Naukowa agora (el)
- Autor: red.
- Odsłon: 6633
Wypowiedź prof. Elżbiety Oleksy z Uniwersytetu Łódzkiego, eksperta Komisji Europejskiej ds. polityki naukowej
- Autor: Stanisław Rakusa-Suszczewski
- Odsłon: 9228
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 64
Od Redakcji: Poniższy tekst dotyczy Republiki Federalnej Niemiec, niemniej poruszana w nim problematyka - zwłaszcza rola i organizacja nauki we współczesnych neoliberalnych społeczeństwach Zachodu dyskutowana jest także w Polsce.
Plandemia koronawirusa uświadomiła to wszystkim. Państwowe instytuty „naukowe”, takie jak Instytut Roberta Kocha (RKI) i Instytut Paula Ehrlicha (PEI), podlegają Federalnemu Ministerstwu Zdrowia (w RFN - przyp. red. SN) i zostały zmuszone do ogłaszania jako uznanych odkryć naukowych tego, co w rzeczywistości było kłamstwem, podstępnie maskowanym jako autorytet naukowy. Miały one nadać totalitarnym środkom izolacji pozory legitymizacji i konieczności, służąc w ten sposób przestępczym celom władzy politycznej. Nie jest to problem kadrowy, który można by rozwiązać poprzez zmianę personelu, ale fundamentalny, oparty na zasadach.
Instytuty państwowe
Kiedy naukowcy są zatrudnieni przez instytucję państwową, znajdują się w relacji zależności, w której mogą być bezpośrednio lub pośrednio naciskani przez przełożonych, aby publikować pożądane wyniki, które nie wynikają z obiektywnych badań naukowych. Chociaż mogliby powoływać się na podstawowe prawo do wolności akademickiej na mocy artykułu 5 ust. 3 Ustawy Zasadniczej,(mowa o prawie w RFN – przyp. red. SN), które w tym przypadku jest skutecznie uchylane przez państwo, wymaga to odwagi i gotowości do zaakceptowania trwałych osobistych niedogodności, nawet utraty dobrze płatnej pracy. Niewielu jest chętnych lub zdolnych do tego. Z reguły naukowcy dają się korumpować; ponieważ jeśli zostaną zwolnieni, inni, którzy się dostosują, po prostu zajmują ich miejsce.
Naukowcy zatrudnieni przez państwo zasadniczo nie mają wolności w swoich badaniach naukowych, które jednak są wyłącznie oddane prawdzie, a zatem z natury rzeczy wymagają wolności. Oznacza to, że naukowiec zależny nie jest już naukowcem. Nie jest już wyłącznie oddany prawdzie, ale swojemu pracodawcy, państwu. Dlatego jego wynikom nie można w ogóle ufać, ponieważ nie da się stwierdzić, czy są prawdziwe, zniekształcone pod naciskiem pracodawcy w imię interesów politycznych, a nawet sfabrykowane.
Oznacza to, że RKI i PEI z natury nie są ani godne zaufania, ani wiarygodne, gdy głoszą cokolwiek w imię nauki. Wydarzenia zorganizowanej przez państwo pandemii koronawirusa powinny były to wszystkim uświadomić. Bez kłamstw rzekomych „naukowców” z tych państwowych instytucji, bez ich zgody na stanie się skorumpowanymi wspólnikami polityków, totalitarne środki z ich dodatkowymi chorobami, utratą środków do życia i śmiercią wielu osób, a także ślepym posłuszeństwem większości społeczeństwa, nie byłyby możliwe. Każdy, kto nadal ufa tym instytucjom, nadal wspiera system sankcjonowanej przez państwo prostytucji nauki.
Problemu nie da się rozwiązać obsadzając stanowiska uczciwymi ludźmi, ponieważ system stale dopuszcza nadużycia. Wynika z tego, że nauka, co do zasady, nie może być w rękach państwa.
Uniwersytety państwowe
Naukowcy i wykładowcy na uniwersytetach państwowych również pozostają w pewnym stosunku zależności. Chociaż ministerstwa edukacji nie mogą wydawać im dyrektyw, są oni zależni od państwa w zakresie dochodów i zasobów finansowych uniwersytetu.
Państwo nie jest neutralne; jego władza ustawodawcza i wykonawcza jest zdominowana przez określone partie polityczne, które również narzucają swoje poglądy na naukę i preferencje dotyczące określonych dyscyplin i obszarów badawczych. Polityka ta znajduje odzwierciedlenie, za pośrednictwem ministerstw edukacji, w środkach finansowych przyznawanych uniwersytetom oraz pośrednio w zatrudnianiu kadry dydaktycznej. Ten ostatni efekt jest tym wyraźniejszy, im bardziej zagorzali członkowie partii są już członkami kadry dydaktycznej i mają wpływ na proces rekrutacji.
Na przykład wiadomo, że uniwersytety przyznają specjalne państwowe fundusze na badania nad klimatem tylko profesorom, którzy podzielają teorię niebezpiecznych, antropogenicznych zmian klimatu. Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) ONZ również odgrywa w tym istotną rolę, znajdując chętną publiczność wśród niektórych partii politycznych, które następnie wywierają wpływ na uczelnie państwowe. Co więcej,
państwo może z łatwością tworzyć nowe kierunki studiów, takie jak „Gender Studies”, przed którymi uniwersytety z trudem się bronią, nawet przy sprzeciwie naukowym.
Wydziały często borykają się z tak dużymi problemami finansowymi, że polegają również na tzw. „finansowaniu zewnętrznym” w przypadku kontraktów badawczych z przemysłem, stając się w efekcie dostawcami usług dla przedsiębiorstw. To z łatwością prowadzi do korupcji z drugiej strony, ponieważ finansowanie korporacyjne jest zazwyczaj naturalnie powiązane z pewnymi oczekiwaniami co do rezultatów.
UE wywiera również wpływ na badania uniwersyteckie za pośrednictwem „Programu szkolnictwa wyższego Jean Monnet”, który spotyka się z uznaniem władz politycznych, w szczególności poprzez tworzenie katedr Jean Monnet poświęconych integracji europejskiej.
Deklaracja Bolońska, proklamowana 19 czerwca 1999 roku przez 29 europejskich ministrów edukacji (nie tylko z UE), wywarła niezwykle głęboki wpływ na kierunki studiów i stopnie naukowe, a tym samym na samą naukę. Stworzyła jednolity Europejski Obszar Szkolnictwa Wyższego, w którym kierunki studiów i stopnie naukowe zostały „zharmonizowane”, co oznacza, że zostały ujednolicone poprzez dwustopniowy system kwalifikacji zawodowych (licencjat/magister). W tym celu kursy zostały podzielone na poszczególne moduły edukacyjne. Wszystko to odbywało się ponad głowami niezależnych pracowników naukowych.
Samo sformułowanie Deklaracji Bolońskiej wskazuje na jej prawdziwy cel: „promowanie kwalifikacji obywateli europejskich, istotnych dla rynku pracy, a także międzynarodowej konkurencyjności europejskiego systemu szkolnictwa wyższego”. Odzwierciedla to ekonomiczny duch neoliberalnej UE, ściśle powiązanej z OECD, której fundamentalną troską jest dostosowanie nauki i badań do interesów i celów nastawionej na zysk gospodarki kapitalistycznej, a nie do niezależnej nauki czy edukacji.
Młodzi naukowcy poszukujący kariery na uniwersytecie państwowym muszą dostosować się do panującego klimatu politycznego. Będą mogli uzyskać doktorat tylko wtedy, gdy będą unikać tematów politycznie niepożądanych. Podobnie, trudno im będzie zostać profesorami i zyskać wpływy akademickie, jeśli będą poruszać nadmiernie krytyczne kwestie dotyczące politycznie wspieranych dziedzin nauki, a nawet krytykować panujący system polityczny.
Podczas wywołanej przez państwo „pandemii” COVID-19 uderzające było, jak często krytycy akademiccy byli ignorowani, oczerniani, a nawet prześladowani. Krytycy ci byli głównie emerytowanymi profesorami, których kariery już się zakończyły. Tylko nieliczni nadal aktywnie pracowali na uniwersytecie, a ich osobista odwaga jest tym bardziej godna pochwały.
Wniosek jest taki, że nawet na państwowych uniwersytetach nauka nie jest wolna, lecz silnie uzależniona od państwa politycznego, a za jego pośrednictwem od gospodarki. To kastruje jej samą istotę, wyjaławia ją, psuje i prostytuuje, zamieniając w uległą służbę dla innych. Nie jest to już nauka – która jest wyłącznie oddana duchowi prawdy – lecz jedynie pozoruje naukę, przywdziewając, jak każde kłamstwo, płaszcz prawdy, aby podstępnie ją wyeliminować, uniemożliwić jej realizację i zniszczyć życie społeczne, niezbędne dla rozwoju wolnej ludzkości. Reżimy totalitarne zawsze jako pierwsze zmuszały naukę do służby.
Nie ma innego rozwiązania, jak uniezależnić naukę od państwa i gospodarki poprzez utworzenie własnej organizacji.
„Korona ducha” góruje nad państwem
Takie spostrzeżenia na temat rzeczywistego stanu nauki i wniosków, jakie można z nich wyciągnąć, są dziś rzadko spotykane, a już na pewno nie w mediach głównego nurtu, które są przecież skorumpowanymi tubami propagandowymi sił politycznych kontrolujących państwo.
Rzadki promyk nadziei pojawił się niedawno u germanisty i dziennikarza dr. Thomasa Hartunga na alternatywnej stronie internetowej ansage.org.
Uważa on naukę za „koronę umysłu” i od samego początku domaga się, abyśmy potrzebowali innej jej koncepcji – „nowej republiki uczonych”, która nie służy państwu, ale jest ponad nim, a zatem jest organizacyjnie niezależna i intelektualnie stanowi wyższą hierarchię, „ w której umysł ma pierwszeństwo przed pieniędzmi, prawo nad władzą, a argument nad większością ”. Ale jaka jest rzeczywistość?
„Niemiecka klasa profesorska – ta klasa akademicka, która od czasu traktatu weimarskiego, a tym bardziej od 1968 roku, uchodzi za sumienie narodu – żyje niemal wyłącznie z funduszy publicznych. Większość profesorów uniwersyteckich to urzędnicy państwowi, fundusze na badania rozdzielają ministerstwa, a o karierze decydują komisje o uwarunkowaniach politycznych. Ci, którzy są tak zależni, łatwo mylą poszukiwanie prawdy z układem zbiorowym pracy: mówią to, co można powiedzieć w ramach systemu, a konformizm mylą z moralnością”.
„Prawdziwa «korona umysłu» wyglądałaby inaczej. Jej elity nie składałyby się z tych, którzy najlepiej parafrazują obecne hasło rządowe we wnioskach o granty, ale z tych, którzy mogą sobie pozwolić na sprzeciwianie się wszelkim rządom w imię wyższego porządku: prawdy, sprawiedliwości, umiaru, tradycji. Jej materialną bazą byłyby fundacje, prywatne uniwersytety, niezależne wydawnictwa, mecenasi sztuki – a nie stanowiska urzędnicze i finansowanie projektów. Tylko ci, którzy nie żyją z państwa, mogą ją prawdziwie krytykować.
To prowadzi nas do dawnej idei republiki uczonych. Nie oznacza ona rządów profesorów, lecz wąskiej grupy ludzi, których głównym zajęciem nie jest administrowanie teraźniejszością, lecz walka o prawdę: filozofów, historyków, teologów, prawników, przyrodników, którzy pracują nie jako interpretatorzy państwa, lecz jako jego krytycy”.
Powstają tam, gdzie nie są instrumentalizowane – ani dla kapitalizmu, ani dla „demokracji bojowej”. Intelektualista, który czerpie swoją rację bytu z pedagogicznego rozpowszechniania aktualnej narracji rządowej w szkołach i talk-show, nie jest uczonym, nie jest naukowcem, lecz demagogiem.
Historia jest pełna wysoko wykształconych przestępców, ale jest równie pełna wysoko wykształconych bojowników ruchu oporu, którzy właśnie dzięki swojemu wykształceniu potrafili powiedzieć „nie”: ideologiom totalitarnym, arbitralności państwa. Totalitaryzmy nie potrzebują „nadmiaru intelektu”, ale raczej zepsucia intelektu: powiązania kariery, dochodów i wyznania. Tam, gdzie to powiązanie zostaje zerwane, gdzie czyjeś materialne istnienie nie jest uzależnione od łaski władzy, opór staje się w ogóle możliwy.
Każdy, kto traktuje to poważnie, musi radykalnie zakwestionować kwestię „elit niezależnych od państwa”: Gdzie dziś pojawiają się intelektualne autorytety, które mogłyby przeciwstawić się kolejnej fali ekstremizmu – czy to lewicowego, prawicowego, religijnego, czy technokratycznego? Z pewnością nie w programach edukacji demokratycznej, z pewnością nie w „zasadach przewodnich przeciwko nienawiści i podżeganiu”, którymi ministerstwa posługują się w ramach swojego moralnego rozgrzeszenia, ale być może raczej tam, gdzie – poza ścieżką kariery akademickiej – ludzie jednoczą się, aby zakładać własne szkoły, wydawnictwa i instytuty badawcze.
Dzisiejsza (państwowa) edukacja polega na wychowywaniu młodych ludzi na posłusznych, bezkrytycznych obywateli. Wychowuje sługi, a nie obywateli.
„Alternatywą jest stara, wręcz wywrotowa idea szkolnictwa wyższego: edukacja w prawdzie, w osądzie, w wewnętrznej wolności – poza codzienną harówką”, edukacyjna arystokracja: „korona umysłu” , której „nie da się kupić ani na państwie, ani na rynku”.
Wolne życie intelektualne
Dr Thomas Hartung wyobraża sobie niezależne, wolne życie duchowe, oddzielone od państwa i gospodarki. W tym życiu ludzkość wznosi się ku prawdzie, mądrości i głębszemu sensowi życia, których nie można odnaleźć w sferze ziemskiej, lecz jedynie w duchu. Tutaj ludzkość odnajduje również siebie, swoją własną duchową istotę. Państwo i gospodarka, przeciwnie, pełnią jedynie funkcję podrzędną. W istocie, ich funkcje odkrywane są najpierw w duchowym życiu nauk, a następnie nadawane im są ziemskie formy. Pod tym względem życie duchowe, w swojej immanentnej randze, stoi ponad państwem i gospodarką. Musi zatem być całkowicie wolne i niezależne, aby być źródłem, z którego życie prawne i gospodarcze jest stale karmione i nieustannie odnawiane.
Kiedy życie intelektualne jest zajęte przez państwo lub gospodarkę, ulega ono zniekształceniu i nadużyciom, służąc ich krótkoterminowym interesom. Służy ono jedynie reprodukcji istniejącego porządku, a autentyczny rozwój w służbie rozwijającej się istoty ludzkiej przestaje mieć miejsce. Wręcz przeciwnie, cała cywilizacja podlega procesowi destrukcji, czego intensywnie doświadczamy.
Taki stan rzeczy będzie trwał, dopóki wystarczająco dużo mądrych ludzi nie zażąda i nie wprowadzi wolnego życia intelektualnego.
Herbert Ludwig
Za: https://fassadenkratzer.de/2026/02/20/vom-staat-abhangige-wissenschaftler-sind-keine-prinzipiell-nicht/
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2104
Na wielu wydziałach uniwersyteckich w Polsce toczy się ożywiona dyskusja wokół następstw reform systemu szkolnictwa wyższego. Temat ten jest drażliwy zwłaszcza na kierunkach humanistycznych i społecznych, które z natury nie poddają się pomiarom, jakie można stosować w naukach przyrodniczych. Część środowisk, zorientowanych na wynalazki związane z parametryzacją, zwęszyła jednak dla siebie niezły interes i ostro krytykuje wszystkich, którzy wytykają mankamenty nowego systemu.
Nigdy bowiem w historii uniwersytetu nie było takiej frajdy, aby liczyły się przede wszystkim notowania formalne, a nie rzeczywiste osiągnięcia. Aby nie umiejąc napisać wartościowego artykułu w języku polskim, można było publikować wątpliwe pod względem poznawczym teksty po angielsku i udawać światowca.
Inflacja produkcji naukowej i dewaluacja standardów prowadzą nieuchronnie do załamania etosu uniwersyteckiego. Pozostanie jedynie produkcyjny wyścig, w którym z pola widzenia znikają wszelkie wartości, typowe dla hierarchicznego, elitarnego i kształtowanego w drodze żmudnej pracy zawodu naukowca i etosu uczonego. Lawinowy przyrost habilitacji (opartych na pozbieranym na łapu-capu dorobku, bez kolokwium i wykładu) nie wpłynął na ukształtowanie się nowej elity naukowej. A miało być tak pięknie.
Najsmutniejsze jest to, że entuzjaści systemu punktacji nie dostrzegają w nim żadnych patologii, związanych zarówno z manipulacją kryteriami (ich ideologizacją), jak i urzędniczą arbitralnością klasyfikowania tytułów i wydawnictw. Przeraża automatyzm w kwalifikowaniu wartości czasopism, według fikcyjnej obsady rad redakcyjnych czy doboru recenzentów. Często zaproszeni z zagranicy uczeni, nawet o znanych nazwiskach, jedynie formalnie legitymizują i uwiarygadniają tytuł, nie mając pojęcia o jego merytorycznym dorobku czy poziomie metodologicznym. Podobnie jest z wieloma tytułami zagranicznymi, które obrosły mitologią.
Zmiana ocen i weryfikacji naukowej z modelu eksperckiego na model punktowy nie rozwiązała bynajmniej żadnego z problemów trapiących środowisko naukowe. Układy, kamaryle i sitwy koleżeńskie mają się nadal dobrze, a przykładów awansów naukowych, w tym profesorskich, według klucza „ty mnie, ja tobie” nie brakuje.
Czy wysoka punktacja odzwierciedla na przykład odkrywczość i oryginalność rezultatów badawczych, czy pomaga odróżniać dzieła wartościowe od przyczynkarskich? Czy rozmaite indeksy są miarodajne, dlaczego te, a nie inne? Czy ktoś w Polsce poddał je jakiejś racjonalnej i krytycznej rekonstrukcji? Czy dzięki bibliometrycznym ewaluacjom wzrasta prestiż naukowy danej jednostki, jaki ma to wpływ na jej wizerunek i odbiór? Jak dzięki punktom rodzą się autorytety naukowe? Kto ustanawia wzorce i punkty odniesienia?
Pieśń ujdzie cało?
Polityka naukowa uczelni powinna niewątpliwie odpowiadać założeniom polityki naukowej państwa. Ale to nie oznacza, że niewolniczo powinna trzymać się absurdalnych urzędniczych instrukcji. Wolność badań naukowych i etos universitas – wspólnoty uczonych i uczących się powinny się obronić w każdych uwarunkowaniach. W końcu polska nauka przeszła przez różne okresy i ustroje polityczne i zawsze uniwersytety wychodziły obronną ręką dzięki wewnątrzsterowności, odwadze cywilnej oraz krytycznej refleksji profesorów i doktorów. Ponoszono oczywiście koszty ideologizacji, zaangażowania politycznego części badaczy, a także swoistej nadgorliwości w wykonywaniu szkodliwych zarządzeń.
Na tle tych doświadczeń warto więc pamiętać, że obroni się to, co jest uczciwe i rzetelne, co nie stanowi wyłącznie odpowiedzi na urzędnicze zamówienie, ani tym bardziej na panującą polityczną modę. Może warto zastanowić się głębiej nad własną suwerennością intelektualną i groźbą jej utraty? Dlaczego tak niewiele głosów słychać o wprzęganiu polskiej politologii w rydwan anglosaskiej ideologizacji i dominacji jednego wzorca kulturowego? Dlaczego nasi sąsiedzi Niemcy nie ulegają tej modzie? Dlaczego Francuzi tak bardzo podkreślają autonomię swojego myślenia o świecie?
Fetysze naukowców
Wśród młodych badaczy zapanował fetysz internacjonalizacji i prymitywnie pojętego „uświatowienia”. Jak dotąd, ów mityczny „świat” nie jest żadnym podmiotem ani w polityce, ani w nauce. Wszystkie pojęcia o „polityce światowej” czy „gospodarce światowej” są pewnymi metaforami i uproszczeniami, a czasem świadomymi nadużyciami, zwłaszcza w kontekście pretensji mocarstwowych i imperialistycznych, np. w przypadku Welpolitik kajzerowskich Niemiec, czy world politics Stanów Zjednoczonych po „zimnej wojnie”. Podobnie jest z „nauką światową”.
Autorzy Polityki naukowej państwa, opublikowanej przez Ministerstwo Nauki i Szkolnictwa Wyższego w 2020 roku słusznie wybrali jako motto wypowiedź Alberta Einsteina: „Nauka jest międzynarodowa, lecz jej sukces zależy od instytucji, które należą do narodów”. Nie wnikając w niekonsekwencje terminologiczne tego dokumentu, należy jednoznacznie podkreślić, że nie ma owej enigmatycznej nauki światowej, jest co najwyżej nauka na świecie, o ile mamy na myśli zestawienie czy przenikanie wzajemne – często na zasadzie konkurencyjności – nauk narodowych. Jest więc nauka amerykańska i chińska, niemiecka i francuska, polska i fińska itd. Wszystkie one mają swoją specyfikę i wnoszą w różnych dziedzinach określony wkład do powszechnej skarbnicy, w zależności od potencjału, osiągnięć, promocji, ekspansji itd. Naukowe Noble są przyznawane przedstawicielom dyscyplin z konkretnych krajów, a nie przedstawicielom nauki światowej.
Zamiast mierzyć się z najbogatszymi, może warto więc spojrzeć na siebie w kontekście „cywilizacyjnej” oryginalności, zastanowić się, co możemy wnieść do powszechnej skarbnicy nie poprzez reprodukcję i imitację zachodnich badań, lecz przez promocję swojej specyfiki i obronę tożsamości. Aby jednak to czynić, potrzebna jest refleksja nad sobą, identyfikacja, a nie ucieczka w stronę „bogatego kawalera” niczym „panna bez posagu”.
Kto ma naprawiać
W świetle wielu obserwacji i badań w Polsce postępuje infantylizacja społeczeństwa, populistyczna degeneracja elit politycznych, ale także moralne skarlenie elit intelektualnych. Lekceważący stosunek do faktów, skłonność do zastępowania wiedzy chciejstwem i wiarą, roszczeniowość wynikająca z braku poczucia samodzielności i odpowiedzialności – to tylko niektóre przejawy kryzysu społeczeństwa polskiego. Uniwersytet winien zabierać w tych sprawach głos, a kadra akademicka, świadoma konsekwencji tych negatywnych zjawisk winna rozumieć własną rolę w kategoriach osobistej odpowiedzialności za siebie i otoczenie.
Oskarżanie najwyższych władz państwowych o wszystkie absurdy występujące w szkolnictwie wyższym jest z jednej strony przypisywaniem tym władzom jakiejś niezwykłej mocy sprawczej, a z drugiej – niewiary w swoje możliwości działania. Środowisko akademickie w Polsce samo musi uporać się z wieloma problemami, w tym także z kreowaniem atmosfery niemożności i kryzysu.
Tak naprawdę to kadra akademicka odpowiada za gusty, aspiracje i racjonalność postaw kolejnych roczników absolwentów uniwersyteckich. Profesorowie i młodsi pracownicy naukowi powinni wyrabiać w swoich wychowankach poszanowanie dla wiedzy, pozyskiwanej w żmudnym procesie uczenia się, a nie dzięki przyzwoleniu władzy. Muszą umieć kształtować postawy krytyczne – zwłaszcza w czasach, gdy odwaga znów tak bardzo podrożała, uczyć panowania nad emocjami, a także – co nie jest bez znaczenia – odporności na indoktrynację, manipulację i demagogię.
Niezbędna autodiagnoza
Z nostalgią wspominam czasy, kiedy senaty Uniwersytetu Warszawskiego kolejnych kadencji uchwalały rozmaite protesty, broniąc wolności obywatelskich czy upominając się o wolność akademicką. W dzisiejszych czasach – mimo że tyle słów wylewa się na co dzień o naruszaniu praworządności i ograniczaniu ludzkich swobód w naszym państwie – trudno liczyć na podobne reakcje. Nie wiadomo, czy kadra naukowa ma poczucie własnej tożsamości w sensie światopoglądowym – czy jest w społecznej awangardzie, ariergardzie, czy w grupie konformistycznych karierowiczów, czekających na swoje pięć minut, zabiegających o szybki awans zawodowy, mierzony administracyjnymi metodami ilościowymi.
Przede wszystkim za mało jest krytycznych wniosków na temat skutków przeprowadzanych od lat reform. Poza pojedynczymi wypowiedziami, nie mamy na ten temat zbiorowego zdania, które poruszyłoby środowisko akademickie w skali ogólnopolskiej. Przyjmujemy wiele dyrektyw bezkrytycznie, prowadząc politykę opartą na zasadzie tisze jediesz, dalsze budiesz.
Środowisko akademickie staje więc przed pilnym zadaniem rzetelnej autodiagnozy, co jest warunkiem powodzenia wszelkich reform. W tym celu powinno spojrzeć prawdzie w oczy, jak wiele negatywnych cech uległo petryfikacji – absurdalny prymat rozmaitych formalizmów, schematów, budżetów i programów nad poznawczą swobodą i naukową pasją.
Nie bez znaczenia jest także degradacja, by nie powiedzieć upokorzenie materialne naukowców. Trzeba wszak przyznać, że wszystkie te absurdy i patologie zachodziły przy udziale, a przynajmniej za cichym przyzwoleniem środowiska nauki.
Postępująca biurokratyzacja doprowadziła do zatracenia celów i wizji tego, czym powinny być uczelnie, studia i badania naukowe. Jedyna nadzieja tkwi zatem w wyzwoleniu inicjatywy i odpowiedzialności ludzi nauki, których stać będzie nie tylko na zdiagnozowanie kryzysu polskich uniwersytetów, ale i podjęcie własnego ryzyka moralnego za podejmowane czyny i zaniechania. W myśleniu naukowym – jak uważał Stanisław Ossowski - nie wolno być posłusznym „ani synodowi, ani komitetowi, ani ministrowi, ani cesarzowi, ani Panu Bogu” (J. Karpiński, Nie być w myśleniu posłusznym: Ossowscy, socjologia, filozofia, Polonia Book Fund, Londyn 1989). Leszek Kołakowski głosił natomiast, że od intelektualistów należy wymagać więcej niż zdolności do nieposłuszeństwa względem doktryny. Także „czujnej nieufności do własnych słów i własnych identyfikacji”. ( L. Kołakowski, Czy diabeł może być zbawiony i 27 innych kazań, Aneks, Londyn 1982).
Potrzebna nowa filozofia nauki
Obecnie potrzeba nowej filozofii nauki, która przywróciłaby wpływ wybitnych indywidualności. Potrzebna jest promocja takich badaczy i ich projektów badawczych, których istotą jest cel poznawczy, intelektualny oddźwięk i rozgłos, a nie poprawa statystyk i wypełnianie kryteriów zawodowego awansu. Środowisko nauki samo musi wykazać wolę i determinację na rzecz ożywienia funkcji centrów życia umysłowego na uczelniach. Tylko przy osobistym zaangażowaniu każdego z profesorów uczelnie mogą stać się kuźniami intelektualnych debat, twórczych rozterek i poszukiwań, ważnych dla kondycji całego społeczeństwa.
Jak jednak tych profesorów nakłonić do działania? Jak stworzyć mechanizmy aktywizujące, a przede wszystkim wyzwalające tkwiącą w wielu miejscach świata akademickiego energię? Nie są to pytania łatwe, tym bardziej, że nie brakuje głosów w środowisku akademickim, iż pracownicy naukowi uczelni czują się wypaleni, osaczeni biurokratycznymi absurdami, poczuciem bezsensu i zagubieniem ideałów. Myślą krytycznie, ale nie zawsze potrafią wyartykułować swojego oburzenie. Boją się zabierać głos w sprawach ich dotyczących, choć odwaga głoszenia poglądów, czasem nawet niewygodnych i niepoprawnych, powinna być na wyższych uczelniach i normą, i cnotą. Brak wiary w możliwość zmiany i monotonia narzekań na akademicką mizerię nie są bynajmniej usprawiedliwieniem dla bezczynności. Poczucie beznadziei nie może trwać nieskończenie. W nauce najważniejsza jest pasja i motywacja do działania.
Stanisław Bieleń
Prof. Stanisław Bieleń jest pracownikiem naukowym Wydziału Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych Uniwersytetu Warszawskiego.
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.

