Historia el.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 458
Niewiele nurtów buddyzmu jest tak mało znanych jak zen, który pełni obecnie funkcję niezawodnej dźwigni handlu. Słowo pojawiające się w wielu kontekstach, od wagonów kolejowych po pobyty w ośrodkach wczasowych i zabiegi spa, stało się synonimem dobrego samopoczucia i odpoczynku. Tymczasem zen ma w rzeczywistości niewiele wspólnego z ideą relaksu. Bliżej mu do ascezy, rygorystycznego, wymagającego ćwiczenia, które angażuje zarówno umysł, jak i ciało, czego przykładem jest zwłaszcza zazen, praktyka polegająca na medytowaniu w pozycji siedzącej, ze skrzyżowanymi nogami, czasami przez długie godziny.
Ta żelazna dyscyplina ciała i umysłu od razu przypadła do gustu elicie wojowników, na czele z regentami Hōjō, którzy już w połowie XIII wieku zaczęli wykazywać żywe zainteresowanie nowym nurtem. Z ich inicjatywy powstały ogromne świątynie, takie jak monumentalny kompleks klasztorny Tōfuku-ji w Kioto i klasztor Engaku-ji w Kamakurze, zbudowany na życzenie Tokimunego, który odparł najazdy mongolskie. W 1256 roku jego ojciec i poprzednik postanowił przyjąć habit, aby swoim oszczędnym życiem dawać przykład innym.
Na długo przed tym, jak marketing przywłaszczył sobie słowo „zen” i pozbawił je pierwotnego znaczenia, pozostawało ono związane z japońskimi sztukami walki, o czym świadczy przełomowa praca Eugena Herrigela, który w 1948 roku wydał krótki esej zatytułowany Zen w sztuce łucznictwa.
Pomijając nieporozumienia wynikające z niewłaściwego pojmowania nieuchwytnej natury zen, wprowadzenie tego nurtu buddyzmu na europejską scenę intelektualną przypadło na dość burzliwe czasy – Herrigel, młody niemiecki filozof, szybko zaczął sympatyzować z narodowym socjalizmem, a nawet wstąpił do partii nazistowskiej. Co więcej, nie był jedynym członkiem złowrogiej NSDAP zafascynowanym postacią samuraja, a przynajmniej jego wyobrażeniem przepuszczonym przez filtr ideologii. Przedmowę do książki wychwalającej poczucie honoru i zasługi legendarnych japońskich wojowników napisał sam Heinrich Himmler. Reichsführer SS uważał samurajów za doskonałe źródło inspiracji dla swoich akolitów.
Herrigel, który nauczał filozofii w Japonii w latach 1924–1929, nie mylił się jednak, podkreślając związek między praktyką zen a sztukami walki, zwłaszcza łucznictwem i szermierką, dyscyplinami, w których umiejętność panowania nad oddechem i instynktownymi reakcjami zapewnia walczącemu niezaprzeczalną przewagę taktyczną.
Niżsi rangą wojownicy, którym daleko było do bezwarunkowego trzymania się nauk głoszonych przez szkołę zasypującą adeptów iście sybillińskimi aforyzmami, prawdopodobnie kierowali się względami praktycznymi i znajdowali duchową strawę w bardziej przystępnych nurtach. Na początku lat osiemdziesiątych XX wieku historycy zakwestionowali związek między zen a samurajami, dotychczas uznawany za nierozerwalny.
Amerykański badacz Martin Collcutt uznał twierdzenie, że zen był „religią samurajów”, za błędne, oparte wyłącznie na fakcie, że większość praktykujących go osób należała do kasty wojowników. Jego brytyjski kolega Oleg Benesch ostro skrytykował samolubną naturę shikkenów z rodu Hōjō, którzy sieć zbudowaną przez bonzów mających za sobą pobyt w Chinach wykorzystali do zwiększenia swojego prestiżu i rozwinięcia wysoce dochodowego handlu.
Aż do początków XV wieku buddyjscy duchowni, obeznani z subtelnościami chińskiej etykiety dyplomatycznej, mieli swoisty monopol na relacje z kontynentem, a co za tym idzie – monopol na obrót dobrami luksusowymi przewożonymi statkami uprawnionymi do zawijania do portów w basenie Morza Żółtego.
Zen przyczynił się wprawdzie do rozpowszechnienia ceremonii parzenia i picia herbaty, kaligrafii czy sztuki projektowania ogrodów, ale aż do początku okresu Edo miał ograniczony wpływ na kształt świata samurajów. Początkowo był jedynie jednym z nurtów – obok taoizmu, a przede wszystkim neokonfucjanizmu – z którego czerpało krystalizujące się bushidō. Chociaż ważne miejsce w owym świecie zajmowały charyzmatyczne postaci, takie jak Suzuki Shōsan (1579–1655), jeden z wojowników, którzy pod koniec swojego życia zdecydowali się wstąpić do klasztoru, czy słynny Takuan Sōhō (1573–1645), przewodnik duchowy pierwszych szogunów z dynastii Tokugawa, nie ma dowodów na to, że ich nauki były szeroko rozpowszechniane.
Jeśli wierzyć Beneschowi, do wzrostu zainteresowania tym ostatnim mogła się przyczynić barwna postać, która pojawia się na kartach malowniczej biografii Miyamoto Musashiego autorstwa Yoshikawy Eijiego, wydanej w 1935 roku. Natomiast Suzuki Shōsan szczerze wyznał, że szukał w buddyzmie zen ucieczki od poczucia winy z powodu własnego tchórzostwa: „Jedyną rzeczą, w której przewyższam innych, jest wstręt do śmierci. Prawdę mówiąc, to dzięki tchórzostwu przetrwałem tak długo”.
Warto zauważyć, że stosunek samurajów do zen ewoluował równolegle do ich podejścia do śmierci, co swoją drogą jest zaskakujące. To nie przypadek, że koniec wojen domowych zbiegł się w czasie ze wzrostem zainteresowania tym nurtem buddyzmu. Pokój pozbawił wprawdzie zawodowych wojowników głównego zajęcia, ale zmniejszył ryzyko przedwczesnej śmierci na polu walki, a co za tym idzie – odsunął konieczność przygotowania swojej duszy.
Pisma Takuana dobrze obrazują tę sytuację. W przeciwieństwie do Yamamoto „Jōchō” Tsunetomo, który prawie 100 lat później podyktował Hagakure, wybitny mnich kładzie nacisk na przywiązanie do życia, choć w głębi serca odczuwa głęboką pogardę wobec tych, którzy twierdzą, że poświęcają swoje życie w imię słusznej sprawy, podczas gdy w rzeczywistości kierują się własnym interesem. Woli dawać przydatne rady szermierzom dążącym do osiągnięcia właściwego stanu psychicznego, przyczyniając się tym samym do przeobrażenia japońskich sztuk walki w formę rozwoju osobistego, co znajduje odzwierciedlenie zarówno w korespondencji mnicha zen, jak i w pismach jego uczniów, zwłaszcza przedstawicieli znamienitego rodu Yagyū.
Kuszenie Jezusem
Obraz religijnego panteonu samurajów nie byłby kompletny bez jeszcze jednego bóstwa pochodzącego z innego kręgu kulturowego. Tysiąc lat po wprowadzeniu kultu Buddy w Japonii pojawiła się nowa religia, która nie tylko potępiała przemoc, lecz także wskazywała nową drogę do zbawienia. W połowie XVI wieku do Kraju Kwitnącej Wiśni dotarli jezuici podążający śladami przybyszów z Półwyspu Iberyjskiego, którzy zawitali na archipelag pierwsi. Dobrzy ojcowie jezuici, gorliwie wypełniający misję ewangelizacyjną powierzoną im przez papieża i mający doskonałe rozeznanie w kwestii prozelityzmu, szybko zidentyfikowali tych, wśród których należało podjąć dzieło krzewienia wiary.
Po trudnych początkach misjonarze skupili się na przedstawicielach kasty wojowników, którzy odnosili się z szacunkiem do „żołnierzy Boga” słynących z surowych obyczajów i niebywałej odwagi. Jezuici nie poprzestali na oskarżaniu buddyjskich mnichów o niezliczone grzechy, nie omieszkali również obiecać nieśmiertelności duszy tym, którzy się nawrócą, przypominając przy okazji, że „bonzowie zen zaprzeczają temu wszystkiemu i mówią, że nie ma nic poza narodzinami i śmiercią”.
Jezuici wiedzieli, że szogunat słabnie, a realną władzę sprawują wielcy panowie feudalni, więc by zdobyć ich serca i przekonać ich do siebie, podnieśli lojalność do rangi jednej z najważniejszych katolickich wartości. Czy ślepa wiara i brzydzenie się kłamstwem nie są cnotami, których oczekuje się od samurajów? Powyższy argument, jakkolwiek niewinny, ostatecznie obrócił się przeciwko tym, którzy nim szermowali. Ponieważ jeśli chodzi o wierność, dobrze jest wiedzieć, jakiemu panu należy jej dochować, panowie feudalni wkrótce zaczęli się martwić, że obowiązek przestrzegania chrześcijańskich przykazań spycha na dalszy plan powinności wobec seniora.
Pierwsze próby zatrzymania rozprzestrzeniania się chrześcijaństwa podjął Toyotomi Hideyoshi (1536?–1598), który w 1587 roku ogłosił Bateren Tsuihorei (Edykt ojców), ale zakaz głoszenia wiary trudno było wyegzekwować. 10 lat później szogunat usztywnił stanowisko – złamanie zakazu zaczęto karać śmiercią. Sytuacja przerodziła się w pasmo prześladowań, które rozpoczęło się od egzekucji w 1597 roku 26 „męczenników z Nagasaki” – sześciu franciszkanów i 20 nawróconych Japończyków ukrzyżowanych w pobliżu miasta portowego, które dwie dekady wcześniej zostało przekazane Towarzystwu Jezusowemu w wieczyste użytkowanie.
Skala ewangelizacji jest przedmiotem dyskusji. Jeden z entuzjastycznie nastawionych misjonarzy oszacował, że na początku XVII wieku liczba nawróconych dusz przekroczyła 700 tysięcy, zmiana wyznania pozostała jednak zjawiskiem marginalnym, choć status społeczny konwertytów w pewnym stopniu rekompensował niską liczbę nawróceń. Na przyjęcie chrztu zdecydowało się bowiem wielu daimyō, wielkich panów feudalnych, co zrodziło obawy przed powstaniem piątej kolumny sprzyjającej interesom potęg kolonialnych z Półwyspu Iberyjskiego.
Znajdujące się na drugim końcu świata korony hiszpańska i portugalska znalazły się w rękach potężnej dynastii Habsburgów, co przyczyniło się do pojawienia się na Dalekim Wschodzie „braci żebrzących”, w większości pochodzenia hiszpańskiego (jezuici, którzy dotarli do Japonii, pochodzili przede wszystkim z Portugalii). Na domiar złego niektórzy nawróceni na katolicyzm panowie feudalni sami z zapałem prześladowali swoich pogańskich poddanych – w jednym miejscu zrównali z ziemią świątynię, w innym wycięli w pień mieszkańców klasztoru buddyjskiego, a następnie przekazali go w użytkowanie przybyszom z Europy. […]
Nie sposób ocenić skali rozprzestrzeniania się katolicyzmu – protestanci roztropnie poprzestali na handlu z miejscowymi – wśród pospólstwa i wojowników o skromniejszym pochodzeniu, ale do naszych czasów zachowały się relikwie świadczące o pobożności nawróconych Japończyków zwanych kirishitan. […]
Od Redakcji: Powyższy tekst jest fragmentem książki Juliena Peltiera Samuraje. Prawdziwa historia wydanej przez Wydawnictwo RM. Jej recenzję zamieszczamy w tym numerze SN.
- Szczegóły
- Autor: lb
- Odsłon: 6366
W Instytucie Słowackim w Warszawie odbył się 25 kwietnia pokaz dokumentalnego filmu Igora Sivaka Bohom zabudnuté kúty o osławionym Józefie Kurasiu – ps. Ogień, którego postać wciąż budzi kontrowersje, zwłaszcza na Podhalu, północnej Orawie i Spiszu, gdzie „działał" ze swoim oddziałem w okresie wojennym i po wojnie.
Mimo dobrze udokumentowanych zbrodni popełnionych przez bandę Ognia (mordowali cywilów, chłopów polskich i słowackich, żydów, Rusinów), w 2006 r. Prezydent Lech Kaczyński uroczyście odsłonił w Zakopanem pomnik jego pamięci. Drugi taki – tym razem w kształcie krzyża (bo w Polsce nikt krzyża nie ruszy) i też objęty monitoringiem (sic!), ma powstać w Nowym Targu.
Reżyser filmu Bohom zabudnuté kúty (Zapomniane przez Boga kąty) wykorzystał w nim materiały archiwalne słowackiego UPN (Ustav Pamati Naroda - odpowiednika IPN, ale bez uprawnień politycznych, jakie posiada polski IPN) oraz dokumentację AK. Na dokumentację AK – jako najbardziej obiektywną - powołuje się też w swoich tekstach na łamach tygodnika Przegląd red. Leszek Konarski (obecny na spotkaniu).
W filmie nie ma komentarza – ani odautorskiego, ani jakiegokolwiek – są tylko zarejestrowane kamerą wypowiedzi ludzi – Słowaków i Polaków – którzy ocaleli z napadów bandy Ognia. Są to opowieści o zamordowanych bliskich, zagrożeniu swojego życia, strachu przed oddziałem Ognia, także o dobytek, który był przez tych „żołnierzy wyklętych" rabowany.
Film miał premierę 26 sierpnia 2010 w Instytucie Polskim w Bratysławie. Istnieje tylko w wersji słowackiej i angielskiej – nie ma chętnych do stworzenia polskiej ścieżki dźwiękowej, choć wydawałoby się, że powinien to zrobić IPN. Ten jednak – zapewne z powodów politycznych - nie jest tym zainteresowany (tak, jak nie zareagował na prośby Towarzystwa Słowaków w Polsce o przeprowadzeniem śledztwa w tej sprawie). Na pokazie zresztą nie było nikogo z tej instytucji (ze słowackiego UPN był dyrektor archiwum UPN, Lubomir Durina).
Po projekcji wywiązała się burzliwa dyskusja licznie zgromadzonych gości (w maleńkiej salce ledwie zmieściło się ok. 80 osób) z różnych pokoleń. Przeważali świadkowie tamtych czasów, dobrze znający – i cytujący – dokumenty historyczne i przekazy ustne ludzi z południa Polski oraz Słowacji, dotyczące bandy Ognia, które w prawicowej narracji w Polsce są przemilczane lub ignorowane. Nie zabrakło też emocjonalnych wypowiedzi osób o krańcowo różnych poglądach politycznych.
Film jednak nie jest polityczny, to tylko dokument – podkreślali twórcy. Obecny podczas dyskusji ambasador Słowacji Vasil Grivna z wielkim talentem dyplomatycznym studził emocje, przypominając, iż w każdym państwie i na każdym pograniczu – zwłaszcza w tej części świata – są sprawy kontrowersyjne, które powinni badać historycy, ale nie powinny one dzielić narodów. (lb)
Film dostępny na DVD ze strony -
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2248
Chociaż zdecydowana większość Amerykanów świętowała koniec wojny na Pacyfiku i zmuszenie Japończyków do kapitulacji dzięki nowej superbroni, byli też tacy, którzy od razu bili na alarm.[…]
Naukowcy, którzy jako pierwsi wszczęli alarm jeszcze przed Hiroszimą, teraz – po zrzuceniu bomby – kontynuowali walkę. W listopadzie 1945 roku prawie tysiąc pracowników obiektów w Los Alamos, Oak Ridge, Hanfordzie i Chicago utworzyło Federację Uczonych Atomistów (Federation of Atomic Scientists). „Z krótko obciętymi włosami, w muszkach i kołnierzykach z patką” lobbowali oni w Kongresie, sprzeciwiając się sprawowanej przez wojsko kontroli nad technologią jądrową. W 1946 roku utworzono Komisję do spraw Energii Atomowej, na której czele stanęli cywile.
W tym samym roku Leó Szilárd, który przewodził zbieraniu głosów pod petycją przed zniszczeniem Hiroszimy, dołączył do Alberta Einsteina i innych, tworząc Komitet Nadzwyczajny Uczonych Atomistów (Emergency Committee of Atomic Scientists). Misją komitetu było działanie na rzecz pokojowego wykorzystania energii atomowej. Jednak w obliczu nasilenia zimnej wojny między Stanami Zjednoczonymi a Związkiem Radzieckim grupa ta wkrótce się rozwiązała.
Szilárd podjął kolejną próbę w latach 60. XX wieku, zakładając Radę na Rzecz Świata Nadającego się do Życia (Council for a Livable World). Cały czas ostrzegał przed niebezpieczeństwem wyścigu zbrojeń, ale rywalizacja jądrowa między Wschodem a Zachodem trwała.
Również Einstein żałował swojego udziału w stworzeniu bomby atomowej. Nie pracował osobiście nad przedsięwzięciem S-1, gdyż w 1940 roku nie wydano mu poświadczenia bezpieczeństwa ze względu na jego pacyfistyczne przekonania. Później mówił jednak o roli, jaką odegrał w zwróceniu uwagi Roosevelta na tę kwestię: „Gdybym wiedział, że Niemcom nie uda się wyprodukować bomby atomowej, nie ruszyłbym palcem”. W 1954 roku, zaledwie pięć miesięcy przed śmiercią, oświadczył: „W moim życiu popełniłem jeden wielki błąd, podpisując list do prezydenta Roosevelta zalecający budowę bomb atomowych”. Jak mówił, jego jedynym usprawiedliwieniem była obawa, że Niemcy prowadzą własny program jądrowy.
Amerykanie zadowoleni
Ale to wszystko – petycje naukowców, redakcyjne ostrzeżenia – nie miało znaczenia. Wojna dobiegła końca, a po blisko czterech latach zaciekłych zmagań i rozlewu krwi naród amerykański był za to wdzięczny.
Przeprowadzony w USA kilka dni po zniszczeniu Hiroszimy i Nagasaki sondaż Gallupa wykazał, że 85 procent respondentów popierało decyzję o zrzuceniu bomby atomowej. Po ataku na Pearl Harbor, a potem całych latach doniesień o okrucieństwach, jakich dopuszczało się japońskie wojsko, Amerykanie nie żywili dla wroga większego współczucia.
Sam George Gallup napisał we wrześniu 1945 roku: „Nawet jeżeli broń o tak niszczycielskiej mocy stanowi zagrożenie dla bezpieczeństwa rodzaju ludzkiego, w oczach opinii publicznej bomba atomowa przyspieszyła koniec wojny i wskazała drogę użytecznego wykorzystania energii jądrowej w przyszłości”.
Opinię Amerykanów kształtował jeszcze jeden element. Rząd przeprowadził zręczną kampanię public relations, ujawniając fakty o nowej broni. W niezliczonych komunikatach prasowych „podawano wybrane informacje na temat testu Trinity, procesów jądrowych, zakładów produkcyjnych, społeczności, ważnych osobistości oraz perspektyw wykorzystania energii jądrowej. W skoordynowany sposób informując opinię publiczną, opowiedziano zaskakująco szczegółowo dramatyczną historię programu atomowego”.
Amerykanom prawie nie wspominano jednak o potwornych skutkach eksplozji atomowych dla mieszkańców Hiroszimy i Nagasaki. Przemilczenie to nie było przypadkowe. Głównodowodzący sił okupacyjnych w Japonii generał MacArthur całkowicie utajnił wszelkie informacje o zniszczeniach spowodowanych zrzuconymi bombami.
Gdy trzydziestodwuosobowa japońska ekipa filmowa nakręciła materiał dokumentalny o totalnym zniszczeniu obydwu miast, został on skonfiskowany przez władze amerykańskie. Niektóre z pierwszych obrazów, jakie zobaczyli Amerykanie, nie były fotografiami, lecz rysunkami. Para Japończyków – Toshi i Iri Maruki – udała się do Hiroszimy krótko po wybuchu bomby w poszukiwaniu swoich krewnych. W 1950 roku opublikowali swoje rysunki w książce zatytułowanej Pika-don – „Błysk i huk”.
Ta zasłona milczenia nie była jednak w pełni szczelna. Australijski reporter Wilfred Burchett – pierwszy dziennikarz zagraniczny, który odwiedził Hiroszimę – wysłał swoją depeszę do Londynu alfabetem Morse’a, aby ominąć cenzurę. Jego artykuł ukazał się 5 września 1945 roku w „Daily Express” i został rozpowszechniony na całym świecie.
„Hiroszima – pisał Burchett – nie wygląda jak zbombardowane miasto. Wygląda tak, jakby przejechał po niej monstrualny walec parowy i doszczętnie ją zgniótł. Piszę o tych faktach tak beznamiętnie, jak tylko potrafię, w nadziei że staną się one ostrzeżeniem dla świata. W ciągu czterech lat wojny najstraszliwsze i najbardziej przerażające spustoszenie zobaczyłem właśnie na pierwszym poligonie doświadczalnym bomby atomowej. Na tym tle wzięta szturmem wyspa na Pacyfiku wydaje się rajem. Zniszczenia są o wiele gorsze, niż da się pokazać na zdjęciach”.[…]
Co zaś z człowiekiem, który podjął tę decyzję? Mimo upływu lat i zmian zachodzących w debacie politycznej Harry Truman nigdy nie zmienił zdania. Dwa miesiące po Hiroszimie – 25 października 1945 roku – prezydent po raz pierwszy rozmawiał z Robertem Oppenheimerem. Truman chciał wtedy zyskać poparcie fizyka dla ustawodawstwa, które dawałoby rządowi kontrolę nad energią atomową. Człowiek, który odegrał największą rolę w opracowaniu bomby, odczuwał już jednak straszliwe wątpliwości.
– Panie prezydencie – powiedział Oppenheimer – czuję, że mam krew na rękach. „Powiedziałem mu, że ta krew jest na moich rękach i żeby pozostawił te zmartwienia mnie” – relacjonował swoją odpowiedź zdenerwowany Truman. „Nigdy więcej nie chcę widzieć tego sukinsyna w moim biurze” – oświadczył później prezydent swojemu ostatniemu sekretarzowi stanu Deanowi Achesonowi.[…]
Trumana pytano o tę decyzję do końca życia, a on nieodmiennie jej bronił. W liście z 1948 roku do swojej siostry Mary pisał: „To był straszny wybór. Zrobiłem to jednak, aby uratować 250 tysięcy amerykańskich chłopców i w podobnych okolicznościach zrobiłbym to ponownie. Zakończyło to wojnę z Japonią”.[…]
Sława Oppenheimera
Podobnie jak wielu innych ludzi nauki J. Robert Oppenheimer uważał, że po Hiroszimie i Nagasaki broń oraz technologia jądrowa muszą znaleźć się pod ścisłą kontrolą międzynarodowej społeczności naukowej.
Z dnia na dzień stał się najsłynniejszym naukowcem na świecie. Jednak w miarę jak rosła jego sława, nasilała się też depresja. Z trudem słuchał doniesień o rozmiarach ludzkiego cierpienia w Japonii. Obawiał się, że w przyszłych konfliktach politycy i generałowie będą zbyt łatwo sięgać po broń atomową.
W związku z tym nie zamierzał już więcej budować bomb. Rząd planował kontynuować w Los Alamos program prac badawczo-rozwojowych w zakresie energii jądrowej, ale Oppie nie chciał mieć z tym nic wspólnego. W październiku 1945 roku zrezygnował ze stanowiska dyrektora naukowego programu. Podczas specjalnej uroczystości Oppenheimer wyraził swoje odczucia na temat broni jądrowej: „Jeśli bomby atomowe zostaną dodane do arsenałów toczącego wojnę świata lub do arsenałów krajów przygotowujących się do wojny, wówczas ludzkość przeklnie Los Alamos i Hiroszimę”.
Po wojnie Oppenheimer powrócił do dydaktyki, obejmując posadę w Instytucie Zaawansowanych Badań w Princeton – niezależnym ośrodku, gdzie badania teoretyczne prowadzili naukowcy po doktoracie. W Princeton pracował również Albert Einstein i inni luminarze nauki. Zaangażował się ponadto w działania na rzecz bezpiecznego wykorzystania energii atomowej. W 1947 roku został jednogłośnie wybrany na przewodniczącego ogólnego komitetu doradczego przy nowo utworzonej Komisji Energii Atomowej – cywilnej agencji nadzorującej atomistykę w USA.
Gdy jednak Związek Radziecki zdobył broń jądrową, w Ameryce nastała nowa mroczna era: kraj pogrążył się w strachu i podejrzliwości. Oppenheimer został wciągnięty w to bagno – nie fetowano go już jako ojca bomby atomowej, natomiast uznano za niebezpiecznego.
Amerykanie słuchali przez całe lata o „czerwonej zarazie” – groźbie opanowania przez komunistów Ameryki i całego świata. Poczucie bezpieczeństwa wynikające z faktu, że Stany Zjednoczone są jedynym krajem posiadającym arsenał nuklearny, prysło 29 sierpnia 1949 roku, gdy Sowieci zdetonowali swoją pierwszą broń atomową. Sowiecka bomba atomowa poskutkowała w USA ogromną presją, aby skonstruować jeszcze potężniejszą broń termojądrową, czyli bombę wodorową.
Sprzeciw Oppenheimera wobec bardziej zaawansowanej broni nuklearnej uznano w niektórych kręgach za równoznaczny ze zdradą. W 1954 roku Komisja Energii Atomowej przeprowadziła publiczne przesłuchanie w sprawie jego poświadczenia bezpieczeństwa. Wypomniano mu wtedy ciągoty komunistyczne z młodości. Oppenheimer zaprzeczył wszelkim powiązaniom z Partią Komunistyczną, ale przyznał, że na przełomie lat 30. i 40. XX wieku wśród jego znajomych byli komuniści. „Nie uważałem ich za niebezpiecznych, a niektóre z deklarowanych przez nich celów wydawały mi się właściwe” – powiedział.
KEA stwierdziła, że chociaż Oppenheimer pozostał lojalny, to stwarza zagrożenie dla bezpieczeństwa – po części dlatego, że jego powiązania ze znanymi komunistami „wykraczały daleko poza możliwe do przyjęcia granice ostrożności i powściągliwości”. W związku z tym odmówiono mu dostępu do tajemnic atomowych. Jeden z najsłynniejszych ludzi na świecie – człowiek uznawany za „żywy symbol nowej ery atomowej”, który sprawił, że nauka stała się cool – został wygnany ze swojej domeny, gdzie zastąpili go naukowcy tacy jak „ojciec bomby wodorowej” Edward Teller.
Stała się jednak dziwna rzecz. Wielu Amerykanów uznało Oppenheimera za naukowca męczennika, człowieka, który zbyt drogo zapłacił za swoją uczciwość. On sam rzadko mówił publicznie o Hiroszimie, a kiedy to robił, wyrażał żal. W czerwcu 1956 roku nazwał jej zbombardowanie „tragicznym błędem”.
W 1963 roku – dziewięć lat po tym, jak odebrała Oppenheimerowi poświadczenie bezpieczeństwa – KEA przyznała mu swoje najwyższe odznaczenie: nagrodę imienia Enrica Fermiego w wysokości pięćdziesięciu tysięcy dolarów za „wybitny wkład w fizykę teoretyczną oraz kierownictwo naukowe i administracyjne”. Nagrodę wręczył mu prezydent Lyndon Johnson.
Na początku 1966 roku lekarze zdiagnozowali u Oppenheimera raka gardła; zmarł rok później. Do tego czasu zdążył odzyskać swój publiczny wizerunek. Mowę na cześć Oppenheimera wygłosił w Senacie USA demokrata z Arkansas J. William Fulbright. „Pamiętajmy nie tylko o tym, co uczynił dla nas dzięki swojemu wyjątkowemu geniuszowi. Pamiętajmy też o tym, co my mu uczyniliśmy” – powiedział.
Donald i Lilli Hornigowie
Dla wielu naukowców i pracowników akademickich kapitulacja Japonii oznaczała koniec pobytu w Los Alamos. Znaczna część planowała dalszą karierę już w chwili, gdy bomba spadała na Hiroszimę.
Donald Hornig – fizyk, który spędził burzliwą noc obok bomby przed testem w Nowym Meksyku – został profesorem na Uniwersytecie Browna, później dziekanem wydziału chemii w Princeton, a w 1964 roku doradcą prezydenta Lyndona Johnsona do spraw nauki. Sześć lat później mianowano go rektorem Uniwersytetu Browna.
Jego żona Lilli ukończyła studia doktoranckie w dziedzinie chemii na tej samej uczelni, a później stała się zagorzałą orędowniczką dostępu do szkolnictwa wyższego dla kobiet i założycielką organizacji non profit Higher Education Resource Services. Oboje podpisali się pod petycją Leó Szilárda, ale później wspominali, że nie żałują roli, jaką odegrali w projekcie Manhattan. Mieli mieszane uczucia co do wykorzystania energii jądrowej do celów wojskowych.
„Myślę, że wszystkich nas rozpierała radość, że to zadziałało – powiedziała Lilli pod koniec życia. – Ale bez wyjątku nosimy w sobie poczucie winy. Zginęło mnóstwo ludzi. To wszystko jest na swój sposób trudne. Odczuwamy winę z powodu wszystkich tych istnień ludzkich, ale rzeczywistym problemem jest przecież wojna. Nie chodzi tu o broń, której używamy”.
Dla wielu naukowców dylemat polegał właśnie na tym. W czasie projektu Manhattan niektórzy byli tak pochłonięci wyzwaniem przełożenia teorii na działającą bombę, że nie rozważali konsekwencji moralnych ani fizycznych swoich czynów. Później wielu dręczyła myśl o niszczycielskiej mocy broni, którą stworzyli. Niektórych rola, jaką odegrali w budowie bomby atomowej, wpędziła w depresję.
Chris Wallace, Mitch Weiss
Jest to fragment książki Chrisa Wallace’a i Mitcha Weissa - Hiroszima 1945 wydanej przez Wydawnictwo Znak Horyzont. Jej recenzję - Atak, który zmienił świat - zamieściliśmy w poprzednim (SN 1/22) numerze SN.
Tytuł i śródtytuły pochodzą od Redakcji SN.
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 0
Jak to możliwe, że jedna z najstarszych i najbardziej rozwiniętych cywilizacji świata, kształtowana przez wieki przez filozofię konfucjańską, poniosła upokarzającą klęskę z rąk Wielkiej Brytanii, stosunkowo małego państwa wyspiarskiego, podczas wojen opiumowych?
W jaki sposób ta porażka zapoczątkowała to, co Chińczycy dziś nazywają „Stuleciem Upokorzenia”?
Dlaczego Chiny — wówczas największa gospodarka świata, posiadająca najbardziej rozwiniętą biurokrację i największe zdolności produkcyjne — nie potrafiły dostrzec transformacyjnego wpływu rewolucji przemysłowej?
A co ważniejsze, jakie lekcje wyciągnęły współczesne Chiny z tego bolesnego rozdziału swojej historii?
Odpowiedzi na te pytania są kluczowe nie tylko dla zrozumienia przeszłości Chin, ale także dla wyjaśnienia ich obecnych działań strategicznych. Dziedzictwo wojen opiumowych nadal kształtuje priorytety Pekinu w zakresie bezpieczeństwa narodowego, rozwoju technologicznego, polityki przemysłowej i potęgi morskiej. Aby zrozumieć rozwój Chin w XXI wieku, należy najpierw zrozumieć głęboką traumę ich upadku w XIX wieku.
Imperialna przeszłość Chin
Na początku XV wieku Chiny za panowania dynastii Ming należały do najbardziej rozwiniętych cywilizacji i największych potęg gospodarczych na świecie.
Filozofia konfucjańska stworzyła intelektualne podwaliny państwa, kładąc nacisk na biurokrację opartą na zasługach, wykształconych urzędników, harmonię społeczną, zdyscyplinowaną administrację i scentralizowaną władzę.
W odróżnieniu od wielu współczesnych państw, chiński ustrój polityczny opierał się nie na dziedzicznej arystokracji, lecz na wykwalifikowanej służbie cywilnej wybieranej w drodze rygorystycznych egzaminów.
System ten stworzył niezwykle stabilną i skuteczną strukturę administracyjną, która rządziła jednym z największych imperiów w historii. Podczas gdy chrześcijańska Europa pozostawała rozdrobniona przez rywalizację feudalną, konflikty dynastyczne i ograniczenia wynikające z dogmatów religijnych, Chiny dynastii Ming posiadały silny scentralizowany rząd, rozbudowany aparat biurokratyczny, wyjątkową produktywność rolnictwa, kwitnące ośrodki miejskie i jedną z najbardziej zaawansowanych gospodarek przemysłowych na świecie.
Pod względem praktycznie wszystkich głównych wskaźników – w tym liczby ludności, produkcji przemysłowej, potencjału inżynieryjnego, urbanizacji i działalności handlowej – Chiny w XV wieku znacznie przewyższały Zachód.
Z populacją liczącą około 70 milionów mieszkańców, Chiny odpowiadały wówczas za ponad jedną czwartą światowej produkcji gospodarczej. Dla porównania, Anglia odpowiadała za zaledwie około dwóch procent światowej produkcji, podczas gdy Imperium Osmańskie odpowiadało za około cztery procent.
Pod względem skali gospodarczej, zaawansowania administracyjnego i potencjału technologicznego Chiny były niewątpliwie jedną z dominujących cywilizacji swoich czasów. Posiadały wszelkie atuty, jakich można oczekiwać od wielkiego mocarstwa i wydawało się, że pozostaną wiodącą cywilizacją świata przez kolejne stulecia.
Morskie Chiny
Chiny były nie tylko gigantem gospodarczym, ale także wiodącą cywilizacją morską. Wiele z najbardziej przełomowych wynalazków w historii – w tym papier, druk, proch strzelniczy i kompas magnetyczny – narodziło się w Chinach na wieki przed dotarciem do Europy.
W dziedzinie technologii morskiej osiągnięcia Chin były szczególnie godne uwagi. Na długo przed epoką odkryć geograficznych w Europie chińscy stoczniowcy opracowali stery rufowe, wodoszczelne grodzie, zaawansowaną nawigację astronawigacyjną oraz praktyczne wykorzystanie kompasu magnetycznego do nawigacji dalekobieżnej.
Te innowacje zapewniły chińskim żeglarzom możliwości technologiczne, które Europa miała w pełni posiąść dopiero kilka stuleci później. Na początku XV wieku chińskie stocznie budowały ogromne, wielopokładowe statki, zdolne pomieścić setki marynarzy i duże ilości ładunku, podczas gdy większość europejskich królestw wciąż ostrożnie eksplorowała wybrzeże Atlantyku na stosunkowo małych drewnianych statkach. W tamtym czasie Chiny posiadały jeden z najbardziej zaawansowanych na świecie przemysłów morskich i technologii morskich.
Omawiając epokę odkryć geograficznych, współczesna historiografia zazwyczaj koncentruje się na europejskich podróżach z XV i XVI wieku. Perspektywa ta odzwierciedla jednak przeważnie europocentryczną interpretację historii. To, co „odkryli” Europejczycy, często stanowiło pierwszy kontakt Europejczyków z ziemiami od dawna zamieszkanymi lub już do nich dotarły inne cywilizacje.
Późniejsza dominacja Zachodu umożliwiła Europie zdefiniowanie własnych odkryć jako uniwersalnych kamieni milowych w historii ludzkości. Proste pytanie ilustruje tę kwestię. Portugalia jest powszechnie chwalona za odkrycie drogi morskiej do Indii, ale nikt nie mówi o tym, że Portugalia „odkryła” Chiny. Powód jest prosty. Kiedy portugalscy żeglarze dotarli do chińskiego wybrzeża na początku XVI wieku, napotkali nie odizolowane społeczności plemienne, lecz jedną z najbardziej rozwiniętych cywilizacji świata. Według chińskich relacji przybysze byli postrzegani jedynie jako obcy barbarzyńcy przybywający do bram już istniejącego imperium. Chin nie można było „odkryć” w sensie kolonialnym, ponieważ były już potężną, scentralizowaną i pewną siebie cywilizacją.
Morska potęga Chin osiągnęła szczyt pod dowództwem wielkiego admirała Zheng He , muzułmańskiego eunucha i jednego z największych dowódców morskich w historii. W latach 1405–1433 Zheng He poprowadził siedem niezwykłych wypraw przez Ocean Indyjski z ogromnymi flotami skarbów, składającymi się z około sześćdziesięciu dużych statków i około dwudziestu siedmiu tysięcy personelu. Podróże te przeniosły chińskie wpływy polityczne z Azji Południowo-Wschodniej na Indie, Arabię i Afrykę Wschodnią, demonstrując bezprecedensowe możliwości prowadzenia dalekosiężnych operacji morskich na wieki przed powstaniem europejskich imperiów morskich.
Pod wieloma względami wyprawy te stanowiły wczesną formę dyplomacji morskiej popartej przytłaczającą potęgą morską. Jednak to niezwykłe osiągnięcie nigdy nie przekształciło się w stałą strategię morską. W przeciwieństwie do późniejszych mocarstw europejskich, Chiny z dynastii Ming nie zinstytucjonalizowały swojej morskiej supremacji jako trwałego elementu polityki państwa. Zamiast rozszerzać swoją obecność morską, Chiny stopniowo porzucały morza.
Historycy wciąż debatują nad tym, dlaczego dwór Ming celowo rozwiązał jedną z najpotężniejszych flot świata. Przedstawiono kilka wyjaśnień. Niektórzy twierdzą, że astrologowie dworscy i konserwatywni urzędnicy interpretowali serię klęsk żywiołowych jako znaki, że Niebiosa nie pochwalają kosztownych wypraw zamorskich.
Inni sugerują, że dwór cesarski uważał Chiny, jako „Państwo Środka”, za posiadające już wszystko, czego potrzebują, a zatem niewiele do zyskania na ekspansji zamorskiej lub posiadłościach kolonialnych.
Inna interpretacja kładzie nacisk na względy polityczne: niezwykły prestiż Zheng He i rosnące wpływy urzędników morskich mogły zaniepokoić dwór cesarski, który obawiał się, że potężni dowódcy marynarki i odległe bazy zamorskie mogą w końcu podważyć władzę centralną.
Niezależnie od dokładnych przyczyn, decyzja ta okazała się jednym z najbardziej dotkliwych błędów strategicznych w historii Chin. Dobrowolnie wycofując się z mórz, Chiny zrzekły się inicjatywy morskiej w momencie, gdy mocarstwa europejskie zaczynały budować globalne imperia morskie.
Upadek Chin
Pomimo oznak stagnacji w kilku sektorach, Chiny na początku XVIII wieku pozostawały jedną z największych potęg gospodarczych świata. Liczba ludności przewyższała liczbę ludności wszystkich głównych państw europejskich razem wziętych, ich rynek wewnętrzny był bezkonkurencyjny pod względem wielkości, a produkcja herbaty, jedwabiu i porcelany zdominowała handel światowy.
Pod względem produkcji gospodarczej Chiny pozostały centrum światowej gospodarki. Wielkość gospodarki nie przekładała się jednak koniecznie na przewagę technologiczną. Podczas gdy Chiny nadal czerpały swoje bogactwo z wielowiekowej produktywności rolnictwa, rzemiosła i rozległych sieci handlowych, Europa – a w szczególności Anglia – przechodziła transformację bezprecedensową w historii ludzkości.
Rewolucja przemysłowa fundamentalnie zmieniła relacje między technologią, produkcją i potęgą militarną. Silniki parowe, zmechanizowana produkcja, nowoczesne budownictwo okrętowe, przemysł hutniczy i stalowy oraz coraz bardziej zaawansowane systemy artyleryjskie zrewolucjonizowały zarówno wydajność gospodarczą, jak i sposób prowadzenia wojny. Chiny, z kolei, nadal dążyły do zachowania swojego tradycyjnego porządku politycznego i społecznego.
Pewne swojej pozycji „Państwa Środka”, Imperium Qing nie doceniło głębokich strategicznych konsekwencji europejskiej transformacji naukowej i przemysłowej. Nie zdawało sobie sprawy, że globalny układ sił nie jest już determinowany przede wszystkim przez liczbę ludności, terytorium czy zgromadzone bogactwo, ale w coraz większym stopniu przez innowacje technologiczne, potencjał przemysłowy i dominację morską.
Kontrast był uderzający. Około 1820 roku Chiny odpowiadały za około 37 procent światowej populacji, jedną trzecią globalnej produkcji gospodarczej i prawie 30 procent światowej produkcji przemysłowej.
Wielka Brytania, pomimo przewodzenia rewolucji przemysłowej, reprezentowała zaledwie około sześciu procent światowej gospodarki. Mimo to Wielka Brytania posiadała miażdżącą przewagę tam, gdzie liczyła się najbardziej: innowacje technologiczne, produkcja przemysłowa, potęga morska i potencjał militarny. Decydującym czynnikiem nie była już wielkość gospodarki, ale jej zdolność do przekształcania postępu naukowego w potęgę narodową.
W XVIII i XIX wieku, gdy Europa przechodziła przez okres reformacji, oświecenia, rewolucji naukowej, rewolucji francuskiej i wreszcie rewolucji przemysłowej, Chiny dynastii Qing stopniowo pozostawały w tyle. Pogłębiająca się luka technologiczna stopniowo osłabiała siłę militarną i strategiczną autonomię Chin, czyniąc imperium coraz bardziej podatnym na presję zewnętrzną.
Tego upadku nie można wytłumaczyć wyłącznie interwencją zagraniczną. Mocarstwa europejskie stały się niezwykle potężne dzięki wiekom ekspansji morskiej, kolonializmowi, merkantylizmowi, a ostatecznie kapitalizmowi przemysłowemu i imperializmowi. Jednocześnie Chinom nie udało się utrzymać innowacji technologicznych, modernizacji przemysłu ani rozwoju marynarki wojennej. Ich sektor wytwórczy stopniowo tracił przewagę konkurencyjną, a rewolucja przemysłowa przekształciła potencjał militarny i gospodarczy zachodnich rywali.
Rezultatem była jedna z największych geopolitycznych przemian w historii. Cywilizacja z tysiącami lat sztuki rządzenia, wyjątkowo zaawansowaną biurokracją i jedną z najbogatszych gospodarek świata została ostatecznie pokonana przez małe państwo wyspiarskie położone tysiące kilometrów dalej. Co znamienne, konflikt nie toczył się o terytorium, ale o handel – a dokładniej o opium.
Wojny opiumowe zapoczątkowały okres, który Chińczycy nazywają obecnie Wiekiem Upokorzenia .
Co ważniejsze, potwierdziły strategiczne konsekwencje wcześniejszego wycofania się Chin z mórz. Cywilizacja, która niegdyś posiadała jedną z najpotężniejszych flot świata, stanęła w obliczu przemysłowego imperium morskiego, pozbawionego ani potęgi morskiej, ani potencjału technologicznego, by mu się przeciwstawić. Utrata dominacji morskiej ostatecznie utorowała drogę do utraty strategicznej autonomii.
Tło wojen opiumowych
Pod koniec XVIII i na początku XIX wieku chińskie produkty, takie jak herbata, jedwab i porcelana, cieszyły się dużym popytem w całej Europie. Jednak rząd dynastii Qing wykazywał niewielkie zainteresowanie europejskimi wyrobami przemysłowymi. W rezultacie handel między Chinami a Zachodem odbywał się głównie w oparciu o srebro, co powodowało znaczny i trwały deficyt handlowy Wielkiej Brytanii. Dla Imperium Brytyjskiego ta nierównowaga stawała się coraz bardziej nie do utrzymania. Przyjęte rozwiązanie doprowadziło do jednego z najpoważniejszych konfliktów XIX wieku. Wielka Brytania zaczęła eksportować opium uprawiane w Indiach Brytyjskich na rynek chiński za pośrednictwem rozległej sieci przemytniczej. To, co początkowo było stosunkowo ograniczonym handlem, wkrótce przerodziło się w ogromne nielegalne przedsięwzięcie.
Wraz z rozprzestrzenianiem się konsumpcji opium w chińskim społeczeństwie, miliony ludzi uzależniły się od niego. Co ważniejsze, ogromne ilości srebra wypływały z Chin, aby zapłacić za importowane opium, co poważnie osłabiło system monetarny imperium. Dochody rządu spadły, korupcja w biurokracji stała się powszechna, a dyscyplina wojskowa stale się pogarszała. To, co zaczęło się jako problem handlowy, przerodziło się w kryzys bezpieczeństwa narodowego. Opium nie było już jedynie narkotykiem; stało się bronią geopolityczną zdolną do podważenia gospodarczych, administracyjnych i militarnych fundamentów państwa Qing.
Przed wybuchem pierwszej wojny opiumowej w 1839 roku, jedynie stosunkowo niewielki odsetek ludności Chin regularnie zażywał opium. Według większości historycznych szacunków, od czterech do dwunastu milionów ludzi na około 400 milionów populacji było nałogowymi użytkownikami – około jednego do trzech procent populacji, a niektóre szacunki sięgają nawet pięciu procent.
Prawdziwe zagrożenie leżało jednak nie w odsetku osób uzależnionych, lecz w strategicznych konsekwencjach samego handlu. Ciągły odpływ srebra ograniczył podaż pieniądza, zakłócił pobór podatków, zwiększył obciążenie finansowe chłopstwa i poważnie nadwyrężył finanse publiczne dynastii Qing. Jednocześnie konsumpcja opium rozpowszechniła się wśród urzędników państwowych, wojskowych, kupców i rzemieślników, obniżając efektywność administracji, gotowość bojową i wydajność pracy.
Gwałtowny rozwój przemytu napędzał również korupcję i przekupstwo wśród celników, władz portowych i lokalnych administratorów, jeszcze bardziej osłabiając zdolność państwa do efektywnego rządzenia. Pod koniec lat 30. XIX wieku Imperium Qing stanęło w obliczu nie tylko problemu zdrowia publicznego, ale także wielowymiarowego kryzysu, który dotknął jego gospodarkę, system rządów, instytucje wojskowe i stabilność społeczną. Uznając egzystencjalny charakter zagrożenia, rząd cesarski ostatecznie zdecydował się siłą stłumić handel opium. Reakcja Wielkiej Brytanii na tę decyzję wkrótce pogrążyła obie cywilizacje w wojnie, która fundamentalnie zmieniła równowagę sił w Azji.
Pierwsza i druga wojna opiumowa
Zdeterminowany, by powstrzymać niszczycielskie skutki handlu opium, rząd dynastii Qing postanowił podjąć zdecydowane działania. W 1839 roku cesarz Daoguang mianował wybitnego komisarza cesarskiego Lin Zexu, aby zwalczył nielegalny handel w Kantonie (Guangzhou). Lin skonfiskował ponad 20 000 skrzyń opium, należących głównie do brytyjskich kupców, i nakazał publiczne zniszczenie narkotyków.
Rząd brytyjski uznał zniszczenie własności prywatnej za naruszenie praw handlowych i wykorzystał ten incydent jako usprawiedliwienie interwencji wojskowej. Jednak konflikt, który nastąpił, dotyczył czegoś więcej niż tylko opium. W swojej istocie stanowił konfrontację dwóch fundamentalnie odmiennych światów: uprzemysłowionej potęgi morskiej, która z entuzjazmem przyjęła transformację naukową i technologiczną, oraz starożytnego imperium kontynentalnego, zdeterminowanego, by zachować swój tradycyjny porządek polityczny.
Imperium Qing okazało się beznadziejnie słabsze od brytyjskiej floty parowej, nowoczesnego uzbrojenia, zdyscyplinowanych sił zawodowych i przemysłowych mocy produkcyjnych. Pierwsza wojna opiumowa nie była zatem jedynie konfliktem militarnym, ale demonstracją rewolucyjnego wpływu rewolucji przemysłowej na globalną równowagę sił.
Co ciekawe, tragedia ta rozpoczęła się zaledwie rok po podpisaniu traktatu z Balta Limanı z 1838 roku między Wielką Brytanią a Imperium Osmańskim. Porozumienie to fundamentalnie przekształciło gospodarkę Imperium Osmańskiego, przyznając Wielkiej Brytanii szerokie przywileje handlowe i jest powszechnie uważane za ważny krok w kierunku gospodarczej zależności Imperium Osmańskiego. Chociaż okoliczności historyczne były różne, trajektorie rozwoju Imperium Osmańskiego i Imperium Qing w XIX wieku ujawniają uderzające podobieństwa: oba stopniowo traciły swoją strategiczną autonomię pod rosnącą presją uprzemysłowionych mocarstw zachodnich.
Podczas Pierwszej Wojny Opiumowej (1839–1842) , Królewska Marynarka Wojenna szybko przytłoczyła chińską obronę wybrzeża, zdobyła kluczowe porty i posunęła się wzdłuż rzeki Jangcy do Nankinu. Wynikający z tego Traktat Nankiński (1842) zmusił Chiny do oddania Hongkongu Wielkiej Brytanii, otwarcia pięciu portów traktatowych dla handlu zagranicznego, wypłacenia znacznych odszkodowań finansowych i przyznania szerokich przywilejów handlowych brytyjskim kupcom.
Co ważniejsze, traktat zainaugurował to, co później stało się znane w Chinach jako era Nierównych Traktatów , okres, w którym mocarstwa zagraniczne systematycznie ograniczały chińską suwerenność poprzez przymus wojskowy i naciski dyplomatyczne.
Dla Wielkiej Brytanii i innych mocarstw zachodnich ustępstwa te okazały się jednak niewystarczające. Czternaście lat później wybuchła Druga Wojna Opiumowa (1856–1860), której cele wykraczały daleko poza ochronę handlu opium. Wielka Brytania i Francja domagały się nieograniczonego dostępu do rynków chińskich, prawa do zakładania stałych misji dyplomatycznych w Pekinie, większej swobody działalności misyjnej chrześcijan, rozszerzenia przywilejów handlowych i szerszej ochrony prawnej dla swoich obywateli w całym imperium Qing.
Po raz kolejny decydująca okazała się przytłaczająca przewaga morska. Wspierana przez francuskie siły zbrojne, Królewska Marynarka Wojenna zdobyła Tianjin i ostatecznie ruszyła na sam Pekin. Rząd Qing poniósł kolejną katastrofalną klęskę. Cesarz uciekł ze stolicy, podczas gdy wojska brytyjskie i francuskie splądrowały i spaliły wspaniały Stary Pałac Letni (Yuanmingyuan) — jeden z największych symboli cesarskiej cywilizacji chińskiej. Zniszczenie pałacu pozostało jednym z najtrwalszych symboli upokorzenia ze strony obcych w pamięci historycznej współczesnych Chin.
Wojna zakończyła się Konwencją Pekińską (1860) , która nałożyła na Chiny jeszcze surowsze warunki. Dodatkowe porty zostały otwarte dla handlu zagranicznego, mocarstwa zachodnie uzyskały prawo do utrzymywania stałych przedstawicielstw dyplomatycznych w Pekinie, chrześcijańscy misjonarze otrzymali szeroką ochronę prawną, zagraniczni kupcy uzyskali szersze przywileje handlowe, a Chiny zostały zmuszone do płacenia wysokich odszkodowań wojennych. Co najważniejsze, handel opium został skutecznie zalegalizowany.
Druga wojna opiumowa oznaczała coś więcej niż kolejną klęskę militarną. Stanowiła poważny atak na suwerenność, godność i niezależność polityczną Chin. Łącznie, obie wojny opiumowe przekształciły Imperium Qing z jednej z najpotężniejszych cywilizacji świata w państwo półkolonialne, coraz bardziej podległe obcym wpływom. Dla współczesnych Chin konflikty te stanowią pierwszy rozdział Stulecia Upokorzenia , narodowej traumy, której dziedzictwo do dziś kształtuje chińskie myślenie strategiczne.
Cem Gürdeniz
Admirał w st. spocz. Cem Gürdeniz, pisarz, ekspert geopolityczny, teoretyk i twórca tureckiej doktryny Błękitnej Ojczyzny (Mavi Vatan). Pełnił funkcję szefa Departamentu Strategii, a następnie szefa Wydziału Planowania i Polityki w Kwaterze Głównej Marynarki Wojennej Turcji.Jest pracownikiem naukowym Centrum Badań nad Globalizacją (CRG).
Za: https://www.globalresearch.ca/hundred-years-humiliation-china-opium-wars/5932000
Od Redakcji: Powyższy tekst jest skrótem obszernego opracowania dostępnego pod linkiem: https://mavivatan.substack.com/p/a-hundred-years-of-humiliation-of?utm_source=post-email-title&publication_id=3942597&post_id=204341533&utm_campaign=email-post-title&isFreemail=false&r=24a0ei&triedRedirect=true&utm_medium=email

