Politologia (el)
- Autor: lb
- Odsłon: 6358
W wydanej ostatnio książce prof. Witolda Kieżuna – "Patologia transformacji" (wydawnictwo Poltex) znajduje się wielce ciekawy opis procesu transformacji administracji w Polsce. Autor analizuje zmiany w ustroju administracyjnym państwa, jakie nastąpiły po 1989 roku. Poniżej przytaczamy fragmenty tego opisu.
„Po powołaniu rządu niepartyjnego premiera Mazowieckiego 1 września 1989 roku, już 8 marca 1990 roku powstała ustawa o samorządzie gminnym. Ustaliła ona racjonalny schemat statycznej struktury administracji z dwuszczeblową administracją terenową gmin i województw /.../. Nie było jednak jeszcze koncepcji całości systemu transformacji administracji w nawiązaniu do Konstytucji, która została uchwalona dopiero w 1997 roku.
Dalsze etapy reformy administracji to kolejne małe kroki – brakowało pełnej koncepcji całego systemu. Zaskakującym krokiem reformatorskim było powołanie już w sierpniu 1990 roku 254 urzędów rejonowych jako pomocniczych jednostek organów wojewódzkich. Faktycznie stały się one drugim szczeblem administracji terenowej, będąc terenowymi jednostkami rządowej administracji ogólnej, obejmującymi zakresem swego działania od kilku do kilkunastu gmin. W statystyce GUS figurowały jednak jako „pomocnicze jednostki wojewódzkich organów rządowej administracji ogólnej”. Zgodnie z tradycją stałego rozwoju administracji, ich liczba wzrosła do 268 (stan na 31. 12.98).
Utworzenie rejonów było oczywiście kosztownym posunięciem, wymagającym zorganizowania nowej kadry, budynków, wyposażenia. Wskazywało ono na tendencję centralistyczną, obok równoległego szybkiego zwiększania zatrudnienia w centrum. Zadziwiające jest jednak to, że brak przez 15 lat tego państwowego szczebla „pomocniczych jednostek wojewódzkich organów” nie powodował, z tego co wiadomo, większych utrudnień administracyjnych.
Dynamiczny rozwój struktury państwowej administracji, polegający na permanentnym wzroście stanu zatrudnienia, zwiększaniu liczby stanowisk kierowniczych i zakresu działania, rozpoczął się już w 1990 roku. Była to antydecentralizacyjna tendencja tworzenia Polski resortów z ministerstwami bezpośrednio kierującymi terenową, niezespoloną administracją specjalną i urzędami wojewódzkimi wzbogaconymi o pomocnicze jednostki – rejony i od 1995 roku - pomocnicze jednostki działalności usługowej.
Gigantyczny rozwój administracji państwowej w okresie od reformy powiatowej w 1999 roku pokazują liczby: w 1990 roku w administracji centralnej było zatrudnionych 46 tys. pracowników, w wojewódzkich rejonach i jednostkach pomocniczych – 29,2 tys. ludzi, a w gminach – 83,4 tys.
Tymczasem w roku 1998 – liczba pracowników administracji centralnej wzrosła trzykrotnie, osiągając 126,2 tys. osób, w wojewódzkich rejonach i jednostkach pomocniczych – dwukrotnie – 48, 4 tys. osób, a w gminach – 1,5-krotnie – 137,2 tys. osób. /.../
Realne wydatki (po uwzględnieniu inflacji) centrali ministerstw i urzędów centralnych wynosiły: w 1994 roku – 1,8%, a w 1999 – 10-krotnie więcej – 18%.
Wydatki naczelnych organów władzy (kancelarie Prezydenta, Sejmu, Senatu, Trybunały, NIK, naczelne sądy), które nie są wykazywane w obrębie wydatków administracji rządowej w roku 1993 wynosiły 186,780 tys zł, a w roku 1999 – były już 10 razy większe - wyniosły 1 mld 63 mln 462 tys zł! /.../
Te wybiórcze dane wskazują na długo trwający jednoznaczny trend reformy administracyjnej, nastawionej na rozbudowę aparatu centralnego, a więc przeciwny tendencji teoretycznych założeń przebudowy systemu totalitarnego w system nowoczesnej demokracji wolnorynkowej. Mamy nawrót do starej tradycji PRL, zjawiska „fikcji organizacyjnej”, działania „na niby”. /.../
Reforma centrum dokonana w 1996 roku polegała jedynie na przetasowaniu niektórych jednostek organizacyjnych (likwidacja URM i budowa olbrzymiego MSWiA), przekazaniu pewnej liczby przedsiębiorstw do nadzoru wojewódzkiego, przy jednoczesnej decentralizacji jedynie 3 agend administracji specjalnej. Doprowadziło to do zmniejszenia etatów centrum o 300.
Reforma polityczna
„Koncepcja odbudowy powiatów zlikwidowanych w 1975 roku zrodziła się w środowisku politycznym Unii Demokratycznej, przekształconej później w Unię Wolności. Była to jednoznaczna koncepcja stworzenia administracyjnych ośrodków stanowiących podstawę własnego, terenowego elektoratu. /.../
Reforma miała być prowadzona przez urzędniczy aparat pełnomocnika rządu do spraw reformy, prof. prawa Michała Kuleszę, mianowanego podsekretarzem stanu u URM. W ten sposób reforma została upolityczniona jako działalność rządzącej koalicji partyjnej./.../
Od 1 stycznia 1999 roku funkcjonuje terenowa struktura trójszczeblowa: państwowych urzędów wojewódzkich kierowanych przez mianowanego wojewodę, samorządowych wojewódzkich urzędów marszałkowskich, 308 samorządowych ziemskich urzędów powiatowych (w 2002 roku zwiększona do 315) i zmniejszona w 2002 roku do 314 o zlikwidowany powiat Warszawa i 65 miast-gmin o statusie powiatów grodzkich oraz 2479 samorządowych urzędów gminnych./.../
W krótkim okresie, od 1998 roku do końca 2001 roku przybyło 152,5 tys. pracowników w urzędach administracji publicznej, administracji obrony narodowej, biurach obowiązkowych ubezpieczeń społecznych i służby zdrowia./.../
Koszt reformy powiatowej
Problem liczenia kosztów reformy i analizowania jej najtańszych wariantów nie był w ciągu całego procesu transformacji administracji przedmiotem poważnego zainteresowania. Analiza postawy twórców megareformy, niezależnie od rodowodu politycznego, wskazuje na żywotność starej polskiej tradycji postawy skutecznościowej, a nie sprawnościowej.
Informacje prasowe i te podawane w oficjalnych dokumentach państwowych były rozbieżne i nie oparte na poważnej analizie spodziewanych kosztów materialnych, natomiast koszty społeczne czy moralne nie były w ogóle oficjalnie brane pod rozwagę.
Informacje te dotyczyły kosztów etapu transformacji polegającej na powołaniu powiatów, likwidacji rejonów, likwidacji 49 małych województw i powołaniu kilkunastu wielkich województw z urzędami państwowymi i urzędami marszałkowskimi, ich zamiejscowymi delegaturami, biurami i urzędami, a więc z wprowadzeniem dwóch nowych szczebli struktury samorządowej (powiaty i zamiejscowe urzędy wojewódzkie i biura urzędów marszałkowskich w dawnych miastach wojewódzkich). /.../
Analizując dokładnie koszty reformy administracji, prof. Kieżun pisze, iż nigdy nie dokonano takiej poważnej, wieloczynnikowej oceny tego przedsięwzięcia.
W 1994 r., zdaniem prof. Michała Kuleszy – urzędników miało nie przybyć, a bezpośrednie koszty reformy miały nie przekroczyć 50 mln zł.
Rok później – szef URM Marek Borowski podawał, iż będzie to 60-70 mln zł, w 1996 roku raport URM mówi o 67, 685 mln zł, a w 1997 roku – w dokumencie rządowym (Państwo sprawne, przyjazne, bezpieczne. Program decentralizacji funkcji państwa i rozwoju samorządu terytorialnego) koszty wprowadzenia samych tylko 320-330 powiatów to 240 mln zł. (uwzględniając inflację w latach 1992-98 – ok. 350 mln zł w cenach z 1998).
W roku 1997 prasa pisze już o 650 mln zł. W 1997 prof. Kulesza, sekretarz stanu, podaje, iż kwota kosztów reformy powiatowej wyniosła nieco ponad pół biliona starych złotych. (500 mln nowych złotych).
Zdaniem prof. Kieżuna, który przeprowadził swój rachunek kosztów – reforma kosztowała nas ok. 1 mld złotych. Natomiast ile kosztuje nas utrzymywanie administracji państwa obecnie – chyba nie wie nikt...(lb)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5844
Z prof. Tomaszem Grossem z Instytutu Studiów Politycznych PAN rozmawia Anna Leszkowska
-
Panie profesorze, cieszymy się ze stadionu i muzeum w każdym mieście, olbrzymich inwestycji w szkolnictwie wyższym, a z drugiej strony mamy rozpadające się koleje, energetykę, fatalne drogi, umarłe stocznie, także - mnóstwo niepotrzebnych, na żenującym poziomie szkoleń finansowanych ze środków UE. Jak to więc jest z wykorzystywaniem środków unijnych do modernizacji polskiej gospodarki? Umiemy choć trzymać tę unijną wędkę?
-
To pytanie powinniśmy sobie postawić przed otrzymaniem środków z UE. Teraz niewiele można już zrobić, poza ich wydaniem, co może być problemem w obliczu kryzysu finansów państwa. Minister finansów bowiem stara się dyscyplinować finanse publiczne, m.in. wpływając na samorządy terytorialne - głównego beneficjenta pomocy unijnej - aby wydawały mniej pieniędzy, mniej inwestowały. Czyli z jednej strony UE daje nam spore środki i zachęca do ich wydawania, a z drugiej strony -naciska na ministra finansów, aby zaostrzył politykę fiskalną, co się odbija na polityce spójności. Jeśli więc chodzi o budżet 2007-13, to największym zagrożeniem dla Polski jest to, że unijnych funduszy z różnych względów nie uda się w całości skonsumować.
Ale pani pytanie jest bardzo istotne z perspektywy kolejnego budżetu UE po roku 2013, zwłaszcza naszej prezydencji, podczas której będziemy mogli wpływać na europejską dyskusję na temat przyszłości polityki spójności. I tutaj powinniśmy wyciągnąć wnioski ze swoich błędów, gdyż fundusze zaproponowane na bieżący okres nie do końca odpowiadają naszym potrzebom. Skoncentrowaliśmy się bowiem na budowie dróg, czego nie umiemy robić sprawnie i co, moim zdaniem, nie jest najbardziej palącym problemem w rozwoju kraju. Byłoby lepiej, gdyby projekty infrastrukturalne były tak zaplanowane, żeby lepiej służyły gospodarce lub rozwiązywały najbardziej palące problemy np. infrastruktury kolejowej.
Natomiast zasadniczym wyzwaniem powinna być poprawa konkurencyjności gospodarczej państwa. Priorytetowe powinny być wszystkie inwestycje, które wspierają przedsiębiorstwa, naukę, relacje między nauką a gospodarką, również te inwestycje, które wspierają przedsiębiorstwa w dochodzeniu do niskoemisyjnej gospodarki.
-
Tutaj środowisko naukowe zapewne powie, że do tego potrzebna jest polityka naukowa i gospodarcza państwa, której żaden rząd od 20 lat nie umiał stworzyć. Sam pan podkreśla, że polskie elity polityczne w bardzo niewielkim stopniu były zainteresowane strategią modernizacji kraju.
-
Rzeczywiście, polskie elity polityczne nie są zainteresowane myśleniem strategicznym o istotnych dla rozwoju kraju problemach. Nie próbują ich rozwiązywać, skupiają się raczej na kwestiach jak najlepszego marketingu politycznego, tematach istotnych z punktu widzenia rywalizacji wyborczej. Dobrym przykładem jest dyskusja o tragedii smoleńskiej i inne tego rodzaju, które są może istotne z punktu widzenia politycznego i symbolicznego dla wyborców, ale pozostawiają wiele bardzo ważnych dla państwa problemów poza debatą polityków. Nawet jeśli spojrzymy na jeden z nielicznych tematów merytorycznych, które ostatnio przedostały się do debaty publicznej, czyli problem OFE, to widzimy, że w większym stopniu dyskutują z sobą eksperci i rząd, niż opozycja i rząd.
Politycy nie proponują jakiejś długofalowej ścieżki, która by przedstawiała rozwiązanie tego problemu. To jest słabość i polskich elit politycznych, i polskiej demokracji, że te najważniejsze problemy, przed jakimi stoi kraj w niewielkim stopniu są dyskutowane. Konsekwencją tego jest pozostawienie urzędnikom unii możliwości kształtowania głównych polityk rozwojowych naszego kraju.
Politycy widocznie dochodzą do wniosku, że skoro sami nie zajmujemy się tymi sprawami, to załatwi to za nas UE. W związku z tym, różne polityki są projektowane w dyskursie pomiędzy urzędnikami brukselskimi i krajowymi, faktycznie z wyłączeniem polskiej klasy politycznej. Rezultat jest taki, że to technokracja zaplanowała politykę spójności. Mam przy tym wrażenie, że w większym stopniu o kierunku tych strategicznych decyzji decydują urzędnicy brukselscy. Nie zawsze są oni najlepszym decydentem, jeśli chodzi o rozwiązywanie strategicznych problemów poszczególnych państw.
-
Stawia pan tezę, że środki unijne powinny być w większym stopniu nakierowane na innowacyjność gospodarki i pokazuje, że te, jakie przeznaczono na programy Innowacyjnej gospodarki i sektorowego wzrostu konkurencyjności przedsiębiorstw zostały w dużym stopniu zmarnowane. Tego już się nie da poprawić...
-
Możemy to zrobić tylko przy kolejnej transzy funduszy z polityki spójności w następnej perspektywie budżetowej. Ale istnieje tu pewne zagrożenie, gdyż UE wchodzi w dyskusję merytoryczną o przyszłym budżecie i polityce spójności w momencie, kiedy wszyscy jej członkowie przeżywają kryzys fiskalny. Czyli każde państwo członkowskie jest zmuszone zaciskać pasa. To jest bardzo niekorzystne dla dyskusji o przyszłym wspólnym budżecie, bo wiadomo, że jednym z obszarów, na którym chętnie by się zaoszczędziło są obowiązkowe składki do budżetu UE. Skoro musimy ograniczać programy socjalne dla własnych obywateli, to tym bardziej chcielibyśmy zmniejszać finansowanie nie swoich obywateli poprzez instrumenty UE.
Drugim problemem jest to, że trudny klimat do dyskusji budżetowej sprzyja egoizmom narodowym - pojawiają się postawy mało solidarne, zwłaszcza wobec krajów najbardziej potrzebujących wsparcia europejskiego - nowych państw członkowskich, ale i starych, ale przeżywających trudności gospodarcze. Raczej pojawia się tendencja, żeby odzyskać jak największą część własnej składki do budżetu UE. Więc możemy przypuszczać, że jeśli nawet UE będzie umacniać pewne programy mające zasilić gospodarkę, to będzie je konstruować tak, aby w jak największym stopniu wzmacniały one gospodarkę krajów centralnych, a nie peryferyjnych.
Trzecią okolicznością, która utrudnia planowanie przyszłej polityki spójności jest to, że kryzys w strefie euro będzie prawdopodobnie wymagał ratowania kolejnych krajów lub wyasygnowania kolejnych transzy dla krajów, które już obecnie otrzymują pomoc, tj. Grecji i Irlandii. A to oznacza, że duża część pomocy musi być skierowana do krajów strefy euro, co znów rodzi napięcia w stosunku do polityki spójności, która nie dotyczy rozwiązywania problemów strefy euro, ale łagodzenia różnic rozwoju całej Europy.
-
Kwestionuje pan wysokość środków przeznaczonych na infrastrukturę i ochronę środowiska, tymczasem akurat w tej drugiej dziedzinie nie stworzyliśmy żadnego dużego programu.
-
Mamy zapaść inwestycyjną niemal w każdym obszarze - na drogach, kolei, w związku z tym trudno jest dokonać właściwego wyboru. Dlatego w tej sytuacji sprawą kluczową powinno być sformułowanie strategii rozwoju kraju pokazującej co jest najważniejsze, a co mniej ważne. Jeśli mamy ograniczone możliwości inwestycji, trzeba stworzyć hierarchię potrzeb. To politycy i debata wyborcza są źródłem legitymacji dla tego typu decyzji.
Jako ekspert sądzę, że infrastruktura drogowa, czy ochrona środowiska jest mniej ważna od konkurencyjnej gospodarki i silnych przedsiębiorstw. Ale mam świadomość, że Polska nie ma zbyt wielkiego pola manewru w ochronie środowiska z uwagi na prawo europejskie. I inwestycje z tego obszaru - nawet jeśli nie mają wsparcia ze środków europejskich - muszą być finansowane - albo ze środków krajowych, albo przez przedsiębiorstwa.
Ale podam inny przykład, bardziej spektakularny: przygotowujemy się do Euro 2012, budujemy kilka stadionów za wielkie pieniądze, staramy się przygotować infrastrukturę dla tej imprezy. Ale te działania z punktu widzenia długofalowego rozwoju polskiej gospodarki i jej konkurencyjności są wątpliwe. Mogą przynieść jedynie okazjonalne zwiększenie liczby turystów czy zainteresowanie Polską w światowych mediach.
-
Są opinie, że największą słabością polskiej gospodarki jest brak infrastruktury transportowej i wszystkie środki z funduszu spójności należałoby przeznaczyć właśnie na ten cel, co przyczyniłoby się do rozwoju regionów peryferyjnych.
-
Infrastruktura to pojęcie bardzo szerokie. Po pierwsze, polska skoncentrowała się na rozwoju infrastruktury drogowej, ignorując w dużym stopniu kolejową, podczas kiedy świat generalnie odchodzi od dróg, a nawet komunikacji lotniczej, koncentrując się na kolejach jako najbardziej sprawnym sposobie komunikacji - nie tylko regionalnej, ale i krajowej. Z przyczyn ewidentnie wyborczych rząd w Polsce postanawiał w styczniu 2011 roku odebrać pieniądze kolejom i przeznaczyć je na drogi. Uważam, że w nadmierny sposób uprzywilejowano sieć drogową kosztem sieci kolejowej i nie doceniono innej infrastruktury, np. badawczej, telekomunikacyjnej, przeciwpowodziowej, energetycznej itp.
Po drugie, inwestycje w podstawową infrastrukturę komunikacyjną, nie są jednoznacznie korzystne, gdyż dają bardzo krótkotrwale impulsy rozwojowe, bardziej popytowe niż wpływające w dłuższym czasie na wzrost gospodarczy. W dodatku ich efektem jest bardzo silne podrożenie gruntów, wzrost cen materiałów budowlanych, itd. Okazuje się także, że lepsza sieć drogowa wcale nie oznacza lepszego rozwoju peryferii, wręcz przeciwnie - może nawet przyspieszyć degradację regionów najsłabszych, gdyż służy drenażowi kadr do obszarów centralnych.
Uważa się, że infrastruktura drogowa, jeżeli ma być rozbudowywana, to w kierunku poprawy wewnętrznych połączeń regionalnych, mniej krajowych czy transeuropejskich - czyli dokładnie odwrotnie niż to się robi obecnie w Polsce. I powinna być bardzo ścisłe powiązana z innymi działaniami wspierającymi rozwój regionalny - np. na rzecz regionalnej przedsiębiorczości.
Hiszpania i Portugalia oraz Grecja wybudowały sieć autostrad, a mimo to kraje te są na skraju bankructwa. Fundusze europejskie z tego punktu widzenia zostały całkowicie zmarnowane i tak samo zostaną zmarnowane w Polsce.
-
Akcentuje pan potrzebę skierowania większych środków unijnych na innowacje, stworzenie silnego zaplecza badawczo-rozwojowego, wykształconych kadr. Tymczasem wciąż żywe jest przekonanie elit politycznych, wyrażone przed laty przez wicepremiera Leszka Balcerowicza, że na naukę nie ma powodu dawać większych pieniędzy, bo to nic nie da, lepiej kupować gotowe rozwiązania za granicą. Pogląd ten podzielał także jeden z ministrów nauki, prof. Andrzej Wiszniewski, który uważał, że polska nauka nie jest w stanie wchłonąć więcej środków niż ok. 0,34 % PKB. Ten pogląd niezmiennie ma zwolenników w każdym rządzie. Czy jest zatem sens bić się o doinwestowanie tego sektora?
-
Nie wystarczy zgromadzić środki i skierować je w odpowiednie miejsce - równie ważna jest umiejętność ich absorpcji i najlepszego wykorzystania z punktu widzenia rozwoju kraju. Niestety, szkopuł tkwi w tym, że obecny system nauki jest zupełnie nieprzygotowany na to, żeby sensownie wykorzystać duże środki na potrzeby innowacyjnej gospodarki. Nie mówimy tu o wykorzystaniu środków przez naukę na swoje potrzeby, czyli prowadzeniu badań naukowych, ale na potrzeby rozwoju kraju. Bo nasza nauka ma nie tylko problem sama ze sobą - jest po prostu źle zarządzana, ale ma też problem z dobrą współpracą z biznesem.
Istnieje więc przypuszczenie, że przy skierowaniu większych środków inwestycyjnych do tego sektora, mogą one być wykorzystane niezbyt efektywnie. I tego argumentu użyto przy rozdysponowaniu środków spójności. To była jedna z głównych przyczyn, dla których postanowiono nie wspierać tego sektora silniej w ramach polityki spójności. Uznano, że sprawne zagospodarowanie tych funduszy na innowacje będzie o wiele trudniejsze niż projektów infrastrukturalnych. Okazało się jednak, że i projekty infrastrukturalne nie są tak łatwe, jak się wydawało, i pieniądze na nie są tak sprawnie wydawane.
-
Czy mamy ludzi, którzy umieliby stworzyć takie programy rozwojowe? Patrzy pan sceptycznie na możliwości intelektualne elit politycznych, a to od nich musiałby przecież wyjść impuls do stworzenia konkurencyjnej gospodarki...
-
Podstawowym problemem jest to, jak ukierunkować polskie elity polityczne w większym stopniu na rozwiązywanie strategicznych problemów rozwojowych kraju, a w mniejszym stopniu na rywalizację, marketing polityczny odwołujący się do tanich emocji, sztuczek marketingowych. Może jakimś rozwiązaniem byłoby kierowanie większych funduszy na zaplecze eksperckie partii, ustanowienie mechanizmów weryfikujących obietnice wyborcze partii, czym mogłaby się zająć np. PKW?
Rząd mógłby też w większym stopniu zorganizować planowanie strategiczne różnych sfer życia społecznego i w większym stopniu wykorzystywać potencjał polskiej nauki do tego celu. Mógłby też tworzyć rządowe programy mające na celu rozwiązywanie określonych problemów z różnych dziedzin dotyczących rozwoju kraju. Zapraszać do nich wybitnych specjalistów, także ze świata. W polskiej nauce powstają różne dokumenty prognostyczne, których jednak nikt nie czyta, a zatem trzeba byłoby po stronie rządu stworzyć mechanizmy wymuszające korzystanie z tego dorobku naukowego.
-
Na jednym ze Zgromadzeń Ogólnych PAN, min. Boni stwierdził, że wszystkie prognozy PAN winny stać na półce - tam jest ich miejsce. Nie wróży to dobrze porozumieniu naukowców z politykami...tu jest ciągle gruby mur niechęci, braku zaufania, arogancji...
-
Być może sposobem zlikwidowania tego muru jest tworzenie programów badawczych w taki sposób, aby ich szefem był polityk. To on stawiałby grupie naukowców konkretny problem gospodarczy do rozwiązania i wcielał w życie rezultaty ich pracy Byłby wówczas zainteresowany tym, żeby naukowcy pracowali bardziej efektywnie i pragmatycznie. Warto więc się zastanowić, w jaki sposób kształtować zarządzanie takimi programami lepiej niż dotychczas.
Zresztą tego problemu nie rozwiązał sam min. Boni - bo program „Polska 2030" też nie zostanie zrealizowany w praktyce i wcześniej czy później też zostanie „przeniesiony na półkę". Bo jeśli po wyborach zmieni się partia rządząca, nikt nie będzie się zastanawiać jak zrealizować program „Polska 2030". Pewnie nikt nawet do niego nie zajrzy. Podstawowy problem implementacji tego programu nie został bowiem rozwiązany do dzisiaj - większość polityków rządowych - poza być może min. Bonim - nie wie jak zrealizować w przyszłości skądinąd słuszne idee w nim zawarte! Żeby realizować takie programy, potrzebne są pieniądze, struktury instytucjonalne odpowiedzialne za ich wdrożenie, a przede wszystkim - wola polityczna, żeby przekuwać różnego typu strategie w życie.
Potrzebne jest również porozumienie ponad podziałami politycznymi, aby pewne strategiczne dla rozwoju kraju programy realizować w długiej perspektywie, także po zmianie władzy. Tego wszystkiego u nas nie ma.
Na świecie jest tak, że nauka potrafi bardzo sprawnie współpracować z biznesem i administracją. Są rożne narodowe modele polityk innowacyjnych, naukowych, rozwiązania w zakresie zarządzania. Różne są narody i specyfiki kulturowe. Nie sądzę jednak, aby w polskich naukowcach, urzędnikach, przedsiębiorcach czy politykach było coś tak specyficznego, żebyśmy nie mogli skorzystać z dostępnej powszechnie wiedzy z zakresu zarządzania.
Sztuka zarządzania polega m.in. na tym, żeby tak organizować procedury współpracy, aby były jak najbardziej efektywne z punktu widzenia produktu finalnego. Szukanie takiego rozwiązania leży w głębokim interesie wszystkich tych środowisk. Bo to jest problem, na którym wszyscy tracimy - nie tylko gospodarka, ale i nauka. Jeśli w długim czasie będzie wśród polityków pokutować taka filozofia, że nie warto inwestować w naukę, że nauka jest najprostszym sposobem oszczędności budżetowych w chwili kryzysu finansowego, to wcześniej czy później polscy naukowcy albo wyjadą z kraju, albo przejdą do innej pracy, albo na emeryturę.
Tak czy inaczej, w dłuższej perspektywie potencjał polskiej nauki będzie zanikać. Zwłaszcza że to, co obecnie utrzymuje polskich naukowców przy życiu - czyli praca akademicka - z przyczyn demograficznych ulegnie ograniczeniu. Czyli dla polskiego środowiska naukowego sprawą o podstawowym znaczeniu jest wymyślić taką formułę współpracy z politykami i biznesem, która w dłuższym okresie przyniesie korzyści. Nie tylko nauce, ale i krajowi, a przede wszystkim przełamie taki sposób myślenia o polskiej nauce, jako o tej w którą nie ma sensu inwestować.
To także oznacza, że polska nauka powinna dokonać gruntownej samooceny. Zastanowić się, czy czasem nie popełnia błędów systemowych, które trzeba rozwiązać, aby skutecznie budować mechanizmy długofalowej współpracy z innymi środowiskami.
-
Dziękuję za rozmowę.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 336
Jest rzeczą dość oczywistą, że podstawą porozumiewania się między ludźmi jest wymiana informacji. W tym procesie sfera stosunków międzynarodowych jest szczególnie narażona na rozmaite zniekształcenia i manipulacje. Nie dość bowiem, że brakuje w niej pełnego dostępu do obiektywnej prawdy, to jeszcze wszyscy uczestnicy – niezależnie od tego, czy są nimi państwa, czy organizacje międzynarodowe – ze względu na swoje interesy nie tylko ograniczają dostęp do prawdziwych informacji, ale świadomie dążą do ich fałszowania. Informacja krąży więc na równi z dezinformacją. A w czasach wzmożenia emocjonalnego i zwiększania napięć ta ostatnia przeważa w komunikacji międzynarodowej.
Pochodną stosowania informacji jako narzędzia polityki zagranicznej są wojny propagandowe, psychologiczne i informacyjne. Aby nadać im bardziej tajemniczego charakteru, nazywa się je wojnami kognitywnymi i hybrydowymi. Jest to tylko po części prawda, gdyż o ile te specyficzne i ograniczone wojny rzeczywiście niosą ze sobą dezinformację (pierwszą ich ofiarą jest prawda), o tyle sama dezinformacja niekoniecznie jest wojną. W Polsce jednak wszystko postrzega się przez pryzmat wojen. Ostatnio „pojedynek na konsulaty” z Rosją nazwano wojną dyplomatyczną, co jest contradictio in adiecto, czyli sprzecznością w przymiotniku, błędem logicznym wynikającym z połączenia wykluczających się słów.
Już w Cesarstwie Bizantyńskim (330-1453) doskonale rozumiano, że manipulowanie informacją jest tańsze niż prowadzenie wojen. Zaawansowany system dezinformacji, propagandy i podstępów dyplomatycznych w świecie starożytnym i średniowiecznym stał się wzorem godnym naśladowania aż do czasów współczesnych.
Ze słynnego Strategikonu, jednego z najważniejszych bizantyńskich podręczników wojskowych cesarza Maurycjusza (ok. 600 r. n.e.) pochodzi aktualna wciąż maksyma: „Bardzo ważne jest rozpowszechnianie plotek wśród wrogów, że planujesz jedną rzecz, a potem idź i zrób coś innego”. Już wtedy stosowano technikę wysyłania fałszywych wiadomości z zamiarem ich przechwycenia przez wroga, fingowano odwroty prowadzące do zasadzek, symulowano słabości lub prężono muskuły w zależności od potrzeb strategicznych. Konstantynopol sam w sobie był narzędziem dezinformacji. Jego monumentalna architektura, bogactwo i przepych miały działać na wyobraźnię i percepcję przybyszów, przekonując ich o potędze imperium, często znacznie przewyższającej rzeczywistość.
W średniowieczu zaczęto stosować intensywną propagandę religijną połączoną z dezinformacją, podsycając konflikt między chrześcijaństwem a „siłami ciemności”. W wyniku schizmy wschodniej w XI wieku samo chrześcijaństwo podzieliło się na dwa zwalczające się obozy, zarzucając sobie nawzajem odstępstwo od „prawdziwej wiary”. Echa tego konfliktu znajdujemy obecnie w konfrontacji „demokratycznego” Zachodu z „autokratyczną” Rosją.
Metody wypracowane przez starożytnych Chińczyków, Persów, Greków, Rzymian i Bizantyńczyków, polegające na zniekształcaniu historii, arbitralnej interpretacji faktów i czystych kłamstwach są niezmienne od tysięcy lat. Stale towarzyszy nam tradycja oskarżania innych o to, co samemu się robi lub zamierza zrobić. Zmieniają się jedynie środki ekspresji i oprawa techniczna.
Współczesne manipulacje
W dobie Internetu manipulacja informacją stała się zjawiskiem globalnym. W zasadzie nie ma na świecie rządu ani korporacji, które nie sięgałyby na miarę swoich interesów i możliwości do tego zestawu instrumentów. Rozpowszechnianie fałszywych informacji jest świadomą działalnością państw, których celem jest dezorientacja i wprowadzanie w błąd obcych rządów oraz sianie niezgody w ich społeczeństwach. Chodzi o oddziaływanie na elity wpływu – polityków, media, akademików, opinię publiczną, co pozwala na budowanie rozmaitych grup wsparcia dla odśrodkowej aktywności – „piątej kolumny” i „pożytecznych idiotów”. Istotą dążeń jest zwiększanie szans na osiąganie własnych korzyści kosztem innych.
Współczesna dezinformacja różni się od wcześniejszych form międzynarodowej manipulacji informacją ze względu na technologię. Media społecznościowe pozwalają osiągać w niesamowitym tempie takie zasięgi i wpływy, jakich nie było nigdy dotąd. Systemy obliczeniowe motywują i automatyzują treści medialne tak, aby zapewnić im szeroki i ukierunkowany obieg. W powodzi trudno weryfikowalnych faktów odbiorcy nie odróżniają „aktorów” sfery cyfrowej, którymi są nieidentyfikowalni nadawcy, hakerzy, trolle, honeypoty, boty, fałszywe konta, fałszywe oddolne grupy użytkowników i in.
Dezinformacja w stosunkach międzynarodowych kojarzy się przede wszystkim z ingerencją zagranicy w sprawy wewnętrzne państw. Kryzys systemów demokratycznych z jednej strony, a z drugiej groźba podważenia legitymizacji rządów autorytarnych powodują, że we współczesnym świecie wszystkie państwa są niezwykle przewrażliwione na tle osłabienia ich władzy z zewnątrz. W warunkach poliarchii panuje powszechny sceptycyzm wobec obcych narracji. Każda informacja rozpowszechniana zwłaszcza przez rywali i przeciwników może z powodzeniem stanowić dezinformację.
W państwach „starej” demokracji zachodniej maleje zaufanie do instytucji politycznych, scena gry partyjnej ulega postępującej polaryzacji, a oligarchie rządzących nie liczą się z potrzebami elektoratu. Dlatego wszelkie negatywne opinie płynące z zewnątrz potęgują przekonanie, że liberalna demokracja znalazła się w sytuacji zagrożenia. Tym tłumaczy się zresztą ciągoty uzurpatorskie i autorytarne oraz powrót haseł „demokracji walczącej”.
W systemach autorytarnych z zasady ogranicza się legalne formy obcych ingerencji, gdyż pod postacią przepływu informacji dostrzega się aktywność obcej agentury wpływów. Ta działalność jest trudna do rozpoznania i zdemaskowania. Jej najbardziej oczywistym znakiem rozpoznawczym jest korzystanie przez różne organizacje z zewnętrznego finansowania. Owa praktyka ma odległe w czasie antecedencje i przypomina bismarkowskie Reptilienfonds, czyli tworzenie tajnych funduszy manipulacyjnych (czarnych kas) dla kupowania przychylności prasy i dziennikarzy w państwie uznanym za wrogie (chodziło o Imperium Brytyjskie).
Według powszechnej opinii, powielanej za strategami amerykańskimi (por. Biała Księga Departamentu Obrony USA: Russian Strategic Intentions. A Strategic Multilayer Assessment, White Paper, Washington, DC, May 2019), pośród państw prowadzących zorganizowaną manipulację informacją na pierwszym miejscu znajduje się Rosja. Inspiracja ze strony Amerykanów okazała się niezwykle skuteczna, gdyż wiele ośrodków analitycznych i badaczy akademickich, także w Polsce, rzuciło się na to rosyjskie zagrożenie, tracąc z pola widzenia to, co robią same Stany Zjednoczone i ich sojusznicy w tej dziedzinie.
Swoistą specjalnością przekazów amerykańskich stały się fake news, które swój rodowód czerpią z prasy wysokonakładowej pierwszej połowy XIX wieku. Jedną z pierwszych była manipulacja nowojorskiego pisma „The Sun” w 1835 roku, sporządzona przez młodego dziennikarza Richarda Locke’a, o naukowym odkryciu ludzi-nietoperzy i innych stworów na Księżycu. To wtedy okazało się, że nie ma takiej bzdury, w którą ludzie nie uwierzą. W celu osiągnięcia jak największych zysków ze sprzedaży wysokonakładowej prasy rozpoczął się, trwający do dziś wyścig w dziedzinie „wciskania kitu” naiwnym i łatwowiernym (Tom Phillips, Prawda. Krótka historia wciskania kitu, Warszawa 2021).
Obiektywnie rzecz biorąc, dezinformacja nie jest współcześnie domeną żadnego konkretnego państwa ani reżimu politycznego. Mimo to Rosja nie schodzi z celownika oskarżeń Zachodu, w tym Komisji Europejskiej, która uważa rosyjskie kampanie dezinformacyjne za wyjątkowo niebezpieczne dla wewnętrznych procesów politycznych. W obsesyjnych i alarmistycznych reakcjach przejawia się nie tylko niepewność polityczna, będąca rezultatem licznych słabości i kryzysów, ale także osobliwa fiksacja, powodowana skrajną rusofobią.
Siła dyplomacji
Nie ulega wątpliwości, że Rosja od czasów Iwana Groźnego postawiła – obok siły – na skuteczną dyplomację w osiąganiu swoich celów w środowisku międzynarodowym. W Polsce lekceważy się znaczenie tego instrumentu, gdyż nie ma u nas ciągłości instytucjonalnej i kolejne formacje ustrojowe musiały zaczynać budowę swojej kultury dyplomatycznej wciąż od nowa. Tymczasem Rosja jako jedno z nielicznych mocarstw o długiej i złożonej historii imperialnej dziedziczy utrwaloną przez stulecia filozofię wpływania na korzystną dla siebie „korelację sił” z innymi potęgami właśnie przy pomocy profesjonalnej dyplomacji, zdolnej do modelowania świadomości swoich rywali za granicą. Operowanie szeroką paletą środków ideologicznych, religijnych, kulturalnych, naukowych, gospodarczych i politycznych pozwala jej na wykorzystywanie swojej oryginalności i atrakcyjności na rzecz przyciągania uwagi i szerokiej – wbrew pozorom – afirmacji.
Zgodnie z realistyczną tradycją myślenia o stosunkach międzynarodowych Rosjanie są przekonani, że wpływy duchowe i ideowe są równie ważne jak siła materialna. Dlatego w doktrynie bezpieczeństwa informacyjnego z 2016 roku wprost odwołują się do spójności ideowej i mentalnej swojego społeczeństwa, jako warunku odporności na zagrożenia zewnętrzne. W czasach Jelcyna Rosja była otwarta na wpływy ideowe państw zachodnich i przyjmowała wobec nich postawę submisyjną. Z czasem, gdy zauważono w tych wpływach liczne zagrożenia, przystąpiono do ofensywy i zdecydowanego reagowania. To nie tylko wzburzyło Zachód, ale obnażyło ogromną asymetrię między nim a Rosją w dotychczasowym wykorzystywaniu informacji jako ofensywnego instrumentu w polityce zagranicznej i bezpieczeństwa.
Nauczona tymi doświadczeniami, ale i dla przykrycia własnej polityki to właśnie Rosja zwróciła się w lutym 2019 roku do Biura Przedstawiciela OBWE ds. Wolności Mediów o zainicjowanie prac nad stworzeniem norm prawnych, regulujących relacje między państwami w sferze informacyjnej. Jak nietrudno się domyślić, propozycja ta pozostała bez odpowiedzi. Ponieważ żadne państwo nie przyznaje się do udziału w dezinformacji, zatem płonne są nadzieje, aby w obecnym stadium nieufności i skonfliktowania Zachodu z Rosją udało się stworzyć jakiś sensowny system regulacji.
Rosja zaczęła korzystać z szerzącego się na Zachodzie antyliberalizmu, przedstawiając słabości reżimów demokratycznych, bez nachalnego promowania swoich wartości. Jak się jednak okazało, pokazując alternatywne rozwiązania społeczne z pozycji tradycyjno-konserwatywnych, Rosji udało się wykreować „kontrwizerunek” Zachodu. Co ciekawe, w różnych kręgach politycznych (od prawa do lewa, nie tylko wśród tzw. populistów) ta egzotyczna mieszanka nacjonalistycznego, antyglobalistycznego, antyliberalnego i antyimigracyjnego dyskursu stanowi pożywkę dla poszukiwań pewnych sympatii, a nawet samoidentyfikacji. Ludzie w różnych krajach dostrzegają i doceniają w Rosji to, czego nie lubią, nienawidzą lub za czym tęsknią we własnych społeczeństwach. Zjawiska te potęguje aktywna zagraniczna polityka kulturalna i dyplomacja publiczna Rosji, którą trudno odróżnić od dezinformacji.
Nieumiejętność rządzenia
Liderzy polityczni państw zachodnich zdają sobie sprawę z grożących niebezpieczeństw. Ponieważ nie są w stanie zablokować oddziaływań poprzez soft power (budzenie sympatii, atrakcyjność kulturową), zwłaszcza w mediach społecznościowych, odwołują się do zarzutów generowania chaosu przez Rosję, organizowania dywersji, sabotażu, wywoływania zamieszek i in. Choć skutki tych działań są często wyolbrzymiane (tzw. dezinformacja dezinformacji), a ich demaskowanie nie ma wystarczająco wiarygodnych podstaw, to jednak wprowadza to - od Stanów Zjednoczonych po Polskę - ogólną dezorientację i społeczny zamęt (lęk, strach, panika). Odbija się to na psychologicznej niepewności i ogłupianiu społeczeństw. Prowadzi też do eskalacji środków prewencyjnych i dyskryminacyjnych wobec wszelkich międzynarodowych kontaktów na poziomie społecznym.
Pośród państw europejskich Polska przoduje pod względem wrażliwości na rosyjską dezinformację. Przyjęła bowiem na siebie rolę antyrosyjskiego frontu i bastionu Zachodu wspomagającego Ukrainę. Są tego niewspółmierne koszty. Ze względu na swoją hałaśliwość i nieobliczalność polscy politycy nie liczą się w żadnym formacie procesu pokojowego. Uważani są wręcz za „hamulcowych” jakiegokolwiek postępu w rokowaniach. W związku z tym trwa przerzucanie odpowiedzialności za swoje niedołęstwo i błędy tak na scenie wewnętrznej, jak i w stosunkach z innymi państwami. Każdy pomysł na rozwiązanie konfliktu ukraińskiego poddaje się druzgocącej krytyce, a nawet negacji, choć nikt w praktyce nie jest zdolny do zaproponowania jakiejkolwiek alternatywnej inicjatywy pokojowej.
Odpowiedzią na trudne wyzwania z przestrzeni geopolitycznej, w jakiej znajduje się Polska, są powtarzające się groźby ze strony przedstawicieli rządu pod adresem osób i instytucji, podejrzanych o udział w powielaniu rosyjskiej dezinformacji. Istnieje nieodparta skłonność do sięgania po środki represyjne w celu blokowania informacji niewygodnych dla władzy. Z tego powodu maleje zaufanie do liderów politycznych i ich wiarygodność w przekazie treści, decydujących o bezpieczeństwie państwa.
Niepowodzeniem kończy się tworzenie spójnej i przekonującej kontrnarracji. Wynika to z jaskrawej stronniczości rządzących i mediów głównego nurtu wobec władz w Kijowie, obciążonych korupcją, niepowodzeniami na froncie i współwinnych tragedii narodu ukraińskiego. Duża część społeczeństwa w Polsce demonstruje brak zaufania do oficjalnego przekazu. Poprzez media społecznościowe, wbrew prorządowemu komentariatowi, ludzie demonstrują swoją niezależność i wolę poszukiwania własnej interpretacji faktów i zdarzeń. To jedynie pogarsza społeczną legitymację rządzących. Tym bardziej, że coraz wyraźniej przedkładają oni ochronę przed obcą (rosyjską) dezinformacją ponad wolność wypowiedzi. Jeszcze kilka lat temu Parlament Europejski argumentował w jednym z raportów, że środki ograniczające treści dezinformacyjne „mogą stanowić większą szkodę dla demokracji niż sama dezinformacja”. Obecnie ton wypowiedzi prominentnych polityków unijnych wyraźnie uległ zaostrzeniu, a troskę o wolność wypowiedzi zastąpiła retoryka zniesławiająca wszystkich niezależnie myślących.
Dezinformacja a podziały społeczne
Jeśli chodzi o funkcje dezinformacji, to paradoksalnie przyczynia się ona dzięki nowoczesnym technologiom, zapewniającym bezprecedensowy zasięg, szerokość i głębokość oddziaływań do spopularyzowania wiedzy o problemach, które do niedawna były jedynie przedmiotem gabinetowych dywagacji notabli politycznych. Wrażliwość społeczna powoduje, że ludzie nie dowierzają odnotowywanym przez władze przypadkom dezinformacji, żądając przekonujących dowodów. Ta presja ogranicza nadużywanie przez rządzących argumentów o dezinformacji dla maskowania własnej nieudolności, a także uczula ludzi na wewnętrzną manipulację informacjami.
Żadne społeczeństwo nie jest odporne na negatywne konsekwencje dezinformacji. Niemożliwe jest także odizolowanie wpływów zewnętrznych od krajowych, które często nakierowane są na osiągnięcie tego samego efektu. Poziom podatności na wpływy zależy od stopnia polaryzacji politycznej i skonfliktowania. Im bardziej ludzie są podzieleni wokół spraw żywotnych (bezpieczeństwo, ochrona dobrostanu, gwarancje rozwoju), tym mocniej są narażeni na ingerencję obcych. Podatność na manipulacje zewnętrzne zależy też od struktury społecznej, w której występują obce diaspory. Polska zafundowała sobie w ostatnich latach liczną mniejszość ukraińską, której podatność na dezinformację zewnętrzną (dywersję etniczną) jest funkcją szans na odbudowę własnej państwowości.
Dezinformacja ma z pewnością charakter destrukcyjny, jeśli chodzi o utrzymanie morale społeczeństwa, poczucie jedności, motywacji, lojalności obywatelskiej oraz gotowości do poświęceń w obronie własnej państwowości. W licznych analizach dowiedziono wszak, wbrew hałaśliwej propagandzie czy to w Stanach Zjednoczonych podczas kampanii prezydenckiej, czy w Wielkiej Brytanii z powodu brexitowego referendum w 2016 roku, że dezinformacja pasożytuje na istniejących już podziałach czy obawach i nie jest w stanie zagrozić bezpieczeństwu państwa, osadzonemu w strukturach międzynarodowych.
Wojna na Ukrainie zmierza ku końcowi. Niezależnie od oporów i niezadowolenia z amerykańskich propozycji pokojowych europejscy przywódcy będą musieli zrozumieć, że nie da się utrzymać statusu konkurencyjnej potęgi Unii Europejskiej bez ułożenia stosunków na kontynencie tak ze Stanami Zjednoczonymi, jak i z Rosją na nowych zasadach. Konieczne jest zmniejszenie ryzyka błędnego postrzegania, rezygnacja z uprzedzeń i fałszywych narracji, powrót do roztropnej i powściągliwej komunikacji dyplomatycznej oraz oparcie wzajemnych relacji na systematycznym plurilogu.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2008
Koniec świata (2)
Manipulacja posługuje się iluzją, tworzy sztuczny świat, który wypacza percepcję osoby manipulowanej i to w takim stopniu, że zapomina ona o swym rzeczywistym interesie.
prof. Lech Ostasz (filozof)
Prof. Adam Karpiński (filozof z Uniwersytetu Gdańskiego), konstruując pojęcie demokratologii, (które doskonale opisuje m.in. zagadnienie funkcjonowania demokracji liberalnej w świecie od przełomu wieków, jak również definiuje aktualny stosunek mainstreamu do pojęcia kultury i narzuca określenia funkcjonalne temu pojęciu) zauważył, że „Francis Fukuyama, ogłaszając koniec historii wyraził tylko stanowisko zajmowane przez darwinistów społecznych, które uznaje, iż treści demokracji wypracowane przez społeczeństwo amerykańskie są już ostateczne.
Społeczeństwo amerykańskie rozpoznało już treści demokracji i wystarczająco je urzeczywistniło. Teraz nastał czas wdrażania demokracji przez inne nrody społeczeństwa. Dlatego demokratologia stała się prostacką ideologią przybraną w szaty nowoczesności udekorowanej elementami kultury ponowoczesnej”.
Religioznawca prof. Zbigniew Stachowski zwrócił uwagę na fakt, iż w świetle ataku na USA w dniu 11.09.2001 weryfikacji i falsyfikacji uległy podstawowe wartości oraz schematy przypisywane kulturze Zachodu. Nie sposób jest nadal zachowywać się w sposób hegemonistyczny i optymistyczno-pretensjonalny, przy świadomości multikulturowej istoty naszego świata, w zgodzie z podstawowymi prawdami (dotąd głoszonymi właśnie przez prominentnych reprezentantów formacji cywilizacyjno-kulturowej Zachodu) dotyczącymi wolności, demokracji i swobody człowieka do samorealizacji. „Chyba, że w sposób bezwarunkowy uznamy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość - a więc te idee, które tę kulturę wytworzyły - zwłaszcza wówczas, gdy wartości te i wzory zechciano by urzeczywistniać w innych realiach kulturowych, lecz bez naszej akceptacji”. Te zastrzeżenia i uwagi najlepiej oddaje głos czeskiego filozofa Vaclava Belohradsky’ego mówiący wprost o erze ubóstwienia własnego głosu.
Zmiany we współczesnym świecie następujące po rozpadzie systemu jałtańsko-poczdamskich porozumień (świata dwubiegunowego) rozpoczęły de facto zupełnie inną erę niż się Zachodowi wydawało. I to na wielu poziomach odniesienia (chodzi o najszerzej rozumianą kulturę) oraz w kilku przestrzeniach funkcjonowania świata. Zwycięstwo nad przeciwnikiem, jeśli nie uchwyci się jego niuansów i nie odniesie się go do politycznej przyszłości, okazuje się zawsze w efekcie zwycięstwem pyrrusowym. Zwłaszcza, kiedy przyszłość definiujemy przez pryzmat doświadczeń i wyzwań z czasów minionych.
Najlepiej sens tych rozważań oddaje stwierdzenie bułgarskiego politologa Iwana Krastewa, który w jednym z esejów politycznych na temat rozszerzania się Unii Europejskiej o kolejne kraje zauważył, że Unii Europejskiej, do której wstępują postsocjalistyczne państwa, wiążące z nią określone nadzieje (tu – mityczne i nie rzeczywiste oczekiwania), już nie ma. A jest rok 2004. Nikt z tego sobie nie zdawał w I dekadzie XXI wieku sprawy. Fantasmagorie, irracjonalizm, wańkowiczowskie „chciejstwo” to najgorsze komponenty polityki. Międzynarodowej przede wszystkim.
Kryzysy – gospodarczy 2008 i migracyjny (w wyniku katastrofalnych decyzji politycznych odnośnie Libii, Syrii, a przedtem Iraku i Afganistanu)- są tylko dramatyczną i namacalną egzemplifikacją tych spostrzeżeń czy uwag.
Europa Zachodnia - w formie tak skonstruowanej i monstrualnie rozdętej pod względem terytorialno–tożsamościowym, (biorąc pod uwagę różnorodność tradycji i historii krajów wchodzących w skład UE), jak i biurokratycznym (co z racji organizacji czyni ją strukturą słabo decyzyjną) - stała się dla świata – mimo wysokiego poziomu i jakości życia, technologii i atrakcyjności kultury – czymś na kształt antycznej Hellady w Imperium Romanum. Statecznym, patriarchalnym, trochę sennym i wzorcowym (pod względem dostępności dóbr i spokojnego bytu), platońskim ideałem megapaństwa. Takim wzorcem metra z Sevres.
Niesie to bardzo poważne zagrożenia dla bieżącej polityki, tak w wymiarze strategii, jak i taktyki, o geopolitycznej roli UE nie wspominając. Jak popatrzeć na meandry polityki unijnej w ostatnich latach i ich efekty, można dojść do wniosku, że nawet kierujący (czy raczej – starający się kierować) tym molochem nie bardzo wiedzą co mają robić. Po prostu trwają na stanowiskach w Brukseli, Strasburgu, Hadze itd.
Kryzys demokracji liberalnej widoczny gołym okiem przy wyborczych urnach w krajach Zachodu wywołany jest rozwierającymi się nożycami w poziomie życia i dostępności do dóbr traktowanych dotychczas jako codzienność (coraz większe bogactwo nielicznych oraz coraz ściślejsze powiązanie megakapitału z polityką), ale nade wszystko poprzez wzrastające poczucie chaosu, brak przewidywalności i rudymentarnych elementów bezpieczeństwa.
Prawicowy populizm, ocierający się często o ksenofobię, rasizm czy nawet faszyzm, zdobywa coraz szersze grono zwolenników, a tym samym i poparcie wśród zdeklasowanych przedstawicieli tzw. klasy średniej, tej podstawowej grupy społeczeństw zachodnich będącej trzonem liberalnych porządków demokratycznych. O milionach ludzi wykluczonych i zepchniętych na margines życia społecznego (zwanych dawniej „niebieskimi kołnierzykami”) w wyniku neoliberalnej polityki ostatnich dekad, delokalizacji przemysłu i procesów globalizacji nie wspominając.
Wystarczy odwiedzić tylko miasteczka i osiedla w północnej Anglii, portugalski interior, albo region Pojezierza Drawskiego w Polsce. To pierwsze z brzegu przykłady tego zjawiska w ponad 500 milionowej Unii Europejskiej.
Problem ten doskonale pokazał Thomas Frank w książce „Co z tym Kansas?” na przykładzie jednego tylko ze stanów USA – środkowego - regionu najbardziej może dotkniętego taką polityką.
Możemy się dziwić, ale właśnie z takich powodów tzw. demokracja sterowana cieszy się poparciem coraz szerszej rzeszy zwolenników nie tylko jak miało to miejsce w krajach spoza kręgu atlantycko-łacińskiej kultury. Także tendencje autorytarne i nacjonalistyczne zdobywają coraz szerszy poklask w społeczeństwach do tej pory „klasycznie demokratycznych”, otwartych i przyjaznych Innemu.
Pojęcie demokracji sterowanej, sformułowane niegdyś przez Władimira Putina, jest coraz bardziej nośne, stając się niejako znakiem firmowym śmierci świata do tej pory nam znanego. Bo już nie tylko w Rosji - zazwyczaj odległej od tradycji zachodnio-atlantyckiej w tej mierze (choć będącej krajem jak najbardziej europejskim, gdyż autorytaryzm i rządy silnej ręki są tradycją Europy, a ostatnie dekady mogą być jedynie miłym antraktem w jej dziejach) - ale i w Polsce, Turcji, na Węgrzech czy Chorwacji, by nie wspominać o Holandii, Francji, Anglii, Finlandii czy Austrii (gdzie takie siły polityczne mają rosnące poparcie społeczne) - forma rządów autorytarnych i ograniczenia w jakimś sensie demokracji znanej do tej pory zdobywa sobie poklask znacznej liczby wyborców.*
Jak więc widać, nie tylko Chiny, (które nigdy nie zapewniały o swym demokratycznym porządku wewnątrzpaństwowym w stylu zachodnim) czy Rosja są „złymi dziećmi” znamionującymi „koniec świata”, jaki znaliśmy, w jakim błogo żyliśmy przez ostatnie dekady i jaki wydawał się nam trwały po wsze czasy.
Koniec świata wywołany przez nas - ludzi Zachodu, świata, jaki staraliśmy się narzucić reszcie globu, wynika też z kilku mniej istotnych elementów. Francis Fukuyama w książce „Wielki wstrząs” zalicza do nich kryzys demograficzny, wzrost przestępczości (czyli spadek poczucia bezpieczeństwa), kryzys rodziny, ekologię, indywidualizację życia (egoizm i narcyzm), a tym samym utracenie poczucia wspólnotowości i kurczenie się tzw. kapitału społecznego. Totalne rozproszenie współczesnej rzeczywistości – wpływ nowoczesnych środków komunikacji interpersonalnych i rola globalnych mass mediów – to dodatkowe czynniki dezintegracji znanego nam wcześniej świata.
Także Alvin Toffler w związku ze wzrostem roli high-tech w codziennym życiu (m.in. media społecznościowe) przewidywał lawinowe zmiany w świecie XXI wieku, za którymi wiele osób nie będzie w stanie nadążać (teoria tzw. trzeciej fali). Do tego należy też zaliczyć skutki globalizacji.
Zmiany, jakie zachodzą we współczesnym świecie (i to nie w kierunku przewidywanym przez demo-liberalne elity rządzące i nie po wsze czasy, jak im się wydawało) są wynikiem procesów wielopłaszczyznowych, często ze sobą sprzecznych, zderzających się i antynomicznych.
Można zauważyć, iż po części śmierć znanemu nam do tej pory światu zadają zwykli ludzie, obywatele, wyborcy, pomijani czy zepchnięci przez mainstream do przysłowiowego kąta. Bo poczuli się lekceważeni i wyobcowani z procesów, w których nie mogą brać udziału, bo przebiegają one ponad ich głowami.
Fiodor Łukjanow, doradca Prezydenta Rosji Władimira Putina, tak mówi na ten temat: „społeczeństwa najważniejszych państw świata pokazały, że też nie rozumieją tego porządku i go odrzucają. Bo czym jest Trump, Brexit, Le Pen? To jest głośne powiedzenie elitom: a po co nam to wszystko?
Polityczne elity świata zachodniego zglobalizowały się, mogły brylować, układać swój świat wielkich finansów, ale przyszedł moment, że prości ludzie powiedzieli: nie, my się nie chcemy tak globalizować i zagłosowali inaczej, niż elity oczekiwały”.
Ale jest jeszcze jeden, może najważniejszy, element w tej obserwowanej śmierci świata powstałego (i jak się zdawało trwałego) po upadku muru berlińskiego. To wzrost znaczenia „strefy pacyficznej” w gospodarce światowej, a tym samym przesuniecie centrum geopolityki w ten rejon globu. Bo to już nie tylko Japonia czy Korea Południowa, ale przede wszystkim Chiny, Tajwan, Wietnam, Indonezja czy Malezja. To także Azja Środkowa: Kazachstan, ale również kolejny „tygrys” wzrostu, jakim są Indie.
Zresztą i w samych Stanach Zjednoczonych AP obserwowana jest od dekady zmiana balansu w geopolityce i wewnętrznych uwarunkowaniach: rośnie znaczenie regionów nad Pacyfikiem kosztem Wschodniego Wybrzeża, do tej pory będącego „sercem” USA z racji historii, kultury, gospodarki, finansów itd. Nazwa „serce” Ameryki wiąże się też z sentymentalnymi związkami Nowego i Starego Świata: tu przybywali pierwsi osadnicy z Europy, tu powstały pierwsze kolonie, tu wreszcie powstał związek dawnych kolonii angielskich dający początek dzisiejszym Stanom Zjednoczonym tak pod względem formalnym, politycznym jak i duchowym. Dziś owo „serce” bić poczyna coraz silniej w Kalifornii, Oregonie czy rejonie Seattle, a także na południu z racji szerokiej latynoamerykanizacji tych rejonów i coraz ściślejszych związków z Ameryką Łacińską.
Także w Rosji widać przesuwanie się zainteresowania na wschód, nad Pacyfik. Mówi o tym w rozmowie z Maciejem Wiśniowskim wspominany już Łukjanow. I to są nie tylko rosnące wielopłaszczyznowe związki Chin i Rosji (jak np. Dalekowschodni Uniwersytet we Władywostoku, gdzie studiuje wielu Chińczyków i studentów z Azji Środkowej) w wielu dziedzinach życia, ale przede wszystkim związki w ramach Szanghajskiej Organizacji Współpracy czy BRICS. Znamienną jest tu także inicjatywa powołująca wspólny bank tych państwa. To jest krok, próba przeciwstawienia się dominacji Zachodu w międzynarodowym świecie finansów.
Tak by pokrótce przedstawiała się wizja powolnej „śmierci świata”, jaki znamy my, ludzie Zachodu. W podsumowaniu warto zacytować Horacego: „Choćbyś naturę wypędzał widłami, ona zawsze powróci i zwycięska pokona naszą głupią wzgardę” (Listy – 1/10, 24-25).
Radosław S. Czarnecki
Pierwsza część tego eseju pt. Koniec świata ukazała się w Nr. 6-7/17 pod tytułem "Wizje przyszłości" - http://www.sprawynauki.edu.pl/archiwum/dzialy-wyd-elektron/305-politologia-el/3635-wizje-przyszlosci
*O immanencji autorytaryzmu, a nawet totalitaryzmu, w europejskiej tradycji pisałem w Sprawach Nauki nr 1, 2 i 3 tego roku - "Protofaszyzm a kultura Zachodu".

