Ekonomia (el)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3386
Z prof. Zbigniewem Madejem z Instytutu Nauk Ekonomicznych PAN rozmawia Anna Leszkowska
- Panie Profesorze, jakie skutki, według pana, przynosi globalizacja i jak to zjawisko jest powiązane z systemem neoliberalnym?
- Globalizacja – zwłaszcza w sferze systemowej, geografii i tempa światowego wzrostu gospodarczego oraz w relacjach między kapitałem a pracą - zmieniła świat bardzo istotnie.
Zaczynała się w początkach lat 70., gdy na świecie istniały dwa mega systemy: kapitalistyczny i socjalistyczny i gdy w krajach kapitalistycznych doktryną i zasadami gospodarowania rządził keynesizm. Po zaledwie 30 latach nie ma socjalizmu typu wschodniego, ani interwencjonizmu typu keynesowskiego. Nie ma też formy typu doktrynalnego nazwanego neoliberalizmem, który był swoistym antagonistą systemu keynesowskiego. Zastanawiające jest, że te trzy ważne zjawiska pojawiły się w tak krótkim czasie, choć zbudowanie tych światów – nie mówiąc już o intelektualnym przygotowaniu do tego - trwało cały wiek XIX, a licząc od rewolucji październikowej – ponad 70 lat. Rozpad natomiast był błyskawiczny i na szczęście – spokojny. I to jest pierwszy skutek globalizacji w XX w., w wyniku której świat kapitalistyczny zyskał też nowe, ogromne - liczące ok. 1/3 powierzchni globu - obszary dla gospodarki rynkowej. Historia nie zna takiego przypadku. Idąc tym tropem i trzymając się spraw gospodarczych, to w tymże czasie nastąpiła intensyfikacja samego procesu urynkowienia świata. W miarę jak globalizacja się rozszerzała, już po rozpadzie socjalizmu wschodniego, wolny rynek z dużym impetem wchodził na tereny na poły rynkowe w krajach słabo rozwiniętych. A były to jednak obszary dość poważne.
W tym czasie nastąpiła też tzw. finansyzacja świata, zmieniając go zasadniczo. Cały wiek XX należał do epoki industrialnej, natomiast globalizacja sprawiła, że prawie w mgnieniu oka – jak na takie wydarzenia - przeniósł się do epoki postindustrialnej, dla której jeszcze nie przyjęto jednolitej nazwy. Jedni nazywają ją etapem usług, drudzy – postkapitalistycznym, czy postindustrialnym. I to też trzeba zaliczyć do skutków systemowych globalizacji.
Pointa tego jest mniej więcej taka: przez 70 lat obydwa mega systemy, stanowiące tezę i antytezę, mocno się do siebie przyzwyczaiły, były bowiem dziećmi tej samej epoki industrializacji. I choć kłóciły się i prowadziły wojny, to współistniały. Co więcej, socjalizm uważał, że nie jest grzechem handel z kapitalistami w sensie eksportu i importu, ale już to, co kapitaliści w międzyczasie zastosowali - przepływ technologii, tytułu własności i managementu – było naganne.
Te trzy „naganne” elementy sposobu gospodarowania były w pewnym momencie dla socjalizmu nieosiągalne choćby dlatego, że istniał monopol własności państwowej, a po drugie, socjalizm nie mógł się przestawić - jak kapitalizm - na sferę finansową, bo zabraniała mu tego sama doktryna. Proletariat i finanse to połączenie, które od zawsze było ze sobą na bakier. Dla ludzi, którzy reprezentowali, czy powoływali się na proletariackie państwo, czy system socjalistyczny, nie wchodziło w rachubę, żeby pozytywnie odnosić się do finansów.
Następstwem tego było to, że rozwijając się z dala od współczesnej sfery finansowej, nie nabywano umiejętności korzystania ani z niej, ani z jej bazy organizacyjnej. Nie było giełdy, biur maklerskich, zdolności do instalowania się na nowym terenie w „całym garniturze”.
I to była ważna sprawa w systemowym przestawianiu się na jednolity system kapitalistyczny. Kapitalizm zdobył więc prawie monopolistyczną pozycję i tak, jak wyeliminowany socjalizm i socjaliści nie wiedzieli jak znaleźć się w tym nowym dla siebie świecie, tak samo kapitaliści nie wiedzieli – i do dzisiaj nie wiedzą - jak zachować się w nowej sytuacji. Jakby obie strony tęskniły za tym, co było. Chińczycy, którzy poszli inną drogą, zachowując nawet nazwę socjalistycznego państwa, chcą odgrywać rolę przeciwstawnego do kapitalizmu bieguna, ale w nowy sposób. Czyli z rynkiem kapitałowym, szeroko rozwiniętą wymianą wszelkiego typu i oczywiście z wzajemnym korzystaniem z technologii. Generalnie, jesteśmy w momencie zmiany. Nie wyklarowały się jeszcze wyraźne systemy, a świat ciągle nie wie, jak się znaleźć w tej nowej sytuacji. I to także jest rezultat globalizacji. Może gdyby ona odbywała się wolniej, spokojniej, gdyby zaczęła się wcześniej, to zdecydowanie byłoby inaczej. Bo wówczas były nie tylko inne technologie, ale w świecie kapitalistycznym panowała doktryna keynesowska, czyli nie bylibyśmy ubrani w neoliberalny kostium. To byłoby chyba bardziej strawne dla całego wschodniego świata.
Czyli można powiedzieć, że globalizacja dała kapitalizmowi kawał świata, a socjalizmowi – nowy system. I nawet jeśli Chińczycy jeszcze socjalizm podtrzymują, to ma on oblicze rynkowe.
- Twierdzi pan, że globalizację stworzyły państwa narodowe, ale one przecież na globalizacji bardzo tracą, słabną. Nie wiedziały co czynią?
- To jest kolejny wielki problem nie do końca zrozumiały przez współczesnych badaczy. Faktem jest, że robiły to państwa narodowe, bo innych sił do tego zdolnych nie było. I to robiły bezwzględnie.
Państwo nie tylko wprowadza propaństwową doktrynę keynesowską, czyli interwencjonizm, i jest tego sprzymierzeńcem. Państwo robi także deregulację, prywatyzację i wszystko na rzecz wolnego rynku, wolnego handlu. W ostateczności wszystkie decyzje tego typu przechodzą przez państwo, bo muszą one mieć wyraz prawny. Owszem, państwo zarówno wówczas, kiedy stosuje interwencjonizm, jak i gdy przechodzi na drogę liberalną jest pod naciskiem sił kapitałowych i innych, także intelektualnych. Bo liberalizm wiąże się z większą wolnością osobistą.
Problem jednak nie jest w tym, że państwo to robi – bo zawsze robiło - ale w tym, że sprowokowało łabędzi śpiew państw narodowych. Dlaczego, widząc podcinanie samych korzeni państw narodowych przez kapitał międzynarodowy, czyli globalizację – państwa robiły to z tak wielką intensywnością i zaangażowaniem? Czy nie zdawano sobie sprawy z tego, że jest to ostatni śpiew państwa narodowego? Czy też nacisk sfer rynkowych, kapitału był tak duży, że wszyscy na wschodzie byli zauroczeni nie tyle kapitalizmem, który jest średnio lubiany, ale Zachodem jako takim? Zachodem, który od wieków był np. w Polsce uznawany za wyrocznię rzeczy dobrych? Ten element w pewnym sensie tłumaczy zachowanie się państw, ich aktywność w tym względzie. Ale nie wykluczam też takiego tłumaczenia, że może niektórzy z państwowych działaczy uważali, że sobie z tą globalizacją poradzą. Przykładem takiego spojrzenia jest Rosja, która choć nie najszczęśliwiej sobie z nią poradziła, to jednak próbuje się z nią mierzyć na swój sposób – podobnie jak Chiny, które świetnie się wpisały w proces globalizacji i stały się jej największym beneficjentem.
Chiny zresztą od dawna prowadzą własną politykę i zapewne nie zrezygnują z pierwszego miejsca w świecie pod względem gospodarczym. Możliwe, że za 20 lat będą największą potęgą gospodarczą na świecie, natomiast nie wiadomo, czy w ślad za tym cała nadbudowa kulturowa też będzie typu chińskiego. Prawdopodobnie nie, z czego Chińczycy zdają sobie sprawę i tym samym mają większe szanse opanować świat od strony gospodarczej – bo nie budzą podejrzeń. To, co robią Chińczycy jest naprawdę majstersztykiem.
Zadziwiające jest choćby to, jak Chińczycy - będąc z daleka od głównych nurtów kapitalistycznego rozwoju i opóźnieni w tym rozwoju – umiejętnie weszli w eksport, stając się światową potęgą eksportową. My w epoce Gierka mieliśmy z tym kłopoty. To jest zastanawiające, gdyż Chińczycy już kiedyś brali się za przewodzenie światu bez rozgłosu - mieli przecież druk, proch – ale nie umieli tymi wynalazkami handlować. Tymczasem teraz poradzili sobie z tym problemem.
- Skoro jesteśmy przy Chinach, przypomina pan jeden z aspektów globalizacji – tanią siłę roboczą, która pozwala na przesuwanie się ośrodków dynamiki gospodarczej. A czy w Europie, USA, mamy ją drogą? To skąd się wziął prekariat na Zachodzie, nierówności dochodowe i życie milionów ludzi na coraz niższym poziomie?
- Chińska siła robocza – podobnie jak innych krajów azjatyckich – w porównaniu z innymi krajami cechuje się tym, że są to ludzie skrupulatni, dokładnie pracujący i niestety, marnie zarabiający. Dopiero w najbliższej dekadzie mają się poprawić warunki ich bytu.
Istotnie, na świecie w czasach globalizacji liczne warstwy pracowników nie odczuwają wielkiej poprawy. Kraje wysoko rozwinięte, kiedy kapitał zaczął szaleć, uspokajały świat i protekcjonalnie pocieszały biedniejszą resztę, że w przypływie wszystkie łodzie się podnoszą. I co prawda nierówno, bo nierówno, ale w wielu krajach się podniosły. Jednak łodzie lżejsze szybciej się ruszają. Chińczycy startowali z tak małych zasobów, że mogli wpływać na wielkie wody na kajaku i zrobili to szybko.
Sekret globalizacji tkwi jeszcze w tym, że dynamizm typu horyzontalnego jest szybko zauważalny – widzimy, jak ośrodki wzrostu gospodarczego przesunęły się do Azji, Afryki i Ameryki Południowej. Ale już nie dostrzegamy zjawiska wertykalnego: że ogólny produkt światowy nie rośnie tak szybko jak w typowej industrializacji. I żadne prognozy nie przewidują, że będzie rósł szybciej. Dlatego jeśli mówić o globalizacji, to jest ona bardzo silna w rozpychaniu się, w ekspansji terytorialnej, ale już nie w tradycyjnym wzroście gospodarczym z czego słynął wiek XX (bez końcówki). I mimo, że kraje rozwijające się robią wszystko, aby nie dopuścić do spadku tempa wzrostu PKB, to ono spada. Ale może i dobrze, że tak się dzieje, bo od dawna zwracano uwagę, iż imperatyw: „więcej i szybciej” jest dla ludzkości zabójczy. Choćby z powodu ograniczoności zasobów naturalnych. I choć ostatnio jest on podcinany w sposób spontaniczny przez część społeczeństwa, to kapitał nie bardzo się tym przejmuje. Kapitał nie dąży bowiem do zwalniania tempa, on może okresowo wycofywać się w sytuacji niepewnej, czekać na lepszy czas.
Jednak spadek PKB jest zjawiskiem w skali globu. Piketty twierdzi nawet, że mamy do czynienia z końcem wzrostu gospodarczego. Gdyby to rozpatrywać w długim horyzoncie, to wiemy, że do rewolucji przemysłowej tempo wzrostu było minimalne, dopiero kapitalizm przemysłowy dawał tempo przyrostu PKB ok. 3%. Obecny spadek może wskazywać, że okres wysokiego wzrostu PKB był tylko incydentem w historii ludzkości. Usługi, które są cechą obecnej gospodarki i odgrywają decydującą rolę w tworzeniu PKB, nie dają już tak dużego przyrostu. Nikt jednak nie umie wytłumaczyć tego, dlaczego tak się dzieje. Na XXI wiek nie ma jednak optymistycznych prognoz co do tempa wzrostu PKB.
- Przewiduje pan – pesymistycznie - że będzie rosnąć rola kapitału i to się, niestety, nie zmieni. Ale przy coraz większych nierównościach społecznych przyjdzie moment, kiedy on nie będzie mógł już rosnąć, bo nikogo nie będzie stać na konsumpcję…
- Oceniając tę sytuację przy pomocy obecnego systemu ocen widzę, że nie ma sił społecznych, które byłyby dla kapitału równie liczącym się partnerem jak proletariat. Kapitał to wykorzystuje i będzie wykorzystywać. Podział dochodu zawsze odbywał się na płaszczyźnie gospodarczo – politycznej, czy społeczno-politycznej. To nie był nigdy czysty podział ekonomiczny.
Wybitny amerykański ekonomista Robert Solow twierdził, że istnieją stałe proporcje między udziałem w PKB pracy i kapitału. I uwierzono, że tak będzie zawsze. W 2012 skruszony napisał, iż się pomylił, a Piketty mu przypomniał, iż to właśnie on głosił tę zasadę. Zatem wśród ludzi bardzo poważnych, z dorobkiem naukowym panuje przekonanie, że kapitał nie będzie zrównoważony.
Niemniej kapitał będzie musiał się zreflektować, bo zabraknie mu choćby surowców naturalnych. Nie wykluczam więc, że nastąpi spontaniczne – może z bojaźni, może z wyrachowania - zatrzymanie tych rosnących różnic miedzy kapitałem a pracą. Na wyhamowanie rozwoju świata mogą wpłynąć i inne czynniki, poza brakiem surowców: zagęszczenie ludności, jakość powietrza, czy wody.
- A jakie przewidywania są co do sfery publicznej? Zdoła utrzymać się jako niezależna, finansowana z podatków, ogólnie dostępna, czy będzie szła na pasku kapitału prywatnego?
- W tej chwili wiele się mówi o prywatyzacji rent i emerytur (np. OFE). Kapitał prywatny, instytucje zarządzające tymi funduszami, próbują z nich wyciągnąć dla siebie jak najwięcej. I ten dotkliwy dla emerytów ich aspekt jest znany i opisany. Natomiast jest coś w rodzaju prywatyzacji życia ludzkiego, która nie jest nazywana prywatyzacją. Otóż na zrealizowanie idei sfery publicznej stworzono budżet państwa, wprowadzając podatki (jednym z kryteriów definiujących państwo była zdolność ściągania przez nie podatków).
Tymczasem dzisiaj – wskutek osłabienia państwa – ta zdolność ściągania podatków jest słaba. Ale życie jest bogate, więc ludzie znaleźli tu wyjście. Skoro budżety nie są należycie zasilane przez podatki, a z podatnikami trzeba się użerać, to władza pobór podatków spisuje coraz bardziej na straty. Po co się wykłócać z podatnikami i wywoływać nieprzychylne władzy nastroje, skoro łatwiej dostępny jest tzw. kredyt publiczny, czyli pożyczanie pieniędzy od tych, którzy dziś je mają. Państwo ich nie ma bo nigdy nie było zasobne, nawet w XX w., kiedy było bogatsze i kiedy zasada płacenia podatków była szanowana. Teraz ta zasada nie jest szanowana ani przez państwo, ani podatników. Cały świat poszedł więc w tzw. dług publiczny i wszyscy kredytobiorcy są zadowoleni, bo nie mają problemów, zaciągają kredyty i podpierają się nimi w rządzeniu. I ta cała sfera publiczna, już okrojona, nie sprawia problemów rządzącym. Ci, którzy prognozują, że musi się to czymś złym skończyć, nie definiują, w jaki sposób to miałoby nastąpić.
Gdyby oceniać to kategoriami zbilansowanych budżetów, tj. tyle wydatków, ile przychodów, to dawniej samo przekroczenie wydatków było sygnałem do zastanowienia. Bo kredyty należało spłacać, a teraz można je ignorować. Wielu ekonomistów już szuka modelu intelektualnego (a potem go pewnie zmatematyzują), żeby uzasadnić, że wspieranie się kredytem nie przewróci gospodarki. W wyniku globalizacji kapitał państwowy – zarówno w postaci środków trwałych jak i dochodów budżetowych - zastępowany jest więc kredytem prywatnym, bo państwo nie ma pieniędzy.
- A to spowoduje prywatyzację sfery publicznej, dóbr publicznych, z których będzie mógł korzystać każdy, pod warunkiem, że za nie zapłaci…
- Musimy się pogodzić, że rozumienie sfery publicznej właściwe wiekowi XX nie przetrwa w XXI wieku. Ono musi zostać zmodyfikowane, bo poziom życia w większości krajów średniozamożnych jest relatywnie dobry (choć są cale warstwy ludzi narzekających np. na prywatną służbę zdrowia).
W bardziej rozwiniętych krajach ta prywatyzacja dóbr publicznych jest rozwinięta bardziej niż u nas. I jeżeli nie nastąpi jakiś bunt społeczny, to kapitał będzie szedł w tym kierunku.
- Z buntem społecznym mamy jednak problem: byli antyglobaliści, alterglobaliści, ruch oburzonych i nic z tego nie wyszło, wszystko rozeszło się po kościach.
- Bo w całej historii ludzkości po stronie pracy była tylko jedna formacja, która potrafiła być prawdziwym oponentem wobec pracodawcy – proletariat. Nie tylko pod względem: ja mu daję pracę, on mi daje płacę, ale i pod względem rangi - połowy ustroju, który tworzyły kapitał i praca.
- Co pozwoliło ruszyć z posad bryłę świata…
- Ruszyli tak, że się w końcu rozsypało, ale ruszyli. Gdyby myśleć tymi kategoriami, nie postrzegam obecnie równie wielkich sił. Dziękuję za rozmowę.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 150
Badania termodynamiczne Chin w porównaniu z USA i pomiar rangi cywilizacyjnej w XXI wieku.
Istnieje wiele metod porównywania wielkości gospodarek.
Najpopularniejszą metodą jest nominalny produkt krajowy brutto (PKB), który opiera się na kursach wymiany różnych walut. Według tej miary Stany Zjednoczone, z prognozowanym PKB na poziomie 30,5 biliona dolarów w 2025 roku, mają największą gospodarkę świata, o około 50 procent większą niż Chiny, których wartość wynosi 19,4 biliona dolarów amerykańskich.
Innym popularnym wskaźnikiem jest PKB skorygowany o parytet siły nabywczej (PPP), który uwzględnia poziom cen i lokalne koszty utrzymania. Według tego wskaźnika wielkość chińskiej gospodarki wynosi około 41 bilionów dolarów, w porównaniu z 31 bilionami dolarów w USA.
Ekonomiści wykorzystują również dane dotyczące produkcji w różnych sektorach, aby móc porównywać różne gospodarki na poziomie bardziej szczegółowym.
Na przykład, Chiny wyprodukują 35 milionów samochodów w 2025 roku, w porównaniu z 10 milionami w USA. Chiny wyprodukują 960 milionów ton stali i 1,7 miliarda ton cementu, w porównaniu z 82 milionami ton stali i 86 milionami ton cementu w USA. Chiny mają około 60% udziału w światowym rynku transportu morskiego, w porównaniu z 0,1% w USA.
Z drugiej strony, sektor FIRE (finanse, ubezpieczenia i nieruchomości) w USA wygenerował PKB w wysokości 6 bilionów dolarów w 2025 roku, w porównaniu z 2,5 biliona dolarów w Chinach. Amerykański sektor opieki zdrowotnej osiągnął PKB w wysokości 5,3 biliona dolarów, w porównaniu z 1 bilionem dolarów w Chinach.
Struktura obu gospodarek jest oczywiście zasadniczo różna i nie nadaje się do prostego porównywania.
Czy istnieje więc obiektywny, ilościowy i niefalsyfikowalny wskaźnik pozwalający na porównywanie gospodarek na poziomie fundamentalnym?
Produkcja i zużycie energii jako miara kondycji gospodarczej
W ostatnim czasie znacząco wzrosło zainteresowanie rolą energii w nowej erze sztucznej inteligencji.
Nagle słyszymy od ważniaków z Doliny Krzemowej i komentatorów z Wall Street, że energia ma kluczowe znaczenie w wyścigu sztucznej inteligencji i że ten, kto wygeneruje więcej energii, będzie zdominuje erę sztucznej inteligencji.
Energię uważa się obecnie za wyznacznik mocy państwa.
W rzeczywistości nie jest to nowy pomysł. W 1964 roku rosyjski naukowiec Nikołaj Kardaszew opracował skalę Kardaszewa, która mierzyła poziom rozwoju cywilizacji planetarnej.
Zamiast rozważać, jak inteligentna i kreatywna jest dana cywilizacja, skala Kardaszewa koncentruje się na jednym czynniku: ile energii może ona wytworzyć i wykorzystać. Im więcej energii jest w stanie kontrolować cywilizacja, tym wyższą pozycję zajmuje w skali.
Skala ta klasyfikuje trzy typy cywilizacji planetarnych (typy od 1 do 3) na podstawie ich zróżnicowanych zdolności do pozyskiwania energii z zasobów własnej planety i galaktyki.
Według naukowca Carla Sagana, według tego standardu ludzkość znajduje się na poziomie typu 0,73.
Chiny są największym producentem energii elektrycznej i prądu na świecie. Według Międzynarodowej Agencji Energetycznej (IEA) wytwarzają około 33 procent globalnej energii elektrycznej, w porównaniu z 14 procentami w USA.
Łączna zainstalowana moc energetyczna w Chinach osiągnęła około 3890 gigawatów (GW) – prawie trzy razy więcej niż całkowita moc energetyczna w USA wynosząca 1373 GW.
Od 2011 roku Chiny prześcignęły Stany Zjednoczone zarówno pod względem wytwarzania, jak i zużycia energii elektrycznej. Ilość nowych mocy wytwórczych, które Chiny wybudowały od 2021 roku, przewyższa całą amerykańską sieć energetyczną.
Jeśli chodzi o miks energetyczny, Chiny zbudowały największy na świecie system energii odnawialnej. Całkowita moc wytwórcza energii odnawialnej w Chinach (ponad 1800 GW) przewyższa moc wytwórczą całego USA.
Chiny zwiększają produkcję zielonej energii szybciej niż jakikolwiek inny kraj w historii i instalują więcej czystej energii niż reszta świata razem wzięta.
Chiny odpowiadają za ponad 37–40% światowej energii elektrycznej wytwarzanej z energii słonecznej i wiatrowej. Dzięki potężnej infrastrukturze, takiej jak Zapora Trzech Przełomów, Chiny wytwarzają około 30% światowej energii wodnej.
Chiny produkują 92% światowych paneli słonecznych i 82% światowych turbin wiatrowych. W Chinach buduje się 36 reaktorów jądrowych – tyle samo, co w pozostałych częściach świata razem wziętych.
Chiny dodały łącznie 543 gigawaty (GW) nowej mocy elektrycznej ze wszystkich źródeł energii do 2025 roku, z czego 60% pochodziło z energii odnawialnej. Stany Zjednoczone dodały 64 GW w 2025 roku, napędzane popytem na centra danych AI.
Dla porównania: całkowita zainstalowana moc elektryczna w Niemczech, największa w Europie, wynosi 290 GW.
Indeks Hamiltona: Pomiar konkurencyjności przemysłowej krajów
Indeks Hamiltona to system oceny ekonomicznej, który mierzy, jak dobrze kraje konkurują ze sobą w 10 strategicznie ważnych branżach zaawansowanych technologii.
Wskaźnik ten został opracowany przez Fundację Technologii Informatycznych i Innowacji (ITIF), jeden z najważniejszych ośrodków analitycznych w Waszyngtonie zajmujących się ekonomią. Obejmuje on branże o kluczowym znaczeniu dla bezpieczeństwa narodowego i handlu międzynarodowego.
Nazwa pochodzi od imienia Alexandra Hamiltona, pierwszego sekretarza skarbu USA, który opowiadał się za utworzeniem silnej krajowej bazy produkcyjnej.
Indeks służy jako ocena kondycji przemysłowej kraju. Zamiast analizować standardowe budownictwo czy prosty handel detaliczny, indeks Hamiltona agreguje globalne udziały w rynku i wartość dodaną dla 10 kluczowych branż, w tym:
• Komputery, elektronika i mikroprocesory
• Usługi informatyczne i oprogramowania
• produkty farmaceutyczne
• Pojazdy silnikowe
• Urządzenia elektryczne, takie jak transformatory i turbiny
• Maszyny i urządzenia
• chemikalia
• Metale nieszlachetne i wyroby metalowe
• Inne środki transportu (takie jak lotnictwo, podróże kosmiczne i pociągi)
Indeks nie klasyfikuje krajów wyłącznie na podstawie tego, który jest największy. Zamiast tego wykorzystuje wzór matematyczny zwany współczynnikiem lokalizacji (LQ), aby określić, jak silnie dany kraj koncentruje swoją gospodarkę na tych technologiach w porównaniu z resztą świata.
Wskaźnik LQ równy 1,0 oznacza, że kraj dokładnie mieści się w średniej światowej.
Wskaźnik LQ powyżej 1,0 wskazuje, że kraj jest wysoce wyspecjalizowany i „powyżej średniej” w zakresie produkcji high-tech.
Wskaźnik LQ poniżej 1,0 oznacza, że kraj pozostaje w tyle i jest zbyt zależny od innych sektorów, takich jak rolnictwo, finanse czy podstawowa turystyka.
Wyniki indeksu Hamiltona ilustrują ogromną zmianę w globalnych stosunkach władzy:
Chiny dominują: Chiny znacznie przekroczyły średnią światową, osiągając wskaźnik LQ na poziomie 1,36, co oznacza, że ich gospodarka jest o 36 procent bardziej skoncentrowana na branżach high-tech niż średnia światowa. Chiny kontrolują ponad 30 procent całkowitej światowej produkcji w tych 10 sektorach i są światowym liderem w 7 z 10 kategorii.
Stany Zjednoczone pozostają w tyle: ze wskaźnikiem LQ wynoszącym 0,88 plasują się poniżej średniej światowej. Chociaż w USA działają ogromne firmy zajmujące się oprogramowaniem i technologiami, ich rzeczywista baza produkcyjna sprzętu i elektroniki skurczyła się.
Aby dorównać intensywności technologicznej Chin, USA musiałyby wygenerować rocznie dodatkowe 1,5 biliona dolarów w zaawansowanej produkcji.
Test termodynamiczny: gospodarka realna kontra iluzja nominalna
Przez ponad stulecie globalną hierarchię wyznaczał jeden niepodważalny wskaźnik: Produkt Krajowy Brutto (PKB).
Uczono nas, że kraj, który ma najwyższą wartość rynkową dóbr i usług, jest najbardziej rozwinięty.
Jednak w połowie lat dwudziestych XXI wieku nastąpił fundamentalny kryzys pomiarowy.
Ponieważ USA i Chiny różnią się w swoich strategiach gospodarczych – jedna stawia na „bity i przepływy finansowe”, druga na „atomy i przepustowość energetyczną” – tradycyjny wskaźnik PKB nie odzwierciedla rzeczywistego podziału sił.
Zastosowanie perspektywy skali Kardaszewa, która klasyfikuje cywilizacje według ich zdolności do wykorzystywania energii, oraz indeksu Hamiltona, który śledzi dominację w zakresie produkcji fizycznej, ujawnia inną rzeczywistość.
Zgodnie z tymi standardami termodynamicznymi, „prawdziwa” gospodarka oddala się od Zachodu, co pokazuje, że bogactwo nominalne może być przykrywką dla fizycznej stagnacji.
Pułapka nominalna: PKB jako wskaźnik stagnacji
W 2026 roku Stany Zjednoczone pozostaną największą gospodarką świata mierzoną nominalnym PKB. Jednak dokładna analiza tych danych ujawnia szokujący brak fizycznego metabolizmu.
Około 80 procent PKB USA pochodzi z sektora usług – szerokiej kategorii obejmującej działalności o dużej wartości, takie jak tworzenie oprogramowania i badania medyczne, ale zdominowanej przez usługi finansowe, ubezpieczenia i „czynsze kalkulowane” (teoretyczna wartość, jaką płacą sobie właściciele domów).
Działania te są „niskoenergetyczne”. Kancelaria prawnicza w Waszyngtonie może generować 500 milionów dolarów rocznego przychodu, zużywając mniej energii elektrycznej niż pojedyncza średniej wielkości fabryka form wtryskowych w Guangdong.
W świecie nominalnym kancelaria prawna jest „większa”. W świecie fizycznym fabryka jest faktyczną jednostką potęgi cywilizacyjnej.
Rezultatem jest oddzielenie dobrobytu od energii. Podczas gdy PKB USA nadal rośnie umiarkowanie o 2-3 procent, całkowite zużycie energii elektrycznej w tym kraju od dwóch dekad pozostaje na stałym poziomie, utrzymując się na poziomie około 4,1 biliona kilowatogodzin.
To cecha charakterystyczna „gospodarki rentierskiej” – systemu, który rozwija się poprzez podnoszenie cen istniejących aktywów i usług, a nie poprzez rozszerzanie swojej fizycznej dominacji nad otoczeniem.
Kamień milowy kilowatów: metabolizm przemysłowy Chin
Jeśli elektryczność jest „pulsem” realnej gospodarki, to do 2026 roku Chiny staną się supermocarstwem innego rodzaju.
Do 2025 roku roczne zużycie energii elektrycznej w Chinach przekroczyło 10,4 biliona kilowatogodzin. To imponujący kamień milowy, dzięki któremu Chiny stały się pierwszym krajem w historii, który przekroczył granicę 10 bilionów.
Aby zrozumieć skalę tej realnej gospodarki, rozważmy następujące porównania:
• Całkowita moc: Chińska sieć energetyczna jest obecnie około 2,5 do 3 razy większa niż amerykańska.
• Różnica wzrostu: Tylko w 2025 roku Chiny dodały 540 GW nowych mocy wytwórczych. Ten roczny wzrost odpowiada prawie połowie całkowitej mocy zainstalowanej w całej amerykańskiej sieci energetycznej.
• Wzrost zapotrzebowania na energię elektryczną w Chinach jest napędzany przez branże określane jako „Nowa Trójka”: pojazdy elektryczne (EV), akumulatory litowo-jonowe i moduły fotowoltaiczne.
W 2025 roku zużycie energii elektrycznej wyłącznie na potrzeby produkcji pojazdów elektrycznych i elektrowni wiatrowych wzrosło odpowiednio o 20 i 30 procent.
Podczas gdy USA świętują „efektywność energetyczną”, Chiny stosują „intensywność energetyczną”.
Według Kardaszewa Chiny zachowują się jak cywilizacja próbująca wskoczyć na wyższy poziom złożoności, podczas gdy USA zachowują się jak cywilizacja próbująca utrzymać swój obecny stan przy mniejszej liczbie kalorii.
Indeks Hamiltona i opanowanie atomów
Rozbieżność jest najwyraźniej widoczna w indeksie Hamiltona. Chiny wytwarzają prawie jedną trzecią światowej produkcji w 10 kluczowych branżach i mają o 36 procent wyższą gęstość uprzemysłowienia niż średnia światowa.
Stany Zjednoczone są o 12 procent poniżej średniej światowej pod względem gęstości przemysłowej. Aby osiągnąć poziom intensywności przemysłowej Chin w stosunku do ich gospodarki, Stany Zjednoczone musiałyby zwiększać swoją produkcję przemysłową o 1,5 biliona dolarów rocznie.
Ta luka w „realnej gospodarce” wyjaśnia, dlaczego Chiny produkują 52 procent światowej stali, podczas gdy udział USA wynosi 4,4 procent.
Wraz z modułami słonecznymi i pojazdami elektrycznymi nie są one jedynie „surowcami”; stanowią podstawowy budulec cywilizacji typu 1.
Nie da się zbudować sfery Dysona ani nawet krajowej sieci kolei dużych prędkości, korzystając z „usług finansowych”. Buduje się je ze stali, krzemu i ogromnych ilości energii elektrycznej.
Boom na sztuczną inteligencję: powrót do fizyki
Jedynym sektorem, w którym Stany Zjednoczone na nowo odkrywają znaczenie energetyki, jest sztuczna inteligencja.
W 2026 roku centra danych oficjalnie osiągnęły limit: zużywają teraz 6 procent całej energii elektrycznej w USA – wartość ta wywołała opór polityczny i ostrzeżenia o niestabilności sieci.
Boom na sztuczną inteligencję dowodzi, że nawet „cyfrowa” gospodarka w końcu osiąga granicę fizyczną.
Pojedynczy klaster szkoleniowy AI o wysokiej wydajności może wymagać 100 megawatów energii elektrycznej – co odpowiada mocy małego miasta. Zmusza to Stany Zjednoczone do ponownego przemyślenia strategii „bitów nad atomami”.
Po raz pierwszy od trzydziestu lat amerykańscy giganci technologiczni inwestują bezpośrednio w energię jądrową (SMR, małe reaktory modułowe), ponieważ zdali sobie sprawę, że inteligencja jest funkcją energii.
Wyrok w sprawie Kardaszewa
Ludzkość znajduje się obecnie na poziomie około 0,73 w skali Kardaszewa. Aby osiągnąć typ 1 – dominację planetarną – nasze zużycie energii musi wzrosnąć o rzędy wielkości.
Chiny próbują osiągnąć dominację „siłową”. Będąc światowym liderem w dziedzinie reaktorów jądrowych czwartej generacji i bijąc rekordy czasu trwania plazmy termojądrowej (dzięki „Eksperymentalnemu Zaawansowanemu Nadprzewodzącemu Tokamakowi”), budują sprzęt cywilizacji typu 1.
Stany Zjednoczone próbują osiągnąć „algorytmiczny” wzrost. Liczą na lepsze oprogramowanie (AI) i efektywność finansową, które pozwolą im objąć prowadzenie bez konieczności posiadania tej samej fizycznej obecności.
Jednak historia pokazuje, że po „atomach” zawsze następują „bity”.
W XIX wieku Imperium Brytyjskie było mistrzem globalnych finansów (bity), ale zostało prześcignięte przez USA, ponieważ opanowały one silnik spalinowy, sieci energetyczne i produkcję masową (atomy).
Jeśli zdefiniujemy „gospodarkę realną” jako zdolność do przekształcania świata fizycznego, wówczas test jest jasny: gospodarka realna Chin jest znacznie większa i bardziej rozwinięta niż gospodarka Stanów Zjednoczonych, niezależnie od tego, co wskazują dane dotyczące PKB.
Choć Stany Zjednoczone pozostają władcami „nominalnego” świata – z wiodącą walutą i dominującymi indeksami giełdowymi – są to konstrukcje społeczne, które mogą zaniknąć w czasie kryzysu.
Kilowatogodziny, tonaż stali i natężenie światła nocnego mierzone satelitarnie nie są konstruktami społecznymi. To fakty termodynamiczne.
Gdy zbliżamy się do połowy XXI wieku, naród, który traktuje energię jako swoją główną walutę, będzie tym, który będzie decydował o warunkach ludzkiego postępu.
Stany Zjednoczone i cały Zachód muszą zdecydować, czy chcą pogodzić się z losem drogiej, „butikowej” cywilizacji, czy też powrócą do ciężkiej, energochłonnej pracy nad budowaniem przyszłości.
Wszechświat ostatecznie nie interesuje się twoim PKB, interesują go tylko twoje wyniki.
Hua Bin
Za: https://huabinoliver.substack.com/p/another-way-to-compare-the-worlds?utm_source=post-email-title&publication_id=3290535&post_id=200880695&utm_campaign=email-post-title&isFreemail=true&r=flp3u&triedRedirect=true&utm_medium=email
- Szczegóły
- Autor: Jerzy Wilkin
- Odsłon: 5983
Młodzi ludzie zainteresowani kulturą rzadko kiedy podejmują studia ekonomiczne, zaś ci zainteresowani gospodarką i ekonomią, niewiele uwagi poświęcają sprawom kultury.
Dlaczego tak się dzieje? Spróbuję to wyjaśnić i jednocześnie pokazać jak bardzo gospodarka i kultura są ze sobą powiązane. Gdy zadajemy pytania o wartości i próbujemy powiązać nasze i innych działania z tymi wartościami wchodzimy w krąg kultury. Gdy rozmawiamy o gospodarce i ekonomii, jako nauce o gospodarowaniu, to musimy pamiętać, że: - gospodarka jest częścią kultury, w szerokim znaczeniu tego terminu;
- gospodarowanie jest silnie zakorzenione w kulturze, chociaż nie zawsze jest to dostrzegane;
- człowiek jest kulturą, a człowiek gospodarujący – homo oeconomicus nie jest w rzeczywistości z kultury wypreparowany;
- w kulturze tkwią najważniejsze instytucje o dużej trwałości i znaczeniu, które silnie wpływają na efektywność gospodarowania i ogólnie – rozwój społeczno-gospodarczy;
- uniwersytety przetrwały w Europie przez stulecia, bowiem ich fundamentem była głęboko zakorzeniona kultura, składająca się na instytucje „długiego trwania”, i kierowanie się wartościami, takimi jak: prawda, dobro i piękno.
Mówiąc o kulturze, mamy zazwyczaj na myśli wytwory czy dobra kultury, mające postać materialną: obrazy, książki, budowle, rzeźby itp. Nie zauważamy, że to, co w kulturze jest najważniejsze, tkwi w człowieku i jest niewidoczne. W przypadku kultury możemy mówić o zasobach materialnych i niematerialnych. Te drugie przejawiają się poprzez nasze myślenie, motywowanie i działanie.
Człowiek nie tylko tworzy kulturę i mieszka w niej, człowiek nosi ją w sobie, człowiek jest kulturą. (Ryszard Kapuściński)
Piękną metaforę kultury jako wyodrębnionej całości i odmienności, a także czegoś niezwykle ważnego, przedstawia Ruth Benedict, cytując gorzkie słowa wodza Indian Kopaczy: „Na początku Bóg dał każdemu ludowi po glinianym kubku, aby pił z niego wodę życia. Wszyscy zanurzali kubki w wodzie, ale kubki były różne. Nasz kubek rozbił się. Naszego kubka już nie ma”. Mówił to wódz Indian, którego kultura uległa zniszczeniu. Znaczenie instytucji
Od kilku dziesięcioleci w naukach ekonomicznych wielką karierę robi problematyka instytucjonalna. Ekonomiści odkrywają znaczenie instytucji społecznych i kulturowych w funkcjonowaniu gospodarki i determinowaniu jej efektów.
Dlaczego tak późno ekonomiści docenili znaczenie instytucji? Bo instytucje są niewidoczne i tkwią w głowach ludzi. Mamy tu podobną sytuację jak w odniesieniu do kultury. Zresztą, dużą część kultury stanowią instytucje silnie wpływające na zachowanie człowieka gospodarującego i doceniane w ekonomii instytucjonalnej: własność, prawo, religia, obyczaje, tradycja itp. Kultura determinuje to, co nazywamy jakością życia. David Throsby, australijski specjalista w dziedzinie ekonomiki kultury uważa, że kultura, a zwłaszcza uczestnictwo w kulturze, ma bardzo duże i rosnące znaczenie dla poprawy jakości życia i jego zrównoważenia. Stwierdza on: „Ekonomia odchodzi od poglądu, że naszym celem jest ciągłe zwiększanie produkcji, sprzedaży, konsumpcji, bo wszyscy już rozumieją, że ten model zasadniczo wyczerpał swoje możliwości. Teraz chodzi nie o to, żeby bez końca podnosić konsumpcję, lecz żeby podnieść realną jakość życia. Można powiedzieć, że celem jest lepsze życie – nie większa produkcja. A skoro tak, to kultura staje się czynnikiem o fundamentalnym znaczeniu”. Na wzrost zainteresowania kulturą, także wśród ekonomistów, niewątpliwy wpływ miały osiągnięcia ekonomii instytucjonalnej, ograniczona skuteczność wyjaśniania przyczyn zacofania gospodarczego przez standardową neoklasyczną ekonomię i poszukiwanie przyczyn rosnących zróżnicowań społeczno-gospodarczych między krajami.
Zarówno uniwersalność ekonomii jako nauki, jak i uniwersalność organizacji systemów gospodarczych jest ciągle konfrontowana z kontekstem i otoczeniem kulturowym, w którym przebiega gospodarowanie.
Ekonomiści jako naukowcy, i biznesmeni jako praktycy gospodarowania, zaczęli dostrzegać, że kultura charakteryzująca się wielkim zróżnicowaniem nadaje konkretne znaczenie kategoriom instytucjonalnym, które były przez nich zazwyczaj traktowane jako uniwersalne, w tym takie jak: własność, prawo, wartość pracy, sprawiedliwość i inne. Kultura nadaje znaczenie pojęciom oraz procesom i konstruuje rzeczywistość społeczną. Brak miejsca na kulturę Proces społeczno-kulturowego wykorzeniania się gospodarki stał się charakterystyczną cechą czasów nowożytnych, a zwłaszcza ostatnich dwóch stuleci. Proces ten miał swoje wsparcie teoretyczne w postaci neoliberalnego nurtu ekonomii, który w drugiej połowie XX wieku stał się dominujący w naukach ekonomicznych.
W tej odmianie ekonomii kultura zniknęła, bo u jej podstaw legła akulturowa, uniwersalna, mechanistyczna koncepcja człowieka gospodarującego, działającego w środowisku, którego dobrym wyjaśnieniem były zmatematyzowane modele skoncentrowane na zagadnieniach równowagi i efektywności.
Jak wiadomo, liberalizacja handlu i przenoszenia się czynników produkcji w połączeniu z ekspansją ponadnarodowych korporacji wpływają na ujednolicanie zasad gospodarowania i zmieniają otoczenie społeczne, kulturowe i polityczne gospodarek. Wszystko to razem służy podnoszeniu efektywności gospodarowania, przynajmniej w takim sensie, w jakim określa to neoklasyczna teoria ekonomii, ale może być destrukcyjne dla kultury i ostatecznie jakości życia człowieka. Kiedyś zasady gospodarowania (cele, sposoby, wykorzystywanie jego rezultatów itp.) wynikały z kulturowo-społecznego kontekstu, zwłaszcza ukształtowanego w skali lokalnej. Teraz coraz częściej potężna machina gospodarki rynkowej podporządkowuje sobie kontekst społeczny, a przynajmniej usiłuje to zrobić. Dobrze odzwierciedla to stwierdzenie Ryszarda Kapuścińskiego: „Żyjemy coraz bardziej w gospodarce, a coraz mniej w społeczeństwie”. Problem zaufania Kilkadziesiąt lat temu ekonomiści zainteresowali się nie tylko kapitałem ludzkim, ale też kapitałem społecznym. Z tym drugim związana jest kategoria zaufania. Jak napisał Piotr Sztompka: „Zaufanie staje się niezbędnym zasobem pozwalającym poradzić sobie z obecnością obcych”. Stale znajdujemy się w otoczeniu obcych i znalezienie odpowiednich sposobów organizowania relacji z nimi, a także korzystania z tych relacji staje się problemem o fundamentalnym znaczeniu. Na temat zaufania napisano już bardzo wiele prac i popularność tej kategorii w badaniach społecznych stale rośnie. Wspomnę tylko o dwóch pracach, które zyskały w świecie wielką popularność: pierwsza z nich to książka Roberta Putnama, zatytułowana „Demokracja w działaniu”, opublikowana w 1993 r. i praca Francisa Fukuyamy „Zaufanie. Kapitał społeczny a doga do dobrobytu”, opublikowana w 1997 r. Problemem zaufania stał się obiektem zainteresowań także ekonomistów, a to głównie dzięki osiągnięciom ekonomii instytucjonalnej. Został on powiązany z dwiema ważnymi kategoriami współczesnej analizy ekonomicznej: kapitałem społecznym i kosztami transakcyjnymi.
Na szczęście, ekonomiści już jakiś czas temu odkryli, że oprócz kapitału materialnego (maszyn, narzędzi, budynków, środków transportu czy ziemi) niezwykle ważne znaczenie ma kapitał ludzki, a więc człowiek, jego motywacja, wykształcenie, zdrowotność itp.).
Jakiś czas później odkryli znaczenie kapitału społecznego, a więc tego, co tkwi w interakcjach międzyludzkich, w tym zaufanie. Zaufanie wyzwala bardzo duże zasoby rozwojowe: skłania ludzi do współdziałania i zmniejsza koszty transakcyjne, stanowiące obecnie dużą część kosztów gospodarowania. Te współzależności zwróciły uwagę ekonomistów w stronę kultury, jako instytucjonalnej tkanki warunkującej przebieg procesów gospodarczych. Trzeba pamiętać, że ekonomia jest nauką o człowieku w jego społecznym uwikłaniu, a nie nauką o rzeczach. Jeśli „człowiek jest kulturą”, to ekonomia musi być też nauką o kulturze, a więc nauką humanistyczną. Jerzy Wilkin
Jest to skrócona wersja artykułu, który ukaże się w książce Komitetu Prognoz PAN „Polska 2000 Plus” - Ekonomiczna pozycja Europy w świecie.
- Szczegóły
- Autor: red.
- Odsłon: 8009
26 stycznia 2011, w Krajowej Szkole Administracji Państwowej, w ramach forum Społeczeństwa Informacyjnego Trwałego Rozwoju, prof. Zdzisław Sadowski wygłosił wykład (także dla studentów KSAP) na temat społecznej gospodarki rynkowej a ustroju gospodarczego Polski.

