Politologia (el)
- Szczegóły
- Autor: al
- Odsłon: 5456
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 0
Refleksje osobiste z przeszłości i teraźniejszości
Meandrami ku politologii
Rozważając historię nauki o polityce w Polsce, dotyka się kwestii o różnej wadze, wywołujących niejednakie skojarzenia, odbijające świadomość zależności od uwarunkowań pokoleniowych i środowiskowych, naukowego rodowodu oraz dokonań, czy wreszcie doświadczeń i uwikłań w sprawy publiczne. Powojenny czas naukowej refleksji nad polityką najogólniej można podzielić na cztery okresy, które wykazują silny związek z przebiegiem dramy politycznej.
Pierwszy – to druga połowa lat czterdziestych ubiegłego wieku. Do 1948-1949 istniała Akademia Nauk Politycznych w Krakowie oraz Akademia Nauk Politycznych w Warszawie. Nie podejmowa-no jednak głębszej refleksji nt. polityki, co wiązało się z powo-jenną kondycją nauki. Ograniczenia pojawiły się nadto z końcem dekady wraz z wkroczeniem Polski na drogę urzeczywistniania biurokratycznej wersji socjalizmu. Przedmiot „marksizm-leninizm” sprowadzał się do propagowania marksizmu, będącego nadużyciem intelektualnym
wyrażającym się w jego zwulgaryzowaną, leninowsko-stalinowską interpretacją. Próbą „nobilitacji” było nadanie mu z czasem nazwy „naukowy socjalizm”. Równocześnie eliminowano konkurencyjne orientacje naukowe, które traktowano jako bezużyteczne w procesie „budowy” nowego ustroju.
W fazie drugiej, przypadającej na drugą połowę lat pięćdziesiątych, za sprawą Stanisława Ehrlicha, Konstantego Grzybowskiego, Juliana Hochfelda, Manfreda Lachsa, Oskara Langego i Edwarda Lipińskiego opowiadano się za odrzuceniem zwulgaryzowanego marksizmu, eliminowaniem
administracyjnego wpływu na naukę oraz integracją prawa, socjologii, ekonomii i historii w analizie polityki. Ich wysiłki zniweczyło XIII posiedzenie plenarne KC PZPR, poświęcone sprawom ideologicznym (1963), przynosząc regres w stosunku do październikowej „odwilży” i poprzedzając trzeci okres obecności w Polsce re-fleksji nad polityką.
Z końcem lat sześćdziesiątych wprowadzono przedmiot - podstawy nauk politycznych (lektorat nauk politycznych), co wiązało się z wnioskami wywiedzionymi przez władze z analizy konfliktu w marcu 1968 r. w Polsce oraz rewolty studentów w Europie Zachodniej. Dydaktyka, pozostająca pod polityczną kuratelą, najogólniej zmierzała do „uświadomienia” środowisku możliwości i ograniczeń ustrojowo-politycznych aktywności publicznej. Przedmiot stwarzał jednak możliwości przybliżenia studentom obiektywnej wiedzy. W zależności od indywidu-alnych kwalifikacji i ambicji wykładowcy wykorzystywali go w celu wzbogacania o elementy naukowej refleksji.
Reżimowe „porządki” przyniosły wszelako efekty bumerangowe. Środowisko akademickie ujawniało dążenia
emancypacyjne, nie kryjąc ambicji scjentystycznych. Jego część podejmowała inicjatywy pozostające w opozycji do oficjalnych przyzwoleń. Poddawano analizie nowe problemy, sięgano po oryginalne niejednokrotnie środki badawcze, śmielej wykorzystywano dorobek nauki światowej; przykładem są dokonania Stanisława Ehrlicha, Henryka Groszyka, Jerzego J. Wiatra. W kształtowaniu tożsamości dyscypliny istotną rolę odgrywały osoby, które w praktyce tworzyły, ale też ją przyswajały. Oto Jan Baszkiewicz, Marian Orzechowski, Franciszek Ryszka, którzy wywodzili się z nauk okrzepłych tradycją i metodologią. Bywało, że utrzymywali bliskie relacje z władzami państwowymi, bądź partią rządzącą. Wnosili własne doświadczenia, sposoby ujmowania analizowanych problemów. Ich przedsięwzięcia badawcze nadal – jakkolwiek w różnym stopniu - zachowywały specyfikę „rodowodowych” dyscyplin - prawa, ekonomii, historii, socjologii, filozofii, psychologii. Będąc historykiem (doktorat 1972 r.), autor miał sposobność korzystać z wiedzy i doświadczenia, współpracując, a bywało - przyjaźniąc się z nimi.
O losach dyscypliny w znacznej mierze decydowało organizacyjne i merytoryczne jej wyodrębnianie. W latach siedemdziesiątych uniwersytety opuścili pierwsi politolodzy. Słabła administracyjna presja na środowisko, korzystające z otwarcia na Zachód. Nadal jednak część naukowców pozostawała strażnikami „świętego płomyka” doktryny. Cechą okresu było niepodejmowanie pogłębionej analizy problemów strukturalno-funkcjonalnych porządku ustrojowo-politycznego, omijanie kwestii kontrowersyj-nych. Wprawdzie nie w pełni trafne wydaje się spostrzeżenie po-czynione przez Jerzego J. Wiatra w trakcie VIII Zjazdu PTNP (Lublin 17-19 listopada 1988), iż nieproporcjonalnie większym dorobkiem legitymowali się socjolodzy polityki. Godzi się wszelako podzielić w części jego konstatację, iż politolodzy nie doceniali wagi badań empirycznych. Wynikało to bowiem, o czym nie wspominał, m.in. z braku dostępu do materiałów odsłaniających istotę, właściwości oraz mechanizmy funkcjonowanie reżimu. Jakkolwiek – jak trafnie wywodził - „działało także polityczne asekuranctwo, gdyż łatwiej było pisać o partiach politycznych Czarnej Afryki niż o PZPR czy ZSL, o politykach zachodnich niż o własnych”.
Istotnym czynnikiem sprzyjającym tożsamościowemu krzepnięciu dyscypliny była intensyfikacja działalności Polskiego Towarzystwa Nauk Politycznych. Jego przedstawiciel uczestniczył w pracach International Political Science Association, co było wyrazem uzna-nia dla politologów polskich. Elementem samowiedzy i integracji były inicjatywy Centralnego Ośrodka Metodycznego Studiów Nauk Politycznych (dyr. Artur Bodnar).
Budzi sprzeciw koniunkturalne – na „polityczne zamówienie” - kwestionowanie pozytywnych aspektów jego roli przez autorów dzieła nt. politologii w Polsce (B. Krauz-Mozer, P. Borowiec, P. Ścigaj: Kim jesteś politologu? Historia i stan dyscypliny w Polsce. Kraków 2011). Ulegając syndromowi antykomunistycznemu, suponują iż jego celem było propagowanie marksizmu, będącego ogniwem frontu ideologicznego, makiawelicznym instrumentem indoktrynacji nauki. Polemizując z autorami książki, wskazywałem w recenzji („Przegląd Politologiczny” nr 3/2012), iż ich obraz marksizmu to leninowsko-stalinowskie ujęcie doktryny Marksa i Engelsa z lat pięćdziesiątych, pozostające w opozycji do rzeczywistej jej zwartości.
COM nie demonstrował sprzeciwu wobec ówczesnego ustroju. Aliści sprowadzanie tej instytucji głównie do narzędzia reżimowej indoktrynacji odbija niewiedzę, będąc tendencyjną, sprzeczną z naukowymi rygorami projekcją aktualnej poprawności politycznej. Autorzy książki – co znamienne - nie kwestionują dorobku, ani pozycji osób kooperujących z Ośrodkiem. Niełatwo jest bowiem przypisać im kolektywny udział w manipulacyjnej zmowie, więc – naiwność. A. Antoszewski, P. J. Gieorgica, J. Hausner, K. B. Janowski, M. Karwat, K. Pałecki, P. Sztompka – to autorzy korzystający z możliwości publikacyjnych COM. Ośrodek doznawał ograniczeń polityczno-administracyjnych. Przyczyniał się wszelako do upowszechnienia inicjatyw, które poza nim nie znalazłyby wsparcia czy upublicznienia; np. podręcznik Nauka o polityce. (red. A. Bodnar, Warszawa 1988). Wespół z KNP PAN wydawał „Studia Nauk Politycznych”.
Instytut Nauk Politycznych PAN, który powstał w 1988 r., kontynuował przedsięwzięcia COMSNP, poszerzając inicjatywy naukowo-badawcze, będąc miejscem interdyscyplinarnych relacji (twórczość Krystyny Kersten).
W kwestii relacji politologów z władzami nie jest możliwe formułowanie jednoznacznych ocen. Należy odnotować otwartość okazywaną nierzadko przez ośrodki dyspozycji politycznej na ich przemyślenia. Exemplum: ekspertyza K. B. Janowskiego, M. Karwata i D. Waniek nt. porozumienia narodowego z 1982 r.; opracowanie M. Gulczyńskiego z 1985 r. na tenże temat oraz J. P. Gieorgicy o protestach robotniczych z 1988, a także publikacja K. B. Janowskiego nt. dopuszczalności opozycji z 1987 r.
Przełom lat osiemdziesiątych i dziewięćdziesiątych otwierał okres czwarty historii politologii. Nie bez zachęty polityków potępiających PRL-owski reżim, środowisko politologiczne zostało poddane „oczyszczeniu”, które nierzadko realizowano bez względu na rzeczywiste powody. Wyjątkowe zasługi w w przeciwstawianiu się frontalnemu „gruzowaniu” politologii położyli członkowie ZG PTNP (z listopada 1988 r.): Henryk Groszyk (prezes), Czesław Mojsiewicz, Krzysztof Pałecki, Longin Pastusiak, J. J. Wiatr (poza Zarządem) oraz Karol B. Janowski (sekretarz generalny, wyposażony decyzją prezesa w poszerzone uprawnienia…i obowiązki).
Równocześnie część środowiska naukowego – dotąd lokująca się poza politologią – uznała, iż zmiana polityczna stworzyła szansę na opanowanie „strategicznych” miejsc w systemie organizacyjnym dyscypliny. „Oczyszczano” pole konfrontacji, eliminując merytoryczną rywalizację, wydobywano wartość i moc związków głównie z ośrodkami amerykańskimi. Wyolbrzymiano zaś ideologiczne obciążenia. Domagano się więc dokonania zasadniczych zmian w naukach społecznych, szczególnie w polito-logii. Rychło z jej inspiracji na miejsce zlikwidowanego Instytutu Nauk Politycznych PAN (pretekstem - zgon jego twórcy), powstał Instytut Studiów Politycznych, w którym na wstępie realizowano dobór kadr wedle nieklarownych zasad, eliminując z założenia osoby „przejęte” z INP. Nierzadko lekceważono opinie Rady Naukowej ISP PAN. W efekcie pozamerytorycznego zamknięcia przez kolejne lata sytuował on się poza głównym nurtem aktywności politologicznej.
Przypadek ISP PAN wpisywał się w „działania naprawcze”, których rzeczywiste cele nie wywołały wątpliwości u autorów wspomnianej książki Kim jesteś politologu?. Przeciwnie, były oceniane jako pożądane. Tym samym potwierdzili oni brak obiektywizmu i rzetelności. Nie ukazali istoty zmiany w politologii i jej skutków. Po wtóre, ulegli koniunkturalizmowi, przekonując, iż politologia stanęła przed koniecznością dokonania zasadniczych i gruntownych zmian metodologicznych, programowych i mentalnych, sprowadzając je do „odrzucenia balastu przeszłości”. Po trzecie, objaśniając sens tych zabiegów, sięgnęli po ideologiczno-polityczne instrumentarium. Uznali, iż politologia „w sposób najbardziej pełny” ma uczestniczyć w przeobrażeniach oraz być ich „beneficjentem”.
Czy należy uznać za przypadek bezkrytyczne i bezrefleksyjne przywołanie banalnej doprawdy myśli jednego z promotorów „lustracji”, który w politologii znalazł się – będąc socjologiem, uznanym znawcą czasu wolnego – na podobieństwo spado-chroniarza, obejmując na wstępie dyrektorowanie ISP PAN? Ową myśl cechuje niewiedza, prymitywizm i poczucie misji politycznej. W krakowskim dziele Edmund Wnuk-Lipiński jest traktowany z czołobitnością i atencją. Onże skonstatował – relacjonowali Krakowianie - zdominowanie nauk politycznych „w okresie komunizmu (..) przez jedną tylko, marksistowską orientację, apologetyczną w stosunku do ówczesnego systemu i in-doktrynacyjną w odniesieniu do społeczeństwa”. Z owej diagnozy wywiódł dyrektywę: „Przed politologią postawiono zadania nowe, ale zgodne z jej przeznaczeniem”, tj. budowanie demokracji.
Autorzy Kim jesteś politologu? bezrefleksyjnie przywołując opinię, której wartość merytoryczna i kategorialna jest wątpliwa, ocho-czo wpisali się do jego „plemienia”. Nie wykazali troski o rzetelność, bezstronność i obiektywizm w opisie przemian w Polsce. Pozostając pod urokiem „guru” (Instytut Socjologii w Collegium Civitas został „uhonorowany” imieniem Edmunda Wnuka-Lipińskiego) nie przywołali - co znamienne – jego dokonań naukowych; tytuł profesora został nadany w 1992 r. „za całokształt”, przy braku przekonywającego dorobku, w tym monografii, mogącej stanowić podstawę awansu. Natomiast stwierdzają nie bez satysfakcji, iż „przeprowadzona krytyka politologii okresu PRL-u doprowadziła do likwidacji wielu jedno-stek organizacyjnych i naukowych (…) najbardziej spektakularną zmianą było zaprzestanie prowadzenia zajęć z nauki o polityce (…) także przeprowadzono częściową wymianę kadr”.
W książce zabrakło jakiejkolwiek refleksji co do sensu, zasięgu oraz skutków destrukcyjnej akcji likwidatorsko-lustracyjnej. Nie wspomniano o wysiłkach na rzecz zachowania wartościowego, uznanego przecież dorobku. „Umknął” fakt nieudanej próby „wypchnięcia” PTNP ze społeczności międzynarodowej i powołania na to miejsce Towarzystwa Studiów Politycznych.
Miejsca pulsowania politologii
Politologia osiągnęła w Polsce względnie pewną pozycję. Mocne strony to wyraźnie zaznaczony obszar badawczy, znaczna grupa osób profesjonalnie analizująca szeroko pojmowaną politykę, usytuowanych w wyodrębnianych instytucjach, a także liczący się - jeśli przyjąć uznawane standardy – dorobek naukowy. O wzroście znaczenia dyscypliny świadczy fakt, że cześć socjologów, historyków, prawników, ekonomistów wydobywało związki z dyscypliną (nie zawsze kierując się względami merytorycznymi).
Najsilniejszym ośrodkiem naukowo-akademickim pozostaje Warszawa z Uniwersytetem (Wydział Nauk Politycznych i Studiów Międzynarodowych oraz Wydział Dziennikarstwa, Informacji i Bibliologii), także uczelniami niepaństwowymi. Tu lokuje się naj-liczniejsza kadra. Skupia grono politologów o znaczącej pozycji, mających do dyspozycji „Studia Politologiczne” oraz „E-Politikon”.
Szczególny ślad pozostawili w Lublinie Henryk Groszyk („Francuska koncepcja nauki politycznej”), Jego wychowanek w nauce i fortepianowy partner - Marek Żmigrodzki oraz Jacek Z. Pietraś („Decydowanie polityczne”); Pietraś zainicjował w latach dziewięćdziesiątych dyskusję nad standardami dydaktycznymi politologii, przyczyniając się do udział w powołaniu Wydziału Politologii. Tu z inicjatywy Marka Żmigrodzkiego powstał pierwszy w Polsce (po 1990 r.) podręcznik akademicki, (Wprowadzenie do nauki o państwie i polityce, red. B. Szmulik, M. Żmigrodzki), na który złożyli się autorzy „należący z reguły do czołówki polskiej politologii”. Zdołano także urzeczywistnić ideę wielotomowej Encyklopedii politologii wedle integracyjnej reguły (autorzy z różnych ośrodków). „Dziwny jest ten świat”- śpiewał Czesław Niemen - który gdyby znalazł się wśród politologów, zapytałby zapewne, dlaczego nie wspomniano o tych dziełach w krakowskim opracowaniu Kim jesteś politologu?.
Początki politologii we Wrocławiu to koniec lat sześćdziesiątych. Potencjałem intelektualnym i organizacyjnym konkurowały Instytut Nauk Politycznych Uniwersytetu (jego twórcą był Marian Orzechowski, promotor doktoratu autora artykułu) i Instytut Nauk Społecznych Politechniki. Jego dyrektor Józef Wołoch skupił kadrę różnej proweniencji; m. in. były pracownik KW PZPR, historyk, autor dziejów dolnośląskiej PPS, ksiądz oraz pasjonat astrologii. Z czasem w ośrodku uniwersyteckim ukształtował się zespół o znacznej aktywności naukowej: Andrzej Antoszewski (późniejszy wieloletni członek CKdsTiSN), Andrzej W. Jabłoński, Teresa Łoś-Nowak…
Pewnie w politologii osadzony jest Poznań, w którym osobliwie zapisał się Czesław Mojsiewicz, „akuszer” wielu karier naukowych. UAM pozostaje miejscem wzmożonej aktywności naukowej. Wyróżniał się w organizacji konferencji politologicznych. Znaczna ich część odbywała się w Collegium Polonicum w Słubicach.
Istotną rolę nadal odgrywa „Przegląd Politologiczny”, jakkolwiek pojawiają się symptomy braku otwartości na niekonwencjonalne, krytyczne wobec „poprawności” inicjatywy.
W Poznaniu Marceli Kosman, wykazując upór i determinację, zainaugurował konferencją „Kultura polityczna w Polsce - przeszłość i teraźniejszość” (1995 r.) przedsięwzięcia cykliczne – także wydawnicze. Zdołał „zarazić” wielu – też autora tego opracowania – przedmiotową pasją badawczą. Jego wysiłki nie doznały w UAM kompetentnej kontynuacji.
Zapewne niskie pobudki każą nie dostrzegać tych dokonań, jak czyni to Zbigniew Blok (UAM). Podejmuje zaś wysiłki wznie-sienia się na poziom równy Almondowi, Verbie i Powellowi. Promuje np. „pomiar pojęcia kultury politycznej”, niezdolny do przedstawienia merytorycznego uzasadnienia. To nie kwestia komunikowania „nowatorskich” pomysłów, lecz braku samowiedzy co do kompetencji, w tym - uznanego dorobku.
Tych warunków nie zastąpi mnożenie przywołań z wybranej, wedle nieklarownych zasad literatury bądź autorów. Nie respektuje on podstawowych reguł pracy naukowej, nakazujących dostrzeganie dokonań kompetentnych badaczy.
Nie odbiega od tego przypadku postawa Jana Garlickiego (UW), który wraz Arturem Noga-Bogomilskim opublikował książkę nt. relacji między demokracją a kulturą polityczną w Polsce (2004), w której powierzchownie i bez finalnych wniosków zastosował koncept amerykański. Onże ponadto zdaje się mniemać, iż jedna, incydentalna publikacja wystarczy, by kreować się na specjalistę mogącego lekceważyć poznańskie wysiłki, ale też twórczość innych autorów.
Skoro o o badaniach nad kulturą polityczną, trudno nie wspomnieć o Andrzeju Czajowskim, prawniku z wykształcenia, autorze rozprawy doktorskiej pt. „Zakładowa organizacja partyjna w systemie politycznym przedsiębiorstwa” oraz habilitacyjnej - „Demokratyzacja Rosji w latach 1987-1999”. Jego dokonania naukowe to „światło odbite” wybranych autorów oraz ich dzieł tyczących kultury politycznej. Do niego – jak i Bloka - można odnieść słowa Jakuba I, króla Szkocji i Anglii: „Niejeden mówi o sobie jak o Robinie Hoodzie, nigdy nie dzierżąc łuku w rękach”. To ci, którzy z ochotą przywdziewając szaty Robina of Locksley, których na nic zdają się próby naśladowania buntownika z lasu Sherwood. Nie posiadają umiejętności „strzelania z łuku”, nie legitymują się dorobkiem w zakresie badań kultury politycznej.
Niepomny Jakubowych przestróg, Czajowski uznał za nieodzowne poddanie „rekonstrukcji” ten obszar penetracji naukowej. Nie wykorzystał w pełni umiejętności „streszczania książek” nabytych w trakcie nie bezinteresownej współpracy ze służbą inwigilującą pracowników Uniwersytetu Wrocławskiego (TW „Meduza”). Recenzując bowiem książkę o kulturze politycznej Polaków, nie zadał sobie trudu poddania jej choćby „punktowej” lekturze. Przybliżyłoby to odpowiedzi na nurtujące go pytania, skłaniając do rozważenia zasadności „oryginalnego” zakwestionowania uznawanej dotąd kategorii. Stwierdził bowiem, że „jest myląca i bezużyteczna, a jej wyodrębnianie w celach badawczych bezcelowe”.
Rekapitulując, wypadnie zauważyć, że wspomniani autorzy odbijają zjawisko, które w środowisku naukowym święci tryumfy. Nie dostrzegają efektów przemyśleń badaczy z różnych ośrodków naukowych nt. kultury politycznej. Owe przypadki skłaniają do „zadumy” nad stanem „czytelnictwa” wśród naukowców oraz ich „wrażliwości” na dotychczasowe dokonania? Więcej – zdolnością (i skłonnością) respektowania elementarnych zasad, określających osobliwości pracy naukowej, wśród których mieści się nakaz uwzględniania wysiłku „towarzyszy intelektualnej roboty”.
Powracając do lokowania politologii na mapie polskiej nauki, godzi się wspomnieć o Toruniu, gdzie z połączenia Instytutu Politologii oraz Instytutu Stosunków Międzynarodowych powstał w 2009 r. Wydział Politologii i Studiów Międzynarodowych, by przyjąć nazwę: Wydział Nauk o Polityce i Bezpieczeństwie. Rolę szczególną odegrał tu Roman Bäcker, obejmując szereg funkcji i wykazując umiejętności organizacyjne, energię, ambicje i aspiracje.
Ukazując odradzanie się i dynamikę rozwoju politologii w Toruniu, godzi się wspomnieć o osobach, których aktywność i dokonania pozostają kapitałem Torunia, jakkolwiek nie eksponowanym: Marek Chmaj, Karol B. Janowski, Andrzej de Lazari, Alfred Lutrzykowski, Kazimierz Łastawski, Janusz Tkaczyński. Ich indywidualne wybory uwzględniały zapewne mnożące się przypadki podważania rygorów obowiązujących w nauce.
Politolodzy z Jagiellonki zachowują pamięć zasłużonych, którzy przyczynili się do budowania nauki o polityce: Konstantego Grzybowskiego, Kazimierza Opałki, Marka Sobolewskiego, Marka Waldenberga, Witolda Zakrzewskiego. Do ich uczniów zaliczają się Tomasz Goban-Klas, Marian Grzybowski, Andrzej Mania, Lubomir Zyblikiewicz, osobliwie - Krzysztof Pałecki – były „ambasador” polskiej politologii. Tę funkcję przejęła Teresa Sasińska-Klas, do września 2010 r. prezes ZG PTNP, której zasługi dla korporacji – zważywszy wcześniejsze i późniejsze kadencje – pozostają niepodważalne, jakkolwiek – jak wydaje -wyolbrzymiane (historia PTNP https://www.ptnp.org.pl/o-nas/historia-ptnp/).
Opisując aktywność naukową politologów, godzi się wskazać Uniwersytet Śląski. Ale także miejsca, gdzie dyscyplina się pojawiła bądź umacnia: Białystok (osobiste relacje), Bydgoszcz, Łódź, Olsztyn, Opole, Szczecin, Zielona Góra. W tej grupie lokują się Kielce, gdzie rolę inicjująco-kreatywną odegrał Ryszard Czarny, wspierany przez Adama Jamroza, Jerzego Jaskiernię (obecny dziekan Wydziału Prawa i Nauk Społecznych) czy Jacka Majchrowskiego (były prezydent Krakowa). W 1990 r. niemożliwą do zakwestionowania pozycję zdołał osiągnąć Kazimierz Kik, tracąc ją z czasem.
W „Klerykowie” nie do zatarcia „ślad” pozostawili Marian Grzybowski, Karol B. Janowski, Kazimierz Łastawski, Władysław Szostak. Wiodąca rola przypadła Agnieszce Kasińskiej-Metryce (promotorem Jej doktoratu był K. B. Janowski), kroczącej własną drogą awansu; dyrektor Instytutu Stosunków Międzynarodowych i Polityk Publicznych, członkini ZG PTNP, motywując próbę objęcia funkcji prezesa (Poznań 22.IX.2016).
Odnotowując aktywność politologów, jawi się kwestia form i płaszczyzn tożsamościowej integracji. Z czasem seminaria re-gionalne oraz konferencje ogólnopolskie zastąpiono formułą szerszą - kongresami. Otwierał je I Ogólnopolski Kongres Polito-logii (Demokratyczna Polska w globalizującym się świecie, Warszawa, 22-24.IX.2009), który okazał się przedsięwzięciem udanym pod względem organizacyjnym, liczby uczestników. Skupił grono znaczących w politologii polskiej postaci. Już wtedy główny problem nie wiązał ani referentów głównych, ani panelistów. Nie zdołano udźwignąć ciężaru opublikowania materiałów kongresowych, wyjąwszy wystąpienia głównych referentów. Kolejne zwykle kroczyły ścieżką wytyczoną przez ów kongres.
Analiza kongresów ukazuje progresywną linię kontynuacji. Nie cele naukowe, lecz „fascynacja” liczbami oraz sprawność organi-zacyjno-finansowa, efekty medialno-wizerunkowe poczęły jednak dominować, czyniąc z nich głównie wydarzenie towarzyskie. We wszystkich przypadkach brak zmaterializowania wysiłku in-telektualnego w postaci opublikowanych materiałów, wyjąwszy zwykle wystąpienia plenarne. W dobrze referentów plenarnych dominował klucz – jak radził Chryzostom Pasek – „polityczny”, „układny”, preferujący funkcje „urzędowe”, a nie walory intelektualne.
Kolejne spotkania nie wiązała także pamięć poprzednich, nie mówiąc o zasłużonych dla refleksji politologicznej postaciach; tu w ogóle panuje amnezja, czego wyrazem jest „uładzona” przeszłość (historia na stronie PTNP). Instruktywne wnioski wynikają z analizy „kongresu” wrocławskiego. W nim można dostrzec zarówno elementy sukcesów jak i niespełnionych zamiarów. Problem: „Polityka ładu.Polityka chaosu…” - tyleż ambitny, twórczo inspirujący, co ryzykowny. W zrealizowaniu celów organizacyjnych osiągnięto ład. Organizatorom kongresu, zauroczonym tytułową poetyką, nie stało wyobraźni co do rysujących się wyzwań. Oswobodzili Dżina, który objawił się tytułowym chaosem. Na wstępie przyjęto domniemanie co do jednakiego rozumienia tytułowych pojęć, otwierając pole dla dowolności w ich pojmowaniu i definiowaniu.
Można mówić wreszcie o zamknięciu na politologów innych niż z „notatnika poprawności”, a także socjologów polityki, psychologów czy przedstawicieli historii politycznej oraz nauk „praktycznych”. Niezmiennie, kongres nie doczekał się podsumo-wania merytorycznego. Nie pozostał ślad wysiłku, ani kurz wzniecony przez kongresowe „pląsy”.
W rzeczywistości dotychczasowa formuła politologicznych kongre-sów uległa wyczerpaniu. Czas tedy porzucić nuworyszowskie ambicje, będące w największym stopniu udziałem osób „prominentnych”, decydujących o sprawach dyscypliny oraz o kolejnych spotkaniach. Warto zrewidować przyzwyczajenia, by szanując nadto godne obyczaje – czego im nie staje - „ośmieliły się” publicznie, stosownie do reguł przyjętych w nauce, zmierzyć się ze znanymi przecież wątpliwościami.
Karol B. Janowski
http://karol-b-janowski.waw.pl
Prof. Karol B. Janowski jest historykiem i politologiem specjalizującym się w najnowszej historii politycznej oraz teorii i socjologii polityki.
Artykuł jest zmodyfikowaną i uaktualnioną wersją opracowania „Politologii polskiej meandry” z 2019 r. (dostępnym pod linkiem - http://karol-b-janowski.waw.pl/POLITOLOGIA%20w%20POLSCE.pdf), będącego konty-nuacją rozważań, których początek sięga tekstu pt. „Politologii polskiej przemiany” w: Problemy badawcze politologii w Polsce, red. M. J. Mali-nowski, M. Burdelski, R. Ożarowski, Warszawa-Gdańsk 2004.
- Szczegóły
- Autor: Stanisław Bieleń
- Odsłon: 2992
Nie jest łatwo badać problematykę polskiej pamięci historycznej w dzisiejszych uwarunkowaniach politycznych. Naukowe interpretacje tego zjawiska nie są pozbawione aspektu wartościującego, a wiele publikacji ma wyraźny kontekst polityczny, by nie powiedzieć partyjny. Wielu polskich intelektualistów wcale nie kryje się ze swoimi sympatiami czy antypatiami politycznymi, co rzutuje negatywnie na ich obiektywizm i wiarygodność badawczą.
Przy wielu okazjach ujawnia się mizeria intelektualna, brak wiedzy,
kwalifikacji moralnych i merytorycznych, ale także brak dobrej woli w ocenie realiów rosyjskich. Uderza przede wszystkim przypisywanie Rosjanom „apologii przeszłości dyktatorsko-reformatorskiej i przeszłości czarnosecinnej, przeszłości prawosławno-słowianofilskiej i przeszłości bolszewicko- stalinowskiej” (A. Michnik, Polityka historyczna, wariant rosyjski, „Gazeta Wyborcza”, 28.09.06).
A przecież w Rosji istnieją różne warianty myślenia o historii. Poza tym nie ma ona innej historii i nie dokona jej rewizji na zasadzie całkowitego odrzucenia, gdyż to oznaczałoby irracjonalne zaprzeczenie własnej tożsamości. Takie oczekiwania wobec niej świadczą raczej o naiwnym i utopijnym myśleniu oczekujących, albo o świadomym manipulowaniu opinią publiczną.
Niestety, badacze historii współczesnej odegrali negatywną rolę w budowaniu pamięci historycznej. Nie dokonali rekonstrukcji polskiej historii z punktu widzenia nauki, lecz kolejny raz zajęli miejsce obrońców doktryny politycznej, dopasowując się do oczekiwań władzy.
Pamięć historyczna została poddana ideologizacji. Doświadczenie jednostkowe i zbiorowe zostało podporządkowane narzuconej przez polityków narracji. W odniesieniu do historii najnowszej górę bierze – co widać choćby po kulcie żołnierzy wyklętych – narracja insurekcyjna i romantyczna, patetyczna i egzaltowana, odwołująca się do kultu śmierci pozbawionej sensu. W kontekście pamięci historycznej wypromowano slogan „polityki historycznej”, mający charakter „wytrychu”, którym posługują się politycy i propagandyści.
Hasło wylansowane w 2005 r. w programie wyborczym Prawa i Sprawiedliwości od początku miało bardzo instrumentalny charakter. Nie odnosiło się do naukowej refleksji nad historią, lecz raczej do jej interpretacji, przydatnej w budowaniu wizerunku partii i w umacnianiu jej linii politycznej. Chodziło o zweryfikowanie historii ostatnich dekad na swoją korzyść, przemodelowanie świadomości historycznej społeczeństwa tak, aby zdobyć poklask i poparcie dla określonego programu politycznego. Tzw. polityka historyczna weszła w ten sposób do instrumentarium polityczno-ideologicznego partii politycznych, stała
się elementem marketingu politycznego, przejęta przez media masowe stała się inspiracją dla programów informacyjnych i narzędziem propagandy. Jej cechą stała się selektywność poznawcza, patrzenie na przeszłość w sposób wybiórczy i dobierający zdarzenia na potrzeby konkretnej koncepcji politycznej.
Jest powszechnie przyjęte, że historia stanowi punkt wyjścia do działania
politycznego. „Jednak skuteczność tego działania – pisze Krzysztof Zamorski („Nostalgia i wzniosłość a refleksja krytyczna o dziejach”)– zależy od koncepcji historii, która leży u jego podstaw. Działania z natury rzeczy skierowanego na przyszłość. Jeśli jako punkt wyjścia przyjmiemy nostalgiczną wizję przeszłości, wyprowadzone z takiej historii wskazówki do działania politycznego narażone są na ograniczoną obserwację pola działania.
Jeśli zaś za podstawę przyjmiemy krytyczną wizję dziejów, obserwacja
pola przyszłego działania i możliwych jego skutków zwiększa się znacząco.
Rzecz jednak w tym, że zwolennicy »polityki historycznej« w Polsce zazwyczaj pozostają pod silnym wpływem historii nostalgicznej, będącej wytworem i reprezentowanej głównie przez historiografię tradycyjną”.
Koncepcja historii nostalgicznej negatywnie wpływa na sposób myślenia o przeszłości i jej opis. Przede wszystkim nawiązuje do zadanego kiedyś przez obcych bólu, wyrządzonych krzywd, cierpienia i poświęceń, a jednocześnie satysfakcji ze złożonej ofiary. Skuteczne uprawianie polityki z wykorzystaniem historii ma sens jedynie wtedy, gdy tzw. polityka historyczna stanie się źródłem analiz możliwych zagrożeń, próbą oceny szans na sukces konkretnych decyzji, nie zaś ideologią i próbą narzucania innym własnej wizji świata.
Martyrologia i heroizm
Elity polityczne Polski nie potrafią wykorzystać bogatego i złożonego doświadczenia historycznego w relacjach z Rosją inaczej, jak tylko w celu konfrontacyjnym. Polityka, niesłusznie i niepotrzebnie nazywana historyczną, jest demonizowana, opiera się na emocjonalnym wartościowaniu, co niewiele ma wspólnego ze sztuką racjonalnego osiągania celów. Ma ona przede wszystkim rywalizacyjny charakter, jest sztuką walki, dzielenia wszystkich na wrogów i przyjaciół, szerzeniem jednostronnej wizji Polski jako skrzywdzonej ofiary XX-wiecznych totalitaryzmów.
Polscy politycy uciekają od innych odmian politycznego działania: akomodacyjnego, konsensualnego czy kooperacyjnego. Nie potrafią przestawić polskiej świadomości politycznej na wyzwania przyszłości, nie umieją dokonać rzetelnej i odważnej weryfikacji możliwości, które są stosunkowo skromne, jeśli chodzi o aktywność międzynarodową.
W tym kontekście nie mają racji ci badacze polskiej i rosyjskiej pamięci
historycznej, którzy przypisują polskim decydentom silne przywiązanie
do tradycji liberalnej, a decydentom rosyjskim – do tradycji realistycznej.
Owszem, Polska przez wiele lat rzeczywiście polegała na instytucjach międzynarodowych, broniąc ładu normatywnego i instytucjonalnego, opartego na wartościach zachodnich. Istotą tych wartości jest sztuka budowania porozumień, oparta na gotowości brania pod uwagę odmiennych punktów widzenia o różnym stopniu złożoności, czyli na osiąganiu kompromisu.
Kompromis uznaje się za zasadę wspólnego dochodzenia do prawdy, co
oznacza, że żaden z partnerów nie zmusza drugiego do bezwzględnego podporządkowania się swoim poglądom i przekonaniom. Wręcz przeciwnie, pozostawia drugiej stronie niezależność w definiowaniu swoich racji. Istotą relacji jest „wczuwanie się” w punkt widzenia drugiej strony, aby przy dobrej woli przyznać jej choć trochę słuszności. Partnerzy gotowi do dialogu są tym samym gotowi prawdę drugiego partnera uczynić częścią swojej prawdy.
Zdolność do pójścia na kompromis jest często warunkowana przez stosunek sił między stronami. Państwa zajmują postawy nieustępliwe w wielu sprawach, co może być wynikiem poczucia przewag i wynikającego z nich lekceważenia oponenta oraz niedoceniania jego determinacji.
Na przykład, w Rosji panuje przekonanie, że postawy kompromisowe i koncyliacyjne są mniej skuteczne i opłacalne niż postawy bezkompromisowe. Wyrazy dobrej woli i wspaniałomyślności mogą być potraktowane przez drugą stronę jako oznaka słabości, uległości czy podstępu.
W przypadku słabszej Polski ma ona w porównaniu z Rosją bardziej ograniczone pole manewru. Powoduje to wzrost determinacji
na rzecz obrony swoich racji. Ponadto, zamiast odwołania się do praktycznych celów (co jest typowe dla etosu kupieckiego), Polacy odwołują się do dumy i godności (do etosu rycerskiego). Stąd nastawienia kompromisowe uchodzą za „nierycerskie” i „niehonorowe”. Nawet, gdy kompromis może być uznawany za efekt nadmiernej ustępliwości, jest jednak zawsze z pragmatycznego punktu widzenia lepszym rozwiązaniem niż klęska, choćby nawet najbardziej „rycerska” i „honorowa”.
Polska nie jest w stanie pogodzić się z istniejącą asymetryczną współzależnością (a nawet zależnością od Rosji, zwłaszcza w sferze energetycznej) i jako słabsza strona relacji traktuje tę asymetrię nie jako wyzwanie, ale jako śmiertelne zagrożenie. Nawołuje więc swoich zachodnich sojuszników do „wojowania z Rosją”. Gdzie tu miejsce na postawy kompromisowe, zgodne z tradycją liberalną?
Zdaniem Bronisława Łagowskiego, w Polsce koegzystują ze sobą doskonale dwie na pozór sprzeczne tradycje – martyrologiczna i heroistyczna. Wykraczają one poza pamięć historyczną, dostarczając kryteriów słuszności w polityce, zwłaszcza zagranicznej. „Martyrologia narodowa pobudza wieczną urazę do narodów sąsiednich, które kiedyś wykorzystały swoją przewagę, by nas sobie podporządkować, i rzekomo tylko czekają na okazję, żeby to powtórzyć.
Mitologia heroistyczna z kolei każe państwu demonstrować przede
wszystkim ‘odwagę’ w stosunku do innych państw, każe wysuwać roszczenia do ich ‘solidarności’, czyli obsługiwania polskich interesów, wreszcie żądać, by podporządkowały się one polskim wyobrażeniom o historii”.
W innym miejscu tenże autor jeszcze dosadniej przedstawił istotę heroistycznej koncepcji państwa, pisząc: „odwołuje się ono do cnoty odwagi, ale ta odwaga jest oderwana od okoliczności. Klęski narodowe są idealizowane z powodu odwagi, jaką wykazali zabici, trzeba mieć odwagę lądowania we mgle, trzeba zachęcać sojuszników do polityki wojowniczej, wiedząc, że własny kraj stałby się pierwszą ofiarą wymiany ciosów rakietowych. Trzeba wyszukiwać powody do wrogości wobec innych narodów, rytualizować doznane krzywdy, żeby je zachować w pamięci na wieki i odnawiać w sobie uczucia mściwości niezbędne w utrzymywaniu gotowości do wojny”.
Spór toczy się nie o fakty czy prawdę historyczną (to slogan). Idzie raczej o różne wizje, wyobrażenia, które częściej mają charakter wizualny i audialny, niż refleksyjno-intelektualny.
Stosunek do pamięci historycznej jest wynikiem „traum i wiktymizacji,
lat niewoli, dominującej roli Kościoła z jego nauką o uwznioślającej roli cierpienia, a także niskiego czynnika realnej skolaryzacji”.
Deformacje w pojmowaniu interesu narodowego
Dzisiejsza Europa jest bardziej zdominowana przez pamięć niż przez historię. Pamięć jest kwestią indywidualnych rejestrów z przeszłości, każdy ma swoją i trudno o niej dyskutować czy też przekonywać się nawzajem. O historii można dyskutować, spierać się co do jej wersji, pamięć pozostaje jednostkowa, niepowtarzalna. „Zjednoczona Europa nie wymaga wspólnej narracji historycznej – bo taka jest nierealna – ale rozumienia historii” (Timothy Snyder, Zakładnicy pamięci, GW, 28-29.03.09).
Ponadto, Zachód żyje przyszłością, ulega kosmopolityzacji, podczas gdy Wschód Europy pogrążony jest w przeszłości.
Na tym tle świat polskiej polityki nawiązuje do tradycji nasyconej treściami ksenofobicznymi. Interes narodowy jest definiowany w kategoriach egoistycznych, jako konieczność walki z historycznymi wrogami, którzy czyhają na polską niepodległość i suwerenność.
Jedynie patriotyczne elity polityczne (definicja patriotyzmu zależy od nich samych) są świadome istoty interesu narodowego. Wszyscy wątpiący czy krytykujący je za uzurpatorskie zapędy zasługują na pogardę, albo na anatemę.
Jest to nawiązanie do tradycji, która nakazuje wpajanie narodowi kolektywnej świadomości, budowanie wyłącznej lojalności wobec własnego narodowego państwa, a raczej jego władz. Konsekwencją tego podejścia są rozmaite skłonności cenzorskie, aby przeciwstawiać się wszelkiej krytyce, która kolidowałaby z tak pojętym interesem narodowym.
W Polsce mamy do czynienia z wielością zbiorowych pamięci, a tzw. polityka historyczna państwa w formie ofensywnej ma tę wielość delegalizować i uniformizować. Stworzenie jednolitej, wspólnej „całemu narodowi” pamięci historycznej jest obiektywnie niemożliwe, gdyż różne są losy i doświadczenia historyczne Polaków, zróżnicowana jest wiedza na temat historii i podzielone są narracje historyczne.
Gdyby zastosować modną obecnie w socjologii analizę dyskursów, to okaże się, że w Polsce mamy do czynienia z kilkoma rodzajami pamięci historycznej w odniesieniu do stosunków polsko-rosyjskich, a to na poziomie programów i decyzji politycznych partii i organów władzy państwowej, na poziomie medialnym, na poziomie akademickim i edukacyjnym oraz na poziomie wspólnot religijnych. Jest wreszcie pamięć potoczna.
Zwłaszcza na poziomie politycznym i medialnym, ale chyba i edukacyjnym dokonuje się w polskiej przestrzeni publicznej stygmatyzacja pamięci historycznej wobec Rosjan. Proces ten oznacza naznaczanie, piętnowanie, przypisywanie negatywnych etykiet, odrzucanie czy niszczenie wizerunku.
Działania te mają charakter intencjonalny i metodyczny, zorganizowany
i celowy, oparty na pewnej polityce, dlatego można orzec, że są prowadzone z namysłem i premedytacją. Nie można jednak wskazać jednej instytucji, która koordynowałaby tę politykę. Wiele działań ma charakter reaktywny stereotypów Sowietów na współczesną Rosję.
Strach przed Rosją
Stygmatyzacja Rosji jako wroga jest pochodną przeczulenia na tle rosyjskiej potęgi, jej zaborczych intencji i ekspansji imperialnej. Strach przed Rosją stanowi obecnie ważne narzędzie podsycania napięcia, ale i deprecjonowania jej roli mocarstwowej.
Stygmatyzowanie oznacza utrwalanie w zbiorowej świadomości i pamięci
tego, co najgorsze w odniesieniu do Rosjan. Nie ma w tym procesie miejsca na wybaczenie, zapomnienie, czy świadomą amnezję.
W stosunku do Rosjan – państwa i jego polityków – trwa ciągłe przypominanie niechlubnych wydarzeń ze stosunków wzajemnych z jednoczesnym przemilczaniem epizodów niewygodnych, demonizowanie roli sprawczej w historii i współcześnie, kreowanie klimatu „odwiecznej” wrogości. Szczególną rolę odgrywa w tym względzie propaganda nastawiona na wskazywanie historycznego wroga, który nie przestaje grozić i szkodzić Polsce.
Negatywne spojrzenie na dzisiejszą Rosję jest obciążone antyrosyjskim dyskursem ukształtowanym jeszcze w dobie romantyzmu, pod zaborami, w czasie zrywów powstańczych. Ta insurekcyjna skaza na polskiej pamięci historycznej determinuje „kultywowanie megalomańskiej heroicznej wizji dziejów” z Rosją jako „spadkobiercą wszelkiego zła” i sprawczynią wszelkich krzywd, jakich Polacy doznawali od czasów carskich.
Lekceważenie i ośmieszanie to typowe elementy retoryki stosowanej przeciw Rosji. Wiąże się z tym poczucie wyższości wobec kultury i cywilizacji rosyjskiej. Warto zauważyć, że często osoby deprecjonujące dorobek cywilizacyjny Rosji mają nikłe pojęcie o bogactwie dziedzictwa historycznego wielkiego narodu rosyjskiego, ale także narodów tworzących olbrzymi konglomerat postimperialny.
Antyrosyjskość zlewa się z antysowietyzmem, co z kolei ma związek
z delegalizacją PRL, jako państwa satelickiego, „będącego sowieckim zaborem”. Związek Radziecki, a raczej Związek Sowiecki (mimo, że w dokumentach prawnomiędzynarodowych takiej nazwy nie używano) w tym
ujęciu był tak samo zbrodniczy (o ile nie bardziej), jak hitlerowskie Niemcy.
Stawianie znaku równości między komunizmem a nazizmem jest z jednej strony wynikiem ślepoty poznawczej i lenistwa intelektualnego, a z drugiej – świadomej ideologizacji. Nie ulega wątpliwości, że oba totalitaryzmy miały zbrodniczy charakter, ale jak zauważył Władysław Markiewicz, kierowały się całkowicie rozbieżnymi racjami etyczno-intelektualnymi i motywami praktyczno - politycznymi – do tego stopnia, że powszechnie uznawano je za skrajnie przeciwstawne. „To przekonanie o nieprzezwyciężalnej wrogości żywili przede wszystkim przywódcy i zwolennicy każdego z tych ruchów”(Dwa okresy PRL. Rozmowa z prof. Władysławem Markiewiczem, „Przegląd”, 14.03.10).
II wojna światowa w powszechnie obowiązującej narracji była starciem
dwóch totalitaryzmów, z których oba były antypolskie. Tak jak symbolem
zbrodni hitlerowskich stał się Auschwitz, tak symbolem zbrodni sowieckich
jest Katyń. O ile jednak dla hitlerowskiego nazizmu celem było fizyczne
unicestwienie wrogich ras, ludobójstwo zapoczątkowane i w zasadzie zrealizowane w stosunku do europejskich Żydów i Romów, a planowane także wobec Słowian, przede wszystkim Polaków i Rosjan, o tyle stalinowski reżim był nastawiony na likwidację wrogów wewnętrznych; dlatego najliczniejszymi jego ofiarami byli obywatele ZSRR, w pierwszej kolejności kamraci Stalina ze wspólnej ekipy bolszewickiej.
Zideologizowane ujęcia historii pomijają fakt, że gdyby III Rzesza nie została pokonana, zapewne Niemcy zrealizowaliby plan wyniszczenia polskiego społeczeństwa. Skoncentrowanie uwagi historyków i polityków w latach dziewięćdziesiątych ub. wieku na represjach sowieckich spowodowało odsunięcie w cień zbrodni niemieckich, jakby mniej zasługujących na pamięć, a w każdym razie nieporuszających już
w tym samym stopniu sumień i wyobraźni jak zbrodnie Sowietów. Jak pisał Paweł Machcewicz, w takim ujęciu nie liczą się fakty, ale idee i interpretacje. Pod ich wpływem znikła różnica między eksterminacyjną polityką III Rzeszy, zagrażającą biologicznemu istnieniu narodu a terrorem sowieckim i komunistycznym, dotykającym setek tysięcy ludzi, ale po zakończeniu wojny niegrożącym już wyniszczeniem polskiego społeczeństwa, a nawet jego elit.
Stanisław Bieleń
Jest to pierwsza część eseju Autora nt. stosunków polsko-rosyjskich, jaki ukazał się w książce „Pamięć i polityka historyczna w stosunkach polsko-rosyjskich” pod redakcją naukową prof. prof. Stanisława Bielenia i Andrzeja Skrzypka.
Drugą część eseju zamieścimy w numerze następnym SN.
Wszystkie wyróżnienia pochodzą od Redakcji.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2313
Żyjemy w czasach anemokracji. Greckie słowo anemos (wiatr) przydaje się dla wyjaśnienia istoty dzisiejszych zachowań politycznych. Rzucanie słów na wiatr, pustosłowie, czcza gadanina i fałszywe obietnice wyborcze – wszystko to pokazuje, na jakim poziomie toczy się debata, spór czy dyskurs polityczny.
Slogany i frazesy zastępują realne programy polityczne. Nikt nie przywiązuje wagi do spierania się o pryncypia i wartości, nie liczy się logika wywodów i autentyczne znaczenie terminów, do lamusa odeszło myślenie przyczynowo-skutkowe. Wiedzę fachową i ekspercką zastąpiły „prawdy objawione” i wymyślone na potrzeby chwili.
Żenujący poziom intelektualny, a nawet językowy wielu kandydatów prawie nikogo nie zaskakuje i nie dziwi. Autorytety naukowe, niezależnie od dyscypliny, ulegają na naszych oczach erozji i świadomej deprecjacji.
Zanik dziennikarskiej rzetelności kompensuje zwykła demagogia, manipulacja oraz brak profesjonalizmu i bezwstyd, wyrażające się w chwytliwych i bzdurnych nagłówkach, pomówieniach, insynuacjach, kłamstwach i zniesławieniach.
Najgorsze jednak jest to, że partie pretendujące do rządzenia wielomilionowym społeczeństwem licytują się nawzajem, wpadając w pułapki demagogicznych argumentów, aby w imię zanegowania programów politycznych konkurentów, dezawuować przy okazji zdobycze współczesnej wiedzy naukowej.
Nastąpiło pomieszanie celów i środków, nie wiadomo co jest strategią, a co taktyką postępowania politycznego. Liczą się osobiste, egoistyczne kaprysy i zachcianki, emocje dominują nad rozumem, a polityczni bossowie w praktyce nie wiedzą, dokąd prowadzą swoje społeczeństwa i państwa w dłuższej perspektywie.
Nikt nie pyta o kwalifikacje do rządzenia i kompetencje, które powinny być podstawą legitymizacji współczesnych elit politycznych. Usłużni eksperci i serwilistyczni doradcy potrafią uzasadnić i usprawiedliwić każdy absurd i każde fałszerstwo.
Kampanie wyborcze przybierają charakter karnawałowych festynów, a ich mottem jest hasło przypominające antyczne panem et circenses, schlebiające tanim gustom i tandetnym publicznym rozrywkom, a także hojnemu rozdawnictwu. Pobudza to do udziału w wyborach tę część społeczeństwa, która nie jest ani dobrze wyedukowana, ani wyrobiona politycznie. Gdyby przeprowadzić wśród tych obywateli egzamin z zasad demokracji, czy choćby podstaw konstytucji, to okazałoby się, że jedynie znikomy ułamek procenta poradziłby sobie z prawidłowymi odpowiedziami. Wszak tu nie o wiedzę chodzi.
Anemokracja wyraża się w zniszczeniu standardów przyzwoitości w polityce. Każdy obecnie może pretendować do roli reprezentanta suwerena, nie mając ku temu ani kwalifikacji merytorycznych, ani moralnych. Wybory mają zresztą charakter fasadowy i rytualny. O wyborze decyduje bowiem wola prezesów i miejsce na liście komitetu wyborczego, a nie oferta kandydata.
Trwa prosta reprodukcja elit, oparta na powiązaniach koteryjnych, partyjno-oligarchicznych i lobbingowych. Skutkuje ona niską jakością kadr zarządzających i administrujących państwem. W konsekwencji postępuje biurokratyzacja aparatu państwowego, który staje się wyobcowanym instrumentem dominacji państwa nad obywatelami.
Kampanie wyborcze mają charakter widowiskowy, często kiczowaty, pretensjonalny, acz merytorycznie powierzchowny. Nie wywołują żadnej dyskusji, która w żywotnych sprawach dla społeczeństwa i państwa prowadziłaby do jakiegokolwiek konsensusu. Domniemany konsensus, czyli brak sprzeciwu dotyczy natomiast takich spraw, wokół których praktycznie się nie dyskutuje, na przykład bezapelacyjnego zagrożenia ze strony Rosji (wszystko jedno czy realnego, czy wyimaginowanego), albo kosztownego sojuszu militarnego z Ameryką (który nie wiadomo, jakie przyniesie konsekwencje).
Cynicy i ludzie wyrachowani skrywają się za słusznymi postulatami zagwarantowania bezpieczeństwa, nie zważając ani na koszty materialne, ani na konsekwencje jednostronnych uzależnień od amerykańskiego hegemona.
Manipulacje służą cynicznemu odwracaniu uwagi społeczeństwa od spraw naprawdę ważnych. Sprzyjają rozbudzeniu plemiennych instynktów solidarnej wspólnoty, której zagrażają wyimaginowane niebezpieczeństwa. Prawdziwymi (np. rzeczywistym stanem finansów publicznych, zanieczyszczeniem środowiska, negatywnymi skutkami monokultury węglowej i ocieplenia klimatycznego, deficytem wody, pustynnieniem gleb, załamaniem opieki zdrowotnej, itd.) nikt nie zawraca sobie głowy. Padają natomiast obietnice, nawet konkretne daty rozwiązania tych problemów, ale z rzeczywistością nie ma to nic wspólnego.
Państwo to wspólna sprawa
W Polsce brakuje przede wszystkim mechanizmów państwowych oddzielonych od bieżącej walki politycznej. Polska kultura polityczna nie przyjęła wzorów zachodnich, związanych zwłaszcza z apolitycznością biurokracji państwowej (służby cywilnej) i jej służebnością wobec interesów państwa, a nie koterii politycznych. Nasze wzory przypominają rozwiązania wschodnich reżimów, od których werbalnie chcielibyśmy być jak najdalej. W praktyce jednak występuje silna „azjatyzacja” kultury politycznej. Brakuje polityk instytucjonalnych, które byłyby przekazywane kolejnym ekipom rządzącym, niezależnie od ich ideowej proweniencji. Byłyby również w stanie mobilizować energię społeczną dla realizacji celów korzystnych dla całego państwa.
Rząd finansuje z pieniędzy publicznych kampanię wyborczą. Funduje dodatkowe obciążenia dla przedsiębiorców, obiecując podwyżki najniższego wynagrodzenia. Jak za czasów „realnego socjalizmu” rządzący próbują dekretować podział bogactwa społecznego, zmierzając do obiecywanego dobrobytu na skróty.
Nie od dzisiaj wiadomo, że wpuszczanie pieniądza na rynek generuje inflację. Wystarczy przyjrzeć się wpływowi 500+ na koszt zakupu koszyka podstawowych produktów. Wielu ekonomistów nazywa to niefrasobliwym majstrowaniem przy gospodarce. Uderza przy tym niesymetryczne i nierówne traktowanie przedsiębiorców rodzimych w stosunku do zagranicznych gigantów i korporacji międzynarodowych.
Zwolnienia z podatku, dotacje i subwencje są na porządku dziennym, ale nie dotyczą one narodowej sfery gospodarki. Podobne zjawisko preferowania i inwestowania w obce gałęzie przemysłu odnosi się do zamówień dotyczących uzbrojenia armii. Państwo jest bezwzględne i opresyjne wobec słabych politycznie i ekonomicznie, ale miękkie i wyrozumiałe wobec potentatów – krajowej oligarchii i zagranicznych ośrodków władzy i kapitału.
Populizm i ciągoty autorytarne idą ze sobą w parze. Rządzący traktują państwo jak prywatną korporację. Czują się jej właścicielami i nie ukrywają, że należy im się odpowiedni zysk. Koncentracja władzy w ręku najwyższych funkcjonariuszy państwowych i brak kontroli prowadzą do rozkwitu rozmaitych patologii. Następuje przesuwanie ośrodków decyzyjnych do ciał nieformalnych i pozakonstytucyjnych. Podporządkowanie władzy wymiaru sprawiedliwości i kontroli, służb specjalnych i policji wzmaga bezkarność i arogancję, które to zjawiska są typowe dla reżimów dyktatorskich i nepotycznych.
Z wnikliwej obserwacji wynika, że kandydaci wygłaszający płomienne zapewnienia, tak naprawdę gardzą elektoratem, uznając – jak mawiano już w XVIII wieku – że „lud jest naiwny i głupi”. Źródła pogardy dla zwykłych ludzi sięgają postszlacheckiego dziedzictwa, ale także nomenklatury komunistycznej.
Elity współczesne nie dokonały takich przewartościowań w swoich wzorach zachowań, aby naprawdę szanować ludzką godność, upowszechniać kulturę dialogu i porozumienia opartego na kompromisie (wystarczy przywołać żenujące potraktowanie strajkujących nauczycieli czy osób niepełnosprawnych). Z wyborczych obietnic nikt przecież naprawdę nikogo nie rozlicza, a po zwycięskich wyborach można znowu zapomnieć o jakichkolwiek ograniczeniach, wynikających z prawa, a tym bardziej z moralności.
Historia – broń obosieczna
Historia stała się polem bitwy, a osławiona „polityka historyczna” rządzących nie tylko pochłania olbrzymie środki publiczne, ale także poprzez manipulowanie narracją historyczną buduje kolejne źródła polaryzacji politycznej społeczeństwa.
Na temat mitologizacji i zakłamywania historii pod kątem bieżących celów politycznych napisano wiele tomów, ale na nieczytającej i leniwej myślowo części elektoratu nie robi to żadnego wrażenia. Kogo obchodzi weryfikacja fałszerstw historycznych, jeśli dla wielu ludzi ważniejsze są populistyczne i schlebiające gustom prostego ludu obietnice wyborcze? Brak refleksji krytycznej wobec własnej historii powoduje przywiązanie Polaków do czarno-białych schematów, irracjonalnego heroizmu i bezsensownych ofiar. Duża w tym wina wadliwej edukacji historycznej. Wygląda na to, że rządzącym zależy na wyborcach bezmyślnych i posłusznych, zewnątrzsterownych i przekonanych – jak w dawnych wiekach – o jakiejś nadzwyczajnej misji i preponderancji kulturowej w skali Europy i świata.
Mimo że od 1989 roku mijają trzy dekady, to punktem odniesienia w debacie politycznej jest ciągle okres Polski Ludowej. Wypowiedzi polityków na ten temat rażą jednak swoją ahistorycznością, prowincjonalnym zacietrzewieniem i chęcią wymazania części historii. Zapomina się świadomie o uwarunkowaniach geopolitycznych tamtego czasu. Polska stanowiła państwo satelickie Moskwy, ale dla wszystkich na Wschodzie i Zachodzie było rzeczą oczywistą, że jej powojenna zachodnia granica, wytyczona z woli i przy determinacji Stalina, została uznana dzięki ZSRR.
Po upadku komunistycznego imperium polskie rządy zapomniały o tych gwarancjach, ciesząc się zarówno z historycznej klęski Niemiec, jak i rozpadu państwa radzieckiego.
Drażnienie obu sąsiadujących z Polską mocarstw pretensjami historycznymi nie sprzyja jednak dzisiejszej stabilności geopolitycznej. Unia Europejska nie przyjęła na siebie żadnych zobowiązań dotyczących geopolityki, a ta, jak wiadomo, jest funkcją zmiennych układów sił. Jeśli Rosja stanie się kiedyś rzeczywistym partnerem zachodnich potęg, interesy Polski zostaną kolejny raz złożone na ołtarzu wielkomocarstwowych stosunków. Kto wątpi, że historia lubi się powtarzać, ten jest naiwnym idealistą.
Rządzący i kandydaci do rządzenia przypisują sobie monopol na patriotyzm i wyjątkowe dziejowe posłannictwo. Wszystkim, którzy mają odmienne zdanie na temat pojmowania rzeczywistości politycznej, bądź interpretacji wydarzeń historycznych, odmawiają racji. Ba, wprost przypisują działanie na szkodę, zdradę ideałów i zaprzaństwo. Temu służy obwinianie poprzednich ekip rządowych, włącznie z groźbą postawienia ich liderów przed najwyższymi trybunałami. Posługują się przy tym magicznym zaklęciem „racji stanu”, która jest osobliwie pojmowana wyłącznie jako synonim dobra, gdy tymczasem racja stanu, zawiera w sobie wszystkie dobre i złe strony władzy.
Jeśli racja stanu utożsamiana jest z racją rządzących, a ci postępują niekoniecznie mądrze i etycznie, to okazuje się, że w imię tej mglistej kategorii popełniano nieraz w historii okrutne zbrodnie.
Nowoczesne państwa nie sięgają już do tej anachronicznej legitymacji, usprawiedliwiającej wszelkie, także błędne i niesprawiedliwe decyzje. Demokratyczna legitymizacja władzy publicznej nakazuje posługiwać się kategorią interesu społecznego w jego różnych wymiarach – podmiotowych i przedmiotowych. Narodowy wymiar interesu jest powszechnie rozumiany jako wartość odpowiadająca ogółowi społeczeństwa, narodowi obywatelskiemu, a nie jakiejś uprzywilejowanej grupie ludzi sprawujących władzę. Dzisiejsze rządy są legitymizowane w wyborach powszechnych i dzięki poparciu obywateli mają mandat do sprawowania władzy wyłącznie w ich imieniu i interesie, a nie interesie własnym!
W polskiej anemokracji występuje rażąca selektywność i rozdwojenie jaźni w pojmowaniu tożsamości. Owszem, Polska ma być europejska w dostępie do wszelkich apanaży, ale daleka od „eksperymentów kulturowych czy obyczajowych”. Unika się dyskusji na temat potencjału innowacyjnego Europy, ile i jak moglibyśmy się nauczyć od narodów mających cywilizacyjne przewagi nad nami. Nikt nie podnosi problemu edukacji społeczeństwa, jak osiągnąć nie tylko poziom materialny istniejący w Niemczech, czy szerzej w Unii Europejskiej, ale także jak zbudować wysoką kulturę polityczną i obywatelską, stworzyć podobne gusta i aspiracje.
Państwo dobrobytu to nie tylko pełna kiesa i rozpasana konsumpcja, to przede wszystkim zmiany mentalne w kierunku demokracji uczestniczącej i sprawiedliwej redystrybucji bogactwa społecznego, a także odpowiedzialności za wspólnotę, od lokalnej począwszy, na globalnej kończąc.
Nikt z rządzących nie zastanawia się nad tym, jak nowoczesną polskość wpisać w szerszy kontekst europejski. Przeciwnie, rządzących Polską interesuje to, jakie trwałe bariery zbudować, by polskość zakonserwować w prowincjonalnym zaścianku, w narodowym egoizmie i uprzedzeniach do innych. Sięganie do haseł nacjonalistycznych i ksenofobicznych to typowe metody budowania syndromu oblężonej twierdzy. Sprzyja temu instrumentalizacja Kościoła i upolitycznienie religii katolickiej.
W sprawach polityki zagranicznej elity polityczne nie potrafiły wykreować oryginalnej myśli politycznej, sięgając do mitomanii własnej wielkości, albo do koncepcji historycznie przebrzmiałych (od idei Międzymorza, poprzez pomysły Jerzego Giedroycia, po ideę jagiellońską). Elity polityczne są wyobcowane i coraz bardziej izolowane, a przez to narażone na rozmaite upokorzenia. Te upokorzenia mogą być udziałem nie tylko konkretnych osób, ale także państwa i jego autorytetu. Nie stworzono profesjonalnego aparatu służby zagranicznej, ani niezależnych ośrodków analitycznych i eksperckich, które byłyby w stanie pokazać prawdziwy obraz sytuacji. Z tych wszystkich powodów występuje dezorientacja w rozpoznawaniu trendów w polityce międzynarodowej i przemian zachodzących w poszczególnych państwach.
Geopolityka kompleksów
Z obserwacji procesów ekonomicznych wynika, że system międzynarodowy znalazł się w trudnym momencie, kiedy załamuje się przewaga cywilizacyjna Zachodu, podważa się przywództwo Stanów Zjednoczonych, a wyłania się globalny kapitalizm wielobiegunowy, póki co bez naczelnego hegemona. Słabnąca pozycja USA skłania je do podejmowania chaotycznych, awanturniczych działań i do militarnego angażowania się w różnych rejonach świata.
Rywalizacja o utrzymanie dotychczasowych i walka o nowe strefy wpływów prowadzi do ożywienia wyścigu zbrojeń, który może doprowadzić do nieobliczalnego starcia.
USA poniosły porażki w Afganistanie, Iraku, Libii i w Syrii, doprowadzając te państwa do ruiny. Celem odwrócenia uwagi od tych porażek kreują nowe źródła zagrożeń (np. Iran), a wielu polityków na świecie daje się omamić tej propagandzie. Tworzy się klimat nowej „zimnej wojny”, aby uzasadniać dążenia militarystów amerykańskich do wypróbowania kolejnych generacji broni, na której produkcję nakłady są większe niż za czasów istnienia radzieckiego „imperium zła”.
Na takim tle Polsce wmawia się, że jest ciągle ofiarą rosyjskiego imperializmu, zatem powinna wchodzić w takie powiązania z Zachodem, zwłaszcza ze Stanami Zjednoczonymi, aby odsuwać od siebie jak najdalej rosyjskie zagrożenie.
Tymczasem nic nie wskazuje na to, aby Rosja miała napadać na Polskę. Dzisiejsza Rosja nie jest dawnym Związkiem Radzieckim. Postawy polskich polityków wobec Rosji są oparte na histerycznym strachu, frustracjach, kompleksach i jakiejś niezrozumiałej desperacji, pchającej Polskę w ramiona Ameryki, stawiającej ją w pozycji największego wroga Rosji, a być może także „zapalnika” konfliktu globalnego.
Militarystyczna i agresywna geostrategia amerykańska czyni z Polski państwo frontowe w konfrontacji z Rosją. Mało kto dostrzega paradoks, że im więcej amerykańskiej obecności wojskowej na obszarze Polski, tym będzie ona bardziej zagrożona, a mniej bezpieczna.
Paradoks baz amerykańskich (wszystko jedno pod jaką nazwą) polega właśnie na tym, że zamiast ochrony przed atakiem z zewnątrz, będą one taki atak prowokować. Jest przecież dość oczywiste, że system zbrojeń amerykańskich w Polsce staje się elementem strategii ofensywnej i uderzeniowej na Rosję. Gdy ta zareaguje swoim zdecydowanym sprzeciwem, możemy mieć do czynienia z „polskim kryzysem rakietowym”, przypominającym odległe czasy kryzysu karaibskiego 1962 roku.
Pośród polskich elit politycznych istnieje przekonanie, że im większe będzie zaangażowanie Waszyngtonu w sprawy regionu, tym silniejsze będą motywacje kolejnych administracji amerykańskich do poświęceń w obronie tej części świata. Pomija się w tym kontekście wielostronną strategię Stanów Zjednoczonych, które prowadzą grę na wielu globalnych azymutach i w imię swoich egoistycznych interesów uprawiają politykę dynamiczną, pełną przewartościowań i zwrotów w duchu Realpolitik. Wbrew temu, co się sądzi w Warszawie, w odniesieniu do Rosji dzisiejsze sprzeczności interesów państw Zachodu, w tym USA, nie mają charakteru antagonistycznego. Mimo doraźnie zarządzanych wobec Rosji sankcji, jej stosunki dyplomatyczne z Zachodem mają charakter otwarty i nie pozbawiony elementów współpracy. Tymczasem Polska przyjmując pryncypialne antyrosyjskie stanowisko wyklucza siebie z wszystkich możliwych „formatów” dialogu.
Przyjęcie tezy o śmiertelnym zagrożeniu dla interesów egzystencjalnych Polski ze strony Rosji służy kręgom politycznym – tak obozu rządzącego, jak i szerokiej opozycji – do podejmowania bądź promowania inwestycji kosztownych, a nawet szkodliwych (np. w zakresie uzbrojenia czy zakupu drogiego gazu amerykańskiego). Stanowi kamuflaż dla rosnących uzależnień od decydentów zewnętrznych i rozmaitych grup interesu, a także pretekst do zamykania ust krytykom obranego kursu w polityce.
Mamy do czynienia ze zjawiskiem nachalnej sekurytyzacji, czyli budowania wiedzy o pewnych podmiotach czy zdarzeniach jako wyjątkowo groźnych zagrożeniach. Ich urzędowe i medialne definicje nie podlegają dyskusji. Są wyłączone z debaty publicznej, mimo że dotyczą spraw o strategicznym znaczeniu dla państwa i kolejnych pokoleń obywateli.
Co jakiś czas wybuchają spory o podział środków publicznych, zwłaszcza na tle kolizji między potrzebami pogodzenia bezpieczeństwa socjalnego (safety) z bezpieczeństwem rozumianym jako obrona przed zagrożeniami (security). Można obawiać się, że ze względu na konfliktową alokację publicznych środków dojdzie w przewidywalnej przyszłości do poważnego kryzysu społecznego. Brakuje na ten temat jawnych i rzetelnych ekspertyz, opartych na bezstronności i fachowości.
Doświadczenia ostatnich lat dobitnie pokazują, że dotychczasowa manifestacyjnie proamerykańska polityka Polski nie przynosi pożądanych efektów. Jest wyrazem słabości i politycznej dezorientacji, wynikającej z braku zręczności i niezrozumienia mechanizmów gry rozmaitych sił za oceanem.
Wycofanie się ze zmian w ustawie o IPN pod presją środowisk żydowskich z Ameryki i Izraela, a także w wyniku nacisków samego Waszyngtonu dowodzi, że w godzinie jakiejkolwiek, nawet dość banalnej próby, związek Polski z USA przybiera skrajnie trudny charakter, a „parasol ochronny” staje się wątpliwy. Widać przy tym wyraźnie, że bezpieczeństwa nie można kupić raz na zawsze i że ma ono swoją cenę wcale niepolegającą na kosztach kupowanych w USA samolotów i rakiet, czy gotowości bojowej amerykańskich żołnierzy, stacjonujących na polskiej ziemi. Istota gwarancji sprowadza się do woli respektowania statusu państwa polskiego, poważania jego autorytetu. Jeśli brakuje tych wartości, stajemy się państwem niepoważnym i marginalizowanym, wobec którego wszelkie, nawet najmniej eleganckie wolty są dopuszczalne i możliwe.
Przypadek Polski pokazuje, że słabszym państwom o wiele trudniej przychodzi realizacja rozmaitych zamierzeń wbrew interesom silniejszych graczy. Dlatego tak ważne jest mądre skorelowanie własnych wizji ładu międzynarodowego z pomysłami i wyobrażeniami państw o uznanym statusie, które mają szansę realizacji. W tym kontekście potrzebne jest uczestnictwo w rozmaitych grupach kontaktowych, inicjujących, konsultacyjnych, sterujących, zarządzających i decyzyjnych, przede wszystkim w ramach największego ugrupowania integracyjnego, jakim jest Unia Europejska.
Dzięki dobremu przygotowaniu i wyspecjalizowaniu się w określonych obszarach czy zagadnieniach, Polska ma szansę na wypracowanie interesującej oferty międzynarodowej. Warunkiem podstawowym jest jednak wyzbycie się etnocentryzmu i egocentryzmu rządzących.
Politycy w państwie demokratycznym zmieniają się u władzy dzięki alternacji sił politycznych, a państwo, które stawia na trwałe zaangażowanie i demonstruje wolę uczestnictwa w rozwiązywaniu trudnych problemów zdobywa nie tylko coraz większy szacunek, ale wpływa także na kształtowanie wzorów zachowań i reguł gry w środowisku międzynarodowym.
Stanisław Bieleń
Wyróżnienia oraz śródtytuły pochodzą od Redakcji.

