banner


Czytając tytuł, można pomyśleć, że to jakaś aberracja. Liberalizm w swej ikonicznej wersji musi być antytezą wszelkich wierzeń religijnych, dogmatów, być uosobieniem swobód i najszerzej rozumianego obywatelstwa. Taki efekt to instytucjonalizacja oblekająca każdą ideę w struktury władzy ze wszystkimi jej atrybutami, której niezwykle jest pomocna zawsze wiara religijna (przekaz wertykalny określonych prawd, interpretacji, wizji rzeczywistości itd. z poddaniem się autorytetom). I zawsze temu towarzyszy przeformatowanie się idei na podobieństwo dogmatycznej, zbiurokratyzowanej i siłą rzeczy, przeciwstawnym jej rudymentarnym kanonom, religii. Tu - najszerzej rozumianej wolności jednostki.

Budowanie społeczeństwa obywatelskiego i obywatelskiej polityki, zdolnej przywrócić demokracji jej prawdziwy sens, jest niemożliwe bez zerwania z dogmatami liberalizmu.
Samir Amin



Czarnecki do zajawkiZasadniczą i bezpośrednio związaną z podstawowym paradygmatem liberalizmu w klasycznym ujęciu jest jego rozumienie tolerancji. Tu trzeba wybrać to, co jeden z koryfeuszy XX w. myśli liberalnej John Gray (Dwie twarze liberalizmu) określił jako nieprzekraczalne antynomie: z jednej strony chodzi o ideały racjonalne - sterowane i promowane przez uznające siebie za elity - sposoby i formy życia, a z drugiej przekonanie (i to jest chyba jednoznacznie zgodne z pluralizmem, wielokulturowością i partnerstwem), że szczęście i dobrobyt to wieloznaczne pojęcia, a samorealizację i ich osiągnięcie można dokonać na różne sposoby, zależne od warunków lokalnych i kultury.

Jeżeli chcemy sklasyfikować liberalizm jako formę religii, to będzie to tzw. ateistyczna religia ideału. W tej formie wierzeń ideał Absolutu zastępuje się jednostkowym człowiekiem, który ma unikać cierpienia, stawać się ciągle szczęśliwym, radosnym, zająć się dążeniem do subiektywnie pojętej doskonałości.
W odróżnieniu od azjatyckich religii typu buddyzm, konfucjanizm, bądź dżinizm – wykastrowano ową wiarę z doskonalenia wewnętrznego, duchowego. Z dążenia do pełniejszego poznania Wszechrzeczy.

Trzy filary religii

Każdą religię budują trzy filary. To kult, doktryna i organizacja. Kult to określone praktyki, czynności, akty, dzięki którym, poprzez manifestację, oddaje się cześć, podkreślając tym przynależność do zbiorowości. Doktryna to zbiór określonych poglądów, poprzez które racjonalizuje się wiarę. Zaś organizację stanowi struktura instytucjonalna, zespół specjalistów od objaśnienia meandrów i interpretacji Pism Świętych zawierających dogmaty, utwierdzanie wspólnoty w ścisłym związku z centralą. Wspomniani specjaliści od egzegezy aktualnie wymaganej wiedzy i poprawnie politycznych poglądów stymulują świadomość wiernych. Dziś to skutecznie czynią korporacyjne media i sieci społecznościowe.

Definicja sacrum mówi najogólniej, iż są to sprawy i rzeczy wyłączone z dziedziny świeckości, wiązane z boskością, absolutem, transcendencją. To symbioza świętości bezpośrednio z Absolutem i przysługującymi mu przymiotami o wybitnym poziomie moralno-etycznym.

Z kolei najbardziej ogólna definicja religii o etymologicznym rodowodzie wiąże się z łacińskim pojęcie religiare (czyli związanie z Bogiem, z siłą wyższą, nadprzyrodzoną). Tak tłumaczył m.in. znaczenie religii (łac. religio) chrześcijański retor i apologeta Lucius Caelius Firmianus Laktantius (III-IV w. n.e.) w swym najważniejszym dziele Institutiones divinae. Z tym związane jest to, co św. Augustyn (IV-V w n.e.) określił obraniem sobie za cześć jakiś przedmiot ([w]: O państwie bożym).
Ważnymi w tej przestrzeni są refleksje na temat religii Georga Hegla, Ludwiga Feuerbacha, Maxa Mülera (twórcę nowożytnego religioznawstwa), Jamesa Frazera czy Friedricha Schleiermachera. Znaczącym jest też w tych rozważaniach refleksja pozostawiona przez dorobek Williama Jamesa, który na religię patrzył z typowo pragmatycznego, jurydycznego i amerykańskiego punktu widzenia. „Religia to wiara w porządek wyższy, niewidzialny i w to że najwyższe dobro zależne jest od naszego dostrojenia się do tego porządku” ([w]: Priciples of psychology).

Materialistyczne, historyczne i kulturowe ujmowanie religii musi jednak uwzględniać przede wszystkim jej społeczne znaczenie. I jej odniesienie do świata, ludzkości i człowieka jako jednostki do wspólnoty, w której bytuje, nierozerwalnie związanej z rozwojem ekonomicznym, kulturą, politycznego kontekstu w jakim trwa dana zbiorowość. Nie jest ona wiecznym, niezmiennym, danym na zawsze modelem (K. Marks, F. Engels, marksizm).

W tej konwencji utrzymane jest też rozumienie religii zaprezentowane przez kanadyjskiego religioznawcę Petera Beyera, który mówi, iż „religia to typ komunikacji oparty na opozycji immanentne / transcendentne, który użycza znaczenia źródłowej nieokreśloności wszelkie znaczącej komunikacji ludzkiej i dostarcza sposobów przezwyciężenia tej nieokreśloności, a przynajmniej radzenia sobie z nią i jej konsekwencjami” (Religia i globalizacja).

Jako struktura wertykalna, gdzie wspólnota ma do dyspozycji określone dogmaty zawarte w tzw. Pismach Świętych i spisanych interpretacjach owych kanonów dokonanych przez różnego rodzaju dawnych i współczesnych egzegetów jest zjawiskiem społecznym formatującym w określony sposób jednostki utożsamiające się z tym przekazem. Inaczej mówiąc – wiernych. Niektórzy powiedzą, że liberalizm nie proponuje czegoś takiego jak termin sacrum. W dzisiejszym czasie to już jednak przeszłość.

Niebiański Eden już na Ziemi

Religia kreuje ponadto zawsze sztuczną, doskonałą rzeczywistość, która oczekuje na wyznawców w zaświatach. Jednak triada: liberalizm – demokracja – konsumpcjonizm sprowadziły niebiański Eden na Ziemię. Tu i teraz jest szczęście, dobrobyt, radość i przeżywanie sukcesu. Dzięki możnym tego świata, ultraliberałom i systemowi, który promujemy i zalecamy. Nie musisz myśleć, baw się, uśmiechaj, konsumuj. Taka miękka dyktatura codziennie promowana przez media stanowiące część tej religii jako jeden z elementów systemu tworzy postnowoczesnych, sytych, zadowolonych niewolników, ślepych, irracjonalnych wyznawców (bo im to wmówiono, a oni uwierzyli, iż żyją w najlepszym z systemów będącym szczytem rozwoju naszego gatunku).

„A najbardziej mroczne są te dyktatury, którym ludzie ulegają nie w oparciu o to, czego się boją, ale ze względu na to, co najbardziej lubią” (A. Huxley, Syntetyczny Bóg). To dyktatura życzliwa, aksamitna, puszysta, a narkotykiem - jak sugerował Huxley w swych rozważaniach, jest konsumpcja uosobiona ze szczęśliwym i bezgrzesznym życiem. Masz tylko nie myśleć samodzielnie, nie być krytycznym, zająć się swoimi prywatnymi sprawami, a nam, możnym tego systemu, tworzącym ten doskonały świat, zostawić te najważniejsze sprawy. Bo my wiemy lepiej. Czy to niej jest typowa ilustracja konstrukcji religijnej?

Takie pojęcie osoby ludzkiej jest absolutnie sprzeczne z oświeceniowym, liberalnym (klasycznie pojmowanym) rozumieniem obywatela. Bo on a priori jest alternatywą stojącą na antypodach tego, czym jest konsument. Konsument to wyznawca, zaprogramowany, często fundamentalista i fanatyk. Liberalny, tolerancyjny, rozumiejący złożoność rzeczywistości obywatel jest biegunowo odmiennym jego wizerunkiem.

Liberalizm, który potocznie utożsamiono z neoliberalizmem (czyli konstrukcją sprowadzoną wyłącznie do rynku, zysków i gier wedle relacji kupno – sprzedaż), zwulgaryzowaną częścią liberalnych rozważań Adama Smitha, dzięki politycznej, eksperckiej, naukowej i medialnej narracji po upadku muru berlińskiego, wszedł na pole religijnych, antywolnościowych i coraz bardziej autorytarnych rozwiązań. Symbolem tego jest toksyczny, niedemokratyczny, antywolnościowy i przeciwstawny obywatelskości akronim TINA oznaczający There Is No Alternative (z ang. „Nie ma alternatywy”). Ów slogan. powtarzany od rządów Margaret Thatcher i Ronalda Reagana a używany początkowo w finansach, ekonomii i polityce, wskazujący, że dana opcja (czyli „nasza” opcja) jest jedynie sensowną i dopuszczalną, rozpełzł się na całą przestrzeń ludzkiej aktywności.

Właśnie dzięki globalnym, transnarodowym mediom i procesom globalizacyjnym tworzącym tzw. Globalczyka (p. G. Cimek Czas Globalczyka w: Sprawy Nauki nr 1/2023 i SN Nr 2 /2023) nastąpiła z jednej strony glajchszaltacja kultur w stronę westernizacji (amerykanizacji), a z drugiej wyraźnie obniżyły się standardy tego, co do tej pory uważano za racjonalność, realizm, pragmatyzm i zdystansowanie od oferty korporacyjnych mediów, narracji mainstreamu czy przekazu różnego rodzaju, namnożonych dzięki socjalnym sieciom tzw. autorytetów. Bo to są prawdy objawione. To bezdyskusyjna wiara w wyjaśnienia podawane przez jedynie uznanych, własnych egzegetów. Prawd „mówionych w imieniu dobra całego rodzaju ludzkiego, wymuszając ich zaaprobowanie jako substytutów prawdziwej cnoty” (J. S. Mill, Autobiografia).

Jest to przedłużenie niejako sporu pelagianizmu z augustianizmem -jakbyśmy się cofnęli o bez mała 1500 lat. Inne czasy, inne argumenty, ale jądro problemu pozostało nie zmienione. Pelagianie mówili, iż człowiek z natury jest doskonały. Św. Augustyn zaprzeczał, gdyż według niego niszczyć miało człowieka społeczeństwo i to, z czym je wiążemy: jego wytwory, jego interesy itd. Czyli determinizm panujących warunków.

Dzisiejsi „pelagianie”, czyli liberałowie i demokraci uważają, że konsumpcja i związane z nią szczęście oraz wolność ograniczona do „wolności zakupów” (p. B. Barber, Skonsumowani), w wyniku których to zjawisk następuje postęp, wzrasta równość i sprawiedliwość, to dogmat, realność docelowa. To Eden nie podlegający kontestacji, którego wizję należy przyjąć.
Ten niczym nie ograniczony zawężony i narzucony optymizm poznawczy nie uwzględnia napięć społecznych wynikających z kanonów liberalizmu wdrożonych do gospodarczych, kulturowych, z racji rozwoju technologicznego, oczekiwań w przedmiocie właśnie sprawiedliwości, równości, wolności (nie będących tylko zabawą i prymitywną konsumpcją).

Współczesny imperatyw konsumpcjonizmu spowodowany jest wynaturzeniem relacji człowiek – człowiek i sprowadzeniem jej do stosunku nabywca - sprzedający. Fetysz rynku (fetyszyzm jest wczesną formą religijnej wiary, wiary w magiczne właściwości przedmiotów) zaprzecza temu, co proponowała np. filozofia dialogu jako podstawy równoprawnych, tolerancyjnych, bez jakichkolwiek odniesień merkantylnych interpersonalnych relacji (M. Buber, Ja i Ty). A to zasadniczy kanon demokracji liberalnej wywiedziony z klasycznego liberalizmu.

Religia abstrakcyjnego fetyszyzmu uwalnia człowieka od ograniczeń, jakie niesie mu życie społeczne. Kasuje wątpliwości i zbędny zdaniem współczesnych pelagian krytycyzm. Religia przez poznanie Wszechrzeczy nie powstaje sama z siebie (mimo błędów, które powstają w efekcie takiego poznania), a dopiero wówczas, kiedy zaistnieje jako znaczenie społeczne (A. Karpiński, Religie monoteistyczne a społeczeństwa rynkowe, w: Religia a rynek).

Liberalizm - nowa religia

Liberalizm po 1991 r. objął w swe władanie praktycznie cały świat i przyczynił się do uznania demokracji wedle rozumienia jej przez liberalne elity euroatlantyckie za jedyną dopuszczalną formę rządów. Wskutek procesów globalizacyjnych i transplanetarnych korporacyjnych mediów stało się to dogmatem XXI. wieku. Praktyka pokazała, że Zachód tym samym stanął na pozycjach Kościoła katolickiego i papieży, który w swej doktrynie rozdają rozgrzeszenie i odpuszczają grzechy, jeśli się z nim zjednoczy podczas np. roku świętego i pielgrzymki do Rzymu. Oczywiście z równoczesnym uiszczeniem ofiary.

Interwencje zbrojne, które prowadzono w imię zaprowadzenia demokracji liberalnej w tej perspektywie były i są niczym krucjaty w średniowieczu, mające nawrócić pogan i heretyków na właściwe rozumienie prawdy. Czy to jest zgodne z klasycznym rozumieniem liberalizmu? - na pewno nie. Wszędzie, zwłaszcza w krajach Globalnego Południa ludzie na huragan turbokapitalizmu (neoliberalnych reform) zareagowali ucieczką „pod baldachim religii”.

Amerykańscy ewangelikanie wykonali i wykonują imponującą pracę eksportu wiary religijnej. Jednocześnie amerykańskie koncerny czynią to samo, by rosło zapotrzebowanie na tzw. „amerykanizm”, jako bazę dla ich zysków. W ten sposób USA po dwakroć przyczyniły się do powiązania ze swoim interesem dalekich od religii doktryn i ideologii – np. liberalizmu, uniwersalizmu, demokracji, stając się czołowym eksporterem religii i globalnym promotorem kapitalizmu w amerykańskiej wersji. Za Karolem Marksem można stwierdzić, że Ameryka eksportuje religijne „opium, jak i podsyca zapotrzebowanie na nie” (J. Micklethwait i A. Wooldridge, Powrót Boga).

A z demokracją liberalną (i samym liberalizmem powtarzanym jako neoliberalna mantra w przestrzeni publicznej) jest tak, jak z traktatem O Trójcy Świętej Akwinaty. Otóż Tomasz z Akwinu manuskrypt swego dzieła umieścił na ołtarzu katedry Notre Dame po to, by Bóg osobiście mógł zapoznać się z jego treścią. Bez względu na stosunek Boga do owego traktatu, bez boskiej recenzji i choćby znaku, św. Tomasz stwierdził, że Bóg zaaprobował jego tezy i jest tym samym jedynym w dziejach rodzaju ludzkiego autorem, który dostąpił tego zaszczytu (Ch. Hitchens, Bóg nie jest wielki). Analogicznie reagują zachodnie elity demoliberalne, które rzekomo są agnostyczne, ateistyczne, liberalne i tym samym sprzeciwiające się mieszaniu porządków ziemskiego i niebiańskiego. Dekretują to od dekad, że ich interpretacja liberalnych zasad, na których ma się opierać demokracja, jest jedyna, bezdyskusyjna i aprioryczna.
Radosław S. Czarnecki

Jest to pierwsza część eseju Autora „Liberalizm jako forma wierzenia religijnego” – drugą opublikujemy w następnym numerze, SN Nr 6-7/26. (red.)