Humanistyka el
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2078
Od ponad 40 lat, a na pewno po upadku muru berlińskiego, kolapsu Związku Radzieckiego i całego obozu realnego socjalizmu, obserwujemy jak konserwatyzm, tradycjonalizm, fanatyzm i chaos wdzierają się w porządek współczesnego świata, zawłaszczając kolejne przestrzenie zarezerwowane zdałoby się dla postępu, rozwoju i racjonalności. Tego, co zwiemy człowieczeństwem.
Oświecenie w humanistycznym, demokratycznym, wymiarze przegrywa z wsobnością, nacjo-szowinizmem, religijnym fundamentalizmem, a przede wszystkim – z konsumpcyjnym hedonizmem i wszechpotężną zyskownością.
Przynieśliśmy Irakijczykom wolność, a wolność niesie ze sobą również wolność do czynienia zła.
Donald Rumsfeld (Sekretarz Obrony USA w latach 2001-06)
Czym się różnią konserwatyzm od tradycjonalizmu? Konserwatyzm to postawa akcentująca przywiązanie do istniejącego stanu rzeczy, a zarazem związana z nią ideologia uznająca ów stan za naczelne dobro społeczne. Konserwatysta jest jednak za ciągłością dziejów państwa, narodu, społeczeństwa, rozumiejącym wybory naszych przodków w określonych warunkach społecznych, historycznych, politycznych i kulturowych.
Tradycjonalizm natomiast jest terminem obejmującym zespół nawyków, poglądów, mentalności identyfikowanych z określoną wizją świata, tworzących specyficzną doktrynę obejmującą sfery: polityczną, religijną, kulturową, społeczną itd. Można go rozpatrywać w szerszym obrębie – w ramach pojęcia konserwatyzmu – lecz wyłącznie w kontekście rozumienia antynomii słów: tradycja i ewolucja, gdzie dla ewolucji zostawia się wyłącznie margines.
Zwrot ku tradycjonalizmowi
Źródłem współczesnego zwrotu licznych społeczności ku tradycjonalizmowi, w wielu przypadkach bliskiego trybalizmowi plemienno-klanowemu, szowinizmowi i ksenofobii jest zarówno wykluczenie mas z beneficjentów postępu, ich rosnące rozwarstwienie, ale także chaos, brak poczucia stabilizacji i niepewność jutra. Wskutek tego, do coraz szerszych rzesz ludzi „mrugają przyjaznym okiem”- jak to ujmuje Z. Bauman - tradycja, parafiańszczyzna, zaścianek, kołtun.
Demokracja, mająca w XXI wieku zwyciężyć we wszystkich dziedzinach życia, uszczęśliwiając ludzkość, stała się jak mówi m.in. prof. Adam Karpiński, demokraturą. Jej uwiąd i rachityczność widzimy dziś na wielu płaszczyznach życia - tak lokalnego jak i globalnego. Niszczy ją unilateralizm Zachodu (zwłaszcza USA), narastający protekcjonizm, odżywanie kolonialnej mentalności i paternalizmu kulturowego, postępujący militaryzm, a przede wszystkim – powszechna komercjalizacja i kult zyskowności.
Inwazja mechanizmów rynkowych w sferę wartości uniwersalnych, w przestrzeń immanentną humanizmowi i człowieczeństwu zaczyna się zawsze od zwyrodnienia i korupcji języka. Tworzenia nowomowy, w której enigmatyczne określenia zajmują miejsce osoby ludzkiej, jednostki, człowieka. Człowiek staje się „zasobem” lub „kapitałem” ludzkim, uczeń w szkole – „klientem”, placówki służby zdrowia – „podmiotami gospodarczymi”. Język rodem z handlu, sfery kupna i sprzedaży, generuje takie też zachowania, stosunki międzyludzkie.
Dehumanizacja współczesnego życia i owych stosunków postępuje zarówno z racji pogłębiających się podziałów na bogatych i biednych, przewagą kapitału nad pracą, jak i pogłębiających się różnic między decydentami a rządzonymi. Ci drudzy coraz mniej mogą – zarówno na rynku jak i wedle dotychczas pojmowanych pryncypiów demokracji. Bo co np. zmieniają kolejne wybory w sensie rozwoju ekonomicznego, gospodarczego, wizji rozwoju?
Władza i sposób jej sprawowania to niezwykle istotny czynnik tych procesów. Jak zauważył w kontekście związków dehumanizacji i komercjalizacji Salman Rushdie – „Stopniowo odkrywane są na nowo walki gladiatorskie. Telewizor jest Koloseum, a zawodnicy są jednocześnie gladiatorami i lwami. Ich zadaniem jest pożerać się nawzajem, aż tylko jeden zostanie przy życiu. Ile czasu będzie potrzebowała nasza znudzona kultura, by wprowadzić realne lwy, prawdziwe niebezpieczeństwa na te przeróżne fikcyjne wyspy, by zaspokoić nasze pragnienie, aby więcej było akcji, bólu i doznawanego pośrednio dreszczyku emocji” (Dobrze być złym, Gazeta Wyborcza, 16-17.06.01).
Atak na Oświecenie
Idee oświeceniowe - wolność, równość, sprawiedliwość, solidarność, swoboda myśli – zastąpiono po upadku komunizmu jednowymiarowym opisem i interpretacją świata. Pluralizm zastąpiła hegemonia jednej, neoliberalnej idei, dogmatyzacja dyskursu publicznego i doktrynerskie podejście do podstawowych zasad demokracji. Kanonizacja narracji, z jaką elita zwraca się do „ludu” prędzej czy później prowadzić musi do marazmu intelektualnego i ideowej inercji.
Faktem jest, że obecność konkurencyjnego obozu socjalistycznego wymusiła wewnętrzne przeobrażenia i zmiany sposobów myślenia wśród elit krajów demokratycznego Zachodu. Stąd m.in. pojawia się idea New Deal Johna M. Keynesa, zwolennika planowania centralnego i interwencji państwa w gospodarkę i dynamiczny rozwój po II wojnie światowej państwa dobrobytu. Stąd też postępy demokracji i swobód obywatelskich.
Neoliberalizm – głosząc pochwałę egoizmu, cynizmu, prywaty, partykularyzmu i egocentryzmu - wszystko to zniszczył: solidarność, więzy społeczne, empatię. Spowodował destrukcję społeczeństwa. Dobrze to pokazuje film „Wall Street” Olivera Stone’a, egzemplifikujący mentalność neokonserwatystów (czyli neoliberałów) ze słynnym już cytatem - „Chciwość jest dobra”.
Jednak uwielbienie, jakim darzy się w naszym kraju ową filozofię graniczy niekiedy z idolatrią i ma niewątpliwe cechy kultu religijnego. Widać to np. po popularności, jaką cieszy się ciągle Margaret Thatcher – guru (obok Ronalda Reagana) neoliberalizmu, autorka słynnego powiedzenia, iż „coś takiego jak społeczeństwo nie istnieje. Istnieją tylko pojedyncze, wolne i przedsiębiorcze jednostki”.
Ćwierć wieku temu, u progu przyśpieszonej globalizacji, rosnącej roli korporacji ponadnarodowych, niekontrolowanego przepływu kapitału i konsumpcyjnych igrzysk, nowozelandzki historyk prof. John Pocock na łamach Queen’s Qurterly w artykule „The Ideal of Citizenship Since Classic Times” zadawał pytanie: „Czy podporządkowanie suwerennej wspólnoty obywateli globalnej działalności postindustrialnych sił rynkowych stanowi złe czy dobre posunięcie w architekturze postnowoczesnej polityki?” .
Natomiast w początku XXI wieku Zygmunt Bauman, pisząc o Europie (Ponowoczesność jako źródło cierpień) - synonimie demokracji, stabilności, wolności i swobód obywatelskich – zauważał, iż jest ona: „niezdolna już, a więc i niechętna, do naprawiania środkami politycznymi błędów i wypaczeń nieokiełznanej gry rynkowej.
Czy jednak współczesne globalne zmiany, przede wszystkim w sferze kulturowo-cywilizacyjnej mamy traktować jako wypadkową wielu lokalnych systemów, czy też może wywodzą się one ze skompromitowanej idei imperializmu, będącej zaprzeczeniem epoki pluralizmu, demokracji i liberalizmu światopoglądowego?
Zachód jednak, po raz kolejny w dziejach, przedstawiając reszcie ludzkości ideę, religię itd. uważa ją za niepodważalnie uniwersalną, najlepszą i jedynie słuszną.
Rola mediów
Tu dochodzimy do roli mediów korporacyjnych w zglobalizowanym świecie. One dawno przestały być – z różnych zresztą przyczyn – niezależną, tzw. czwartą władzą. Przede wszystkim z tytułu wprzęgnięcia w neoliberalny, nastawiony wyłącznie na zysk, system sprawowania hegemonii przez mega-kapitał. Media stają się w takim systemie organizatorem coraz pokaźniejszej grupy konsumentów, nieświadomych manipulacji obywateli, mających przysparzać dochodów poprzez uczestnictwo w procesie zwanym „zakupizmem”. Bo konsument nie jest tożsamy z obywatelem.
Media też są odpowiedzialne za wzrost indywidualizmu oraz utowarowienie wszelkich sfer ludzkiej działalności. Zwrócił na to uwagę Jean Baudrillard w Rozmowach przed końcem, pisząc, że dziś „zacierają się wszystkie wolności, aby pozostała tylko jedna – wolność wymiany”.
Benjamin Barber, przywołując Bena Bagdikiana – amerykańskiego medioznawcę, obserwującego postępującą koncentrację i komercjalizację mediów w USA od lat 80. XX wieku – pisze, iż monopolizacja mediów przez wielkie koncerny prowadzi do rosnących lawinowo wpływów reklamy na formy i treści przekazywanych informacji.
Truizmem jest stwierdzenie, iż demokracja rozkwita wyłącznie dzięki niezależnym mediom, tymczasem na przełomie XX i XXI wieku ponad 80% amerykańskich mediów należało do zaledwie kilku korporacji ponadnarodowych. Dziś ten proces zapewne poszedł jeszcze dalej i dotyczy całego świata, a media i elity uczyniły z neoliberalizmu czy neokonserwatyzmu religię.
Kartezjusz na przemiał
Krytyce i deprecjacji poddali neoliberałowie i konserwatyści oraz ich akolici (wyhodowani na doktrynie Friedricha von Hayeka i Miltona Friedmana) samo Oświecenie. Zaatakowali je i wartości z nim utożsamiane, będące podstawą „złotego wieku Zachodu” z pozycji antyetatystycznych, skrajnie antysocjalnych, rynkowego fundamentalizmu, z mocną nutą kulturowego imperializmu sięgającego korzeniami epoki kolonialnej.
Drugą grupą atakujących (i to od 150 lat) wolnościowe i humanistyczne idee oświeceniowe są środowiska religijnych fanatyków i fundamentalistów różnych denominacji. Tu różnic między islamem, katolicyzmem, judaizmem, prawosławiem czy protestantyzmem („pas rdzy” na południu USA był zawsze matecznikiem religijnego purytanizmu, ortodoksji i kołtuńskiego rozumienia świata) nie widać żadnych.
Media zafascynowane neokonserwatywnymi ideami podjęły skuteczny wysiłek, aby te rozproszone niegdyś wspólnoty religijnych fanatyków i fundamentalistów egzystujące na peryferiach nowoczesnego świata, weszły na salony, stając się obowiązkowym składnikiem telewizyjnych programów stacji publicznych i komercyjnych.
Tym samym „w ciągu ostatnich dziesiątek lat religia niepostrzeżenie wślizgnęła się w otaczający nas świat. Zarówno w Paryżu, Nowym Jorku, Bejrucie, Bagdadzie, Stambule, Moskwie, jak i New Delhi, albo Dżakarcie nagłówki gazet i magazynów, stacji radiowych i telewizyjnych, przypominają nam nieustannie o religii” – zauważa Georges Corm (Religia i polityka XXI wieku).
A religia (zwłaszcza monoteizmy) zawsze niesie ziarna konserwatyzmu i tradycjonalizmu.
Krytykujący Oświecenie i zarazem Rewolucję Francuską jednocześnie atakują także podstawy filozofii kartezjańskiej, a tym samym -nowoczesność, modernizm, demokrację itd. To uderzenie w zasadnicze źródła myśli i tradycji lewicy europejskiej, ale i zaprzeczenie całego dorobku cywilizacji zachodniej, w tym - desakralizacji przestrzeni publicznej i dyskursu politycznego.
Takie podejście do problemu sprzyja siłom „ciemnym”, demonicznym, wstecznym, a w efekcie groźnym dla pryncypiów cywilizacyjno-kulturowych. Nie jest to „etyczna nieporadność” – jak uważa Johann B. Metz (Teologia polityczna), ale próba zatrzymania i odwrócenia biegu dziejów oraz rozwoju myśli ludzkiej.
Umożliwienie powrotu religii – zwłaszcza tych monoteistycznych – do przestrzeni publicznej i politycznej, religii, które niosą w sobie wiele pamięci o cierpieniach Innego, o deptaniu godności drugiego człowieka, o ludobójstwie i nieszczęściach milionów ludzi w historii stało się tym samym mimowolnym handicapem współczesnych liberałów (otwartych jedynie na rynek i jego pozytywne przymioty) danym na tacy fundamentalistom i fanatykom. Czyli stało się tak, jak zauważył Zygmunt Bauman: życie jednostkowe i zbiorowe szeregu wspólnot i społeczności zostało po prostu skierowane „na przemiał”.
Pozostawienie zagadnień społecznych poza zainteresowaniem elit politycznych i mainstreamu, masowe wykluczenie i degradacja środowiska przez rabunkową działalność mega-kapitału (maksymalizacja zysku przy minimalizacji kosztów pracy), wywoływanie wojen i konfliktów w imię demokracji organizowanej na zachodnią modłę, rzuciły miliony ludzi różnych ras, języków, kultur, wierzeń, z różnych regionów świta w objęcia religijnych szarlatanów, pospolitych demagogów i złowrogich fundamentalistów.
Radosław S. Czarnecki
Jest to pierwsza część eseju zatytułowanego „Źródła triumfu tradycjonalizmu”. Kolejną jego część opublikujemy w nr 12/18 SN.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 4227
Pewnego dnia te granice psychospołeczne pękną. Jak granice pękną, ludzie wyjdą na miasto: w Polsce, w Paryżu, w Nowym Jorku, gdziekolwiek. Rozbiją pierwszy napotkany sklep. Przyjedzie policja, dwieście osób uspokoi, aresztuje. Potem przyjdą trzy tysiące osób. Co dalej? Marcin Król
Rok 1599 jest znamienny w historii globalnego systemu wolnego rynku. Otóż 24.09 tegoż roku powołano do życia nowy rodzaj przedsiębiorstwa, nadano mu nazwę: Brytyjska Kompania Wschodnioindyjska. Po dziś dzień ten twór kojarzy się jak najgorzej w historii ludzkości i świata. Zastosowany wtedy swobodny obrót udziałami w firmach pozwolił prywatnym korporacjom urosnąć tak, że stały się dziś strukturami potężniejszymi od państw narodowych. O ludziach czy zbiorowościach nie wspominając.
Liberałowie z charakterystyczną dla siebie hipokryzją wychwalali zawsze trud uczciwych obywateli, powołując się na szewców, krawców, innych rzemieślników, drobnych przedsiębiorców czy wytwórców. Jednak de facto brali zawsze w obronę najgorszych wrogów tzw. wolnego rynku: właśnie takie korporacje jak Kompania Wschodnioindyjska. One nigdy nie wiedziały, nie wiedzą i nie będą wiedziały co to jest społeczność, czym charakteryzuje się ludzka zbiorowość. Pozbawione moralności i empatii dyktują bezwzględnie ceny, pożerają konkurentów, przekupują polityków, depczą słabych i tych, którzy stają im na drodze do osiągania maksymalnego zysku będącego fetyszem i celem. To one symbolizują wzór homo oeconomicus, którego głównym celem jest „z bezlitosną precyzją i kierując się niezawodnym rozsądkiem dążyć do osiągnięcia jak największych korzyści” (Marion hr. von Dőnhoff).
Tym samym z obiektów kultu i kanonu liberalizmu – wolność i prawa człowieka – współcześni liberałowie (zwani niekiedy neoliberałami) uczynili pośmiewisko, a z tych humanistycznych wartości – karykaturę.
Współczesną konsekwencją decyzji z 1599 r. są fundusze rynku pieniężnego, akcji, obligacji czy emerytalne, generujące cykliczne gigantyczne kryzysy finansowe. Krach systemu w 1929 i 2008 roku, niepowstrzymywany rozrost technologicznych gigantów i wszystkie inne dolegliwości współczesnego kapitalizmu stały się istotą i codziennością systemu światowego rynku. Wzrastały i nabierały mocy wraz z nim przez ponad 400 lat. Wszystkie apele i zaklęcia, kierowane obojętnie z jakiej strony i jak umotywowane, o stworzenie łagodniejszej, proczłowieczej postaci systemu stały się tylko chwilowymi, wymuszonymi siłą i realnym zagrożeniem, fanaberiami. Do tego doszło w wyniku zwycięstwa ZSRR w II wojnie światowej i rozgromieniu faszyzmu przez komunistów różnych nacji zjednoczonych w tym zadaniu. ZSRR stał się autentycznym, globalnym mocarstwem, zagrażającym kapitalizmowi nie tylko siłą oręża radzieckiego i sojuszników z Paktu Warszawskiego (choć to nie było bez znaczenia), ale ideologicznie i doktrynalnie. W zniszczonej wojną Europie, a także i przez późniejsze lata, był to niebywale skuteczny straszak.
Jak zmieniać, żeby nie zmienić
Faszyzm – po raz pierwszy we Włoszech - przekonał liberalnych przywódców i polityków, że można wprowadzić nowe rozwiązania ustrojowe, dokonując powierzchownych reform społecznych przy zachowaniu status quo w obrębie własności i sposobu produkcji. Były one – i tak może być dzisiaj (bez względu na okoliczności) – niczym olej wylewany na społeczne wrzenie i nastroje antysystemowe wywołane przez rewolucję w Rosji i minioną I wojnę światową.
Jak pisze Umberto Eco, faszyzm ze swoim totalitaryzmem – jako coś obecnego w kulturze europejskiej od zawsze (Eco nazywa go „wiecznym faszyzmem”) - jest doskonałym materiałem dla rządzących liberałów. Można go zawsze zastosować – bez utracenia swej doktrynalnej niewinności i politycznej cnoty – jako alternatywę, kiedy stan społecznego niezadowolenia i rozedrgania zbliżają się ku niebezpiecznej granicy rewolty ludowej.
Faszyzm miał stworzyć ustrój dokonujący interesujących reform społecznych, które pacyfikowały rewolucyjne nastroje ludu. A że przy okazji prześladowano komunistów, socjalistów czy ludowych radykałów, poświęcono kilku nie rozumiejących „ducha czasów” niereformowalnych demokratów - trudno, gdzie drwa rąbią, wióry lecą. Chcieli oni, nie czujący potrzeby i wyzwań chwili, zmienić stosunki i dotychczasową stratyfikację społeczną, strukturę własności, sposób produkcji.
Te decyzje faszystów nie przeszkadzały liberałom - mimo ich doktrynalnych zaklęć. Pojęciami wolności, demokracji, swobody słowa, dostępu do przestrzeni publicznej na zasadzie równoprawności można dowolnie manipulować i je tak przykrawać, aby być cały czas political correctness wobec kanonów liberalizmu.
Zresztą taka praktyka była stosowana w historii wielokrotnie. Najlepszym tego przykładem jest debata i jej efekty na Uniwersytecie w Valladolid między Ginesem de Sepulvedą a Bartolomeo de las Casasem w 1550-51. Że neoliberałowie mają po dziś dzień z tym problem, świadczy m.in. podsumowanie recenzji książki Dysputa w Valladolid na łamach Kultury Liberalnej. Mówi się tam, że przeprowadzona prawie pięćset lat temu dysputa ciągle jest aktualna. Bo Oświecenie, ani kolejne fale demokratyzacji nie rozstrzygnęły definitywnie podstawowej kwestii – kto to jest człowiek. I musi się nadal szukać na nie odpowiedzi. Zawsze jest więc możliwe wykluczyć kogoś, stygmatyzować, zakreślając wpierw krąg pojęć czy zaczarować rzeczywistość, tworząc jakieś granice, jakieś hierarchie, jakieś elitarne grupy. A potem odmówić temu komuś równoprawnej obecności w życiu publicznym.
Nadchodzi państwo oligarchiczne
Dzisiejszy klimat debaty publicznej, medialnego przekazu w stylu fuzzy - określający w logice zbiory rozmyte, mętność, bezkształtność, rozumiany jako powszechne zniuansowanie i wzajemne przenikanie się pojęć oraz znaczeń - doskonale sprzyja takim zabiegom. Zwłaszcza, gdy na podorędziu znajdą się jacyś - od zawsze obecni w europejskiej kulturze - „faszyści”...
Po kryzysie z 2008 roku wiemy, że megabanki, megakorporacje i giganci sektora finansowego sprawują pełną kontrolę nad społeczeństwami całego świata. Nastąpiła pełna i totalna globalizacja w wymiarze kontroli i inwigilacji ludzi. Celem jest z jednej strony ograniczenie ich swobód i podstawowych wolności (sprowadzając je do hedonistycznej konsumpcji, bez uwzględnienia wyższych potrzeb), a z drugiej – wtłoczenie ich w ramy życiowego schematu: praca – rozrywka – sen, zaspokajającego podstawowe egzystencjalne potrzeby. Czyli: konsument, towar, kod kreskowy na metce. A konsument nigdy nie będzie świadomym obywatelem.
Socjolog kultury dr hab. Małgorzata Jacyno w wywiadzie udzielonym Grzegorzowi Srokowskiemu (Gazeta.pl NEXT z dn. 07.10.2019) mówi, że deklasacja, osuwanie się na drabinie społecznej coraz większej liczby osób jest zjawiskiem groźnym. I coraz bardziej powszechnym, traumatycznym doświadczeniem. „Najbardziej widoczny jest upadek klasy średniej w Stanach Zjednoczonych. Niegdyś utrata bezpieczeństwa dotyczyła przede wszystkim klasy średniej zamieszkującej peryferia w krajach zachodnich, ale najnowsze badania pokazują, że coraz mniej bezpiecznie czuje się także wielkomiejska klasa średnia. W raporcie OECD z 2019 roku pisze się wprost, że zachodnia klasa średnia tonie. Ze zmierzchem klasy średniej wiąże się przewidywanie nadejścia państw oligarchicznych. A spowodują ten upadek dwa najważniejsze procesy, które toczą od wewnątrz kraje Zachodu: upadek klasy średniej i problem z legitymizacją władzy. W tle tych procesów jest zawsze słabnięcie polityk publicznych”.
Bez tzw. klasy średniej nie ma liberalnej demokracji. Bo do tego jest potrzebny świadomy, wolny od kłopotów egzystencjalnych człowiek – obywatel. Obywatel, nie konsument usług: zdrowotnych, edukacyjnych, wypoczynkowych itd. Musi mieć on czas na refleksję, lekturę, dyskusję z drugim obywatelem. Wraz ze śmiercią tej formy demokracji, mordowanej przez samych liberałów przez ostatnie cztery dekady i ich dogmatycznej idei prywatyzacji wszystkiego, indywidualne stają się zyski nielicznych, a straty i porażki ulegają uspołecznieniu.
Społeczeństwa podzieliły się na elitarne, powiązane ze sobą głównie zasobnością portfela, grupy. A elitaryzm zawsze jest źródłem ideologii i doktryn reakcyjnych. Idąc w jednym szeregu z militaryzmem i „bohaterszczyzną”, rodzi to płodne podglebie dla faszyzmu ([za]: Umberto Eco, Wieczny faszyzm).
Kup sobie sam
Zdaniem Jacyno, to publiczne instytucje są kręgosłupem społeczeństwa obywatelskiego, zbiorowości czującej wspólnotę nie tylko historii, języka, kultury, tradycji, narodowego bohaterstwa i traum porażek, ale przede wszystkim teraźniejszości i jakości życia. Na minimalnie dostępnym – odnośnie do cywilizacyjnego rozwoju i postępu – poziomie. Gdy obywatele tracą te instytucje, gdy mówi się im, iż emerytur nie będzie, gdy widzą, że służba zdrowia jest tylko dla najbogatszych, relacje interpersonalne, a także na linii obywatel – państwo przyjmują zupełnie inny – nieobywatelski - charakter.
Gdy np. w Polsce dochody 1% najbogatszych są równoważne z dochodami 32%, a 1% globalnych hiperbogaczy ma tyle pieniędzy co pozostałe 95%, jest to sytuacja dramatyczna (w kwestii rosnących nierówności, a z tym wiąże się właśnie dostęp do publicznych, powszechnych do niedawna, usług). I „wtedy rywalizacja między ludźmi (…) przyjmuje zupełnie inny charakter. Stawki rywalizacji stają się coraz większe – czasem jest to zdrowie, a coraz częściej życie. Bo co mam zrobić, kiedy wiem, że ochrona zdrowia działa bardzo źle, a mnie lub moim bliskim będą kiedyś potrzebne pieniądze na leczenie?”. I czy wtedy można od ludzi wymagać odpowiedzialnych, moralnych, zdystansowanych i pozbawionych skrajnego subiektywizmu decyzji? Decyzji za kraj, za zbiorowość, za przyszłość?
Nadziei być nie może, gdy ostatnie dekady są powolnym, permanentnym obsuwaniem się masy ludzi w społecznej hierarchii, co wiąże się z dostępnością do podstawowych usług i uczestnictwem w normalnym życiu publicznym. Gdy owe usługi - będące nie tylko osią i kręgosłupem państwa ale i decydujące o społecznych więzach - stają się coraz bardziej limitowane, trudno mówić o jakimkolwiek bonum communae.
W Polsce mamy od trzech dekad neoliberalną permanentną narrację i trend do całkowitej prywatyzacji wszystkiego. To pokłosie zarówno polskiej historii, jak i peryferyjności intelektualnych elit: politycznych, medialnych, kulturowych, czerpiących natchnienie z wieków minionych. Kiedy uważany za przeciwnika liberałów i liberalizmu Antoni Macierewicz wypowiada się w Radiu Maryja, że państwo PiS „stworzy możliwości, aby każdy sam sobie mógł stworzyć dobrobyt” jest to niczym innym jak totalną prywatyzacją polityki społecznej i pokłosiem skrajnego, sarmackiego indywidualizmu. Czyli wszystko sobie kup sam.
A właśnie to dobre usługi publiczne, sprawne, nie tanie państwo tworzą poczucie solidarności, spójności społecznej, przekonanie, że bycie razem daje bezpieczeństwo. Widać to wyraźnie na przykładzie pandemii. Tylko diametralna zmiana modelu własności przedsiębiorstw, podejścia do samej esencji „prywatnej własności” i istoty rynku jako regulatora życia - co w efekcie przyniesie odczuwalny sposób dystrybucji bogactwa (a tym samym i władzy) - może spowodować wyjście poza turbo-kapitalistyczne stosunki produkcji, a tym samym takie relacje społeczne.
Czy jest siła polityczna mogąca zaproponować coś sensownego w tej mierze? Nawet w obliczu epidemii koronawirusa i całkowitej – co widać – abdykacji systemu we wszystkich możliwych przestrzeniach nadal pompuje się gigantyczne fundusze jak w 2008 roku w banki i megakorporacje. Jaki wybór mają liberałowie rządzący naszą doczesnością i świadomością (tu za pomocą zblatowanych i pozostających tym samym na smyczy kapitału mediów głównego nurtu)?
Liberalny nazizm?
Czy ktoś może sobie wyobrazić system społeczno-polityczny zwany liberalnym nazizmem lub liberalnym faszyzmem? Jako antidotum na masowe społeczne protesty, strajki, marsze głodowe i gwałtowne wystąpienia ograbionego i pozostawionego sam na sam z nędzą „ludu” przyzwyczajonego do życia w (jak dziś widać) pozornym dobrobycie? Czy te wszystkie obostrzenia, stany wyjątkowe, zawieszenie tzw. praw obywatelskich (do reszty, bo one już od dawna nie funkcjonowały w realu, jedynie jako mit i fantasmagoria medialna) - często zupełnie nieadekwatne wobec epidemiologicznego zagrożenia - nie są przygrywką do rozwiązań żywcem przypominających Portugalię Salazara lub Italię Mussoliniego?
Jeśli można było pożenić nazizm z socjalizmem (narodowy socjalizm do dziś u wielu członków mainstreamu w Polsce jest równoznaczny z … socjalizmem!), to dlaczego nie można tego samego uczynić, biorąc teraz na tapetę liberalizm? Faszyzm doskonale współpracował z wielkim kapitałem i z jednym z filarów kapitalistycznych stosunków społecznych - katolickim (i innymi chrześcijańskimi) Kościołem w Europie Zachodniej. Za obopólną zgodą i korzyściami.
Powie ktoś, że to wykluczone z racji rudymentarnych kanonów liberalizmu. Wolność, sprawiedliwość, równy dostęp do np. władzy sądowniczej, edukacji etc. Wszystko jest kwestią uzasadnień i retoryki. W dzisiejszej obrazkowo-medialnej demokracji to tylko kwestia przekazu i wmówienia konsumentowi (i tu kłania się antynomia konsumenta i świadomego obywatela) co jest dobre, pożyteczne dla niego, co ma zrobić, aby być szczęśliwym i radosnym. Władzę jaką dziś (w wymiarach niespotykanych w historii demokracji liberalnej), w chwili pandemii, uzyskali politycy nad społeczeństwami dzięki nowym technologiom i mechanizmom pokazanym m.in. przez Snowdena, Assange’a czy Manning może już być bardzo trudno cofnąć. Językiem wykluczenia przy ograniczeniu praw obywatelskich można swobodnie połączyć różne koncepcje i idee. Uniwersalne wartości liberalne można na przykład przypisać tylko predestynowanym, nie zarażonym koronawirusem, białym Europejczykom, Aryjczykom, chrześcijanom. Czyż tego mechanizmu nie stosuje się już w zawoalowanej formie wobec imigrantów i uchodźców?
Przy upadającym poziomie życia i kurczeniu się klasy średniej - podstawy liberalnej demokracji na Zachodzie - hasła o białych Europejczykach, Aryjczykach, fortecy Europa, będą nabierać znaczenia wraz z postępującym kryzysem. Im będzie on głębszy i bardziej wielowymiarowy, tym te slogany staną się bardziej chwytliwe. Warto pamiętać, iż NSDAP w Niemczech poparli przede wszystkim nie tyle robotnicy, co drobni posiadacze, rzemieślnicy, spauperyzowani inteligenci, nauczyciele, a także – wielki biznes. A jutro do tego tortu europejskiego dobrobytu będzie mieć dostęp coraz mniej ludzi. Reszcie trzeba będzie brak dostępu wytłumaczyć przy pomocy znanych, popularnych, wdrukowanych w mózgi liberalnych haseł o wolności, równości, braterstwie, swobodach obywatelskich. I dlaczego tak się dzieje i kto jest temu winien.
Nowy kostium faszyzmu
Zasada kozła ofiarnego jest obecna we wszystkich ideologiach, doktrynach i religiach. Chrześcijańskiej również. Słynna dysputa w Valladolid między Sepulvedą i de las Casasem nad posiadaniem (lub nie) przez Indian duszy – co wiązało się z uznaniem ich za ludzi wedle katolickiej nauki - winna uświadomić, że w sferze kazuistyki prawnej i ideologicznego patosu nie ma rzeczy niemożliwych. Wszystko jest uzależnione w tym świecie rynkowych zależności od potrzeb, zysków i zachowania władzy.
To na tej bazie narodowy liberalizm będący de facto nowym kostiumem faszyzmu (o czym pisze Umberto Eco w przywoływanym już eseju Wieczny faszyzm), pozwala realizować nadal liberalną koncepcję jednoczenia Europy. Tak, jak to próbowano nie raz już w historii uczynić: Napoleon, II Rzesza Wilhelmowska wspólnie z CK Austro-Węgrami, Adolf Hitler. Teraz bojaźń liberalnych elit Europy przed nadchodzącym nieubłaganie kryzysem może przerzucić ich myślenie w kierunku ostatniej idei, mogącej stanowić zaporę przed recydywą socjalizmu czy komunizmu. W kierunku nacjonalizmu i rasy.
A ostatnie 3-4 dekady niepodzielnego panowania liberalizmu tak w sferze doktrynalnej, ideologicznej jak i ekonomicznej praktyki, gdzie naczelną zasadą stała się polityka tzw. austerity, z jednoczesną prywatyzacją wszystkiego co możliwe, outsourcingiem i promowanym modelem człowieka - bezwzględnym i zdehumanizowanym homo oeconomicus - dziś bankrutują. Ten projekt abdykował, zdewaluował się. We wszystkich krajach Zachodu w podobnym stopniu. Więc taki odkurzony flirt elit liberalnych z nową XXI-wieczną wersją faszyzmu może pozwoli przedłużyć władzę kapitału i panowanie liberałów w sferze mentalnej?
Na koniec nachodzi mnie taka refleksja, będąca niejako podsumowaniem rozważań: jak liberalizm w Polsce (ale to refleksja uniwersalna i możliwa wszędzie, choć zapewne z innymi argumentami czy uzasadnieniami) może płynnie i bezboleśnie przekształcić się w faszyzm. We wspomnianej przestrzeni fuzzy jest to tym bardziej wykonalne. Bo czy głosując za Dniem Żołnierzy Wyklętych i promując ich jako bohaterów – choć część z nich była zwykłymi, typowymi faszystami o mentalności skłaniającej do postępków godnych nazistów – polscy liberalni demokraci wierzyli i wierzą szczerze w ich dobrą misję? I czy czasem nie chcieli tym samym en masse powiedzieć: „OK, wracajcie i róbcie to, co robiliście dawniej?”.
Radosław S. Czarnecki
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 481
Czytając tytuł, można pomyśleć, że to jakaś aberracja. Liberalizm w swej ikonicznej wersji musi być antytezą wszelkich wierzeń religijnych, dogmatów, być uosobieniem swobód i najszerzej rozumianego obywatelstwa. Taki efekt to instytucjonalizacja oblekająca każdą ideę w struktury władzy ze wszystkimi jej atrybutami, której niezwykle jest pomocna zawsze wiara religijna (przekaz wertykalny określonych prawd, interpretacji, wizji rzeczywistości itd. z poddaniem się autorytetom). I zawsze temu towarzyszy przeformatowanie się idei na podobieństwo dogmatycznej, zbiurokratyzowanej i siłą rzeczy, przeciwstawnym jej rudymentarnym kanonom, religii. Tu - najszerzej rozumianej wolności jednostki.
Budowanie społeczeństwa obywatelskiego i obywatelskiej polityki, zdolnej przywrócić demokracji jej prawdziwy sens, jest niemożliwe bez zerwania z dogmatami liberalizmu.
Samir Amin
Zasadniczą i bezpośrednio związaną z podstawowym paradygmatem liberalizmu w klasycznym ujęciu jest jego rozumienie tolerancji. Tu trzeba wybrać to, co jeden z koryfeuszy XX w. myśli liberalnej John Gray (Dwie twarze liberalizmu) określił jako nieprzekraczalne antynomie: z jednej strony chodzi o ideały racjonalne - sterowane i promowane przez uznające siebie za elity - sposoby i formy życia, a z drugiej przekonanie (i to jest chyba jednoznacznie zgodne z pluralizmem, wielokulturowością i partnerstwem), że szczęście i dobrobyt to wieloznaczne pojęcia, a samorealizację i ich osiągnięcie można dokonać na różne sposoby, zależne od warunków lokalnych i kultury.
Jeżeli chcemy sklasyfikować liberalizm jako formę religii, to będzie to tzw. ateistyczna religia ideału. W tej formie wierzeń ideał Absolutu zastępuje się jednostkowym człowiekiem, który ma unikać cierpienia, stawać się ciągle szczęśliwym, radosnym, zająć się dążeniem do subiektywnie pojętej doskonałości.
W odróżnieniu od azjatyckich religii typu buddyzm, konfucjanizm, bądź dżinizm – wykastrowano ową wiarę z doskonalenia wewnętrznego, duchowego. Z dążenia do pełniejszego poznania Wszechrzeczy.
Trzy filary religii
Każdą religię budują trzy filary. To kult, doktryna i organizacja. Kult to określone praktyki, czynności, akty, dzięki którym, poprzez manifestację, oddaje się cześć, podkreślając tym przynależność do zbiorowości. Doktryna to zbiór określonych poglądów, poprzez które racjonalizuje się wiarę. Zaś organizację stanowi struktura instytucjonalna, zespół specjalistów od objaśnienia meandrów i interpretacji Pism Świętych zawierających dogmaty, utwierdzanie wspólnoty w ścisłym związku z centralą. Wspomniani specjaliści od egzegezy aktualnie wymaganej wiedzy i poprawnie politycznych poglądów stymulują świadomość wiernych. Dziś to skutecznie czynią korporacyjne media i sieci społecznościowe.
Definicja sacrum mówi najogólniej, iż są to sprawy i rzeczy wyłączone z dziedziny świeckości, wiązane z boskością, absolutem, transcendencją. To symbioza świętości bezpośrednio z Absolutem i przysługującymi mu przymiotami o wybitnym poziomie moralno-etycznym.
Z kolei najbardziej ogólna definicja religii o etymologicznym rodowodzie wiąże się z łacińskim pojęcie religiare (czyli związanie z Bogiem, z siłą wyższą, nadprzyrodzoną). Tak tłumaczył m.in. znaczenie religii (łac. religio) chrześcijański retor i apologeta Lucius Caelius Firmianus Laktantius (III-IV w. n.e.) w swym najważniejszym dziele Institutiones divinae. Z tym związane jest to, co św. Augustyn (IV-V w n.e.) określił obraniem sobie za cześć jakiś przedmiot ([w]: O państwie bożym).
Ważnymi w tej przestrzeni są refleksje na temat religii Georga Hegla, Ludwiga Feuerbacha, Maxa Mülera (twórcę nowożytnego religioznawstwa), Jamesa Frazera czy Friedricha Schleiermachera. Znaczącym jest też w tych rozważaniach refleksja pozostawiona przez dorobek Williama Jamesa, który na religię patrzył z typowo pragmatycznego, jurydycznego i amerykańskiego punktu widzenia. „Religia to wiara w porządek wyższy, niewidzialny i w to że najwyższe dobro zależne jest od naszego dostrojenia się do tego porządku” ([w]: Priciples of psychology).
Materialistyczne, historyczne i kulturowe ujmowanie religii musi jednak uwzględniać przede wszystkim jej społeczne znaczenie. I jej odniesienie do świata, ludzkości i człowieka jako jednostki do wspólnoty, w której bytuje, nierozerwalnie związanej z rozwojem ekonomicznym, kulturą, politycznego kontekstu w jakim trwa dana zbiorowość. Nie jest ona wiecznym, niezmiennym, danym na zawsze modelem (K. Marks, F. Engels, marksizm).
W tej konwencji utrzymane jest też rozumienie religii zaprezentowane przez kanadyjskiego religioznawcę Petera Beyera, który mówi, iż „religia to typ komunikacji oparty na opozycji immanentne / transcendentne, który użycza znaczenia źródłowej nieokreśloności wszelkie znaczącej komunikacji ludzkiej i dostarcza sposobów przezwyciężenia tej nieokreśloności, a przynajmniej radzenia sobie z nią i jej konsekwencjami” (Religia i globalizacja).
Jako struktura wertykalna, gdzie wspólnota ma do dyspozycji określone dogmaty zawarte w tzw. Pismach Świętych i spisanych interpretacjach owych kanonów dokonanych przez różnego rodzaju dawnych i współczesnych egzegetów jest zjawiskiem społecznym formatującym w określony sposób jednostki utożsamiające się z tym przekazem. Inaczej mówiąc – wiernych. Niektórzy powiedzą, że liberalizm nie proponuje czegoś takiego jak termin sacrum. W dzisiejszym czasie to już jednak przeszłość.
Niebiański Eden już na Ziemi
Religia kreuje ponadto zawsze sztuczną, doskonałą rzeczywistość, która oczekuje na wyznawców w zaświatach. Jednak triada: liberalizm – demokracja – konsumpcjonizm sprowadziły niebiański Eden na Ziemię. Tu i teraz jest szczęście, dobrobyt, radość i przeżywanie sukcesu. Dzięki możnym tego świata, ultraliberałom i systemowi, który promujemy i zalecamy. Nie musisz myśleć, baw się, uśmiechaj, konsumuj. Taka miękka dyktatura codziennie promowana przez media stanowiące część tej religii jako jeden z elementów systemu tworzy postnowoczesnych, sytych, zadowolonych niewolników, ślepych, irracjonalnych wyznawców (bo im to wmówiono, a oni uwierzyli, iż żyją w najlepszym z systemów będącym szczytem rozwoju naszego gatunku).
„A najbardziej mroczne są te dyktatury, którym ludzie ulegają nie w oparciu o to, czego się boją, ale ze względu na to, co najbardziej lubią” (A. Huxley, Syntetyczny Bóg). To dyktatura życzliwa, aksamitna, puszysta, a narkotykiem - jak sugerował Huxley w swych rozważaniach, jest konsumpcja uosobiona ze szczęśliwym i bezgrzesznym życiem. Masz tylko nie myśleć samodzielnie, nie być krytycznym, zająć się swoimi prywatnymi sprawami, a nam, możnym tego systemu, tworzącym ten doskonały świat, zostawić te najważniejsze sprawy. Bo my wiemy lepiej. Czy to niej jest typowa ilustracja konstrukcji religijnej?
Takie pojęcie osoby ludzkiej jest absolutnie sprzeczne z oświeceniowym, liberalnym (klasycznie pojmowanym) rozumieniem obywatela. Bo on a priori jest alternatywą stojącą na antypodach tego, czym jest konsument. Konsument to wyznawca, zaprogramowany, często fundamentalista i fanatyk. Liberalny, tolerancyjny, rozumiejący złożoność rzeczywistości obywatel jest biegunowo odmiennym jego wizerunkiem.
Liberalizm, który potocznie utożsamiono z neoliberalizmem (czyli konstrukcją sprowadzoną wyłącznie do rynku, zysków i gier wedle relacji kupno – sprzedaż), zwulgaryzowaną częścią liberalnych rozważań Adama Smitha, dzięki politycznej, eksperckiej, naukowej i medialnej narracji po upadku muru berlińskiego, wszedł na pole religijnych, antywolnościowych i coraz bardziej autorytarnych rozwiązań. Symbolem tego jest toksyczny, niedemokratyczny, antywolnościowy i przeciwstawny obywatelskości akronim TINA oznaczający There Is No Alternative (z ang. „Nie ma alternatywy”). Ów slogan. powtarzany od rządów Margaret Thatcher i Ronalda Reagana a używany początkowo w finansach, ekonomii i polityce, wskazujący, że dana opcja (czyli „nasza” opcja) jest jedynie sensowną i dopuszczalną, rozpełzł się na całą przestrzeń ludzkiej aktywności.
Właśnie dzięki globalnym, transnarodowym mediom i procesom globalizacyjnym tworzącym tzw. Globalczyka (p. G. Cimek Czas Globalczyka w: Sprawy Nauki nr 1/2023 i SN Nr 2 /2023) nastąpiła z jednej strony glajchszaltacja kultur w stronę westernizacji (amerykanizacji), a z drugiej wyraźnie obniżyły się standardy tego, co do tej pory uważano za racjonalność, realizm, pragmatyzm i zdystansowanie od oferty korporacyjnych mediów, narracji mainstreamu czy przekazu różnego rodzaju, namnożonych dzięki socjalnym sieciom tzw. autorytetów. Bo to są prawdy objawione. To bezdyskusyjna wiara w wyjaśnienia podawane przez jedynie uznanych, własnych egzegetów. Prawd „mówionych w imieniu dobra całego rodzaju ludzkiego, wymuszając ich zaaprobowanie jako substytutów prawdziwej cnoty” (J. S. Mill, Autobiografia).
Jest to przedłużenie niejako sporu pelagianizmu z augustianizmem -jakbyśmy się cofnęli o bez mała 1500 lat. Inne czasy, inne argumenty, ale jądro problemu pozostało nie zmienione. Pelagianie mówili, iż człowiek z natury jest doskonały. Św. Augustyn zaprzeczał, gdyż według niego niszczyć miało człowieka społeczeństwo i to, z czym je wiążemy: jego wytwory, jego interesy itd. Czyli determinizm panujących warunków.
Dzisiejsi „pelagianie”, czyli liberałowie i demokraci uważają, że konsumpcja i związane z nią szczęście oraz wolność ograniczona do „wolności zakupów” (p. B. Barber, Skonsumowani), w wyniku których to zjawisk następuje postęp, wzrasta równość i sprawiedliwość, to dogmat, realność docelowa. To Eden nie podlegający kontestacji, którego wizję należy przyjąć.
Ten niczym nie ograniczony zawężony i narzucony optymizm poznawczy nie uwzględnia napięć społecznych wynikających z kanonów liberalizmu wdrożonych do gospodarczych, kulturowych, z racji rozwoju technologicznego, oczekiwań w przedmiocie właśnie sprawiedliwości, równości, wolności (nie będących tylko zabawą i prymitywną konsumpcją).
Współczesny imperatyw konsumpcjonizmu spowodowany jest wynaturzeniem relacji człowiek – człowiek i sprowadzeniem jej do stosunku nabywca - sprzedający. Fetysz rynku (fetyszyzm jest wczesną formą religijnej wiary, wiary w magiczne właściwości przedmiotów) zaprzecza temu, co proponowała np. filozofia dialogu jako podstawy równoprawnych, tolerancyjnych, bez jakichkolwiek odniesień merkantylnych interpersonalnych relacji (M. Buber, Ja i Ty). A to zasadniczy kanon demokracji liberalnej wywiedziony z klasycznego liberalizmu.
Religia abstrakcyjnego fetyszyzmu uwalnia człowieka od ograniczeń, jakie niesie mu życie społeczne. Kasuje wątpliwości i zbędny zdaniem współczesnych pelagian krytycyzm. Religia przez poznanie Wszechrzeczy nie powstaje sama z siebie (mimo błędów, które powstają w efekcie takiego poznania), a dopiero wówczas, kiedy zaistnieje jako znaczenie społeczne (A. Karpiński, Religie monoteistyczne a społeczeństwa rynkowe, w: Religia a rynek).
Liberalizm - nowa religia
Liberalizm po 1991 r. objął w swe władanie praktycznie cały świat i przyczynił się do uznania demokracji wedle rozumienia jej przez liberalne elity euroatlantyckie za jedyną dopuszczalną formę rządów. Wskutek procesów globalizacyjnych i transplanetarnych korporacyjnych mediów stało się to dogmatem XXI. wieku. Praktyka pokazała, że Zachód tym samym stanął na pozycjach Kościoła katolickiego i papieży, który w swej doktrynie rozdają rozgrzeszenie i odpuszczają grzechy, jeśli się z nim zjednoczy podczas np. roku świętego i pielgrzymki do Rzymu. Oczywiście z równoczesnym uiszczeniem ofiary.
Interwencje zbrojne, które prowadzono w imię zaprowadzenia demokracji liberalnej w tej perspektywie były i są niczym krucjaty w średniowieczu, mające nawrócić pogan i heretyków na właściwe rozumienie prawdy. Czy to jest zgodne z klasycznym rozumieniem liberalizmu? - na pewno nie. Wszędzie, zwłaszcza w krajach Globalnego Południa ludzie na huragan turbokapitalizmu (neoliberalnych reform) zareagowali ucieczką „pod baldachim religii”.
Amerykańscy ewangelikanie wykonali i wykonują imponującą pracę eksportu wiary religijnej. Jednocześnie amerykańskie koncerny czynią to samo, by rosło zapotrzebowanie na tzw. „amerykanizm”, jako bazę dla ich zysków. W ten sposób USA po dwakroć przyczyniły się do powiązania ze swoim interesem dalekich od religii doktryn i ideologii – np. liberalizmu, uniwersalizmu, demokracji, stając się czołowym eksporterem religii i globalnym promotorem kapitalizmu w amerykańskiej wersji. Za Karolem Marksem można stwierdzić, że Ameryka eksportuje religijne „opium, jak i podsyca zapotrzebowanie na nie” (J. Micklethwait i A. Wooldridge, Powrót Boga).
A z demokracją liberalną (i samym liberalizmem powtarzanym jako neoliberalna mantra w przestrzeni publicznej) jest tak, jak z traktatem O Trójcy Świętej Akwinaty. Otóż Tomasz z Akwinu manuskrypt swego dzieła umieścił na ołtarzu katedry Notre Dame po to, by Bóg osobiście mógł zapoznać się z jego treścią. Bez względu na stosunek Boga do owego traktatu, bez boskiej recenzji i choćby znaku, św. Tomasz stwierdził, że Bóg zaaprobował jego tezy i jest tym samym jedynym w dziejach rodzaju ludzkiego autorem, który dostąpił tego zaszczytu (Ch. Hitchens, Bóg nie jest wielki). Analogicznie reagują zachodnie elity demoliberalne, które rzekomo są agnostyczne, ateistyczne, liberalne i tym samym sprzeciwiające się mieszaniu porządków ziemskiego i niebiańskiego. Dekretują to od dekad, że ich interpretacja liberalnych zasad, na których ma się opierać demokracja, jest jedyna, bezdyskusyjna i aprioryczna.
Radosław S. Czarnecki
Jest to pierwsza część eseju Autora „Liberalizm jako forma wierzenia religijnego” – drugą opublikujemy w następnym numerze, SN Nr 6-7/26. (red.)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 397
Zajęliśmy się w I części tego materiału zdefiniowaniem religii, pojęcia sacrum i wynikających stąd relacji interpersonalnych. Poza tym nakreślono w nim triadę liberalizm – demokracja – konsumpcjonizm jako rdzeń panującego systemu, dzięki niesłychanym możliwościom technologicznym (nieznanym w dotychczasowej historii ludzkości) formatującego świadomość ludzi: w wymiarze jednostkowym jak i zbiorowym.
Demokracja opiera się na nieustannym powątpiewaniu. Świat demokracji jest światem w ruchu, zmienia się, zderzają się w nim różne wartości, cele i interesy społeczne. (Krzysztof Teodor Toeplitz)
Wizerunek cywilizacji zachodniej od 2-3 dekad coraz wyraźniej uwidaczniał przejawy religijności. Na bieżąco relacjonowano modlitwy Jana Pawła II (potem Benedykta XVI i Franciszka I), jego podróże, śmierć i agonię papieża z Polski, żydowskie święta jak Jom Kippur, muzułmański ramadan, pielgrzymki wiernych do Mekki, wystąpienia Dalajlamy, spektakularne obchody na całym świecie w krajach katolickich (Hiszpania, Filipiny, Polska itd.) związane ze śmiecią Jezusa, obchody szyickich rytuałów w rocznicę śmierci Husajna ibn Alego (Aszura), kiedy wierni w różny sposób się okaleczają, co wzbudzało medialne zainteresowanie przeżywaniem doświadczeń religijnych (p. G. Corn, Religia i polityka w XXI wieku).
To samo od dekad obserwowano w USA, tej największej globalnej do niedawna gospodarce, hegemona politycznego i promotora tego, co kojarzy się z demokracją liberalną (J. Micklethwait, A. Wooldridge, Powrót Boga). W ten sposób model cywilizacji jaki wyeksportowano i upowszechniono na świecie przy pomocy globalizacji został naznaczony piętnem amerykanizmu z religijnym tłem. We wstępie do książki Bassama Tibi Fundamentalizm religijny, arabista prof. Janusz Danecki zauważył, iż obserwujemy – było to na przełomie XX i XXI w. – starcie religii i cywilizacji, w domyśle: cywilizacji utożsamianej z Zachodem. Trzeba dodać, że był to błędny wniosek. Gdy patrzymy dziś na sytuację globalną w tej mierze wyraźnie widzimy, że Zachód i jego dotychczasowe wartości są w silnej defensywie wobec wzrostu religijności (p. „Ewangelikanie i ewangelizacja”, Sprawy Nauki Nr 3 i 4 / 2026).
Fundamentalizm jest nie tylko zjawiskiem religijnym. Proponuje bowiem alternatywę, oparcie, podstawę dla rozedrganej, płynnej, pełnej możliwości, (które się zawężają na naszych oczach), ale dla wybranych. Pustka, z jaką współczesny człowiek się zderza w więdnącej pod wpływem procesów politycznych, kulturowych, ekonomicznych realnej rzeczywistości – zarówno w wymiarze materialnym (odczuwalny spadek jakości życia) jak i duchowym – dekonstrukcja dotychczasowych autorytetów i świeckich religii (utopii) musiała doprowadzić do zastąpienie takiej rzeczywistości transcendentalną, mistyczną, religijną abstrakcją (p. L. de Bonald, Teorie du pouvoir et religion demontre par le raissonnement et par l’histoire). Mimo wydania tej pozycji po raz pierwszy jeszcze w 1796 r., zachowuje ona cały czas autentyczność przy analizie takich i podobnych procesów społecznych.
Slavoy Žižek zauważył, że dziś zadaniem intelektualistów zachodnich nie jest ulepszanie zgniłego systemu, ale skupienie się na jego rosnących ograniczeniach. Zasadnicza utopia pogrążająca liberalne, demokratyczne myślenie polegające na tym, że mieszkańcy zachodnich, uprzywilejowanych krajów i klasy średniej oraz wyższej-średniej stanowiących o istocie systemu, mogący stale żyć w rzeczywistość toczącej się tak jak dotychczas, winna polec pod naciskiem intelektualnej dekonstrukcji (p. S. Žižek, „Potrzeba nowego rozdania”, Gazeta Wyborcza, 7-8.02.2015). Im szybciej tym lepiej.
„Poczucie własnej nieomylności i dogmatyzm łączące się z wiarą w cud” stanowi kruchą podstawę dla działalności publicznej (S. Bruce, Fundamentalizm). Tworzą się wówczas nierealistyczne, wyalienowane z realiów codziennego życia, miraże swej doskonałości. To działanie charakterystyczne dla typowych religijnych zelotów. Fundamentalistyczną cechą jest też chęć, dążność do kontroli środków i sposobów komunikacji społecznej.
Ironią wszelkich fundamentalizmów jest to, iż dawni dysydenci i kontestatorzy, którzy obejmują z czasem władzę przejawiają najszerzej idącą aktywność właśnie w tej mierze. I tak ma się dziś sytuacja z liberalnymi elitami, podobnie jak z koryfeuszami reformacji: Lutrem i Kalwinem, a w dalszej kolejności z intelektualistami i „erazmitami” walczącymi o tolerancję i pluralizm takimi jak Melanchton, Kapiton, Oekolampadius czy Bucer. Stali się oni po pokoju w Augsburgu (25.09.1555) i zapanowaniu zasady eius regio, cuius religio osobnikami czynnie i brutalnie tropiącymi herezje oraz różne odstępstwa od ich oficjalnie obowiązującej doktryny. Zwyczajnymi zelotami. Ogólnie rzecz ujmując, każdy fundamentalizm opiera się na przeświadczeniu, że istnieją pewne źródła i ich interpretacje, które są nieomylne i kompletne.
Sprowadzenie chrześcijaństwa do elementu władzy – po decyzjach Konstantyna Wielkiego i Teodozjusza Wielkiego – spowodowało ośmieszenie i dekonstrukcję wszelkich wartości związanych z uniwersalizmem, humanizmem, troską o stygmatyzowanego, wykluczonego (to pozostało tylko w formie jałmużny, a nie działań na rzecz zmiany stosunków społecznych i politycznych). Pierwotne wartości zostały odłożone do lamusa. Zaś dziś, na co w licznych wywiadach zwracał uwagę Zygmunt Bauman, przybywa ludzi którzy mają poczucie, że są gorsi od innych. A upokorzeni są gniewni, szukają środków, by ten gniew wyładować.
W erze powszechnej tik-tokeryzacji, disneylandyzacji i makdonaldyzacji wszystko stało się banałem, infantylnym gadżetem, klipem na ekranie i częścią przesuwających się stale kolorowych obrazów powodujących uczucie pustki, chaosu poznawczego, braku jakiegokolwiek fundamentu. Zdjęcie umierającej z głodu afrykańskiej dziewczynki i czekającego obok na jej śmierć sępa (Sudan, rok 1993, fotograf Kevin Carter) sąsiaduje z lampionami i fajerwerkami Las Vegas, brutalne walki w Sahelu, dżihadyści syryjscy (dziś szacowni reprezentanci „nowej Syrii”) z odciętymi głowami Alawitów i chrześcijan w dłoniach obcują z czerwonym dywanem w Hollywood, zdjęcia i informacje nt. Palestyńczyków ze zrównanej z ziemią i pozbawionej elementarnych warunków do życia Gazy, czego dokonał Izrael (uznawany za forpocztę demoliberalnego Zachodu na Bliskim Wschodzie) obcują z rautami, ceremoniami i balami euroatlantyckiej elity.
Świat w tej optyce, w tym medialnym bigosie jest absolutnie pozbawiony wszelkich wartości i punktów odniesienia - przy jednoczesnej liberalno-medialnej narracji, że jest to jedyna, wspaniała, docelowa dla całej ludzkości rzeczywistość. Musi to dotknąć również religii i doktryn, które do tej pory mogły wydawać się jakimiś drogowskazami, a którym horyzont odniesienia umknął w niebyt. Pozostała tylko infantylna, banalna, zawężona do zabawy, „radochy” i głupawych memów przestrzeń półrealna, półwirtualna.
Zmaterializowała się wieszczona przez Postmana, Huxleya czy McLuhana rzeczywistość. Taka świetlana przyszłość jest modelem na wskroś religijnym, bardzo podobnym do millenarystycznych wizji raju, złotego wieku, Edenu, świata przyszłości, kiedy Armagedon zniszczy tych złych, upadłych, brzydkich i niegodziwych. Wtedy zapanują autorytatywnie objawione zasady, wartości i ich interpretacje.
Myśl Starego Kontynentu od dawna jest porażona platońską wizją, ugruntowaną potem przez 2 tys. lat chrześcijańskiej władzy wdrożonej w doczesność (papizm i cezaropapizm, które są tym samym tylko w odbiciu lustrzanym), jakiejś siły nadnaturalnej, będącej idealnym prawzorcem wszystkiego, całej Wszechrzeczy.
Takie postrzeganie rzeczywistości eliminuje ewolucję i zmiany we wszystkich przestrzeniach, będąc rozumowaniem religijnym. Więc jeśli liberalizm uznał swe kanony i zasady za najlepsze i jedyne, wykreował się tym samym na doktrynę, która ma być szerzona bez względu na pluralizm kultur na świecie. W takim przypadku postępuje jak normalna dogmatyczna religia.
A przecież zgodnie „z tolerancją, mającą stanowić rudyment liberalizmu, każdy człowiek, każdy naród, każda cywilizacja może wybrać własną drogę do własnego celu niekoniecznie zgodną z drogami innych” (I. Berlin, „John Stuart Mill i cele życia” [w]: Cztery eseje o wolności).
Liberałowie, tracąc uniwersalizm i fundament swej idei i doktryny, stając się elementem sprawującym władzę opartej o dogmatyzm i aprioryzm (co stanowi istotę każdej religii), podtrzymali fatalną wadę: najlepiej czują się w towarzystwie sobie podobnych, wyznających te same idee, wartości, preferujących te same programy i mody (p. R. Bregman, Homo sapiens. Ludzie są lepsi niż myślisz).
Tradycja judeochrześcijańska mająca stanowić fundament kultury Zachodu nie pozwala wyjść poza horyzont światopoglądu opartego wyłącznie o ramy duchowości, etyki czy filozofii. Bez odwołań do prawnej kazuistyki, dziś idącej coraz bardziej w kierunku talmudycznego regulowania wszelkich możliwych aspektów życia. Niestety, liberalizm nie poszedł drogą systemów światopoglądowych rodem z Azji: buddyzmu, niektórych szkół hinduistycznych i dżinizmu.
Idea humanizacji śmierci przez rozpowszechnianie roli gilotyny w tym publicznym misterium, jakie towarzyszyło takim wydarzeniom, a potem przełożenie tego na wyroki śmierci dokonywane w zaciszach więzień czy kazamatów, które to akty „zgasiły wszelkie emocje, nawet najbardziej negatywne” kierowane przez tłum gapiów ku dekapitacji skazańców, oznaczać miało, że śmierć została zbanalizowana i odarta ze społecznych emocji. I było to częścią oświeceniowego humanizowania, uczłowieczania, racjonalizowania wszystkiego, co miało teraz dotyczyć nowoczesnego człowieka.
W tym przypadku, także zadawania mu śmierci. (F. Dürenmatt, Nocna rozmowa z człowiekiem, którym się gardzi). Orwellowski świat i panoptikon J. Benthama to przykłady i praktyki na zdolności liberalnych porządków we współczesnym świecie i ich degeneracji bliskich religijnym uzasadnieniom rodem z totalitarnych praktyk. Dziś nikt nikogo nie dekapituje, nie łamie kołem ani nie pali na stosie. Ale w Wieku kapitalizmu inwigilacji Shoshany Zuboff istnieją inne, nie mniej dolegliwe, dramatyczne sposoby materializacji świata Orwella. Pozbawia się jednostkę kontestującą liberalny porządek, nie godzącą się na jednowymiarowość prezentowaną i narzucaną przez mainstream, środków do życia, stawiając ją w sytuacji dziewczynki ze zdjęcia Cartera.
Eliminuje się ją nie tylko z przestrzeni wymiany myśli i komunikacji, ale pozbawia się ją możliwości normalnego bytu poprzez blokadę dostępu do usług bankowych, medycznych, korzystania ze środków komunikacji zbiorowej i indywidualnej (wyłączanie telefonów, konfiskata urządzeń itd.), zakaz przekraczania granic w Europie. I to w oparciu o decyzję administracyjną, od których nie ma w zasadzie odwołania. Kilkanaście osób z Europy już takie totalitarne represje spotkały ze strony Brukseli (np. pochodzącą z Kamerunu obywatelkę Szwajcarii Nathalie Yamb czy blogera z kraju Helwetów Pascala Lottaza).
O nadchodzącym systemowym kryzysie, groźniejszym niż to, co znamy z ostatnich dekad, grożącym gwałtownym wybuchem społecznego niezadowolenia w wyniku wzrostu światowej wieloetnicznej, wielokulturowej „underclass” czyli ludzi trwale wielopokoleniowo zdeklasowanych, zmarginalizowanych, stygmatyzowanych przez mainstream medialny jako nieudaczników i leni, przez to niewolnych i pozbawionych nadziei na poprawę swego losu ostrzegało już w I dekadzie XXI w. wielu myślicieli, emerytowanych polityków i naukowców. Tak różnych jak Henry Kissinger, Slavoy Žižek, Andriej Fursow, Thomas Piketty, Lester C. Thurow czy Emmauel Todd.
Za tę sytuację odpowiada autorytarnie panujący liberalizm, który cofnie zapewne cywilizację o dekady, podobnie jak to było po upadku Rzymu. Demonstracje antyglobalistów, ruch ”Occupy Wall Street” czy protesty przeciwko Acta już dawno były sygnałem, że społeczny bunt kiełkuje i to w tych przestrzeniach, gdzie elity i mainstream się tego nie spodziewały. Te ruchy społeczne można przyrównać do religijnej kontestacji w ramach systemu chrześcijańskiego totalitaryzmu średniowiecza.
To była odpowiedź na władzę Kościoła, pokazująca z jednej strony erozję doktryny, a z drugiej – zapowiedź tego, co zaczął Luter w 1517 roku, przybijając 95 tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze (31.10.1517). Dotyczyły one m.in. ruchu flagelantów, beginek i begardów, waldensów, katarów (albigensów), mendykantów, lollardów, joachimitów itd. Niektóre ruchy, podobnie jak obecnie, system zaabsorbował pacyfikując ich początkowy radykalizm. Inne, przy pomocy władzy świeckiej, zniszczył eliminując fizycznie liderów (Dolcino, Hus, Savonarola, Tyler, Müntzer) lub stosując przy pomocy krucjat ludobójstwo (represje wobec albigensów/katarów czy husytów). Dziś można kontestatorów systemu wykluczyć z przestrzeni publicznej przy pomocy technologii (bez możliwości jakiegokolwiek odwołania niczym od wyroku inkwizycji).
Gdy system wyczerpuje swe możliwości rozwoju, gdy racjonalizm i pragmatyzm podpowiadają, że koniec się zbliża, wzbierają emocje, rozgorączkowane namiętności i dziecinne fantazje. Wzrastają upodobania do swarów i kłótni, pieniactwo i towarzysząca jej agresja, hipokryzja pomieszana z patosem świętości i przede wszystkim chciwość. Doskonale te procesy opisuje schyłek wielowiekowej epoki średniowiecza Johann Huizinga, znakomity mediewista i filozof kultury w Jesieni średniowiecza. Czy dziś tych nie obserwuje się tych zjawisk, powszechnych w społeczeństwach Zachodu, gdzie liberalizm panował od dekad? Schyłek średniowiecza, epoki królestwa religijności, jednowymiarowej kultury owocował niesłychaną bigoterią, przy jednoczesnym upadku zasad tak podnoszonych przez panujący system. Analogie z czasami współczesnymi są nad wyraz czytelne. Jak stwierdził Bertrand Russel - „Nigdy nie daj się zwieść temu, w co chcesz wierzyć”.
Radosław S. Czarnecki
Jest to druga, ostatnia część eseju Radosława Czarneckiego "Liberalizm jako forma wierzenia religijnego". Część pierwszą zamieściliśmy w SN Nr 5/26 (red.)

