Politologia (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1041
W jednej z ostatnich książek słynny historyk anglosaski Niall Ferguson zauważa już w pierwszym zdaniu, że „współcześnie jeszcze nigdy nie dotknęła nas tak wielka niepewność co do przyszłości, a zarazem nie dała o sobie znać tak wielka ignorancja odnośnie do przeszłości, jak teraz” (Fatum. Polityka i katastrofy współczesnego świata). To znaczy, że zapomniana i zmitologizowana przeszłość nie daje szans na wyciągnięcie wniosków z popełnianych kiedyś błędów, a brak wyobraźni i wiedzy nie pozwala na antycypowanie zagrożeń, możliwych do uniknięcia w przyszłości.
Zdanie to nabrało szczególnego znaczenia w związku z groźną pandemią koronawirusa, przedłużaniem bezsensownej wyniszczającej wojny na Ukrainie, tragedią Gazy oraz powracającymi katastrofami naturalnymi, jak trzęsienia ziemi, nie tak dawno w Turcji i w Syrii, a ostatnio w Maroku. Wielu ludzi uświadomiło sobie, że zjawiska pandemiczne, erupcje wulkanów, ruchy tektoniczne skorupy ziemskiej i wojny, znane od pradziejów, mogą nie tylko zaskakiwać swoją intensywnością i niszczycielskimi skutkami, ale znamionować nieznane i groźne perspektywy ekonomiczne, społeczne, geopolityczne czy technologiczne.
Czterej jeźdźcy Apokalipsy – Zaraza, Wojna, Głód i Śmierć – doświadczali wszak ludzkość w różnych odstępach czasu w całej historii. Mówiąc obrazowo, nieszczęścia i kataklizmy często deptały sobie po piętach, a czasem wręcz maszerują ramię w ramię. Co interesujące jednak, to skutki katastrof, nawet tych geologicznych, ekologicznych czy biologicznych w dużej mierze zależały od aktywności ludzkiej. Może z wyjątkiem uderzeń olbrzymich meteorytów. Nawet trzęsienia ziemi są tym tragiczniejsze w skutkach, im gorsza jest jakość budownictwa, zaniedbania ostrzegawcze i urbanistyczne. Podobnie negatywne skutki pandemii obnażyły marną kondycję służby zdrowia, nieporadność rządzących i wieloletnie błędy prewencyjne.
Co ciekawe, dzięki medialnemu nagłaśnianiu można było zaobserwować niewspółmierny do liczby ofiar wzrost nastrojów panikarskich i histerycznych (infodemia), co zresztą różne rządy wykorzystywały do ograniczania swobód, bądź demontowania mechanizmów demokratycznego zarządzania. Wraz z technologiami informatycznymi niepomiernie wzrósł potencjał szerzenia dezinformacji, manipulacji faktami, dostarczania gotowych ocen i osądów o charakterze stronniczym.
Sięgając do rozmaitych skojarzeń historycznych, można pokusić się o stwierdzenie, że pandemie nie powstrzymywały ludzi przed wywoływaniem innych kataklizmów. „Czarna śmierć” (dżuma) w średniowieczu nie zapobiegła eskalacji wojny stuletniej, a słynna grypa „hiszpanka” nie zapobiegła wojnie domowej w Rosji. Obecnie nikogo nie dziwi, że patogen koronawirusa może szybciej rozprzestrzeniać się ze względu na masowe przemieszczenia ludności, spowodowane katastrofami wojennymi i klęskami żywiołowymi.
Przyzwyczajanie do wojny
Wojna to dla wielu ludzi vis maior. Traktuje się ją w kategoriach paraliżującej nieuchronności, mimo że świadomie wywołują ją politycy. Nagle wszystkie racjonalne kontrargumenty tracą sens wobec tego jedynie słusznego wyboru. Każde, nawet najgłupsze i najbardziej szkodliwe działania są usprawiedliwiane działaniem „siły wyższej”. Z punktu widzenia trzeźwej oceny interesu narodowego jest to rozumowanie absurdalne i szkodliwe.
Widać wyraźnie, że jeszcze groźniejsze skutki od zakażenia ludzkich organizmów patogenem niesie ze sobą zakażenie umysłów bakcylem wojny. Te są bardziej tragiczne w skutkach, bo prowadzą do fizycznej zagłady ludzi, ale także niewyobrażalnych cierpień, zniszczeń moralnych i materialnych. Przy okazji występuje zjawisko znane z frazy Hannah Arendt, czyli „banalność zła”. Ludzi przyzwyczaja się do wojny, tak że z czasem staje się ona niemal naturalnym stanem funkcjonowania. Narzucana narracja przeradza się w wojenną ideologię, w imię której warto się poświęcać, a nawet oddać życie. Przerażeni i zdezorientowani ludzie ulegają psychozie wojny, a ogłupiająca propaganda czyni ich zakładnikami wojujących ze sobą stron.
Podobieństwo pandemii i wojny polega więc na sianiu zamętu w umysłach ludzkich na skalę dotąd niespotykaną. Kampanie propagandowe w obu przypadkach skupiają się nie na przekazywaniu prawdy, ale na podsuwaniu niewyrobionemu odbiorcy kłamstw i bzdur, a przede wszystkim na demonizowaniu wybiórczych źródeł katastrof, bez wnikliwych diagnoz ich uwarunkowań. Sprowadzanie wybuchu wojny do woli jednego człowieka jest największym absurdem dzisiejszej propagandy.
Obecnie straszy się ludzi rozmaitymi tragicznymi konsekwencjami zmiany klimatu, wzrostem poziomu mórz czy uderzeniem w Ziemię kolejnej asteroidy, podczas gdy na co dzień to głupota i samowola polityków oraz ukrytych interesariuszy sprowadza na ludzi rzeczywiste klęski energetyczne, komunikacyjne czy żywnościowe. Podobnie jest z każdą wojną. I nikt za to w praktyce nie ponosi odpowiedzialności.
Jednocześnie niewiele się robi dla uświadomienia ludzkości w dziedzinie katastrofalnych skutków innych zagrożeń, jakie niesie na przykład ze sobą inżynieria genetyczna, systemy sztucznej inteligencji, groźba otwartej cyberwojny (wyłączenie wszelkiej newralgicznej infrastruktury dla życia ludzi), czy koszmarne scenariusze rozwoju nanotechnologii. Najsmutniejsze jest to, że niewiele rządów (jeśli w ogóle choć jeden) troszczy się o jakiekolwiek środki zaradcze wobec zagrożeń o nieznanym prawdopodobieństwie i nieokreślonym czasie wystąpienia.
Co gorsza, same rządy w obawie przed nieznanymi zmianami zmierzają w stronę społecznych katastrof, poddając ludzi wszechobecnej inwigilacji i kontroli, o jakiej nie śniło się nawet George’owi Orwellowi. Zdaniem wielu znawców problematyki, jest to prosta droga do globalnego totalitaryzmu. Nawołując do zjednoczenia ludzkości przeciwko rozmaitym zagrożeniom, zakłada się „dyby” na dotychczasowe zdobycze cywilizacyjne, w tym wolności obywatelskie. Nowe ideologie, oparte na tyranii poprawności politycznej i pseudoegalitaryzmie oraz „biciu się w piersi” za grzechy poprzednich pokoleń, pogłębiają procesy destrukcji. Degeneracja jakości sprawowania rządów potęguje negatywne skutki tych procesów.
Wracając do zagrożeń wojennych, ich eskalacja wymyka się spod kontroli. W czasie trwającej wojny na Ukrainie zaczęło działać fatalne prawo inercji, niezdolność do alternatywnego myślenia, zła wola, żądza odwetu i zemsty. Rządy tracą zdolność do przerwania krwawej jatki. Przeciwnie, dokładają starań, aby zapał wojenny nie słabł, aby kolejne transze pomocy podtrzymywały zdolność rażenia, a transze sankcji ją ograniczały. Trwa paradoksalny pęd w stronę przepaści. Możni tego świata z dala i z wyrachowaniem obserwują teatr haniebnej wojny kosztem niewinnych ludzi.
Wojny niczego nie uczą
W kontekście tego, co dzieje się na Ukrainie, ale także w świetle masakry Gazy, trudno uwierzyć, jak ochoczo świat Zachodu popiera wojenną konfrontację. Wychodząc niby z innych przesłanek moralnych, unikając rozpoznania rzeczywistych przyczyn, zarówno w przypadku wojny na Ukrainie, jak i izraelskiego odwetu wobec Palestyńczyków, wiele rządów przy mniejszym lub większym wsparciu społecznym zaprzecza ideałom pokoju i rozumowi politycznemu. Być może dopiero doświadczenia olbrzymich zniszczeń, ludzkich exodusów oraz widma klęski skłonią do poszukiwania środków zaradczych. Niestety, dla wielu niepotrzebnych ofiar nie będzie to mieć już żadnego znaczenia. Jak pisze Ferguson, „zdumiewająco szybko zapominamy o tym, że dopiero co staliśmy twarzą w twarz ze śmiercią, i ponownie zaczynamy spoglądać w przyszłość, starając się wymazać z pamięci tych, którym nie poszczęściło się tak jak nam i nie myśleć o kolejnej katastrofie”.
Od lat pięćdziesiątych ub. wieku, kiedy liderzy przeciwstawnych bloków wojskowo-politycznych zdobyli dostęp do broni masowej zagłady, istnieje groźba popełnienia zbiorowego samobójstwa z woli skonfliktowanych stron. Wydawało się, że konfrontacja zimnowojenna nauczyła liderów mocarstw pewnej powściągliwości nie tylko w dążeniu do użycia, ale nawet samego myślenia o użyciu broni jądrowej. Rezultatem świadomej aktywności było ograniczanie wrogości i respektowanie zasady nieagresji. Uznano, że użycie broni jądrowej, czy innej masowego rażenia, nie jest ani racjonalne, ani moralnie dopuszczalne. Świadomość skutków zastosowania tych broni uruchamiała wyobraźnię racjonalnych decydentów, że po wojnie atomowej świat ogarnie nuklearna zima. Ci, którzy przeżyją mieliby zazdrościć tym, którzy zginęli w pożodze.
W świetle tego, co dzieje się na Ukrainie mocarstwa posiadające tę broń, w tym Rosja, USA i Wielka Brytania, są gotowe do relatywizacji etycznych intencji oraz działań. Samo posiadanie broni jądrowej pozwala już nie tylko na grożenie nią, ale także deklarowanie zamiaru jej warunkowego użycia, choćby na ograniczonym polu walki. Gdzie się zatem podziały wcześniejsze porozumienia o zakazie użycia broni jądrowej? Przecież miały one charakter dobrowolnych zobowiązań każdej ze stron i były zawierane w dobrej wierze. Tworzyły mechanizmy zabezpieczające, aby żaden szaleniec nie spowodował ekstremalnej katastrofy.
Zakaz wojny jądrowej ma charakter imperatywu kategorycznego, za którym opowiadają się rządy, organizacje międzynarodowe, kościoły, ruchy społeczne, ludzie nauki i kultury. Co się takiego stało, że przy możliwości użycia broni jądrowej znowu majstrują polityczni szaleńcy i nieobliczalni generałowie? I to po każdej ze stron konfrontacji Zachód-Rosja. Dr Strangelove ze słynnej satyry filmowej Stanleya Kubricka (1964) znów przestaje się martwić i zaczyna „kochać” bombę.
Wszyscy stali członkowie Rady Bezpieczeństwa ONZ mają status atomowych potęg (USA, Rosja, Chiny, Wielka Brytania, Francja). Na nich spoczywa bezwzględna odpowiedzialność za pokój i bezpieczeństwo międzynarodowe. To od nich tzw. społeczność międzynarodowa ma prawo oczekiwać, aby w sytuacji nadzwyczajnej pilnie zwołali posiedzenie na najwyższym szczeblu, postawili wszystko na jedną szalę w celu uratowania tego, co jest wartością najważniejszą, czyli pokoju.
Na nic przydają się kolejne manifesty wojenne płynące z Waszyngtonu, jeśli brakuje w nich woli wygaszania „ognisk zapalnych”, grożących eskalacją. Oprócz amerykańskiej i atlantyckiej mantry, że Zachód nie pozostawi Ukrainy w potrzebie, dobrze byłoby poznać wszystkie prawdopodobne konsekwencje strategii wojennej Zachodu wobec Rosji. Nie wystarczy mamić mas nadzieją na całkowite pokonanie Putina jako agresora, bez perspektywy na powojenne współżycie skłóconych państw i narodów. Podobnie rzecz się ma ze stanowiskiem wobec konfliktu izraelsko-palestyńskiego. Albo powstaną dwa państwa skazane na koegzystencję pod patronatem Zachodu, albo dojdzie do anihilacji całego regionu Bliskiego i Środkowego Wschodu.
Warto byłoby dowiedzieć się, jak sztaby specjalistów USA i NATO szacują ryzyko wymknięcia się tych konfliktów spod kontroli i przekształcenia ich w III wojnę światową. Rosja do takiej wojny nie zmierza, co wynika z jej deklaracji, jak i materialnych możliwości. Kto więc stanowi obecnie o groźbie eskalacji wojennej? Ryzyko tego stanu ponosimy my wszyscy.
Łatwo zacząć, trudniej skończyć
Coraz więcej analityków zastanawia się, co jest najważniejszym czynnikiem popularnego na Zachodzie „parcia do wojny”. Niejedno seminarium naukowe zostanie z pewnością poświęcone wyjaśnieniu tego fenomenu. Obecnie jednak należy stawiać pytania nie tyle, jak doszło do wojny, lecz jak ją można zakończyć bez powiększania kosztów i szkód. Marzy się, aby kontrola i dogląd rubieży frontowych nie wynikały jedynie z paternalistycznej roli amerykańskiego hegemona, dążącego do pokonania wroga. Chciałoby się usłyszeć odmienny scenariusz na rzecz zakończenia absurdalnej wojny i wszczęcia skutecznej inicjatywy pokojowej.
System międzynarodowy jest oparty na pluralizmie uczestników, różnorodności ustrojowej i wielokulturowości. Ta złożoność jest cechą identyfikacyjną państw i narodów. Nie sposób podporządkować jej jednej ideologii i jednej władzy. Chyba, że zgodnie z eschatologicznym przekonaniem o kresie ludzkości świat pogrąży się w totalnym chaosie, zbliżając się nieuchronnie do katastrofy wywołanej przez technologię. Wtedy północ na „zegarze zagłady” oznaczać będzie nuklearny armagedon.
Wojna, choćby najbardziej sprawiedliwa, nigdy nie jest lepsza od najgorszego nawet pokoju. Nieprawdą jest, że poprzez wojnę zbudujemy pokój. Przywoływanie co i raz „złotej” myśli rzymskiego historyka z IV w. n.e. Wegecjusza: si vis pacem, para bellum (chcesz pokoju, gotuj się do wojny) świadczy nie tyle o braku pogłębionej refleksji historycznej, ile o ślepocie poznawczej. Przecież w warunkach istnienia arsenałów jądrowych jakakolwiek wojna na pełną skalę grozi unicestwieniem wszystkich. Ten, kto rozpocznie ją jako pierwszy, zginie jako drugi. Możliwość zadania ciosu odwetowego każdej ze stron równowagi strategicznej jest istotą pata atomowego. I to ona dotąd gwarantowała stabilność „zbrojnego pokoju”.
Ktokolwiek zatem odwołuje się do rzekomych ponadczasowych mądrości, musi zdawać sobie sprawę z tego, że najczęściej oznaczają one samospełniającą się przepowiednię. Jeśli bowiem któraś ze stron rywalizacji zbroi się celem odstraszania drugiej, to kiedyś zapewne zechce zaryzykować uderzenie prewencyjne. W wyścigu zbrojeń rodzi się bowiem oczywisty dylemat bezpieczeństwa: kto kogo zaatakuje jako pierwszy? Zresztą ileż można produkować i gromadzić broni, amunicji i śmiercionośnego sprzętu w celu trwałego odstraszania?
Wreszcie kończy się cierpliwość którejś ze stron i trzeba zużyć zgromadzone arsenały, aby móc znowu uzupełniać zapasy. Taka jest logika działania ogromnego kompleksu zbrojeniowego, zwłaszcza w Stanach Zjednoczonych, którego produkcja wymaga ciągle nowych zamówień ze strony państw. Te muszą więc cyklicznie organizować „wyprawy” wojenne, mające postać rozmaitych interwencji zbrojnych, aby podtrzymywać, a nawet rozkręcać rozwój gospodarki za pomocą militaryzacji.
Państwa średniej rangi, a do takich należy Polska, nigdy nie będą w stanie dorównać pod względem poziomu zbrojeń wielkim mocarstwom, w tym silniejszym od siebie sąsiadom. Dlatego muszą kreować doktryny obronne, a nie zaczepne i ofensywne. Uznawanie za swoją specjalność beznadziejną walkę z dużo silniejszym przeciwnikiem powinno wreszcie wpłynąć otrzeźwiająco na młode pokolenia Polaków w kierunku realistycznych przewartościowań polityki bezpieczeństwa, z odrzuceniem romantycznego insurekcjonizmu i misyjnego prometeizmu.
Chcąc utrzymać trwały pokój z silniejszymi sąsiadami, trzeba - oprócz zbrojeń i wsparcia sojuszniczego - budować na co dzień więzi kompromisowe i stosować strategie układania się poprzez kooperację, a nie rywalizację. Ta bowiem prędzej czy później doprowadzi do takiego stanu napięć, że zderzenie będzie nieuchronne. A wynik starcia jest przesądzony stosunkiem sił. Istnieje na ten temat ogromna wiedza politologiczna i historyczna, ale nie każdy polityk ma na jej temat jakiekolwiek pojęcie. Dlatego naraża się Polaków na egzystencjalne zagrożenia z powodu niewiedzy, naiwności i szalonych emocji rządzących amatorów i ignorantów.
W kontekście rozmaitych zagrożeń pojawia się więc zapotrzebowanie na odpowiedzialnych i skutecznych przywódców, którzy zamiast pustosłowia i puszenia się, okażą ludzką empatię i zdolność do racjonalnego reagowania. Tymczasem mamy na świecie wyjątkowy deficyt mądrych liderów, którzy sprostaliby wyzwaniom, postawili się szaleńcom i stanęli w prawdzie. Obecnie także w Polsce rządzą ludzie „zdolni do wszystkiego”, ale to nie oznacza, że są kompetentni i roztropni. Obserwując scenę polityczną, można dojść do wniosku, że w pewnych sytuacjach nawet to, co wydaje się nieprawdopodobne, staje się możliwe. Od czasów Cycerona wiadomo, że często szczuje się ludzi do fatalnych wygłupów. Wtedy nawet błahe błędy mogą nieść zbrodnicze skutki.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1
Solidarność wojenna z Ukrainą nie wystarczyła, aby narastające napięcia po obu stronach nie powróciły w formie paroksyzmów – otwartych, gwałtownych wybuchów emocji – gniewu, pretensji i żalu - przez pryzmat których definiuje się interes narodowy. W wyniku skumulowania resentymentów historycznych, schizofrenicznej i fałszywej przyjaźni, wreszcie oburzenia i frustracji społecznej, spowodowanej szkodliwymi aktami strony ukraińskiej, w Polsce trwa debata polityczna i medialna, po której należałoby oczekiwać rewizji dotychczasowych założeń polityki wobec Ukrainy oraz zastopowania szkodliwych dla państwa i społeczeństwa procesów ukrainizacji.
Zawirowania polityczne i medialne wokół przejawów banderyzacji Ukrainy przywracają sens dyskutowania o nacjonalizmie i towarzyszących mu aberracjach w postaci ksenofobii i populizmu. Obnażają też potężne zaniedbania strony polskiej, która kierując się rzekomo wspólnymi interesami strategicznymi, opartymi na wrogości wobec Rosji, przegapiła ten historyczny moment, kiedy u południowo-wschodnich granic Rzeczypospolitej ukształtowało się państwo zainfekowane złowieszczą ideologią.
Od wielu lat polskie pseudoelity przymykały oczy na instytucjonalizację nacjonalizmu banderowskiego. Ignorowano tę podstawową prawdę, że zbrodniczej ideologii nie można interpretować wybiórczo. Jeśli na potrzeby wojny obronnej wskazywano na jej antyrosyjski charakter, to przecież nie sposób było zapomnieć, że jej ostrze było skierowane także przeciwko Polakom. Państwo ukraińskie nigdy nie odcięło się od zbrodniczego dziedzictwaformacji OUN-UPA, co po polskiej stronie powinno być przedmiotem nieustannych kategorycznych żądań. Tymczasem akceptacja ordynarnego „nacjonalfaszyzmu” stała się podstawą „zgniłego” kompromisu, którego istotą jest pohańbienie pamięci o wymordowanych na Ukrainie rodakach oraz tchórzostwo i uległość w rozwiązywaniu
problemów bieżących.
Nacjonalizm jako ideologia integracyjna i identyfikacyjna wspólnot narodowych jest w stanie zawładnąć wyobraźnią i wywierać silny wpływ na życie milionów ludzi. Nawet w społecznościach plemiennych, choćby w państwach afrykańskich, nacjonalizm przejawia się jako silny czynnik konsolidacji grupowej. Wyraża się to na przykład podczas wydarzeń sportowych (meczów piłki nożnej), kiedy kibice pochodzący z różnych plemion identyfikują się ze swoją narodowo-państwową reprezentacją (na przykład w Kamerunie, Senegalu czy Wybrzeżu Kości Słoniowej). Odniesienie do wspólnoty narodowej nie jest w takich przypadkach determinowane ani przez pochodzenie etniczne, ani kulturę. Naród stanowi wspólnotę obywateli, czyli demos i jest definiowany przede wszystkim przez państwo.
Są też narody charakteryzujące się przez pryzmat etnosu, czyli wspólnego pochodzenia etnicznego, języka i kultury. Należą do nich na przykład Kurdowie czy Katalończycy, którzy nie mają własnego państwa, ale mają silne poczucie tożsamości narodowej. Są to narody bezpaństwowe lub dążące do uzyskania niepodległości.
Przez taką fazę przechodziły w XIX i XX wieku narody środkowo- i wschodnioeuropejskie, w których nacjonalizm akcentował czystość etniczną, traktując naród jako zbiorowość homogeniczną. Dla jej ustanowienia i obrony usprawiedliwione było użycie przemocy wobec obcych, w tym zbrodni i terroru.
Współczesna Ukraina, negując swoją historię w ramach Związku Radzieckiego, nawiązuje niestety do fazy nacjonalizmu etnicznego, uznając go za ideologię politycznego legitymizmu. Jego istotą jest apologia narodowych bohaterów, winnych okrutnych zbrodni oraz zrzucanie odpowiedzialności za wyrządzone zło na innych.
Państwo narodowe
Od kilku wieków najważniejszą instytucją opartą na ekspresji nacjonalistycznej jest państwo narodowe. Jego podstawą jest wspólnota obywatelska – demos. Ten model został praktycznie przyjęty na całym globie. To czynnik polityczny, a nie kulturowo-etniczny determinuje tożsamość narodową. W tym sensie nacjonalizmy są ideologiami stricte politycznymi, stanowiącymi spoiwo organizacji politycznej społeczeństwa. Państwa jednolite pod względem etnicznym czy kulturowym stanowią wyjątek. W rzeczywistości istnieje głęboka rozbieżność między liczbą państw a liczbą narodów. Nieliczne państwa, jak Arabia Saudyjska, Iran, Brunei czy Afganistan odwołują się natomiast do legitymizacji religijnej, stawiając ją ponad demosem. Śmiało można je nazwać dyktaturami religijnymi.
W literaturze przedmiotu dominuje przekonanie, że nacjonalizm jest zjawiskiem przeniesionym z Zachodu i w rzeczywistości niezwykle złożonym. Może bowiem orientować się na utworzenie państwa opartego na tożsamości etnicznej lub lojalności wobec takiego państwa już istniejącego. Może skupiać się na tym, co łączy ludzi na danym terytorium, albo na dyskryminacji i wykluczaniu obcych. Może też przybierać zarówno pokojową, jak i agresywną formę. Choć wybitni znawcy problematyki – Benedict Anderson i Ernest Gellner – przypisywali językowi i kulturze kluczową rolę w budowaniu tożsamości narodowej, to jednak w rzeczywistości powstanie państwa narodowego w wyniku rewolucji atlantyckich XVII i XVIII wieku (Anglia, USA, Francja) było konsekwencją konfliktu o legitymizację władzy. Różnice etniczne, kulturowe i językowe nie odgrywały istotnej roli.
Z czasem rozwijano instytucje umacniające państwo narodowe od wewnątrz, ale nie przy pomocy ideologii nacjonalizmu, lecz demokratyzacji struktur, rozwijania procesu wyborczego, poboru do wojska, centralizacji biurokracji państwowej, indywidualnego prawa własności, równości prawnej obywateli i świeckiej edukacji.
Gdy państwo narodowe stało się normą na Zachodzie, jego model przyjęły ruchy nacjonalistyczne w innych częściach świata.
Pod koniec I wojny światowej zaczęło inspirować antyimperialnych aktywistów w koloniach do domagania się niepodległości. Apogeum zwycięstw ruchów narodowowyzwoleńczych miało miejsce po II wojnie światowej. Warto przy tym zwrócić uwagę, że upowszechnianie nacjonalizmu jako dążeń do posiadania państwa narodowego nie było bynajmniej konsekwencją liniowego procesu modernizacji. Nowoczesność gospodarek, rozbudowa infrastruktury czy wysoki stopień alfabetyzacji niekoniecznie decydowały o uniwersalizacji państwa narodowego. Jego skomplikowana historia jest ciągle odkrywana na nowo, zważywszy na dotychczasowe obciążenia eurocentryzmem.
Wyjątkiem, a nawet anachronizmem było łączenie państwa narodowego z imperium. Jest paradoksem, że większość zachodnioeuropejskich nowoczesnych państw narodowych długo tkwiła w formie imperiów kolonialnych. Także dzisiejsze największe potęgi, jak Stany Zjednoczone, Chiny czy Rosja mienią się nominalnie państwami narodowymi, ale nie stronią przecież od praktyk imperialnych.Można nawet zaryzykować twierdzenie, że z perspektywy mniejszości etnicznych i ludów rdzennych większość istniejących państw narodowych nadal stanowi wielonarodowe imperia, w których mieszkańcy, posługujący się swoim językiem, innym od języka większości, są w praktyce traktowani jak obywatele drugiej kategorii.
Powstanie państw narodowych było wynikiem kilkuwiekowej transformacji, a towarzyszące temu nacjonalizmy intensywnie oddziaływały na ludzką świadomość. Perspektywa narodowa w epoce romantyzmu silnie zdeterminowała procesy poznawcze. Naród został wtedy zreifikowany jako podmiot mający swoją historię, tożsamość i kanony. Skutkowało to upowszechnieniem poglądów o wyjątkowości danego narodu, jego odrębnej drodze rozwojowej i wyróżnianiu się na tle innych. Do dzisiaj wpadamy w pułapki nadmiernego skupiania się na pojedynczych wydarzeniach i ich zmitologizowanych interpretacjach, zamiast na próbach zrozumienia genetycznego, strukturalnego i funkcjonalnego wpływu nacjonalizmu na pojmowanie tożsamości wspólnoty obywatelskiej (demosu).
Naród jak marka
Współcześnie polityki tożsamościowe państw narodowych, ustawiając się w opozycji do procesów globalizacji, ponadnarodowej integracji czy nasilania imigracji, coraz częściej sięgają do nacjonalizmów, skażonych innymi -izmami, zwłaszcza populizmem i ekskluzywizmem. Towarzyszy temu nasilona „nacjonalizacja” przestrzeni publicznej. Znajduje ona wyraz w instytucjonalizacji pamięci narodowej, pomnikomanii, toponimice (nazewnictwie miejsc). Trwa propagowanie standardowych reprezentacji tożsamości narodowej, znajdujących odbicie w wyrobach rękodzieła, folklorze, kulinariach i profesjonalnym brandingu produktów pochodzących z konkretnego kraju. W ten sposób powszechne skojarzenia między tożsamościami narodowymi, środowiskiem fizycznym i różnymi aspektami życia codziennego uległy swoistej banalizacji i stały się dla ludzi na całym świecie czymś naturalnym.
Od dawna zauważano, że taka marka jak „naród” dobrze się sprzedaje, gdyż ludzie spoglądają na system międzynarodowy przez pryzmat partykularyzmów. Produkty spożywcze czy atrakcje turystyczne są kojarzone z ich krajem pochodzenia, a komercyjne i społecznościowe media nie tylko przedstawiają glob podzielony na odrębne państwa narodowe, jako coś oczywistego, ale także otwarcie podsycają nastroje nacjonalistyczne (dumę, wyjątkowość, misyjność, przekonania o wyższości, posłannictwo dziejowe, arogancję wobec słabszych, dystanse cywilizacyjne i kulturowe).
Gorzej jest, gdy nacjonalizm nawiązuje do swojej najbardziej radykalnej postaci nacjonalizmu integralnego, w której naród w znaczeniu wspólnoty krwi stanowi najwyższą i absolutną wartość. Twórcą tej koncepcji był Charles Maurras i ruch Action française na przełomie XIX i XX wieku. Zakładała ona połączenie idei narodowej z monarchizmem i militaryzmem. W latach dwudziestych i trzydziestych XX wieku myśl ta inspirowała ruchy autorytarne i faszyzujące w całej Europie. Wywarła silny wpływ na ukształtowanie się ideologii Organizacji Ukraińskich Nacjonalistów (OUN). Twórcami podstaw teoretycznych ukraińskiego nacjonalizmu byli m.in. Mykoła Michnowski (manifest 10 Przykazań Ukraińskiej Partii Ludowej, 1903; Dmytro Doncow, Nacjonalizm, 1926; Stepan Łenkawski, Dekalog ukraińskiego nacjonalisty, 1929; Mykoła Sciborski, Nacjokratija, 1935).
Państwo według Ukraińców
Nacjonalizm ukraiński we współczesnym wydaniu ma więc do czego nawiązywać i nie pojawił się bynajmniej jak „grzyby po deszczu”. Sprzyjała mu polityka tożsamościowa prezydentów Ukrainy – od Wiktora Juszczenki, przez Petra Poroszenko, po Wołodymyra Zełenskiego. „Cieplarniana” atmosfera dla idei narodowej postawiła na głowie projekt państwa narodowego, opartego na konstrukcji demosu. Zamiast przyjąć za punkt wyjścia złożoność etniczną, językową, religijną i kulturową Ukrainy, aby stworzyć jakąś formę państwa złożonego (sfederalizowanego, lub przynajmniej zdecentralizowanego, opartego choćby na brytyjskim modelu dewolucji), postawiono na państwo jednolite narodowo, odwołujące się do etnosu. Choć zdaniem znawcy problematyki Rogersa Brubakera, obecnie język stracił część swojego potencjału mobilizacyjnego na rzecz religii, to jednak ataki na rosyjskojęzycznych Ukraińców, a także na Ukraińską Cerkiew Prawosławną Patriarchatu Moskiewskiego dowodzą od wielu lat, że reżim polityczny wybiera etnocentryczną, a nie obywatelską legitymizację swoich rządów.
Przyjmując ideologię nacjonalizmu banderowskiego, którego matecznikiem jest zachodnia Ukraina, czyli Hałyczyna, władze w Kijowie stworzyły bezwarunkowe kryterium samookreślenia się w kategoriach patriotycznych: kto nie pasuje do właściwego szablonu „członka wspólnoty narodowej”, zasługuje na miano zdrajcy i wykluczenie. Nie należy się zatem dziwić, że taki szantaż i groźba wykluczenia (łącznie z fizyczną eliminacją) zdecydował o konsolidacji Ukraińców w konfrontacji z Rosją.
W obliczu agresji rosyjskiej najłatwiej było sięgnąć do historycznych zasobów wrogości i nienawiści, uosabianych przez nacjonalistów, od faszystowskiego OUN, po przesiąkniętą OUN-owskimi ideami Ukraińską Powstańczą Armię (UPA). Do powszechnego dyskursu i imaginarium (ostatnio modne słowo) powróciły więc demony zła. Nacjonalizmu o brunatnym rodowodzie nie poddano przewartościowaniom ani pod kątem użyteczności praktycznej dla nowoczesnego państwa ukraińskiego, aspirującego do europejskich struktur integracyjnych, ani ze względu na wieloznaczność, gdyż był on skierowany nie tylko przeciwko Moskalom i Sowietom, ale także Lachom, Żydom, Czechom i Madziarom (wszystkim obcym).
Brak zrozumienia dla wrażliwości innych narodów, a także pycha i arogancja, iż w świetle walki o tożsamość z Rosją, przedstawianą jako najbardziej agresywne i imperialistyczne państwo we współczesnym świecie, wszystkie chwyty są dozwolone, okazały się zgubne dla strategii narodowej kijowskich władz. Niezdolność do odróżnienia bohaterstwa od ludobójstwa, dokonanego przez oddziały UPA, dyskwalifikuje rządzących Ukrainą w oczach opinii międzynarodowej. Osłabia jąwizerunkowo i poważnie komplikuje dalszą solidarność wojenną ze strony Polski. Ukraińcy liczą jednak na wyrozumiałość władz Niemiec, Francji i Wielkiej Brytanii, które wydają się być mniej wrażliwe na renesans zbrodniczych ideologii, gdyż same nigdy nie rozliczyły się uczciwie z niechlubnych idei i praktyk swoich państw i imperiów kolonialnych.
Osobliwością współczesnej Ukrainy jest przyjęcie istniejących granic zewnętrznych za nienaruszalne i trwałe. Jest to jeden z paradoksów ukraińskiego negacjonizmu wobec epoki radzieckiej, kiedy Ukraińska Socjalistyczna Republika Radziecka istniała w ramach ZSRR w granicach skrojonych przez Lenina i Stalina. Przyjmując dziedziczenie terytorium i kształtu granic według zasady utipossidetis iuris, Ukraina odcięła się od wytyczenia nowych granic, zgodnie z kryteriami etnicznymi lub językowymi.
Marzenia o micie
Skąd zatem biorą się na Ukrainie tendencje rewizjonistyczne i obłędna fala fantastycznych narracji o historycznym rodowodzie i dziejach „imperium ukraińskiego”? Kto z polskich polityków, gorliwie popierających Ukrainę, zagwarantuje zatem, że kolejne rządy na Ukrainie, zahartowane w bojach wojennych i posiadające w swojej dyspozycji jedną z najsilniejszych armii w Europie, nie pokuszą się o przywracanie status quo ante, czyli powrót do mitycznej Wielkiej Ukrainy z czasów dziewiętnastowiecznych marzeń i rojeń pierwszych nacjonalistycznych marzycieli?
Warto zdawać sobie sprawę z tego, że ukraiński nacjonalizm, odwołujący się do źródeł banderowskich, nie jest w stanie wymazać złożoności współczesnej Ukrainy, jej mniejszości narodowych, językowych i religijnych, populacji imigrantów oraz „mieszanych potomków”, choćby społeczności rosyjskiej, żydowskiej, polskiej czy węgierskiej. Polska dyplomacja powinna właśnie wskazywać na tę złożoność, broniąc jednocześnie polskiej mniejszości narodowej, o której w ostatnich latach całkowicie zapomniano.
Nacjonalizm jest z pewnością spontanicznym wyrazem poczucia przynależności ludzi do konkretnej wspólnoty. Ale jego ekspresja publiczna spoczywa zawsze w ręku przywódców politycznych, organizacji i instytucji publicznych. To od ich profesjonalizmu i dojrzałości mentalnej zależy sposób artykułowania interesu narodowego oraz definiowania relacji z innymi państwami. Jak dotąd, ukraińscy przywódcy nie wykazali się szczególnym wyczuciem wiedzy historycznej, ani wrażliwością. Po żadnej ze stron nie podjęto dialogu, który pozwoliłby na zdiagnozowanie aktualnego stanu relacji, bez obciążeń historycznych, które należy pozostawić sporom historyków. Zabrakło woli zbudowania racjonalnej, wolnej od emocji i paroksyzmów, opartej na wzajemnym szacunku perspektywy współpracy.
Obserwując polityków obu stron, można ulec wrażeniu, że raczej improwizują niż realizują świadomą i obliczoną na wzajemne korzyści strategię.Po polskiej stronie demonstrują akty uniżenia i poddaństwa, zamiast determinacji wolicjonalnej i psychologicznej na rzecz obrony prawdy historycznej.
Stawiając na utrzymanie ukraińsko-polskiego partnerstwa, a nawet sojuszu strategicznego, warto zachować ostrożność i świadomość niebezpieczeństw związanych z nacjonalizmem metodologicznym, terminologicznym i normatywnym, dzięki którym politycy, historycy oraz komentatorzy ukraińscy będą nadal chcieli ogrywać polskich partnerów w dowodzeniu swoich racji oraz obronie wizji zwycięskiej i triumfującej Ukrainy.
W stosunkach polsko-ukraińskich istnieje duża asymetria w instrumentalizacji nacjonalizmu dla uzasadniania racji każdej ze stron.
Dla Ukrainy nacjonalizm jest środkiem mobilizującym w obronie państwa i jego tożsamościw toczącej się wojnie. Strona polska koncentruje się natomiast na sferze symbolicznej, roszczeniach historycznych i postulatach „rozliczeń”, które abstrahują od militarnej zależności bezpieczeństwa od ukraińskiego oporu.
Wszystko na to wskazuje, że kryzysy wywołane ukraińskimi gestami upamiętnienia „bohaterów”, sporami gospodarczymi czy wypowiedziami polityków pozostaną trwałym elementem relacji polsko-ukraińskich, nawet przy kontynuacji strategicznej współpracy przeciwko Rosji.
Jedynie od mądrości i roztropności polityków będzie zależeć, czy w stosunkach wzajemnych nastanie długotrwała zima, czy też pojawi się otrzeźwiająca tendencja do zbudowania jakiegoś modus vivendi, rozwiązania tymczasowego, zanim dojrzeją warunki do zbudowania relacji, opartych na uczciwej i krytycznej ocenie tragicznej przeszłości. Oby nie okazało się, że podsycanie nastrojów nacjonalistycznych po każdej ze stron posłuży umocnieniu tendencji imperialnych Rosji, która dowodzi, że w rozwiązywaniu trudnych kwestii narodowych siła ma zawsze pierwszeństwo przed prawem.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1564
Co najmniej od czasów Platona i Arystotelesa ludzie wierzą w racjonalny porządek polityczny, oparty na wcielaniu akceptowanych społecznie wartości w życiu publicznym. Zgodnie z tą wiarą, jednostka może wykształcić przymioty racjonalności i logiki, zastosować je do odkrycia prawdy i podejmować trafne decyzje.
Racjonalizm znalazł wybitnych kontynuatorów w postaciach Karola Monteskiusza, Antoine Nicholasa de Condorceta, Georga Hegla, Augusta Comte’a, Johna Stuarta Milla, Johna Deweya i wielu innych.
Dla orędowników racjonalizmu kluczem do naprawy świata w wymiarach ekonomicznym, politycznym i społecznym, a nawet moralnym jest świadome kierowanie się rozumem. Sokratejska wizja mądrości ma charakter optymistyczny. Poprzez ciągłe poszukiwania, masową edukację, eksperymentowanie i inżynierię społeczną ludzie mogą doskonalić swoje instytucje, osiągając coraz lepsze rezultaty. To z takich inspiracji płynęło optymistyczne przekonanie utopijnych autorów (od Tomasza Morusa począwszy), że można połączyć indywidualne szczęście ze zbiorową harmonią, zaspokajając uniwersalne ludzkie tęsknoty i aspiracje.
W XX wieku dzięki J. Deweyowi w Stanach Zjednoczonych uwierzono w „sojusz między nauką i demokracją”, a jego rezultatami były liczne programy „budowy nowego społeczeństwa”, propagowane przez wielu prezydentów, zwłaszcza tych odwołujących się do doktryny liberalnej. Tak wtedy, jak i obecnie rzadko zdarzało się, że zamiary, przemyślenia i plany odnosiły skutki bliskie tym zamierzonym. Dawały jednak ludziom nadzieję i przeświadczenie, że warto myśleć pozytywnie (Norman V. Peale, Moc pozytywnego myślenia, 1952).
Inklinacje do tworzenia utopijnych wizji przyszłości były właściwe w ub. stuleciu także doktrynom totalitarnym i nacjonalistycznym, w tym komunizmowi i faszyzmowi. Ponieważ wiele z nich poniosło klęskę, istnieje naturalna tendencja do zwracania się w stronę przeszłości, którą traktuje się jako nieskończoną skarbnicę pomysłów na rozwiązywanie problemów w każdych okolicznościach. Nostalgia i żal za „utraconą Arkadią” prowokują do myślenia pesymistycznego. Pozwalają spojrzeć na przyszłość z retrospektywy, a miejsce utopii zastąpić wymyśloną przez Zygmunta Baumana „retrotopią”, powodowaną ciągłym strachem przed niepewną przyszłością.
Oczywiście rzadko się zdarza, że politycy wyciągają trafne wnioski z historii. Historia wcale nie jest – jak chciał tego Cyceron w słynnej sentencji Historia est magistra vitae – nauczycielką życia. Trzeba szczególnych okoliczności, aby wnioski formułowane na podstawie minionych wydarzeń i błędnych decyzji miały dobroczynne skutki dla tego, co się dzieje obecnie i co nastąpi w przewidywalnej przyszłości.
Antyracjonalizm
Przeciwieństwem racjonalizmu jest antyracjonalizm, który akcentuje raczej ludzkie słabości i ograniczenia rozumu ludzkiego w zakresie możliwości kreowania idealnych systemów społecznych i politycznych. Tradycje tego nurtu wywodzą się od wybitnych przedstawicieli XVIII-wiecznej myśli konserwatywnej: Davida Hume’a, Adama Fergussona, Adama Smitha i Edmunda Burke’a. To od nich wypływa przekonanie, że porządek społeczny i polityczny formuje się przez doświadczenie i tradycje, a nie poprzez reformy czy rewolucje.
Odwoływanie się do „ciemnych” stron natury ludzkiej prowokowało wielu myślicieli i pisarzy w XIX-XX w. do snucia wniosków pesymistycznych na temat losów ludzkości, przyszłości cywilizacji Zachodu czy upadku państwa narodowego. Warto pamiętać w tym kontekście o twórczości Henry’ego Adamsa, Fiodora Dostojewskiego, Oswalda Spenglera, ale także Alberta Camusa czy George’a Orwella.
Współcześnie do tej tradycji myślenia nawiązuje nurt realizmu politycznego, który zdobył największą popularność w XX wieku w świecie anglosaskim. Począwszy od poglądów protestanckiego teologa Reinholda Niebuhra, przez Hansa Morgenthaua i sędziwego Henry’ego Kissingera, po Kennetha Waltza i Johna J. Mearsheimera przewija się myśl, że niedoskonały z racjonalistycznego punktu widzenia świat jest rezultatem działania czynników stanowiących immanentną część natury ludzkiej – egoizmu, walki o byt, o dominację nad innymi. W świecie rywalizujących potęg i interesów cnoty moralne nigdy nie mogą zostać w pełni wcielone w życie, co najwyżej można do nich dążyć poprzez równoważenie interesów i łagodzenie konfliktów. Łatwiej jest osiągnąć mniejsze zło niż absolutne dobro.
Realizm polityczny jest z natury pesymistyczny w ocenie perspektyw racjonalności politycznej. Niebuhr w swojej książce Moralny człowiek i niemoralne społeczeństwo podkreślał, że ludzie od czasów Oświecenia upatrywali przyczyny problemów społecznych w złej woli rządzących lub w niewiedzy, pomijając ten zasadniczy fakt, że to egoizm każdego człowieka sprawia, iż działania czysto etyczne są niemożliwe. Z tego myślenia wynika przestroga, że ludzie nigdy nie będą całkiem rozumni, a proporcje rozumu do motywacji impulsywnych stają się coraz bardziej niekorzystne dla tych pierwszych, kiedy przechodzimy od poziomu jednostek do poziomu grup społecznych.
Realiści polityczni pojmują świat takim, jaki jest, bez nadziei na jakąś nadzwyczajną zmianę, która zapewni ludzkości dobrobyt w skali masowej i zagwarantuje powszechne bezpieczeństwo. W tym sensie są bardziej uczciwi od liberałów, którzy w imię nieosiągalnych ideałów – wolności, demokracji i wzrostu gospodarczego reprodukują na coraz większą skalę wszystkie patologie i bolączki korporacyjnego kapitalizmu, wywołując coraz więcej społecznych rozczarowań.
Towarzyszący realizmowi pesymizm nie neguje jednak postępu. Wręcz przeciwnie, realiści uznają wielkie dokonania ludzkości na rzecz bardziej bezpiecznego i zamożnego świata. Ale jednocześnie zauważają, że dzieje się to często kosztem natury ludzkiej, ukrytego i bezwzględnego wyzysku, degradacji środowiska, a także zwiększania podatności człowieka na różne nieszczęścia i katastrofy, powodowane jego grabieżczym instynktem i niszczycielskim charakterem działań.
Taka postawa pozwala na uświadamianie sobie ryzyka rozmaitych przedsięwzięć na rzecz postępu. Lepiej być przygotowanym na rozmaite nieszczęścia, niż być ich bezmyślną ofiarą. Zwracał na to uwagę jeden z największych pesymistycznie nastawionych filozofów niemieckich Friedrich Nietzsche, uznając, że tragiczna wizja życia ludzkiego jest podstawą postępu i ucieczki od wielu nieszczęść. Jemu też przypisuje się twierdzenie, że pesymizm wyprzedza w myśli politycznej optymizm, gdyż ludzie od najdawniejszych czasów byli na łasce sił natury i innych ludzi, co wiązało się z niepewnością i ciągłym zagrożeniem. Trzeba więc było podejmować roztropne działania, aby uniknąć nieszczęścia. Potwierdzają to dzieła starożytnych tragików greckich – Ajschylosa, Sofoklesa i Eurypidesa.
Dystopie
Dla realistycznych pesymistów typowe są dystopie, tj. negatywne osądy zastanej rzeczywistości (kontra-utopie). W literaturze XX wieku można znaleźć wiele utworów, wskazujących na dysfunkcjonalność współczesnych społeczeństw i systemu międzynarodowego jako całości. Klasycznymi dziełami w tym gatunku (niektóre zyskały światową popularność dzięki przeniesieniu na ekrany) są np.: Jewgienija Zamiatina My (1924), Aldousa Huxleya Nowy wspaniały świat (1932), George’a Orwella 1984 (1949) czy Williama Goldinga Władca much (1954).
Dystopie i utopie oddają charakter nastrojów i oczekiwań społecznych w danym okresie. Po II wojnie światowej miały inspirujący wpływ na intelektualistów, którzy choćby na forum Klubu Rzymskiego podejmowali próby predykcji i prognozowania tendencji rozwojowych ku przestrodze i rozwadze rządów i społeczeństw.
„Czarne” wizje przyszłości, które pojawiają się w ramach rozmaitych badań i analiz naukowych odzwierciedlają nie tylko katastroficzne lęki przed skutkami wyzwolenia rozumu ludzkiego z moralnych ograniczeń. Chodzi także o to, że coraz więcej ludzi obawia się, że dotychczasowe kierunki rozwoju stają się źródłem coraz większych zagrożeń, łącznie z totalnym unicestwieniem ludzkości. Ludzkość intuicyjnie obawia się, że światem z ukrycia kierują złowrogie siły (obserwujemy „wysyp” rozmaitych teorii spiskowych), które w postaci wyobcowanych i zdradzieckich elit żerują na całej „reszcie” ludzkości. Zbadanie tego zjawiska jest ważnym wyzwaniem poznawczym, ale jak dotąd w Polsce tylko nieliczni analitycy mają odwagę o tym mówić.
W świetle brutalnej gry międzynarodowej, prowadzącej do rewizjonizmu geopolitycznego, pogłębiania się kryzysu prawa międzynarodowego i narastania tendencji prowojennych, pesymizmowi realistów politycznych towarzyszą fatalistyczne i katastroficzne wizje perspektyw rozwojowych.
Realiści nie są jednak zwolennikami apokaliptycznego sposobu myślenia. Nie zdają się na fatum, lecz na roztropność decydentów politycznych, na pogodzenie się z realiami nawet za cenę rezygnacji ze sprawiedliwości, aby tylko przywrócić stabilność i pokój. Bezkompromisowość i nieustępliwość w wielu sytuacjach mają walory pozytywne, a nawet heroiczne. Ale mogą też świadczyć o ślepym zacietrzewieniu, utracie wewnątrzsterowności i braku wrażliwości na rosnącą skalę zniszczeń i liczbę ofiar w konflikcie.
Klasyczny realizm polityczny i jego współczesne emanacje uczą, że kombinacja odstraszania i dyplomacji jest skuteczniejsza niż otwarta wojna. Tę trudno skończyć, póki nie nastąpi przesilenie w stosunku sił i pokonanie jednej ze stron. Odwoływanie się do kompromisu staje się niewykonalne, gdy żadna ze stron nie godzi się na „paktowanie z diabłem”.
Tu widać wyraźnie, jak trudno wykreślić granice między moralizmem a cynizmem, między idealizmem a irracjonalizmem. Pesymizm realizmu politycznego podważa racjonalność procesów decyzyjnych i mądrość aktorów politycznych, którzy przeceniają swoje możliwości działania. Często także popadają w pychę, która poprzedza katastrofę. Wszystko zależy więc od tego, jakie decydenci przyjmują założenia, leżące u podstaw ich pojmowania świata. Jeśli jest on podzielony między dobro i zło na zasadzie przeciwności ideologicznych, nie ma w nim miejsca na kompromis, a zatem i trwały pokój. Jeśli natomiast skupiają uwagę na ochronie egzystencjalnych interesów przetrwania każdej ze stron konfliktu, możliwe jest znalezienie mechanizmów równoważących, stabilizujących ich dotychczasowy stan posiadania i zabezpieczających przed jego degradacją.
Wprawdzie media masowe bombardują nas informacjami o rosnącej gospodarce światowej i nieustannym postępie naukowym (tylko Rosja upada!), ale wiele oznak na niebie i ziemi wskazuje, że wizja przyszłości rysuje się w czarnych barwach. Najbardziej wymownym, bo namacalnym przez każdego mieszkańca globu jest kryzys energetyczny. Ale za nim czają się inne, równie niebezpieczne kryzysy: klimatyczny, hydrologiczny, ekologiczny, żywnościowy, migracyjny i in. Pandemia koronawirusa i konsekwencje globalnego konfliktu Zachodu z Rosją i Chinami, z wojną na Ukrainie w jego centralnym tle, pozwalają uświadomić sobie, że jesteśmy ofiarami systemowej, zorganizowanej przemocy, zadawanej przez logikę nieograniczonego wzrostu gospodarczego. Opiera się on na koncentracji zasobów finansowych świata w rękach wąskiej elity bogaczy i zarządzaniu naszym życiem przez sieć wielkich korporacji, które kosztem „suwerennych” państw przejmują kontrolę nad całością życia społecznego.
Wielu ludzi ciągle jednak żyje w błogim śnie bezproblemowego polepszania swojego dobrobytu, nie uświadamiając sobie ponurej sytuacji uzależnienia i podporządkowania. Mało ludzi zdaje sobie sprawę z tego, że strukturalna przemoc wokół nas czyni wolność każdego człowieka iluzją i fikcją. Jest to wolność bez wyboru i nawet ograniczonego pola manewru.
Problem z liderami
Realizm polityczny ze swoją pesymistyczną filozofią, począwszy od antycznego historyka Tukidydesa uczy nas, że przywódcy polityczni w wielu epokach stają się zakładnikami swoich własnych aspiracji i żądz. Nie są w stanie trwale zapanować nad wszystkimi innymi uczestnikami życia międzynarodowego, ani nad ich środowiskiem. Mogą jednak poprzez dążenia hegemoniczne i imperialistyczne podboje zakłócać równowagę systemową, prowadząc do katastrof wojennych, skazujących ludność na traumatyczne cierpienia. W stosunkach międzynarodowych ciągle brakuje mechanizmów, które mogłyby zatrzymać liderów politycznych w realizacji ich wyolbrzymionych aspiracji, a przede wszystkim zapobiec świadomemu i nieświadomemu budowaniu negatywnych scenariuszy przyszłości. Realizm polityczny nie jest oczywiście receptą na „wieczny pokój”, ale dzięki powściągliwości liderów politycznych może przyczynić się do o ograniczenia już istniejących konfliktów i zmniejszenia liczby przyszłych wojen.
Pesymistyczna wizja przyszłości ma obecnie związek z negatywnymi konsekwencjami procesów globalizacyjnych, które jeszcze w latach dziewięćdziesiątych ub. stulecia niosły olbrzymie nadzieje i sporo optymizmu. Tzw. globalne zarządzanie miało pomóc we włączeniu do współzależnego systemu suwerenne państwa, gdy tymczasem tworzące je instytucje i organizacje wielostronne uczyniło instrumentami gry o wpływy najsilniejszych, przede wszystkim korporacji transnarodowych i największych potęg. Zamiast bardziej egalitarnego i demokratycznego systemu globalnego powstał jeszcze bardziej zhierarchizowany i asymetryczny układ, osłabiający możliwości oddziaływania pojedynczych państw. Demontaż ich suwerenności następuje na naszych oczach, choć rządzący wydają się być ślepi i głusi. Nie chcą dostrzec, że złe zarządzanie wewnętrzne powoduje przejęcie funkcji państwa przez struktury zewnętrzne. Słabi przegrywają z silniejszymi nie tyle na polu bitwy, ile poprzez wielopoziomowe uzależnienia od ponadnarodowych i pozapaństwowych centrów decyzyjnych (związki integracyjne, korporacje, grupy interesu, tajne służby i in.).
W polskiej nauce i myśli politycznej brakuje pogłębionej refleksji nad realizmem politycznym. Mimo powszechnego zapatrzenia w Stany Zjednoczone, amerykański dorobek teoretyczny jest słabo przyswajalny, a umiejętności diagnozowania swoich interesów i lokowania rzeczywistej, a nie wyimaginowanej pozycji międzynarodowej Polski są na żenująco niskim poziomie. Polska myśl polityczna nawiązuje ciągle do tradycji romantycznej. Miejsce „prometeizmu mesjanistycznego” zajął „prometeizm demokratyczny”, a optymistyczna wiara w fałszywą moralność i lekceważenie potęgi materialnej na rzecz posłannictwa dziejowego prowadzi rządzących, jak i ich protagonistów do uprawiania fałszywej, nieodpowiedzialnej polityki.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 170
Porządki międzynarodowe zawsze mają przed sobą wiele niewiadomych. Nie bez powodu scenę międzynarodową uznaje się za najbardziej tajemniczą w życiu społecznym i trudno poznawalną.
Największym jednak źródłem niepewności i ryzyka nie jest sama natura tej sfery rzeczywistości, lecz ignorancja towarzysząca jej poznaniu. Dotyka ona szerokich kręgów politycznych, medialnego komentariatu, a nawet – o zgrozo – środowiska uniwersyteckiego. Wielu obserwatorów stosunków międzynarodowych ulega rozmaitym presjom i koniunkturom. Zamiast poszukiwać prawdy, zajmują się oni w sposób świadomy tworzeniem fałszywych diagnoz, tendencyjnych rekomendacji i bałamutnych wizji. W odpowiedzi na zapotrzebowanie polityczne odrzucają niewygodną wiedzę, stosują rozmaite niejednoznaczności, eufemizmy, omijają tematy tabu. W rezultacie zanika rozróżnienie między wiedzą a ignorancją, prawdą a fałszem.
Najwięcej szkód wywołuje komentowanie bieżących zdarzeń międzynarodowych przez niekompetentnych, a ściślej mało rozgarniętych polityków. Samo zasiadanie w parlamencie nie czyni z wszystkich posłów i senatorów wybitnych i wszechstronnych znawców czegokolwiek. Wieje grozą, gdy w rozmaitych przekazach medialnych popisują się samozwańcze pseudoautorytety, które nie mają żadnego merytorycznego przygotowania, ale mają tupet i niczym nieuzasadnione przeświadczenie o swojej amatorskiej mądrości. Nie rozumieją norm porządkujących rzeczywistość międzynarodową, ani nie kontrolują dysonansów między światem powinności i realnego bytu. Pretendują ponadto do krytycznych ocen i moralizatorskich pouczeń wobec innych – zwłaszcza Rosji i Białorusi - co wynika z megalomanii i chełpliwości.
Całkowite oderwanie od realiów widać wyraźnie na przykładzie zawirowań wokół wiarygodności zobowiązań sojuszniczych NATO i Ameryki, wokół ukraińskich kampanii dezinformacyjnych, za które obwinia się wyłącznie Rosję, wokół zachodniej historycznej amnezji i licznych manipulacji medialnych, na przykład wokół Izraela. Promocja ignorancji ułatwia zakłamywanie rozmaitych zjawisk i procesów. Wystarczy przywołać polityczny, medialny i akademicki dyskurs o prawach człowieka, które funkcjonują w sferze ideologicznej i propagandowej, ale są całkiem oderwane od realiów. Tym postawom towarzyszy ślepota wobec imperialistycznych praktyk w przeszłości i obecnie, wybiórcze podejście do systemów opresyjnych, przemilczanie jaskrawych form dyskryminacji i wyzysku.
Innym przykładem zakłamania jest wmawianie obywatelom, że Polska jest suwerenna i niepodległa jak nigdy dotąd, podczas gdy we współczesnym porządku międzynarodowym żadne państwo nie sprawuje prawdziwie najwyższego, niepodzielnego władztwa, jakiego wymagają definicje prawne i politologiczne. Nieprawdą jest także równość suwerenna państw, jak sugeruje Karta Narodów Zjednoczonych. Suwerenność państw istnieje więc jedynie dzięki ignorancji co do jej empirycznej rzeczywistości. Obrońcy pełnej suwerenności i niepodległości sami sobie zaprzeczają, gdyż w tym samym czasie respektują przemożną rolę sieci i rynków, klękają przed potęgą wielkich korporacji, a także uczestniczą w sposób pośredni lub bezpośredni w rozmaitych interwencjach w sprawy wewnętrzne innych państw.
Prawda nas wyzwoli
Nadawanie sensu zjawiskom i procesom oznacza w wielu przypadkach ucieczkę od wiedzy i informacji. Dzieje się tak z dwu różnych powodów. Albo dana sfera rzeczywistości jest nierozpoznawalna z natury (ignorancja ontologiczna), albo poznawczo niedostępna (ignorancja epistemologiczna). Zasadniczy problem w nauce o stosunkach międzynarodowych polega na tym, że badacze z powodów obiektywnych (np. brak dostępu do danych) nie są w stanie wniknąć w „naturę rzeczy”, albo też świadomie lub mimowolnie podtrzymują niewiedzę, sięgając do mitów, uproszczeń, niedopowiedzeń i przemilczeń.
Najczęściej taka aktywność ma charakter celowy, zaprawiony stronniczością i wyrachowaniem. Nie trzeba chyba nikogo przekonywać, że gdyby naprawdę zaczęto likwidować obszary ignorancji, choćby na temat charakteru reżimu politycznego na Ukrainie (korupcja, kradzież majątku narodowego, depopulacja, zamordyzm, haniebny kult zbrodniarzy), to mogłaby runąć cała konstrukcja fałszywej narracji, uzasadniającej ogromną pomoc udzielaną przez Zachód soldatesce ukraińskiej w Kijowie.
To nieprawda, że każdy naród ma wyłączne prawo do kultywowania pamięci swoich bohaterów, nawet gdy byli zbrodniarzami. Wspólnota Zachodu wypracowała po II wojnie światowej wiele reguł, zinternalizowanych w różnych państwach i regionach świata, aby nigdy więcej nie dawać przyzwolenia ideologiom i reżimom pochwalającym ludobójstwo. Choć ciągle nie udaje się zapobiec recydywie katastrof humanitarnych, to jednak dzisiejszy trzon Zachodu (państwa NATO i Unii Europejskiej) ciągle wyznaje – przynajmniej deklaratywnie - te wartości. Z tego względu ma rację prezydent Polski, że Ukraina nie ma szans na wejście do wspólnot zachodnich ze swoim panteonem zbrodniarzy i kultem barbarzyństwa.
We współczesnych studiach międzynarodowych, wykorzystujących dorobek konstruktywizmu społecznego dowodzi się, że porządek międzynarodowy (a właściwie jego wyobrażenie) oparty jest na fabrykowaniu fałszywej wiedzy lub odwracaniu uwagi od faktycznych patologii i ukrywaniu niewygodnych faktów. Osławiony porządek liberalny, do którego z gorliwością neofity dołączały rządy państw pokomunistycznych, oparty był zawsze na subordynacji słabszych wobec silniejszych oraz na akceptacji ukrytych i jawnych form wyzysku. Robiono jednak wszystko po każdej ze stron, aby wizerunek zglobalizowanego kapitalizmu przedstawiać w jak najkorzystniejszym świetle. Mamiono ludzi postępem cywilizacyjnym, zatajając nowe formy zależności i podporządkowania.
W przedstawianiu struktury systemu międzynarodowego świadomie i celowo zacierano asymetrię władzy, a w rzeczywistości stosowanie dyskryminacji i podwójnych standardów wobec „późnoprzychodzących”. W okresie ustrojowej transformacji ignorancja pozwalała na ucieczkę od nazywania źródeł społecznego zła (zawłaszczania majątku narodowego, ubóstwa, dehumanizacji, eksploatacji) i od wskazywania winnych tego stanu rzeczy. Spełniała zatem funkcję ochronną w procesie przemian.
Z jednej strony celowe działania nowych elit kompradorskich, a z drugiej obojętność i naiwność gremiów społecznych powodowały, że procesy stowarzyszania się, a następnie integracji w ramach liberalnego porządku przebiegały w praktyce bez większego sprzeciwu. Opornych marginalizowano, a w skrajnych wypadkach eliminowano (w Polsce przypadek Andrzeja Leppera). Dopiero teraz następuje powolne przebudzenie, ale straty są nie do naprawienia.
Komfort życia w niewiedzy
Niewiedza łagodzi negatywne skutki dysonansu poznawczego na tle hipokryzji i sprzeczności między deklaracjami władz a realiami społeczno-gospodarczymi. Niewątpliwie sprzyja promowaniu interesów różnych uprzywilejowanych i wpływowych aktorów. Upowszechnienie wiedzy o faktycznych mechanizmach sprawowania władzy i procesach zewnętrznego sterowania mogłoby spowodować wzrost niepewności i sprzeciwu, a w rezultacie chaosu. Rządzący robią więc bardzo dużo, zwłaszcza za pomocą usłużnych mediów, aby niewygodną wiedzę o patologiach społecznych poddawać kontroli i reglamentacji. Stąd strategie urzędowego przemilczania i zinstytucjonalizowanej amnezji.
Wspólnikiem „produkcji ignorancji” jest współczesne dziennikarstwo, które odwraca uwagę od spraw naprawdę ważnych czy istotnych, zwalcza „niewygodną wiedzę” i jej eksponentów, upowszechnia „nowomowę”, odwracając znaczenia terminów i dezawuując racjonalną argumentację. Media masowe tworzą na skalę przemysłową „szum informacyjny”, rozpowszechniając bałamutne informacje i „alternatywne” fakty.
Szczególny przypadek z polskiego podwórka dotyczy podważania zaufania opinii publicznej do realizmu politycznego. Trwa bezmyślne etykietowanie jego zwolenników, oparte na mechanizmie naznaczenia, dyskredytacji i stygmatyzacji. Silne reminiscencje historyczne i panująca rusofobia kierują ten nurt myślenia, którego nazwę pisze się celowo w cudzysłowie, albo ze skrótem „tzw.”, w stronę zdradzieckiej formacji prorosyjskiej („targowicy”). W ten sposób zawęża się jego przydatność analityczną i wartość wyjaśniającą w odniesieniu do gry wielkich potęg na przestrzeni dziejów. Tymczasem jest to jedna z najstarszych konceptualizacji stosunków międzynarodowych, której źródła sięgają antycznego historyka Tukidydesa i jego Historii wojny peloponeskiej. Teoretyczny dorobek realizmu politycznego jest niezaprzeczalny.
Polscy politycy i publicyści najczęściej nie znają schedy XX-wiecznych realistów anglosaskich, począwszy od Edwarda H. Carra, Hansa Morgenthaua czy Kennetha Waltza. Wydają natomiast jednoznacznie negatywne opinie o myśleniu realistycznym, będąc faktycznie ignorantami w tej dziedzinie. Polski świat akademicki także unika sięgania po konstrukcje teoretyczne i założenia metodologiczne realizmu politycznego, aby nie stać się obiektem prymitywnej krytyki ze strony ignorantów. Chwalebnym wyjątkiem jest publikacja profesora W. Juliana Korab-Karpowicza pt. Realizm polityczny. Ewolucyjna teoria stosunków międzynarodowych (Scholar, 2026). Sprowokowanie dyskusji wokół niej mogłoby zapobiec utonięciu dzieła w „produkcji ignorancji”.
Porządek międzynarodowy w sferach koncepcyjnej i realizacyjnej funkcjonuje zawsze dzięki temu, że dominujące mocarstwa, poddając uniwersalizacji swoje partykularne interesy, dążą do utrzymania systemu międzynarodowego we względnej równowadze. Ich hipokryzja i cynizm polegają na tym, że wykorzystują dla egoistycznych celów całe wspólnoty państw, podporządkowując je sobie w imię bezpieczeństwa, dobra wspólnego, pokoju czy ochrony praw człowieka. Liberalne demokracje nie różnią się pod tym względem od reżimów niedemokratycznych.
Polska potrzeba stabilności
W polskiej wyobraźni politycznej na temat stosunków międzynarodowych istnieje ciągła tęsknota za ustanowionym raz na zawsze porządkiem międzynarodowym, który zapewniałby trwałe zakotwiczenie państwa w bezpiecznych i niezawodnych sojuszach. Takie myślenie ma charakter ahistoryczny i jest niestety produktem ignorancji. Każdy bowiem porządek społeczny, w tym międzynarodowy, jako zamknięty zespół wartości, norm i instytucji, które zapewniają stabilność i przewidywalność, istnieje jedynie w teorii. W praktyce mamy do czynienia ze stale zmieniającym się środowiskiem, w którym dynamika układów sił geopolitycznych determinuje mobilizację strategiczną, skierowaną na maksymalne zaspokojenie egoistycznych interesów.
Zwłaszcza państwa o rangach niemocarstwowych nigdy nie są pewne osiągniętego etapu konsolidacji porządku, do którego należą. Po latach względnego spokoju i stabilności zazwyczaj dochodzi do kumulacji sytuacji kryzysowych, które podważają skuteczność przywództwa i obniżają funkcjonalność sojuszy. Aby zaradzić negatywnym zjawiskom, przekierowuje się uwagę uczestników na zagrożenia zewnętrzne, a powszechna militaryzacja staje się zjawiskiem pierwszoplanowym. I znowu daje o sobie znać ignorancja, której efektem są potężne, często nietrafione wydatki na zbrojenia i przywiązanie do „bezalternatywnych” strategii rywalizacyjnych.
W przypadku Polski jedynie przywrócenie normalności w stosunkach z Rosją może ograniczyć negatywne skutki irracjonalności w zachowaniach decydentów.
Oddawanie swojego losu i bezpieczeństwa w ręce kapryśnego hegemona świadczy nie tylko o braku mądrego wnioskowania z historii. Jest także dowodem samooszukiwania się i głębokiego upodlenia. Wyścig polskich notabli o łaskawość zaoceanicznego protektora w sprawie stacjonowania amerykańskich legionów jest objawem „zbiorowego infantylizmu”. Nie trzeba przecież specjalnego dowodu na to, że uzależniając się całkowicie od obcej „polisy ubezpieczeniowej”, polscy politycy pchają Polskę we wspieranie wszelkich awantur inicjowanych przez USA.
Poza polityką zbrojeń ignorancja połączona z brakiem wyobraźni rządzi także bezpieczeństwem energetycznym i żywnościowym, migracjami i zarządzaniem granicami. Doprawdy trudno pojąć logikę barykadowania Polski od strony Rosji i Białorusi, gdy tymczasem granica z Ukrainą, będącą w stanie wojny, jest miejscem wielu przemilczanych nadużyć, a państwo jest otwarte na imigrację jak nigdy przedtem. Brakuje ponadto debaty na poziomie politycznym i eksperckim na temat szkodliwych skutków jednostronnych uzależnień, a dogmatyzacja lojalności sojuszniczej „na dobre i złe” wobec Ukrainy uodparnia „reżim ignorancji” na zmiany i przewartościowania dotychczasowej strategii.
Ignorancja stoi na przeszkodzie właściwemu rozpoznaniu natury liberalnego porządku międzynarodowego. W istocie opiera się on na wspólnocie interesów dawnych potęg kolonialnych i brutalnych imperiów, których praktyki wobec podbijanych ludów miały charakter haniebny. To tam zrodził się rasizm i wszelkie możliwe formy opresji. Polska, która w swoim dziedzictwie historycznym powołuje się na własne wartości tolerancji, humanitaryzmu i solidarności, zamiast dystansować się od nikczemności idei i instytucji wymyślonych na Zachodzie, przyjmuje je bezkrytycznie, co jest niewątpliwie skutkiem głębokiej ignorancji. Nie wiadomo, czy rządzący zdają sobie sprawę z tego, że biorą na siebie odium za czyny nigdy niepopełnione przez Polaków.
Będąc przez wiele dekad pryncypialnym uczestnikiem rozliczania zbrodni reżimów totalitarnych – nazizmu i stalinizmu - Polska afirmuje zachodnią narrację zwycięstwa w II wojnie światowej. Skutkuje to przyzwoleniem na włączenie do uznanej pamięci historycznej ukraińskich zbrodniarzy wojennych, winnych czystek etnicznych na Polakach Wołynia i Galicji Wschodniej. Wizja porządku międzynarodowego opartego na heroizacji zbrodniarzy ma zawsze charakter jątrzący i konfliktogenny. Prędzej czy później doprowadzi do kolejnej katastrofy w stosunkach między zwaśnionymi stronami. Szkoda, że polskie elity polityczne III RP, ogłupiane przez lata rusofobiczną propagandą, doprowadziły do zhańbienia pamięci o ofiarach banderowskiego ludobójstwa poprzez obojętność wobec oficjalnego na Ukrainie kultu zbrodniarzy, ale na domiar złego, brną dalej we wspieranie skorumpowanego reżimu kijowskiego, nieliczącego się z wrażliwością Polaków.
„Prawda alternatywna”, czyli kłamstwo
W związku z ludobójstwem Izraela w Gazie oraz odkryciem ogromnej korupcji w ukraińskich kręgach władzy, niemal na całym Zachodzie przyjęto tworzenie „prawdy alternatywnej”. Odwracanie uwagi i lekceważenie niewygodnej wiedzy bazuje na podkreślaniu „prawa Izraela do obrony” , a w przypadku Ukrainy wyolbrzymianiu jej roli w obronie wartości „wolnego świata”, których sama Ukraina nigdy nie przestrzegała i nie przestrzega. Każdy krytyk Izraela jest napiętnowany jako „antysemita”, a oskarżający Ukrainę z automatu nabywa miano „agenta Putina”. To tylko dwie ilustracje tego, jak liberalny porządek wykorzystuje umyślną ignorancję dla zaciemniania prawdy o przestępczej działalności rządów i armii.
Gdy dzięki prezydentowi Donaldowi Trumpowi zrezygnowano z idealizacji liberalnego porządku, okazało się, że nie obowiązują w nim żadne „wartości ani zasady”, którymi „czarowano” przez lata swoich i obcych. Nie oznacza to jednak, że populizm Trumpa nie sięga do podobnych praktyk ignorancji, które rażą swoją nachalnością i brakiem skrupułów. Przy wykorzystaniu nowoczesnych technologii wytwarzania wiedzy (przy zastosowaniu sztucznej inteligencji) dochodzi do algorytmicznego dobierania treści i zacierania w oczywisty sposób granic między prawdą a kłamstwem. W połączeniu z porażającą niekompetencją funkcjonariuszy publicznych prowadzi to do demontażu demokratycznych podstaw ustrojowych – rządów prawa i kontroli władz.
W oficjalnej propagandzie sięga się do jawnych zmyśleń i przeinaczeń, co obrazują wypowiedzi najwyższych funkcjonariuszy z prezydentem USA na czele, na przykład w odniesieniu do Iranu. Odwoływanie się w wielu sprawach do spiskowych tropów służy ignorantom do unikania dowodów empirycznych. Język debaty publicznej nie sięga do wyszukanych retorycznych popisów, ale celem wywołania emocjonalnych odruchów w społeczeństwie – do pospolitych obelg, inwektyw i zniesławień.
Na szczęście, są jeszcze przyzwoici ludzie, którzy ujawniają szkodliwe manipulacje i nadużycia władz. Dzięki wysiłkowi intelektualnemu i cywilnej odwadze amerykańskich dziennikarzy doszło na przykład do ujawnienia, że wojnę z Irakiem w 2003 roku oparto na sfabrykowanych dowodach i fałszywych zarzutach przeciw Saddamowi Husajnowi posiadania broni masowej zagłady. Warto przypomnieć najsłynniejszego sygnalistę i demaskatora w historii, Edwarda Snowdena, który w 2013 roku obnażył na łamach prasy bezprawne praktyki inwigilacji i prześladowań obywateli USA*. W związku z kryzysem migracyjnym w Europie wielu uczciwych ludzi ujawniło głęboki rozdźwięk między retoryką humanitarną rządów państw unijnych a utrzymywaniem brutalnych reżimów granicznych.
Konkludując, można pokusić się o twierdzenie, że współczesny porządek międzynarodowy, będący mieszaniną dezynwoltury i chaosu, jest rezultatem świadomie konstruowanej ignorancji, systematycznej produkcji niewiedzy. Wielkim potęgom ciągle udaje się pod szyldami moralnej wyższości i cywilizacyjnego posłannictwa maskować sprzeczności między głoszonymi postulatami a faktycznymi, często haniebnymi i szkodliwymi zachowaniami.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN
*Od Redakcji SN: pierwszym sygnalistą był australijski dziennikarz, założyciel i redaktor naczelny serwisu WikiLeaks, Julian Assange, oskarżony o szpiegostwo i więziony przez władze Wielkiej Brytanii przez 12 lat.

