Politologia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 247
Od kilku dekad dyskusja na temat strategii oraz jej planowania jest wysoce sformalizowana i zinstytucjonalizowana. Jej militarny kontekst traktuje się jako oddzielną działalność. Ta metodologia znacznie różni się od podejścia sprzed XIX wieku – wówczas strategia (przynajmniej w jej wojskowym ujęciu) była w najlepszym razie ograniczona i spontaniczna. Brakowało w niej dobrze rozwiniętej struktury i doktryny, która pasowałaby do empirycznego procesu nauki i formułowania idei.
Weźmy na przykład wojnę o niepodległość Stanów Zjednoczonych (1775–1783). Brytyjska strategia walki przeciwko rewolucjonistom sprowadzała się do spontanicznych decyzji dowódców polowych, nie było natomiast z góry założonej polityki rządu czy rozporządzeń ministra kolonii, lorda George’a Germaina, choć strategia należała do jego prerogatyw, a sam był emerytowanym generałem, doświadczonym w walce z powstańcami.
Nie oznacza to jednak, że strategia była z gruntu nieprzydatna.
Dobrym przykładem jest chrześcijańska Europa, zwana również „Zachodem”. Peter Wilson, specjalista od niemieckiej historii wojskowej, twierdzi, że pierwowzory sztabów generalnych narodziły się podczas wojny trzydziestoletniej (1618–1648), aby wspierać dowódców polowych i utrzymywać kontakt z politycznymi centrami. Członkowie tych niby sztabów początkowo rekrutowali się spośród adiutantów generała opłacanych z jego kiesy, ale nie było ich wielu, nie należeli także do specjalnie kompetentnych. Dlatego też stosowanie względem nich terminu „sztab generalny" może czytelnika mocno zmylić, zwłaszcza w porównaniu z instytucją, która narodziła się w XIX wieku.
Inne epizody również doczekały się uwagi ze strony badaczy. Niejeden ekspert twierdzi, że podczas wojny siedmioletniej (1756–1763) walcząca z Prusami Austria pod przywództwem marszałka polnego Franza Moritza von Lacy’ego stworzyła protosztab generalny. Ten argument spycha wojnę trzydziestoletnią w cień, a przynajmniej sugeruje proces stopniowego rozwoju. Logistyka, kluczowy element planowania kampanii wojskowych w obu stuleciach, z całą pewnością wymagała udziału sztabowców.
Henry Lloyd (około 1729–1783), weteran wojny siedmioletniej, w swojej książce History of the Late War in Germany wygłosił następującą uwagę: „…wszyscy są zgodni, że wojna jest najtrudniejszą ze sztuk; niewyjaśnionym paradoksem ludzkiego umysłu jest jednak to, że parający się nią nie próbują zgłębić swej profesji. Zdają się twierdzić, że znajomość kilku nieistotnych błahostek wystarczy, aby uczynić z nich wybitnych oficerów”. Lloyd ma dużo racji, jeśli chodzi o formalne wykształcenie. Nie docenia jednak nauki praktycznej poprzez naśladowanie ekspertów, zdobywanie doświadczenia oraz dyskusję. Dotyczy to nie tylko kwestii szkolenia, lecz także sfery publicznej. Na przykład w pamfletach i gazetach publikowano debaty na temat konkretnych operacji wojskowych – ich sensowności zarówno na poziomie koncepcyjnym, jak i wykonawczym.
Przez znakomitą większość historii edukacja wojskowa i praktyka dowodzenia miały ograniczony charakter instytucjonalny. Utrudniło to przekucie ogólnej kultury strategicznej w system metodycznego planowania. Z drugiej strony brak mechanizmu umożliwiającego tworzenie i rozpowszechnianie strategicznej mądrości instytucjonalnej mógł sprawić, że ogólne założenia i normy (czyli kultura strategiczna) były skuteczniejsze i powszechniej uznawane za normę. Wspomniany pakiet założeń i norm wywierał wpływ zarówno na myślicieli, jak i na decydentów, którzy z kolei przekazywali go z pokolenia na pokolenie. W praktyce twarde rozróżnienie między kulturą strategiczną a strategią właściwą nie jest szczególnie przydatne, ale pomaga uchwycić odmienny rozkład akcentów.
Argumenty i rola teoretyków wojskowości (nieważne, czy podążają śladem Lloyda, Clausewitza, Jominiego, Mahana, Douheta, Fullera, albo Liddella Harta) przyciągają uwagę intelektualistów bez względu na to, czy ci drudzy służyli w armii czy też nie. Mowa zwłaszcza o członkach kadry akademickiej, którzy badają sprawy wojskowe i próbują ocenić wojnę w sposób czysto intelektualny. Szczególnie wyraźnie to widać w przypadku skupienia się na Clausewitzu, wciąż uznawanym przez wielu za jednego z ojców najpierw pruskich, a potem niemieckich sukesów na polu bitwy. Wybitny teoretyk przedstawił też w swoich dziełach analizę efektywności państw historycznych oraz innych myślicieli, starając się uchwycić kluczowe cechy wojny jako takiej. W praktyce tego rodzaju myśliciele nie odegrali jednak większej roli, co najwyżej podsumowywali ogólne frazesy i współczesne im obowiązujące poglądy, do pewnego stopnia dowodząc ich słuszności.
Szczególnie ciekawy jest tu przypadek Chin, które przed XIX wiekiem wytworzyły bogatą literaturę na temat wojny, choć niewiele jest dowodów na to, że wykorzystywano ją w celach praktycznych. Cesarz Kangxi (panujący w latach 1662–1723) odniósł znacznie większe sukcesy wojskowe niż współczesny mu Ludwik XIV (czy nawet później Napoleon), ale podobno potępił rodzimą klasykę wojskowości, na przykład dzieła Sun Zi, jako bezwartościową. W rezultacie wzmianki o tych pismach w chińskich dokumentach wojskowych należą do rzadkości.Mimo to cesarz sprostał wszystkim poważnym wyzwaniom, z którymi musiał się mierzyć na froncie krajowym i zagranicznym. Same Chiny mają też długą tradycję praktykowania strategii. Relatywny brak wzmianek o ściśle wojskowych myślicielach jest dostrzegalny również w innych państwach, nawet w Prusach, czyli w ojczyźnie Clausewitza.
Teoretyków można również z powodzeniem prezentować jako przedstawicieli retoryki władzy, która bywa znacznie ważniejsza niż czysta analiza. W tym ujęciu strategii nastroje w kraju, polityka lokalna i poparcie polityków odgrywają w definiowaniu interesów oraz formułowaniu i implementacji strategii rolę co najmniej równie istotną jak czysto wojskowe zasoby. W kontekście wojny z terroryzmem (2001–2021) próba zjednania sobie muzułmańskiej ludności zamieszkującej kraje zagrożone islamistycznym terrorem jest tak samo istotna jak walka z terrorystami. Odstraszanie (deterrence) to element obu tych zjawisk.
Warto też zwrócić uwagę na podręcznik Państwa Islamskiego (rzekomo napisany w 2014 roku), który zawiera plan stworzenia scentralizowanego, samowystarczalnego państwa. Uwzględniono w nim powołanie armii, budowę szkół wojskowych mających szkolić nowe pokolenie bojowników oraz stworzenie ministerstw ochrony zdrowia, edukacji, propagandy i zarządzania zasobami. Ten szeroko zakrojony plan był twórczym rozwinięciem rewolucyjnych strategii sformułowanych w XX wieku, zwłaszcza „metod walki narodowowyzwoleńczej”.
Trzeba wyraźnie zaznaczyć, że w historii strategii podstawowym budulcem analizy jest czyn, a nie słowo. Nacisk na działanie ułatwia porównania między różnymi okresami, miejscami i kulturami. Nie należy mylić braku sformalizowanej terminologii związanej ze strategią z brakiem świadomości strategicznej. Warto też pamiętać, że nie wszystkie dyskusje na ten temat łączą się w klarowną całość – działania graczy często wynikają z ograniczonego planowania, a dowody bywają wyrwane z kontekstu i niejednoznaczne. W takim układzie analityka może kusić perspektywa fałszywej spójności, którą należy jednak odrzucić. Z tego samego powodu niełatwo porównać sytuację danego państwa w konkretnym okresie historycznym z innymi krajami bez względu na to, czy mówimy o tej samej epoce.
W tym przypadku historykom trudno wykrzesać z siebie entuzjazm, którym tryskają socjologowie. Zadanie, przed którym stoją, uosabia wszystkie problemy związane z próbą stworzenia „strategicznej teorii wszystkiego”. Jeśli mimo to dążymy do sformułowania wąskiej definicji, należy zachować należytą ostrożność. Do tej pory nikt nie rozebrał strategii i polityki państwowej na czynniki pierwsze, głównie ze względu na brak instytucji, których wyłącznym zadaniem byłoby formułowanie i implementacja strategii, oraz z powodu właściwej politykom, rządom i komentatorom skłonności do wrzucania strategii i polityki do jednego worka.
Jeremy Black
Jest to fragment książki Wielkie strategie wojskowe Jeremy’ego Blacka, której recenzję zamieszczamy w tym numerze.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 581
1 sierpnia (2025) minela 50. rocznica podpisania Porozumień Helsińskich. Złoty jubileusz tego wydarzenia minął bez większego echa w mainstreamowych komentarzach i bez uznania. Jednak data ta była absolutnie wstrząsająca, a jej destrukcyjne konsekwencje odbijają się echem w całej Europie i poza nią. Porozumienia nie tylko wiele lat później podpisały wyroki śmierci dla Związku Radzieckiego, Układu Warszawskiego i Jugosławii, ale także stworzyły nową globalną dynamikę, w której „prawa człowieka” – a konkretnie ich zachodniocentryczna i egzekwowana koncepcja – stały się nieustraszoną bronią w arsenale Imperium.
Porozumienia formalnie miały na celu ugruntowanie odprężenia między USA a Związkiem Radzieckim. Zgodnie z ich zapisami, w zamian za uznanie politycznych wpływów tego ostatniego na Europę Środkową i Wschodnią, Moskwa i jej satelity z Układu Warszawskiego zgodziły się na utrzymanie definicji „praw człowieka” obejmującej wyłącznie wolności polityczne, takie jak wolność zgromadzeń, wypowiedzi, informacji i przemieszczania się. Ochrona powszechnie przysługująca mieszkańcom bloku wschodniego – taka jak bezpłatna edukacja, zatrudnienie, mieszkanie i inne – była całkowicie nieobecna w tej taksonomii.
Był jeszcze jeden haczyk. Porozumienia doprowadziły do powstania kilku zachodnich organizacji monitorujących przestrzeganie ich postanowień przez blok wschodni – w tym Helsinki Watch, poprzedniczki Human Rights Watch. Następnie organizacje te często odwiedzały region i nawiązywały bliskie więzi z lokalnymi frakcjami dysydentów politycznych, wspierając je w agitacji antyrządowej. Nie było mowy o tym, aby przedstawiciele Związku Radzieckiego, Układu Warszawskiego czy Jugosławii byli zapraszani do oceny przestrzegania „praw człowieka” w kraju i za granicą przez Stany Zjednoczone i ich wasali.
Jak obszernie udokumentował prawnik Samuel Moyn , Porozumienia odegrały kluczową rolę w zdecydowanym odwróceniu głównego nurtu dyskursu o prawach człowieka od wszelkich kwestii ekonomicznych i społecznych. Co gorsza , zdaniem Moyna, „idea praw człowieka” została przekształcona „w nakaz zawstydzania państwowych ciemiężycieli”. W rezultacie zachodnia brutalność imperialna wobec domniemanych zagranicznych łamiących prawa człowieka – w tym sankcje, kampanie destabilizacyjne, zamachy stanu i jawne interwencje wojskowe – mogła być usprawiedliwiona, często wspomagana przez pozornie neutralne ustalenia obrońców „praw człowieka”, takich jak Amnesty International i HRW.
Niemal natychmiast po podpisaniu Porozumień Helsińskich w całym bloku wschodnim powstało mnóstwo organizacji dokumentujących rzekome naruszenia ze strony władz. Ich ustalenia były następnie – często potajemnie – przekazywane zagranicznym ambasadom i organizacjom praw człowieka, w celu nagłośnienia na arenie międzynarodowej. Przyczyniło się to znacząco do presji wewnętrznej i zewnętrznej na Związek Radziecki, Układ Warszawski i Jugosławię. Główne źródła twierdzą, że koncepcja tych grup dysydenckich była całkowicie spontaniczna i organiczna, co z kolei zapewniło Zachodowi wsparcie dla ich pionierskich działań.
Amerykański ustawodawca Dante Fascell twierdził, że „żądania” „nieustraszonych” obywateli radzieckich „zmusiły nas do reakcji”. Istnieją jednak jednoznaczne przesłanki wskazujące na to, że ingerencja w sprawy bloku wschodniego była wpisana w Helsinki jeszcze przed ich rozpoczęciem. Pod koniec czerwca 1975 roku , w przededniu podpisania Porozumień przez prezydenta USA Geralda Forda, sowiecki dysydent na wygnaniu Aleksander Sołżenicyn przemawiał do wysoko postawionych polityków w Waszyngtonie. Pojawił się na wyraźne zaproszenie zagorzałego antykomunisty George’a Meany’ego, szefa powiązanej z CIA Amerykańskiej Federacji Pracy i Kongresu Organizacji Przemysłowych (AFL-CIO). Sołżenicyn oświadczył :
„My, dysydenci ZSRR, nie mamy żadnych czołgów, nie mamy żadnej broni, nie mamy żadnej organizacji. Nie mamy niczego… Jesteście sojusznikami naszego ruchu wyzwoleńczego w krajach komunistycznych… Przywódcy komunistyczni mówią: „Nie wtrącajcie się w nasze sprawy wewnętrzne”… Ale ja wam mówię: wtrącajcie się coraz bardziej. Wtrącajcie się, ile się da. Błagamy was, przyjdźcie i wtrącajcie się”.
„Aberracja polityczna”
W 1980 roku masowe strajki w Gdańsku rozprzestrzeniły się na cały kraj, co doprowadziło do powstania Solidarności, niezależnego związku zawodowego i ruchu społecznego. Jednym z jej postulatów było, aby wspierany przez Sowietów polski rząd rozpowszechnił 50 000 egzemplarzy helsińskich protokołów o „prawach człowieka” wśród opinii publicznej. Założyciel i przywódca Solidarności, Lech Wałęsa, nazwał później Porozumienia „punktem zwrotnym”, umożliwiającym i wspierającym ogólnokrajowe rozbicie związku i jego rozwój w poważną siłę polityczną. W ciągu zaledwie roku liczba członków Solidarności przekroczyła 10 milionów.
Nieubłagany wzrost ruchu wywołał falę uderzeniową w całym Układzie Warszawskim. Był to pierwszy przypadek powstania niezależnej organizacji masowej w państwie sojuszniczym z ZSRR, a wkrótce miały pójść w jej ślady kolejne. Działalność Solidarności, wówczas nieujawniona i dziś w dużej mierze nieznana, była finansowana przez rząd USA milionami dolarów. To samo dotyczyło najbardziej prominentnych grup dysydenckich bloku wschodniego, takich jak czechosłowacka Karta 77. W wielu przypadkach frakcje te nie tylko obaliły swoich przywódców pod koniec dekady, ale także utworzyły później rządy.
Finansowanie tych działań przez Waszyngton zostało skodyfikowane w tajnej Dyrektywie Bezpieczeństwa Narodowego z września 1982 roku . Stwierdzono w niej, że „głównym długoterminowym celem USA w Europie Wschodniej” było „osłabienie sowieckiej dominacji nad regionem, a tym samym ułatwienie jego ewentualnej reintegracji z europejską wspólnotą narodów”. Miało to zostać osiągnięte poprzez: „wspieranie bardziej liberalnych tendencji w regionie… wzmacnianie prozachodniej orientacji ich narodów… zmniejszanie ich zależności gospodarczej i politycznej od ZSRR… ułatwianie ich stowarzyszenia z wolnymi narodami Europy Zachodniej”.
W sierpniu 1989 roku, zaledwie kilka dni po objęciu władzy w Polsce przez Solidarność, co oznaczało powstanie pierwszego po II wojnie światowej niekomunistycznego rządu w bloku wschodnim, w „Washington Post” ukazał się niezwykły artykuł . Wysoko postawiony działacz AFL-CIO, Adrian Karatnycky, pisał o swojej „niepohamowanej radości i podziwie” dla „oszałamiającego” sukcesu Solidarności w oczyszczeniu kraju z wpływów sowieckich w latach 80. XX wieku. Ruch ten stanowił „centralny element” szerszej „strategii” USA, jak wyjaśnił, i był finansowany oraz wspierany przez Waszyngton z zachowaniem najwyższej „dyskrecji i tajemnicy”.
Ogromne sumy przekazywane Solidarności za pośrednictwem AFL-CIO i CIA, będącej częścią Narodowego Funduszu na rzecz Demokracji, „zapewniły finansowanie dostaw dziesiątek pras drukarskich, dziesiątek komputerów, setek powielaczy, tysięcy galonów tuszu drukarskiego, setek tysięcy matryc, kamer wideo i sprzętu radiofonicznego”. Źródło to promowało działalność Solidarności na arenie lokalnej i międzynarodowej. W samej Polsce wydano 400 „czasopism podziemnych” – w tym komiksy przedstawiające „komunizm jako czerwonego smoka” i Lecha Wałęsę „jako bohaterskiego rycerza” – które czytały dziesiątki tysięcy ludzi.
Karatnycky chwalił się, jak Imperium było intymnie „wciągnięte w codzienny dramat walki Polski” w ciągu ostatniej dekady i „wiele z historii tej walki i naszej roli w niej będzie musiało zostać opowiedziane innego dnia”. Mimo to rezultaty były niezwykłe. Dziennikarze finansowanej przez NED warszawskiej „prasy podziemnej” nagle zostali przekształceni w „redaktorów i reporterów nowych, niezależnych gazet w Polsce”. Byli „piraci radiowi” i działacze Solidarności, wcześniej „nękani” przez władze komunistyczne, zostali teraz wybrani do parlamentu.
Kończąc przemówienie, Karatnycky pochwalił Polskę za to, że okazała się „sukcesywnym laboratorium budowania demokracji”, ostrzegając, że „demokratyczna zmiana” w Warszawie nie może być „polityczną aberracją” ani „jedynym przykładem” w regionie. Karatnycky przewidywał dalsze bunty w sąsiedztwie, zauważając, że AFL-CIO angażuje się w kontakty ze związkami zawodowymi w innych częściach bloku wschodniego, w tym w samym Związku Radzieckim. Tak więc, jeden po drugim, wszystkie rządy Układu Warszawskiego upadały w ostatnich miesiącach 1989 roku, często w zagadkowych okolicznościach .
Terapia szokowa
„Rewolucje” z 1989 roku są do dziś czczone w głównym nurcie, okrzyknięte przykładami udanych, w dużej mierze bezkrwawych przejść od dyktatury do demokracji. Od tamtej pory stały się one również wzorem i uzasadnieniem wszelkiego rodzaju amerykańskiego imperializmu w imię „praw człowieka” we wszystkich zakątkach świata. Jednak dla wielu osób stojących na czele finansowanych przez Zachód, inspirowanych Porozumieniami Helsińskimi grup dysydenckich Układu Warszawskiego, historia upadku komunizmu w Europie Środkowej i Wschodniej przybrała niezwykle gorzki obrót.
W 1981 roku czechosłowacka dramatopisarka i rzeczniczka Karty 77, Zdena Tominová, odbyła tournée po Zachodzie. W przemówieniu w Dublinie w Irlandii opowiedziała o tym, jak na własne oczy przekonała się, jak ogromne korzyści odniosła ludność jej kraju z komunizmu. Tominová jasno dała do zrozumienia, że dąży do pełnego utrzymania wszystkich korzyści ekonomicznych i społecznych, jakie niósł komunizm, jednocześnie zachowując zachodnie wolności polityczne. Jak na kobietę, która ryzykowała więzienie, by tak publicznie sprzeciwić się swojemu rządowi z pomocą zagraniczną, jej wypowiedzi zszokowały publiczność.
„Nagle przestałam być marginalizowana i mogłam robić wszystko” – wspominała z sentymentem upadek systemu klasowego w Czechosłowacji. „Myślę, że jeśli ten świat ma przyszłość, to jako społeczeństwo socjalistyczne… społeczeństwo, w którym nikt nie ma priorytetów tylko dlatego, że pochodzi z bogatej rodziny” – oświadczyła Tominová. Ponadto powtórzyła, że jej wizja i misja mają charakter globalny – „świat sprawiedliwości społecznej dla wszystkich musi się ziścić”. Ale tak się nie stało.
Zamiast tego, nowo „wyzwolone” kraje byłego bloku wschodniego doświadczyły głęboko dewastujących transformacji do kapitalizmu poprzez „terapię szokową”, która wykorzeniła wielu obywateli, którym systemy, w których wcześniej żyli, były bliskie. Wrzucone w zupełnie nowy świat, nieznane dotąd bezdomność, głód, nierówności, bezrobocie i inne bolączki społeczne stały się powszechne, zamiast zostać powstrzymane przez podstawowe gwarancje państwowe. W końcu, zgodnie z postanowieniami Porozumień Helsińskich, takie zjawiska nie stanowiły rażących naruszeń „praw człowieka”, lecz były nieuniknionym skutkiem tej samej politycznej „wolności”, którą agresywnie promowały.
Kit Klarenberg / Substack
Odnośniki i przypisy do tekstu znajdują się w wersji oryginalnej - https://scheerpost.com/2025/08/26/how-human-rights-became-western-weapon/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 654
Nieustanne powtarzanie przez media-dziwki i niefrasobliwe media zamienia kłamstwa w prawdę.
Niezależnie od tego, jakie media czytasz, czytasz, że „Rosja najechała Ukrainę”. Kłamstwo to nie ogranicza się do oficjalnych kontrolerów narracji, takich jak NY Times, Washington Post, Reuters, AP, Bloomberg, CNN. Wikipedia, NPR, ABC, CBS, NBC, BBC, Telegraph, Guardian.
Pojawia się w alternatywnych mediach, takich jak Epoch Times i Breitbart. W istocie kłamstwo to jest powtarzane jako fakt niemal wszędzie, w izbach Kongresu, parlamencie Wielkiej Brytanii, na Wall Street, w europejskich mediach i rządach.
Faktem jest, że nie było żadnej rosyjskiej inwazji. Siły rosyjskie wkroczyły do Donbasu na prośbę dwóch niezależnych, zbuntowanych republik, aby uzyskać pomoc przeciwko wyszkolonej i wyposażonej przez USA armii ukraińskiej i neonazistowskim milicjom, które miały dokonać inwazji na Donieck i Ługańsk. Dwie niezależne republiki zwróciły się do Rosji z prośbą o ich zwrot do Rosji w 2014 r. wraz z Krymem, ale Putin odmówił republikom, biorąc tylko Krym, ponieważ jest to siedziba rosyjskiej floty czarnomorskiej. Zamiast tego Putin postawił na Porozumienie Mińskie, które utrzymało Donbas jako część Ukrainy.
Egzekutorzy Porozumienia Mińskiego, Niemcy i Francja, później przyznali, że Porozumienie Mińskie zostało wykorzystane do oszukania Putina, podczas gdy Waszyngton stworzył armię ukraińską, aby podbić niepodległe republiki i postawić Putina w obliczu trudności politycznych za to, że nie obronił Rosjan przed tymi, których przodkowie walczyli dla nazistowskich Niemiec przeciwko Związkowi Radzieckiemu. Innymi słowy, był to plan zdyskredytowania Putina za jego zbrodnię sprzeciwu wobec hegemonii Waszyngtonu.
Odmowa Putina przywrócenia Donbasu Rosji zgodnie z przytłaczającą większością głosów mieszkańców Donbasu poddała Donieck i Ługańsk ośmiu latom bombardowań i wielu ofiarom, podczas gdy Putin stał przy porozumieniu mińskim. Wreszcie w lutym 2022 r., gdy Waszyngton, NATO i UE odmówiły Rosji wzajemnego porozumienia o bezpieczeństwie, a republiki Doniecka i Ługańska stanęły w obliczu inwazji, Putin został zmuszony do działania w celu ochrony ludności rosyjskiej na wschodzie i południu Ukrainy, która została przyłączona do ukraińskiej prowincji Związku Radzieckiego przez radzieckich przywódców z powodów politycznych i administracyjnych. Donbas i Krym były przez stulecia częścią Rosji, a nie Ukrainy. Putin, przywódca odbudowujący rosyjskie zaufanie po upadku Związku Radzieckiego, nie mógł stać z boku, gdy ludność rosyjska była masakrowana przez dostarczoną przez Amerykanów ukraińską armię.
Pogląd Putina na jego interwencję był bardzo ograniczony. Nie miała ona nic wspólnego z podbojem Ukrainy. Jego publicznie ogłoszona „specjalna operacja wojskowa” dotyczyła jedynie wyparcia sił ukraińskich z Donbasu. Putin nie podejmował żadnych wysiłków, aby podbić Ukrainę.
Wówczas powiedziałem, że jego ograniczone podejście, a w szczególności jego zamiar zminimalizowania zarówno ofiar po stronie rosyjskiej, jak i ofiar wśród ludności ukraińskiej, doprowadzi do tego, że marionetkowy rząd ukraiński pozostanie u władzy i będzie kontynuował wojnę, pomimo sukcesów Rosji w oczyszczaniu Donbasu z sił ukraińskich.
Moja prognoza, a nie zakład Putina, okazała się słuszna. Jak powiedziałem, Putin, nie utrudniając Kijowowi kontynuowania wojny, umożliwił długotrwałą wojnę, trwającą już trzy lata, podczas której Waszyngtonowi udało się zaangażować Zachód do granic możliwości. Najnowszym przykładem jest zielone światło reżimu Bidena dla pocisków wystrzeliwanych przez personel USA i NATO w kierunku Matki Rosji.
Ostatnie ataki rakietowe USA na Rosję przekroczyły czerwoną linię, której Putin nie był w stanie zignorować w swoim interesie, aby uniknąć szerszej wojny. W przeciwieństwie do Zachodu Putin nie chce wojny. Nie chciał konfliktu na Ukrainie. Waszyngton go do tego zmusił. Nie może stać z boku, podczas gdy armia stworzona przez Waszyngton morduje Rosjan.
Odpowiedź Putina na ataki rakietowe, które zignorowały jego ostrzeżenie, była powściągliwa. Zademonstrował jedynie hipersonicznym pociskiem, który porusza się z prędkością 10 machów, jaki będzie los Zachodu, jeśli atak Zachodu na Rosję będzie kontynuowany.
Pytanie brzmi, czy Zachód usłyszał ostrzeżenie. Przeszłe ignorowanie przez Putina prowokacji w celu uniknięcia rozszerzenia wojny stworzyło na Zachodzie wrażenie, że ostrzeżenia Putina nic nie znaczą, ponieważ „Putin nigdy nic nie robi”. Ten wniosek jest niebezpiecznie błędny. Ignoruje on fakt, że Putin, humanista, ignoruje prowokacje w celu uniknięcia rozszerzenia wojny, która ma straszny wpływ na niewinnych cywilów i ich nadzieje, a jeśli jest nuklearna, na życie na Ziemi. Wniosek Zachodu ignoruje również fakt, że prowokacje mogą stać się zbyt poważne, aby Putin mógł je zignorować. Uważam, że ten punkt został osiągnięty.
Jeśli nieodpowiedzialny amerykański establishment, zwiedziony pychą i wiarą w swoją niezwyciężoność, będzie dalej prowokował Rosję, Putinowi zabraknie miejsca, do którego mógłby się wycofać. W tym momencie agresja świata zachodniego może doprowadzić do niezamierzonych konsekwencji.
Problem, przed którym stoimy, polega na tym, że zachodni przywódcy są zbyt zagubieni w swoich fałszywych narracjach, aby pojąć rzeczywistość. To nie jest całkowicie ich wina, ponieważ Putin zachęcał ich do prowokacji, nie stawiając im czoła. Ale agresja leży po stronie Zachodu, nie Rosji. A Rosja została popchnięta tak daleko, jak jest to bezpieczne. Jeśli nie ustanie nacisk, nastąpi koniec świata.
Paul Craig Roberts
Za: https://www.paulcraigroberts.org/2024/11/23/how-lies-become-facts-and-the-world-ends/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2283
Nie trzeba być profesjonalnym znawcą stosunków międzynarodowych, aby nie wiedzieć, że we wszystkich systemach międzynarodowych, jakie znamy od najdawniejszych czasów, istniała hierarchia uczestników ze względu na ich status. Jest on kryterium rozstrzygającym o „porządku dziobania” w środowisku, które ma charakter poliarchiczny (oparty na wielości władz), choć zgodnie z tradycją realistyczną przypisuje się mu błędnie charakter anarchiczny.
Politycy odpowiadający za politykę zagraniczną państwa nie zawsze zdają sobie sprawę z tego, jak ważne i trudne jest kształtowanie jego statusu, często mylonego lub utożsamianego ze spektakularnymi osiągnięciami. Zwłaszcza usytuowanie względem najważniejszych potęg wymaga od rządzących dobrego rozeznania głównych trendów w ich strategii i polityce, aby nie tylko umiejętnie dostosować się do sytuacji, ale przede wszystkim zręcznie wiązać swoje interesy i cele z dążeniami innych państw.
Dzięki konsekwentnej i mądrej polityce można zbudować taki status międzynarodowy państwa, który pozwala zneutralizować ciężar negatywnych obciążeń geopolitycznych. Wzorowego przykładu inteligentnej przebudowy swojego statusu dostarcza Finlandia, która po II wojnie światowej wyspecjalizowała się w pośredniczeniu między Zachodem a ZSRR, a następnie Rosją, wypromowała się w świecie jako zręczny pośrednik i moderator w trudnej sztuce wypracowywania kompromisów.
Mimo rozmaitych obiektywnych obciążeń i przeszkód natury subiektywnej nie ma żadnych powodów, aby Polska nie wypracowała sobie nie tylko innego wizerunku, niż konfliktowy, albo też nie zbudowała takiego statusu, który może budzić podziw i aprobatę w środowisku międzynarodowym. Trzeba jednak w tej sprawie mieć wyrazisty „plan gry”, trzeba sformułować doktrynę polityczną, w której znajdą odbicie nie tyle slogany i frazesy o przywiązaniu Polski do wartości Zachodu, ale zostanie pokazana funkcjonalność polskiego państwa w systemie międzynarodowym, jego stabilność i przewidywalność.
Kłopot z Polską polega jednak na tym, że nie tylko nie ma ona dojrzałej doktryny międzynarodowej, ale nie ma także wyrazistej tożsamości, opartej na głębokich przemyśleniach i przewartościowaniach oraz cywilizacyjnej wizji rozwoju. Ponadto obiektywnie znajduje się gdzieś pośrodku między wielkimi a małymi państwami. Jest zawieszona „między pierwszą a drugą ligą europejską” i jest to sytuacja frustrująca.
Po 1989 roku była spychana do jednego rzędu z krajami o wiele mniejszymi, albo podejmowała ambitną grę, żeby dostać się do „ekskluzywnego” klubu paru państw, które współtworzą „decyzyjne centrum Europy”. Wymaga to ogromnej determinacji i samozaparcia, ale także wyrzeczeń i cierpliwości.
Nawet państwa mniejsze, a co dopiero mocarstwa, nie są przyzwyczajone do polskich aspiracji przywódczych. Tym bardziej, że towarzyszy im ze strony Polski tragiczna nieporadność w diagnozowaniu interesów wspólnotowych, psucie własnego państwa i jego wizerunku oraz brak świadomości ograniczeń kompetencji komunikacyjnych.
W przekazie informacji między państwami występuje zawsze szereg zakłóceń spowodowanych złożonością kontekstu kulturowego. Politycy powinni wiedzieć, że prawidłowe zrozumienie zamierzonego znaczenia wypowiedzi często wymaga wiedzy, która leży poza techniczną biegłością językową. Rozpoznanie komunikacyjnych intencji nadawcy wymaga odpowiedniego przygotowania merytorycznego i wysiłku poznawczego odbiorcy. Bez tego komunikacja może ugrzęznąć w potoku błędnych interpretacji i zaprzeczeń. Przykładów tego zjawiska dostarczają kolejne klęski wizerunkowe polskiego rządu.
Miejsce w klubie
Status państwa jest funkcją kolektywnego uznania jego rangi i pozycji zajmowanej w strukturze systemu międzynarodowego. Decydują o nim rozmaite atrybuty - bogactwo, zdolności obronne, organizacja systemu politycznego i jakość przywództwa, dyplomatyczna skuteczność, ale także atrakcyjność kulturowa i potencjał demograficzny. Status ten manifestuje się przede wszystkim poprzez przynależność do określonego klubu uczestników, a także zajmowaną w nim pozycję.
Najwięcej uwagi przyciągają te państwa, które odgrywają role przywódcze, są liderami ugrupowań i autorami strategii grupowych. Nazywamy je zwykle mocarstwami.
Status państwa jest wartością dość nieprecyzyjną i w rzeczywistości subiektywną, ulotną, zależną bardziej od odczucia i osądu innych niż od rzeczywiście posiadanej wartości. Trzeba też pamiętać, że miejsce w hierarchii międzynarodowej nie wynika wyłącznie z różnych atrybutów posiadanej siły, ale także umiejętności ich wykorzystania. Liczą się narodowe tradycje i aspiracje, osobowość i ambicje polityków oraz sprawność i efektywność dyplomacji.
Autorzy anglosascy spopularyzowali w ostatnich dekadach pojęcie „miękkiej siły” (soft power), wskazując, że we współczesnym świecie oprócz siły „twardej” (nakazowej), połączonej zwykle z zasobami materialnymi, jak gospodarka i wojsko, liczy się także umiejętność oddziaływania na świadomość ludzką, kształtowania stylu życia i wzorów zachowań, zdolność pozyskiwania sojuszników i stronników swoich idei, dzięki atrakcyjności kulturowej i politycznej, a także zręczności rządzących. Warto przy tym pamiętać, że niezależnie od indywidualnych percepcji i ocen w każdej epoce wykształca się pewien niewidzialny konsensus co do umiejscowienia danego państwa w hierarchii międzynarodowej. Dotyczy to zwłaszcza mocarstw.
Ponieważ status ma w dużej mierze charakter subiektywny, zatem szczególnie w odniesieniu do państw słabszych, w tym „średniej rangi”, takich jak Polska, zależy on od postrzegania ich przez innych. Odbiór i interpretacja zachowań oraz wypowiedzi rządzących danym państwem są decydującym i najbardziej wymownym wyznacznikiem jego notowań w świecie.
W stosunkach międzynarodowych reputacja nie jest zatem prostą pochodną mierzalnych atrybutów siły, lecz opinii i wyobrażeń, które tworzą określone „konstrukty społeczne” w świadomości ich uczestników. Nie wystarczy mieć dobre samopoczucie i dobre zdanie o samym sobie. Ważniejsze jest to, jakie zdanie mają o nas inni. Statusu w hierarchii międzynarodowej nie osiąga się więc w sposób jednostronny. Zawsze jest on wynikiem uznania i swoistego nadania przez innych.
Symbolicznym wyrazem respektu dla danego państwa jest zapraszanie go i włączanie do rozmaitych gremiów decyzyjnych i konsultacyjnych, wsłuchiwanie i liczenie się z głosem jego przedstawicieli, ale także przyznawanie organizacji rozmaitych imprez dyplomatycznych, kulturalnych czy sportowych. Zwykle liczba kontaktów na najwyższym szczeblu politycznym i aktywność na określonych wektorach geopolitycznych pokazuje, jak dane państwo liczy się w obrocie międzynarodowym.
Formą nobilitacji jest nadawanie szczególnej rangi kontaktom dyplomatycznym z aktorami o statusie mocarstwowym. W tym przypadku wyjątkowa rola przypada Stanom Zjednoczonym, które ze spotkań w Białym Domu uczyniły probierz jakości więzi z innymi państwami oraz wskaźnik własnych do nich nastawień. Dla zabiegających o audiencję u amerykańskiego prezydenta jest to z kolei dowód ich afirmacji i wtajemniczenia w krąg spraw specjalnej wagi.
Ma to przede wszystkim znaczenie symboliczne, bo przecież w kategoriach realnych słabsze państwo nadal pozostaje petentem i klientem silniejszego. Nie ma dostępu ani do nowoczesnych technologii, ani posłuchu dla swoich inicjatyw dyplomatycznych. Nie jest w stanie załatwić zniesienia wiz dla własnych obywateli, ani tym bardziej pokonać dystansów rozwoju cywilizacyjnego, wyrażającego się w standardach produkcji rozmaitych dóbr i ich konsumpcji.
Jedynie w przypadku szczególnie zdeterminowanych państw, stawiających wszystko na jedną szalę, udaje im się zbudować status wyjątkowy, dzięki zdobyciu dostępu do broni jądrowej. Jest ona ekstremalnym wskaźnikiem statusu, trudnym do osiągnięcia, ale respektowanym następnie przez wszystkich, nawet najsilniejszych. Przykładem ostatnich miesięcy, przyciągającym uwagę całego świata jest próba uregulowania stosunków na Półwyspie Koreańskim przy udziale Stanów Zjednoczonych i Chin. Widać wyraźnie, jak dzięki dostępowi do broni jądrowej Korea Północna i jej dyktator zostali nobilitowani w hierarchii międzynarodowej do grona partnerów największych potęg.
Siła a honor
Status państw często idzie w parze z ich siłą, a nawet z władzą czy autorytetem, które polegają na zdolności komenderowania innymi państwami, najczęściej z możliwością egzekwowania ich posłuchu.
Państwa słabsze pod względem siły, nawet jeśli posiadają uznany status międzynarodowy, na przykład mediatorów czy rozjemców, nie są same w stanie nikomu narzucić swoich racji, ani zmuszać nikogo do posłuszeństwa. Mogą natomiast powoływać się na swój honor czy dbałość o zachowanie twarzy, co w różnych kulturach jest szczególnie cenione, niezależnie od miejsca zajmowanego w hierarchii międzynarodowej.
Tyle, że status jest wartością podlegającą internacjonalizacji, podczas gdy honor czy zachowanie twarzy pozostają kwestią indywidualną, jednostronną.
Honor nie podlega żadnym przetargom, albo się go ma, albo nie. Natomiast status może być przedmiotem koncesji, bądź efektem uzyskania specjalnych przywilejów czy praw. Wydaje się, że Polska jest takim państwem, które w nowej sytuacji po 1989 roku sporo zyskało, wstępując do struktur zachodnich, ale jak się okazuje, może także wiele stracić poprzez nieumiejętność dopasowania się do oczekiwań partnerów i sojuszników.
Jest bowiem regułą, że im kto ma wyższy status, tym większy budzi respekt dla swoich interesów, idei i instytucji, nawet wśród rywali i konkurentów. Niezrozumienie tej prawidłowości prowadzi często do podejrzeń, że państwa o wyższym statusie dążą do uzależnienia tych słabszych i mniej liczących się.
Tymczasem z doświadczenia historycznego wynika, że państwa o najwyższym statusie zawsze miały większy zakres praw i przywilejów, łącznie z możliwością przywoływania krnąbrnych uczestników do porządku (w ramach tzw. prawa do kontroli - droit de regard).
Wynika to zresztą z formalnych podstaw, jako że mocarstwa (od II wojny światowej przynajmniej pięć z nich) mają status najważniejszych decydentów w Radzie Bezpieczeństwa ONZ (stali członkowie z prawem weta) i są w stanie autoryzować użycie siły w charakterze sankcji wobec niektórych agresorów.
Kooperacja, nie konfrontacja
Status międzynarodowy państwa nie jest dany raz na zawsze. Ciągle trzeba o niego zabiegać, troszczyć się o utrzymanie, a gdy się go traci, zabiegać o odbudowę. Kiedyś Rzeczpospolita pod berłem Jagiellonów stanowiła liczące się państwo w Europie, choć po śmierci ostatniego władcy z tej dynastii zaczęła coraz bardziej przypominać „fantomowe ciało króla”. Status państwa uległ degradacji w czasach królów elekcyjnych, aż doszło do niespotykanego w skali ówczesnego świata wydarzenia. Jedno z największych państw całkowicie znikło z mapy. Niełatwo zatem było powrócić do grona samodzielnych graczy o uznanym statusie.
Wszystkie mocarstwa europejskie, w tym zaborcze, przez ponad 100 lat nieobecności Polski w obrocie międzynarodowym przywykły do przedmiotowego traktowania Polaków w swoich grach geopolitycznych. Rok 1918 przyniósł ponowne upodmiotowienie Polski, co oznaczało, zwłaszcza w przypadku Niemiec i Rosji, konieczność przewartościowania ich strategii, aby państwo polskie uwzględniać w kalkulacjach sąsiedzkich. Krytyczny, a często wręcz negatywny stosunek do Polski powraca echem w polityce tych państw do dzisiaj.
Warto podkreślić, że status państw we współczesnym świecie nie jest wyłącznie funkcją ich zdolności do prowadzenia wojen. Te zresztą – niezależnie od zakazu użycia siły w prawie międzynarodowym - są nie do pomyślenia między największymi potęgami ze względu na groźbę wzajemnego unicestwienia przy użyciu broni masowej zagłady. Dlatego tak popularne są tzw. wojny pośrednie (by proxy). Mocarstwa nie konfrontują się w nich bezpośrednio, lecz polem walki czynią państwa słabsze, niepotrafiące obronić swojej suwerenności.
Państwa zbroją się nie tyle po to, aby wszczynać konflikty zbrojne (które jak widać z obserwacji świata są nieuniknione), ile dla osiągnięcia zdolności skutecznego odparcia ataku potencjalnego napastnika. Potencjały wojskowe spełniają więc zadania odstraszające i prewencyjne.
Nikt jednak nie jest w stanie określić, gdzie tkwią granice wystarczalności obronnej państw mniejszych i słabszych, konfrontowanych z największymi potęgami atomowymi. To zagadnienie jest szczególnie frapujące w dyskusjach wokół programu zbrojeniowego Polski, której indywidualny potencjał wojskowy nigdy nie będzie w stanie przeciwważyć potencjału militarnego Rosji, nazywanej w oficjalnej retoryce politycznej wrogiem. Żadna maksymalizacja nakładów zbrojeniowych (notabene kosztem rozwoju innych dziedzin, na przykład nauki czy ochrony zdrowia) nie doprowadzi rządzących do przekonania, że osiągnięto pełny komfort bezpieczeństwa. Zawsze pozostanie poczucie strachu i niepewności, warunkowane niższym statusem państwa względem najsilniejszych potęg. Od części z nich zależy w ostatecznym rozrachunku sojusznicza gotowość do obrony kolektywnej.
Dlatego w doktrynie i praktyce polityki zagranicznej warto szukać innych rozwiązań, uwzględniających strategie kooperacyjne, a nie konfrontacyjne. Trzeba zwłaszcza z sąsiadami nauczyć się budowania kompromisów i układów koncyliacyjnych. Trzeba wyzbyć się satelickiej mentalności i otworzyć na dialog międzynarodowy nie według cudzych preferencji, lecz własnego interesu. Jak uczy doświadczenie państw skandynawskich, przy pomocy środków dyplomatycznych i strategii akomodacyjnych można osiągnąć znacznie więcej niż przez stawianie na rywalizację czy konfrontację.
Ciągłe odwoływanie się do geopolityki konfliktuje Polskę z największym sąsiadem na Wschodzie i wasalizuje względem Stanów Zjednoczonych. Polska skonfliktowana z Rosją i pozbawiona zrozumienia oraz realnych partnerów w Unii Europejskiej jest wymarzonym partnerem USA. Polskie elity polityczne bez większego wysiłku intelektualnego godzą się na ofertę amerykańskiej ochrony, zapominając, że bezgraniczna wdzięczność wobec zaoceanicznego patrona prowadzi też do bezkrytycznego uzależniania się i wyzbywania własnego zdania.
Jedną z przyczyn tego zjawiska jest pozostawanie Polski w niewoli starych geopolitycznych koncepcji. Dominacja wielkich imperiów utrudniała przez wiele stuleci samodzielne polskie myślenie strategiczne. Obciążenia historią i geopolityką powodują, że Polska, a szczególnie jej elity rządzące, nie są w stanie oderwać się od dawnych uzależnień i doznanych krzywd. Przez ich pryzmat definiują swoją tożsamość, określając przyjaciół i rywali, dystans psychologiczny i nastawienia do sąsiadów.
Tymczasem sytuacja się zmieniła i widać wyraźnie, że stare geopolityczne determinanty statusu międzynarodowego Polski przestają mieć racjonalne uzasadnienie. Polska wcale nie musi być ani buforem, czy przedmurzem, ani tym bardziej państwem frontowym. Te jej geopolityczne funkcje były zawsze skutkiem cynicznych oddziaływań zewnętrznych.
Odzyskując wewnątrzsterowność, Polska ma niepowtarzalną szansę, aby przejść do roli będącej logiczną konsekwencją jej usytuowania w środku Europy – „roztropnego pośrednika” w układzie euroatlantycko-euroazjatyckim. W samym układzie atlantyckim pozostaje co najwyżej „koniem trojańskim” Ameryki w Europie, a to jej bynajmniej chwały nie przynosi.
Im szybciej rządzący Polską odczytają sens dokonujących się zmian, tym więcej zyskają na wzmocnieniu statusu państwa, dystansując się od „fantazji geopolitycznych” kreowanych za oceanem i przypisujących Polsce rolę „rygla” Zachodu wobec Rosji, a w dalszym zasięgu wobec Chin.
W istocie rola ta oznacza wprzęganie Polski w rydwan hegemonicznej polityki USA, które nie zamierzają rezygnować z urządzania świata na swoją modłę. Mocarstwa anglosaskie z upodobaniem traktują Polskę jako „komiwojażera” ich interesów, a nawet „dywersanta” na Wschodzie. Aż dziw bierze, że takie traktowanie nie stanowi przedmiotu debaty publicznej, trzeźwego namysłu decydentów czy niezależnej refleksji intelektualnej.
Koszt fantazji geopolitycznych
Doświadczenia ostatnich lat dobitnie pokazują, że dotychczasowa manifestacyjnie proamerykańska polityka Polski nie przynosi pożądanych efektów. Jest wyrazem słabości i politycznej dezorientacji, wynikającej z braku zręczności i niezrozumienia mechanizmów gry rozmaitych sił za oceanem. Wycofanie się ze zmian w ustawie o IPN pod presją środowisk żydowskich z Ameryki i Izraela, a także w wyniku nacisków samego Waszyngtonu dowodzi, że w godzinie jakiejkolwiek, nawet dość banalnej próby związek Polski z USA przybiera skrajnie trudny charakter, a „parasol ochronny” staje się wątpliwy.
Widać przy tym wyraźnie, że bezpieczeństwa nie można kupić raz na zawsze i że ma ono swoją cenę wcale niepolegającą na kosztach kupowanych w USA samolotów i rakiet, czy gotowości bojowej amerykańskich żołnierzy stacjonujących na polskiej ziemi.
Istota gwarancji sprowadza się do woli respektowania statusu państwa polskiego, poważania jego autorytetu. Jeśli brakuje tych wartości, stajemy się państwem niepoważnym i marginalizowanym, wobec którego wszelkie, nawet najmniej eleganckie wolty są dopuszczalne i możliwe.
Doktryna polityki zagranicznej Polski musi być służebna wobec jej statusu międzynarodowego, przede wszystkim zaś – co warto podkreślić w roku obchodów 100-lecia odzyskanej niepodległości – wobec ciągłości prawno-politycznej państwa. W świetle oficjalnego zadekretowania, że PRL była „czarną dziurą” w historii, następuje eskalacja szkodliwej argumentacji z ust najwyższych dygnitarzy państwowych, podważających rację bytu współczesnej Polski, będącej przecież i w sensie prawnym, i w sensie materialnym sukcesorką niechlubnej poprzedniczki.
Aby zapobiec dalszym szkodom wyrządzanym przez takie enuncjacje, w doktrynie politycznej trzeba jak najszybciej zdobyć się na jakiś kompromis w pojmowaniu powojennego państwa polskiego o ograniczonej suwerenności i bronić w imię interesu narodowego tej ciągłości, jako jednego z ważnych atutów statusu międzynarodowego Polski w XX wieku.
To są rudymentarne elementy polskiej tożsamości geopolitycznej.
Jeśli sami Polacy, na czele z premierem rządu, podważają trwałość państwowości pod szyldem walki z „komunistyczną i sowiecką uzurpacją”, to stwarzają dogodne pole do ataku także na dzisiejszą Polskę ze wszystkich stron, nawet z tych najmniej spodziewanych – od sojuszników i partnerów.
Kolejne ekipy rządzące w III RP miały i mają kłopoty z definicją polskiej tożsamości państwowej, głównie z powodu oportunizmu i zacietrzewienia ideologicznego. Brakuje im przede wszystkim realistycznego zrozumienia interesu narodowego. Nie mają wiedzy o tym, jaką rolę Polska odegrała choćby podczas „odwilży” w okresie destalinizacji, w epoce détente, normalizacji stosunków z RFN i uznaniu granicy na Odrze i Nysie Łużyckiej, czy też zwołaniu KBWE i upowszechnieniu jej standardów.
O tych dokonaniach coraz mniej mówią podręczniki do nauczania historii, co w sumie oznacza działanie na własną szkodę. Przywołane zjawisko świadczy o swoistym „rozdwojeniu jaźni” współczesnych polskich decydentów, gdyż z jednej strony uznają oni pewne dokonania w polityce międzynarodowej (na przykład aktywność w Radzie Bezpieczeństwa ONZ w charakterze niestałego członka), a z drugiej kwestionują sam fakt istnienia Polski Ludowej.
Nie ideologia, a polityka
Dla oceny statusu międzynarodowego państwa ważny jest stopień ideologizacji jego polityki. Państwa rewolucyjne i rewizjonistyczne dążą do podważenia istniejącego porządku, państwa misyjne do jego przebudowy i naprawy. Państwom pragmatycznym chodzi przede wszystkim o zachowanie status quo i wypracowanie pożytecznych kompromisów.
Polsce nie są obojętne postawy zaangażowania ideologicznego. W kontekście bezmyślnego wspierania wszystkiego, co antyrosyjskie, w czym Polska znów była bezgranicznie zgodna z polityką amerykańską, doprowadzono w ostatnich latach do odrodzenia i rehabilitacji nacjonalizmu ukraińskiego. Uznano, że może on być skuteczny w kształtowaniu nowej tożsamości antyrosyjskiej Ukrainy.
Polskie elity polityczne niezależnie od swojej ideowej proweniencji przez ponad ćwierć wieku zgodnie bagatelizowały to zjawisko, nie dostrzegając, że nacjonalizm ten szkodzi także własnym interesom. Podważa wiarogodność polskich władz w oczach społeczeństwa, ale i podkopuje słuszność argumentacji na rzecz przyciągania Ukrainy do Europy. Głos Polski na ten temat w Unii Europejskiej ulega obecnie osłabieniu ze względu na własne problemy wizerunkowe.
Po tym wszystkim nasuwa się refleksja, że Polska ani retorycznie, ani poprzez aktywność dyplomatyczną, ani przez demonstrację symboliczną nie jest w stanie udowodnić, że jest liczącym się państwem na arenie międzynarodowej. Samozadowolenie rządzących i oficjalna propaganda nie są w stanie podważyć tej konstatacji, bowiem widać jak na dłoni, że ważniejszy jest w tym przypadku odbiór zewnętrzny, a nie przekonania własne.
Trzeba jednak na usprawiedliwienie owego dysonansu poznawczego między samopostrzeganiem a reakcjami środowiska międzynarodowego dodać, że status państwa może być niekiedy celowo deformowany i błędnie definiowany. Pewne aspiracje państwa czy też jego faktyczne posunięcia mogą być fałszywie przedstawiane i tendencyjnie interpretowane.
Tak więc to, co według rządzących w Polsce jest ich zamiarem reformatorskim, w oczach krytycznie nastawionych odbiorców zewnętrznych jawi się posunięciem katastrofalnym, podważającym porządek konstytucyjny w państwie. Mamy więc do czynienia z wieloma rozbieżnościami w ocenie intencji własnych i odbiorem zewnętrznym. Intensywność i skala skontrastowania stron warunkuje gwałtowność reakcji emocjonalnych i praktycznych kontrposunięć.
Przypadek Polski pokazuje, że słabszym państwom o wiele trudniej przychodzi realizacja rozmaitych zamierzeń wbrew interesom silniejszych graczy. Dlatego tak ważne jest mądre skorelowanie własnych wizji ładu międzynarodowego z pomysłami i wyobrażeniami państw o uznanym statusie, które mają szansę realizacji. W tym kontekście potrzebne jest uczestnictwo w rozmaitych grupach kontaktowych, inicjujących, konsultacyjnych, sterujących, zarządzających i decyzyjnych.
Dzięki dobremu przygotowaniu i wyspecjalizowaniu się w określonych obszarach czy zagadnieniach, Polska ma ciągle szansę na wypracowanie interesującej oferty międzynarodowej. Warunkiem podstawowym jest jednak wyzbycie się etnocentryzmu i egocentryzmu rządzących. Politycy w państwie demokratycznym zmieniają się u władzy dzięki alternacji sił politycznych, a państwo, które stawia na trwałe zaangażowanie i demonstruje wolę uczestnictwa w rozwiązywaniu trudnych problemów zdobywa nie tylko coraz większy szacunek i prestiż, ale budzi także sympatię w środowisku międzynarodowym. Warto o tym pamiętać przy projektowaniu statusu międzynarodowego Polski.
Stanisław Bieleń
Tekst ukazał się pierwotnie w nr. 2/18 „Opcji na prawo”
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.

