Naukowa agora (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2505
Po długotrwałych konsultacjach między władzami resortu nauki a środowiskiem naukowym, projektach trzech niezależnych zespołów odnośnie nowego ustroju nauki w Polsce, reforma nauki 2.0 - nazwana szumnie konstytucją - przedstawia się mgliście. Optymizm kierownictwa resortu nie jest gremialnie podzielany przez naukowców – wystarczy przejrzeć opinie na temat tej reformy zamieszczone na stronie Biura Analiz Sejmowych - http://www.sejm.gov.pl/Sejm8.nsf/opinieBAS.xsp?nr=2446
Przytaczamy prawie w całości fragmenty jednej z nich, autorstwa dr. Jarosława Szymanka, dotyczącą skutków realizacji ustawy 2.0 (projektu ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce) dla województw wschodnich Polski. Pokazuje ona, iż reformatorzy sporo spraw nie przemyśleli… (red.)
Tezy
- Projektowana ustawa 2.0 (Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce) dokonuje zasadniczej reorganizacji mechanizmu kategoryzacji szkół wyższych, wprowadzając podział na uczelnie akademickie (a w ich ramach na uniwersytety i akademie) oraz uczelnie zawodowe, z czym wiążą się inne konsekwencje (np.: w zakresie prowadzenia kierunków studiów czy możliwości nadawania stopni naukowych).
- Województwa wschodniej Polski jednoznacznie tracą na proponowanej reformie. Symulacja wyników obecnej (przeprowadzonej w roku 2017) parametryzacji ze skutkami ewentualnego wejścia ustawy w życie pokazuje, że żaden z dzisiejszych uniwersytetów we wschodniej Polsce nie utrzyma statusu uniwersytetu (co dotyczy takich uniwersytetów jak np. Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej w Lublinie czy Uniwersytet w Białymstoku).
- Należy jednak mieć na uwadze, że takie symulowanie jest dzisiaj mało uprawnione, ponieważ projekt ustawy wprowadza zupełnie nowe rozwiązania (dodatkowa kategoria B+, ocena w obrębie dyscypliny, a nie kierunku), których nie sposób przyłożyć do wyników ostatniej parametryzacji.
- Społeczne i gospodarcze skutki wejścia proponowanej ustawy w życie dla województw wschodniej Polski będą jednoznacznie negatywne, co wiąże się m.in. z migracją wielu osób do aglomeracji akademickich, odpływem kapitału, a w dalszej perspektywie pogorszeniem stanu cywilizacyjnego i kulturowego tych regionów.
Uzasadnienie opinii
Projekt nowej ustawy Prawo o szkolnictwie wyższym i nauce w istotny sposób będzie wpływał na województwa wschodniej Polski. Wpływ ten, jak każdy zresztą, będzie miał dwukierunkowy przebieg, tzn. będzie wpływem jaki projektowana ustawa wywoła w stosunku do tych województw, jak również będzie wpływem zwrotnym, jaki ewentualne wejście ustawy w życie wywoła w stosunku do jego projektodawców. Należy oczywiście mówić o skutkach wielorakich, w tym zwłaszcza o skutkach społecznych, ekonomicznych i politycznych.
Konsekwencją wejścia ustawy w życie w jej obecnym kształcie będzie sytuacja, w której uczelnie wyższe mające status tzw. uniwersytetów pełnych oraz tzw. uniwersytetów przymiotnikowych znikną całkowicie z mapy wschodniej Polski (co dotyczyłoby również Katolickiego Uniwersytetu Lubelskiego Jana Pawła II, który ma jednak status publiczno-prywatny), a to oznacza, że nie mają do niego zastosowania przepisy projektowanej ustawy, w związku z czym zachowa on, mimo wszystko, rangę uniwersytetu pomimo niespełniania kryteriów przewidzianych w projekcie ustawy 2.0), co w każdym aspekcie, tj. społecznym, kulturowym, gospodarczym i politycznym może być niebezpieczne, a przynajmniej dysfunkcjonalne (szczególnie w dłuższej perspektywie czasowej).
Przyjęte w proponowanym projekcie rozwiązania dotyczące tworzenia i funkcjonowania uczelni zasadzają się bowiem na trzech podstawowych założeniach i każde z nich, daje efekt niekorzystny dla szkół wyższych działających we wschodniej Polsce. Założeniami tymi są, po pierwsze, podział uczelni wyższych na uczelnie typu akademickiego oraz uczelnie typu zawodowego. Po drugie, podział uczelni akademickich na uniwersytety oraz akademie. Po trzecie wreszcie, zlikwidowanie tzw. uniwersytetów przymiotnikowych (które staną się albo uczelniami akademickimi, albo uczelniami zawodowymi).
Zaproponowane mechanizmy kwalifikowania uczelni, wespół z całokształtem innych konsekwencji wejścia ustawy w życie, pozwalają sformułować wniosek o wręcz destrukcyjnym wpływie projektowanych rozwiązań na rozwój regionalny Polski, w tym zwłaszcza, choć nie tylko, tzw. ściany wschodniej (co jednak w porównywalnym stopniu dotyczy to także Polski zachodniej - status uniwersytetów stracą m.in. Uniwersytet Szczeciński, Uniwersytet Opolski czy Uniwersytet Zielonogórski. Należy mieć świadomość, że projektowana ustawa generalnie uderza w tzw. Polskę regionalną, premiując duże aglomeracje, będące zarazem ośrodkami akademickimi. Uniwersytety, przekształcone w akademie, stracą bowiem także takie miasta jak Kielce czy Bydgoszcz).
Można nawet powiedzieć, że zaburzenie rozwoju regionalnego Polski stanowi jeden z większych mankamentów proponowanej ustawy, zwłaszcza że rozwiązania zawarte w projekcie mocno kontrastują z dotychczasową koncepcją rozwoju regionalnego w zakresie szkolnictwa wyższego. Do tej pory bowiem logika rozwoju szkolnictwa wyższego była wszak diametralnie odmienna. Akcentowano konieczność wzmacniania tzw. Polski prowincjonalnej czy też regionalnej, a niebagatelnym elementem tego wzmacniania było właśnie tworzenie, tudzież przekształcanie istniejących uczelni albo w tzw. pełne uniwersytety, albo w uniwersytety przymiotnikowe. Decydenci polityczni wychodzili z założenia, że rozwój ośrodków akademickich w mniejszych miastach przynosi efekty nie tylko edukacyjne (wzrost wskaźnika skolaryzacji), ale również społeczne (zmniejszenie migracji z mniejszych ośrodków do dużych aglomeracji) oraz ekonomiczne (rozwój mniejszych ośrodków, do których wraz z uczelniami wyższymi wchodził większy kapitał, co siłą rzeczy generowało rozwój choćby handlu i drobnej przedsiębiorczości).
Powstawanie i działanie szkół wyższych w mniejszych ośrodkach dawało więc, zwłaszcza w dłuższej perspektywie, efekt synergii i oznaczało – mówiąc w największym skrócie – rozwój cywilizacyjny danego regionu (wzrost ekonomiczny, kulturowy, społeczny). Rósł także, co ma również swoje znaczenie, prestiż miasta i regionu, dla którego uczelnia wyższa, zwłaszcza o randze uniwersytetu, była nie tylko swoistą sprężyną rozwoju naukowo-kulturowego oraz społeczno-gospodarczego, ale symbolem ogólnego, cywilizacyjnego awansu.
Ta polityka rozwoju regionalnego, w aspekcie szkolnictwa wyższego była z powodzeniem prowadzona od kilkunastu lat. Jej wynikiem było powstanie kilku regionalnych, ale ważnych na mapie edukacyjnej Polski, ośrodków naukowo-dydaktycznych, mianowicie Uniwersytetu w Białymstoku, Uniwersytetu Warmińsko-Mazurskiego w Olsztynie, Uniwersytetu Rzeszowskiego oraz jednego w tej części Polski tzw. uniwersytetu przymiotnikowego, jakim jest Uniwersytet Humanistyczno-Przyrodniczy w Siedlcach.
Wszystkie te uczelnie, jak się zauważa, stały się bardzo szybko motorem rozwoju nie tylko miasta ale i całego regionu. Należy zaznaczyć, że rozwój ten silnie był skorelowany właśnie z awansem dotychczasowych ośrodków naukowo-dydaktycznych i nadaniem im postaci uniwersytetu. Wcześniej działające tam szkoły wyższe, albo jako filie innych uczelni, albo jako szkoły rolnicze, bądź pedagogiczne, nie dawały tego impulsu rozwojowego, co najlepiej dowodzi tego, że nie sama szkoła wyższa, ale jej uniwersytecki status przyczynia się do awansu cywilizacyjnego danego regionu.
Dopiero bowiem przekształcenie istniejących szkół w uniwersytety stało się katalizatorem przyspieszonego rozwoju, co związane zbyło z przyciąganiem młodzieży z najbliższego otoczenia, która dzięki temu otrzymała alternatywę w postaci „własnego” ośrodka uniwersyteckiego, bez konieczności migracji do dużych miast. W całokształcie swoich zdarzeń i skutków pozwoliło to zbalansować rozwój regionalny i wypełnić „puste miejsca” na mapie uniwersyteckiej Polski.
Wcześniej bowiem, na wschód od Wisły był tylko jeden taki ośrodek, mianowicie Lublin z dwoma uczelniami uniwersyteckimi, tj. KUL i UMCS. Później status takich ośrodków otrzymały Białystok, Olsztyn, Rzeszów i – w nieco mniejszym zakresie – Siedlce, co wyrównało akademicką mapę Polski w jej wschodniej części.
Proponowana ustawa ma trzy zasadnicze elementy dekonstruujące system edukacyjnego wspomagania ośrodków regionalnych.
Po pierwsze, dzieli szkoły wyższe na szkoły o charakterze akademickim oraz na szkoły o charakterze zawodowym. Zgodnie z projektem uczelnia jest wszakże albo uczelnią akademicką, albo zawodową (art. 13 ust. 2). Kryterium podziału są tzw. kategorie naukowe, które przyznaje minister nauki i szkolnictwa wyższego w wyniku periodycznej oceny parametrycznej.
Według art. 14 ust. 1 przedłożonego projektu uczelnia jest uczelnią akademicką, jeżeli prowadzi działalność naukową i posiada kategorię naukową A+, A albo B+ w co najmniej jednej dyscyplinie naukowej lub artystycznej. Wszystkie pozostałe szkoły wyższe, o ile nie spełniają tego kryterium, zgodnie z art. 15 ust. 1 kwalifikują się do miana szkoły zawodowej. Żeby jednak stać się, w sensie statutowym, szkołą zawodową, uczelnia niekwalifikująca się jako uczelnia akademicka musi dodatkowo spełnić jeden warunek, mianowicie musi prowadzić kształcenie uwzględniające potrzeby otoczenia społeczno-gospodarczego.
Uczelnia zawodowa, zgodnie z projektem, prowadzi kształcenie na studiach wyłącznie o profilu praktycznym. Uczelnie tego typu prowadzą studia pierwszego stopnia i mogą ewentualnie prowadzić również studia drugiego stopnia, jak również studia specjalistyczne. Z projektu jednoznacznie wynika, że uczelnie niemające uprawnień uczelni akademickiej nie mają też możliwości nadawania stopnia naukowego doktora (por. art. 185 ust. 1).
Po drugie, projekt ustawy zakłada podział uczelni akademickich na dwojakiego rodzaju podmioty, tzn. uniwersytety oraz akademie. Uniwersytetem jest, na podstawie art. 16 ust. 2 projektu, uczelnia akademicka posiadająca kategorię naukową A+, A albo B+ w co najmniej sześciu dyscyplinach naukowych lub artystycznych, zawierających się w co najmniej trzech dziedzinach nauki lub sztuki. Wszystkie uczelnie akademickie niespełniające tego warunku są – z mocy ustawy – akademiami, która to nazwa jest zastrzeżona wyłącznie dla uczelni akademickiej.
Warto zaznaczyć, że projekt zastrzega, iż w przypadku uzyskania kategorii naukowej skutkującej koniecznością zmiany nazwy uczelni, uczelnia może posługiwać się nazwą dotychczasową. Przepis ten jest pod wieloma względami niebezpieczny.
Raz dlatego, że trudno zakładać, iż akademia, która spełni kryteria uniwersytetu będzie chciała nadal wstępować pod oficjalną nazwą akademii, co przy cyklicznych parametryzacjach i będących ich następstwem kategoryzacjach, może generować permanentną wręcz zmianę nazw szkół akademickich (co w skrajnych sytuacjach może doprowadzić do wręcz kuriozalnej sytuacji, że raz szkoła będzie uniwersytetem, a kiedy indziej akademią, w zależności od wyników cyklicznej parametryzacji).
Dwa dlatego, że może „wprowadzać w błąd” zwłaszcza w tych przypadkach, kiedy uczelnia jest uniwersytetem, ale w następstwie nowej kategoryzacji nie spełnia jego kryteriów, niemniej – na podstawie art. 16 ust 4 projektu – w dalszym ciągu posługuje się nazwą dotychczasową.
Po trzecie, przedstawiony do zaopiniowania projekt całkowicie likwiduje kategorię uniwersytetów przymiotnikowych (niekiedy określanych mianem uniwersytetów „drugiej kategorii”), które – na podstawie ogólnych ocen – będą zaliczane albo do szkół akademickich (a w konsekwencji będą uniwersytetami, bądź akademiami), albo do szkół zawodowych (co w praktyce będzie oznaczało ich drastyczną degradację).
Należy zaznaczyć, że prosta symulacja skutków ewentualnego wejścia ustawy w życie jest mocno utrudniona. Jest tak dlatego, że projekt przewiduje, jako ważne kryterium podziału, kategorię naukową B+, której obecnie (na podstawie parametryzacji przeprowadzonej w roku 2017) w ogóle nie ma. Nie można więc dzisiejszych kategorii naukowych w prosty sposób przykładać do nowej ustawy. Ma to tym większe znaczenie, że kategoria B+ jest relewantna z punktu widzenia kwalifikowania uczelni do grona uczelni akademickich, albo zawodowych, a w ramach uczelni akademickich przyznawania rangi uniwersytetu, bądź akademii.
Obecnie zasadnicza większość jednostek naukowych ma kategorię B i nie wiadomo, które z nich – przy następnej parametryzacji – zmienią się, ewentualnie, w nową kategorię B+. Nomen omen samo wprowadzenie kategorii B+ należy ocenić pozytywnie, gdyż dzisiaj pośród jednostek z kategorią B są jednostki lepsze i gorsze, co nowa kategoria B+ wyraźnie pokaże.
Poza tym należy zaznaczyć, że symulowanie skutków wejścia projektowanej ustawy w życie jest również utrudnione z tego powodu, że projekt zmienia metodologię parametryzacji, odnosząc ją do dyscyplin naukowych, a nie kierunków (jak ma to miejsce obecnie). To ostatnie na uczelnie może działać zarówno in plus, jak i in minus, wobec czego nie da się jednoznacznie przewidzieć, w którym konkretnym przypadku zmiana warunków parametryzacji będzie korzystna dla uczelni, a w którym przyniesie pogorszenie jej sytuacji.
Należy podkreślić, że uwzględniając przedstawione w projekcie założenia odnoszące się do podziału uczelni na uczelnie typu akademickiego i zawodowego oraz kwalifikowania uczelni akademickich jako uniwersytetów (ze wszystkimi tego konsekwencjami), skutki dla wschodniej Polski są jednoznacznie niekorzystne. Nie licząc KUL (mającego jednak status szczególny, bo w gruncie rzeczy publiczno-prywatny, a warto zaznaczyć, że gdyby KUL był liczony wg kryteriów projektu ustawy 2.0 również nie mógłby być uniwersytetem), żadna z istniejących uczelni wyższych nie zachowa statusu uniwersytetu, a niektóre z nich stracą nawet status uczelni akademickich i zostaną zdeklasowane do kategorii uczelni zawodowych.
Wejście w życie projektowanej ustawy dla wschodniej Polski będzie miało negatywne skutki.
Należy zaznaczyć, że bardzo niepewny los czeka największą i najstarszą uczelnię uniwersytecką w tej części kraju, tj. Uniwersytet Marii Curie-Skłodowskiej. Na podstawie obecnych kategorii naukowych, UMCS straci status uniwersytetu (pozostając akademią), mając niejasną sytuację w zakresie utrzymania prawa nadawania stopnia naukowego doktora habilitowanego (jak zaznaczono to wcześniej - niepewność sytuacji jest związana z nieprzystawalnością kryteriów z projektu ustawy do dzisiejszych standardów oceny parametrycznej).
Wypada nadmienić, że negatywne konsekwencje, jakie wiążą się z ewentualnym wejściem w życie projektu ustawy 2.0 dla wschodniej Polski nie dotyczą tylko samego statusu uczelni działających na tym terenie. Chodzi również o negatywne perspektywy dla możliwego rozwoju tych szkół wyższych, co wiąże się z przewidzianym w projekcie mechanizmem ewaluacyjnym.
Zgodnie z projektem, kategorie naukowe nadal będzie przyznawało MNiSW przy „wzięciu pod uwagę” uchwały Komisji Ewaluacji Nauki. Komisję będzie powoływał minister MNiSW, zaś kandydatów na członków komisji będzie mogła wskazać uczelnia, jeżeli co najmniej w jednej dyscyplinie w danej dziedzinie posiada kategorię naukową A+, A albo B+ oraz – co należy podkreślić – nie posiada żadnej kategorii naukowej C (por. art. 272). Projekt ustawy wyłącza więc możliwość, by w procesie powołania komisji uczestniczyła uczelnia, która nie posiada wyższej kategorii naukowej niż B, albo jeżeli zachodzi przypadek, w którym w uczelnia, chociażby w jednej dyscyplinie dysponowała kategorią C, nawet jeśli wszystkie pozostałe ma najwyższe (czyli A+).
Kandydatów do Komisji Ewaluacji Nauki będą mogły więc zgłaszać tylko największe ośrodki akademickie, posiadające – zgodnie z projektem – prawo do nadawania stopni naukowych doktora i doktora habilitowanego i zarazem nieposiadające „słabszej strony” w postaci kategorii naukowej C. Należy przypuszczać, że powyższy tryb zgłaszania kandydatów do KEN grozi wyeliminowaniem słabszych ośrodków akademickich i skupieniem procesu decyzyjnego w rękach największych i najsilniejszych (i najbogatszych) ośrodków naukowo-dydaktycznych (w przypadku wschodniej Polski jedyną uczelnią, która kwalifikuje się do tego, aby miała swoich przedstawicieli w KEN jest – wg obecnej kategoryzacji – Uniwersytet Rzeszowski oraz Uniwersytet Przyrodniczy w Lublinie).
Może to prowadzić do niebezpiecznej petryfikacji stanu osiągniętego za pomocą projektowanej ustawy i – w skrajnych przypadkach – blokować awans ośrodków, które w momencie wejścia w życie ustawy będą miały słabszy status (co dotyczy zwłaszcza uczelni zawodowych).
Z tego punktu widzenia rozwiązanie to należy uznać za szkodliwe i niebezpieczne, gdyż grożące syndromem oligarchizacji nauki. Może tak być, ponieważ decyzja podjęta przez ministra wydana przy „wzięciu pod uwagę” uchwały KEN w sprawie proponowanych kategorii naukowych będzie w swoich skutkach decydowała o losie mniejszych ośrodków akademickich bez formalnej możliwości oddziaływania przedstawicieli tych ośrodków w tym procesie.
Skutki dotyczące klasyfikacji uczelni wyższych nie są jednak jedynymi, jakie należy brać pod uwagę oceniając całokształt konsekwencji ewentualnego wejścia w życie projektowanej regulacji. Ważne znaczenie mają również skutki społeczne, a te mogą być dalekosiężne.
Po pierwsze dlatego, że może się zwiększyć migracja z ośrodków regionalnych do dużych miast, które „zyskają” na reformie szkolnictwa wyższego, co – zwłaszcza w dłuższej perspektywie czasowej – może wygenerować problemy demograficzne (będące konsekwencją tego, że młodzi ludzie, którzy przeniosą się do aglomeracji w celu studiowania w „prawdziwych” uniwersytetach nie będą zainteresowani powrotem do swoich rodzinnych stron cywilizacyjnie zdegradowanych, właśnie za sprawą ustawy 2.0).
Skutkiem społecznym ustawy może być też, jeszcze bardziej widoczny, podział społeczny na obywateli kategorii A i obywateli kategorii B, co samo w sobie może być zjawiskiem niebezpiecznym.
Obywatelami A będą w tym przypadku obywatele z dużych aglomeracji, które dodatkowo mają uczelnie o statusie „pełnych” czy też „prawdziwych” uniwersytetów, wokół których prowadzone będą badania naukowe i rozwijać się będzie dydaktyka akademicka na najwyższym poziomie, a wraz z nią cała infrastruktura cywilizacyjno-kulturalna.
Obywatelami B będą mieszkańcy małych, regionalnych ośrodków de facto skazanych na wegetację, również w wymiarze szkolnictwa wyższego. Skutkami społecznymi może być również utrudniony dostęp do kultury, która mówiąc obrazowo „idzie za uniwersytetem”, co widać było bardzo dobrze w ciągu ostatnich kilkunastu lat, kiedy budowano uniwersytety w takich miastach jak Białystok, Olsztyn czy Rzeszów.
Skutki społeczne, jak można mniemać, szybko pociągną za sobą konsekwencje gospodarcze. Można do nich zaliczyć odpływ kapitału, gdyż wschodnia Polska będzie oceniana jako przysłowiowy region bez perspektyw, zacofany, w którym nie inwestuje się (i nie ma takich rokowań) w naukę i badania, a te dziedziny stanowią – jak wiadomo – przyszłość.
Rozwarstwienie społeczne na obywateli A i B prędzej czy później pogłębi jeszcze bardziej, widoczne już dziś, rozwarstwienie ekonomiczne, co znajdzie wyraz w nieproporcjonalnych różnicach w płacach w regionach akademicko doinwestowanych i niedoinwestowanych.
Spowolniony będzie również rozwój infrastruktury (ciągi komunikacyjne, mieszkania, mała gastronomia), która w momencie odpływu osób i kapitału nie będzie aż tak potrzebna.
Konsekwencją tych wszystkich procesów, zwłaszcza w momencie, kiedy się one nałożą i skumulują, będzie spadek jakości życia mieszkańców województw wschodniej Polski.
Skutki te, co należy mocno podkreślić, są całkowicie odwrotne do przewidzianej Strategii na rzecz odpowiedzialnego rozwoju (przyjętej przez Radę Ministrów 14 lutego 2017 roku), zakładającej horyzont czasowy aż do roku 2030, która akcentuje konieczność inwestowania w regiony, w celu wspomagania ich rozwoju społecznego, gospodarczego, kulturowego, co będzie sposobem równoważenia rozwoju całego kraju, w imię konstytucyjnej zasady dobra wspólnego (por. art. 1 Konstytucji RP).
dr hab. Jarosław Szymanek
główny specjalista
Biuro Analiz Sejmowych
- Autor: lb
- Odsłon: 5555
Przeglądając wyniki kontroli, jakie ministerstwo nauki przeprowadza systematycznie w podległych sobie jednostkach, trafiliśmy na informacje pokazujące sposób działania jednej z dwóch agencji ministerstwa – Narodowego Centrum Badań i Rozwoju. Dane dotyczą okresu 2009 – 2010, kiedy minister nauki – mimo upływu dwóch lat od powołania NCBiR w 2007 roku - nie mianował stabilnego zarządu agencji i między ministerstwem a NCBiR panowały dziwne relacje. Wyniki tej kontroli – bardzo czytelne dla dobrze znającego się środowiska naukowego - pokazują mechanizmy działania w obszarze finansowania nauki, które niczym się nie różnią od innych sfer. Można więc powiedzieć, że pod tym względem polska nauka zintegrowała się z polityką i praktyką gospodarczą w kraju.(red.)
Kontrolujący stwierdzili, m. in., że:
- W latach 2009 - 2010 w NCBiR nie prowadzono prac nad programami mobilności naukowców Horyzonty i komercjalizacji Synergia,
- Podczas realizacji projektów w ramach przedsięwzięcia „IniTech”, członkowie zespołu ekspertów nie mieli wpływu na wybór recenzentów, ponadto w czterech przypadkach oceny wstępnej wniosków dokonali członkowie Zespołu związani z jednostkami, które je złożyły.
- na większości umów zawartych na realizację projektów brakowało pieczęci imiennej osoby, która podpisała je jako przedstawiciel Centrum; - w związku z brakiem odpowiedniej bazy danych koordynator projektu i członkowie Zespołu nie mieli możliwości stwierdzenia, czy zadania przedstawione we wnioskach złożonych na konkurs nie były wcześniej realizowane i finansowane, bądź dofinansowane przez MNiSW lub NCBiR, co mogło spowodować wystąpienie ryzyka finansowania projektów już zrealizowanych w ramach innych konkursów.
Realizacja projektów w ramach programu Lider:
- w związku z brakiem odpowiedniej bazy danych, w konkursach koordynator projektu i członkowie zespołu nie mieli możliwości stwierdzenia, czy zadania
przedstawione we wnioskach złożonych na konkurs nie były wcześniej realizowane i finansowane bądź dofinansowane przez MNiSW lub NCBiR, co mogło spowodować kilkakrotne finansowanie tych samych zadań.
Realizacja międzynarodowych projektów w ramach przedsięwzięcia na rzecz nanoelektroniki JU ENIAC:
- na dokumentach brakowało dekretacji p.o. Dyrektora Centrum i kierownika zespołu, dotyczącej osób/osoby odpowiedzialnej za realizację danej sprawy; - podpisane umowy oraz aneksy do umów nie posiadały pieczątki imiennej osoby, która je podpisała z ramienia NCBiR; - ocena zasadności aneksowania dokonywana była przez pracowników NCBiR, bez oceny ekspertów; - umowy na realizację wszystkich projektów w JU ENIAC zostały podpisane z kilkumiesięcznymi opóźnieniami (umowa powinna zostać podpisana w ciągu 30 dni od zakończenia negocjacji między JU ENIAC a koordynatorem projektu).
Realizacja projektów w ramach strategicznych programów badań naukowych i prac rozwojowych – strategiczny projekt badawczy Technologie wspomagające rozwój bezpiecznej energetyki jądrowej:
- p.o. Dyrektora Centrum 2.07.10. ustanowił Komitet Sterujący strategicznego projektu badawczego w zakresie energetyki jądrowej, który sformułował temat projektu oraz dokonał jego uszczegółowienia, określił 6 zadań badawczych oraz warunki konkursów na wykonanie zadań badawczych w ramach tego projektu; - Przewodniczącym Komitetu Sterującego wybrany został Dyrektor Instytutu Fizyki Jądrowej im. Henryka Niewodniczańskiego PAN, członek Rady Centrum – co jest niezgodne z Regulaminem Rady NCBiR (członkowie Rady nie mogą pełnić funkcji ekspertów oraz zasiadać w zespołach ekspertów). Krakowski IFJ PAN wchodzi w skład zespołów, które złożyły oferty w ramach realizacji przedsięwzięcia (trzy oferty, w jednej ofercie jest liderem konsorcjum).
Realizacja projektów rozwojowych:
W wyniku analizy dokumentacji projektów stwierdzono, że: - długi okres od przejęcia wniosków z MNiSW do podpisania umów na realizację wymuszał aneksowanie umów, gdyż wykonawcy nie mieli możliwości pełnej realizacji zadań zaplanowanych na pierwszy rok realizacji projektu; - na aneksach brak było pieczątek imiennych osób podpisujących aneks ze strony NCBiR; - brakowało paraf na podpisanych aneksach (koordynatora, kierownika projektu); - na dokumentach brakowało dekretacji p.o. Dyrektora Centrum i kierownika zespołu, dotyczącej osób/osoby odpowiedzialnej za realizację danej sprawy; - w VI konkursie w większości projektów podpisane zostały aneksy o zmianę kosztorysu i harmonogramu realizacji projektów w zakresie zasad i terminów przekazywania zaliczek. Zgodę na podpisanie aneksów wydawała główna księgowa NCBiR (brak kontrasygnaty, decyzje podejmowane były na podstawie nieczytelnej dekretacji na piśmie – główna księgowa nie potrafiła rozszyfrować treści dekretacji). Główna księgowa w trakcie trwania czynności kontrolnych odmówiła złożenia pisemnych wyjaśnień dotyczących podejmowania decyzji o aneksowaniu umów, odmówiła również pisemnego potwierdzenia odmowy złożenia ww. wyjaśnień.
Realizacja projektów badawczych zamawianych:
W wyniku analizy dokumentacji losowo wybranych projektów stwierdzono: - na dokumentach brak dekretacji p.o. Dyrektora Centrum i kierownika zespołu, dotyczącej osób/osoby odpowiedzialnej za realizację danej sprawy; - brak dat na wnioskach o przyjęcie wyników projektu; - na podpisanych aneksach do umów zawartych z wykonawcami projektów brak pieczątki imiennej osoby podpisującej aneks ze strony NCBiR oraz brak paraf koordynatora projektu czy kierownika zespołu; - oceny merytoryczne raportów okresowych i wniosków o aneksowanie dokonywane były przez pracowników Centrum oraz, w nielicznych przypadkach, przez ekspertów zewnętrznych;
Procedury wybierania ekspertów, przewodniczących zespołów ekspertów, członków i przewodniczących komitetów sterujących oraz recenzentów:
- w Centrum nie opracowano dokumentu opisującego procedury wybierania członków Zespołów ekspertów, Komitetów Sterujących oraz przewodniczących tych zespołów; - w Centrum obowiązuje procedura wyboru ekspertów (recenzentów zewnętrznych). Zgodnie z jej zapisami, wyboru eksperta/recenzenta dokonuje pracownik Zespołu kontroli i ewaluacji – sekcji bazy ekspertów, po otrzymaniu zlecenia od koordynatora projektu. Koordynatorzy projektów, kierownicy zespołów, w których projekty są realizowane oraz członkowie zespołów ekspertów oceniających wnioski złożone na poszczególne konkursy nie mają wpływu na wybór recenzenta oraz nie znają ich nazwisk; - dostęp do bazy ekspertów NCBiR oprócz pracowników sekcji miały też inne osoby zatrudnione w Centrum, które dokonywały również wyboru ekspertów; - obowiązująca w NCBiR forma doboru ekspertów może nieść za sobą niebezpieczeństwo wyboru niewłaściwego eksperta, a co za tym idzie, wyniki prac wykonanych przez tych ekspertów mogą spowodować dokonanie niewłaściwej oceny dotyczącej zakwalifikowania wniosku do finansowania lub oceny wykonania projektu.
Pozostałe ustalenia kontrolne (m.in.):
- brak procedur windykacyjnych oraz procedury postępowania w przypadku zaistnienia konieczności zwrotu przez wykonawcę projektu środków uznanych za wydatkowane niezgodnie z umową; - brak procedury oceny ryzyka dla programów własnych Centrum
- zawieranie umów z członkami Rady Centrum w trakcie trwania kadencji Rady (co jest niezgodne z regulaminem Rady NCBiR). Jedna z tak zawartych umów była ekspertyzą wykonaną przez członka Rady Centrum a dotyczyła projektu realizowanego w Instytucie Chemii Organicznej PAN, którego dyrektorem był inny członek Rady Centrum; - przekroczenie uprawnień przez koordynatora projektu. Przykładem takiego działania jest umowa (nr UD/E/48/2009 z 1.04.09.) zawarta przez p.o. Dyrektora Centrum, dotycząca wykonania oceny merytorycznej wniosku o dofinansowania udziału w projekcie Eureka, Azotkowe diody laserowe jako element urządzeń do wczesnej diagnostyki raka i innych zastosowań medycznych, akronim E! 4101 Dynamic Blue, Wykonawca -Topian sp. z o. o.
Zespół problemowy do spraw monitorowania projektów i oceny wniosków o dofinansowanie udziału w projektach Eureki nie rekomendował wniosku do dofinansowania, podważył decyzję Zespołu, kompetencje jego członków oraz ocenę jednego eksperta zewnętrznego (ocena negatywna), uzasadniając swoją decyzję niskim poziomem merytorycznym wniosku oraz brakami formalnymi. Koordynator projektu Eureka zaproponował, aby p.o. Dyrektora Centrum uznał rekomendację Zespołu o nie finansowaniu projektu za błędną i rozważył podjęcie postanowienia w oparciu o dwie pozytywne recenzje (z trzech otrzymanych).
P.o. Dyrektora Centrum skierował wniosek do kolejnej oceny (wykonanie ekspertyzy) przez członka Rady Centrum, który rekomendował wniosek do dofinansowania. Decyzją p.o. Dyrektora Centrum wniosek został zakwalifikowany do dofinansowania. Jednak zgodnie z Regulaminem Rady NCBiR, członkowie Rady nie mogą pełnić funkcji ekspertów oraz zasiadać w zespołach ekspertów – postępowanie koordynatora projektu było więc niezgodne z jego zakresem obowiązków, niczym nie uzasadnione i nosi znamiona przekroczenia uprawnień.
Kontrolę przeprowadzano też w zakresie m.in. realizacji planów pracy Centrum i jego struktury organizacyjnej, realizacji programu EUROSTARS i innych, także zarządzania nimi (m.in. refundacji programów przez KE) czy pomocy publicznej.
Okazało się, że w NCBiR brakowało procedur windykacyjnych oraz procedur postępowania w przypadku zaistnienia konieczności zwrotu przez wykonawcę projektu środków uznanych za wydatkowane niezgodnie z umową. Nie określono również procedur oceny ryzyka dla programów własnych NCBR.
W wyniku kontroli programu AAL stwierdzono, że:
- p.o. Dyrektora Centrum podjął decyzję o odmowie dofinansowania projektu GomyLife, co było sprzeczne z procedurami operacyjnymi programu AAL, postanowieniami porozumienia zawartego między Międzynarodowym Stowarzyszeniem AAL a Centrum i faktycznie uniemożliwiło udział polskiego podmiotu w pracach konsorcjum realizującego projekt; - brakowało zasad postępowania z projektami, które na poziomie konsorcjum (międzynarodowy panel ekspertów) otrzymały rekomendację do finansowania; - Centrum nie dofinansowywało projektów w ramach programu, a w szczególności nie dawało wsparcia polskim jednostkom uczestniczącym w konsorcjach, których projekty były rekomendowane do finansowania; - Centrum nie wykorzystywało też dotacji celowej w zakresie wspierania projektów w ramach programu, w którym uczestnictwo zostało uznane za celowe przez organ nadzorujący – ministra właściwego ds. nauki.
Jeśli chodzi o program EUROSTARS, to brakowało refundacji środków przez KE oraz podejmowania przez Centrum działań zmierzających do jej uzyskania, co zdaniem kontrolujących może nosić znamiona naruszenia dyscypliny finansów publicznych. W zarządzaniu programami i projektami strategicznymi, kontrolujący mieli uwagi do sposobu przeprowadzenia konkursu oraz wyboru ofert w ramach strategicznego programu Interdyscyplinarny system interaktywnej informacji naukowej i naukowo-technicznej. Pojawiły się wątpliwości nie tylko co do zgodności z regulaminem konkursu, ale i ustawy o NCBiR.
Wątpliwości budziły również zastosowane przez Centrum procedury unikania konfliktów interesów w związku z tym, że jednostka, która była reprezentowana w zespole uszczegóławiającym zadanie badawcze jednocześnie negocjowała z Centrum ostateczny kształt umowy o dofinansowanie; Zakwestionowano także nie powołanie dyrektorów programów strategicznych.
Z pozostałych ustaleń kontroli warto wspomnieć o nagminnie stosowanych praktykach:
- korzystania przez NCBiR z usług zewnętrznych kancelarii prawnych, mimo zatrudniania przez Centrum radców prawnych oraz funkcjonowania Zespołu Prawnego,
- nie uregulowania zasad zawierania umów cywilno-prawnych z podmiotami zewnętrznymi,
- brak zachowanej dokumentacji dotyczącej procesów rekrutacyjnych wybranych stanowisk pracy.
To tylko wybrane przykłady, z tych, jakie podaje raport kontroli ministerstwa.
Z pełną wersją kontroli oraz zaleceniami inspektorów można zapoznać się na stronie:
http://www.bip.nauka.gov.pl/_gAllery/14/17/14176/20110601_raport_z_kontroli_w_NCBiR_35-10.pdf
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6214
W dniach 16-17.10.10 w Mądralinie odbyła się konferencja Komitetu Prognoz PAN na temat zmian struktury społecznej w procesie globalizacji.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 626
Na temat kryzysu w różnych dziedzinach życia społecznego napisano dotąd całe biblioteki książek i artykułów. Wielu obserwatorów dochodzi obecnie do wniosku, że dotychczasowe reguły gry czy to w gospodarce, czy w polityce przestały mieć znaczenie. Dezorganizacja życia społecznego prowadzi do anomii i atrofii. Zjawisko to odzwierciedla stan umysłów ludzi odpowiedzialnych za organizację ładu społecznego. Panuje zamęt pojęciowy i poznawczy, pogłębia się deprecjacja rozumu i wyobraźni na rzecz mętnych pojęć postprawdy i postpolityki.
Sytuacje kryzysowe są immanentną cechą rozwoju i nie powinno nikogo dziwić, że raz na jakiś czas uświadamiają nam takie nagromadzenie napięć wokół jakichś podmiotów i problemów, iż dochodzi nieuchronnie do gwałtownego załamania dotychczasowych struktur i degradacji wartości. Logiczne prawidła ładu społecznego ulegają deformacji, a z czasem stają się w ogóle nieprzydatne do zrozumienia zachodzących procesów. Tak dzieje się także w odniesieniu do nauki uniwersyteckiej i szkolnictwa wyższego, które w ciągu trzech ostatnich dekad ulegały systematycznemu niszczeniu.
Zredukowanie procesów tworzenia i przekazywania wiedzy do „numerycznych wskaźników” prowadzi nie tylko do tłumienia niezależnej aktywności intelektualnej, ale i moralnego zepsucia ze względu na źle pojętą rywalizację mierzoną nie poprzez realne osiągnięcia, ale punkty, granty, miejsca w rankingach. W efekcie promuje się postawy osób niekoniecznie kreatywnych i odważnych w poszukiwaniach badawczych i dydaktycznych, ale sprytnych i cynicznie zaradnych, agresywnie rozpychających się i toksycznych wobec wszelkiej konkurencji.
Kryzys wymaga skupienia się na jego istocie, a nie na potocznych czy powierzchownych skojarzeniach załamania czy bankructwa dotychczasowych wzorów zachowań. Pojęcie to jest jednak nadużywane czy wręcz trywializowane. W odniesieniu do uniwersytetu inaczej przejawia się w sferze nauk humanistycznych i społecznych, a inaczej w ścisłych. W sferze życia uczelnianego kryzys przejawia się na różnych płaszczyznach, od sposobów zarządzania, poprzez stan badań, na dydaktyce kończąc. Ma też wymiar psychologiczny, dotyczący odporności zespołów studenckich i pracowniczych na różne wyzwania, wymagające asertywności i gotowości do poświęceń, w imię uczciwości i prawdy.
Skutki utowarowienia nauki
Gwałtowny wzrost współczynnika skolaryzacji na poziomie studiów wyższych (pod względem statystycznym, a nie jakościowym) wiązał się ze zmianami ustrojowymi w Polsce po 1989 roku. Żywiołowy rozkwit szkolnictwa niepublicznego, za którym nie nadążał wzrost liczebności kadry nauczającej, musiał wpłynąć negatywnie na jakość dydaktyki i badań. Pogoń pracowników za wyższymi zarobkami przy stałym niedoinwestowaniu i mizernych uposażeniach (tzw. wieloetatowość) pogrzebała szanse na utrzymanie wysokiego poziomu studiów. Nieuchronny stał się upadek autorytetu nauczycieli akademickich. Do tego doszły dziwaczne formy ograniczania inwencji twórczej poprzez sformalizowanie sylabusów, czyli zakresu przedmiotowego zajęć, ewaluację punktacyjną, czy narzucanie odgórnych abstrakcyjnych i biurokratycznych kryteriów kwalifikacji.
Uczelnie wyższe stopniowo traciły swoją tradycyjną tożsamość akademicką na rzecz kapitalistycznych zakładów produkcyjnych nastawionych na zysk, a nauka stała się towarem podlegającym komercjalizacji. Studia, które miały kiedyś charakter elitarny, stały się powszechnie dostępne za określoną cenę, choć przecież od czasów Platona wiadomo, że nie wszyscy młodzi ludzie mają odpowiednie predyspozycje umysłowe (psychiczne i intelektualne), aby skutecznie sprostać wymogom studiowania. Przywołując sienkiewiczowskiego Zagłobę, można pokusić się o parafrazę, że nie każdy ma wystarczająco dużo oleum w głowie.
Likwidacja eliminacji na studia poprzez egzaminy wstępne otworzyła uczelnie wyższe na młodzież nie tylko słabo przygotowaną do studiowania, ale często nieprzekonaną do takiej drogi zdobywania kwalifikacji. Drogi wymagającej samozaparcia, dyscypliny wewnętrznej, determinacji i wyrzeczeń. Za tym poszło poluzowanie kryteriów ocen postępów studiowania. Można było zaobserwować paradoks, że trudniej było wstąpić na uczelnię niż z niej „wylecieć”.
Przejście na egzaminy testowe i formalne zaliczenia zajęć spowodowały rzeczywistą utratę wpływu osobowości i charyzmy wykładowców na słuchaczy. Często przecież uczęszczało się na wykłady ze względu na estymę i sławę wykładowców, a nie świadomość treści wykładanego przez nich przedmiotu. Egzaminy ustne u wybitnych postaci to była kiedyś istna przygoda intelektualna, zapamiętana nieraz do „końca życia”. Pozwalała na indywidualizację kontaktu osobistego, szczerą wymianę opinii na tematy związane z rozumieniem przedmiotu nauczania, orientowanie się na przyszłe seminaria dyplomowe, a nawet wybór kariery akademickiej. Zetknięcie się z autorytetem naukowym na zajęciach i podczas egzaminów nobilitowało studentów, było powodem dumy, że poprzez kolejne „wtajemniczenia” stają się autentycznymi uczestnikami wspólnoty akademickiej.
Równanie w dół
Obecnie nikomu już nie zależy na przywróceniu wysokich standardów nauczania i egzekwowania wiedzy. W odniesieniu do wybitnych postaci nauki z poprzednich pokoleń obowiązuje swoista amnezja. Został zerwany wartościowy przekaz międzypokoleniowy. Modne jest nawet odcinanie się od pamięci o wybitnych poprzednikach, co ma związek z przypisywaniem ich do poprzedniej (niechlubnej) formacji ustrojowej, albo poprzez ich pryzmat z ryzykiem pomniejszenia zasług i osiągnięć dzisiejszej kadry naukowej.
Ze względu na rewolucję technologiczną mamy do czynienia z utożsamianiem wiedzy z informacją, przez co słuchacze tracą oparcie w argumentacji, ukształtowanej w długim procesie historycznym. Wiedza o przeszłości staje się niepotrzebnym balastem, a nauczyciele odwołujący się do doświadczenia historycznego uchodzą za anachronicznych i nierozumiejących teraźniejszości.
Studenci z entuzjazmem przyjmują wszelkie formy luzowania reżimu studiów. Tak odniesiono się do wymuszonej pandemią covid-19 nowej formy zajęć zdalnych prowadzonych w trybie online. Obecnie pod byle pretekstem postuluje się powrót do takich form dydaktyki. A przecież każdy zorientowany w życiu akademickim wie doskonale, że są to zajęcia pozorowane, ocierające się o fikcję. Prowadzący tracą możliwość kontrolowania aktywności swoich słuchaczy, a nawet biernego ich udziału, a co dopiero jakiejkolwiek interaktywności. Słuchacze natomiast nabywają najgorsze nawyki samooszukiwania się. Efektywność takich zajęć jest doprawdy nijaka.
Zajęcia ze studentami w humanistyce przekształciły się w określanie swoich stanowisk wobec prawd oficjalnie uznanych czy zadekretowanych. Odejście od krytycznego myślenia spowodowało godzenie się na odgórnie i z zewnątrz dyktowane interpretacje rozmaitych zjawisk. Musiało to doprowadzić do spolaryzowania środowisk uczelnianych, a zwłaszcza narzucenia podziałów poprzez etykietowanie i stygmatyzowanie każdego, kto swoim zdaniem, poglądem czy stanowiskiem odbiega od reszty.
Na zajęciach dydaktycznych zanikła kultura debaty. Brakuje merytorycznych argumentacji, rzetelnych analiz oraz rzeczowych ocen. Obowiązuje specyficzny klimat „poprawności politycznej” tak wśród studentów, jak i prowadzących zajęcia, aby nie narażać się „sobie nawzajem”, ale i potencjalnym cenzorom. Ta obawa przed ewentualnym skarceniem przez zwierzchników leży u podstaw konformistycznych postaw nauczycieli akademickich. Dość powszechne stało się bowiem przywoływanie do porządku wykładowców krnąbrnych i osobnych. Wypieranie opinii nieszablonowych i krytycznych wobec większości szkodzi debacie akademickiej i poszukiwaniu oryginalności, sprzyja skostniałej schematyczności, sztampowości i dogmatyzacji stanowisk.
Jednym z narzędzi kontroli wykładowców są anonimowe ankiety, w których studenci wypisują oceny, będące wynikiem nie tyle uczciwej diagnozy, ile złośliwości, fantazji i konfabulacji. Przez zwierzchników ankiety te, często niereprezentatywne dla liczby uczestników zajęć, są traktowane jako niepodważalne „akty oskarżycielskie” i stanowią element negatywnej oceny pracownika. Przypomina to logikę Pawlika Morozowa. Tymczasem nikt nie zastanawia się nad ich wadliwością z punktu widzenia zgodności z faktami. Wystarczyłoby ankiety przeprowadzać już po zakończeniu egzaminów z danego przedmiotu, pod nazwiskiem wypełniającego. Taka metoda uczyłaby autorów opinii odpowiedzialności za słowa, a także dawałaby studentom poczucie podmiotowego i wiarygodnego uczestnictwa w doskonaleniu procesów nauczania.
Studenci poddawani presji poprawnościowej stają się w większości wyznawcami „prawd objawionych”, czy dotyczy to wewnętrznego życia politycznego kraju, czy też stosunków międzynarodowych. Sprawa wojny na Ukrainie czy ludobójstwa w Strefie Gazy jest „papierkiem lakmusowym” takich przekonań. Zamiast wiedzy opartej na faktach obowiązuje narzucona z zewnątrz zideologizowana narracja. Każde odstępstwo od przyjętych oficjalnie poglądów rodzi dysonanse poznawcze i rozczarowania, a te nie sprzyjają komfortowi psychicznemu żadnej ze stron. Stają się źródłem narastających frustracji, które w określonych sytuacjach, pod wpływem splotu czynników, rodzą agresję.
To, co wpływa na niską jakość akademickiej dyskusji, to rezygnacja z racjonalnego dostrzegania obiektywnych faktów na rzecz emocji i osobistych przekonań. Wiedza naukowa schodzi na plan dalszy, a w pewnych sytuacjach jest w ogóle zbędna. Powszechny dostęp do mediów społecznościowych sprzyja chaosowi poznawczemu i szumowi informacyjnemu. Te powodują zamęt w umysłach młodych ludzi, którzy nie potrzebują żadnych weryfikacji czy falsyfikacji głoszonych poglądów. Skutkuje to ucieczką od wewnątrzsterowności i samodzielnego myślenia, brakiem krytycznej refleksji oraz logicznego wnioskowania.
Potrzeba psychoterapii?
Wieloletnia obserwacja populacji pracowników i studentów Uniwersytetu Warszawskiego pozwala mi na sformułowanie opinii o silnym rozdygotaniu emocjonalnym środowiska akademickiego. Trudne, a nawet skandaliczne sytuacje na tle aferalnego zarządzania zespołami pracowniczymi oraz występki kierowników jednostek wydziałowych przeciw prawu i dobrym obyczajom nie spotykają się niestety ze skutecznym rozwiązywaniem problemów. Liczne przejawy mobbingu wobec pracowników uczelni bardzo silnie rezonują wśród studentów. Sprzyjają temu media publiczne i społecznościowe. Nic nie da się ukryć, ani „pozamiatać pod dywan”. Tym bardziej bulwersuje inercja i opieszałość władz uczelni w takich sytuacjach oraz stosowanie podwójnych standardów w ocenie piętnowanych zachowań.
Powyższe konstatacje prowadzą do zastanowienia się nad kondycją moralną i psychologiczną całego środowiska akademickiego. Jeśli kadra nauczająca nie potrafi skutecznie radzić sobie z narastającymi problemami demoralizacji i zepsucia, to jak mogą sobie dać z tym radę sami studenci? Kto może zapewnić uzdrowienie stosunków wewnątrzuczelnianych, gdy kryzys objął relacje międzyludzkie oraz cały system organizacji i zarządzania (transparentność decyzji, podział środków, odpowiedzialność indywidualną, oceny pracownicze, awanse, kryteria zatrudnienia, swobodę wypowiedzi i in.)? Pytanie o rolę władz uczelni w tych procesach jest tym bardziej zasadne, gdyż liczne doniesienia w skali kraju wskazują, że są to sitwiarskie grupy interesów, zorientowanych na obronę bezpiecznego dla nich status quo. Wykorzystywanie przez nie autonomii uczelni służy przykrywaniu realizacji interesów koteryjnych i układów dalekich od standardów demokratycznych.
Zamiast bezproduktywnego rozprawiania o fałszywej równości, należy więcej uwagi poświęcić budowaniu odporności psychicznej studentów i pracowników. Jeśli chodzi o tych pierwszych należy już na wstępie, u progu studiów, oferować im szkolenia z zakresu „przysposobienia psychologicznego”. Okazuje się, że przypadłości wieku wczesnego, takie jak nadpobudliwość, lęki, fobie społeczne i napady złości czy agresji, przenoszą się w dzisiejszej rzeczywistości na lata późnego dojrzewania. Nie jest przecież prawdą, że na uczelnie wstępuje młodzież całkiem dojrzała i już ukształtowana. Często są to ludzie o bardzo egoistycznym i narcystycznym usposobieniu, pozbawieni empatii i wrażliwości. Młodzież wstępująca na uczelnie wyższe wymaga więc zdiagnozowania rozmaitych deficytów i wyjścia jej naprzeciw.
Potrzebna jest przemyślana edukacja na rzecz rozwiązywania sytuacji kryzysowych. Powinnością uczelni jest jak najszybsze dostarczenie informacji, gdzie młodzi ludzie mogą zwrócić się o wsparcie, z jakich form skutecznej pomocy ze strony uczelni mogą skorzystać w razie potrzeby. Pożądany jest powrót do przemyślanej „pedagogiki społecznej”, gdy okazuje się, że źle pojmowana wolność jednostki sprzyja rozkwitowi rozmaitych dewiacji i patologii. Z promowaniem wiedzy o prawach studenckich musi iść w parze wiedza o obowiązkach i konsekwencjach ich nieprzestrzegania.
Wielu studentów boryka się z problemami egzystencjalnymi. Usamodzielnianie się wymaga umiejętnego godzenia zarobkowania na własne utrzymanie z rytmem zajęć i zaliczeń na uczelni. Nie wszyscy przy tym potrafią radzić sobie ze stresem, doraźnymi trudnościami, załamaniem czy depresją. Dlatego szybkie rozpoznanie uwarunkowań sytuacyjnych może mieć decydujące znaczenie dla budowania odporności psychicznej i zdolności adaptacyjnych. Szczególną rolę w tych sprawach powinien odgrywać samorząd studencki.
Niezwykle ważne są różne formy włączania studentów do aktywności akademickiej. Rozbudzanie pasji i zainteresowań jest silnym bodźcem do przemyślenia życiowych wyborów. Aktywność naukowa, kulturalna, wolontariacka, samopomocowa sprzyja nie tylko minimalizowaniu stresu, zwiększaniu satysfakcji życiowej, pielęgnowaniu uzdolnień, ale i przyjaznego stosunku do ludzi, akceptacji odmienności oraz solidarności z potrzebującymi.
Upadłe „Vivat Academia”
Generalnie, środowisko studenckie nie wyróżnia się jednak jakąś nadzwyczajną aktywnością. Jest zatomizowane i apatyczne, poza wąskimi kręgami słabo artykułuje swoje zbiorowe interesy. Na przykład ma niewielki wpływ na modernizowanie programów nauczania czy wprowadzanie nowoczesnych metod w dydaktyce. Obowiązujące ustawodawstwo w dziedzinie szkolnictwa wyższego promuje znaczny udział młodzieży w kreowaniu władz uczelni. Ze względu na system rozmaitych zależności mamy jednak w praktyce do czynienia z dziwacznymi przejawami pajdokracji czy infantokracji. Samorząd studencki chętnie bowiem odgrywa rolę lobbingu na rzecz wskazanych mu kandydatów do władz uczelni (zwłaszcza prorektorów i prodziekanów ds. dydaktycznych). To rodzi zobowiązania o charakterze korupcjogennym i demoralizującym.
Kryzysowa kondycja uczelni skłania do wystąpień oskarżycielskich, adresowanych do władz różnych szczebli, za liczne zaniedbania tak w sferze bezpieczeństwa, jak i monitorowania nastrojów społecznych. Najgorsze jest oderwane od faktów moralizowanie, przerzucanie się odpowiedzialnością i poszukiwanie „kozłów ofiarnych”. Także doraźne wdrażanie pomysłów na rzecz radykalnych środków zabezpieczających uczelnie przed przemocą może mieć szkodliwe konsekwencje. Zamiast emocji powinna zapanować racjonalna powściągliwość, mająca na celu dokonanie rzetelnej autodiagnozy źródeł zła, patologii zobojętnienia, tolerowania postaw nagannych, wykroczeń wobec prawa i moralności, pobłażliwości wobec bylejakości i niemrawego reagowania na nadużycia. Warto pamiętać, że zaistniały kryzys może być wstrząsem, bodźcem ku naprawie, punktem zwrotnym, a niekoniecznie zwiastunem katastrofy i klęski.
W dyskusjach o przeobrażaniu się tożsamości akademickiej trzeba przywrócić wiarę w moc sprawczą nauki niezależnej. Uczelnie wyższe muszą powrócić do myślenia autonomicznego, a nawet kontestacyjnego. Władza tylko wtedy znów zacznie się liczyć z głosem ludzi intelektu – naukowców, nauczycieli i studentów, jeśli ci staną się jej rzetelnymi i odważnymi recenzentami i krytykami, a nie uległymi akolitami i kolaborantami. Zbyt gorliwi lub całkiem bezbarwni ministrowie do spraw nauki i szkolnictwa wyższego muszą mieć świadomość bezpośredniej odpowiedzialności przed środowiskami akademickimi, które nadzorują, a nie tylko przed wodzami swoich partii, którzy delegują ich na te stanowiska. Bankructwo polskiej inteligencji jest faktem, ale to nie oznacza, że uczelnie wyższe całkowicie zrezygnują ze swojej misji kształtowania intelektualnej awangardy społeczeństwa.
Stanisław Bieleń
Śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.

