Politologia (el)
- Szczegóły
- Autor: Krystyna Hanyga
- Odsłon: 9500
Z dr. Andrzejem Zybałą z Collegium Civitas i KSAP rozmawia Krystyna Hanyga
- Polityki publiczne to dziedzina wiedzy w Polsce dość nowa i niekoniecznie kojarzona z nauką, choć nauka powinna im towarzyszyć na każdym etapie, poczynając od definiowania problemów, przez budowanie alternatywnych koncepcji ich rozwiązań aż po badania strategiczne…
Czy naukowcy są zainteresowani, czy doceniają te nowe, bardzo zróżnicowane pola badawcze?
- Wiosną 2011 roku minister nauki i szkolnictwa wyższego włączył naukę o polityce publicznej do grona oficjalnych dyscyplin nauk społecznych. Wiem, że w wielu uczelniach zaczęto zastanawiać się nad sposobem wprowadzenia nowej dyscypliny jako kierunku kształcenia. Problemem jest oczywiście przygotowanie kadr i materiałów dydaktycznych. Obawiam się trochę, że niektórzy akademicy będą chcieli zbyt pospiesznie i tanim kosztem dopasować się do nowej dziedziny wiedzy, tworząc nową ofertę dydaktyczną.
Obiektywnie rzecz biorąc, nie jest łatwo pokonać dystans do krajów, które rozwijają polityki od dziesięcioleci. Do tej pory mamy niewiele opracowań dotyczących polskich polityk publicznych. W zasadzie łatwiej jest analizować zachodnie polityki publiczne, w wielu krajach są one bowiem w klarowny sposób wyjaśnianie, zarówno przez ekspertów rządowych, jak i niezależnych specjalistów, czy akademików.
W Polsce akademicy są przyzwyczajeni do dość tradycyjnych analiz. Dotyczą one głównie aspektów prawnych czy finansowych polityk publicznych. W tym zakresie nauka jest dobrze rozwinięta. Natomiast typowe dla polityk publicznych badania muszą być dopiero rozwijane. Przede wszystkim przedmiotem zainteresowania badawczego powinno być to, jak wygląda proces formułowania polityk, przebieg procesu deliberacji, gromadzenie wiedzy eksperckiej. Potrzebna jest analiza interesariuszy polityk, ich upozycjonowanie i przetarg wzajemnych interesów.
Dużym, ważnym kompleksem analiz powinna być sfera implementacji polityk publicznych, narzędzia implementacji, ich dopasowanie do celów. Kluczowe są oczywiście analizy ewaluacyjne, które wskazują na pewne związki przyczynowo-skutkowe występujące w działaniach publicznych.
Moje nadzieje budzi fakt, że w kilku uczelniach w Krakowie i Warszawie, działają już ośrodki analityczne zajmujące się badaniami polityk publicznych i ich ewaluacją. W obrębie administracji publicznej w Ministerstwie Rozwoju Regionalnego są departamenty mające duży dorobek w zakresie polityk strategicznych i ewaluacji. Polska Agencja Rozwoju Przedsiębiorczości ma także dorobek w zakresie ewaluacji.
- Zaplecze naukowe i eksperckie powinny tworzyć instytuty PAN oraz zakłady na wyższych uczelniach. Tam jest spory potencjał do wykorzystania.
- One z pewnością chętnie włączyłyby się w badania na szerszą skalę, ale problem polega na tym, że sektor publiczny nie zgłasza wielkiego zapotrzebowania na analizy i badania. Weźmy za przykład politykę zdrowia, gdzie zapowiada się ostatnio duże zmiany w strukturze instytucjonalnej, organizacyjnej, wykonywania tej polityki. Pewne propozycje zostały już upublicznione. Niestety, jak wiem, nie zgłaszano zapotrzebowania na wiedzę ekspercką. Nie organizowano przetargów na ekspertyzy, które by pokazywały istotne aspekty funkcjonowania systemu, które byłyby przydatne przy projektowaniu nowych działań.
Potencjalnie polityki publiczne są szansą dla polityków i reformatorów. Celem tej dyscypliny jest bowiem właśnie wyjaśnianie rzeczywistości. W jej obrębie próbujemy badać, jak naprawdę wygląda sytuacja, jakie działają mechanizmy w danej polityce i jak one przekładają się na możliwość osiągania zamierzonych rezultatów. Polityki publiczne zapewniają potencjalnie wszechstronną analizę, a nie tylko odniesienie się do kwestii legislacyjnych, czy finansowych oraz budżetowych.
Błędem naszych reformatorów w różnych politykach jest to, że wciąż opierają się na bardzo ograniczonych analizach, a także na zbyt wąsko rozumianych narzędziach implementacji swoich pomysłów. Odwołują się głównie do narzędzi legislacyjnych, które są najbardziej inwazyjnym sposobem działania publicznego. Natomiast trzeba stosować również miękkie narzędzia, które polegają na informowaniu, edukowaniu obywateli, inspirowaniu do tworzenia dobrych rezultatów. Przepisy prawa wyrażają tylko pewną intencję, jak coś powinno funkcjonować. Wiadomo jednak, że życie jest znacznie bogatsze. Interesariusze polityk tworzą często alternatywne normy.
- Jak można zdefiniować istotę polityk publicznych, czym one się różnią od tradycyjnych polityk państwa w jakichś dziedzinach?
- Łatwo nam zrozumieć pojęcie polityki partyjnej, w domyśle walki partii politycznych, natomiast gorzej jest z polityką publiczną. Nie jest to dla nas pojęcie z języka codziennego. Nie istnieje wśród polskich naukowców konsensus, jak ją definiować. Pierwszy odruch jest więc taki, by odwołać się do definicji stosowanych w krajach anglosaskich. Tam termin „polityka publiczna”, będący tłumaczeniem słowa policy (policy-making, public policy), oznacza zracjonalizowany sposób działania publicznego oparty na uzgodnionych zasadach i regułach. Część akademików definiuje polityki po prostu jako to, co robi rząd, chociaż to nie oznacza, że polityki publiczne to tylko działania państwa. Są to wszystkie działania, które dotyczą celów publicznych. B. Guy Peters dostrzega trzy dziedziny, w których ma miejsce uprawianie polityki publicznej: pomysły na rozwiązywanie problemów, programy i produkty działań publicznych, a także rezultaty działań i ich wpływ na społeczeństwo. W Polsce J. Górniak i S. Mazur zaproponowali ciekawą definicję. Ich zdaniem polityka partyjna obejmuje proces podejmowania decyzji, a polityka publiczna – treści tych decyzji.
Polityki publiczne jako odrębna dziedzina wiedzy powstała w USA w oparciu o anglosaskie tradycje pragmatyzmu i empiryzmu, zaangażowania obywateli we współzarządzanie. W tym rozumieniu działania publiczne są silnie uspołecznione, powstają w procesie deliberacji oraz przetargu interesów. Rolą władzy jest tworzenie sytuacji, aby każda grupa społeczna miała szanse przedstawić swój punkt widzenia i swoje interesy. Dzięki temu może zarysować się pewien konsensus. Władza ma go zbalansować z różnymi wymiarami funkcjonowania państwa - długoterminowymi interesami społeczeństwa jako całości, dobrem publicznym, dobrem środowiska naturalnego itp.
- Daleko nam do standardów zachodnich, gdzie pewne mechanizmy działań publicznych mają swoją tradycję, są uporządkowane. Skoro jesteśmy na początku drogi, gdzie mamy szukać wzorców, które by pomogły stworzyć model, odpowiadający polskim realiom - biorąc pod uwagę kontekst społeczny, kulturowy, naszą mentalność?
- Polityki publiczne są dziełem tradycji anglosaskiej. Natomiast my jesteśmy kulturowo i mentalnie dość odlegli od niej. Nasze umysły są inaczej sformatowane, mamy inne przyzwyczajenia i doświadczenia. Nie mamy, jak w krajach zachodnich, silnej tradycji kartezjańskiej, czyli skłonności do prowadzenia zobiektywizowanej analizy. Widać to na przykładzie, jak reagujemy jako społeczeństwo na problemy. Można na dwa sposoby: poprzez analizę problemu, który się wyłonił, albo fatalistycznie – typu: co ma być, to będzie. Jesteśmy w tej drugiej grupie. Do tego istnieje głęboka tradycja swarów, nieprzejednania, zaciętości. Widać to do dziś.
Nie znaczy to jednak, że pewnych elementów nie jesteśmy w stanie adaptować. Z tradycji anglosaskiej powinniśmy sobie przyswajać jak najszybciej umiejętności analizy i konfrontowania różnych racji i argumentów. Jeśli z tym sobie nie poradzimy, to nie poradzimy sobie w ogóle z politykami. Natomiast szansą jest obecność wśród krajów, które lepiej sobie radzą z racjonalnym działaniem w politykach. Obecnie łatwo o informacje, o pozyskiwanie doświadczeń innych. Ale, jak głosi przysłowie, możemy konia doprowadzić do wodopoju, ale nie zmusimy go, aby pił z niego.
Polscy urzędnicy, którzy często spotykają się z urzędnikami unijnymi, z innych krajów widzą, jak oni są przygotowani w różnych szczegółowych zagadnieniach, wszystko mają w małym palcu. Nasz urzędnik wraca w polskie realia, które wcale go nie mobilizują do analizy, poszerzania wiedzy, dzielenia się nią. Administracja funkcjonuje w sposób bardzo tradycyjny. W jej strukturach dominują mechanizmy hierarchicznego podporządkowania. Deliberacja, analiza jest ostatnią rzeczą, którą podejmują urzędnicy jakby sami z siebie. Tak jest zorganizowany system. Widoczne są wysiłki na rzecz jego modernizacji, ale rezultat wciąż jest trudny do przewidzenia. Na pewno administracja zbyt wolno adaptuje się do świata, w którym analiza jest podstawą racjonalnego działania.
W sensie organizacji państwa, pewnej mentalności jesteśmy bliżej tradycji francuskiej. Jednak Francuzi pokonali szereg swoich dawnych ograniczeń, chociażby w zakresie analizy. Tam też obywatele jakby instynktownie uważali, że państwo jest od tego, aby reagować na problemy. W ostatnich latach zmieniało się to, nastąpił rozwój społeczeństwa obywatelskiego, różnych niezależnych podmiotów eksperckich, którym administracja chętnie zleca badania. Mają system komitetów doradczych, skupiających wszystkie najważniejsze podmioty związane z analizowanym problemem. Są one powoływane, gdy władza podejmuje jakieś większe reformy.
W Polsce wciąż mamy problemy z wyjaśnianiem działań publicznych. Proces ich tworzenia pełen jest białych plam. Gdy ministerstwa zabierają się do projektowania działań w ramach określonej polityki, nie postępują według wysokich standardów, znanych w innych krajach unijnych. Np. w Wielkiej Brytanii publikowana jest najpierw zielona księga, w której pokazują wagę problemu do rozwiązania, jego konsekwencje, zagrożenia, szanse itp. Od tego zaczyna się deliberacja. Później są kolejne stadia formułowania polityki - gromadzenie adekwatnej wiedzy, przetarg interesów interesariuszy, przygotowywanie narzędzi działania, dopasowywanie ich, określanie kryteriów przyszłej oceny działań.
- Jakie są najsłabsze ogniwa i bariery w procesie tworzenia i realizacji polityk publicznych w Polsce?
- Barier jest bardzo dużo. Moim zdaniem, przede wszystkim nie doceniamy złożoności problemów publicznych. U nas uważa się często, że jest jakiś jeden mechanizm, jedna decyzja czy jedno lekarstwo na cały duży, złożony problem. Weźmy na przykład reformę w systemie zdrowia. Jedni uważali, że problemem jest zły sposób finansowania, inni, że model organizacyjny i wszyscy twierdzili, że tylko ich rozwiązania uzdrowią system. Tymczasem, jeśli chce się działać skutecznie, w wielu politykach trzeba mieć kompleksowy pakiet różnych działań, które się zazębiają i tworzą wewnętrzną synergię owocującą coraz lepszą jakością. Szczególnie w przypadku takich polityk jak zdrowie czy edukacja, kluczowe są „działania miękkie”, odwołujące się do perswazji, które mobilizują interesariuszy do wytwarzania usług coraz wyższej jakości. Nauczyciele, czy personel medyczny mogą działać dobrze z punktu widzenia obywateli, jeśli funkcjonują w środowisku dobrze skonstruowanych bodźców, ekonomicznych i społecznych. Natomiast nie da się ich zmusić odgórnymi działaniami do świadczenia wysokiej jakości usług.
Ministrowi nie uda się już zapanować nad złożonością polityk w tradycyjny sposób, czyli w oparciu o kontrolę realizowaną za pomocą przepisów odgórnego prawa. Dlatego powinien starać się panować nad interfejsem czyli miejscami, gdzie zbiegają się najważniejsze procesy i sprzężenia. Kluczowe są te procesy, które tworzą systemy bodźców w środowisku, w którym funkcjonują aktorzy polityk. Minister ma je stale badać, aby być pewnym, że aktorzy mają dobre warunki do dostarczania obywatelom usług publicznych o wysokiej jakości.
- Pojawia się coraz więcej problemów zbiorowych, które powinny stać się przedmiotem polityk publicznych i stają się one coraz bardziej skomplikowane. Wynikają z globalizacji, przemian cywilizacyjnych, kryzysu. W Polsce dochodzą także nierozwiązane problemy pozostałe w spadku po transformacji. W jakich dziedzinach szczególnie potrzebne są polityki publiczne, jakie kryteria decydują o hierarchii ważności poszczególnych polityk?
- Polityki publiczne pełnią z zasady rolę bardzo praktyczną. Jest to bowiem dyscyplina specjalnie stworzona, aby dostarczać odpowiedzi na pytania zrodzone w procesie funkcjonowania życia zbiorowego. Ma też nam pomóc w takim uformowaniu życia zbiorowego, aby było znośne, a czasami nawet przyjemne. Najważniejsze polityki publiczne powstają tam, gdzie są najpoważniejsze problemy. A więc te, które najbardziej osłabiają rozwój kraju, pogarszają naszą pozycję konkurencyjną na świecie, pogarszają jakość naszego codziennego życia. Za olbrzymi problem uznaję również to wszystko, co zmniejsza naszą zdolność do systemowego, zracjonalizowanego działania. Ciekawą kategorią problemów są problemy systemowe, a więc te, które tworzą całościowe zagrożenia - demograficzne, zarządcze, środowiskowe, edukacyjne (dopasowanie naszych kwalifikacji cywilizacyjnych do potrzeb obecnego czasu).
Tradycyjnie ważna jest - jak w każdym kraju - polityka gospodarcza. To sfera odpowiadająca za stabilność, konkurencyjność, innowacyjność ekonomiczną. Decyduje ona o tym, czy jesteśmy w stanie wygrywać rywalizację z innymi państwami o dochód pochodzący z globalnego rynku. Dzięki niemu można finansować różne usługi publiczne. Z drugiej strony, ważnych jest wiele polityk horyzontalnych, chociażby polityka demograficzna. W tej chwili sytuacja jeszcze nie jest dramatyczna, ale prognozy pokazują, że będziemy jako społeczeństwo kurczyć się i w związku z tym olbrzymie znaczenie będzie miał problem polityki rodzinnej, dzietności. Istotna jest polityka spójności społecznej. Jej celem jest spowodowanie, aby wszyscy obywatele mieli określone szanse na dobre życie, oraz aby nierówności społeczne nie przekroczyły określonych wielkości.
Kluczowa jest także polityka zarządzania publicznego. Ma ona miejsce wokół problemu naszej zdolności do samo-rządzenia, do osiągania sterowności wobec problemów publicznych. Chodzi o to, aby mieć potencjał ludzki i organizacyjny do aktywnego rozwiązywania wyłaniających się problemów. Nie możemy godzić się z fatalizmem, który oparty jest na jest bierności, poczuciu niemocy. Musimy mieć sprawną administrację, która radzi sobie nie tylko z obsługiwaniem obywateli w okienku, ale z bardzo złożonymi problemami. Powinna umieć analizować najbardziej złożone problemy, chociażby wyzwania demograficzne czy epidemiologiczne i prowadzić wyprzedzające działania wspólnie z różnymi grupami społecznymi.
- Czy w politykach publicznych zawsze powinny być uwzględniane konsekwencje społeczne podejmowanych decyzji i działań? Po reformach Balcerowicza w Polakach pozostał pewien niepokój...
- Rzeczywiście, w latach 90. cały profil polityki transformacji był silnie skoncentrowany na problemach gospodarczych. Dopasowywano parametry naszej gospodarki do wzorców zachodnich gospodarek, ale jednocześnie popełniono mnóstwo błędów w zakresie rozwiązań problemów społecznych. Doprowadzono chociażby do wielkiej dezaktywizacji milionów ludzi. Lekką ręką przydzielano różne formy wcześniejszych emerytur, czy łatwych rent.
Wciąż nie doceniamy wielu problemów społecznych. Nie mamy dojrzałej polityki społecznej w rozumieniu zachodnim. Mamy tylko politykę pomocy społecznej, natomiast w niewielkim stopniu prowadzimy działania reintegracyjne ludzi, którzy są w warunkach zagrożenia marginalizacją. Tracimy tym samym potencjał ludzki. Nie panujemy nad mechanizmami wykluczenia społecznego.
Być może polityka publiczna pomoże nam w przyszłości wypracować kompleksowe spojrzenie na wiele problemów i wyzwań. Jest nadzieja, że będziemy widzieć nie tylko problemy bezpośrednio ekonomiczne, ale i ich daleko idące uwarunkowania społeczne, jakkolwiek dużo też zależy od naszej wrażliwości na te kwestie.
- Czy można podać przykłady pozytywnych rozwiązań, udanych, spójnych, polityk publicznych w Polsce?
- Nie mam takich jednoznacznych przykładów, które by można podawać za wzór. W Polsce działamy ze zmiennym szczęściem. Słabo rozpoznajemy problemy, a sposób ich rozwiązywania często jest zawodny. Tradycyjnie, o czym już mówiliśmy, próbuje się je rozwiązywać poprzez tworzenie legislacji. Ale po uchwaleniu ustaw często nie jest monitorowane to, czy rozwiązania prawne są dopasowane do wymogów efektywności. Nie wiadomo, jakie są rezultaty. Zresztą, nawet jeśli bada się rezultaty, to zwykle i tak nie są przedmiotem jakiegoś żywego zainteresowania.
Jest np. program Solidarność pokoleń, to są działania na rzecz pracujących 50+. Przyjęto cały szereg wskaźników, które mają pozwolić na określenie rezultatów. Te rezultaty można poznać z opracowań ministerstwa pracy, ale nigdy nie widziałem dyskusji na ten temat – czy były dobre, właściwe, czy można było osiągnąć lepsze. Mogłyby zainteresować się tym jakieś instytucje eksperckie, które w oparciu o swój budżet zanalizowałyby działania publiczne poszczególnych resortów. Oni jednak nie odczuwają motywacji i najczęściej nie mają pieniędzy, a ministerstwo z kolei nie zleca ekspertyz niezależnym ośrodkom. To jest taki model działania, w którym wszystko jest niejasne, nieczytelne, niekoherentne. Może to się zmieni, kiedy dyscyplina zostanie rozwinięta i wypracowany warsztat badawczy.
- Należy mieć nadzieję, że powstanie takie zaplecze eksperckie, gotowe do podejmowania badań, analiz w różnych sprawach?
- Eksperci są, ale główny powód leży po stronie rządzących i sposobu działania administracji publicznej. Mamy zetatyzowany sposób funkcjonowania zarówno sfery deliberacji, jak i sfery, w której powstają analizy polityk publicznych. Szeroko rozumiane analizy eksperckie są najczęściej wykonywane przez instytucje publiczne, albo bezpośrednio za ich pieniądze.
Najlepiej byłoby, gdyby istniały silne instytuty z własnymi dużymi budżetami i wykonywały ekspertyzy w ramach własnej działalności. Byłyby niezależne od władzy. Obecnie w Polsce nie ma praktycznie niezależnych badań w ważnych sprawach. Wystarczy spojrzeć na politykę gospodarczą, zdrowia czy edukacji. Najważniejsze badania prowadzą albo instytucje państwowe, albo instytucje podporządkowane im finansowo. Taki zetatyzowany system nie daje nam szans rozwojowych. Jeśli nie ma mechanizmu cyrkulacji niezależnych opinii i ocen, rodzi to poważne zagrożenia. Mnożymy bowiem ryzyko porażki w politykach. Jeśli decydent nie ma szans usłyszenia niezależnej opinii, nie będzie miał szans poprawienia jakości swojego działania.
- Dlaczego deliberacja nam nie wychodzi?
- Deliberacja wymaga poczucia wolności, niezależności od różnych ośrodków władzy, czy to rządowej, czy samorządowej. Tymczasem politycy lubią uzależniać od siebie i publicznych pieniędzy. Mają skłonność do budowania różnych hierarchicznych struktur zależności, aby zapewnić sobie przywilej posiadania ostatniego słowa.
Po prostu, dławimy wolność wypowiedzi wszędzie tam, gdzie jest to jeszcze możliwe. Jesteśmy społeczeństwem, które ma jeszcze problemy z różnieniem się, z różnorodnością, uznaniem złożoności. Boimy się odmienności opinii. Badania prof. J. Hryniewicza pokazują, że nasze instytucje są tak zorganizowane, aby minimalizować odmienności. Stykanie się z nimi wywołuje bowiem nieprzyjemne odczucia, zwłaszcza wśród kadr kierowniczych.
- Jakie znaczenie mają polityki publiczne dla usprawnienia funkcjonowania państwa i zaspokajania potrzeb społecznych?
- Polityka publiczna jako dyscyplina zbudowana na wzorcach anglosaskich jest sferą analizy i budowania metod efektywnego działania. Przynosi to wiele szans, ale nie są one automatyczne. Nie chciałbym tworzyć iluzji, że samo wyłonienie tej dyscypliny dramatycznie coś zmieni. Na razie mamy otwarcie pewnej drogi i uruchomienie długiego procesu.
Polityki publiczne ze swoją tradycją tworzą dobre ramy intelektualne, aby móc głęboko zrozumieć mechanizmy dzisiejszego życia zbiorowego. Wchodzimy w erę, która będzie wymagała coraz więcej analizy i budowania zracjonalizowanych wzorców działań w oparciu o nią. Max Weber już na początku zeszłego wieku głosił, że cywilizacja to taka stalowa klatka, wymuszająca zobiektywizowane myślenie i poszukiwanie coraz bardziej racjonalnych form organizacyjnych funkcjonowania państwa, które pozwalają na rozwiązywanie piętrzących się problemów zbiorowych. Dziś można powiedzieć, że przetrwają te państwa, które będą w najwyższym stopniu sprawne organizacyjnie i pełne zaangażowania swoich obywateli. Kiedyś suwerenność traciły państwa słabe militarnie, obecnie suwerenność tracą te, które nie potrafią sobie poradzić z stabilnością ekonomiczną, konkurencyjnością, innowacyjnością czy problemami środowiskowymi.
Dziękuję za rozmowę.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 0
Zamieszczamy rozmowę prof. Michaela Hudsona i Glenna Diesena na temat poglądów Hudsona dotyczących rentierstwa i finansjalizacji. Jak argumentował Hudson artykule „From Marx to Goldman Sachs” (Od Marksa do Goldmana Sachsa), kapitalizm przemysłowy dążył do minimalizacji kosztów nieprodukcyjnych, takich jak odsetki i wysokie opłaty pobierane przez właścicieli ziemskich, aby umożliwić właścicielom fabryk efektywniejsze funkcjonowanie. W Niemczech obowiązywały ścisłe regulacje dotyczące właścicieli ziemskich, w takim stopniu, że dzierżawcy mieli znaczne prawa własności. To sprawiło, że długoterminowe dzierżawy stały się atrakcyjne dla pracowników, a jednocześnie obniżyło koszty pracy.
Hudson wyjaśnia, w jaki sposób finansjalizacja (a ostatnio rentieryzm wspomagany technologią) zniweczyły pozytywny potencjał kapitalizmu, polegający na efektywnym zwiększaniu produkcji, a zamiast tego doprowadziły do wzrostu ekstrakcji i nierówności.
Glenn Diesen: Oceniając obecną sytuację gospodarczą, polityczną i społeczną, nie mogę oprzeć się wrażeniu, że nie jesteśmy już u szczytu cywilizacji. Oczywiście, napisał Pan kiedyś książkę zatytułowaną The Destiny of Civilization: Finance, Capitalism, Industrial Capitalism, or Socialism (Los cywilizacji: finanse, kapitalizm, kapitalizm przemysłowy czy socjalizm). Myślę, że teraz, gdyby chciał Pan nakręcić remake, musiałoby być dużo nowego materiału do Pana książki. Ale ogólnie rzecz biorąc, dobrym punktem wyjścia byłoby pytanie, jak powiązać system gospodarczy ze wzrostem i upadkiem cywilizacji? I jakie są ekonomiczne wskaźniki upadku cywilizacji?
Michael Hudson: Cóż, nie napiszę remake'u, ale zrobię sequel. A sequel cofa się w czasie, aby naprawdę przeanalizować, na czym polegała klasyczna ekonomia polityczna i dlaczego klasyczna ekonomia była tak naprawdę planem kapitalizmu przemysłowego. Muszę więc omówić tu pewną teorię ekonomiczną, ponieważ istnieje ogromna różnica między upadkiem gospodarki lub systemu gospodarczego, jaki obserwujemy dzisiaj, a upadkiem całej cywilizacji. Mimo że istnieje tzw. konflikt cywilizacyjny między dzisiejszym kapitalizmem finansowym, rentierskim na Zachodzie, a kapitalizmem przemysłowym o chińskiej specyfice, który zadziwiająco przypomina amerykański protekcjonizm, brytyjski za czasów Davida Ricardo i Johna Stuarta Milla oraz niemiecki.
Wszystkie społeczeństwa przemysłowe i cały rozkwit tego, co uważamy za naszą cywilizację, jest w rzeczywistości transformacją samej gospodarki. Rozkwit kapitalizmu przemysłowego miał miejsce w Wielkiej Brytanii. Myślę, że jeśli przyjrzymy się ich wyobrażeniom o tym, jak wyglądał przebieg kapitalizmu przemysłowego, cywilizacji i świata, nad którym mieli dominować, to pokażemy, co poszło nie tak i dlaczego nie osiągnęliśmy tego, czego wszyscy ekonomiści klasyczni oczekiwali od kapitalizmu przemysłowego: rozwinięcia gospodarki mieszanej, publicznej i prywatnej, z rosnącymi wydatkami rządowymi na infrastrukturę, aby utrzymać niskie koszty, a zwłaszcza tego, co było rewolucyjne w kapitalizmie przemysłowym. Chodzi o uwolnienie się od feudalizmu i jego spuścizny. Głównym dziedzictwem była klasa dziedzicznych właścicieli ziemskich, która nadal dominowała w Izbie Lordów i pragnęła chronić renty gruntowe arystokracji ziemskiej, głównie z ich ziem rolnych.
Czynsze za nieruchomości i czynsze za mieszkania jeszcze nie wzrosły, ale poważnym problemem, przed którym stanęła Wielka Brytania, było wyżywienie ludności w obliczu protekcjonistycznej klasy właścicieli ziemskich. Ricardo w 1817 roku wyjaśnił, że tym, co groziło zablokowaniem rozwoju brytyjskiego przemysłu, a przynajmniej zahamowaniem jego ekspansji, była konieczność zatrudnienia siły roboczej do produkcji towarów, sprzedawanych z marżą. Ostatecznie, według Ricarda, zgodnie z teorią wartości pracy, ich wartość i cenę można było sprowadzić do pracy. Dotyczyło to również pracy przy obsłudze maszyn, z których korzystali przemysłowcy, a także do produkcji żywności i innych produktów, które pracownicy musieli opłacać ze swoich wynagrodzeń.
Cóż, pracodawcy musieli płacić wystarczająco wysokie pensje, aby pokryć koszty utrzymania. A ponieważ dobrze wykształcona, dobrze ubrana, zdrowa i dobrze odżywiona siła robocza była bardziej produktywna, koszty te musiał pokryć pracodawca. Celem kapitalisty przemysłowego było zatem obniżenie kosztów konsumpcji niezbędnej do pracy. A najpilniejszym rosnącym kosztem czasów Ricarda, był wzrost cen żywności, wynikający z ustaw zbożowych, czyli ceł na import żywności, które uniemożliwiały swobodny handel żywnością.
Wielka Brytania w 1815 roku wyszła z wojen napoleońskich, które ją odizolowały. W rezultacie Wielka Brytania musiała polegać na własnych właścicielach ziemskich, na własnej ziemi, aby się wyżywić. A gdy tylko po powrocie pokoju rozpoczął się handel zagraniczny, właściciele ziemscy powiedzieli: „Cóż, nasze czynsze spadają. Musicie je chronić, nakładając na nich cła”. To uniemożliwiło brytyjskim pracodawcom importowanie tańszej żywności, aby wyżywić swoich pracowników i uniknąć konieczności płacenia tak wysokich pensji. [Mówiąc to], myślę o paralelach z nowoczesną gospodarką, o których jeszcze wspomnę. Właściciele ziemscy zażądali czynszów za ziemię.
I tak przez 30 lat, od 1815 roku do uchylenia ustaw zbożowych w 1846 roku, toczyła się walka o wolny handel. A walka o wolny handel była pierwszym krokiem w przełamaniu oporu właścicieli ziemskich, którzy twierdzili, że gospodarka opiera się na rentach gruntowych, a nie na zyskach przemysłowych. Nie obchodzi nas przemysł, chcemy tylko rent. Ricardo wyjaśnił, co by się stało, gdybyś pożyczał, gdybyś pozwolił gospodarce przekształcić się w rentierską, płacąc czynsze właścicielom ziemskim, najpierw za żywność, a z czasem za mieszkania, za renty gruntowe za mieszkania. Późniejsi ekonomiści XIX wieku mówili: cóż, to samo dotyczy rent monopolowych. Nie chcemy monopoli, ponieważ podniosą one koszty utrzymania i prowadzenia działalności gospodarczej. A potem, na koniec, powiedzieli, no wiecie, największą płatnością czynszu, dochodem rentierskim w ogóle, jest spłata wierzycielom, bankierom i posiadaczom obligacji w formie odsetek i opłat finansowych.
Rolą kapitalizmu przemysłowego we wszystkich tych krajach było zatem minimalizowanie tych trzech klas: właścicieli ziemskich i klasy produkującej surowce, monopolistów i klasy bankowej. I to właśnie sprawiło, że kapitalizm przemysłowy odniósł tak wielki sukces w krajach przechodzących te reformy. Ponieważ w krajach, w których reformy nie zostały przeprowadzone, właściciele ziemscy byli na tyle silni, by blokować wolny handel, podatki od dochodów z dzierżaw i uniemożliwiać rządom minimalizowanie czynszów w celu usprawnienia gospodarki i obniżenia kosztów utrzymania i prowadzenia działalności gospodarczej, zostały one pozostawione w tyle.
Zatem Ricardo sformułował klasyczną teorię wartości, która głosiła, że wartość jest wytwarzana przez pracę, ale ceny nie odzwierciedlają tej wartości. Ceny są znacznie wyższe od tej wartości, a nadwyżka cen nad wartością to renta ekonomiczna. A renta ta to dochód niewypracowany. John Stuart Mill powiedział, że właściciele ziemscy pobierają czynsze, a także rosnące ceny za ziemię, nawet we śnie.
Zatem każda gospodarka, z punktu widzenia ekonomistów klasycznych, dzieliła się na dwie części. Była część produkcyjna gospodarki, a następnie część rentierska – relacje własnościowe, kredytowe i rentowe, które nakładały się na gospodarkę produkcyjną jako koszty ogólne. Ideą gospodarki przemysłowej było jak najszybsze dostosowanie cen do rzeczywistej wartości kosztowej. To właśnie miało przyczynić się do sukcesu gospodarek i uczynić kapitalizm przemysłowy o wiele potężniejszym.
Cóż, gdyby ustawy zbożowe nadal blokowały import po niższych cenach, utrzymywałoby to ceny żywności na wysokim poziomie, a tym samym płace minimalne, i zniechęcało do nowych inwestycji. [A właściciele ziemscy prowadzili] ogromną kampanię. Przegrali. Ricardo twierdził, że to położy kres akumulacji kapitału. I pisał: „kapitał nie będzie mógł wówczas przynosić żadnego zysku i nie będzie można żądać dodatkowej pracy. W konsekwencji populacja osiągnie swój szczyt. Na długo przed tym okresem ta bardzo niska stopa zysków zatrzyma wszelką akumulację, a prawie cała produkcja krajowa, po opłaceniu robotników, będzie własnością właścicieli ziemi oraz odbiorców dziesięcin i podatków”.
Podatki miały służyć głównie pokryciu kosztów finansowych. Z wykresu widać, jak gospodarka będzie rosła, ale w miarę wzrostu czynszów, zyski spadną do poziomu, w którym zostaną całkowicie wygaszone. A bez zysków przemysłowcy nie mają motywacji do inwestowania. Ricardo opisał to wszystko w rozdziale o zyskach w swojej książce The Principles of Political Economy and Taxation (Zasady ekonomii politycznej i opodatkowania).
W książce The Destiny of Civilization: Finance, Capitalism, Industrial Capitalism, or Socialism omawiam bardziej szczegółowo program reform kapitalizmu przemysłowego. Celem mojej książki o cywilizacji jest to, że istnieją dwa rodzaje gospodarek. Nie żyjemy już w gospodarce kapitalistycznej. I większość ludzi nazywa naszą gospodarkę kapitalistyczną, ale to nie jest kapitalizm przemysłowy, o którym mówiono w XIX wieku, ani to, co Marks miał na myśli w „Kapitale”, ani to, co Werner Sombart miał na myśli, gdy ukuł słowo „kapitalizm” w latach 20. XX wieku. To kapitalizm finansowy. Sektor finansowy wspiera obecnie interesy monopolistów, rentierów i inwestorów nieruchomości.
Ziemia przestała być własnością dziedzicznego monopolu. Każdy może kupić dom lub budynek komercyjny, ale musi się zadłużyć. Czynsz dzierżawny jest w całości płacony bankierowi, już nie właścicielom ziemskim. A w ciągu, powiedzmy, 30-letniego kredytu hipotecznego, który został ujednolicony po II wojnie światowej i stworzył amerykańską klasę średnią, bankier faktycznie otrzymywał więcej pieniędzy w formie odsetek niż sprzedawca domu lub budynku komercyjnego.
Tak więc cena mieszkań, czy to wynajmu, czy kupna, którą muszą płacić pracownicy w Stanach Zjednoczonych i Europie, musi być wystarczająco wysoka, aby pokryć koszty odsetek i opłat na rzecz banków. I jeśli spojrzymy zarówno na gospodarkę europejską, jak i amerykańską, to to, co nazywają produktem krajowym brutto, wydaje się rosnąć, ale prawie cały ten wzrost produktu krajowego brutto to dochód rentiera. Odsetki są naliczane jako świadczenie usługi. Opłaty za opóźnienia w płatnościach kart kredytowych dla banków, które są wyższe niż naliczane stopy procentowe, są świadczeniem usługi, a ceny monopolistyczne są wliczane do PKB. W związku z tym w produkcie krajowym brutto jest bardzo mało produktu, a coraz więcej kosztów ogólnych gospodarki.
Jak do tego doszło? Pod koniec XIX wieku właściciele ziemscy, a zwłaszcza klasa finansowa, sprzeciwili się ekonomii klasycznej. A ekonomia klasyczna była ideologią kapitalizmu przemysłowego. Wolne gospodarki od renty. Wolny rynek to rynek wolny od renty. Reakcją w Stanach Zjednoczonych kierował John Bates Clark. W Europie przewodziła austriacka szkoła ekonomistów antyrządowych i antysocjalistycznych. W Wielkiej Brytanii przewodzili utylitarni teoretycy, którzy twierdzili, że nie ma różnicy między ceną a wartością. Cena to tyle, ile zapłacą konsumenci za usługi. Zastosowali w tym wszystkim błędne koło.
Myślę więc, że w mojej następnej książce, nad którą teraz pracuję, muszę się cofnąć i zapytać: jak postrzegasz gospodarkę i jak ona działa? I to jest klucz do zrozumienia, dlaczego ta walka między Zachodem, Ameryką i Europą, traktuje Chiny, Azję i inne kraje, które podążają za tym pierwotnym planem klasycznych ekonomistów wolnego rynku, jako cywilizacyjne, ponieważ postrzegają interesy rentierów, bankierów i obligatariuszy, właścicieli ziemskich i monopolistów. Dla nich to jest cywilizacja. A przez cały rozkwit indywidualizmu i wolnego rynku w XIX wieku Adam Smith, John Stuart Mill i to, co stało się całym ruchem socjalistycznym i socjaldemokratycznym, wspieranym przez amerykańskich przemysłowców i partie konserwatywne w Anglii, mówili: cóż, wszyscy chcemy, aby nasze gospodarki były bardziej produktywne i musimy pozbyć się klas, które gromadzą dochody bez zwiększania produkcji, bez pracy, które zarabiają pieniądze we śnie.
Istnieje zatem fundamentalne rozróżnienie między dochodami uzyskanymi a niewypracowanymi, między sektorem produkcyjnym a sektorem kosztów ogólnych. A nic z tego nie występuje, nie jest nauczane w dzisiejszym programie nauczania ekonomii. Walka sektora finansowego i nieruchomości, głównie prowadzona wspólnie, głosi, że nie ma czegoś takiego jak renta ekonomiczna. Nie ma dochodów niewypracowanych. Wykorzystali oni dochody z wynajmu, które mają, oraz wszystkie zyski kapitałowe z nieruchomości i inwestycji w korporacje, finansowane długiem, aby przejąć kontrolę nad procesem politycznym i go sprywatyzować. A od lat 80., szczególnie od Margaret Thatcher w Anglii, przez Ronalda Reagana w Stanach Zjednoczonych, po socjaldemokratyczne partie w Europie, obserwujemy ruch na rzecz prywatyzacji infrastruktury publicznej, który głosi: cóż, prywatni zarządcy mogą wykonać o wiele lepszą robotę. Sprywatyzujmy więc system wodny. Sprzedajmy brytyjską wodę Thames Water Company. Prywatne przedsiębiorstwa z pewnością mogą być o wiele bardziej wydajne i mniej biurokratyczne. Sprywatyzujmy z kolei brytyjskie koleje. To na pewno będzie bardziej efektywne.
No cóż, ceny wody dla brytyjskich konsumentów i przemysłu gwałtownie wzrosły. Ceny kolei znacznie wzrosły, a kolej nie obsługuje już przedmieść tak jak kiedyś. Publiczna firma autobusowa została sprywatyzowana i, żeby zarobić więcej, po prostu ograniczyła trasy do miejsc o niskiej liczbie pasażerów położonych dalej od Londynu.
Cóż więc mamy dzisiaj w Anglii, co odpowiadałoby wysokiej cenie kukurydzy, oznaczającej zboże? Odpowiednikiem dzisiaj byłaby energia, ponieważ każda branża potrzebuje energii, domy potrzebują prądu do ogrzewania, a gazu do gotowania, jeśli w pobliżu jest gazociąg. A teoria wartości pracy nie uwzględniała produktywności kapitału. Amerykanie tak, począwszy od lat 50. XIX wieku. Amerykanie, i ja napisałem rozprawę o ekonomiście Erasmusie Peshine Smithie, który rozwinął tę teorię jako podstawę programu Partii Republikańskiej, gdy powstała w 1853 roku. Powiedzieli, cóż, zmiana, postęp cywilizacji nastąpił od naturalnej energii wiatru i energii wodnej, najpierw do węgla, a potem do ropy naftowej i gazu.
W tamtym czasie nikt nie widział innych form elektryczności, na przykład energii atomowej. I nikt nie przewidywał, że to, co było wiatrakami w Holandii i innych miejscach, stanie się gigantycznymi konstrukcjami elektrowni wiatrowych, jakie Chiny zbudowały na pustyni Gobi i w całych Chinach. A dziś Chiny zdają sobie sprawę, że nie pozostawią tego rozwoju prywatnym przedsiębiorstwom, ponieważ stworzenie energii elektrycznej jako alternatywy dla ropy naftowej i gazu zajmuje dużo czasu. Stworzenie przedsiębiorstwa energetycznego w Stanach Zjednoczonych zajmuje dużo czasu. Po przejściu przez wszystkie formalności, spełnieniu wszystkich wymagań, budowa nowego przedsiębiorstwa energetycznego w Stanach Zjednoczonych zajmuje 10 lat.
Jest jeszcze jeden problem, który dotyczy jednej z głównych grup dążących do renty, która przejęła władzę w Stanach Zjednoczonych, oprócz bankowości i rynku nieruchomości, czyli przemysł naftowy. Przemysł węglowy jest również bardzo potężny. Przejął on kontrolę nad administracją Trumpa. A Trump powiedział: „Reprezentuję przemysł węglowy. Tak naprawdę jesteśmy przemysłem naftowym. Naprawdę ruszymy z ropą naftową, z gazem ziemnym i wykorzystamy to jako siłę. Po pierwsze, zablokujemy Europie uzależnienie od energii i ropy, których nie produkują Stany Zjednoczone i ich sojusznicy. Powiemy: „Nie możecie już importować ropy z Rosji, Iranu ani Wenezueli. Musicie kupować ropę i LNG, gaz ziemny, od nas”. I tak się stało. A jednym ze skutków sprzedaży przez Amerykę skroplonego gazu ziemnego do Europy jest wzrost cen gazu w Stanach Zjednoczonych.
Wszystko to stało się tym, co rząd określa jako cywilizacyjne, ponieważ amerykańska gospodarka chciała powiedzieć: mamy problem. Nie możemy już konkurować z innymi krajami w sposób industrialno-kapitalistyczny, jak mogliśmy to robić w 1945 roku. Nie jesteśmy już firmą przemysłową. Przenieśliśmy naszą siłę roboczą i przemysł do innych krajów, głównie do Azji. A jedynym sposobem, w jaki możemy, aby inne kraje nas dotowały, jest stwierdzenie, że trwa zimna wojna z Rosją i Chinami. I musimy bronić Europy przed nieuchronną inwazją, która za rok lub dwa będzie taka, że Rosja będzie skłonna stracić kolejne 22 miliony ludzi, próbując najechać Europę i odzyskać dla siebie Niemcy Wschodnie. Cóż, to wszystko bzdura, ale w kontekście tej fikcji, tej fikcyjnej narracji o zimnej wojnie, Stany Zjednoczone przekonały członków NATO: tak, musicie unikać wolnego handlu.
To jest walka, którą brytyjscy przemysłowcy wygrali w 1815 roku, a niemieccy przegrali dziś, po 2022 roku, odcinając handel, handel energią z Rosją i innymi krajami, a następnie odcinając handel technologią z Rosją, tak jak zrobiła to Holandia, kiedy ogłosiła zamknięcie Nexperii i stwierdziła, że przejmujemy ją, ponieważ nie możemy pozwolić na istnienie żadnej chińskiej firmy na Zachodzie. A zaledwie kilka dni temu Donald Trump, Ameryka, wywarł presję na Sąd Najwyższy Panamy, aby skonfiskował chińskie inwestycje w rozwój portu w Kanale Panamskim, aby spróbować temu zapobiec. Mamy więc coś, co rzeczywiście grozi wojną cywilizacyjną. A wojna dotyczy tego, czy powstanie rząd, który będzie reprezentował rozwój ogółu społeczeństwa w zakresie wzrostu gospodarczego i dobrobytu, czy też będzie to rząd wrogów dobrobytu, klasy rentierów.
Jeśli pozwolicie sektorowi finansowemu, sektorowi nieruchomości i monopolom przejąć kontrolę nad wszystkimi usługami publicznymi, ziemią, zdjąć z nich podatki i tworzyć kredyt, który w istocie tworzy bogactwo finansowe poprzez roszczenia wierzycieli, które reprezentują długi 99%, a przynajmniej 90% społeczeństwa, wtedy gospodarka się zatrzyma. A jeśli Stany Zjednoczone naprawdę poważnie traktują zimną wojnę, jeśli powiedzą Europie: „Już was przekonaliśmy, żebyście walczyli do ostatniego Ukraińca o ziemię, nie możemy dać Rosji ani cala ziemi”. Więc pan Zełenski mówi nam, że wolelibyśmy, żeby naród ukraiński umarł. Ludzie się nie liczą. Kontrola nad ziemią ma znaczenie. Krzywda Rosji ma znaczenie. A fakt, że wy, Niemcy, przegraliście z Rosją dwa razy, w I i II wojnie światowej, może tym razem uda wam się zemścić. Rozegrajmy wojnę od nowa, stosując militarystyczny keynesizm. Jeśli stworzycie broń, to faktycznie użyjecie jej w Rosji.
Ta walka między rentierskim kapitalizmem finansowym skoncentrowanym w Stanach Zjednoczonych, opartym na infrastrukturze, monopolu na sztuczną inteligencję, monopolu komputerowym i technologii informacyjnej, ma być w stanie zastąpić amerykańskie zyski przemysłowe, które USA osiągnęły z eksportu produktów rolnych, co było kluczem do amerykańskiego bilansu płatniczego i dominacji w systemie po 1945 roku. Chcą zastąpić to rentami monopolistycznymi za technologię informatyczną i sztuczną inteligencję. Europa groziła stwierdzeniem, że jednym z problemów jest nie tylko to, iż czerpiecie monopolistyczne zyski, ale także to, że nalegacie, byśmy my, Europejczycy, nawet ich nie opodatkowywali. Mamy natomiast opodatkowywać naszą pracę – przerzucić ciężar podatkowy na pracę, a zdjąć go z biznesu i dochodów rentierskich, a zwłaszcza z Amerykanów.
I Trump powiedział: „No cóż, powstrzymamy to. Nałożymy na was cła i zakłócimy waszą gospodarkę. [A wasze firmy] nie będą miały dostępu do rynku amerykańskiego. A także, poprzez NATO, na szczęście, wykorzystaliśmy NATO do kontrolowania Unii Europejskiej. Poddali się i powiedzieli: „Dobra, nie będziemy opodatkowywać monopolu Stanów Zjednoczonych”. Będziemy zależni nie tylko od gazu, od złóż, od Stanów Zjednoczonych, ale także od technologii informatycznych. W końcu pozwolimy, aby cały nasz wzrost płac i dochodów był przekazywany Stanom Zjednoczonym, ponieważ polegamy na was, że ochronicie nas przed groźbą wkroczenia Rosjan prosto do Niemiec w drodze do Wielkiej Brytanii”.
To szaleństwo. I chyba można powiedzieć, że cywilizacje upadają, ponieważ nie rozumieją dynamiki gospodarczej, która od samego początku zapewniła im sukces w ich rozwoju. Cała moja książka o upadku starożytności pokazała, że pierwszą formą dochodu rentierskiego, która ostatecznie zniszczyła starożytność po wiekach wojen domowych, od VII wieku p.n.e. aż do czasów Cezara i końca republiki rzymskiej, były żądania ludności dotyczące umorzenia długów i redystrybucji ziemi. Ta walka zakończyła się porażką, a jej rezultatem był feudalizm.
Mieliśmy więc Imperium Rzymskie, które w tamtych czasach było, jak sądzę, cywilizacją zachodnią, straciło swój walor, który czynił je cywilizacją, i popadło w dekadencję. To samo dzieje się dzisiaj, w podobnych kategoriach. Azja przez tysiące lat miała zupełnie inne podstawy filozofii społecznej i rządzenia, począwszy od konfucjanizmu, który głosił, że jeśli masz cesarza, to jego rolą jest dbanie o zadowolenie ludności i zapobieganie buntom. Jeśli wybuchnie bunt, cesarz traci uzasadnienie dla bycia cesarzem. To samo miało miejsce w początkach cywilizacji zachodniej, która miała miejsce na Bliskim Wschodzie, w Mezopotamii, Egipcie, Sumerze, Babilonii i Egipcie.
Wszystkie wczesne cywilizacje epoki brązu, od trzeciego do pierwszego tysiąclecia p.n.e., regularnie anulują długi, aby zapobiec przejęciu władzy przez oligarchię. Każdy król z dynastii Hammurabiego rozpoczynał swoje rządy od anulacji długów, zwracając ziemię rolnikom, którzy ją utracili, aby mogli ją odzyskać i ponownie zacząć płacić podatki, służyć w armii i wykonywać pracę pańszczyźnianą przy budowie projektów infrastrukturalnych Mezopotamii.
To samo działo się w Egipcie. Kiedy archeolodzy i egiptolodzy w końcu zaczęli tłumaczyć to, co napisali Egipcjanie, to właśnie Kamień z Rosetty był anulacją długów, anulacją długów podatkowych. Kiedy młodemu faraonowi powiedziano: cóż, zrób to, co robili poprzedni faraonowie, anuluj długi i uwolnij ludność, aby mogła pracować. W przeciwnym razie nastąpi koncentracja własności ziemi i zubożenie jej.
To samo wydarzyło się na ziemiach żydowskich w Judei. Po niewoli babilońskiej i powrocie Żydów, przynieśli oni prawa z Księgi Kapłańskiej, czyli Prawo Mojżeszowe 25, powtarzając słowo w słowo to, co uczyniło umorzenie długów przez Hammurabiego: uwolnienie niewolników, umorzenie długów i redystrybucja utraconej ziemi. To stało się centrum ich religii, ponieważ w tamtym czasie, w pierwszym tysiącleciu, królowie nie byli już dobrzy, zwłaszcza na Zachodzie, a Izrael stał się już wówczas częścią Zachodu.
Można zatem powiedzieć, że zmiana cywilizacji faktycznie rozpoczęła się 2000, 2500 lat temu, między Zachodem, który nie umorzył długów i nie przywrócił porządku w sposób cykliczny. Kraje azjatyckie, od Bliskiego Wschodu po Chiny, wszystkie zdawały sobie sprawę, że gospodarki mają tendencję do polaryzacji, gdy bogaci przejmują władzę, stają się podmiotami interesów i w istocie próbują zdemontować władzę publiczną oraz uniemożliwić władcom ochronę ludności i jej środków do życia, a także koncentrację jej własności ziemi w rękach klasy oligarchicznej.
Zachód od początku był oligarchią. W tym sensie znajdujemy się dziś w konflikcie cywilizacyjnym, ponieważ, ponownie, toczy się on między klasą rentierów, pierwotnie klasą wierzycieli, która stała się klasą właścicieli ziemskich pobierających rentę gruntową, a stopniowo monopolami, które powstały w feudalnej Europie, aby umożliwić królom znalezienie źródła dochodu na spłatę międzynarodowych bankierów zaciągniętych pożyczek wojennych, które zaciągali na walkę między sobą i przejmowanie ziemi.
Mamy więc pełną dynamikę cywilizacyjną, która zaczęła się łączyć i stawać bardziej racjonalna w okresie rewolucji przemysłowej. To kapitalizm przemysłowy był radykalny. Mówił, że chcemy tego samego, o co walczono w Rzymie, Babilonii i na ziemiach żydowskich, kiedy Jezus sprzeciwił się interesom partykularnym i wygłosił swoje pierwsze kazanie, rozwijając zwój Izajasza i mówiąc: „Przyszedłem ogłosić umorzenie długów”. To właśnie było źródło żydowskiego chrześcijaństwa, można by rzec, żydowskiego chrześcijaństwa.
To właśnie dziś wszystko rozwala. Wspomniałem, że w Stanach Zjednoczonych istnieje problem z tym, jak Ameryka może uzyskać monopol w dziedzinie sztucznej inteligencji, produkcji komputerów i innych zaawansowanych technologii Doliny Krzemowej, jeśli nie ma prądu. Trump uniemożliwił Ameryce dostęp do energii elektrycznej z wiatraków i energii słonecznej. Mówi, że węgiel to jedno z paliw przyszłości. Administracja Trumpa odwołała planowane zamknięcie elektrowni węglowych, ponieważ administracja Bidena zaplanowała ich zamknięcie z powodu globalnego ocieplenia.
I tak Trump nie tylko zamknął alternatywy dla energii węglowej, ale także wycofał się z Porozumień Paryskich i sprzeciwia się całemu ruchowi reszty świata, którego celem jest uwolnienie produkcji energii, będącej kluczem do produktywności, od uzależnienia od węgla. Stało się to zagrożeniem cywilizacyjnym, ponieważ globalne ocieplenie w środowisku naturalnym jest jednym z czynników, które zniszczyły cywilizacje babilońskie po 1200 r. p.n.e., kiedy to globalne mrozy spowodowały susze i masowe migracje ludności. Zmiany klimatyczne zniszczyły również cywilizację Indusu w 1800 r. p.n.e. Istnieją zatem pewne czynniki zewnętrzne, oprócz dynamiki wewnętrznej, które zagrażają istnieniu cywilizacji.
To już się zdarzało i można to prześledzić w historii. I grozi to przekształceniem, a nawet zniszczeniem sposobu, w jaki cywilizacja zachodnia i świat, który został podporządkowany jej wartościom, żyją chwilą obecną. Zysk finansowy żyje chwilą obecną. Teraźniejszość jest przyszłością. Liczy się tylko rok do roku. Koncerny naftowe nie przejmują się tym, że spalanie ropy naftowej przyspieszy globalne ocieplenie i pogorszy sytuację, ponieważ ich celem jest generowanie zysków, a właściwie rent ekonomicznych, z ropy.
Cóż, jeśli cywilizacja zachodnia nie powróci do analitycznej teorii wartości, ceny i renty klasycznych ekonomistów, nie zda sobie sprawy z faktu, że tak naprawdę nie jesteśmy już produktywni. I ulegliśmy deindustrializacji. I pozwalając Margaret Thatcher i Ronaldowi Reaganowi stać się narzędziami, które reprezentowały tę antyrządową, antysocjalistyczną filozofię, głoszącą, że wolny rynek nie rozróżnia pracy produktywnej od nieproduktywnej. Nic z tych rzeczy. To wolny rynek, który pozwala bogatym właścicielom ziemskim robić, co chcą, przejmować kontrolę nad rządem, finansować kampanie wyborcze i w zasadzie prowadzić wojnę z każdym krajem, który nie stosuje tej samej antyrządowej, prorentierskiej, prooligarchicznej formy rządu, jaką stała się cywilizacja zachodnia.
Myślę, że wielkim zagrożeniem dla cywilizacji zachodniej jest neoliberalizm, który zaprzecza istnieniu renty ekonomicznej i traktuje dochód rentiera jako rzeczywisty produkt, myśląc, że PKB rośnie. Jeśli bankierzy się bogacą, wszystkie te płatności odsetek od długu rosną, to jest to produkt. Wszystkie czynsze, które ludzie płacą za rosnące koszty nieruchomości, to jest produkt. A ceny monopolistyczne są po prostu. Jeśli ludzie są gotowi je zapłacić, to wybór konsumenta, by płacić monopolom. Nie ma czegoś takiego jak przymus ekonomiczny. Cała retoryka myśli ekonomicznej została przekształcona w rodzaj słownika oszustwa, zamiast słownika wyjaśniającego rzeczywistą dynamikę systemów gospodarczych i ostatecznie funkcjonowania cywilizacji.
G. D.: Jak już wspomniałem, klasyczni ekonomiści, kapitaliści przemysłowi bardzo skupiali się na kwestii ograniczenia roli klasy rentierskiej, a przynajmniej redukcji osób poszukujących renty. A teraz, gdy obserwujemy to przejście do kapitalizmu finansowego, gdzie postrzegamy klasę rentierską jako po prostu wspaniałych, znakomitych kapitalistów, powołujemy się na Johna Stuarta Milla, aby uzasadnić, dlaczego nie powinno być redystrybucji, jakby koncepcja gospodarki klasycznej lub kapitalizmu przemysłowego była jakimś socjalistycznym spiskiem. Dziwne jest jednak, jak neoliberalna idea kapitalistyczna ukształtowała ideologię, która pozwala jej w pewnym stopniu zapożyczać od tych samych myślicieli.
Mam jeszcze jedno ostatnie pytanie, jeśli chodzi o Europejczyków. Oczywiście, Stany Zjednoczone nie mogą konkurować z Chinami. Teraz szukają zysków z całego świata, co jest korzystną pozycją, w jakiej się znajdują. Ale w przypadku Europejczyków, jak sam powiedziałeś, wydają się bardziej agresywni. Mówią, że trzeba kupować broń, trzeba kupować energię. Istnieje tam bardzo wysoka marża lub możliwość generowania dużych zysków. Poza tym, jeśli Europejczycy chcą bezpieczeństwa, powinni również upewnić się, że ich zyski są reinwestowane w Stany Zjednoczone. I oczywiście Europejczycy to robią, ale prowadzi to również do gospodarczej dewastacji kontynentu, co, jak sądzę, w pewnym momencie przełoży się zarówno na problemy polityczne, jak i związane z bezpieczeństwem.
Ale Chiny i Rosja, jak się wydaje, odłączając się od systemu kierowanego przez Amerykanów, czy to jest dla nich źródło wzrostu gospodarczego? Bo jednym z pomysłów było nałożenie sankcji na Rosjan, zmiażdżenie ich gospodarki. Jeśli pamiętacie, na początku wojny rubel miał się rozpaść, a ich gospodarka miała się rozpaść przed końcem weekendu. A to nie zadziałało w ten sposób.
Zamiast tego widzieliśmy, że Rosjanie odcięli się od zachodniej technologii, banków i waluty i odnotowali znaczny wzrost, oczywiście oparty bardziej na sferze przemysłowej, w przeciwieństwie do tego tradycyjnego lub nietradycyjnego, ale nowego kapitalizmu finansowego. Ale czy dostrzegasz część sukcesu zarówno Chin, jak i Rosji w odcięciu się od tych, jak sądzę, niekonkurencyjnych, dążących do renty amerykańskich technologii, banków i waluty?
M. H.: Cóż, nie chodzi o to, że sami się odcięli. Donald Trump odciął, a Ameryka odcięła ich, co bardzo im pomogło. Wspomniałeś, że socjalizm był spiskiem. To nie to. Socjalizm był postrzegany jako kolejny etap kapitalizmu przemysłowego. Pod koniec XIX wieku nie tylko Marks mówił o socjalizmie, istniały wszelkiego rodzaju formy socjalizmu. Był socjalizm chrześcijański, był socjalizm anarchistyczny, była socjaldemokracja. I wszyscy, wszystkie grupy interesów, byli zgodni co do tego, że rządy muszą odgrywać dodatkową rolę w gospodarce, aby zapewnić podstawowe potrzeby po subsydiowanych cenach. I to właśnie pierwszy amerykański profesor ekonomii w pierwszej szkole biznesu, Wharton School, powiedział, Simon Patten, że infrastruktura publiczna jest czwartym czynnikiem produkcji obok pracy, kapitału i ziemi, który tak naprawdę nie jest czynnikiem produkcji, a jedynie generowaniem renty.
Ale infrastruktura publiczna nie ma na celu generowania zysków. Jej celem jest minimalizacja cen podstawowych potrzeb, aby praca nie musiała pokrywać tych kosztów, a pracodawcy nie musieli ich ponosić, ponieważ inwestycje publiczne są bardziej produktywne i tańsze niż inwestycje prywatne, ponieważ celem infrastruktury publicznej, kanałów, kolei i zdrowia publicznego nie jest generowanie zysków, lecz uczynienie gospodarki rentowną. Cóż, to konserwatywny premier Benjamin Disraeli w Wielkiej Brytanii powiedział, że zdrowie, zdrowie publiczne, jest w centrum uwagi. I to Disraeli promował zdrowie publiczne, w przeciwieństwie do Stanów Zjednoczonych pod rządami prezydenta Obamy, które twierdzą, że musimy sprywatyzować zdrowie publiczne. Amerykańskie Stowarzyszenie Medyczne, od lat 50. XX wieku, walczy – jesteśmy przeciwni uspołecznionej medycynie. Cóż, kończy się na tym, że zamiast, aby uspołeczniona medycyna przejęła praktykę medyczną lekarzy, prywatne firmy ubezpieczeniowe przejęły to, co lekarze mogą robić tutaj, i podniosły koszty opieki medycznej do 20% PKB.
Cóż, to znacznie przekracza to, co robią inne kraje, od Europy po Chiny. Chiny oferują publiczną opiekę zdrowotną, a także bezpłatną edukację publiczną, tak jak robiła to Anglia przez długi czas i wiele krajów europejskich. Ale teraz jest bardzo drogo, wszędzie od ponad 50 000 dolarów rocznie, przynajmniej w Stanach Zjednoczonych, po wysokie ceny na anglojęzycznych, australijskich i innych zachodnich uniwersytetach anglojęzycznych, a także, jak sądzę, na uniwersytetach niemieckich. Wszystkie te funkcje, które miały stworzyć konkurencyjną, tanią gospodarkę, są teraz prywatyzowane, drogie, a kraje takie jak Chiny i Rosja utrzymują niskie ceny podstawowych potrzeb i robią to, co rzekomo powinny robić demokracje. Amerykanie mówią, że jesteśmy demokracją przeciw autokracji, ale nie o to chodzi w tej walce.
Mamy tu do czynienia ze starciem zachodniej oligarchii z socjalizmem – a konkretnie z państwowym kapitalizmem przemysłowym, opartym na silnym wsparciu ze środków publicznych. To właśnie te dotacje hamują rozwój oligarchii finansowej; Chiny bowiem poszły znacznie dalej niż zachodnie ruchy socjalistyczne, uznając pieniądz za dobro publiczne. Za pośrednictwem Ludowego Banku Chin kreują one pieniądz i kredyt nie po to, by finansować przejęcia korporacyjne czy generować zyski dzięki inżynierii finansowej, lecz by finansować rzeczywiste inwestycje budowlane.
Cóż, oczywiście, przefinansowali budownictwo mieszkaniowe, ale finansują też swój przemysł, farmy wiatrowe, badania podstawowe, a przynajmniej zapewniają dotacje rządowe i wsparcie dla przedsiębiorstw prywatnych, które zajmują się tym wszystkim. Istnieje gospodarka mieszana.
Każda odnosząca sukcesy cywilizacja w historii była gospodarką mieszaną. A kiedy mamy grupy interesów, które mówią, że nie chcemy gospodarki mieszanej, nie chcemy, żeby rząd nas regulował ani opodatkowywał, chcemy sami kontrolować gospodarkę. Chcemy, aby pieniądze, które rząd będzie opodatkował, trafiały do nas jako nasz własny dochód. Chcemy zubożyć resztę społeczeństwa i uczynić je zależnym od nas. Może to wywoła rewolucję, wtedy po prostu musimy z nimi walczyć. I musimy walczyć z innymi krajami, które chcą się wzbogacić dzięki silnemu sektorowi publicznemu.
To przede wszystkim Chiny robią to, co zachodnie demokracje twierdzą, że robią, ale tak nie jest, bo nie są demokracjami. Są oligarchią. A słownictwo używane do opisania zachodniej narracji brzmi: cóż, Chiny są autokracją. A jeśli już, to jeśli regulujesz firmę i monopole, to jest to autokracja. Jeśli opodatkujesz bogatych zamiast opodatkowywać pracowników najemnych w takim samym stopniu, to jest to autokracja. Jeśli uniemożliwiasz nam naliczanie cen monopolistycznych, wyzyskiwanie ludzi lub podnoszenie stóp procentowych do poziomu lichwy, cóż, to jest autokracja. Cokolwiek blokuje to, co chcemy zrobić, aby zarabiać pieniądze, zadłużając społeczeństwo i przekształcając je z klasy posiadaczy domów, samowystarczalnych w klasę rentierów, wynajmujących, zależnych, to jest to autokracja. Cóż, przedstawiają autokrację jako coś naprawdę dobrego. I oczywiście, kiedyś nazywano ją socjalizmem.
Zatem ponownie, ekonomiczny słownik oszustw staje się podstawą tej narracji. Napisałem książkę J is for Junk Economics, (J jak ekonomia śmieciowa) właśnie o tej transformacji słownictwa. A jeśli dysponujesz odpowiednim słownictwem, pomoże ci to zrozumieć rzeczywistą dynamikę funkcjonowania gospodarki, jakiejkolwiek gospodarki.
G. D.: Cóż, dziękuję za obszerne odpowiedzi. Naprawdę uważam, że ludzie powinni bardziej doceniać koncepcję pogoni za rentą, aby zrozumieć etap, na którym się znajdujemy w obecnej gospodarce, a także to, co to oznacza dla cywilizacji. Jak zawsze, bardzo dziękuję za podzielenie się swoją wiedzą w tej kwestii.
M.H.: Opisuję również cały ten opis renty ekonomicznej w Killing the Host, która jest wczesną wersją mojej historii teorii renty i tego, co się w niej wydarzyło. A mój Superimperialism właśnie powstał jako audiobook i właśnie jest dostępny. Ale jeśli spojrzysz na to, za co przyznawane są Nagrody Nobla… Są przyznawane za negowanie teorii i koncepcji renty ekonomicznej, za śmieciową ekonomię, która neguje to wszystko. Tak naprawdę, to jest cywilizacyjna walka o to, jak rozumieć gospodarkę i myśleć o jej dynamice. Właśnie o to w tym wszystkim chodzi. Zadałeś więc właściwe pytanie.
Prof. Michael Hudson - amerykański ekonomista, profesor ekonomii na Uniwersytecie Missouri – Kansas City i pracownik naukowy w Instytucie Levy Economics w Bard College.
Glenn Diesen – norweski politolog, profesor na Wydziale Biznesu, Historii i Nauk Społecznych Uniwersytetu Południowo-Wschodniego Królestwa
Źródło: https://www.youtube.com/watch?v=QUPNhAaS_tw
Za: https://kritikbakis.com/en/michael-hudson-destiny-of-civilization-financialization-collapse/
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1645
Na temat Rosji wydano już tyle negatywnych sądów wartościujących, że trudno obecnie znaleźć jakieś pozytywne słowa, które oddawałyby prawdę o tym państwie, o jego aspiracjach rozwojowych, o jego realnym wpływie na stosunki międzynarodowe. Przypisywanie prezydentowi Władimirowi Putinowi żądzy odbudowy imperium, dążeń do nowego podziału świata na strefy wpływów, tęsknoty za „nową Jałtą”, nienawiści do Zachodu itd. jest na porządku dziennym. Nikt praktycznie nie zastanawia się, czy są to wnioski płynące z rzetelnych analiz interesów egzystencjalnych Rosji, czy też są pochodną powszechnie propagowanej dezinformacji, a nawet typowej dla rusofobicznej propagandy dyfamacji.
Paradoksalnie, pochodną rusofobii stał się osobliwy rusocentryzm. Nie ma dnia, aby nie wskazywano na zagrożenia ze strony Rosji i Putina. Zachód widać, nie ma innych zmartwień, tylko to, czy Rosja rozpocznie nową wojnę o Ukrainę, czy nie. Szkoda, że nie pamięta się o tzw. wojnach Zachodu, choćby o klęsce i blamażu wojsk amerykańskich w Iraku, w Libii, Syrii, Jemenie, a ostatnio w Afganistanie oraz pozostawieniu milionów niewinnych ludzi na pastwę religijnych ekstremistów. Jakoś nie słychać w polskich mediach o nieszczęściach spowodowanych islamizacją tego państwa i o własnym udziale w tej haniebnej katastrofie humanitarnej. Mało kto pamięta, co jest pierwotną przyczyną masowych ucieczek ludzi z obróconych w perzynę państw, którzy dotarli także do polskiej granicy. Jak widać wszystko można zrelatywizować i przejaskrawiać. A także doskonale kamuflować, jak choćby dokonującą się na naszych oczach grabież Ukrainy przez obcy kapitał pod płaszczykiem walki o jej demokratyzację i wyzwolenie spod wpływów okrutnego dyktatora i autokraty z Kremla.
Dawno temu przyjęto, a potwierdził to pod koniec XX stulecia w swoich wywodach amerykański politolog Samuel Huntington, że Rosja nie należy do cywilizacji europejskiej. Że kroczy odrębną drogą i tym samym jest skazana na nieuchronny konflikt z cywilizacją Zachodu. Że nienawidzi jego wartości i wzorów zachowań. W ten sposób zostały ukształtowane wrogie wizerunki, które są oparte na negatywnych nastawieniach, uprzedzeniach i stereotypach. Reszty dopełnia codzienna propaganda i bezmyślna paplanina rusofobicznych polityków, nierozumiejących istoty „wielkiej geopolitycznej gry” między potęgami Zachodu i Wschodu, Morza i Lądu.
Sporo w tej materii namieszał Zbigniew Brzeziński, który przekonywał, że eurazjatycka „wielka szachownica” po klęsce ZSRR w „zimnej wojnie” naturalnie otwiera się na ekspansję zachodniej, a ściślej amerykańskiej cywilizacji. Absurdalnym zjawiskiem stało się przy tym przyjmowanie jednostronnej optyki, że ekspansja Zachodu na obszary poradzieckie jest zjawiskiem naturalnym, wręcz misyjnym, ale zdecydowana obrona przed tą ekspansją ze strony Rosji jest automatycznie kojarzona z odbudową jej imperialnej potęgi. Pojawia się tu jakaś nie do końca uświadamiana przez krytyków Rosji asymetria, niezgodna przecież z regułami promowanej przez stulecia przez mocarstwa zachodnie, zwłaszcza Francję i Anglosasów, polityki balance of power (równoważenia sił).
Zabić Innego
Większość analityków ulega ideologicznej modzie, aby Rosję traktować jako państwo zagrażające międzynarodowemu pokojowi i ustalonemu pod dyktatem Stanów Zjednoczonych po „zimnej wojnie” hegemonicznemu ładowi międzynarodowemu. Mało kto wnika w naturę argumentacji tego państwa, szczególnie wymownie i dobitnie wyrażaną przez rosyjskiego prezydenta, który – co by nie powiedzieć – imponuje nie tylko długością czasu trwania u władzy, ale także logiką wywodu i siłą perswazji. Warto zastanowić się, jakie inne państwo o statusie mocarstwowym ma takiego przywódcę, który przez okres całego pokolenia kształtuje świadomość swoich obywateli i konsekwentnie oddziałuje na opinię międzynarodową. Państwa Zachodu mogą oczywiście zasłaniać się demokratycznym przestrzeganiem kadencyjności swoich przywódców, ale poza tym nie mogą – być może z wyjątkiem Angeli Merkel – pochwalić się długofalowym wpływem silnej osobowości przywódców na kształtowanie wzorów ładu dyplomatycznego. Nie mogą też przyznać, że dysponują jakąś spójną koncepcją układania się z Rosją w imię dobrze pojętego ładu, w którym ważniejsze są wartości koegzystencjalne – współpraca, pokój i zachowanie stanu posiadania każdej ze stron, niż burzenie tego, co stanowi podstawę funkcjonowania geopolitycznej równowagi sił.
Najgorsze w tym wszystkim jest to, że Zachód gremialnie odmawia Rosji prawa do obrony jej racji. Jak pisał w książce Quo vadis, Rosjo? Rüdiger von Fritsch, b. ambasador niemiecki w Rosji, „każdy kieruje się swoją prawdą, nie słucha drugiego lub nie próbuje go zrozumieć” (s. 20). Rozumienie nie musi od razu oznaczać akceptacji, ale może przyczynić się do znalezienia punktów zbieżnych. Tymczasem od czasu wojny na Ukrainie i zajęcia przez Rosję Krymu praktycznie we wszystkich środowiskach na Zachodzie – od politycznych i medialnych po analityczne i akademickie – zaczęto przypisywać Rosji, a zwłaszcza osobiście Władimirowi Putinowi wyłącznie złe i agresywne zamiary, bez uwzględniania uwarunkowań i związków przyczynowo-skutkowych jego działań. Bez zauważenia nawet śladu winy pogorszenia stosunków z nim po swojej stronie.
Mało kto zastanawiał się też nad alternatywą relacji Zachodu z Rosją. Niejednemu śni się jakaś wizja wielkiej wojny czy zbrojnego rozprawienia się z Putinem i jego kamratami na Kremlu, ale w praktyce każdy zdaje sobie sprawę, że wszelka zbrojna konfrontacja przyniesie zgubę każdej ze stron.
Mamy więc do czynienia z paradoksalnym, by nie powiedzieć wprost – schizofrenicznym traktowaniem Rosji: wszyscy niemal twierdzą, że jest ona największym złem, bez którego jednak nie można żyć. Międzynarodowy system bezpieczeństwa, mający wiele słabości i mankamentów, jest więc nie do pomyślenia bez Rosji. „Bez Rosji się nie da. (…) Pozostaje cienka granica pomiędzy oskarżeniem i odmową dialogu z jednej, a pomijającą zasady czystą polityką interesów drugiej strony” – to kwintesencja wywodu dzisiejszego prezydenta Niemiec Franka-Waltera Steinmeiera, gdy był ministrem spraw zagranicznych.
To prawda, że Rosja nie ułatwia nikomu swoim dumnym zachowaniem, by zostać zrozumianym. Ale też niewiele uczyniono w kręgach politycznych Zachodu, by wyjść jej naprzeciw, zwłaszcza w trudnych latach dziewięćdziesiątych ub. wieku. Obecnie widać wyraźnie, że mocarstwa zachodnie bynajmniej nie dążyły do włączenia jej w system partnerskich układów. Wykorzystały jej słabość do umocnienia swoich przewag. Nikt chyba nie ma co do tego wątpliwości, patrząc na skutki faktycznego „okrążania” Rosji. Brakuje odwagi i uczciwości, by się do tego przyznać.
Sztuką jest w dzisiejszych czasach, aby nie ulec rusofobii i trwać na stanowisku, że tak jak Zachód, tak i Rosja ma swoje racje. Warto zastanowić się, dlaczego Stany Zjednoczone mają swoje „uprawnione” interesy i domagają się w różnych częściach globu ich respektowania. Czy wynika to z potęgi amerykańskiej, czy także narzuconej od czasów „zimnej wojny” ideologicznej narracji? Ponieważ inne potęgi także pretendują do „uprawnionych” interesów i respektu dla siebie, mamy do czynienia z dramatycznym wyzwaniem wobec Zachodu i kruszeniem się podstaw narzuconej przez mocarstwo hegemoniczne logiki.
Zamiast dialogu - inwektywy
Jak dotąd, największy sprzeciw budzi wezwanie Putina do określenia granic zachodniej ekspansji na Wschód. W dużej mierze z inicjatywy rosyjskiego prezydenta, a nawet pod jego presją otwarte zostały fora dyplomatyczne w formacie dwu- i wielostronnym, które mogłyby doprowadzić do wypracowania jakiegoś modus vivendi w sprawach bezpieczeństwa, czy raczej identyfikacji źródeł zagrożenia stron. Innej alternatywy nie ma, nawet gdy zewsząd słychać histeryczne głosy o szykowaniu się Rosji do wojny.
Rosjanie są mistrzami gry dyplomatycznej. Dla celów taktycznych stawiają ekstremalne warunki wyjściowe, pozostawiając jednocześnie drugą stronę w niepewności co do własnych celów i zamiarów. Zachód wielokrotnie nabierał się na te chwyty i obecnie także widać sporo irytacji, histerii i paniki.
Najciekawsze jest to, że wszyscy niemal chcą z uporem dowieść, że już wkrótce Rosjanie dokonają inwazji na Ukrainę, a Zachód szykuje dużo ostrzejsze niż dotąd sankcje. Ileż komentarzy wygłoszono na temat czegoś, co nie zaistniało, zamiast poszukiwania drogi do wspólnego rozwiązania problemu, którego istota sprowadza się do załamania zaufania w stosunkach między największymi mocarstwami jądrowymi. Można oczywiście sprowadzać rangę Rosji do „mocarstwa lokalnego”, jak to kiedyś uczynił Barack Obama, można też Putina nazwać „zabójcą”, jak Joe Biden, ale nie zmienia to stanu rzeczy, w którym Rosja jako jedyne mocarstwo może w sferze wojskowej zagrozić Ameryce.
Warto się zastanowić, czy inwektywy i obelgi pod adresem Rosjan świadczą o sile i roztropności Zachodu, czy raczej o jego słabości i spadającej wiarygodności przywództwa USA. Wbrew temu, co się mówi, Rosja nie grozi wojną, ale wojnę antycypują wszyscy jej oponenci, oczekując samospełniającej się przepowiedni. Chcą znowu daleko idących sankcji, które pogrążą nie tylko Rosję, ale i Zachód w coraz większych kryzysach. Zdrowy rozsądek nakazuje walczyć o „wspólną wygraną”, opartą na dyplomatycznym dialogu, a nie „przeciągać linę” na zasadzie „kto kogo”. Wytrawni dyplomaci dobrze wiedzą, że „warunkiem konstruktywnego współdziałania w trudnych okolicznościach jest akceptowanie przez obydwie strony przynajmniej faktu, że w pewnych określonych kwestiach nie osiągnie się wspólnego stanowiska” (von Fritsch, s. 141).
Logika imperiów
Rosja przechodzi ciągle transformację swojej tożsamości. W ciągu trzech dekad istnienia od rozpadu ZSRR nie pogodziła się z utratą statusu globalnego mocarstwa. Jej przywództwo polityczne próbuje stworzyć alternatywną wizję ładu międzynarodowego, w której odzyska ona rolę współdecydującą. Chce to uczynić poprzez afiliacje z innymi mocarstwami „wschodzącymi”, zwłaszcza z Chinami i Indiami, które uznają potrzebę przeciwważenia zachodniej supremacji w systemie międzynarodowym. Powrót Rosji do gry mocarstwowej ma więc charakter wielowymiarowy. W wymiarze globalnym jest gotowa przeciwstawić się hegemonii amerykańskiej, w wymiarach regionalnych z kolei wykazuje zdolność do budowania partnerskich relacji, opartych na współpracy i współdziałaniu, które pomogą kolektywnie przeciwważyć Zachód. Istota zagrożeń z jej strony tkwi w tym, że może w tych rolach okazać się skuteczna.
W odniesieniu do ładu pozimnowojennego Rosja wyraźnie kładzie nacisk na przywiązanie do tradycyjnych zasad prawa międzynarodowego, negując wszelkie formy interwencjonizmu (także pod egidą ONZ), czy ideologicznej misyjności, mającej na celu promocję zachodniej demokracji i liberalnej wizji praw człowieka. Przeciwstawia tym wartościom poszanowanie suwerenności państw i nieingerencji w sprawy wewnętrzne. Swoje ingerencje w sprawy wewnętrzne Gruzji, Syrii czy Ukrainy tłumaczy oczywiście zobowiązaniami traktatowymi, bądź koniecznością reakcji na wcześniejsze prowokacje i zagrożenia dla żywotnych interesów. Jest w tym jak widać sporo obłudy i dwuznaczności. Tym bardziej, że sama wytyka państwom zachodnim stosowanie podwójnych standardów w ocenie suwerennej równości państw. W sumie widać wyraźnie, że „wielkim” ciągle wolno więcej, kosztem państw „małych” i „słabych”.
Zachód dzięki umiejętnej propagandzie nie lubi pokazywać swojego ekspansjonistycznego oblicza czy to na półkuli zachodniej, czy w Afryce, ale bardzo chętnie obnaża dawny interwencjonizm radziecki czy krwawe wojny na obszarze poradzieckim. W istocie mamy do czynienia z tą samą logiką mocarstwowej hegemonii i podporządkowania. Rosja nie widzi zatem powodu, aby tłumaczyć się ze swoich naruszeń prawa międzynarodowego, gdy Stanom Zjednoczonym wybacza się nawet największe uchybienia w jego przestrzeganiu.
Rosja upomina się też o powrót do tradycyjnych zasad regulujących stabilność w stosunkach międzynarodowych. Chodzi o respektowanie zasady równowagi systemowej oraz uznanie odpowiedzialności mocarstw za regiony, które mają żywotne znaczenie w ich strategiach bezpieczeństwa. Komentatorzy sprowadzają ten postulat do odbudowy stref wpływów, gdy naprawdę bardziej jej chodzi o strefy wzajemnych interesów i odpowiedzialności.
Takie kategorie są znane w stosunkach międzynarodowych od czasów starożytnych i nie powinny wywoływać szczególnego zdziwienia. Przecież Zachód – tak USA, jak i Unia Europejska – także opierają swoje strategie międzynarodowe na tych pojęciach. Nadają im jednak pozytywne i atrakcyjne brzmienie „wspólnoty interesów” i „promocji wartości”, a nie „maskowania” uzależnień czy „drenowania” cudzej własności.
Problem protekcji dla państw poradzieckich ze strony NATO i Unii Europejskiej nie budziłby może większych obaw Rosji, gdyby nie był kamuflażem dla ekspansji neoliberalnej wizji świata, przejmowania inicjatywy w sferze gospodarczej przez wielkie korporacje i podporządkowania nowych obszarów wojskowo-przemysłowym interesom Zachodu. Rosjanie ze względu na bogate doświadczenie mają prawo do swoich obaw i strachu przed taką formą protekcji. Zresztą nie tylko Rosjanie. Polska pod rządami PiS jest najlepszym przykładem tego, jak po latach entuzjastycznej „westernizacji” zaczyna się odwrót w stronę „suwerennego” pojmowania interesów i wartości.
Celem pokój, nie konflikt
W prawie międzynarodowym znane są przypadki umów, które są zawierane na korzyść lub na szkodę trzeciego. Rosja z pewnością nie ma prawa weta wobec umów negocjowanych między Ukrainą a państwami zachodnimi, w tym organizacją bezpieczeństwa, jaką jest Pakt Północnoatlantycki. Ma jednak prawo ze względów geopolitycznych wyrażać obawy o skutki takich porozumień dla jej interesów. Roztropność i mądrość zatem nakazują, tak w odniesieniu do Zachodu, jak i rządzących w Kijowie, aby wziąć pod uwagę i rozwagę interesy rosyjskie. Inaczej bowiem może się okazać, że zwiększanie bezpieczeństwa jednej strony przyczyni się do wzrostu zagrożenia drugiej, a w efekcie do załamania stabilności ładu międzynarodowego.
Czy na Zachodzie doprawdy nie przeprowadza się analiz i przewidywań pod tym kątem? Czy rozbudowane studia strategiczne nie uczą poszukiwania oprócz wojny rozwiązań komplementarnych w imię celu najwyższego, jakim jest pokój a nie konflikt? Czy członkostwo w NATO państw słabych, skonfliktowanych z sąsiadami i zdezintegrowanych terytorialnie naprawdę zwiększa bezpieczeństwo sojuszu? A może jest to tylko pretekst dla innych celów?
Racjonalnym rozwiązaniem wydaje się objęcie „stref wrażliwych” wspólnym patronażem, zastosowanie koncepcji „odsunięcia” czy „wyłączenia” skonfliktowanych stron przynajmniej na jakiś czas (disengagement). Natychmiast pojawiają się w tym kontekście skojarzenia o groźbie „finlandyzacji” obszarów przejściowych. Zamiast jednak reagować emocjonalnie, może rzeczywiście warto przywrócić znaczenie takim rozwiązaniom, jak strefy neutralne i zneutralizowane. Postulował to zresztą Henry Kissinger już po zajęciu Krymu w stosunku do Ukrainy, ale go wyśmiano.
Bogate doświadczenie stosunków międzynarodowych uczy, że w hierarchicznym układzie sił należy poszukiwać rozmaitych sprawdzonych form równoważenia sprzecznych interesów rywalizujących o dominację stron. Rosja poszukuje porozumienia nie tyle w sprawie wspólnego zarządzania systemem wzajemnej współpracy, ile w sprawie ograniczenia eskalacji wzajemnej wrogości. Aż dziw bierze, że większość komentatorów nie chce dostrzec w jej propozycjach szansy na przebudowę klimatu konfrontacji w atmosferę odprężenia.
Trzeba przypomnieć sobie czasy przesilenia w stosunkach radziecko-amerykańskich podczas kryzysu rakietowego na Kubie w 1962 roku, aby cokolwiek zrozumieć z logiki możliwego odwracania napięć. Wydawałoby się, że kolejne porażki w wojnach interwencyjnych nauczą amerykańskich decydentów szacunku dla wielostronnych uzgodnień, poszukiwania konsensusu, z wykorzystaniem negocjacji.
Potrzebna jest przede wszystkim wrażliwość na odmienność kulturową i cywilizacyjną uczestników stosunków międzynarodowych. Plurilog czy multilog, a więc wielostronne rozmowy są możliwe pod warunkiem samoograniczenia i własnej powściągliwości, z zastosowaniem stylu rzeczowego, który propagują sami Amerykanie. Jego podstawowymi zasadami są: oddzielanie ludzi od problemu, koncentracja na interesach, a nie na celach, umiejętność poszukiwania wielu możliwości rozwiązania problemu, niosących ze sobą korzyści dla wszystkich, wreszcie oparcie negocjacji na obiektywnych kryteriach, z odniesieniem do powszechnie akceptowanych norm i równych praw dla stron negocjujących. Problematyce tej poświęcono rozległą literaturę, zatem warto byłoby obecnie wykorzystać wiedzę podręcznikową w celach praktycznych.
Dzieje się jednak tak od wieków, że strony muszą najpierw nawzajem rozpoznać swoje interesy, a czynią to bardzo nieufnie, podejrzliwie i ostrożnie, obawiając się rozmaitych pułapek zastawionych przez oponenta. W przypadku rokowań amerykańsko-rosyjskich czeka nas zatem długa droga, przeplatana rozmaitymi złowrogimi pomrukami i „pobrzękiwaniem rakietami”. Zbyt długo trwało rozniecanie wysokich napięć po każdej ze stron, żeby teraz szybko udało się wzajemne relacje sprowadzić do poziomu normalności i zgody. Najważniejsza jest wola kontynuacji rozmów, choćby – jak mawiał kardynał de Richelieu – nie było z tego doraźnego pożytku, ani nie była jeszcze widoczna przyszła korzyść.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji SN.
- Szczegóły
- Autor: red.
- Odsłon: 5499

