Naukowa agora (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 759
Niedawno ujawnione dokumenty ujawniają, że grupa naukowców zajmujących się wojskowością przedstawiała Radzie Bezpieczeństwa Narodowego USA szereg ekstremalnych strategii dla Ukrainy, od ładunków wybuchowych inspirowanych przez irackich powstańców, po sabotowanie rosyjskiej infrastruktury i propagandę „z podręcznika ISIS”.
Plany , opracowane pod auspicjami brytyjskiego Uniwersytetu St. Andrews, zostały zlecone zewnętrznym podmiotom, aby zapewnić „wiarygodną możliwość zaprzeczenia”.
Wybuchowe dokumenty ujawnione przez The Grayzone pokazują, jak podejrzany transatlantycki kolektyw naukowców i agentów wywiadu wojskowego opracował plany, które miały doprowadzić do tego, że Stany Zjednoczone „pomogą Ukrainie stawić opór”, a wojna zastępcza miała zostać „przedłużona” „w praktycznie każdy sposób, z wyjątkiem rozmieszczenia sił amerykańskich i NATO na Ukrainie lub zaatakowania Rosji”.
Agenci natychmiast opracowali plany wojenne po inwazji Rosji na Ukrainę w lutym 2022 r. i przekazali je bezpośrednio najwyższemu rangą urzędnikowi Rady Bezpieczeństwa Narodowego USA w administracji Bidena.
Proponowane operacje obejmowały zarówno tajne działania militarne, jak i operacje psychologiczne w stylu dżihadu skierowane przeciwko rosyjskim cywilom. Autorzy podkreślali, że „musimy wziąć przykład z podręcznika ISIS”.
ISIS nie było jedyną organizacją bojową, która była uważana za wzór dla ukraińskiej armii. Kabała wywiadowcza zaproponowała również modernizację IED, takich jak te, które iraccy powstańcy wystawili przeciwko okupującym wojskom USA, dla potencjalnej pozostającej w tyle armii partyzanckiej w Rosji, która atakowałaby linie kolejowe, elektrownie i inne cele cywilne.
Wiele z zaleceń spisku zostało następnie wdrożonych przez administrację Bidena, co niebezpiecznie eskalowało konflikt i wielokrotnie przekraczało wyraźnie określone przez Rosję granice.
Wśród propozycji znalazło się zapewnienie szerokiego szkolenia „ukraińskich ekspatriantów” w zakresie obsługi pocisków Javelin i Stinger, umożliwienie „cyberataków na Rosję przez „patriotycznych hakerów” z możliwością zaprzeczenia” oraz zalanie Kijowa „bezzałogowymi samolotami bojowymi”. Przewidywano również, że „zastępcze samoloty myśliwskie” zostaną dostarczone z „wielu źródeł” oraz że „nieukraińscy piloci-ochotnicy i obsługa naziemna” zostaną zrekrutowani do walki powietrznej na wzór Latających Tygrysów , sił z czasów II wojny światowej złożonych z pilotów amerykańskich sił powietrznych, które zostały utworzone w kwietniu 1941 r., aby pomóc Chińczykom przeciwstawić się inwazji Japonii przed formalnym przystąpieniem Waszyngtonu do konfliktu.
Dokument został napisany i podpisany przez kwartet akademickich wojowników z fotela z barwną przeszłością. Wśród nich był historyk Andrew Orr , dyrektor University of Kansas Institute for Military History. Jego ostatnie prace naukowe obejmują rozdział w mało znanym tomie akademickim zatytułowanym „Kim jest żołnierz? Wykorzystanie teorii trans do przemyślenia tożsamości francuskich kobiet w wojsku podczas II wojny światowej”.
Dołączał do niego Ash Rossiter , adiunkt ds. bezpieczeństwa międzynarodowego na Khalifa University w Zjednoczonych Emiratach Arabskich, opisany jako „były członek British Army Intelligence Corps”. Uczestniczył w tym również Marcel Plichta, wówczas doktorant w St. Andrews. Opisywano go jako weterana US Defense Intelligence Agency, a jego profil na LinkedIn wskazuje, że odbył staż w NATO, zanim zaczął pracować na stanowiskach u kontrahentów Pentagonu, a następnie dołączył do DIA jako analityk wywiadu. Po drodze Plichta twierdzi, że „[nominował] znanych lub podejrzanych terrorystów do krajowej społeczności obserwującej i przesiewającej”.
W akademickiej kabale uczestniczył również Zachary Kallenborn, samozwańczy „szaleńczy naukowiec” armii USA, obecnie realizujący doktorat z zakresu studiów wojennych w King's College London, ze szczególnym uwzględnieniem dronów, broni masowego rażenia i innych nowatorskich form nowoczesnej wojny. Kallenborn, który dorabiał w Centrum Studiów Strategicznych i Międzynarodowych w Waszyngtonie, przyczynił się do planowania wojny na Ukrainie, przedstawiając propozycje „inteligentnych” ataków IED w stylu irackich powstańców na cele rosyjskie oraz podkładając bomby w rosyjskich pociągach i liniach kolejowych.
Wydaje się, że kabale przewodził Marc R. DeVore , starszy wykładowca na brytyjskim Uniwersytecie St. Andrews. Niewiele na temat jego osobistego lub zawodowego doświadczenia można ustalić w Internecie, chociaż jego najnowsze publikacje naukowe omawiają strategię wojskową. W czasie, gdy opracowywano tajny dokument wniosku, opublikował artykuł z Orrem dla wewnętrznego czasopisma Pentagonu Military Review zatytułowany „Winning by Outlasting: The United States and Ukrainian Resistance to Russia”. Ponadto jest członkiem elitarnego Royal Navy Strategic Studies Centre , prowadzonego przez Ministerstwo Obrony „think tank”.
E-maile pokazują, że DeVore przekazał dzieło grupy bezpośrednio pułkownikowi Timowi Wrightowi, który był dyrektorem ds. Rosji w Radzie Bezpieczeństwa Narodowego (NSC) administracji Bidena w momencie wysłania e-maili, zgodnie z jego profilem na LinkedIn . Od lipca 2022 r. Wright jest zastępcą szefa ds. badań i eksperymentów w Dyrekcji ds. Przyszłości w Armii Brytyjskiej.
Grayzone próbowało skontaktować się z Orrem, Rossiterem i Devore przez telefon i e-mail, aby uzyskać komentarze na temat ich roli w projekcie wojny zastępczej i czy Uniwersytet St. Andrews wiedział, że jest wykorzystywany jako baza do planowania ataków terrorystycznych przeciwko Rosji. Nikt nie odpowiedział na nasze prośby.
Wysunięcie ukraińskiej diaspory na czoło
Gdy w lutym 2022 r. z pełną siłą wybuchła wojna zastępcza na Ukrainie, grupa naukowców wojskowych szybko przedstawiła to, co opisali jako „pomysły o różnej praktyczności, które mogły nie zostać wzięte pod uwagę, a które państwa zachodnie mogą wspólnie podjąć, aby wzmocnić zdolność Ukrainy do stawiania oporu i miejmy nadzieję, zachowania jej niepodległości”. W dedykowanych sekcjach przedstawiono pięć sugestii, wraz z „podstawą takich działań i możliwymi sposobami ich wdrożenia”. Chwalili się, że „najszybsze propozycje” w dokumencie były „możliwe do zrealizowania w niewiele ponad tydzień”.
Pierwszą pozycją na liście było uzbrojenie ukraińskich emigrantów w pociski przeciwpancerne i przeciwlotnicze, ze względu na brak w Kijowie „wyszkolonych załóg do obsługi dużej liczby pocisków” wysyłanych im przez Zachód. Przytaczali mało znaną operację Nickel Grass z października 1973 r. jako sposób na „zapewnienie wyszkolonych załóg wraz ze sprzętem”. Pod auspicjami tej misji ambasada Tel Awiwu w Waszyngtonie „zmobilizowała izraelskich studentów studiujących na amerykańskich uniwersytetach”, którzy następnie zostali „przeprowadzeni… przez szybki program szkoleniowy” przez wojsko amerykańskie.
Obejmowało to nauczanie poborowych, jak używać broni podobnej do pocisków Javelin i Stinger. Izraelczycy zostali następnie zrzuceni z powietrza na linie frontu wojny Jom Kipur w 1973 r. przeciwko Syrii i Egiptowi, gdzie „osiągnęli wystarczającą liczbę zestrzeleń czołgów przed zakończeniem dwutygodniowej wojny”. Naukowcy zaproponowali zrobienie „tego samego dla Ukrainy”, ze względu na „dużą liczbę młodych ukraińskich mężczyzn” mieszkających na Zachodzie, z których niektórzy ukończyli obowiązkowe szkolenie wojskowe przed emigracją.
Uważano, że tę diasporę można łatwo zidentyfikować i zwerbować dzięki rejestracji w ukraińskich „konsulatach lub ambasadach” na Zachodzie, a następnie przejść „intensywne zajęcia” z obsługi „pocisków odpalanych z ramienia” przed wysłaniem do Kijowa.
„Ochotnicy-cyberwojownicy” ukrywają hakowanie państwa
Plany kwartetu obejmowały również cybernetyczne oprogramowanie, wzywając „zachodnie agencje wywiadowcze” do „dostarczania cybernarzędzi i sugestii” „ochotnikom-hakerom, którzy chcą uderzyć w niepodległość Ukrainy, a także ostrzegania ich, jakich celów nie chcemy atakować”.
„Głównym zadaniem dla tych ochotniczych cyberwojowników” – napisała czwórka – „może być upewnienie się, że filmy z rosyjskich bezładnych ataków, użycia budzącej sprzeciw broni, takiej jak termobaryka, ukraińskich ofiar cywilnych, ofiar rosyjskich i biednych, zdezorientowanych rosyjskich poborowych” zostaną udostępnione rosyjskiej publiczności. Jednocześnie „patriotyczni hakerzy” mogą starać się bombardować Rosjan propagandą „o wewnętrznym sprzeciwie wobec wojny”.
Grupa wywiadowcza jasno dała do zrozumienia, że jej celem jest osiągnięcie takiego samego efektu psychologicznego, jaki miała najsłynniejsza organizacja terrorystyczna na świecie, oświadczając: „musimy wziąć przykład z ISIS i sprawnie przekazywać nasz przekaz Rosjanom”.
Działania tych „ochotniczych cyberwojowników” miały na celu zapewnienie osłony przed bardziej formalnymi atakami hakerskimi na rosyjską infrastrukturę cybernetyczną na szczeblu państwowym. „Im większa liczba niezależnych cyberataków na Rosję, tym większe będą również możliwości dla zachodnich agencji wywiadowczych do przeprowadzania chirurgicznych cyberataków w celu zakłócenia kluczowych systemów w kluczowych momentach… ponieważ będą one bardziej wiarygodnie przypisywane prawdziwie amatorskiemu komponentowi” – głosili czterej akademicy.
Opis ten bardzo przypomina tak zwaną „IT-Armię Ukrainy”, ochotniczą cybermilicję, która powstała w dniach po inwazji Rosji. Od tego czasu nadzorował ją Michaił Federow, ukraiński cyfrowy car , któremu BBC przypisuje wywieranie presji na Samsunga i Nvidię, aby zaprzestały działalności w Moskwie, i nakłonienie PayPala do wycofania wszystkich rosyjskich klientów z bankowości.
Cyberarmia Ukrainy ściśle współpracuje z Anonymous, niegdyś kontrkulturowym kolektywem hakerów internetowych, którego praca obecnie ściśle odpowiada celom CIA.
Autorzy propozycji do Rady Bezpieczeństwa Narodowego zasugerowali tę relację, pisząc: „Grupy hakerskie takie jak Anonymous już zaczęły atakować Rosję. Ten wysiłek mógłby zostać rozszerzony i wzmocniony”.
Ukraińska cyberarmia wzięła na siebie odpowiedzialność za różne akty wandalizmu online. Wydaje się jednak, że brała również udział w atakach hakerskich na rosyjskie sieci energetyczne i koleje. Atak na rosyjską usługę taksówkarską Yandex, który spowodował duży korek w Moskwie we wrześniu 2022 r., został wspólnie przypisany ukraińskiej „armii IT” i Anonymous.
„Nowoczesne” ładunki wybuchowe do wysadzania rosyjskiej infrastruktury
Plany akademickiej kabały dotyczące ataku na Rosję za pomocą niekonwencjonalnych środków rozszerzyły się wyraźnie na sferę terroryzmu. Seria szczegółowych zaleceń dotyczących atakowania rosyjskich systemów kolejowych i dróg za pomocą improwizowanych ładunków wybuchowych została przedstawiona przez Zachary'ego Kallenborna , samookreślonego „ doktoranta studiów wojennych w King's College London, badającego analizę ryzyka, percepcję, zarządzanie i teorie, ze szczególnym uwzględnieniem globalnych katastrof, wojny dronów, broni masowego rażenia, ekstremalnego terroryzmu i krytycznej infrastruktury”.
„Zbiorniki paliwa dla lokomotyw spalinowych są zazwyczaj na dole, pod silnikiem” – napisał Kallenborn. „Nie byłoby trudno podłożyć i zamaskować małe ładunki wybuchowe między drewnianymi listwami kolei, a następnie zdetonować je, gdy lokomotywa znajdzie się nad nimi… W idealnym przypadku partyzanci działający za liniami rosyjskimi umieściliby linie przeciwlokomotywowe”.
Przez cały rok 2023 grupa samookreślających się rosyjskich i białoruskich anarchistów przeprowadziła serię ataków na koleje, wieże komórkowe i infrastrukturę w Rosji. Nazywając siebie BOAK, czyli Bojową Organizacją Anarcho-Komunistyczną, grupa radykalnych sabotażystów zyskała entuzjastyczną promocję w zachodnich mediach. Nie jest jednak jasne, czy otrzymała jakąkolwiek pomoc z zewnątrz.
Propozycja Kallenborna, opracowana we współpracy z Wspólną Organizacją ds. Zwalczania IED przy Defeat Organization Departamentu Wojny USA, zakładała, że USA i ich sojusznicy mogliby „wyciągnąć wnioski z bolesnych doświadczeń zdobytych w Iraku i Afganistanie, aby pomóc Ukrainie w zorganizowaniu kampanii z użyciem IED za liniami Rosji”.
Biorąc za wzór talibów i irackich powstańców, Kallenborn zaproponował dwie technologie: „publiczno-prywatną kryptografię breloków i „inteligentne” ładunki wybuchowe… w celu znacznego zwiększenia skuteczności takiej kampanii”.
Aby siać spustoszenie w Rosji, Kallenborn wyobraził sobie stworzenie nowoczesnych sił „pozostających w tyle”, podobnych do tych, które wysłano do Europy w czasie operacji Gladio z czasów zimnej wojny , kiedy CIA i NATO organizowały faszystowskie gangi i mafię w celu przeprowadzania antykomunistycznych ataków terrorystycznych.
Tymczasem „inteligentne” ładunki wybuchowe z „nowoczesnymi komponentami”, takimi jak „mikrokontrolery”, które są teraz „obfite i tanie”, umożliwiłyby ukraińskim atakującym „wykazanie się większą rozwagą, zmniejszając potencjalne szkody uboczne” i „zdetonowanie ładunku wybuchowego niezależnie od tego, co zrobią cele”.
„Obwody mikrokontrolerów mogą internalizować większość obwodów, które pierwotnie byłyby na stałe podłączone do przełączników inicjujących IED” – napisał Kallenborn. „Wszystkie mikrokontrolery mają wiele wejść i wyjść, co umożliwia wiele wejść, a jednocześnie kontroluje wiele urządzeń. Ponieważ mikrokontrolery są programowalne, atakujący mogą automatyzować skomplikowane algorytmy, aby zmaksymalizować efekty IED i zmniejszyć szkody uboczne. Mikrokontrolery mogą nawet stosunkowo łatwo ominąć wiele powszechnych środków zaradczych”.
Tajne zatrudnianie kontrahentów do pilotowania dronów
Choć zachodni naukowcy, czerpiąc inspirację z działań podmiotów niepaństwowych, takich jak ISIS i Talibowie, spiskując w imieniu rządu ukraińskiego, opracowali również szczegółowe plany dotyczące wojny konwencjonalnej.
Ocenili, że drony „do tej pory okazały się skuteczne” w wojnie zastępczej, więc wzywali do zwiększenia dostaw tureckich Bayraktarów TB2, które, jak powiedzieli, były „praktycznie jedyną platformą powietrzną, za pomocą której Ukraina skutecznie atakuje rosyjskie siły lądowe”. Zaproponowali zalanie Kijowa „dodatkowymi TB2”, wskazując, że ponieważ Ukraina już otwarcie ich używa i „miała więcej zamówionych przed rozpoczęciem konfliktu”, rola Turcji w dostarczaniu kolejnych dronów mogłaby zostać ukryta, pozostawiając jej neutralność publicznie nienaruszoną.
Ankara „mogłaby potencjalnie szybko przetransportować znaczną liczbę TB2” z różnych źródeł, jak zakładali naukowcy, i latać nimi za pośrednictwem lokalnych „kontrahentów z sektora prywatnego”. Gdyby Turcja nie chciała lub nie była w stanie zaakceptować tego planu, można by poszukać alternatyw. „Biorąc pod uwagę, jak często UCAV są obsługiwane przez kontrahentów z sektora prywatnego, wszystkie mogłyby być zdalnie pilotowane przez personel sektora prywatnego zatrudniony przez Ukrainę, a nie przez umundurowanych członków sił zbrojnych NATO” – zauważyli.
Ponieważ drony mogą być obsługiwane „z dużej odległości od linii frontu (potencjalnie przez pilotów operujących z sąsiednich krajów)”, oferowały one dodatkową „przewagę” nad pilotami kontraktowymi, ponieważ „byłyby stosunkowo bezpieczne i z pewnością mało prawdopodobne, aby zostały schwytane i zaprezentowane przed rosyjskimi kamerami”. Podczas gdy produkowane w USA systemy bezzałogowe, takie jak Predatory i Reapery, były opcją i mogłyby być dostarczane „w dużych ilościach”, „wydawałyby się najbardziej prowokacyjne” z perspektywy Rosji i czyniłyby aktywne zaangażowanie USA zbyt oczywistym.
Proroczo, gazeta zauważyła, że Ukraina mogłaby otrzymać zamiast tego „komercyjne drony, takie jak DJI Mavic i Phantom”, które nie tylko miałyby sprzęt rejestrujący zdolny do produkcji „taktycznie użytecznych informacji wywiadowczych”, ale mogłyby „zostać zmodyfikowane do przenoszenia materiałów wybuchowych”. Co więcej, „ich powszechna dostępność” utrudniała „przypisanie tych platform państwu dostarczającemu”. Z pewnością nie jest przypadkiem, że od tego czasu oba drony były szeroko wykorzystywane przez Kijów w celu spowolnienia postępów Rosji i atakowania infrastruktury wojskowej i cywilnej.
Natomiast pomimo rzekomych początkowych sukcesów, Bayraktar TB2 szybko zniknęły z nieba nad Donbasem. Jak przyznało kilku ukraińskich urzędników , rosyjska innowacja w obronie powietrznej i wojnie elektronicznej sprawiła, że drony stały się praktycznie bezużyteczne. Z drugiej strony, gazeta zauważyła, że podczas gdy ukraińskie siły powietrzne nadal prowadziły misje, Kijowowi wkrótce „skończą się samoloty”. Zalecanym lekarstwem było ponowne wyposażenie kraju w myśliwce MiG-29 produkcji radzieckiej, którymi „ukraińscy piloci już potrafią operować”.
Plan ten wymagał jednak od szeregu krajów przekazania ich starych flot samolotów MiG-29. Naukowcy wyrazili obawy, że państwa Europy Środkowej i Wschodniej mogą być „powściągliwe” z powodu ryzyka „rosyjskiego odwetu”, który można by obejść, „obiecując im prezenty”, takie jak ulepszenia uzbrojenia. Rok później, w marcu 2023 r., Słowacja przyznała Kijowowi cały swój dywizjon trzynastu samolotów MiG-29 w zamian za obietnicę USA dotyczącą dwunastu śmigłowców szturmowych Bell AH-1Z wyposażonych w pociski Hellfire.
Polska początkowo obiecała dorównać wydatkom Słowacji, ale ostatecznie dostarczyła jedynie symboliczną kwotę . Umowa pozostała wstrzymana od czasu ogłoszenia Krakowa w sierpniu 2024 r. , że nie dostarczy żadnych kolejnych MiG-ów-29, dopóki nie otrzyma floty F-35, których przybycie nie jest spodziewane przed 2026 r. Peru, również wybrane przez naukowców jako potencjalne źródło samolotów, podobno początkowo dało zielone światło na dostawę swoich MiG-ów-29 na Ukrainę, ale potem się wycofało . Rządy Ameryki Łacińskiej szerzej odmawiały wysyłania jakiejkolwiek broni na Ukrainę, pomimo nacisków ze strony USA.
Wojny powietrzne prowadzone przeciwko Rosji przez pilotów „nie-ukraińskich”.
Być może najbardziej niepokojącym fragmentem dokumentu jest jego ostatni, w którym jego autorzy badają historyczne przykłady sił powietrznych zatrudniających zagranicznych pilotów w poważnych konfliktach. Dokument zauważa, że wspomniane Latające Tygrysy „zostały zwolnione z sił zbrojnych USA”, aby walczyć z Japonią w Chinach, „z jasnym zrozumieniem, że zostaną później mile widziane z powrotem”. Przytoczono również zatrudnienie przez Finlandię „całkowicie” zagranicznej eskadry w wojnie z Moskwą w 1940 r., a także zależność osadników syjonistycznych od sił powietrznych „składających się niemal wyłącznie z zagranicznych ochotników” podczas ich kampanii wojskowej przeciwko rodzimym siłom palestyńskim i arabskim w 1948 r.
Naukowcy chcieli zastosować te precedensy do konfliktu zastępczego na Ukrainie, tworząc „ochotnicze grupy myśliwców, aby wzmocnić obronę powietrzną Ukrainy” złożone z „rozsądnej liczby zachodnich pilotów”. Napisali, że ci lotnicy „mogliby zgłosić się na ochotnika, gdyby ich narodowe siły zbrojne zaoferowały urlopy” – podobnie jak ich cywilni odpowiednicy, gdyby amerykańskie linie lotnicze mogły zostać „wywarte presję, aby zezwolić swoim pilotom, którzy są pilotami Rezerwy Sił Powietrznych lub Gwardii Narodowej, na wzięcie takich urlopów”. W dokumencie chwalono się, że „ochotnicze grupy myśliwców mogłyby znacznie rozdzielić rosyjską kampanię powietrzną”.
F-16 uznano za „najbardziej logiczną opcję” ze względu na „liczbę członków NATO, którzy używają F-16”, w tym Polskę. W związku z tym „polskie części zamienne mogłyby zostać przetransportowane ciężarówkami na Ukrainę stosunkowo szybko”, a USA „przetransportowałyby samoloty zastępcze” do Warszawy. Od niemal pierwszego dnia wojny zastępczej jej najbardziej zagorzali zwolennicy domagali się, aby Kijów otrzymał te myśliwce, nazywając je „game changer”, który zdecydowanie przechyliłby szalę konfliktu na korzyść Ukrainy.
Pomimo początkowego rozgłosu , gdy pod koniec lipca 2024 r. F-16 w końcu dotarły do Kijowa, prezydent Wołodomyr Zełenski niemal natychmiast poskarżył się, że kraj otrzymał zaledwie kilka samolotów i nie ma wystarczającej liczby pilotów przeszkolonych do ich obsługi. Panika rozprzestrzeniła się na Waszyngton, gdzie senator Lindsey Graham publicznie wezwał każdego „emerytowanego pilota F-16… chcącego walczyć o wolność”, aby się zapisał. Pod koniec miesiąca pierwszy z F-16 rozbił się w niepewnych okolicznościach .
Podczas gdy wzmianki o „przełomowym” wykorzystaniu F-16 przez Ukrainę zniknęły z mediów w kolejnych miesiącach, treść ujawnionej propozycji budzi poważne pytania, ile rzekomo ukraińskich ataków głęboko w Rosji zostało faktycznie przeprowadzonych przez zachodnich agentów wojskowych, działających na zlecenie i przy materialnym wsparciu NATO i USA.
„Zachodnioeuropejscy i amerykańscy piloci myśliwscy mają tendencję do latania znacznie więcej godzin i trenowania bardziej realistycznie niż ich rosyjscy lub ukraińscy odpowiednicy” – twierdzili naukowcy, co oznacza, że byli idealnymi kandydatami do przeprowadzania „misji bojowych” przeciwko pozycjom, siłom i terytorium Moskwy.
Jednak naukowcy przestrzegali przed zachodnimi pilotami latającymi blisko linii frontu, z obawy, że „zagraniczni ochotnicy wpadną w rosyjskie areszty, gdzie mogą stać się przykładem lub mogą zostać pokazani przed kamerą”. Być może było to ukłon w stronę pilotów CIA Gary'ego Powersa i Eugene'a Hassenfusa, których pojmanie przez Związek Radziecki i Nikaraguę upokorzyło wywiad USA.
Nadal nie jest jasne, w jakim stopniu te propozycje determinowały przebieg działań sił ukraińskich przeciwko ich rosyjskim wrogom. Jednak przecieki przeanalizowane przez The Grayzone ujawniają po raz pierwszy, jak w ciągu zaledwie kilku tygodni mała grupa naukowców potajemnie dostarczyła dość niekonwencjonalne plany wojenne na tacy dla CIA i MI6.
Podobnie jak Wielka Brytania zrobiła to ze swoim projektem Alchemia , administracja Bidena najwyraźniej przekazała odpowiedzialność za opracowanie strategii pola bitwy na Ukrainie grupie głów z wątpliwą przeszłością, znajdującej się tysiące mil od linii frontu i jej makabrycznych realiów. Prawie trzy lata później, gdy pokolenie Ukraińców zginęło w maszynce do mięsa wojny zastępczej, autorzy tych planów bitewnych prawdopodobnie nadal dłubią w laptopach gdzieś w stęchłych korytarzach akademickich.
Kit Klarenberg
Kit Klarenberg jest dziennikarzem śledczym badającym rolę służb wywiadowczych w kształtowaniu polityki i percepcji.
Całość - https://thegrayzone.com/2025/02/15/secret-nsc-plans-ukraine-resist/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4171
Z Andrzejem Galikiem, koordynatorem tematyki ICT w 7 PR i Programie CIP w Krajowym Punkcie Kontaktowym Programów Badawczych UE rozmawia Anna Leszkowska
- ICT Proposers' Day 2012 to wydarzenie, jakie odbyło się w końcu września 2012 w Warszawie, a którego współorganizatorem - razem z KE i MNiSW - jest KPK. Jego istotą było umożliwienie spotkania się ze sobą naukowców, przemysłowców, czy biznesmenów z wielu krajów, którzy mają innowacyjne pomysły warte wdrożenia w obszarze technologii informacyjnych i komunikacyjnych.
Takie spotkania odbywają się w różnych krajach i różnych dziedzinach. W Polsce, gdzie odbyło się po raz pierwszy, na temat spotkania wybrano obszar ICT – z jakiego powodu? Czy z tego, że jest to dość dobrze rozwinięta u nas dziedzina rynkowa, czy z powodu naszych naukowych sukcesów w tym obszarze?
- Jest kilka powodów takiego wyboru. Przede wszystkim miejsce, które zwiększa szanse uczestniczenia w imprezie polskich (ale i z ościennych państw) uczestników, dla których – szczególnie z mikro i małych przedsiębiorstw – wyjazd do Brukseli na podobne spotkania bywa trudny z powodów finansowych. Jest nawet wskazane, żeby takie dni organizować w nowych krajach członkowskich, bo to jest metoda na przyciągnięcie naukowców i biznesmenów z tego krajów.
Z naszego punktu widzenia, lokowanie takich imprez w Polsce może się też przyczynić do rozgłoszenia informacji o naszej znakomitej infrastrukturze naukowej, wybudowanej w ostatnich latach ze środków UE, ale niestety, zupełnie nieznanej na Zachodzie.
Jeśli chodzi o ICT, Polska jest dość dobrze reprezentowana w programach ramowych. W porównaniu z pozostałą tematyką Programów Ramowych, w ICT polscy naukowcy i przedsiębiorcy składają najwięcej wniosków i biorą udział w największej liczbie projektów w tym obszarze tematycznym.
Jednak jeśli odniesiemy te dane do populacji naukowców w naszym kraju i porównamy np. z Czechami czy Węgrami, to widać, że nasi naukowcy nie są ciągle zainteresowani specjalnie tym, żeby uczestniczyć w projektach międzynarodowych. A projekty z dziedziny ICT muszą być realizowane w takich gremiach, w odróżnieniu od tych finansowanych z funduszy strukturalnych, które mogą być przeznaczane wyłącznie dla polskich beneficjentów.
W związku z tym międzynarodowym charakterem programów, istnieją różne bariery dla polskich naukowców, np. językowa, gdyż wielu naukowców – głównie starszego pokolenia – ma trudności w przygotowaniu projektów po angielsku. Poza tym polscy naukowcy nie mają bodźców do uczestniczenia w projektach międzynarodowych.
- Bo ciągle łatwiej o pieniądze z funduszy strukturalnych.
- Tak, bolejemy nad tym od dawna, przedstawiamy też od lat ministerstwu nauki opinie w tej sprawie. Bo projekty z funduszy strukturalnych z uwagi na łatwość uzyskania środków na badania, odbierają uczestników programom międzynarodowym. W projektach krajowych wnioski składa się po polsku, można występować indywidualnie. Tymczasem w dużych projektach międzynarodowych liczą się kontakty. Musi być zespół uczestników przynajmniej z 7 krajów, w tym – nie tylko naukowcy, ale i przedsiębiorcy, z naciskiem na tych z małych i średnich przedsiębiorstw, w których jest mnóstwo ciekawych pomysłów, ale brakuje środków na ich realizację. I dołączenie do takiego konsorcjum daje im szanse na rozwój.
- To, co pan mówi, jest smutne. W okresie PRL naukowcy stworzyli wokół swojego środowiska legendę wielkości. Celowali w tym i celują zwłaszcza fizycy. Tymczasem kiedy granice się otworzyły, okazało się, że król jest nagi. Od 20 lat narzekamy, że nie ma nas w nauce „umiędzynarodowionej”, bo: bariera językowa, mentalna, że nas nie znają i nie chcą nas wpuścić do swojego towarzystwa, że przedsiębiorstwa nie chcą w tym uczestniczyć, itp. itd.... Czy tego rodzaju spotkania mogą być przełomem w tym procesie dochodzenia do wspólnego naukowego działania bez względu na kraj pochodzenia? Czy może uczestnictwo w tej imprezie wynika z faktu, iż dziedzina ICT to jednak domena głównie ludzi młodych, którzy tych barier nie widzą, bądź nie doświadczają?
- Powody tego są chyba różne. Z jednej strony, rzeczywiście w tej dziedzinie – z uwagi na osiągnięcia – jesteśmy dobrze postrzegani w Europie, jako naród twórczy, z pomysłami. Z drugiej strony, organizując to spotkanie w Polsce liczyliśmy, że zainteresujemy dużą liczbę polskich potencjalnych beneficjentów, którzy z uwagi na małą odległość i niskie koszty mogliby w imprezie brać udział. 15 osobom pokryliśmy koszty pobytu w pełnej wysokości.
- Nie jest to powalająca liczba jak na polską naukę...
- Tak, ale i z trudem udało nam się tylu zaprosić! Natomiast w ub. roku, kiedy organizowaliśmy podobne dni w Budapeszcie, udało nam się zebrać 45 osób, którym pokryliśmy wszystkie koszty uczestnictwa.
- Czyżby względy turystyczne odegrały tu rolę?
- Nie, to byli ludzie rzeczywiście zainteresowani projektami, bo z informacji zwrotnych wynika, że nawiązano wówczas wiele kontaktów, które zaowocowały wspólnymi projektami. Na obecnej imprezie zarejestrowało się ponad 300 osób z Polski, które w większości nie potrzebowały dofinansowania. Takich spotkań jak to obecne, pierwsze w Polsce, w Europie jest wiele, są one organizowane bez przerwy w Brukseli lub Luksemburgu. Pamiętam, że kiedy pierwszy raz pojechałem na tego rodzaju spotkanie, na ok. 150 uczestników było w nim ok. 30 Hiszpanów, ok. 30 Greków i ok. 40 Niemców. Z Polski byłem sam!
I tu jest problem – my za mało jeździmy, bo wiele instytutów czy uczelni nie ma na to pieniędzy, albo nie chce ich na to przeznaczać. Wielu szefów uważa, że młodego pracownika nie ma po co wysyłać, bo po powrocie zwolni się i wydane pieniądze okażą się stracone. Teoretycznie tak, ale w praktyce nie, gdyż ten młody zwykle nawiązuje jakieś naukowe kontakty. Dlatego rozwijamy program tzw. Maria Curie Action – są to środki UE pozwalające na nawiązywanie bilateralnych kontaktów naukowców z różnych krajów, często post-doców lub doktorantów. I to powinno zaowocować większą liczbą kontaktów międzynarodowych polskich młodych naukowców.
- Tego rodzaju imprezy jak Proposers' Day też mają na celu chyba nawiązywanie kontaktów?
- Idea jest taka, że każda z zarejestrowanych na imprezie osób może w określonej, wybranej sesji tematycznej przedstawić albo swój pomysł na projekt, albo swój profil. Pierwsze nawiązanie kontaktu to zwykle wymiana wizytówek, ale uruchomiliśmy też bazę danych osób zarejestrowanych pozwalająca wyszukiwać osoby potencjalnie zainteresowane danym projektem. Poza tym organizujemy spotkania brokerskie typu: face to face – na tej imprezie umówiono 1860 spotkań bilateralnych, z których może coś wyjść, gdyż tutaj ludzie rozmawiają już o konkretach.
- Czego organizatorzy oczekują po takiej imprezie?
- Przede wszystkim wzrostu kontaktów międzynarodowych w obszarze nauki, ale i lepszego zrozumienia i zbliżenia do nauki przemysłu, różnych gałęzi gospodarki. Mieliśmy na imprezie sporo ich przedstawicieli i to z różnych dziedzin. Z mojego rozeznania na Zachodzie wynika, że większość kontaktów naukowych zaczyna się na tego rodzaju imprezach, stąd wydaje się, że są one niezbędne. Na ubiegłoroczne dni w Budapeszcie zgłosiło się 400 naukowców z Węgier – obecnie 80 Węgrów przyjechało do Warszawy na Proposers' Day. To pokazuje, że takie spotkania mają sens.
Niemniej polska nauka musi chcieć się zainteresować przemysłem. Badania podstawowe, choć są ważne, nie dają bezpośrednich efektów w gospodarce, przynajmniej w bliskim czasie. Niestety, szczególnie w obszarze ICT obserwuję w Polsce brak zainteresowania programami europejskimi wśród dużych firm, zwłaszcza zajmujących się softwarem czy hardwarem. Mają one na tyle wielkie dochody, że zyski z ewentualnych projektów – obłożonych w dodatku biurokratyczną mitręgą – nie są dla nich atrakcyjne.
Dziękuję za rozmowę.
Więcej o ICT Proposers' Day 2012 - http://www.sprawynauki.edu.pl/index.php?option=com_content&view=article&id=2284:ict-proposers-day-2012&catid=248:wersja-elektr&Itemid=1
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3918
Z prof. Andrzejem H. Jasińskim z Wydziału Zarządzania Uniwersytetu Warszawskiego rozmawia Anna Leszkowska

- Minister nauki Barbara Kudrycka na tegorocznym kongresie gospodarczym w Katowicach stwierdziła, że w 2010 roku Polska osiągnęła niemal średnią unijną w zakresie wydatków ze środków publicznych na b+r. Według minister, w UE na ten cel przeznacza się 0,27% PKB, a w Polsce – 0,26% PKB. W roku 2011 średnia unijna może nawet została przekroczona. Tę samą informację powtórzyła wiceminister Daria Nałęcz podczas majowego Zgromadzenia Ogólnego PAN, zatem nie ma tu chyba mowy o pomyłce. Czy istotnie polska nauka jest tak hojnie finansowana, tylko że o tym nie wiemy?
- Wydaje mi się, że powstało jakieś przekłamanie, bo nawet jeśli te liczby są prawidłowe, to dotyczą czegoś innego. Otóż w 2010 r. udział całkowitych nakładów na b+r, tzw. GERD wynosił 0,74% PKB. W tym czasie, dla porównania, w UE średni udział nakładów na b+r wynosił 1,9% PKB, z uwzględnieniem takich krajów jak Polska, Rumunia, Bułgaria. Natomiast jeśli chodzi o kraje wysoko uprzemysłowione – tam GERD wynosi ok. 3% i więcej - jak w Finlandii, Szwecji czy Danii. Być może ten współczynnik 0,26% dotyczył udziału sektora biznesu w nakładach na b+r , dlatego że od dłuższego już czasu udział sektora przedsiębiorstw w nakładach na b+r wynosił ok. 1/3 wszystkich nakładów.
- Czyli nie tak źle...
- Raczej tragicznie. Dlatego, że w UE jest proporcja odwrotna: ok. 1/3 nakładów jest z budżetu państwa, a 2/3 - z przedsiębiorstw. A trzeba przypomnieć o strategii lizbońskiej, która choć nie jest realizowana, to jej priorytety nadal są ważne. Czyli dąży się do tego, aby nakłady na naukę z budżetu państwa wynosiły ok. 3%, co w przypadku Polski długo, długo nie zostanie spełnione. A jest i drugi warunek -aby udział przedsiębiorstw wynosił ok. 2%, czyli właśnie 2/3 nakładów całkowitych.
-W Polsce nakłady z budżetu jednak spadają, a czy spadają także z biznesu?
- Do roku 2005 był zdecydowany, wyraźny spadek współczynnika GERD/ PKB. W ciągu pięciu lat ustabilizował się na poziomie ok. 0,5 - 0,6 i ta relacja zaczęła się poprawiać dopiero z chwilą nadejścia do Polski funduszy strukturalnych.
- Z danych sejmowych wynika, że nakłady z budżetu na naukę od 2008 roku oscylują w granicach 0,38 - 0,42% PKB. Czy są dokładne dane dotyczące środków dopływających do nauki z gospodarki?
- Polska jest bardzo uboga, jeśli chodzi o statystykę dotyczącą b+r. Kiedy potrzebowałem ostatnio danych na ten temat, musiałem sięgnąć do bazy OECD, w której są one bardziej aktualne i szczegółowe. Jak wspomniałem, nakłady z budżetu państwa i przedsiębiorstw przez 5 lat były na bardzo niskim poziomie, dopiero nieduży wzrost – do 0,74% PKB - nastąpił w 2010 roku. Jeśli chodzi o nakłady z przedsiębiorstw w 2010 roku – nie dysponuję dokładnymi danymi, ale one są mniej więcej w tej samej proporcji jak 1/3 do 2/3.
- Czyli generalnie proporcje się nie zmieniają, choć nakłady z budżetu minimalnie rosną?
- Tak, i to jest wielce niepokojące, bo przecież w latach 2009 - 2011 napłynęły do kraju niemałe środki z funduszy strukturalnych. Oceniam, że Polska straciła olbrzymią szansę na przełom w finansowaniu nauki i w tej chwili jest to nie do odrobienia. Po raz pierwszy bowiem napłynęły – i to skokowo - do kraju tak duże pieniądze, z których spora część została przeznaczona na prace badawczo-rozwojowe. I gdyby polski rząd w tym samym czasie też skokowo zwiększył nakłady na b+r, to dokonalibyśmy przełomu. Bo trzeba wiedzieć, że publiczne pieniądze na b+r odgrywają rolę tzw. holownika, tzn. 1 złoty wydany z budżetu na b+r, często pociąga za sobą wydatek 2-2,5 zł od przedsiębiorcy.
- Prof. Rybiński z kolei uważa, że środki unijne, zwłaszcza z PO IG, były dla gospodarki nieszczęściem, gdyż były to pieniądze za łatwe, nie skierowane na rozwój. Czy w nauce nie było podobnie? Odnosi się wrażenie, że sfinansowano nimi inwestycje – głównie szkół wyższych, natomiast nie stworzono dzięki nim ważnych programów badawczych.
- Nie zgadzam się z tak krytyczną oceną prof. Rybińskiego, choć też uważam, że łatwych pieniędzy ludzie nie doceniają. Jednak jeśli chodzi o dystrybucję tych środków, nie mam tutaj większych zastrzeżeń. Z drugiej strony, powinniśmy się z tych pieniędzy cieszyć, bo dzięki tym środkom wielu przedsiębiorców dokonało innowacji, podjęto badania kończące się innowacjami. Źle się jednak stało, że te pieniądze pozwoliły na pewien oddech ze strony budżetu państwa. Bo gdzie w tym czasie był rodzimy wysiłek finansowy?
- Ale on jest związany ewidentnie z polityką państwa. Od lat 90. nie stworzono żadnego mechanizmu proinnowacyjnego. Nie wprowadzono żadnych mechanizmów finansowych, ani innych, które by zbliżyły naukę do gospodarki, zwiększyły dopływ środków z gospodarki do nauki.
- Jest jednak kilka elementów wspierających innowacyjność, np. znowelizowana dwa lata temu ustawa o niektórych formach wspierania działalności innowacyjnej – choć prawdę mówiąc, mało skuteczna. Na polityce państwa odcisnęło się piętno ochrony sektora b+r , utrzymania status quo za wszelką cenę, co było uzasadnione w początkach lat 90., kiedy rząd o nim zapomniał podczas sprzedawania dużych zakładów przemysłowych zagranicznym inwestorom. Ale minęło już tyle lat, a my ciągle jesteśmy pod wpływem tego dziedzictwa przeszłości.
Polega to, po pierwsze, na bardzo złej strukturze potencjału rozwojowego, jeśli chodzi o lokalizację. Mianowicie, mniej niż 10% potencjału b+r, liczonego np. liczbą pracowników naukowych, tkwi w przedsiębiorstwach. Czyli tam, gdzie pojawiają się innowacje. W związku z tym struktura – jeśli chodzi o potencjał – jest zwichrowana, gdyż pozostałe 90% jest w placówkach badawczych (dawnych jbr-ach), szkołach wyższych i placówkach PAN. Zatem potencjał ten jest zlokalizowany daleko od rynku. Po drugie – istnieje zła struktura nakładów na b+r pod względem charakteru prac. Otóż mamy bardzo duży udział nakładów na badania podstawowe i mniej więcej taki sam na badania rozwojowe, a stanowczo za mały na badania stosowane. W krajach wysoko uprzemysłowionych wygląda to tak, że najmniejsze nakłady są na badania podstawowe, większe na badania stosowane, a największe na prace rozwojowe, co jest czymś naturalnym, bo większość potencjału b+r tkwi w przedsiębiorstwach, konsorcjach, koncernach i innych podmiotach gospodarczych.
- U nas te proporcje się zmieniały, zależnie od siły określonego środowiska i miejsca, skąd przychodził minister nauki – raz większe nakłady udało się wywalczyć tym od nauk podstawowych, raz – tym od stosowanych, raz – tym z uczelni...
- To prawda, ale takie są racjonalne, prawidłowe proporcje w krajach, do których poziomu rozwoju aspirujemy. Trzecim aspektem tego dziedzictwa przeszłości są owe proporcje między nakładami na naukę, jeśli chodzi o źródła finansowania – 2/3 z budżetu i 1/3 z gospodarki. Nie oznacza to jednak, że aby je zmienić, należałoby zmniejszać nakłady z budżetu! One powinny rosnąć, ale nakłady sektora biznesu winny rosnąć jeszcze szybciej. Jeśli strategia państwa polegała na utrzymaniu sektora badawczo-rozwojowego, należało krańcowo przestawić sposób myślenia. To jest trudne, bo w ramach polityki innowacyjnej to przedsiębiorca winien być oczkiem w głowie rządu, natomiast naukowcy, sektor b+r, powinien pełnić rolę służebną, być na usługach przedsiębiorców, stanowić otoczenie przedsiębiorstw. Tymczasem w Polsce zawsze uważano, że to naukowcy są najważniejsi, bo tworzą nowe teorie, idee, wynalazki, odkrycia, które potem powinny być wdrażane do gospodarki. Tymczasem dzisiaj motorem postępu technicznego nie jest naukowiec, zespół czy placówka naukowa, tylko przedsiębiorca, który chce i musi wprowadzać innowacje. Dopiero rozwiązanie, które opracowali naukowcy i wdrożone do produkcji daje postęp techniczny. I to od przedsiębiorcy zależy, czy on chce modernizować swoje przedsiębiorstwo, jak szybko i czy chce korzystać z osiągnięć naukowych.
- Ale przecież są placówki naukowe, które zawsze pracowały na potrzeby rozdrobnionych podmiotów gospodarczych i to różnych sektorów. Trudno im zarzucić, że są daleko od przedsiębiorcy, skoro pracują na jego zlecenie.
- Ciągle mamy jednak do czynienia z tym grzechem pierworodnym: gdzie indziej następuje wdrażanie wyników badań, które gdzie indziej powstają. Przedsiębiorstwa w Polsce i nauka to były i nadal są dwa odrębne światy a jeśli mamy odwrócić te złe proporcje w nakładach na badania, to trzeba wprowadzić działania promujące współpracę tych sektorów oraz wspierać potencjał b+r wewnątrz przedsiębiorstw. Niewiele jest instrumentów, które stymulują nakłady na b+r w przedsiębiorstwach, natomiast można zrobić tak, jak w innych krajach, np. całość nakładów, jakie przedsiębiorstwo przeznaczyło w danym roku na badania rozwojowe potraktować jako koszty, zwolnić z podatku, czy zastosować inne rozwiązania zdecydowanie premiujące przedsiębiorstwa inwestujące w b+r. Bo nie jest przypadkiem, że w UE największy udział nakładów na b+r w dochodzie narodowym ma Finlandia, że Finlandia zajmuje też I miejsce pod względem poziomu innowacyjności (jest taki współczynnik, przyjmujący wartości poniżej zera), że Szwecja ma drugie miejsce pod względem nakładów na b+r w PKB i zajmuje drugie miejsce od względem poziomu innowacyjności. Nie jest też przypadkiem, że Polska jest na trzecim-czwartym miejscu w UE - ale od końca - pod względem nakładów na b+r i na tym samym miejscu pod względem innowacyjności. Oczywiście, nie można powiedzieć, że więcej nakładów na b+r przekłada się na więcej innowacji. Tak nie zawsze jest, ale bez wzrostu na b+r nie będzie postępu cywilizacyjnego, rozwoju nauki, pomysłów wdrażanych do gospodarki, ten sektor nie będzie się rozwijać. Co prawda, to przedsiębiorca ostatecznie decyduje o wdrożeniu innowacji, ale on musi mieć z czego wybierać.
- Przedsiębiorcy często nie chcą współpracować z naukowcami z uwagi m.in. na długie terminy badań, brak wyczucia presji rynku.
- To są nadal dwa światy: świat biznesu mówi innym językiem, a świat nauki – innym. Świat biznesu ma inne oczekiwania, preferencje, a świat nauki inaczej jest oceniany. Oczywiście, należy robić wszystko, aby zintensyfikować współpracę między nimi poprzez np. instytucje pomostowe czy narzędzia polityki o takim charakterze. I w tym obszarze wiele dobrego ostatnio nastąpiło. Ale mam takie wrażenie, że ciągle nie możemy przełamać dziedzictwa przeszłości, polegającego na tym, że kiedyś wycena prac badawczych następowała według pracochłonności. I w dużym stopniu taka mentalność nadal funkcjonuje. Tymczasem biznes jest niecierpliwy – chce mieć wyniki szybko, niekiedy bez względu na koszty. Nieraz to jest możliwe do zrobienia, ale nieraz nie. Trudno jednak jest przestawić się z długofalowego planowania prac badawczych na planowanie krótkoterminowe, ad hoc.
- Niekiedy nie ma pieniędzy na prace długofalowe...
- To jest też związane z kryteriami oceny pracowników naukowych i placówek. Bo motywem do pracy naukowca w przedsiębiorstwie jest jak najszybsze rozwiązanie, wdrożenie i sprzedanie. Z kolei pracownik naukowy w instytucie, czy uczelni myśli innymi kategoriami; on musi mieć publikacje, cytowania, osiągnięcia naukowe, to, co robi musi mieć wielką wagę naukową, być doceniane przez środowisko naukowe, itd. Czyli pracownik naukowy w zależności od tego, gdzie pracuje ma zupełnie inną optykę, inną motywację do pracy.
- Wygląda na to, że to sprzeczności trwałe i nauki z biznesem pogodzić się nie da...
- Jest to możliwe, ale odpowiem pytaniem: dlaczego tak mało polskich profesorów pracuje jednocześnie w nauce i w biznesie? To powinno być powszechne – tymczasem kadra naukowa, jeśli pracuje na dwóch etatach, to często są to etaty akademickie.
- Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5427
Z prof. Andrzejem Szczepańskim członkiem Rady Nauki rozmawia Anna Leszkowska

