowe wartości, które co prawda zbyt często okazują się martwe – co widać w Europie od wieków. Ale mimo wszystko, te wartości są na tyle cenne, że nie warto ich poświęcać w imię nieznanej perspektywy moralnej, związanej z dobrowolną rezygnacją z człowieczeństwa na rzecz jakiejś alternatywy, która ma za sobą doraźne interesy koncernów zbrojeniowych czy innych.
Oczywiście, tam gdzie chodzi o wzmocnienie diagnozy lekarskiej, orzeczenia sądowego, czy innego rozstrzygnięcia, należy korzystać z takich możliwości, ale wydaje się, że nowe zjawiska wymagają również nowych praw. Takim nowym prawem jest prawo do bycia zapomnianym (choć z uwagi na interesy gospodarcze i polityczne tak sprofilowane, że niewiele z niego zostało), ale powinno też istnieć prawo do bycia sądzonym przez ludzi, aby decyzje dotyczące człowieka były podejmowane przez ludzi, nie maszyny. Decyzje np. o zakończeniu intensywnej terapii nie mogą być podejmowane przez automaty. Decyzje dotyczące ludzi muszą być – przynajmniej w założeniu – oparte na zasadzie godności przyrodzonej i niezbywalnej oraz na zasadzie równości.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2259
Z prof. Jerzy Kleerem, wiceprzewodniczącym Komitetu Prognoz PAN Polska 2000 plus rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, w jakim stopniu to, co się obecnie dzieje w Europie jest zgodne z przewidywaniami naukowców?
- W ostatnich 10 latach o podstawowym problemie współczesnego świata – w tym także Europy – właściwie nie mówiono. Mam tu na myśli przesilenia cywilizacyjne. Wprawdzie było sporo publikacji o cywilizacji postprzemyslowej, ale właściwie nikt nie próbował wyciągnąć z tego bardziej długofalowych wniosków i konsekwencji dla Europy czy europejskiego kręgu kulturowego.
Czym są właściwie te przesilenia cywilizacyjne? Celowo używam liczby mnogiej, bo mamy współcześnie dwa takie przesilenia. Jedno – o którym mówiło się w Europie i USA - to przechodzenie od cywilizacji przemysłowej do cywilizacji wiedzy. Ale zapomnieliśmy o 2/3 świata, gdzie następuje przechodzenie z cywilizacji agrarnej do przemysłowej z naskórkowym przechwyceniem pewnych rozwiązań z cywilizacji wiedzy.
Jeśli mówiliśmy o przesileniach, to na ogół mieliśmy na uwadze dobre strony tych procesów; pomijaliśmy, jakie niosą one zagrożenia, jakie są tego konsekwencje i negatywne skutki.
Natomiast podstawowym problemem, z jakim zetknęła się Europa to trwający od trzech lat napływ imigrantów – głównie z Afryki.
Wiemy, że w warunkach przesileń cywilizacyjnych występują olbrzymie ruchy mas ludzkich, tyle, że Europa jest szczególnym przypadkiem: żadnych wielkich rewolucyjnych zmian w tym czasie na naszym kontynencie nie było i nie ma. Nie ma też boomu demograficznego, a wręcz przeciwnie – następuje starzenie się społeczeństw i zmniejszanie liczby ludności etnicznej Europy.
Nie zdarzyło się tu nic szczególnego, jeżeli pominąć niewypłacalność Grecji i paru innych państw.
Sytuacja, w jakiej znalazła się Europa powstała więc na jej własne życzenie, bo każdy racjonalnie zarządzający państwem winien znać elementarne prawidłowości i zasady ekonomii. Przede wszystkim nie można w długim okresie wydawać więcej niż się zarabia. W gruncie rzeczy, przyzwoitej prognozy, czy wizji jak będzie funkcjonować świat w cywilizacji wiedzy, nikt nie ma. Nie robiono nawet takich badań, bo nie było niczego, co stanowiłoby punkt wyjścia do takowych.
Wiedzieliśmy o dwóch sprawach: że przesunie się udział zatrudnionych ze sfery przemysłu do sfery usług, co już następuje – w Europie prawie 80% ludności pracuje w usługach. Natomiast nie mieliśmy specjalnej wizji, gdzie ci ludzie będą mieszkać i jak będą mieszkać.
Wiedzieliśmy też, że telewizja i Internet doprowadziły do wizualności świata. A to oznacza, że ludzie na najniższym szczeblu drabiny społecznej chcą być tacy sami jak ci z najwyższych szczebli. To spowodowało nadmierną konsumpcję dóbr luksusowych – cokolwiek będziemy do nich zaliczać, bo pojęcie luksusu zmienia się w zależności od zamożności.
Bo choć naśladownictwo istnieje od zawsze, to nowe narzędzia i mechanizmy je ułatwiające spowodowały, że ok. 90% społeczeństw Europy, ale nie tylko – przekracza granice swojej wydolności płatniczej.
- Europa przez kilkadziesiąt ostatnich lat czerpała wzorce z gospodarki USA, więc pewne procesy były znane…
- To naśladownictwo wynikało z dwóch przesłanek. Pierwsza, to wynik powojennej odbudowy Europy Zachodniej dzięki USA. Plan Marshalla dał Europie kilkadziesiąt mld dolarów, ale i narzucił pewien wzorzec kulturowy, którym było USA.
Druga, to rywalizacja między USA a ZSRR. Ten podział do końca lat 70. wynikał z konkurowania dwóch systemów, stąd też problemy naśladownictwa miały nieco inny charakter.
Wraz z transformacją ustrojową w części państw europejskich nastąpiło daleko idące naśladownictwo – może nawet nie w rozwiązaniach ustrojowych, transformacyjnych, ale w stylu życia. Była to próba przeskoczenia 50 lat życia w innym systemie.
- Przez te 50 lat w USA niezmiernie rozwinęła się nauka, powstały nowe jej dziedziny – informatyka, biotechnologia, nanotechnologia. Europa Zachodnia też nie zasypiała gruszek w popiele, zatem była wiedza, w jakim kierunku idzie rozwój świata, w tym Europy, i jak może wyglądać przyszłość…
- Co do wyprzedzania Europy przez USA, to stało się to możliwe nie tylko z powodu wysokich w ostatnich 30-40 latach nakładów Amerykanów na naukę, ale i dzięki temu, że począwszy od lat 30. XX w. USA stosowały drenaż mózgów na całym świecie. USA stały się więc światowym liderem w dużej mierze dzięki Europie.
Z tego punktu widzenia, między Europą a USA istnieje coś, co nazwałbym pewnym załamaniem modelu współczesnego kapitalizmu. Jest ono związane nie tylko z rozwiązaniami w sensie rynkowym, ale przede wszystkim poprzez powstanie Unii Europejskiej.
Unia jest najdoskonalszym projektem jednoczenia Europy w całej jej historii, bo pokojowym. Europa w przeszłości jednoczyła się bowiem poprzez wojny. Uważam, że UE – niezależnie od kłopotów, jakie pewnie będzie jeszcze mieć – przeżyje, bo idea pewnego solidaryzmu i pokojowego jednoczenia pozostanie forever.
- Wychwala pan UE, ale w swoich scenariuszach dla Europy skłania się ku scenariuszowi pesymistycznemu. Dlaczego?
- Bo pojawia się narastająca wrogość między państwami. Ona jak sądzę nie skończy się wojną, ale co najmniej dwa pokolenia będą musiały przezwyciężać narastający populizm, szowinizm, nacjonalizm, ksenofobię. Wiemy, skąd się to wzięło: ewolucja społeczna nie może być zbyt szybka. Stworzenie UE oznaczało przekazanie pewnych funkcji władczych państw narodowych na rzecz ugrupowania innego, ponadnarodowego. W każdym państwie zawsze znajdą się grupy, które z jakichś powodów były dyskryminowane, spychane na bok i nie mogły korzystać z narastającego bogactwa, które powiedzą: no pasaran! Otóż, jeśli się zgodzimy, że wszystkie te wymienione wcześniej zjawiska są niebezpieczne dla społeczeństwa, to nie da się ich szybko opanować.
- Zwłaszcza, że jak pan podkreśla - elity polityczne są coraz gorszej jakości…
- Kiedyś elity były emanacją grup dobrze wykształconych, obytych w świecie, znających świat. Dzisiaj Internet, nie mówiąc o telewizji, spłycił naukę, stworzył wrażenie, że każdy człowiek jest mądry, wszystko może, a jak czegoś nie potrafi zrozumieć czy rozwiązać, to wpisze w internetową wyszukiwarkę i już będzie wiedzieć. W tym sensie obecne elity są znacznie gorsze – pod względem poziomu wiedzy i jakości. Niezależnie od tego, jakie te przeszłe elity były i jak często były wredne, były wykształcone.
Dzisiaj jednak, gdyby elity były dobrze wykształcone, nie miałyby kontaktu ze społeczeństwem. To jest pewna bariera, której nie umiemy przezwyciężać.
Demokratyczny wybór elit powoduje, że wybiera się elity gorsze. Bardzo powszechna demokracja w jakimś stopniu oparta jest na populizmie, a populizm jest antysystemowy. Jeżeli się mówi, że głos ludu to głos boga, to kto się bogu sprzeciwi? To jest problem co najmniej na dwa pokolenia. Uważam, że scenariusz pesymistyczny wynika nie z braku postępu technicznego, zasobów, innowacyjności czy kreatywności, ale z populizmu.
- Podziały społeczne nie są groźniejsze?
- Zajmowałem się ostatnio 9 państwami Europy Wschodniej, które weszły do UE. 10% ludności najbogatszej w tych państwach ma ok. ¼ majątku. To duże zróżnicowanie, ale nie najwyższe (najwyższe ma Rosja) -współczynnik Giniego (który nie uwzględnia majątku) dla niektórych państw wynosi ok. 30.
Jednak nie ulega wątpliwości, że w ostatnim ćwierćwieczu społeczeństwa Europy znacznie podniosły swój standard życiowy. Można powiedzieć, że to wynik gwałtownego przesunięcia ludności ze wsi do miast (ok. 75% ludności Europy żyje w miastach), choć w miastach następuje degradacja przestrzeni publicznej (co jest efektem złej działalności elit). Uważam, że te podziały społeczne mają istotne znaczenie, ale nie w tym kontekście, o jakim pani mówi. One wynikają z systemów kulturowych.
Bo co tworzy system kulturowy? Tradycja, historia, religia, stosunek człowieka do państwa i państwa do obywatela.
Najbardziej konfliktogenna jest tradycja, bo tworzą ją mity, z którymi trudno dyskutować. Dyskusja jest możliwa tylko przy uczciwości dyskutujących wobec faktów.
W Europie ponadto większość dzisiejszych państw miało przerwaną ciągłość bytu, a w przypadku państw socjalistycznych – nie raz. Do takiego państwa nie ma się zaufania. W Europie przeprowadzano też eksperymenty społeczne na wielką skalę – nie tylko socjalistyczny, ale i eksperymenty z modelem ekonomicznym, co widzimy np. w Skandynawii, gdzie życie społeczne jest ściśle regulowane. Ta wielka różnorodność systemów kulturowych na naszym kontynencie jest przyczyną problemów w funkcjonowaniu UE.
- Ale Chiny mają kilkadziesiąt narodowości i nie rozpadają się…
- Bo jak w całej Azji – istnieje tam kultura ryżowa – wymagająca zaufania i współdziałania. Europa rozwijała się głównie w oparciu o kulturę zbożową, nie wymagającą współdziałania zbiorowości. To skutkuje diametralnie różnymi skutkami społecznymi.
- To jak można wyjaśnić fenomen Rosji z ponad 100 narodowościami?
- W Rosji wielką rolę odgrywa przestrzeń. Ludność żyje głównie w miastach, z czego najwięcej w Moskwie (ok. 12 mln) i Petersburgu (ok. 5 mln) – inne duże miasta mają po ok. 1 mln mieszkańców. Na pozostałych obszarach są powiązania plemienne, rodzinne, klanowe – to ciągle nie jest cywilizacja w sensie zachowań. I być nie może właśnie z powodu przestrzeni. Natomiast w Chinach cywilizacja ryżowa uczyła wspólnej pracy, cenienia czynnika czasu i roli państwa – bo o nawadnianiu decydował urzędnik państwowy.
- Czy można więc się dziwić państwom narodowym w Europie, że chcą być suwerenne?
- W Europie istnieją państwa o różnej wielkości – także małe, liczące po kilka mln ludzi. W dodatku prawie wszystkie były zniewalane. A im mniejszy naród, tym własne ego jest większe i większy nacjonalizm wynikający z obawy, że więksi go zdominują. W Europie jest za dużo państw i zbyt zróżnicowanych ekonomicznie, stąd społeczeństwa europejskie mają ograniczoność zdolność do współdziałania. A pojawienie się nowych państw, często okrojonych terytorialnie, wykształciło w niektórych swoistą zaściankowość zachowań.
- To niezbyt dobrze wróży trwałości UE…
- Nie twierdzę, że tego nie można przezwyciężyć, ale tu potrzeba czasu. Jeżeli np. 40% młodzieży będzie jeździć po całej Europie, zacznie rozumieć Innego - bo teraz go nie znają, albo znają powierzchownie, albo źle. Jeśli przyjmujemy UE jako pewien długofalowy projekt , to musimy brać pod uwagę przeszłość poszczególnych państw. W związku z tym możemy wprowadzać tylko takie instytucje, które są dostosowane do wszystkich, przez wszystkie państwa akceptowane, nie powodują podziałów, nikogo nie urażają.
- Czyli to, co stanowi największe zagrożenie dla Europy i decyduje o pesymistycznym spojrzeniu na los Europy to jej społeczeństwa…
- Dzisiaj dominują społeczne ideologie i w tej sytuacji trudno o porozumienie i tolerancję. Łagodzenie czy eliminacja tych procesów jest zabiegiem trudnym, i co ważniejsze – czasochłonnym. Głównie dlatego, że ich źródeł należy się doszukiwać w systemach kulturowych, powszechności gospodarki rynkowej oraz wizualności procesów społecznych, politycznych oraz gospodarczych.
To, co wydaje się sprawą najważniejszą, to zminimalizowanie - zarówno w mentalności społecznej poszczególnych państw, a przede wszystkim w elitach władzy - różnego rodzaju wrogości oraz pretensji za istniejące w przeszłości relacje między państwami czy narodami. Nie chodzi przy tym o wymazywanie historii, ale stworzenie warunków, by nie stanowiły ważnego składnika wpływającego na bieżącą politykę.
Dziękuję za rozmowę.

