Zajęliśmy się w I części tego materiału zdefiniowaniem religii, pojęcia sacrum i wynikających stąd relacji interpersonalnych. Poza tym nakreślono w nim triadę liberalizm – demokracja – konsumpcjonizm jako rdzeń panującego systemu, dzięki niesłychanym możliwościom technologicznym (nieznanym w dotychczasowej historii ludzkości) formatującego świadomość ludzi: w wymiarze jednostkowym jak i zbiorowym.
Demokracja opiera się na nieustannym powątpiewaniu. Świat demokracji jest światem w ruchu, zmienia się, zderzają się w nim różne wartości, cele i interesy społeczne. (Krzysztof Teodor Toeplitz)
Wizerunek cywilizacji zachodniej od 2-3 dekad coraz wyraźniej uwidaczniał przejawy religijności. Na bieżąco relacjonowano modlitwy Jana Pawła II (potem Benedykta XVI i Franciszka I), jego podróże, śmierć i agonię papieża z Polski, żydowskie święta jak Jom Kippur, muzułmański ramadan, pielgrzymki wiernych do Mekki, wystąpienia Dalajlamy, spektakularne obchody na całym świecie w krajach katolickich (Hiszpania, Filipiny, Polska itd.) związane ze śmiecią Jezusa, obchody szyickich rytuałów w rocznicę śmierci Husajna ibn Alego (Aszura), kiedy wierni w różny sposób się okaleczają, co wzbudzało medialne zainteresowanie przeżywaniem doświadczeń religijnych (p. G. Corn, Religia i polityka w XXI wieku).
To samo od dekad obserwowano w USA, tej największej globalnej do niedawna gospodarce, hegemona politycznego i promotora tego, co kojarzy się z demokracją liberalną (J. Micklethwait, A. Wooldridge, Powrót Boga). W ten sposób model cywilizacji jaki wyeksportowano i upowszechniono na świecie przy pomocy globalizacji został naznaczony piętnem amerykanizmu z religijnym tłem. We wstępie do książki Bassama Tibi Fundamentalizm religijny, arabista prof. Janusz Danecki zauważył, iż obserwujemy – było to na przełomie XX i XXI w. – starcie religii i cywilizacji, w domyśle: cywilizacji utożsamianej z Zachodem. Trzeba dodać, że był to błędny wniosek. Gdy patrzymy dziś na sytuację globalną w tej mierze wyraźnie widzimy, że Zachód i jego dotychczasowe wartości są w silnej defensywie wobec wzrostu religijności (p. „Ewangelikanie i ewangelizacja”, Sprawy Nauki Nr 3 i 4 / 2026).
Fundamentalizm jest nie tylko zjawiskiem religijnym. Proponuje bowiem alternatywę, oparcie, podstawę dla rozedrganej, płynnej, pełnej możliwości, (które się zawężają na naszych oczach), ale dla wybranych. Pustka, z jaką współczesny człowiek się zderza w więdnącej pod wpływem procesów politycznych, kulturowych, ekonomicznych realnej rzeczywistości – zarówno w wymiarze materialnym (odczuwalny spadek jakości życia) jak i duchowym – dekonstrukcja dotychczasowych autorytetów i świeckich religii (utopii) musiała doprowadzić do zastąpienie takiej rzeczywistości transcendentalną, mistyczną, religijną abstrakcją (p. L. de Bonald, Teorie du pouvoir et religion demontre par le raissonnement et par l’histoire). Mimo wydania tej pozycji po raz pierwszy jeszcze w 1796 r., zachowuje ona cały czas autentyczność przy analizie takich i podobnych procesów społecznych.
Slavoy Žižek zauważył, że dziś zadaniem intelektualistów zachodnich nie jest ulepszanie zgniłego systemu, ale skupienie się na jego rosnących ograniczeniach. Zasadnicza utopia pogrążająca liberalne, demokratyczne myślenie polegające na tym, że mieszkańcy zachodnich, uprzywilejowanych krajów i klasy średniej oraz wyższej-średniej stanowiących o istocie systemu, mogący stale żyć w rzeczywistość toczącej się tak jak dotychczas, winna polec pod naciskiem intelektualnej dekonstrukcji (p. S. Žižek, „Potrzeba nowego rozdania”, Gazeta Wyborcza, 7-8.02.2015). Im szybciej tym lepiej.
„Poczucie własnej nieomylności i dogmatyzm łączące się z wiarą w cud” stanowi kruchą podstawę dla działalności publicznej (S. Bruce, Fundamentalizm). Tworzą się wówczas nierealistyczne, wyalienowane z realiów codziennego życia, miraże swej doskonałości. To działanie charakterystyczne dla typowych religijnych zelotów. Fundamentalistyczną cechą jest też chęć, dążność do kontroli środków i sposobów komunikacji społecznej.
Ironią wszelkich fundamentalizmów jest to, iż dawni dysydenci i kontestatorzy, którzy obejmują z czasem władzę przejawiają najszerzej idącą aktywność właśnie w tej mierze. I tak ma się dziś sytuacja z liberalnymi elitami, podobnie jak z koryfeuszami reformacji: Lutrem i Kalwinem, a w dalszej kolejności z intelektualistami i „erazmitami” walczącymi o tolerancję i pluralizm takimi jak Melanchton, Kapiton, Oekolampadius czy Bucer. Stali się oni po pokoju w Augsburgu (25.09.1555) i zapanowaniu zasady eius regio, cuius religio osobnikami czynnie i brutalnie tropiącymi herezje oraz różne odstępstwa od ich oficjalnie obowiązującej doktryny. Zwyczajnymi zelotami. Ogólnie rzecz ujmując, każdy fundamentalizm opiera się na przeświadczeniu, że istnieją pewne źródła i ich interpretacje, które są nieomylne i kompletne.
Sprowadzenie chrześcijaństwa do elementu władzy – po decyzjach Konstantyna Wielkiego i Teodozjusza Wielkiego – spowodowało ośmieszenie i dekonstrukcję wszelkich wartości związanych z uniwersalizmem, humanizmem, troską o stygmatyzowanego, wykluczonego (to pozostało tylko w formie jałmużny, a nie działań na rzecz zmiany stosunków społecznych i politycznych). Pierwotne wartości zostały odłożone do lamusa. Zaś dziś, na co w licznych wywiadach zwracał uwagę Zygmunt Bauman, przybywa ludzi którzy mają poczucie, że są gorsi od innych. A upokorzeni są gniewni, szukają środków, by ten gniew wyładować.
W erze powszechnej tik-tokeryzacji, disneylandyzacji i makdonaldyzacji wszystko stało się banałem, infantylnym gadżetem, klipem na ekranie i częścią przesuwających się stale kolorowych obrazów powodujących uczucie pustki, chaosu poznawczego, braku jakiegokolwiek fundamentu. Zdjęcie umierającej z głodu afrykańskiej dziewczynki i czekającego obok na jej śmierć sępa (Sudan, rok 1993, fotograf Kevin Carter) sąsiaduje z lampionami i fajerwerkami Las Vegas, brutalne walki w Sahelu, dżihadyści syryjscy (dziś szacowni reprezentanci „nowej Syrii”) z odciętymi głowami Alawitów i chrześcijan w dłoniach obcują z czerwonym dywanem w Hollywood, zdjęcia i informacje nt. Palestyńczyków ze zrównanej z ziemią i pozbawionej elementarnych warunków do życia Gazy, czego dokonał Izrael (uznawany za forpocztę demoliberalnego Zachodu na Bliskim Wschodzie) obcują z rautami, ceremoniami i balami euroatlantyckiej elity.
Świat w tej optyce, w tym medialnym bigosie jest absolutnie pozbawiony wszelkich wartości i punktów odniesienia - przy jednoczesnej liberalno-medialnej narracji, że jest to jedyna, wspaniała, docelowa dla całej ludzkości rzeczywistość. Musi to dotknąć również religii i doktryn, które do tej pory mogły wydawać się jakimiś drogowskazami, a którym horyzont odniesienia umknął w niebyt. Pozostała tylko infantylna, banalna, zawężona do zabawy, „radochy” i głupawych memów przestrzeń półrealna, półwirtualna.
Zmaterializowała się wieszczona przez Postmana, Huxleya czy McLuhana rzeczywistość. Taka świetlana przyszłość jest modelem na wskroś religijnym, bardzo podobnym do millenarystycznych wizji raju, złotego wieku, Edenu, świata przyszłości, kiedy Armagedon zniszczy tych złych, upadłych, brzydkich i niegodziwych. Wtedy zapanują autorytatywnie objawione zasady, wartości i ich interpretacje.
Myśl Starego Kontynentu od dawna jest porażona platońską wizją, ugruntowaną potem przez 2 tys. lat chrześcijańskiej władzy wdrożonej w doczesność (papizm i cezaropapizm, które są tym samym tylko w odbiciu lustrzanym), jakiejś siły nadnaturalnej, będącej idealnym prawzorcem wszystkiego, całej Wszechrzeczy.
Takie postrzeganie rzeczywistości eliminuje ewolucję i zmiany we wszystkich przestrzeniach, będąc rozumowaniem religijnym. Więc jeśli liberalizm uznał swe kanony i zasady za najlepsze i jedyne, wykreował się tym samym na doktrynę, która ma być szerzona bez względu na pluralizm kultur na świecie. W takim przypadku postępuje jak normalna dogmatyczna religia.
A przecież zgodnie „z tolerancją, mającą stanowić rudyment liberalizmu, każdy człowiek, każdy naród, każda cywilizacja może wybrać własną drogę do własnego celu niekoniecznie zgodną z drogami innych” (I. Berlin, „John Stuart Mill i cele życia” [w]: Cztery eseje o wolności).
Liberałowie, tracąc uniwersalizm i fundament swej idei i doktryny, stając się elementem sprawującym władzę opartej o dogmatyzm i aprioryzm (co stanowi istotę każdej religii), podtrzymali fatalną wadę: najlepiej czują się w towarzystwie sobie podobnych, wyznających te same idee, wartości, preferujących te same programy i mody (p. R. Bregman, Homo sapiens. Ludzie są lepsi niż myślisz).
Tradycja judeochrześcijańska mająca stanowić fundament kultury Zachodu nie pozwala wyjść poza horyzont światopoglądu opartego wyłącznie o ramy duchowości, etyki czy filozofii. Bez odwołań do prawnej kazuistyki, dziś idącej coraz bardziej w kierunku talmudycznego regulowania wszelkich możliwych aspektów życia. Niestety, liberalizm nie poszedł drogą systemów światopoglądowych rodem z Azji: buddyzmu, niektórych szkół hinduistycznych i dżinizmu.
Idea humanizacji śmierci przez rozpowszechnianie roli gilotyny w tym publicznym misterium, jakie towarzyszyło takim wydarzeniom, a potem przełożenie tego na wyroki śmierci dokonywane w zaciszach więzień czy kazamatów, które to akty „zgasiły wszelkie emocje, nawet najbardziej negatywne” kierowane przez tłum gapiów ku dekapitacji skazańców, oznaczać miało, że śmierć została zbanalizowana i odarta ze społecznych emocji. I było to częścią oświeceniowego humanizowania, uczłowieczania, racjonalizowania wszystkiego, co miało teraz dotyczyć nowoczesnego człowieka.
W tym przypadku, także zadawania mu śmierci. (F. Dürenmatt, Nocna rozmowa z człowiekiem, którym się gardzi). Orwellowski świat i panoptikon J. Benthama to przykłady i praktyki na zdolności liberalnych porządków we współczesnym świecie i ich degeneracji bliskich religijnym uzasadnieniom rodem z totalitarnych praktyk. Dziś nikt nikogo nie dekapituje, nie łamie kołem ani nie pali na stosie. Ale w Wieku kapitalizmu inwigilacji Shoshany Zuboff istnieją inne, nie mniej dolegliwe, dramatyczne sposoby materializacji świata Orwella. Pozbawia się jednostkę kontestującą liberalny porządek, nie godzącą się na jednowymiarowość prezentowaną i narzucaną przez mainstream, środków do życia, stawiając ją w sytuacji dziewczynki ze zdjęcia Cartera.
Eliminuje się ją nie tylko z przestrzeni wymiany myśli i komunikacji, ale pozbawia się ją możliwości normalnego bytu poprzez blokadę dostępu do usług bankowych, medycznych, korzystania ze środków komunikacji zbiorowej i indywidualnej (wyłączanie telefonów, konfiskata urządzeń itd.), zakaz przekraczania granic w Europie. I to w oparciu o decyzję administracyjną, od których nie ma w zasadzie odwołania. Kilkanaście osób z Europy już takie totalitarne represje spotkały ze strony Brukseli (np. pochodzącą z Kamerunu obywatelkę Szwajcarii Nathalie Yamb czy blogera z kraju Helwetów Pascala Lottaza).
O nadchodzącym systemowym kryzysie, groźniejszym niż to, co znamy z ostatnich dekad, grożącym gwałtownym wybuchem społecznego niezadowolenia w wyniku wzrostu światowej wieloetnicznej, wielokulturowej „underclass” czyli ludzi trwale wielopokoleniowo zdeklasowanych, zmarginalizowanych, stygmatyzowanych przez mainstream medialny jako nieudaczników i leni, przez to niewolnych i pozbawionych nadziei na poprawę swego losu ostrzegało już w I dekadzie XXI w. wielu myślicieli, emerytowanych polityków i naukowców. Tak różnych jak Henry Kissinger, Slavoy Žižek, Andriej Fursow, Thomas Piketty, Lester C. Thurow czy Emmauel Todd.
Za tę sytuację odpowiada autorytarnie panujący liberalizm, który cofnie zapewne cywilizację o dekady, podobnie jak to było po upadku Rzymu. Demonstracje antyglobalistów, ruch ”Occupy Wall Street” czy protesty przeciwko Acta już dawno były sygnałem, że społeczny bunt kiełkuje i to w tych przestrzeniach, gdzie elity i mainstream się tego nie spodziewały. Te ruchy społeczne można przyrównać do religijnej kontestacji w ramach systemu chrześcijańskiego totalitaryzmu średniowiecza.
To była odpowiedź na władzę Kościoła, pokazująca z jednej strony erozję doktryny, a z drugiej – zapowiedź tego, co zaczął Luter w 1517 roku, przybijając 95 tez na drzwiach kościoła w Wittenberdze (31.10.1517). Dotyczyły one m.in. ruchu flagelantów, beginek i begardów, waldensów, katarów (albigensów), mendykantów, lollardów, joachimitów itd. Niektóre ruchy, podobnie jak obecnie, system zaabsorbował pacyfikując ich początkowy radykalizm. Inne, przy pomocy władzy świeckiej, zniszczył eliminując fizycznie liderów (Dolcino, Hus, Savonarola, Tyler, Müntzer) lub stosując przy pomocy krucjat ludobójstwo (represje wobec albigensów/katarów czy husytów). Dziś można kontestatorów systemu wykluczyć z przestrzeni publicznej przy pomocy technologii (bez możliwości jakiegokolwiek odwołania niczym od wyroku inkwizycji).
Gdy system wyczerpuje swe możliwości rozwoju, gdy racjonalizm i pragmatyzm podpowiadają, że koniec się zbliża, wzbierają emocje, rozgorączkowane namiętności i dziecinne fantazje. Wzrastają upodobania do swarów i kłótni, pieniactwo i towarzysząca jej agresja, hipokryzja pomieszana z patosem świętości i przede wszystkim chciwość. Doskonale te procesy opisuje schyłek wielowiekowej epoki średniowiecza Johann Huizinga, znakomity mediewista i filozof kultury w Jesieni średniowiecza. Czy dziś tych nie obserwuje się tych zjawisk, powszechnych w społeczeństwach Zachodu, gdzie liberalizm panował od dekad? Schyłek średniowiecza, epoki królestwa religijności, jednowymiarowej kultury owocował niesłychaną bigoterią, przy jednoczesnym upadku zasad tak podnoszonych przez panujący system. Analogie z czasami współczesnymi są nad wyraz czytelne. Jak stwierdził Bertrand Russel - „Nigdy nie daj się zwieść temu, w co chcesz wierzyć”.
Radosław S. Czarnecki
Jest to druga, ostatnia część eseju Radosława Czarneckiego "Liberalizm jako forma wierzenia religijnego". Część pierwszą zamieściliśmy w SN Nr 5/26 (red.)

