Historia el.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2538
W polskiej historii nie było tradycji królobójstwa. Jedynie za czasów Piastów śmierć z rąk zamachowców poniósł w 1227 zwierzchni książę polski Leszek Biały, a następnie w 1296, w rok po koronacji, Przemysł II Wielkopolski. W obu wypadkach zgładzili ich rodacy…
Toteż próba zamachu na króla Zygmunta III Wazę 15 listopada 1620 roku, pomimo pewnej komiczności przebiegu była w polskiej historii prawdziwym ewenementem.
Zamach
Niewątpliwie celem zbrodniczego ataku był król Zygmunt III Waza. Zamachowiec Michał Piekarski wykorzystał moment, kiedy król udawał się na niedzielną mszę do Kolegiaty (późniejszej katedry) św. Jana. Wówczas wyskoczył z ukrycia zza drzwi kościelnych i zaatakował go czekanem, raniąc nieszkodliwie w głowę. Król upadł, ale zasłonił go własnym ciałem marszałek nadworny Łukasz Opaliński, a z ziemi podniósł podwładny biskupa krakowskiego Marcina Szyszkowskiego Jan Kaliński. W nagrodę zresztą otrzymał później dobra skazanego zamachowca.
W sukurs zaatakowanemu przyszedł, jako pierwszy, syn monarchy i następca tronu królewicz Władysław (późniejszy Władysław IV), który rzucił się na napastnika z obnażoną szablą raniąc go w głowę. Rzecz jasna, Piekarski został natychmiast ujęty i osadzony w zamkowej wieży pełniącej rolę więzienia, a ze względu na powagę sprawy w krótkim czasie zebrał się sąd sejmowy, który jako jedyna instancja sądownicza był władny osądzić zbrodnię przeciwko majestatowi (crimen laesae maiestatis).
W czasie śledztwa Piekarskiego poddano torturom, chociaż jego wina nie ulegała wątpliwości. Usiłowano wydobyć z niego nazwiska wspólników, ale była to tylko czcza formalność. Piekarski uchodził za szaleńca i od samego początku było wiadomo, że działał sam.
Zamachowiec
O Michale Piekarskim niewiele istnieje wzmianek w źródłach. Wiadomo jedynie, iż urodził się we wsi Bieńkowice w Ziemi Sandomierskiej prawdopodobnie w 1597 roku. Z ówczesnych zapisków wynika jednak jasno, że w młodości doznał urazu głowy i jeszcze przed zamachem był pozbawiony prawa dysponowania własnym majątkiem, a więc w myśl dzisiejszej terminologii prawnej był ubezwłasnowolniony. Kto sprawował nad nim kuratelę dokładnie nie wiadomo, choć w świetle ówczesnego prawa musiał to być ktoś z rodziny.
Jeszcze mniej wiadomo o motywacji jego czynu. Z jednej strony można przypuszczać, że na fali niechęci części szlachty do Zygmunta III uległ ulicznej, bądź też sejmikowej agitacji, z drugiej zaś, że potępiał żarliwy katolicyzm monarchy i jego zaangażowanie w wojnie trzydziestoletniej po stronie Habsburgów. Król bowiem już w 1605 popadł w konflikt z kanclerzem Janem Zamoyskim, który publicznie oskarżył go o próbę łamania praw szlacheckich i wprowadzenia rządów absolutnych.
Istotnie, Zygmunt III usiłował nakłonić posłów do uchwalenia ograniczenia prawa jednomyślności sejmowej podczas głosowania nad najważniejszymi decyzjami, a także dążył do zwiększenia liczebności wojska i naprawy skarbu państwa, co wiązało się z wprowadzeniem ostrego reżimu podatkowego. To zresztą spowodowało ogłoszenie ponadwyznaniowego rokoszu przez katolika Mikołaja Zebrzydowskiego i wyznawcę kalwinizmu Janusza Radziwiłła właśnie nieopodal Sandomierza, tak więc Piekarski mógł być świadom rozgrywających się wydarzeń, pomimo bardzo młodego wieku.
Przyjmując ponadto, że reprezentował średnią szlachtę można założyć, że czuł z tego tytułu niechęć do monarchy. Należy jednak pamiętać, że po klęsce rokoszan pod Guzowem w 1607 i dwuletnich rokowaniach król Zygmunt III zadowolił się przeprosinami i udzielił buntownikom amnestii.
Istnieje jednak jeszcze inna teoria, być może najbardziej prawdopodobna. Głosi ona, że przyszły zamachowiec nie mógł się pogodzić z pozbawieniem praw majątkowych rzekomo ze względu na swoją chorobę psychiczną. I to stało się asumptem do zamachu.
Proces
Sprawą Piekarskiego zajął się, jak już było powiedziane, sąd sejmowy. Była to najwyższa instancja sądownicza w ówczesnej Rzeczypospolitej, która obradowała jednak tylko w czasie sesji sejmu. Zazwyczaj przewodniczył jego obradom król, ale w przypadku przestępstw przeciwko majestatowi nie mógł tego uczynić zgodnie z zasadą, że nikt nie może być sędzią we własnej sprawie. Tak więc przewodnictwo przejął marszałek wielki koronny. Asesorami tegoż sądu byli natomiast wszyscy senatorowie oraz 8 deputatów z Izby Poselskiej, zgodnie z kodyfikacją prawną z 1588 roku.
Warto również dodać, że sąd sejmowy rozstrzygał nie tylko zbrodnie przeciwko majestatowi, ale także sprawy zdrady stanu, nadużyć skarbowych najwyższych urzędników w państwie, przestępstw przeciwko wolności obrad sejmów, sejmików i Trybunału Koronnego oraz zbrodnie szlachty zagrożone karami: śmierci, banicji, bądź też konfiskatą dóbr. Niekiedy rozpatrywał również skargi cywilne, ale tylko wówczas, gdy był nimi żywotnie zainteresowany skarb państwa.
Proces Piekarskiego trwał niespełna dwa tygodnie, po czym zapadł jedyny możliwy wyrok - kara śmierci połączona z torturami. Na zakończeniu przewodu przewodniczący marszałek Michał Wolski wezwał skazanego, aby pojednał się z Bogiem w obliczu śmierci i wszyscy członkowie sądu odmówili De profundis.
Egzekucja
Egzekucje zawsze wykonywane były publicznie, zresztą ku uciesze gawiedzi. Na temat stracenia Piekarskiego zachowała się nader interesująca relacja jej świadka, litewskiego szlachcica Samuela Maskiewicza. Zgodnie z nią, Piekarski był wieziony z Zamku na wozie zaprzężonym w cztery konie, a obok niego jechał kat, wybitny „fachowiec”, bowiem sprowadzony aż z Drohiczyna. Najpierw kawalkada wjechała na Krakowskie Przedmieście, potem przez Rynek Starego Miasta na Nowe Miasto i wreszcie zatrzymała się na Rynku Nowego Miasta, gdzie już stało przygotowane teatrum (rodzaj podestu) dla skazańca.
Już podczas swej ostatniej drogi Piekarski był dość brutalnie traktowany rozżarzonymi szczypcami przez swego oprawcę, ten jednak zadbał, aby dowieźć skazańca na miejsce straceń przytomnego, tak by widowisko odbyło się jak należy. Następnie kat z pomocnikami posadzili półżywą ofiarę na „dymnice z ogniem siarki weń nasypawszy”, a następnie wyprzęgli konie i przywiązali do każdego z nich jedną z kończyn Piekarskiego.
Kolejną było pozbawienie skazańca prawej dłoni, która ważyła się podnieść czekan na pomazańca bożego.
Rozerwanie ciała skazanego przez konie było dość popularnym sposobem pozbawiania życia w owym czasie. Konie jednak okazały się leniwe, więc kat kolejno nacinał siekierą członki skazańca, ale i tak udało mu się tylko doprowadzić do utraty przez niego tylko prawej nogi. Toteż udręczoną ofiarę kazał położyć na stos i spalić. Prochy nieszczęśnika zostały wrzucone do Wisły, aby wszelka pamięć po nim zanikła.
A że działo się to wszystko przy akompaniamencie straszliwych jęków i dziwnych krzyków stąd utarło się znane po dziś dzień powiedzenie „plecie jak Piekarski na mękach”, choć według niektórych przekazów skazaniec wygadywał niestworzone rzeczy już w czasie krótkiego śledztwa z udziałem kata.
Wspomina o tym jeden z sędziów Albrycht Radziwiłł, który odwiedził ponoć Piekarskiego w wieży i usłyszał od niego biblijny cytat „szukajcie królestwa pierwszego, a wszystkie do was należeć będą”. Niestety, nie pozostał żaden ślad po zeznaniach niedoszłego królobójcy, gdyż akta spłonęły w pożarze Archiwum Głównego Akt Dawnych w 1944 roku. Istnieje jednak przekaz, że Michał Piekarski stanowczo odmówił spowiedzi i nawet podczas mąk żałował, że jego plan się nie powiódł.
Kontrowersje wśród braci szlacheckiej wzbudzał fakt torturowania bądź co bądź szlachcica, gdyż takiej tradycji w I Rzeczypospolitej nie było. Prawdopodobnie Wolskiemu ów okrutny rodzaj kary podpowiedział poseł Jakub Sobieski, który w Paryżu w 1610 roku
był świadkiem podobnej egzekucji zabójcy króla Francji Henryka IV - Françoisa Ravaillaca.
Po krwawym widowisku pojawiły się nawet plotki, chętnie „kolportowane” przez przekupki, że w noc po egzekucji w miejscu stosu pojawiły się ogniki niczym płomienie świec, ale jak stwierdza Maskiewicz - „nie twierdzę, bom nie widział, ale słyszał od różnych”.
Według innej wersji, ceremonia stracenia Piekarskiego odbyła się na Rynku Starego Miasta, a w kolejnej, że w tak zwanym Piekiełku, u zbiegu ulic Podwale i nomen omen - Piekarskiej.
Opis Maskiewicza wydaje się jednak najbardziej prawdopodobny, gdyż ów urodzony gawędziarz pozostawił po sobie Diariusz, będący wspaniałym świadectwem ówczesnej epoki.
Co ciekawe, Zygmunt III chciał … ułaskawić niedoszłego zabójcę, ale sąd absolutnie odrzucił taki pomysł. Zapewne król doskonale zdawał sobie sprawę z takiego obrotu rzeczy, jednak znacznie poprawił swój wizerunek jako miłościwy monarcha.
Konsekwencje
Zamach na monarchę odbił się szerokim echem nie tylko w stolicy. Poszła hiobowa wieść, że miał związek z planowaną inwazją turecką, a Tatarzy zajęli już Pragę. A wywołał ją okrzyk jednego z włoskich chórzystów: „zdrajca”, który uruchomił lawinę strachu, gdyż świeża była jeszcze pamięć klęski pod Cecorą. Aby uspokoić mieszkańców, Zygmunt III nakazał we wszystkich warszawskich kościołach odśpiewać Te Deum Laudamus za rzekome cudowne ocalenie. Panika została szybko opanowana, ale pewne środki ostrożności zostały podjęte.
Przejście z Zamku Królewskiego do prezbiterium kolegiaty zostało połączone krytym przejściem, tak aby nikt przypadkowy nie miał bezpośredniego dostępu do monarchy.
Zamach Michała Piekarskiego nie przeraził jednak za bardzo króla. Wprawdzie w 1621 po raz pierwszy w historii Warszawy wprowadzono regularną straż miejską (przedtem funkcjonowali jedynie strażnicy nocni), jednak jej utworzenie było związane z niebezpieczeństwem najazdu tureckiego, a nie obawą przed kolejną próbą zamachu. Zresztą nie była to formacja liczna, bowiem jej stan osobowy, w zależności od zasobności kasy miejskiej, wahał się od 20 do 60 ludzi podporządkowanych komendantowi (zwanego niekiedy wachmistrzem), lub paru dziesiętnikom. W warszawskim żargonie nazywano owych strażników piechotą miejską, pachołkami lub milicją.
Zamek Królewski w Warszawie także po zamachu pozostał budynkiem publicznym. Przed bramami prowadzącymi do niego postawiono jednak straże złożone z żołnierzy regimentu gwardii koronnej, których zadaniem było jedynie niedopuszczanie do wnętrz zamkowych pospólstwa. Dygnitarze, urzędnicy i szlachta zawsze mieli dostęp do zamkowych komnat, choć także wewnątrz przed królewskimi apartamentami stali halabardnicy w zachodnich strojach (zwanych niemieckimi), ale ich rola była wyłącznie reprezentacyjna. Podobną funkcję pełnili uzbrojeni także w halabardy „Węgrzy marszałkowscy”, którzy trzymali straż w Sieni Przed Izbą Poselską. Najchętniej zresztą grali w kości, co zostało potwierdzone znaleziskami jednej z kostek podczas odgruzowywania Zamku w 1972.
Po Michale Piekarskim w zamkowym skarbcu pozostała osobliwa pamiątka. Otóż znajduje się w nim ozdobna puszka z fragmentem jego skóry z głowy, który królewicz Władysław odciął szablą w obronie ojca. Król Zygmunt III po szczęśliwym ocaleniu przekazał ją warszawskiemu magistratowi. Obecnie ów „skalp” znajduje się w zamkowym skarbcu.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5438
Pierwsze prawdziwe pieniądze były metalowe. Ich wytwarzaniem zajmowały się warsztaty zlokalizowane przy pałacach władców, świątyniach, bądź w samodzielnych ośrodkach miejskich. Dzisiaj produkcją monet zajmują się wielkie wyspecjalizowane zakłady zwane mennicami.
Dzisiejsze mennice oprócz monet wybijają także stemple, ordery, okolicznościowych medale i zajmują się przetwórstwem metali szlachetnych.
Starożytne początki
Pierwsze monety pojawiły się w VII wieku p.n.e. w świątyni Artemidy w Efezie. Były to elektronowe, a więc z naturalnego stopu złota i srebra oraz srebrne krążki ze znakami gwarancyjnymi władcy Lidii Krezusa, który stał się synonimem bogacza aż po nasze czasy, albo miast greckich. Bardzo szybko podobne pieniądze rozprzestrzeniły się w całym świecie antycznym.
Początkowo monety były odlewane w prostokątnych formach w formie pudełek z wyżłobionymi krążkami zaopatrzonymi we wklęsłe reliefy odpowiadające wizerunkom, jakie miały się znaleźć na awersie czy rewersie. Formy były wykonywane najczęściej z gliny i były zaopatrzone w dwa otwory - przez jeden wlewano roztopiony metal, przez drugi wyciekał znajdujący się w środku wosk. Była to metoda odlewu na wosk tracony. Po ostudzeniu formy rozbijano ją i wyjmowano „surogat pieniądza” w postaci „plastra” połączonych ze sobą monet. Następnie każdą monetę odcinano i wygładzano jej obrzeża pilnikiem, tak aby uzyskać jak najdokładniejszy krążek. Po dziś dzień na niektórych z nich widnieją ślady ich złączeń z innymi, co być może jest wynikiem niezbyt starannego ich opracowania. Były to dość prymitywne monety, a rzadkość znalezisk może wskazywać na ich przetapianie i wybijanie kolejnych partii pieniądza.
Trudno dzisiaj odpowiedzieć jak wyglądały pierwsze profesjonalne warsztaty specjalizujące się w produkcji owych „uwiarygodnionych krążków”. Wiadomo jedynie, że najpierw metalurdzy odlewali same krążki, a następnie kładli je na kowadłach i młotkami zaopatrzonymi we wzór stempla (sztancami) wybijali go na krążku. Pierwsze monety były bite jednostronnie i miały wklęsły relief. Stempel więc był wypukły i szybko ulegał zniszczeniu. Niekiedy trzeba było go wymieniać już po wybiciu kilku monet.
Grecy bardzo szybko udoskonalili swą technikę menniczą. Nauczyli się odlewać krążki w większych prostokątnych formach mieszczących nawet kilkanaście płaskich sztuk, wybijanych następnie sztancami. Później zaczęli hartować sztance i wykonywać w nich wklęsłe reliefy, tak że wybijane monety stawały wypukłe. Sztanca ulegała wówczas wolniejszemu zużyciu. Dość wcześnie, zapewne w I połowie VI wieku p.n.e. wprowadzono podwójne stemple. Na kowadle znajdował się wklęsły awers, a na sztancy również wklęsły rewers.
Prawdopodobnie mennice greckie nie należały do zbyt wielkich, bowiem już we wczesnym okresie funkcjonowania monety istniało ich przeszło tysiąc, licząc z mennicami w koloniach. Sytuacja uległa zmianie, kiedy w 449 roku p.n.e. Ateny zakazały wszystkim miastom zrzeszonym w Ateńskim Związku Morskim wybijania własnej monety. Warsztaty ateńskie stały się znacznie większe, chociaż władze miasta często korzystały z mennic lokalnych, nad którymi ustanawiały nadzór. Tak więc obok Aten do największych mennic greckich epoki klasycznej należały: Egina, Korynt, Stymfalos, Olimpia, Opus i Syrakuzy. Później Aleksander Wielki wprowadził jedną monetę dla całego imperium, ale po jego rozpadzie lokalne ośrodki mennicze wznowiły swą działalność na polecenie miejscowych władców.
Rzym potęgą monetarną
Pod względem technologii wyrobu monet Rzym nie wprowadził żadnych innowacji.
Pierwsze rzymskie monety brązowe zwane as grave były odlewane z dużych kawałków metalu o wadze ok. 340 gramów, co odpowiadało mierze wagowej funtowi rzymskiemu zwanemu libra. Były ciężkie, toporne, a umieszczone na nich wyobrażenia mało czytelne. Ale właśnie libra stała się podstawą późniejszych europejskich miar wagowych monet znanych w Anglii jako funt, w krajach niemieckich marka, a w Europie Wschodniej grzywna. Oczywiście, istniały ogromne różnice w masie kruszcu tych monet - marka mogła ważyć ok. 250 gramów, a grzywna 120 g. Po dziś dzień na brytyjskich pieniądzach znajduje się skrót lb, będący reminiscencją antycznego dziedzictwa.
Może jedynie większą wagę Rzymianie przykładali do dokładnego odmierzania ilości kruszcu, więc monety były bardziej jednolite. W czasach Republiki prawo do bicia monety miał Senat. Senatorowie wyznaczali trzech triumwirów monetarnych, którzy nadzorowali pracę mennicy. Pod koniec okresu Republiki prawo bicia monety otrzymali również urzędnicy posiadający pełnię władzy (imperium) na danym terytorium, jak np. wodzowie legionów, czy namiestnicy prowincji. Trzeba też pamiętać, że w całej historii Rzymu monety bili wszyscy uzurpatorzy aspirujący do roli imperatora.
Najważniejsza mennica rzymska znajdowała się na Kapitolu, w pobliżu świątyni Junony Monety (stąd zresztą wzięła się nazwa metalowego pieniądza). Inne mieściły się w południowej Italii, Hiszpanii, Galii, a także na Wschodzie i w Afryce. W okresie Republiki zarówno srebrne denary, jak brązowe sestercje, czy asy bito we wszystkich większych mennicach imperium. Sytuacja uległa zmianie w czasach Cesarstwa. Oktawian August już w 15 roku p.n.e. zlikwidował decentralizację menniczą i utworzył jedną mennicę w Lugdunum w Galii, której zarząd powierzył zaufanym prokuratorom. Triumwirowie monetarni stali się jedynie urzędnikami tytularnymi.
Kaligula z powrotem przeniósł centralną mennicę do Rzymu, tyle że ulokował ją na Mons Coelius. Mennica jednak była zbyt przeciążona. Z jednej strony musiała zaopatrywać Rzym, z drugiej bić monety na potrzeby miast wschodnich i greckich, przyzwyczajonych do starych jednostek. Tak więc w niektórych miastach na wschodzie - Antiochii, Aleksandrii, Cezarei kapadockiej, Efezie, Pergamonie i kilku innych- wznowiono produkcję pieniędzy na potrzeby lokalnych rynków. Pomimo cesarskiego monopolu, na monetach nadal umieszczano tradycyjny symbol „sc” oznaczający „senatus consulto”, czyli aprobatę Senatu dla emisji.
Edykt Dioklecjana z 294 roku uprawomocnił działalność mennic prowincjonalnych. Wszystkie jednak uzyskały status państwowy i były pilnie nadzorowane przez cesarskich urzędników. Ponadto Dioklecjan ujednolicił pieniądz rzymski poprzez wprowadzenie złotych solidów i jednoznaczne określenie ich podziału na srebrne denary i brązowe sestercje oraz dupondiusy.
Kryzys średniowieczny
W średniowieczu mennictwo było domeną władców oraz niektórych dostojników świeckich i duchownych. System rzymski przyjął się jedynie w jednostkach wagowych i nazwie pierwszej monety – denar - wprowadzonej przez Karola Wielkiego ok. roku 790. Natomiast pieniądz ten był znacznie słabszy, często bity z lichego kruszcu (głównie z domieszką ołowiu) i najczęściej miał mniejszą wagę. Wizerunki władców, krzyży, czy rozmaitych herbów rzadko kiedy wykonane były starannie, tak że można śmiało powiedzieć, iż we wczesnym średniowieczu sztuka mincerska upadła.
Sytuacja uległa poprawie w XII i XIII wieku, kiedy pojawiły się pierwsze „ciężkie” grosze z dobrego srebra oraz złote dukaty i floreny, niekiedy traktowane synonimicznie ze względu na zbliżoną wagę ok. 3,4 grama. Niewątpliwie stało się tak pod wpływem wypraw krzyżowych i odkrycia nowych złóż kruszców. Mennice stały się manufakturami, nad którymi pieczę sprawował mincmistrz. Podlegali mu mincerzy, którzy puncami odbijali stemple na metalowych krążkach. Monety były zazwyczaj dwustronne, choć w wielu krajach (m.in. w Polsce) pomiędzy XII, a XVI wiekiem kryzys ekonomiczny na tyle się pogłębił, że władcy chcąc zgromadzić zapasy metali wybijali jednostronne brakteaty. Ich waga niejednokrotnie ledwie przekraczała 0,1 g. W dodatku, co jakiś czas dokonywali denominacji i zmuszali poddanych do wymiany posiadanych pieniędzy.
Ku nowoczesności
W późnym średniowieczu pojawiły się „kafarki” ze sztancami napędzane nożnie, co znacznie ułatwiało bicie monet. Mincerz mógł więc obie ręce zaangażować we właściwe ustawienie metalowego krążka pod puncą. Ok. 1570 roku powstały pierwsze prawdziwe maszyny mennicze pomysłu Hansa Suppla z mennicy w Królewcu. Zamiast sztanc zastosowano w nich układ 2 walców. Na jednym były wytłoczone stemple rewersów, a na drugim awersów wybijanych monet. Stemple „spotykały się” po każdym obrocie obu walców dokładnie na srebrnej blasze. W tym momencie ręcznie poruszany kafar dociskał oba walce i wybijał monety. Obsługa urządzenia wymagała pracy dwóch ludzi, zaś sama maszyna była dość droga i niewiele mennic w pierwszym okresie zdecydowało się na jej zakup. Sam Suppel nie miał dość pieniędzy na uruchomienie produkcji i musiał wejść do spółki z braćmi Janem i Kasprem Goeblami. Dzięki temu kilka maszyn udało mu się w końcu sprzedać (m.in. elektorowi saskiemu).
W okresie renesansu sztuka mincerska osiągnęła prawdziwy kunszt. Mincerze zaczęli umieszczać swe inicjały, a także znaki mennic. Po odkryciu Ameryki i napływie znacznych ilości złota i srebra do Europy zaczęto bić duże nominały przeznaczone na lokatę kapitału. W Europie środkowej i północnej sławę zyskały portugały - złote monety o nominale 5 i 10 dukatów i odpowiedniej do tego wadze. Największą monetą wszechczasów okazał się polski dukat stokrotny Zygmunta III Wazy o wadze 348 g. Jest prawdziwym arcydziełem sztuki mincerskiej. Twórca monety Samuel Ammon umieścił na niej znak mennicy bydgoskiej, inicjały jej zarządcy Jakuba Jacobsona van Emdena oraz dodał w kilku miejscach daty, które można dostrzec dopiero po użyciu 6-krotnie powiększającej lupy.
W XVIII wieku pojawiły się pierwsze mennicze prasy śrubowe. Były one przeznaczone nie do bicia, ale do tłoczenia monet o dużych nominałach i medali za pomocą dużej siły nacisku. Maszyna wymagała 5 ludzi do obsługi - dwóch na zmianę do dokręcania śruby o średnicy kilkunastu cm za pomocą wielkich uchwytów i jednego do odbioru gotowej monety oraz wkładania nowych krążków pod tłok. Maszyny starszego typu, jako prostsze w obsłudze, pozostały w użyciu do bicia drobnej monety.
Pieniądz papierowy nie wyparł monet z obiegu. Wprost przeciwnie. Konieczność zwiększenia emisji przyczyniła się w II połowie XIX wieku do wynalezienia pierwszych automatycznych maszyn menniczych.
Obecnie proces produkcji monet jest bardzo skomplikowany. Najpierw model przyszłej monety zostaje wyrzeźbiony w plastelinie, w powiększeniu, następnie odlany w gipsie i po wygładzeniu przekazany komisji do zatwierdzenia. Po akceptacji komisji i ministra finansów odlewa się go z metalu, cyzeluje i następnie w maszynie redukcyjnej zmniejsza do wielkości pośredniej pomiędzy modelem, a przyszłym oryginałem. Następnie odlew zostaje poddany hartowaniu. Wówczas powstaje tzw. patryca, z której są tłoczone kolejne matryce I i II rzędu, a w końcu właściwy stempel menniczy. W tym czasie krążki monetarne podlegają chemicznemu oczyszczeniu i kalibracji do właściwej średnicy. Dopiero wtedy można przystąpić do bicia monet, które wykonują automaty z szybkością kilkudziesięciu sztuk na minutę.
Na koniec warto dodać, że w historii znane są substytuty monet, które nie były bite w mennicach. W XVII-wiecznej Polsce znane były pieniądze … z barwionego szkła, które produkowała szlachta dla swoich poddanych. „Chłopski pieniądz” był przeznaczony do wymiany w miejscowej karczmie, której właścicielem był dziedzic.
W dwudziestoleciu międzywojennym funkcjonowały metalowe monety pułkowe, które były formą pomocy materialnej dla „spłukanych” zbyt szybko oficerów i podoficerów.
Taka moneta mogła funkcjonować jedynie przy zakupie żywności i papierosów w kantynie, natomiast nie mogła być użyta do zakupu alkoholu czy zaspokojenia namiętności hazardowych. Oczywiście, po wypłacie pożyczka winna być zwrócona do pułkowej kasy.
Okolicznościowe monety były bite nie tylko ze złota i srebra, ale również z platyny, w czym przodowała carska Rosja, mając zasoby tego kruszcu na Uralu. Także Związek Radziecki wybijał podobne numizmaty, a tuż po rewolucji bił jako pieniądz obiegowy ciężkie, srebrne ruble, które ciężarem odpowiadały… carskim poprzednikom.
Amerykanie z kolei wypuścili milenijną srebrną dolarówkę z wizerunkiem kobiety odzianej w szaty pomalowane na barwy sztandaru USA. Można jeszcze wspomnieć o monetach w formie rombu, tak zwanych klipach, ale tu zaczęlibyśmy rozważania co jeszcze można nazywać monetą, a co sztabką metalu jako środkiem płatniczym.
Zachodzi jednak obawa, czy tradycyjne monety nie odejdą do lamusa w dobie dominacji kart płatniczych i ekspansji pieniądza wirtualnego.
Leszek Stundis
- Autor: Leszek Stundis
- Odsłon: 3027
Na początku lat 40. XIX wieku nikt w stolicy nie mówił o Cyganerii Warszawskiej. Jej przedstawiciele byli określani jako „młodzi”, albo „zapaleńcy”, a sam termin został wprowadzony do obiegu dopiero w 1881 roku przez jednego z jej byłych członków, Aleksandra Niewiarowskiego.
Zapewne nie był on całkowicie oryginalny i zapożyczył tę nazwę od francuskiego pisarza Henrego Murgera, autora Scen z życia cyganerii, ale w polskim piśmiennictwie był rzeczywiście w tym względzie pionierem.
„Młodzi zapaleńcy” nie stanowili jednolitej grupy ani pod względem programowym, ani uprawianej poetyki. Byli koterią towarzyską, której głównym wrogiem był salonowy filister utożsamiany z uległym wobec zaborcy ziemianinem czy mieszczuchem.
Afirmację młodości wyrażało przyjęte przez nich motto- krótki wiersz, mało znanego galicyjskiego poety Dominika Magnuszewskiego:
„/…/ I kto wam uręczył,
Że dopiero życia jesień
Dobrze widzi, dobrze czuje?
Jakby życie bez uniesień
Samej prawdy było wzorem”
Ich sztandarowym pismem był Przegląd Warszawski, choć ich teksty pojawiały się również w Przeglądzie Naukowym, redagowanym przez Edwarda Dembowskiego, „czerwonego kasztelanica”, powstańca krakowskiego, zabitego w 1846 roku przez austriackich żołnierzy. Był on zresztą postrzegany jako mecenas cyganerii, której twórczość pieszczotliwie nazywał „młodą piśmiennością warszawską”. Poza tym pewnym powodzeniem cieszyły się ich Jaskułka i Nadwiślanin oraz dodatek literacko- naukowy Gazety Porannej, dumnie zatytułowany Piśmiennictwo Krajowe. Co ciekawe, właśnie ów dodatek, dzięki staraniom redaktora naczelnego Hipolita Skimborowicza (1815-1880), okazał się najdłużej istniejącą awangardą cyganerii, gdyż oba wcześniej wymienione pisemka szybko znikły z rynku wydawniczego przed upływem pierwszej połowy lat 40. XIX wieku.
Przeciw mieszczańskim filistrom
Ideologia, o ile w ogóle można mówić o jakiejkolwiek spójnej doktrynie światopoglądowej jednoczącej środowisko warszawskich literatów przełomu lat 30. i 40. XIX wieku, opierała się na pogardzie wobec mieszczańskich konwenansów, przesądów społecznych czy nawet obowiązującej modzie. Jak wiele lat później napisał znany krytyk literacki, Józef Bachórz „umyślnie chodzili brudno i ubogo, zgiełk wielki robiąc nawet po ulicach”.
Niekiedy zaś ubierali się na czarno, aby dać wyraz żałobie narodowej czy kpiarskiej rozpaczy nad śmiercią cywilną mieszczaństwa. Innym razem zakładali surduty i fraki bez stosownej okazji, aby okazać pogardę dla salonowych obyczajów.
Do typowych zachowań „ludzi - cyganów” były wycieczki za miasto i hulanki w wiejskich gospodach. Poza tym wspólne picie i czytanie prasy w kawiarni Grassowa przy ulicy Trębackiej, „Dziurce” przy Miodowej, harce na Starym Mieście połączone z częstą gościną w winiarni Fukiera czy spotkania biesiadne u Miranki na Gnojnej Górze.
Odrzucone dzieci
Wszyscy reprezentanci Cyganerii Warszawskiej byli dziećmi romantyzmu, ale nigdy nie osiągnęli wyżyn, jak najwięksi wieszczowie Adam Mickiewicz, Juliusz Słowacki czy Zygmunt Krasiński. Pozostawali także w tyle za całą plejadą ówczesnych gwiazd poezji, choć niektóre z nich, jak Cyprian Kamil Norwid (1821-83), Teofil Lenartowicz (1822-93) czy wybitny malarz Tadeusz Brodowski (1821-48) utrzymywały z nimi ożywione kontakty i nieraz uczestniczyły w ich mocno zakrapianych przyjęciach.
Dzięki Cyprianowi Kamilowi zaistniał w gronie Cyganerii jego trzy lata starszy brat Ludwik, gdyż jego twórczość - głównie nastrojowa, nieco sentymentalna liryka - nigdy nie zdobyła większego uznania. Niemniej sama postać była na tyle oryginalna, że na początku XX wieku, wraz z modą na poezję jego brata, wybitny znawca literatury polskiej i pisarz Wiktor Gomulicki (1848-1919) poświęcił Ludwikowi powieść Ciury, w której ukazał samotność i zmagania człowieka z przeciwnościami losu. Jego syn natomiast, równie znamienity znawca tematu, Juliusz Wiktor Gomulicki (1909-2006) w eseju Zagubiony pielgrzym opisał ostatnie lata życia poety, który dogorywał w przytułku opuszczony przez bliskich.
Tym co łączyło duchowo „cyganów” były wspólne zapatrywania na sprawy narodowe i część z nich uczestniczyła w Wiośnie Ludów czy powstaniu styczniowym. Duży wpływ na ich światopogląd wywarli utopijni socjaliści i z tego powodu odbierano ich jako znacznie bardziej radykalnych, aniżeli ich wielkich prekursorów z pierwszego pokolenia romantyków.
Pozostawali także pod wpływem historiozofii Fryderyka Hegla (1770-1831) i na bazie jego wizji dziejów również dostrzegali pewien porządek Historii i przez pewien czas, tak jak ich wielcy koledzy po piórze, byli gorącymi wyznawcami mesjanizmu Andrzeja Towiańskiego(1799-1878). Mieli również dość otwarte umysły na sprawę emancypacji kobiet i chętnie utrzymywali przyjazne stosunki z ich nieformalnym ugrupowaniem zwanym Entuzjastki.
Natomiast prowokacyjny styl życia sprawiał, że byli postrzegani jako wiecznie podchmieleni aroganci, którzy za nic mieli przyjęte normy etyczne i zasady współżycia społecznego, a zatem nie zasługiwali na szacunek. Społeczeństwo więc zaledwie ich tolerowało, ale nigdy nie akceptowało jako wzór do naśladowania.
Poczet cieni
Do czołowych przedstawicieli Cyganerii Warszawskiej należeli Roman Zmorski (1822-67), Seweryn Zenon Sierpiński (1815-43), Seweryn Filleborn (1815-50), Jan Bohdan Dziekoński (1816-55), Jan Majorkiewicz (1820-47), Wacław Szymanowski (1821-86), Włodzimierz Wolski (1824-82) i wspomniany już autor Wspomnień… oraz najdłużej żyjący jej przedstawiciel Aleksander Niewiarowski (1824-92).
Pierwszy z wymienionych miał arcyciekawe życie. Nie tylko tworzył, ale odbywał wędrówki etnograficzne na Śląsk, Pomorze i ze szczególnym upodobaniem gromadził folklor Mazowsza, za co potomni nadali mu tytuł syna tej ziemi.
Podejmował także dalekie i ryzykowne podróże do Konstantynopola i Serbii, jako agent księcia Adama Jerzego Czartoryskiego (1770 -1861), przywódcy emigracyjnego ugrupowania Hotel Lambert. Nobliwy arystokrata powierzył mu bowiem misję wybadania nastrojów południowych Słowian i wykorzystania przeciwko Rosji.
Niewiele udało mu się zwojować na tym polu, ale owocem jego wypraw był unikatowy zbiór serbskich pieśni i ich przekład (Narodowe pieśni serbskie). Był poza tym dość płodnym autorem jak na „cygana”. Poezje, Podania i Baśnie ludu (znane również jako Podania i baśnie ludu Mazowsza), Domowe wspominki i powiastki czy powieść poetycka Lesław. Szkic fantastyczny to tylko niektóre z jego bogatej spuścizny tradycji ludowych, utrwalonych w literackiej formie.
Równie nietuzinkową postacią był Seweryn Zenon Sierpiński, historyk i powieściopisarz, autor 3-tomowego Nowego gabinetu powieści, zadedykowanego swemu przyjacielowi ziemianinowi Janowi Nepomucenowi Wydźdze właścicielowi dóbr Wożuczyn. Stamtąd niejednokrotnie wyruszał w swe „podróże starożytne” szukając na ziemi lubelskiej inskrypcji i epitafiów do swej osobliwej kolekcji. Spod jego pióra wyszły również opisy ówczesnego Lublina i historia Akademii Zamoyskiej.
Z kolei Seweryn Filleborn, także jeden z „ojców-założycieli” Cyganerii publikuje niewiele. Zadziwia swoich znajomych ekstrawaganckim stylem życia, a do legendy przechodzi jego lasek, który założył… w swoim mieszkaniu w pałacu Grabowskich, przy ulicy Miodowej. Przez pewien okres współredagował Nadwiślanina ze Zmorskim, ale w drugiej połowie lat 40. odsunął się od cyganerii, która i tak kończyła swój kilkuletni żywot. Pozostały po nim nastrojowe liryki jak wiersz Poranek.
Jan Bohdan Dziekoński zasłynął jako autor niesamowitych opowieści przesiąkniętych fantastyką, grozą, zbrodnią, tak że przez niektórych późniejszych krytyków określany był polskim Alanem Edgarem Poe. Jako bardzo młody człowiek i jeden z nielicznych „cyganów” uczestniczył w powstaniu listopadowym w szeregach wojska generała Antoniego Giełguda na Litwie.
Później, gdy oddział przekroczył granicę pruską, dzięki znajomości niemieckiego uniknął niewoli, a tamtejsze wadze pozwoliły mu nawet podjąć studia w Dorpacie. Niestety, uśmiercił w pojedynku jednego ze swych kolegów…
Po powrocie do Warszawy całkowicie poświęcił się pisarstwu, jednak jego twórczość nie znalazła przychylności u współczesnych i główne dzieło Sedziwój (o wiecznym człowieku) po dziś dzień nie jest znane szerszej publiczności.
Więcej szczęścia miał Włodzimierz Wolski jako autor libretta do słynnej opery Stanisława Moniuszki Halka. Brał czynny udział w postaniu styczniowym, za co władze go represjonowały, choć w kazamatach spędził niewiele czasu.
Podobnie jak w Halce, w jego utworach powraca motyw nierówności społecznych w feudalnej rzeczywistości. W Ojcu Hilarym bohaterem jest chłop zakochany w pannie z wyższych sfer. I, rzecz jasna, zaborczy ojciec sprzeciwiający się mezaliansowi wbrew uczuciom córki.
Dosyć oryginalną postacią wydaje się też Jan Majorkiewicz, człowiek o wszechstronnych zainteresowaniach naukowych - od geografii i religioznawstwa, po psychologię i mnemotechnikę, która wówczas jawiła się jako mało znana gałąź „wiedzy tajemnej”. W swoim najważniejszym dziele O filozofii życia zawarł dość odważny pogląd o braku sprzeczności pomiędzy rozumem a uczuciem i wiarą, oraz wiedzą.
Natomiast Wacław Szymanowski nieco odstaje od modelowego „cygana”. To dziennikarz, zarabiający publicystką na życie i jednocześnie autor sztuk teatralnych, zarówno dramatów jak i komedii. Salomon i Sędziwój czy Siła złego na jednego to jego bodaj najbardziej znane utwory, choć za życia największym powodzeniem cieszyły się dwie sztuki wystawiane w warszawskich teatrach: jednoaktówka Ostatnia próba i dramat w trzech aktach Posąg.
Zapomniani twórcy i uczestnicy Cyganerii warci są przypomnienia, gdyż zbyt często nie docenia się ich walorów intelektualnych, zbyt płytko ocenia się ich morale, interpretowane jedynie przez sposób bycia i zbyt często deprecjonuje ich twórczość, niekiedy bardzo nowatorską.
Wróg numer jeden - Biblioteka Warszawska
Biblioteka Warszawska była w owym czasie bardzo znanym warszawskim pismem o zabarwieniu konserwatywno- liberalnym, przeciwnym „młodym zapaleńcom”. W odróżnieniu jednak do wydawnictw Cyganerii istniała 78 lat i przetrwała aż do 1919 roku! Toteż jej charakter ewoluował i początkowo była odbierana jako miesięcznik naukowo- literacki, a grono jej redaktorów naczelnych i członków kolegium redakcyjnego należało do warszawskiej śmietanki intelektualnej.
Największy wpływ wywarł na jej oblicze wieloletni redaktor naczelny, były powstaniec, uczestnik bitwy pod Grochowem Kazimierz Władysław Wójcicki. Stał na jej czele przez trzy dekady - w latach 1843-44 i od 1850, aż do swej śmierci w 1879.
Nie ukończył nigdy studiów, choć uczęszczał na wykłady z prawa i literatury na UW oraz studiował chemię w Szkole Przygotowawczej do Instytutu Politechnicznego w Warszawie. Dzięki swemu uporowi zdobył rzetelną wiedzę i w pewnym okresie został członkiem kolegium Encyklopedii Powszechnej Orgelbranda oraz autorem wielu haseł.
Co ciekawe, podobnie jak Zmorski, był zapalonym etnografem i również przemierzał różne okolice ziem polskich, choć nie ograniczał się do zbierania legend i podań, a starał się swoim wędrówkom nadać wymiar bardziej naukowy, przedstawiając zarys historii niektórych miejsc i okolic.
Po śmierci Wójcickiego zwyciężył zachowawczy charakter Biblioteki, która, zwłaszcza w okresie pozytywizmu zaczęła zwalczać wszystkich nowych twórców i uzurpować sobie prawo do bycia jedynym poważnym medium w Warszawie. Taki stan rzeczy nasilił się w latach 80., a więc znacznie później po okresie „burzy i naporu” Cyganerii i stowarzyszeń jej pochodnych: „Cechu Głupców”, „Malarii” czy „Muszkieterii”.
Pokłosie
Koniec cyganerii warszawskiej rozpoczął się w latach 1843-44. W tym okresie umiera Seweryn Sierpiński, wkrótce potem Tadeusz Brodowski oraz Jan Majorkiewicz, wszyscy bardzo młodzi. Zmorski, członek konspiracyjnej organizacji Stowarzyszenie Ludu Polskiego opuszcza Warszawę, a Seweryn Filleborn zakłada „ogródek” i wycofuje się z aktywnego życia Cyganerii. W 1850 umiera, a w pięć lat później odchodzi z tego świata Bohdan Dziekoński. Pierwszy ma 35, a drugi niespełna 40 lat.
Losy pozostałych „cyganów” też noszą piętno tragizmu. Zmorski umiera w nędzy w Dreźnie, Dziekoński w Brukseli. A w kolejnych dekadach Ludwik Norwid, Wacław Szymanowski, Włodzimierz Wolski. Symbolem upadku epoki stanie się pochówek Cypriana Kamila Norwida w zbiorowej mogile na cmentarzu w Montmorency.
Cyganeria Warszawska nie wydała zbyt obfitych plonów literackich. Była jednak zjawiskiem fascynującym i jeszcze za życia niektórych jej twórców, tych, którzy mieli szczęście przekroczyć próg starości, doczekała się bogatej literatury.
„Kronikarz cyganerii” Niewiarowski barwnie nakreślił jej dzieje w latach 80. XIX stulecia. Tyle, że jego narracja bardziej przypomina legendarno- anegdotyczne historie Jana Długosza, aniżeli rzetelną analizę zjawiska. Ale może po 40 latach od opisywanych wydarzeń zawiodła go pamięć…
Bardziej rzeczowe wydaje się opracowanie Walerii Marrenè- Morzkowskiej Grupa poetów z 1840 roku (ponownie wydane w 1905 pod tytułem Cyganeria Warszawska), zawierające dość ciekawe charakterystyki Włodzimierza Wolskiego, Cypriana Norwida, Romana Zamorskiego i Teofila Lenartowicza.
Znacznie łaskawsze okazało się dwudziestolecie międzywojenne, w którym tradycje Cyganerii pielęgnowali do pewnego stopnia skamandryci, a historia dawno zapomnianych marzycieli zagościła na uniwersyteckich katedrach u takich znakomitości jak Stanisław Pigoń czy Julian Krzyżanowski.
Już w drugiej połowie XIX wieku rozpoczął się spór o istotę cyganerii warszawskiej. Czy była grupą literacką, stowarzyszeniem twórczym czy salonem, do którego należał krąg znajomych o zbliżonych poglądach i trybie życia.
Oceny tego środowiska były skrajnie różne. Od patriotycznych peanów do niezasłużonej zapewne krytyki.
Bodaj najbardziej nieprzychylną opinię wystawił animatorowi tego „ruchu”, Aleksandrowi Niewiarowskiemu, krytyk literacki Kazimierz Bartoszewski, żyjący na przełomie XIX i XX wieku:
„Człowiek pod każdym względem małej wartości, blagier, ową cyganerię prawie wynalazł i rozreklamował /…/. W rzeczywistości było kilku młodych literatów, którzy razem dużo pili i hałasowali”.
A może Cyganerię Warszawską można potraktować jako ogniwo artystyczne usytuowane pomiędzy paryską bohemą, a cyganerią młodopolską? Dyskusje trwają do dzisiaj.
Leszek Stundis
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2658
Termin Kreml oznaczał początkowo warowny gród w księstwach ruskich. Z biegiem czasu stał się synonimem moskiewskiego ośrodka władzy i tak pozostało do dzisiaj.
Wokół niego roztacza się aura tajemniczości i skrzętnie skrywanych, niekiedy bardzo krwawych historii. Zwłaszcza w czasach komunistycznych władza nie chciała ujawniać kremlowskich sekretów, w tym wstydliwej dla niej „księgi zamachów” na najwyższych przywódców państwowych.
Lenin
W początkowym okresie po zwycięskiej Rewolucji Październikowej osobą najbardziej znienawidzoną w bolszewickim aparacie władzy był Władimir Lenin - jej symbol. Od samego początku stał się celem rozmaitych grup terrorystycznych oraz radykalnych ugrupowań jak eserowcy czy anarchiści.
Już w 1918 roku dwukrotnie usiłowano pozbawić go władzy w Piotrogrodzie, który pełnił jeszcze funkcję stolicy kraju. W obu przypadkach w spiskach brali udział dawni carscy oficerowie, a inicjatorem jednego z nich był książę i były minister rządu tymczasowego w 1917 roku Dmitrij Iwanowicz Szachowski, który z własnych pieniędzy przeznaczył na ten cel pół miliona rubli.
Pierwszy zamach w Moskwie został przeprowadzony 30 sierpnia 1918 roku podczas wiecu w dawnej fabryce Michelsona i według oficjalnej wersji niedoszłymi zabójcami mieli być związani z ruchem eserowców żydowska dziewczyna Fanny (Fania) Kapłan oraz jej wspólnik niejaki Nowikow, a według innej relacji Protopopow.
Mężczyzna został rozstrzelany niemal natychmiast, natomiast Kapłan aresztowana kilka dni później. Zarówno co do jej tożsamości, sprawstwa jak i późniejszych losów istnieją ogromne rozbieżności do dnia dzisiejszego. Figurowała bowiem w carskich aktach policyjnych jako Fania, lub Fejga Rojt, Rojtman, a dopiero od 1906 roku Kapłan. Według sądowych dokumentów została skazana na karę śmierci za działalność terrorystyczną, zamienioną na dożywotnią katorgę ze względu na młody wiek. Według więziennych lekarzy od 1909 była prawie niewidoma, wiec późniejszy fakt oddania przez nią celnych strzałów do Lenina także budzi wątpliwości.
O zamachu poinformował rady delegatów robotniczych, chłopskich i żołnierskich inny komunistyczny prominent- Jakow Swierdłow. Istnieje jednak hipoteza, że Lenin sam zainicjował to wydarzenie, aby dowieść tezy, że wróg przystąpił do ofensywy. W tym czasie bowiem w Piotrogrodzie zginął inny bolszewicki przywódca, jeden z architektów „czerwonego terroru” Moisiej Uricki.
A los Fani Kapłan? Jedna wersja głosi, że została zabita przez komendanta Kremla Pawła Malkowa. Inna, że została bibliotekarką w więzieniu na Butyrkach, a jeszcze inna, autorstwa prokuratora Iosifa Naumowa, że widziano ją w więzieniu w Wierchnieuralsku. Ponoć dożyła 1953 roku. Jakby nie było jej strzały okazały się na tyle celne, że Lenin podupadł na zdrowiu i nigdy nie powrócił do pełnej sprawności.
Kolejny „zamach moskiewski” miał miejsce w styczniu 1919 roku. Jego inicjatorem był jeden z hersztów moskiewskiego podziemia kryminalnego o nazwisku Koszelkow, który wziął „czerwonego cara” za … bogatego kupca żydowskiego rozbijającego się po Moskwie kosztowną limuzyną. Bandyci zadowolili się drobnymi znalezionymi u Lenina i jego ochroniarza, samochodem oraz legitymacją Przewodniczącego Rady Komisarzy Ludowych i pistoletem Władimira Iljicza. Sprawą osobiście zajął się osławiony twórca i przywódca Czeka (Wszechrosyjskiej Nadzwyczajnej Komisji do Walki z Kontrrewolucją i Sabotażem) Feliks Dzierżyński. Na efekty nie trzeba było długo czekać. Koszelkow został szybko zlokalizowany i zlikwidowany w jednej ze swoich melin.
Stalin
Następca Lenina Josif Wissarionowicz Dżugaszwili (Stalin) otaczał się profesjonalną ochroną i preferował pancerne limuzyny. Zazwyczaj tworzyły one kawalkadę pojazdów, przy czym regułą było, że w pierwszym i ostatnim samochodzie znajdowała się ochrona, a wódz w którymś w środku.
W 1933 roku podczas zbliżania się kolumny limuzyn do wybrzeży jeziora Rica w Abchazji na jednym z mostów na rzece Bzyp miała miejsce eksplozja niewielkiego ładunku wybuchowego. Była jednak na tyle silna, iż auto, w którym miał znajdować się Stalin stoczyło się w przepaść. Wcześniej jednak Ławrientij Beria, szef zakaukaskiego okręgu OGPU (następczyni Czeka), poprosił Stalina, aby przesiadł się do innego samochodu.
W tym samym roku na jeziorze Rica doszło do ostrzelania motorówki, którą obaj płynęli przez… żołnierzy z nadgranicznej, zakazanej strefy Picunda. Według innej wersji, wydarzyło się to na Morzu Czarnym, gdzie doszło do ostrzału z działka należącego do pograniczników.
Gdzie leży prawda?
Wspólną cechą obu relacji jest tłumaczenie żołnierzy, iż nie mieli wpisu o uprzywilejowanym statusie łódki w ewidencji pojazdów pływających na wspomnianym akwenie.
I jeszcze jeden wspólny motyw - w chwili ataku, według relacji świadków Beria osłonił ciałem swego wodza. Nietrudno sobie wyobrazić, jaki los spotkał nieszczęsnych żołnierzy. Ich dowódca, Ławrow, dotrwał jednak w łagrze do 1937 roku i dopiero podczas czystek związanych z usunięciem szefa NKWD (Ludowego Komisariatu Spraw Wewnętrznych) Gienricha Jagody, został rozstrzelany.
Istnieje przypuszczenie, że Beria sam zaaranżował oba „zamachy”, aby udowodnić swoje oddanie i niezbędność u boku Josifa Wissarionowicza. Kiedy w 1938 objął NKWD i pieczę nad całą bezpieką, wykazywał się również nadopiekuńczością wobec „ojca narodu”.
Likwidacją Stalina były zainteresowane obce wywiady. W 1938 Japończycy zorganizowali grupę byłych rosyjskich białogwardzistów przebywających na uchodźstwie w Mandżurii, którzy zgodzili się zastrzelić dyktatora podczas jego wizyty w Soczi, w pawilonie kurortu Macesta. Była to misja samobójcza, z czego zdawali sobie sprawę, gdyż nad Stalinem czuwała grupa doskonale przygotowanych do swych zadań ochroniarzy. Wszyscy zostali schwytani zaraz po nielegalnym przekroczeniu granicy ZSRR. Stało się tak dzięki radzieckiemu agentowi o pseudonimie Leo, którego personalia po dziś dzień nie są znane.
W następnym roku japoński wywiad postanowił zdetonować bombę na Placu Czerwonym w Moskwie podczas pierwszomajowej manifestacji, ale i ten plan się nie powiódł, do czego przyczynił się wspomniany Leo.
Również Abwehra, kierowana przez admirała Wilhelma Canarisa czy wywiad RSHA (głównego Urzędu Bezpieczeństwa Rzeszy) były zainteresowane usunięciem Stalina. Misternie opracowany plan o kryptonimie Długi Skok, który zakładał przedostanie się grupy komandosów miejskimi kanałami do siedziby radzieckiego poselstwa w Teheranie również spalił na panewce. Rosjanie dysponowali rozbudowaną siecią agentów w niemieckich strukturach władzy. Po wojnie pojawiła się nawet hipoteza, że dla NKWD pracował zastępca führera Martin Bormann, ale nie została ona wystarczająco udokumentowana.
Kolejny zamach przemycenia pięciu ton trotylu w chwili trwania konferencji w Teheranie z udziałem prezydenta USA Franklina D. Roosevelta i premiera Wielkiej Brytanii Winstona Churchilla także okazał się fiaskiem. Podobnie próba przemycenia broni w dziennikarskiej kamerze podczas spotkania z prasą.
Najbardziej szalonym niemieckim pomysłem zabicia dyktatora była propozycja ministra spraw zagranicznych Rzeszy Joachima von Ribbentropa zwabienia Stalina na międzynarodową konferencję i zastrzelenie go ze specjalnie skonstruowanego pióra. Gadżet taki ów prominent posiadał i zapewniał, że można z niego oddać celny strzał z odległości 6-8 metrów. Hitler odniósł się do tej inicjatywy dość przychylnie, ale storpedował ją szef SD Walter Schellenberg, który dowiódł, że to nonsens. Był w końcu rok 1944 i nikt przy zdrowych zmysłach nie chciał siadać do rozmów z nazistami.
Kolejna operacja, zaplanowana na wrzesień 1944 roku, opatrzona była kryptonimem Zeppelin (choć znana także jako Szach czerwonemu królowi). Wykonawcą zamachu miał być przedwojenny aferzysta Piotr Szyło i jego żona Sonia. Od razu jednak pojawiają się wątpliwości co do tożsamości niedoszłego zamachowca. Posługiwał się on bowiem pseudonimami Tawrin i Politkow i pod tym ostatnim był znany jako major Armii Czerwonej, który w niewoli w 1943 roku przeszedł na stronę Niemców. Ponoć pomógł mu w tym były komisarz polityczny Gieorgij Żylenkow, jeden z twórców ROA (Rosyjskiej Armii Wyzwoleńczej). Szyło miał w 1944 roku ukończyć specjalny kurs wywiadowczy Abwehry i wcielić się w majora Koriolenkę z organizacji kontrwywiadowczej Smiersz (Śmierć szpiegom).
W sierpniu 1944 roku małżeństwo Szyłów zostało przerzucone do Rygi. Tu Szyło zamówił płaszcz ze specjalnie poszerzonym prawym rękawem, w którym miała się zmieścić zminiaturyzowana wersja bezodrzutowego działka przeciwpancernego Panzerknacker. Dziwne zlecenie zaintrygowało krawca, który był agentem NKWD i szybko poinformował o nim centralę. We wrześniu tegoż roku zamachowcy zostali przerzuceni do Rosji za linią frontu. Na radzieckim motorze M-72, z radzieckim paliwem udali się w kierunku Moskwy, w której mieli ostrzelać limuzynę Stalina 30- milimetrowymi pociskami, zdolnymi z kilkudziesięciu metrów przebić 45- milimetrowy pancerz. Pech chciał, że koło Smoleńska zatrzymał ich patrol. Choć dokumenty mieli doskonale podrobione, zaniepokojenie strażników wzbudziły ich suche ubrania i brak błota na maszynie, a przecież Koriolenko mówił, iż jechał od dwóch godzin. A w tej okolicy była ulewa. Oboje zostali przewiezieni do pobliskiej komendantury celem podstemplowania delegacji i tam zatrzymani. Według innej wersji, Szyło został rozpoznany podczas konfrontacji ze swym dawnym dowódcą. Interesujący jest fakt, że oboje zostali przewerbowani i przesyłali Niemcom fałszywe informacje. Dopiero w 1952 po krótkim procesie straceni.
Chruszczow
Kolejny I sekretarz KC KPZR nie był celem zamachów terrorystycznych w swoim kraju. Wprawdzie bezkrwawy przewrót na posiedzeniu Biura Politycznego tej partii w 1964 roku pozbawił go władzy, ale próby pozbawienia życia radzieckiego dyktatora podczas jego oficjalnej wizyty w PRL w 1959 roku podjął się Polak, Stanisław Jaros. Z zawodu elektryk, niechętny przemianom w powojennej Polsce, skonstruował bombę zdalnie detonowaną, którą umieścił na trasie rządowej kolumny. W limuzynie, która miała wieść Chruszczowa znajdował się I sekretarz KC PZPR Władysław Gomułka oraz I sekretarz KW w Katowicach Edward Gierek. Pech chciał, że ładunek został odpalony w niewłaściwym momencie i nikt z nich nie ucierpiał. Zamachowca jednak, pomimo powołania specjalnej grupy śledczej, nie udało się ująć. Został schwytany dwa lata później, podczas próby kolejnego zamachu bombowego, tym razem na Gomułkę i Gierka. W 1963 został powieszony, gdyż Rada Państwa nie skorzystała z prawa łaski.
Breżniew
O dużym szczęściu mógł mówić I sekretarz, a od 1966 sekretarz generalny KPZR Leonid Breżniew. 22 stycznia 1969 roku, gdy miliony Rosjan oglądały transmisję z powitania przez najwyższe władze ZSRR grupy kosmonautów - bohaterów: Giorgija Bieriegowoja (dowódca statku Sojuz 3), Władimira Szatałowa, Alieksieja Jelisiejewa i Jewgienija Chrunowa (załoga Sojuza 4) oraz Borisa Wołynowa (Sojuz 5), przy Bramie Borowickiej wiodącej na Kreml padły strzały. Strzelcem okazał się dezerter z jednostki wojskowej w mieście Łomonosow koło Leningradu, podporucznik Wiktor Iwanowicz Iljin, rocznik 1948, kawaler, absolwent technikum topograficznego.
Według opinii przełożonych, był żołnierzem słabo zdyscyplinowanym, negującym ówczesne zmiany polityczne, a nawet poddającym w wątpliwość podstawy ustrojowe państwa. A jednak przeszedł pomyślnie testy dopuszczające do tajnej służby i dziwnym zrządzeniem losu trafił do wspomnianej jednostki lotniczej dowodzonej przez podpułkownika Iwana Maszkowa.
W przeddzień zamachu młody oficer wykradł z sejfu dwa pistolety typu Makarow i bez powiadamiania przełożonych poleciał do Moskwy. Nikt nie podejrzewał, że będzie próbował zastrzelić Breżniewa. Raczej przypuszczano, że będzie usiłował popełnić samobójstwo, gdyż po jednostce krążyły plotki o jego zawiedzionej miłości. W Moskwie Iljin odwiedził swego kolegę, który kiedyś pracował w milicji i w nocy skradł jego mundur. Dzięki temu bez trudu pojawił się na trasie rządowej kawalkady i zajął dogodną pozycję.
Zgodnie z logiką, sekretarz generalny powinien znajdować się w drugim samochodzie i w tym kierunku zamachowiec oddał szesnaście strzałów. W aucie nie było jednak Breżniewa, a … kosmonauci. Żaden z nich nie ucierpiał, ale szyba od strony kierowcy się rozprysła, a on sam zginął. Iljin natychmiast został ujęty.
W toku śledztwa utrzymywał, że po zabiciu genseka zamierzał utworzyć niekomunistyczną partię i przejąć władzę w Rosji. W zdumienie wprawił śledczych fakt, że poleciał do Moskwy samolotem. Wprawdzie ówczesne lotniska radzieckie nie były wyposażone w czułe wykrywacze metalu, ale sam fakt pojawienia się wojskowego w mundurze bez pisemnego rozkazu powinien wzbudzić podejrzenia personelu. Iljin obarczył także współodpowiedzialnością dwóch swoich kolegów podporuczników: A. Stiepanowa i A. Wisilewa, którym ponoć zwierzył się ze swych planów, przytaczając jako przykład sukces przewrotów w krajach afrykańskich, w których niscy rangą wojskowi niejednokrotnie przejmowali władzę. Obu skazano na pięć lat kolonii karnej.
Sprawa była na tyle kuriozalna, że po dwuletnim dochodzeniu zamachowiec został umieszczony w klinice psychiatrycznej w Kazaniu. Tu przebywał osiemnaście lat. Dzięki temu przeżył nie tylko Breżniewa, który zmarł w 1982, ale i upadek Związku Radzieckiego.
Pomimo zdiagnozowanej schizofrenii, w 1988 został przeniesiony do renomowanej kliniki psychiatrycznej w Leningradzie, a dwa lata później Kolegium Wojskowe Sądu Najwyższego ZSRR zezwoliło mu… na powrót do domu. Rzecz bez precedensu.
Wprawdzie nie miał meldunku i dowodu osobistego, ale nadal figurował w ewidencji macierzystej jednostki i miał prawo do … zaległego żołdu z tytułu zwolnienia lekarskiego. Pieniędzy wprawdzie nie odzyskał, ale dzięki staraniom bliskich i radnych Sankt Petersburga otrzymał jednopokojowe mieszkanie i niewielką rentę.
Historia Rosji obfituje w wiele krwawych i mrocznych wydarzeń. Przywódcy tego kraju zawsze należeli i należą do najlepiej chronionych osób na świecie, ale mają świadomość, że w dobie tak rozwiniętej techniki nigdy nie będą czuli się do końca bezpieczni.
Leszek Stundis

