Naukowa agora (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 139
Przez większą część nowożytnej historii nauka oznaczała wolność zadawania pytań. Dziś ta wolność zanika. Na uniwersytetach, w czasopismach i na platformach cyfrowych krytycy twierdzą, że naukowcy o odmiennych poglądach są usuwani z dyskursu publicznego.
Dwa problemy ujawniły tę transformację wyraźniej niż jakiekolwiek inne: zmiana klimatu i COVID-19.
W obu przypadkach złożone debaty sprowadzono do haseł – „nauka jest ustalona”, „zaufaj ekspertom”, „kieruj się nauką”. W rzeczywistości jednak „nauka” stała się marką – należącą do rządów, korporacji i instytucji medialnych, których interesy finansowe i polityczne zależą od konsensusu, a nie odkrycia. To, co kiedyś było procesem kwestionowania, zostało zastąpione kulturą posłuszeństwa. A tych, którzy odmawiają podporządkowania się, spotyka szybka kara: cenzura, wykluczenie zawodowe i publiczne upokorzenie.
Od dociekań do ideologii
Nauka, w najlepszym wydaniu, jest samokorygująca. Rozkwita dzięki kwestionowaniu, replikacji i rewizji. Jednak współczesny establishment naukowy – silnie zależny od finansowania państwowego i korporacyjnego – traktuje kwestionowanie jako dywersję.
Kiedy pracowałem w biurokracji klimatycznej – najpierw w brytyjskim Departamencie Energii i Zmian Klimatu, a później jako ekspert techniczny w Departamencie Ochrony Środowiska ONZ – widziałem, jak po cichu zarządzano naukową niepewnością. Motywacja była zawsze ta sama: uprościć przekaz, wyolbrzymić zagrożenie, stłumić wątpliwości.
Sprzeciw był nie tylko niewygodny, ale i niebezpieczny. Kariery zależały od podtrzymywania iluzji konsensusu. To był początek tego, co nazywam „ nauką dekretowaną ” – gdzie prawda nie jest odkrywana, lecz ogłaszana.
Credo klimatyczne
Nigdzie nie jest to bardziej widoczne niż w nauce o klimacie. Międzyrządowy Zespół ds. Zmian Klimatu (IPCC) został powołany do badania wpływu człowieka na globalne temperatury, ale jego użyteczność polityczna wkrótce przyćmiła misję naukową.
W połowie lat 90. dowody, które nie pasowały do narracji o emisji dwutlenku węgla, były po cichu minimalizowane. Sygnatariusze Deklaracji Wywiadu Klimatycznego (CLINTEL) twierdzili, że nie ma kryzysu klimatycznego wywołanego przez CO₂ . Jednak ich ustalenia rzadko kiedy ujrzały światło dzienne.
Rozważmy przypadek australijskiego geofizyka morskiego, dr. Petera Ridda, który został zwolniony z Uniwersytetu Jamesa Cooka po publicznym zakwestionowaniu badań, które wykazały poważne szkody wyrządzone Wielkiej Rafie Koralowej przez zmiany klimatu. Ridd utrzymywał, że został ukarany za sprzeciw akademicki, podczas gdy uniwersytet argumentował, że naruszył zasady postępowania w miejscu pracy. Spór toczył się w wielu sądach i ostatecznie przerodził się w ogólnokrajową debatę na temat wolności akademickiej.
W Stanach Zjednoczonych klimatolog Judith Curry — była kierowniczka Wydziału Nauk o Ziemi i Atmosferze na Georgia Tech — zdecydowała się na wcześniejszą emeryturę, twierdząc, że środowisko akademickie stało się wrogo nastawione do naukowców kwestionujących konsensus.
W 2014 roku znany meteorolog Lennart Bengtsson zrezygnował z pracy w Global Warming Policy Foundation, think tanku sceptycznie nastawionym do polityki klimatycznej, po tym jak koledzy ostrzegli go, że jego zaangażowanie może zaszkodzić jego karierze. Bengtsson określił reakcję jako „surową” i „w stylu McCarthy’ego”.
Kiedy klimatolodzy o odmiennych poglądach, tacy jak dr Nils-Axel Mörner – niegdyś przewodniczący Komitetu ds. Poziomu Morza IPCC ONZ – kwestionowali alarmistyczne prognozy, byli oni oczerniani lub ignorowani. W dzisiejszym dyskursie kwestionowanie ortodoksji klimatycznej nie oznacza debaty, lecz herezję.
W książce Climate CO₂ Hoax analizuję dowody naukowe obalające twierdzenia o wpływie CO₂ na klimat – oraz zwodniczy program polityczny ONZ promowany w ramach Celów Zrównoważonego Rozwoju.
Podręcznik pandemii – kontrowersje wokół PCR, liczby zgonów i izolacji wirusa
Potem nadszedł rok 2020. „Kryzys” związany z COVID-19 przyspieszył to, co już zapoczątkowała polityka klimatyczna: połączenie nauki i władzy państwowej. Rządy na całym świecie przejęły bezprecedensową kontrolę nad wypowiedziami, medycyną i ruchem – wszystko w imię „zdrowia publicznego”. Wielkie firmy technologiczne egzekwowały nową ortodoksję, cenzurując na bieżąco lekarzy i badania o odmiennych poglądach.
W mojej książce z 2023 roku No Worries No Virus opublikowałem luki i nieścisłości w oficjalnej narracji na temat COVID-19 — i zastanawiałem się, czy pewne aspekty mogły zostać zaplanowane lub ustrukturyzowane z wyprzedzeniem, aby służyć interesom politycznym i korporacyjnym.
Obawy dotyczące metodologii PCR nie ograniczały się do mediów społecznościowych. Niektóre recenzowane artykuły krytyczne dotyczące testów PCR miały trudności z uzyskaniem widoczności na głównych platformach, a w co najmniej jednym przypadku publikacja doprowadziła do formalnej ponownej oceny metodologii stosowanej w powszechnie przyjętym protokole. Pod koniec 2020 roku czasopismo Eurosurveillance ogłosiło, że dokonuje ponownej oceny wpływowego artykułu Cormana i Drostena dotyczącego PCR, po tym jak wielu naukowców przesłało
recenzowaną krytykę, w której zarzucono wady metodologiczne i niezwykle szybką akceptację (Retraction Watch, 7 grudnia 2020 r.).
Krytycy twierdzą, że tysiące pracowników służby zdrowia zostało uciszonych przez strach i zastraszanie. Na przykład w Irlandii dr Pat Morrissey został zwolniony po publicznej krytyce polityki rządu w związku z COVID-19. Potępił on, jak to określił, „megalomańskich biurokratów”, ostrzegając, że „istnieje bardzo niewiele miejsca na wolność słowa – a ci, którzy się wysilają, narażają się na utratę wolności słowa”. Przesłanie było jednoznaczne: istnieje tylko jedna nauka i jest to nauka państwa.
Byłem jednym z wielu badaczy, którzy twierdzili, że zapisy eksportowe wskazują na duże ilości zestawów testowych oznaczonych na COVID-19, które przemieszczały się przez granice na długo przed oficjalnym ogłoszeniem pandemii COVID-19 w 2019 roku. Z zapisów handlowych wynikało, że zestawy testowe związane z COVID-19 były wymieniane w bazach danych przed oficjalną identyfikacją wirusa. Krytycy twierdzą, że te wpisy były wynikiem wstecznej aktualizacji kodów towarowych – jednak moment ten wciąż budzi wątpliwości analityków co do tego, jak rozpoczęło się wczesne planowanie instytucjonalne.
W moich badaniach odnalazłem również ćwiczenia symulujące pandemię, prowadzone od 1999 r., a także scenariusz Lockstep Fundacji Rockefellera z 2010 r. – oba ćwiczenia promowały autorytarną kontrolę pod przykrywką ochrony zdrowia publicznego.
Kontrowersje budziły również statystyki zgonów z powodu COVID-19. Opierając się na oficjalnych dokumentach i opiniach ekspertów, zbadałem, jak systemy raportowania często klasyfikowały zgony jako związane z COVID-19 wyłącznie na podstawie pozytywnego wyniku testu. Na przykład, w dokumencie rządowym Irlandii Północnej, który pobrałem z sierpnia 2020 roku, stwierdzono, że zgony były liczone, jeśli u zmarłego w ciągu 28 dni uzyskano pozytywny wynik testu, „niezależnie od tego, czy przyczyną zgonu był COVID-19”.
Podobne podejście potwierdzono w Republice Irlandii. Na posiedzeniu Specjalnej Komisji Rządowej ds. COVID-19 w 2020 roku, poseł Michael McNamara zakwestionował decyzję Zarządu Służby Zdrowia (Health Service Executive), który przyznał, że zgony rejestrowano jako zgony z powodu COVID-19, gdy wynik testu był pozytywny – nawet w przypadkach takich jak zawały serca czy wypadki.
W Stanach Zjednoczonych, dr Ngozi Ezike, dyrektor ds. zdrowia publicznego stanu Illinois , wyjaśniła, że każda osoba umierająca z pozytywnym wynikiem testu była liczona jako zgon z powodu COVID-19, nawet jeśli oczywista była inna przyczyna. Jak wyjaśniła: „technicznie rzecz biorąc, nawet jeśli zmarło się z wyraźnej, alternatywnej przyczyny, ale jednocześnie miało się COVID-19, to i tak jest to odnotowane jako zgon z powodu COVID-19”. Raport CDC z sierpnia 2020 roku wykazał również, że większość zarejestrowanych zgonów z powodu COVID-19 wiązała się z innymi, poważnymi schorzeniami. Krytycy twierdzą, że dowodzi to, że zgony „z” COVID-19 nie zawsze można było odróżnić od zgonów „na” COVID-19.
Co więcej, wspominanie o skutkach ubocznych szczepionek może skutkować banem, o czym przekonałem się osobiście, gdy zostałem zbanowany na Twitterze za publikowanie publicznie dostępnych danych na temat skutków ubocznych.
Poza debatami na temat liczenia, niektórzy naukowcy posunęli się dalej, kwestionując podstawy samej wirusologii. Mała, ale głośna grupa naukowców, w tym dr Stefan Lanka, dr Claus Köhnlein, dr Thomas Cowan i dr Sam Bailey, kwestionuje konwencjonalną wirusologię. Twierdzą, że istnienie wirusów takich jak SARS-CoV nie zostało naukowo udowodnione w sposób, w jaki twierdzi konwencjonalna wirusologia. Kwestionują, czy SARS-CoV-2 został ostatecznie wyizolowany zgodnie ze standardami, które ich zdaniem są wymagane, sugerując, że obecne testy mogą wychwytywać fragmenty ludzkiego materiału genetycznego, a nie zupełnie nowego wirusa. Lanka twierdzi, że współczesna wirusologia obrała zły kierunek w latach 50. i od tego czasu jest utrwalana dla zysku. Analizuję ich pracę szczegółowo w książce No Worries No Virus . Ich stanowisko nie jest akceptowane przez głównego nurtu wirusologów, którzy kwestionują te twierdzenia.
Podsumowując, moje badania sugerują, że to, co społeczeństwo postrzegało jako stan zagrożenia zdrowia, funkcjonowało raczej jako system kontroli kształtowany przez interesy polityczne, wadliwą naukę i znaczące bodźce finansowe. Z mojej perspektywy, prawdziwa historia COVID-19 dotyczyła nie tyle medycyny, co władzy. Cenzura instytucjonalna tłumiła głosy sprzeciwu – w tym mój własny – po tym, jak zostałem zawieszony w mediach społecznościowych za udostępnianie dokumentów przetargowych, które zdawały się wskazywać na wcześniejsze planowanie postępowania w przypadku urazów poszczepiennych.
Kryzys duchowy kryjący się za „nauką dekretową”
Głębszy problem ma charakter nie tylko polityczny, ale i filozoficzny. Współczesna technokracja zastąpiła prawdę materializmem, a wiarę w postęp wiarą w kontrolę. Moje badania wskazują, że różne obszary „nauki” establishmentu – od nauki o klimacie po politykę pandemiczną – zostały nagięte do służenia zyskowi, korporacyjnym planom i ideologii, wykluczając jednocześnie Boga, świadomość i sens.
Krytycy argumentują, że oddzielając naukę od szerszych zagadnień filozoficznych czy duchowych, współczesne instytucje kładą nacisk na dane, ignorując głębsze kwestie znaczenia i prawdy. W tym ujęciu wyłonił się rodzaj technokracji – takiej, w której instytucje naukowe mogą sprawiać wrażenie mniej badaczy rzeczywistości, a bardziej strażników ugruntowanej doktryny. Prawdziwa nauka dąży do zrozumienia; fałszywa nauka dąży do posłuszeństwa.
Jeśli chcemy przywrócić prawdziwą dociekliwość, musimy odzyskać nie tylko wolność intelektualną, ale także pokorę moralną i duchową — uznanie, że prawda nie może być własnością państwa, rynku ani algorytmu.
Maszyny cenzury
Ta transformacja nie nastąpiła przypadkowo. W 2023 roku raporty śledcze ujawniły istnienie tego, co naukowcy nazywają obecnie Kompleksem Przemysłowej Cenzury – rozległego sojuszu agencji rządowych, ośrodków analitycznych, uniwersytetów i korporacji technologicznych.
Ujawnienia w „Twitter Files” wskazują, że agencje takie jak Departament Bezpieczeństwa Krajowego i CDC współpracowały z firmami mediów społecznościowych w celu oznaczania, obniżania rangi lub usuwania „dezinformacji”. Według doniesień, celem ataków byli często certyfikowani eksperci, dziennikarze i zwykli obywatele, których poglądy odbiegały od oficjalnej polityki.
System ten działa teraz globalnie, pod nowymi nazwami i z nowym finansowaniem – często uzasadniając to potrzebą zwalczania „dezinformacji klimatycznej” lub „dezinformacji medycznej”. Nie jest to cenzura w dawnym rozumieniu zakazywania lub palenia książek; dzisiejsze tłumienie często przybiera formę ograniczenia widoczności – algorytmów, które obniżają rangę lub ukrywają odmienne poglądy, aż stają się trudne do odnalezienia. To forma cyfrowego wymazywania, w której odmienne poglądy po prostu przestają istnieć.
Ekonomia posłuszeństwa
Dzisiejsze przedsięwzięcia naukowe często opisuje się jako wielomiliardowy system, w którym kariery, finansowanie i publikacje często zależą od trzymania się przyjętych narracji – finansowanie i awans często nagradzają przestrzeganie zasad, a nie otwartą debatę. Naukowcy, którzy kwestionują dogmaty dotyczące klimatu lub pandemii, ryzykują swoją karierę, finansowanie i źródła utrzymania.
Rządy finansują obecnie badania, które potwierdzają politykę, a nie ją podważają – dostarczając dowodów opartych na polityce zamiast polityki opartej na dowodach. Również korporacje wykorzystują „naukę” jako broń dla zysku: firmy farmaceutyczne wykorzystują ją do uciszania kontroli, a giganci energetyczni do uzasadniania rynków emisji dwutlenku węgla, które wzbogacają elity i obciążają biedniejsze kraje.
Retoryka „ratowania planety” czy „ochrony życia” może maskować to, co krytycy twierdzą, że ostatecznie jest przekazaniem władzy z rąk społeczeństwa w ręce klasy technokratycznej. Ta dynamika rozwija się, gdy rządy przeznaczają ogromne sumy z publicznych pieniędzy na walkę ze zmianami klimatu i pandemiami. Firmy z branży energii odnawialnej otrzymały znaczne dotacje, a producenci farmaceutyków, tacy jak Pfizer i Moderna, odnotowali rekordowe przychody w czasie pandemii.
Kiedy prawda staje się zdradą
Moralizowanie nauki zamieniło sprzeciw w grzech. Sceptyk klimatyczny nie jest „w błędzie” – jest „negacjonistą”. Lekarz kwestionujący nakazy nie „dyskutuje” – on „szerzy dezinformację”. To język religii, a nie rozumu. Nauka bez sprzeciwu wcale nie jest nauką; to propaganda. Ale cena milczenia w teraźniejszości jest ogromna: całe pokolenie uczy się, że konformizm równa się integralności.
Przywracanie wolności naukowej
Odpowiedzią nie jest odrzucenie nauki, lecz jej odpolitycznienie. Zaczyna się to od przejrzystości: otwartych danych, otwartej debaty i otwartego finansowania. Badania nie powinny być filtrowane przez biurokratyczne agendy ani interesy korporacyjne. Niezależne czasopisma, zdecentralizowane platformy i obywatelskie badania naukowe oferują drogę naprzód – jeśli społeczeństwo tego zażąda. Nauka należy do wszystkich, a nie do technokratów, którzy zarządzają jej narracją. Prawdziwy postęp w dziedzinie ochrony środowiska i medycyny nigdy nie będzie wynikał z cenzury, ale z ciekawości – tej samej cechy, która zbudowała samą cywilizację.
Nowa era technokratycznej wiary
Wkraczamy w erę, w której „wiara w naukę” zastąpiła wiarę w Boga – ale bez pokory i łaski. Wielu obawia się, że niewielka liczba platform technologicznych ma obecnie niezwykłą moc kształtowania tego, jakie informacje są widoczne – skutecznie wpływając za pomocą algorytmów na to, które punkty widzenia są promowane, a które ignorowane.
Jeśli nie przywrócimy wolności kwestionowania – czy to w kwestii emisji dwutlenku węgla, COVID-19, czy jakiegokolwiek przyszłego kryzysu – znajdziemy się nie w gospodarce opartej na wiedzy, lecz w więzieniu informacyjnym. Dla krytyków, część instytucjonalnej nauki funkcjonuje teraz niemal jak nowy świecki autorytet – taki, który kładzie nacisk na uległość i kontrolę. A jej heretycy są, po raz kolejny, ostatnimi obrońcami rozumu.
Mark Keenan
Mark Keenan jest byłym naukowcem w brytyjskim Departamencie Energii i Zmian Klimatu oraz byłym urzędnikiem ds. ochrony środowiska w Organizacji Narodów Zjednoczonych. Pisze o zbieżności nauki, władzy i ideologii.
Więcej - https://www.globalresearch.ca/dissent-censorship-new-technocracy/5905618
- Autor: ANNA LESZKOWSKA
- Odsłon: 5252
Wypowiedź prof. Elżbiety Mączyńskiej, prezesa Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego na temat reformy szkolnictwa wyższego.
Redakcja: Od chwili podpisania w 1999 roku Deklaracji bolońskiej trwa dyskusja na temat roli uniwersytetów i kierunku ich rozwoju. Wady Deklaracji Bolońskiej są znane, niemniej czy w Polsce nie traktujemy jej zapisów tak, jak to się dzieje z funduszami unijnymi? Czy nie tworzymy więcej biurokracji niż to wymyślono i niż potrzeba?
Prof. Elżbieta Mączyńska: System edukacyjny, jaki wdrażamy wiąże się z ogromną ilością pytań, wyliczanek, sprawozdań, co jest dla nauczycieli akademickich bardzo uciążliwe. A przecież już Albert Einstein konstatował, że to co się liczy, nie da się policzyć, a to, co da się policzyć, się nie liczy.
Patrzę na system boloński dość krytycznie, choć rozumiem, że w zglobalizowanym świecie edukacja musi być w jakimś stopniu ujednolicona, choćby po to, żeby była możliwa wymiana studentów. Cenne jest wprowadzenie ujednoliconych ram programowych, ale nie można sprowadzać systemu edukacyjnego do zbierania punktów i testów. Standaryzacja w tym obszarze idzie w Polsce za daleko, do nauczania podchodzi się schematycznie i w związku z tym - traci się na poziomie nauczania. Absolwenci uczelni, którzy skończyli studia według nowego systemu nie są mądrzejsi od tych, którzy kończyli studia wcześniej. Poprzez proces boloński zmierzamy do niesłychanego zbiurokratyzowania systemu pracy uczelni, studentów i pracowników dydaktycznych. Jeśli dodamy do tego możliwości komputerów, które mogą studenta egzaminować, uczyć, to nauczyciel akademicki może okazać się niepotrzebny.
Odejście od idei uniwersytetu humboldtowskiego i przyjęcie deklaracji bolońskiej określam jako makdonaldyzację nauczania. Absolwent uniwersytetu staje się bowiem produktem iluś testów, maleje liczba kontaktów studentów z wykładowcami, zmienia się relacja nauczyciel-student na niekorzyść obu stron. Sama się buntuję przeciwko temu i zamiast stosować testy egzaminuję osobiście – dokąd jeszcze mam do tego prawo.
Zawsze było tak, że szkoła wyższa miała wyższe cele – miała przygotowywać człowieka do lepszego rozumienia świata, uczyć samodzielnego myślenia, rozumienia procesów społecznych, podwyższenia poziomu debaty publicznej, itd. Ze szkoły wyższej miała wychodzić inteligencja nie tyle z określonymi umiejętnościami, ile z szeroką wiedzą ogólną, dużym potencjałem intelektualnym. Ciągle też chcielibyśmy, aby w nauce była duża swoboda badań, aby badania nie były poddawane presji czasu.
Obecnie jednak mamy problem z pogodzeniem tej humboldtowskiej idei uniwersytetu z coraz powszechniejszym modelem biznesowym uczelni. Coś powinniśmy więc w tej sprawie robić, trzeba znaleźć złoty środek. Nie można pozwolić, aby uczelnie stały się fabrykami biznesu, bo będzie to zabójcze dla rozwoju nauki, dla kadry naukowej, i dla studentów. Zwłaszcza, że u nas nie ma takiej tradycji jak w USA, gdzie uczelnie bazują na relacjach biznesowych.
Poza tym nie jestem pewna, czy są to dobre wzorce. Wzięliśmy bowiem z zachodnich rozwiązań to, co jest tam teraz podważane i negowane, z czego się wycofują. Należy do tego też tendencja ujmowania wszystkiego w liczby, bo wiadomo, że kierunek ilościowy jest mało efektywny.
Joel Bakan, profesor prawa z Kanady, w książce Korporacja, czyli patologiczna pogoń za zyskiem i władzą, przestrzega przed całkowitym sprywatyzowaniem procesu nauczania i jego ubiznesowieniu. Uważa, że to może być groźne i dla nauczania, i nauki, gdyż korporacje będą narzucać swoje kierunki badań i decydować o sposobie upowszechniania ich wyników. Udowodnieniem tej tezy jest pokazanie przez Johna C. Bogle'a, autora książki Dość, że na uczelniach amerykańskich inwestowało się głównie w kształcenie ekonomiczne dla potrzeb sektora finansowego – nikt nie chciał studiować ambitniejszych kierunków, nawet historii gospodarczej. Na podejście biznesowe w polskich uniwersytetach wskazuje wprowadzenie umów ze studentami. Mnie to szokuje.
Uniwersytet to Universum – to jak najszersze poznawanie świata, swoboda dla rozwoju wyobraźni. A w jaki sposób biznes może wyznaczać kierunki rozwoju dla uniwersytetu? Biznes często sam nie ma strategii, w biznesie jest short termin, coraz bardziej rządzi tam dzwon na giełdzie. Jeśli podejdziemy do uniwersytetów jak do uczelni czysto biznesowych, to może się okazać, że nie będą one kształcić np. humanistów, bo kształcenie w tym kierunku biznesowi nie będzie się opłacać.
Uważam, że w przypadku kształtu i roli uniwersytetów – tak jak we wszystkim – należy wybrać złoty środek, choć podejście biznesowe jest moim zdaniem nadmiernym sprymityzoaniem. We wszystkich krajach od lat jest problem nieprzystosowania nauki do praktyki. Czy uniwersytet powinien się dopasować do gospodarki, czy gospodarka do uniwersytetu? – moim zdaniem winno być jedno i drugie, bo każda skrajność jest niedobra. Praktyka, gospodarka nie może wiązać rąk uczelniom, one muszą mieć margines swobody.
Sprawa finansowania uczelni i studentów nie jest jednak łatwa, bo nigdy wcześniej nauka, badania naukowe, nie były tak kosztowne jak obecnie. Państwo nie jest w stanie w pełni finansować i studiów, i rozwoju uczelni, toteż szukają one pomocy w biznesie, tracąc niezależność uniwersytetu humboldtowskiego. Ale przecież sponsorem uczelni może być sam student - już obecnie studia zaoczne i podyplomowe są przecież płatne.
Odpłatność za studia to decyzja polityczna i żaden polityk pewnie się za tym nie opowie, mając na względzie wybory. Niemniej, na problemie, który teraz mamy, że jedni studenci płacą za studia, a drudzy nie, połamie sobie pewnie zęby niejeden z nich.
Ale odpłatność za studia jest zależna od modelu rozwoju państwa i przyjętego systemu. Jeśli system jest czysto wolnorynkowy – a takiego chyba nigdzie nie ma – to można sobie wyobrazić studia całkowicie płatne. Taki proces w gruncie rzeczy już się zaczął wskutek globalizacji i powstania prywatnych uczelni.
Trzeba liczyć się z faktem, że szkolnictwo w formie, jaką znamy przestanie istnieć.
Zwracał na to uwagę już kilka dekad temu, m. in. „papież zarządzania” Peter Drucker, prognozując, że w bieżącym stuleciu pod wpływem „twórczej destrukcji” mogą w ogóle zniknąć wyższe uczelnie. Otwarte pozostaje zatem pytanie co je zastąpi.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2513
Z prof. Adamem Koseskim, rektorem Akademii Humanistycznej w Pułtusku rozmawia Anna Leszkowska
-
Panie profesorze, krytyka szkolnictwa wyższego osiągnęła chyba apogeum.
Dotyczy zarówno organizacji, jakości kształcenia i prowadzonych badań, jak i poziomu finansowania.
Krytykują też ten system wszystkie zainteresowane strony: nauczyciele akademiccy, studenci, decydenci.
Czy mamy do czynienia z zapaścią w systemie edukacji, wyczerpywaniem się ścieżki rozwoju imitacyjnego, czy może utowarowienia wszystkiego, także wiedzy?
- Jednoznaczna odpowiedź na to pytanie jest niesłychanie trudna. Myślę, że wszystkie rządy po 1989 roku zapracowały na tę sytuację, w jakiej znajduje się polskie szkolnictwo wyższe, bez względu na to, czy były reprezentowane przez lewicę, centrum czy prawicę. Z całą pewnością doszliśmy do takiego punktu, w którym szkolnictwo wyższe zostało niezwykle mocno urynkowione.
W istocie szkolnictwem rządzi pieniądz, o który trwa walka. I każdy stara się wyrwać tyle, ile może, korzystając z różnych sposobów, łącznie z tzw. układami.
Myślę, że kolejną przyczyną kryzysu – może nie aż tak głębokiego, bo przecież są segmenty szkolnictwa, które mogą pochwalić się sukcesami - jest próba jego reformowania w sposób nieustający. Każdy kolejny rząd zamiast uzupełnić istniejące prawo o pozytywne elementy, stara się zmienić wszystko i zaczyna od nowa.
Poza tym nie mamy w całym szkolnictwie – poczynając od szkoły podstawowej, poprzez gimnazjum, liceum, licencjat, magisterium i doktorat – ciągłości w reformowaniu. Każdy minister: zarówno edukacji, jak i szkolnictwa wyższego reformuje według własnego uznania.
Rezultat jest taki, że nastąpiło całkowite rozprzężenie tego wszystkiego, z czym mamy do czynienia w szkolnictwie wyższym.
W wielu przypadkach poza tym poszliśmy na ilość nie jakość, a jak wiadomo - jedno w drugie samo się nie przekształca.
Ale z drugiej strony, są przecież uczelnie – zarówno publiczne, jak i niepubliczne, które kształcą na dobrym poziomie i są takie obszary nauki i badań naukowych, które zasługują na uznanie.
Problem jest taki, czy należałoby tym uczelniom i tym badaniom przeszkadzać, tj. ordynować przez każdego nowego ministra sposób postępowania. W tym momencie doszliśmy do punktu, w którym mamy odnowić wszystko, co już było, czyli powrócić do starego.
W ostatnich dniach dyskusje o szkolnictwie wyższym ożywiła wypowiedź wicepremiera Glińskiego dotycząca rezygnacji
Polski z tzw. procesu bolońskiego oraz zaostrzenia warunków rekrutacyjnych na uczelnie. Z kolei minister nauki Gowin zapowiedział wybór flagowych uczelni i priorytetów w nauce oraz jej odbiurokratyzowanie. Jak pan ocenia te zapowiedzi?
System boloński, jak każdy system ma swoje zalety, ale i wady. Największą z jego zalet jest wolność wyboru uczelni na każdym etapie studiów i to niezależnie od państwa. W momencie jego wdrażania w Polsce, trochę przesadziliśmy z systemem 3+2, a w dodatku wprowadziliśmy trzeci stopień, doktoranturę. Oczywiście, ten system nadal jest potrzebny, ale w niektórych dyscyplinach czy specjalnościach czysto zawodowych można poprzestać na trzyletnim kształceniu.
Z tym się również wiąże problem państwowych wyższych szkół zawodowych, które zamiast kształcić zawodowo, domagają się uprawnień do kształcenia na poziomie magisterskim. Ale w takich specjalnościach jak prawo, medycyna, psychologia – trudno wykształcić specjalistę przez trzy lata. Wszędzie, wszędzie gdzie wprowadzano system boloński modyfikowano go z uwagi na racjonalność, ale i tradycję szkolnictwa w danym kraju. Można przecież wprowadzić system 3+1 lub 5-2. To, oczywiście, wymaga dyskusji, ale chyba warto spróbować. Moim zdaniem, system boloński powinien obowiązywać z uwzględnieniem polskich realiów.
Wicepremier Gliński uzasadniał swój pogląd tym, że studenci po licencjacie uczą się tego samego, czego już raz się uczyli, zatem jest to czas stracony...
Nie zgadzam się z taką optyką, gdyż każdy rok kształcenia to dodatkowa wiedza i jeśli do tej czysto zawodowej dodamy wiedzę z innego pułapu, o innej wartości, to wiedza zawodowa też będzie na innym, wyższym poziomie. To tak, jak kiedyś prowadzona dyskusja na temat osłabienia nauk humanistycznych na rzecz technicznych. Otóż nie ma techniki bez humanistyki i humanistyki bez techniki.
Absolwenci humanistyki mają trochę inne zdanie...
Wiem, ale jest zadziwiające, że uważa się, iż po naukach humanistycznych nie ma pracy. Tymczasem, patrząc na liderów politycznych prawie wszystkich partii, to są nimi historycy, politolodzy, prawnicy... Skąd więc ta niechęć decydentów do nauk humanistycznych – nie wiem.
Czy powrót do matur nie będących jedynie testami i egzaminów na studia – jak było dawniej - to dobry pomysł?
No właśnie, uważa się, że przed 89 rokiem było źle, po czym chce się wrócić do tego systemu... Okazuje się, że nie był to taki całkowicie zły system. Problem jednak w tym, czy chcemy wrócić do systemu sprzed II wojny światowej, czy do tego z PRL. Każdy system ma swoje plusy i minusy, ale sądzę, że powinniśmy trzymać się polskiej tradycji i wprowadzać do obowiązującego systemu elementy kreatywności, innowacyjności. O tym się mówi, ale nie stosuje.
Czyli gdyby wprowadzać reformę szkół wyższych, najpierw trzeba byłoby zacząć od szkól średnich...
Myślę, że całego szkolnictwa, od podstawowego poczynając, przez gimnazja, których byłem kiedyś przeciwnikiem, ale okazało się, że one nie są takie złe. Zdobyły one jedenaste miejsce w świecie i piąte w Europie, jeśli chodzi o nauczanie matematyki. Być może w tym systemie 6+3+3 są pewne elementy wychowawcze? Jeśli idzie o testy, jestem ich przeciwnikiem jako wyłącznej metodzie sprawdzania wiedzy. To może być przydatne w naukach ścisłych, ale nie humanistycznych. Samo testowanie jest o tyle złe, że teoretycznie można uzyskać bez żadnej wiedzy wynik 50+1. Trzeba tylko mieć trochę szczęścia. Jak w totolotku.
Ale totolotku wygrywa jeden, a tutaj – tysiące...
Puściliśmy na żywioł to, co nie powinno być puszczone, dlatego najwyższy czas zabrać się za jakość kształcenia.
Minister Gowin zapowiedział nową ustawę...
W tej chwili nie mamy jeszcze wiedzy dotyczącej reformowania szkolnictwa wyższego przez nowy rząd. Wydaje się, że przede wszystkim powinniśmy zerwać z koszmarnym zbiurokratyzowaniem nauki. Nie może być tak, że nauczyciel akademicki większość czasu spędza na wypełnianiu sylabusów i ich tworzeniu, a nie ma czasu na rozmowę ze studentem. Krajowe Ramy Kwalifikacyjne są naprawdę złym pomysłem. Nie mówię, że generalnie potępić trzeba wszystko, niemniej nie można wprowadzać standardu dla wszystkich dziedzin wiedzy. Inaczej bowiem trzeba podejść do nauk humanistycznych, artystycznych, a inaczej do sportowych, technicznych czy ścisłych.
Z czego wynikało takie rozwiązanie?
Uzasadnieniem – jak zwykle – było to, że tak będzie lepiej, że trzeba wprowadzić określone wskaźniki jakości i wprowadzono je dla wszystkich jednakowe.
Ale absurdem jest to, że nauczyciele akademiccy muszą opisywać każdą swoją czynność...
Jest to nadmierna kontrola, ale - choć przykro to mówić – spowodowana tym, że część nauczycieli akademickich w istocie przekraczała pewne bariery, których przekraczać nie powinna. Chodziło o ich zdyscyplinowanie. Ale wiele z tych zjawisk wynikało z kolei z przyspieszonej „produkcji” absolwentów. Skoro liczba studentów po ‘89 roku wzrosła pięciokrotnie, a nauczycieli akademickich tylko dwukrotnie, to trzeba było przyspieszyć proces nadawania stopni i tytułów naukowych. Ale popyt na studia już maleje...
A jaki jest pana pogląd na zapowiedź min. Gowina ustanowienia wiodących kierunków w nauce, wymagających lepszego finansowania, owych słynnych na przestrzeni dziejów priorytetów, z którymi żadna władza nie dała sobie dotąd rady?
Przesłanie jest, oczywiście, słuszne, tylko nie wiemy, jak ono będzie realizowane. Jeśli tak jak dotąd – to niewiele z tego będziemy mieli.
Ta zapowiedź ministra dotyczyła także wyboru najlepszych szkół wyższych spośród ok. 400 i nadania im priorytetowego znaczenia.
Głównym celem ataku będą zapewne szkoły niepubliczne. Trzeba jednak zwrócić uwagę, że istnieje cała grupa państwowych wyższych szkół zawodowych, niektórych na niezłym poziomie, stworzonych z powodów czysto politycznych, za rządów premiera Buzka. One winny pozostać szkołami zawodowymi, a nie kształcącymi na poziomie magisterskim.
Nie można zaprzepaścić tego wszystkiego, co było osiągnięciem szkolnictwa niepublicznego. Zapewne min. Gowin o tym dobrze wie, gdyż sam był przez 8 lat rektorem szkoły niepublicznej. Uważam, że potrzebna tu jest roztropność, rozwaga w podejmowaniu decyzji i nie działanie pochopne, nadmierne przyspieszenie. Bo pośpiech w nauce nie jest rzeczą dobrą.
Rozmawiamy tuż po zmianie rządu, więc mało znamy konkretów, ale z drugiej strony, w tym roku odbywa się wiele protestów – zwłaszcza humanistów, odnośnie do reformy szkolnictwa wyższego. Czy tego niezadowolenia nie należy łączyć także z utowarowieniem wiedzy i samego procesu studiowania? Dzisiejszy uniwersytet w niczym przecież nie przypomina Humboldtowskiego, gdzie toczy się nieskrępowane dyskusje, powstają idee...
Powinno się o tym mówić. Jeśli nie mamy wizji, ani spojrzenia na to, co przeszliśmy i na to, co się dzieje obecnie i co nas czeka, to idea uniwersytecka nie straciła na znaczeniu. Jest niezbędna w życiu publicznym, działa też na korzyść nauk technicznych, kraju, ludzi, wartości etycznych, moralnych - jeśli chcemy kształtować społeczeństwo wiedzy, pamiętające o swoich tradycjach.
Ale nie o polityce historycznej mówię, a o pamięci historycznej, bo polityka historyczna z tradycji wybiera tylko te elementy, które służą realizacji celów konkretnej ekipy rządzącej. Natomiast pamięć historyczna – i temu służą uniwersytety, ale i szkoły techniczne, które przez wieki dbały o patriotyczne wychowanie, wysoki poziom języka polskiego – dotyczy całej naszej tradycji.
Zatem ta idea, idea uniwersytetu, nie jest martwa, choć czasami ją spychamy w kąt. Niezbędna jest zwłaszcza w czasach kryzysu, pomaga go przezwyciężyć. Weszliśmy w dziką fazę kapitalizmu - wydaje nam się, że jesteśmy w stanie nadgonić czas w odniesieniu do państw Europy Zachodniej. Nie jest to jednak możliwe, nie możemy jeszcze żyć na poziomie Niemiec, Francji czy Wielkiej Brytanii.
Ale jak te idee wprowadzić w życie, skoro młodzież musi pracować, żeby się utrzymać na studiach, czy robić doktoraty, nauczyciele akademiccy dorabiają i nie mają czasu na badania naukowe, z powodu dużej liczby studentów nie ma relacji mistrz-uczeń, itd., itp. Wiedzę zdobywa się tylko po to, żeby mieć dobrze płatną pracę.
Wiedza dla wiedzy jest rzeczą cenną samą w sobie, niemniej ta zdobywana wiedza powinna też być przydatna dla dobra publicznego. Przyznaję, że ciężko jest studiować i pracować, ale znane są przykłady z historii, że studenci ciężko pracowali i osiągali sukcesy naukowe.
Przed wojną na uniwersytetach studiowało więcej młodzieży z rodzin chłopskich niż obecnie. Świadczy to o pewnym zakłóceniu naboru na uczelnie i systemu kształcenia.
A jeśli idzie o brak wolnego czasu profesury – otóż bez względu na to, jak wysokie pobory by otrzymywała, to zawsze będą za niskie. To nie jest popularne, ale ciągle powtarzam: 180 czy 210 godzin dydaktycznych dla profesora to nie jest nadmierny wysiłek umysłowy. Przy czym od wielu profesorów czy nauczycieli akademickich nie można wydostać w ciągu roku nawet jednej recenzji. Ludzie nie piszą, nie mają osiągnięć, w dodatku cały system recenzowania i oceniania – był i jest – nieprawidłowy z uwagi na różnorakie powiązania, które dzisiaj bardzo się rozpowszechniły.
Nie chciałbym jednak uogólniać i mówić, że za sytuację w szkolnictwie wyższym odpowiedzialna jest jakaś jedna grupa – na to się nawarstwiają różne sprawy i czas. Nie eliminujemy drobnych błędów, po czym one się kumulują. Powstaje węzeł gordyjski, który trzeba przeciąć, a to jest bolesne.
Przecięcie węzła gordyjskiego to jednak działanie radykalne – czy w taki sposób winno się reformować szkolnictwo wyższe?
Nie można wywracać do góry nogami systemu, który działa. Raczej poprawiać, reformować drobnymi krokami.
Czyli nie nowa ustawa?
Nie nowa ustawa, lecz jej modyfikacja. Ostrożny byłbym z nowymi reformami, ważne są korekty – nawet dość dotkliwe, ale nie zmiany systemu. System można oceniać dopiero po okresie wdrażania.
Państwo musi wytyczać cele, bo ma określony plan rozwoju społeczno-gospodarczego, kulturalnego. Ingerencja rządu w kształcenie na poziomie wyższym jest zatem potrzebna, ale nie zanadto rygorystyczna i opresyjna. Powinna wskazywać cele i kierunki z uwzględnieniem realiów i zmieniającej się rzeczywistości.
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: red.
- Odsłon: 5631

