Wspomnienia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1529
Często jestem pytany, jak to się stało, że do lat 90. opracowaliśmy wiele laserowych urządzeń medycznych, które przez szereg lat były wykorzystywane w klinikach. Tu muszę oddać prymat lekarzom. To nie my chcieliśmy konstruować medyczne urządzenia z użyciem laserów. To co znakomitsi lekarze, mając stosowne informacje, pokazywali możliwość wykorzystania w danej specjalności promienia laserowego i namawiali do podjęcia takich prac. Pewnie gdyby te urządzenia były na rynku, a oni mieli pieniądze, to nie pukaliby do naszych j lekarze nie mieli pieniędzy, dewiz, za które urządzenia te, niestety drogie, można było nabywać. drzwi. Po prostu kupiliby je. Na początku tych produktów nie było, a później lekarze nie mieli pieniędzy, dewiz, za które urządzenia te, niestety drogie, można było nabywać.
To bieda i chęć stosowania w medycynie ambitnych metod leczenia spowodowała, że zaczęliśmy wykonywać krajowe wersje tych urządzeń, a lekarze podjęli badania wykorzystujące lasery w diagnostyce i terapii medycznej. Podobne jak u nas, połączenie rodzimej techniki i medycyny nastąpiło w innych krajach. Tyle że tam, w naturalnych warunkach rynkowych, opracowywane urządzenia modelowe trafiały do produkcji, były ulepszane, a konkurencja powodowała, że taniały i trafiały do coraz szerszego grona odbiorców. Myśmy ten moment przespali, nie było do tego sprzyjających warunków, a nawet żadnych warunków, o czym była już mowa.
W końcu polski złoty stał się normalną walutą (wymienialną), a nasz rynek równie dobry jak inne. Spowodowało to ekspansję przemysłu przodujących technologicznie krajów na nasz rynek, co w przypadku sprzętu medycznego przyjmowało nieraz zadziwiające formy. Zagraniczne firmy w porozumieniu z jednostkami medycznymi proponowały kupno urządzeń z jednoczesnym przeszkoleniem (za granicą) w ich obsłudze lub praktyce leczniczej. Dawano możliwość wypożyczania urządzeń z odłożoną w czasie płatnością. Obniżano cenę podstawowego urządzenia, a jednocześnie podnoszono ceny niezbędnych części eksploatacyjnych. W przypadku urządzeń laserowych były to przeważnie tory światłowodowe, które szczególnie przy nieumiejętnym posługiwaniu się nimi łatwo się łamały i musiały być wymieniane. Powyższe zabiegi były na tyle skuteczne, że przestaliśmy w ramach prac badawczych tworzyć odpowiedniki istniejących na świecie urządzeń. Nie należy też dziwić się lekarzom, że nie chcieli kupować polskich wyrobów. Woleli mieć dostęp do sprawdzonej, produkowanej seryjnie aparatury, a wyjazdy zagraniczne, jeszcze wtedy były bardzo atrakcyjne.
Taktyka firm zagranicznych spowodowała, że nasze kontakty z lekarzami musiały przyjąć inne formy. Należało szukać nowych pól wykorzystania promieniowania laserów w miarę ich rozwoju. Także postęp wiedzy medycznej wyznaczał nowe, dotychczas nieznane, pola. Pracownicy klinik, z którymi współpracowaliśmy, podzielali ten pogląd. Znajdowaliśmy takie obszary i tworzyliśmy takie projekty.
Programy strategiczne
Projektami dotyczącymi laserowych urządzeń do diagnostyki i terapii medycznej odpowiedzieliśmy na apele MNSzW w 2009 r. i NCBiR w 2010 r. dotyczące „Strategicznych programów badań naukowych i prac rozwojowych”. Zgodnie z wymaganiami, tematyka programów powinna dotyczyć obszarów, w których są rzeczywiste szanse sukcesu: istnieją zespoły badawcze o odpowiednim potencjale naukowym i doświadczeniu w danej dziedzinie, a ponadto istnieje dostateczne otoczenie wytwórcze, dające gwarancję wykorzystania produkcyjnego wyników badań. Byliśmy przekonani, że w trakcie dotychczasowej długoletniej współpracy specjalistów z zakresu medycyny i techniki zdołały utworzyć się i skonsolidować zespoły zdolne do podjęcia poważnych prac z zakresu zastosowań laserów do diagnostyki i terapii medycznej. Był to okres, gdy również pojawiło się szereg firm produkcyjnych mogących podjąć się ewentualnych wdrożeń. Niewątpliwie nasze badania spełniały wymogi programów strategicznych.
Zgłoszony wtedy przez nas projekt miał tytuł: „Opracowanie wybranych technologii i urządzeń do zastosowań w diagnostyce i terapii medycznej” i zawierał kilka tematów, z których na wyróżnienie zasługiwała budowa prostych urządzeń do wczesnego wykrywania chorób nowotworowych. Niestety, nasz temat nie został zauważony przez recenzentów i zleceniodawcę. Nie mieliśmy pretensji. Pewno były tematy lepsze i bardziej dojrzałe. Projekty lokowane były w „Programie Operacyjnym - Innowacyjna Gospodarka 2007-2013 (PO IG), Działanie 1.1. Wsparcie badań naukowych dla budowy gospodarki opartej na wiedzy, Oś priorytetowa 1. Badania i rozwój nowoczesnych technologii.
Po rozstrzygnięciu konkursu zapamiętałem tematy z dwóch pierwszych miejsc. Podaję je bez komentarza:
1. „PHENIX- Bezzałogowy samolot stratosferyczny” – 10 mln zł.
2. „Innowacyjny system wspomagania technicznego zrównoważonego rozwoju gospodarki” - 61 mln zł
Nie muszę dodawać, że „bezzałogowy samolot stratosferyczny” nie powstał, a o „zrównoważonym wspomaganiu rozwoju gospodarki” po roku nikt w ministerstwie nie pamiętał. Wiem, bo zapytałem. Pieniądze jednak skutecznie wydano i na znacznie tańszy laserowy program medyczny zabrakło. W ten sposób umarła laserowa tematyka medyczna w dużych krajowych programach badawczych.
W czasie transformacji ustrojowej w kraju (lata 90.) zmieniły się zasady finansowania nauki, a projektów badań naukowych w szczególności. Zasadniczej krytyce poddana została metoda finansowania dużych projektów badawczych z centralnie przyznawanych środków: projektów węzłowych, CPBR-ów, CPBP-ów i podobnych. Twierdzono, że finansowanie było niesprawiedliwe. Pieniądze na tematykę badawczą zawsze otrzymywali ci sami.
Dużym projektom badawczym przeciwstawiono system drobnych, indywidualnych grantów. Były one zgłaszane do instytucji zlecających przez bezpośrednich wykonawców. Taki system, jak dowodzono, podobno powszechnie obowiązywał w krajach demokratycznych.
Odnosiłem wrażenie, że sprawie tej nadaje się wyraźny podtekst polityczny. Zastanawiam się też, co to znaczy „sprawiedliwość” w nauce. W nauce jak w sporcie, są lepsi i gorsi. Sprawiedliwie jest, gdy w sporcie medal dostaje lepszy, a w nauce, gdy Nagrodę Nobla dostaje ten, który pierwszy dokonał odkrycia. Tu niestety nie zawsze tak bywało. W sporcie też zdarzają się odstępstwa od tej prostej normy, ale rzadziej.
Problem do rozwiązania
Wróćmy do projektów badawczych i sprawiedliwego ich finansowania. Oto przypadki, z jakimi można było się spotkać w praktyce naszego kraju. Pierwszy, moim zdaniem, wzorcowy, wyidealizowany: Istnieje do rozwiązania naukowy problem, sprawiedliwie będzie, gdy jego opracowanie powierzy się najlepszym.
Jak w takich razach bywa, natychmiast pojawia się szereg pytań, wątpliwości i problemów do rozwiązania. A zatem musi być ktoś, może instytucja, która takie problemy do rozwiązania będzie wyznaczała. Narzuca się, by czynił to ten, kto daje pieniądze, finansuje projekty. I wydaje się oczywiste, że zainteresowany opracowaniami naukowymi może być przemysł szukający innowacyjnych produktów, lub agendy państwowe dbające o ogólny rozwój kraju.
To oczywiście teoria. W Polsce w pierwszych latach po wojnie wszystko było państwowe z przemysłem włącznie. Zleceniodawcą finansującym projekty naukowe mogło być więc tylko państwo, tzn. wyznaczone do tego celu jego agendy. Z czasem zmieniały się ich nazwy, ranga i szczegółowe zadania. Były to ciała kolegialne, w których uczestniczyli także pracownicy nauki.
Agendą ważną z naszego punktu widzenia był Komitet do Spraw Techniki, a od roku 1963 KNiT (Komitet Nauki i Techniki), kolegialne organy administracji państwowej w randze ministerstw. Przez długie lata przewodniczącym KNiT był działacz polityczny Eugeniusz Szyr. Pamiętam, że kiedyś na spotkaniu z ważną osobistością zapytaliśmy, dlaczego przewodniczącym KNiT nie jest naukowiec, profesor. W odpowiedzi usłyszeliśmy, że towarzysz Szyr uzyskał stopień doktora i na tym stanowisku jest właściwym człowiekiem.
Trzeba przyznać, że Komitet do Spraw Techniki, a następnie KNiT zainteresowały się laserami i sukcesami opracowujących je w kraju zespołów. Z ich inicjatywy w 1963 r. powołany został Zespół Problemowy do Spraw Elektroniki Kwantowej (przewodniczący prof. Janusz Groszkowski), któremu przydzielono środki na badania w ramach wspomnianego już, pierwszego Problemu Węzłowego (PW 06.2.3.). Działanie te opisał prof. Wiesław Woliński w referacie „Pierwsze lata prac z zakresu laserów w Politechnice Warszawskiej”.
Zleceniodawca finansujący programy badawcze, chcąc nie chcąc, ponosi odpowiedzialność za treść rozwiązywanych w nich zagadnień. Rzecz szczególnie istotna, gdy problemy dotyczą ważnych działów gospodarki: przemysłu, zdrowia itp. Zły wybór oznacza stratę pieniędzy i czasu. Zamiast niedobrze wybranego, niewłaściwego programu, można by rozwiązać problem inny, bardziej potrzebny.
W swojej dość długiej praktyce uczestnictwa w finansowanych pracach badawczych jako wykonawca, tylko raz miałem do czynienia z projektem, który zlecał mi rozwiązanie konkretnego zadania naukowego. Była to „budowa laserowego nadajnika do dalmierza mierzącego odległość do satelity LAGEOS”. Na dalmierz satelitarny zdobyło finansowanie Centrum Badań Kosmicznych i UAM w Poznaniu, mnie zlecono wykonanie stosownego lasera.
Można stąd wnioskować, że w powszechnej praktyce to nie zleceniodawca wyznaczał tematykę prac badawczych. Ale jeżeli nie zleceniodawca formułuje naukowe problemy do rozwiązania, to kto? Pozostawione to zostało wykonawcom. To oni proponowali temat projektu, określali jego zakres (czym się chcą zająć, co chcą w ramach tego projektu badać), jakie wyniki obiecują osiągnąć i na dodatek, jak je upowszechnią. Ważną częścią projektu był fundusz na wspomaganie potencjału naukowego zespołu (zakupy aparatury badawczej: pomiarowej, a czasem technologicznej) i fundusz osobowy zespołu zaangażowanego w wykonanie projektu.
Jak jest w związku z powyższym z odpowiedzialnością za wybór tematyki? Odpowiada niby zleceniodawca, ale z reguły jest to ciało zbiorowe, wyłania spośród siebie stosowne komisje, te z kolei poprzedzają podejmowane decyzje wielostopniowym opiniowaniem, tajnymi nieraz recenzjami, powoływaniem dodatkowych zespołów (sekcji) specjalistycznych itp. Wszystko to powoduje, że w natłoku kolejnych ocen i opinii odpowiedzialność za wybór tematyki projektów badawczych rozmywa się. Nikt za jej wybór konkretnie nie odpowiada, chociaż można wykazać, jak wnikliwie starano się ten wybór uzasadnić. Do tego należy jeszcze dołączyć panujące w danym czasie niepisane zwyczaje, tendencje. Mogły one zdecydowanie wpływać na sposób procedowania i sam wybór.
Już na początku, tzn. przy wyborze tematyki projektów badawczych, widać brak jasnych kryteriów i niepewność poprawnego ich wyboru.
Spróbujmy dokonać oceny, jaka droga byłaby lepsza. Która z nich prowadziłaby do lepszego wykorzystania nauki w gospodarce i byłaby lepsza dla samej nauki, wzrostu jej poziomu i autorytetu. Podejmując próbę ustosunkowania się do tej kwestii, oceńmy potencjał ośrodków uznawanych za naukowe. Doceniając innowacyjną rolę opracowań naukowych w przemyśle, w PRL tworzono praktycznie przy każdej z branż Centralne Laboratoria lub Centralne Ośrodki Badawczo - Rozwojowe. Zadaniem ich miało być opracowywanie nowych wyrobów dla przemysłu tej branży ulepszanie istniejących. Jaka była ich skuteczność, lepiej nie mówić. Zakłady skutecznie broniły się przed jakąkolwiek ingerencją w ich planową produkcję.
W momencie transformacji ustrojowej w Polsce, oprócz wyższych uczelni i instytutów PAN, w spadku, jako naukowe, odziedziczyliśmy również i te ośrodki. Przekształciły się one w Jednostki Badawczo–Rozwojowe (JBR-y) i traktowane (oceniane) były na równi z uczelniami i instytutami PAN. W początkach lat 90. było ich ponad 200 i zatrudniały kilkadziesiąt tysięcy pracowników o stosunkowo wysokich kwalifikacjach i dysponowały wartościową aparaturą badawczą: pomiarową i technologiczną. Kraj mający taki potencjał może i powinien znaleźć dla niego właściwe wykorzystanie. Z moich obserwacji wynika, że niestety tak się nie stało.
Polskie konkursy
Oprócz wyboru tematyki prac badawczych, pozostaje jeszcze kilka dalszych działań i decyzji w trakcie ich realizacji.
Są to:
1) ocena, czy projekt trafia do właściwego, najlepszego zespołu badawczego;
2) kontrola postępu prac w trakcie realizacji projektu;
3) końcowy odbiór prac z oceną zgodności wyników z założeniami wniosku i innymi zakładanymi rezultatami, w tym sposób wykorzystania wyników. Zgodna z tymi wytycznymi analiza wykonania zadania, świadczyć będzie o celowości wydatkowanych na niego środków.
W tych częściach zarządzania opracowaniami naukowymi również było brak jasnych kryteriów, a stosowane praktyki dalekie od logicznie oczekiwanych.
1) W przypadku, gdy temat projektu proponuje wykonawca, trudno proponować jego wykonanie innemu zespołowi. Oczywiście zaleca się recenzentom i zespołom opiniującym ocenę dorobku naukowego zespołu w zakresie zgłaszanej tematyki. Nie o to mi jednak chodzi. Podnosząc to zagadnienie, mam na myśli inną sytuację. W przypadku istnienia niezwykle ważnego do rozwiązania problemu i jednocześnie większej liczby zespołów przygotowanych do jego podjęcia, byłoby rzeczą zrozumiałą i dopuszczalną uruchomienie prac na pewnym etapie w więcej niż jednym zespole.
Byłem niezwykle zbudowany, gdy sytuacja taka zdarzyła się u nas w kraju. Projekt dotyczył wykonania tranzystora mikrofalowego. Zleceniodawca (zdaje się ARP – Agencja Rozwoju Przemysłu) wytypowała trzy zespoły, by zademonstrowały swoje możliwości, wykonując modelowe przyrządy zgodnie z posiadaną wiedzą i technologią. Ocena instytucji niezależnej nie pozostawiała wątpliwości. Tylko jeden tranzystor działał. Drugi miał gorsze parametry, a ponadto nie wszystkie procesy wykonane zostały w zespole, któremu powierzono zadanie. Trzeci tranzystor nie działał.
Proszę zgadnąć, który zespół wygrał konkurs i otrzymał zlecenie na wykonanie tranzystora? Oczywiście ten, którego modelowy tranzystor nie działał.
W rezultacie tranzystor oczywiście nie został zbudowany. Powiedziano mi, że nie ma gwarancji pozytywnego wyniku także wtedy, gdyby zlecenie otrzymał inny zespół. Jest zastanawiające, po co w takim razie były testy sprawdzające?
W jeden sposób można ten paradoks zrozumieć. W międzyczasie zmienił się zleceniodawca, a nowy widocznie nie uważał wykonania w Polsce tranzystora mikrofalowego za niezwykle potrzebne. Może nawet wprost przeciwnie, sądząc po wyborze miejsca opracowania tego urządzenia. O innych przypadkach zlecenia identycznego tematu więcej niż jednemu wykonawcy już nie słyszałem.
2) Problem kontroli sposobu realizacji projektów w czasie ich wykonywania oraz odbiór i ocena wyników po ich zakończeniu wymaga oddzielnego i szerszego omówienia. Kontrola postępów w trakcie realizacji tematów prac badawczych miała miejsce tylko w ramach dużych programów. Miały one odpowiedzialnego za program koordynatora i od niego zależał sposób stosowanej kontroli. Powoływany był przeważnie zespół koordynacyjny, a czasami zespół wewnętrznych recenzentów. Powoływanie tych ciał i regulaminy ich działania były inicjatywą wewnętrzną. Nie wynikały one z zasad określonych przez zleceniodawcę. Dla potrzeb zleceniodawcy wystarczyło coroczne składanie merytorycznych sprawozdania rzeczowych i finansowych.
3) Na koniec realizacji programu, oprócz sprawozdań rzeczowych, dodatkowo wykonywane było sprawozdanie merytoryczne (naukowe), będące przedmiotem recenzji i opinii jego zespołów oceniających. Te zmieniały się w czasie. W przypadku dużych programów, zbiorcze sprawozdanie naukowe kierowane było do zleceniodawcy (początkowo KNiT, później ministerstwo) i magazynowane, wydaje się bez możliwości późniejszego dotarcia do niego. Jedynym śladem, jaki pozostawał, były publikacje, o ile takie były.
Siła grantu
W okresie transformacji ustrojowej powszechną formą finansowania prac badawczych stał się system indywidualnych grantów. Grantów było stosunkowo dużo, nawet w tak wąskich dziedzinach jak moja – w optoelektronice. Merytoryczna kontrola postępów prac w trakcie realizacji grantu pozostawiona została wyłącznie wykonawcy. Zleceniodawcy przesyłał on wyłącznie stosowne roczne sprawozdania rzeczowe, głównie finansowe, dla uzyskania kolejnej transzy środków na rok następny. Naukowe sprawozdanie merytoryczne pojawiało się dopiero po zakończeniu wykonywania projektu. Sprawozdania były przedmiotem opiniowania powoływanych w tym celu recenzentów oraz oceny licznych nieformalnych specjalistycznych komisji (sekcji) powoływanych najpierw przy KBN (Komitecie Badań Naukowych), a następnie, po 2004 r. przy MNSzW (Ministerstwie Nauki i Szkolnictwa Wyższego) i trafiały w to samo miejsce – do magazynu.
Brałem udział w pracach tych sekcji i obserwowałem, niestety permanentny, spadek wymagań w stosunku do jakości wykonywanych prac. Moim zdaniem był on co prawda powolny, ale nieustanny i przejawiał się w nacisku ministerialnych urzędników obsługujących sekcje, na wydawane przez nie oceny. Zrozumiałe, iż byłoby źle, gdyby oceny sekcji i preferowana polityka zleceniodawcy były rozbieżne. Ten z opiekunów sekcji pracował dobrze, który zapewniał zbieżność obydwu tendencji. Nie muszę udowadniać, że zdanie opiekuna z czasem zaczęło liczyć się coraz bardziej. Wskazywał on, co sekcja powinna, a raczej czego nie może zrobić.
Jak to wpłynęło na kwalifikację wniosków? Tych, jak już wspominałem, było stosunkowo dużo. Liczba wniosków kwalifikowanych do finansowania wynikała z kwoty przydzielonych środków i z czasem niestety malała. Tematyka wniosków była kompletnie przypadkowa. Wynikała z zainteresowań występujących z wnioskami, czyli potencjalnych, przyszłych wykonawców projektu. Nie było szans na zastanawianie się nad ewentualnym łączeniem tych zagadnień np. z potrzebami gospodarki, chociaż trzeba przyznać, że niektóre z proponowanych wniosków taką ewentualność sugerowały. Recenzenci i sekcje mogły te sugestie brać pod uwagę przy ocenie wniosków. Nie mogli oni jednak (recenzenci i sekcje) wnikać w zakres projektu i sugerować jakiekolwiek zmiany, które mogłyby przybliżać wyniki opracowań do określonych zastosowań.
Takie praktyki były powszechnie stosowane przez zespoły koordynacyjne w dużych projektach. W tym przypadku można było albo przyjąć propozycję kierownika w przedstawionym kształcie, albo ją odrzucić.
Zmiana zasad
Mnogość tematyczna wniosków, rozbieżność celów, dla których miały być realizowane, powodowały, że powód ich finansowania ze względu na potrzeby kraju (rozwój wybranych kierunków nauki, tworzenie innowacyjnego przemysłu itp.), przestał być zasadniczy. Chcąc nie chcąc, zasadniczym celem finansowania projektów badawczych zaczęło być wspomaganie finansowe zespołów badawczych.
Jawna czy ukryta zmiana celu zasadniczego realizacji projektów nieuchronnie prowadzi do zmiany kryteriów ich kwalifikacji i rozliczeń. Wkrótce stało się to widoczne. Dorobek kierownika projektu zaczął niewspółmiernie ważyć w punktacji oceny końcowej wniosku w porównaniu z jego wartością merytoryczną. Ta, jak wynika z poczynionych uwag, ogólnie nie była przydatna, chyba tylko w zespole składającym wniosek. To dlatego jego ocena nie była tak ważna. Dorobek kierownika liczony był liczbą publikacji (najlepiej w liczących się anglojęzycznych periodykach) i zdobytych (przydzielonych) grantów. Dobrze, gdyby kierownik współpracował z instytucjami zagranicznymi i był tam uznanym specjalistą. Niezależnie od tego, dopuszczenie do finansowania wniosku z punktu widzenia zleceniodawcy stanowiło jego nobilitację. Zleceniodawca nie może się mylić. Jeżeli dopuścił wniosek do finansowania, to musi on być dobry.
Merytoryczny wynik opracowania projektu, szczególnie w postaci gotowych urządzeń, przestał również stanowić jego zasadniczą wartość. Przecież nikt go na dobrą sprawę nie oczekiwał. Gdyby hipotetycznie założyć, że jakiś mniej znany zespół, realizując grant, wymyślił przysłowiowy proch, to czy mógłby liczyć na natychmiastowe przedłużenie finansowania badań? Myślę, że nie. Przecież otrzymał już wsparcie i na następne powinien w kolejce poczekać.
Rzutowało to na kwestie bardziej zasadnicze. Nie wiem, kto i kiedy wprowadził drakońską karę za nieuzasadniony brak realizacji projektu. Zgodnie z istniejącym zapisem, wykonawca powinien wtedy zwrócić zleceniodawcy wydatkowane środki. Kara była niewykonalna. Za to realna była możliwość niewykonania pracy. Ta mogła się zdarzyć i się zdarzała. Ten klincz uniemożliwiał sekcji zgodne z prawdą stwierdzenie, że kierownik danego projektu wykazał się nieodpowiedzialnością i lekceważącym stosunkiem do podjętego zobowiązania, tzn. rozwiązania podanego we wniosku zagadnienia.
Jeżeli nawet członkowie sekcji w desperackiej determinacji zdecydowali się uznać daną pracę za niewykonaną, (przeważnie wiązało się dodatkowo z napisaniem sprawozdania na poziomie wstępu do wydawnictwa popularnonaukowego), ocena ta ginęła gdzieś w zakamarkach ministerialnych gabinetów i trudno było się dowiedzieć, jak rozliczenie danego projektu rzeczywiście się zakończyło. Bezskutecznie, wielokrotnie proponowaliśmy, by zamiast sankcji zwrotu środków, ten zespół (kierownik) na określony czas był pomijany w przydziale finansowania jego propozycji (wniosków). Ta możliwa do zastosowania, dotkliwa kara, była widocznie zbyt sroga.
Łagodne traktowanie zobowiązań w projektach oraz malejąca pula przydziału środków na prace badawcze (skutkująca malejącą liczbą finansowanych wniosków) wywołała zrozumiałą reakcję ich autorów. Liczba składanych wniosków rosła. Byli tacy, którzy specjalizowali się w składaniu kilku wniosków, o różnych tematach i z różnych dziedzin. Aby przelicytować wnioski konkurencyjne, należało w swoich zadeklarować więcej osiągnięć i coraz większe osiągnięcia. Martwienie się kwestią dotrzymania obietnic można pozostawić na później. Najwyżej nie wyjdzie i chyba z tego powodu nie powieszą. To działanie, a niewątpliwie do niego doszło, graniczy (nie chcę używać zbyt ostrych sformułowań), z demoralizacją.
Upadek idei
Reasumując, akcja finansowania drobnych grantów, do jakiej doszło w latach 90. i później (zdaje się, że trwa dotąd) spowodowała upadek idei wykorzystania nauki do rozwoju gospodarki kraju na drodze zlecania wykonywania potrzebnych projektów badawczych. Ta idea w tym konkretnym wykonaniu wynaturzyła się.
Lekceważący stosunek niektórych zespołów do przyjętych zobowiązań przeniósł się także do dużych projektów badawczych. Podam przykład.
Byłem kierownikiem dwóch dużych projektów nazywanych wtedy Projektami Zamawianymi (PBZ-023-10 pt. „Diody laserowe dużej mocy i lasery z ciałem stałym pompowane diodami laserowymi - opracowanie technologii wytwarzania materiałów i podzespołów oraz konstrukcji urządzeń laserowych” wykonywany w latach 1997 – 2000;oraz
PBZ-MiN-009/T11/2003 pt. „Elementy i moduły optoelektroniczne do zastosowań w medycynie, przemyśle, ochronie środowiska i technice wojskowej” wykonywany w latach 2004 – 2008). Instytucją koordynującą w obydwu programach było ITME (Instytut Technologii Materiałów Elektronicznych).
Programy te tylko z nazwy były „zamawiane”. W rzeczywistości nikt ich nie zamawiał. Rzut oka na tematy projektów wskazuje, że w tym czasie dokonywał się istotny zwrot w rozwoju techniki laserowej. Postęp w zakresie laserów półprzewodnikowych (DL - Diod Laserowych) i możliwość wykorzystania ich do pompowania laserów ciała stałego prowadził do (można tak rzec) jakościowych zmian w tej dziedzinie.
Nowa klasa laserów ciała stałego - DPSSL (Diode Pumping Solid State Laser) była co najmniej o rząd wielkości bardziej sprawna od ich starszych wersji, a na dodatek umożliwiała konstruowanie zupełnie nowych, dotychczas nieznanych ich odmian: laserów włóknowych, laserów miniaturowych tzw. mikrolaserów itp. Wiedzieliśmy oczywiście o tych tendencjach i możliwościach. Przy Polskim Komitecie Optoelektroniki powstał zespół inicjatywny, który nakreślił zarys programu, w ramach którego moglibyśmy próbować dołączyć do światowego poziomu w tym zakresie. Niestety, powołanie i sfinansowanie programu nie należało do rzeczy łatwych.
Dopomógł nam przypadek i przysłowiowy łut szczęścia. W departamencie obronnym Ministerstwa Gospodarki pracował absolwent WAT. Z jego pomocą przekonaliśmy stosowne osoby w tym ministerstwie i najpierw pierwszy, a następnie drugi program zamawiany stał się faktem. Tak się to niestety odbywało.
Przy tej okazji chciałem jednak zwrócić uwagę na co innego. W obydwu PBZ uczestniczyło po kilka instytucji i realizowały one w sumie kilkadziesiąt zadań badawczych. Mimo starań zespołu koordynacyjnego i recenzentów, w niektórych zadaniach wystąpiły opóźnienia skutkujące w rezultacie budzącymi niedosyt wynikami. W przypadku jednego tematu musieliśmy uznać, że wynik końcowy nie spełnia założeń wniosku i nie dołożono dostatecznej staranności, aby satysfakcjonujący wynik końcowy uzyskać. W raporcie końcowym dla zamawiającego (MNSzW) znalazł się następujący zapis:
„Generalnie rzecz ujmując – w części dotyczącej nauki - Program został wykonany w całości; w części praktycznej - w znakomitej większości przypadków. Tylko w jednym przypadku (Zadanie 2.3. Opracowanie i wykonanie modułu lasera włóknowego na zakres widzialny z konwersją wzbudzenia), na skutek zakupu wadliwych światłowodów aktywnych, nie zostały wykonane moduły laserów włóknowych na zakres widzialny z konwersją wzbudzenia o zadowalających parametrach. Wykonawcy z Instytutu Mikroelektroniki i Optoelektroniki PW czują się zobligowani do zakupu światłowodów w renomowanej firmie za własne środki (statutowe) i w ciągu roku dokończenia realizacji tematu. Deklarację taką złożoną na piśmie załączamy do dokumentów rozliczenia Programu”.
Zdarzenie dotyczy roku 2008, gdy powszechnie były już realizowane indywidualne granty. W większych programach (takimi były PBZ-y) potrafiliśmy przypadki wykonania zadań odbiegające od przyjętych w środowisku norm nagłaśniać nie tylko wśród realizatorów programu, ale także podawać je do wiadomości władz, w tym przypadku Politechniki Warszawskiej.
Tym, którzy pytają: i co? Odpowiadam: i nic. O ile wiem, Koordynator PBZ – ITME (siebie, kierownika tego projektu nie uznaję za osobę godną takiego zaszczytu) nigdy nie otrzymał żadnej informacji o spełnieniu przez wykonawcę tego zobowiązania. Więcej, w recenzjach (o ile pamiętam były dwie takie recenzje) kończących rozliczenie programu, ten akapit raportu końcowego nie został zauważony. Zleceniodawca również w tej sprawie nie miał pytań. Nie rozumiem, jak to było możliwe. Może nikt nie czytał naszych sprawozdań.
W sprawozdaniu końcowym z drugiego PBZ umieściłem jeszcze następujący fragment:
„Na wyjątkowo dobrym poziomie zrealizowane zostały te zadania, których wykonawcy są powiązani lub mają ścisły kontakt z firmami produkcyjnymi specjalizującymi się w produkcji urządzeń zbliżonych do opracowywanych w Programie. Również JBR (Jednostki Badawczo Rozwojowe), te które częściowo utrzymują się ze sprzedaży swoich wyrobów, a przez to mają kontakty z rynkiem, wyjątkowo staranie i bardziej profesjonalnie wykonały swoje względem Programu zobowiązania. W zadaniach tych mniej jest publikacji (chociaż to nie jest regułą), za to wyższy poziom techniczny opracowania. Jestem zdania, ze potencjał JBR powinien być bardziej wykorzystany gospodarczo. Na razie mechanizmy takie nie zostały uruchomione. To wielka szkoda, gdyż opracowania, o których wspomniałem powyżej są bliskie komercjalizacji”.
Nadal jestem zdania, że potencjał JBR (obecnie występujące pod nazwą Instytutów Badawczych) jest źle w Polsce wykorzystany i marnuje się.
Zdzisław Jankiewicz
Od Redakcji: Jest to piąty odcinek wspomnień prof. Zdzisława Jankiewicza.
Dotychczas ukazały się:
- Maser i laser (1) w SN 2/20
- Lasery i fuzja (2) w SN 3/20
- Jak to było z bronią radiacyjną w WAT w SN 4/20
- Od nauki do przemysłu w SN 5/20 SN
Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od Redakcji SN.
- Autor: ANNA LESZKOWSKA
- Odsłon: 3233
12 lutego 2016 zmarł prof. Maciej Grabski, związany przez lata z Politechniką Warszawską, także z Komitetem Badań Naukowych, wieloletni prezes Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej i wieloletni wiceprzewodniczący Komitetu Etyki PAN. Naukowiec, organizator życia naukowego, społecznik, etyk, państwowiec.
Profesor Maciej Grabski był niezwykle skromnym człowiekiem i naukowcem uwrażliwionym na sprawy etyczne i społeczne. Jak sam mówił - przez kilkadziesiąt lat pracy w nauce i dla nauki usiłował przekazać najpierw swoim uczniom, a później kolegom i tym, którzy są za naukę odpowiedzialni, pewne, wydawałoby się oczywiste, myśli: że nauka nie jest bytem samym w sobie, ale musi być rozpatrywana w kontekście społecznym, że uprawianie nauki to nie tylko zawód, ale i sposób patrzenia na otaczający nas świat; że nie można być naukowcem tylko w swoim laboratorium, a przestawać być nim na forum publicznym; że w dzisiejszych czasach szczególnie ważna dla nauki, fundamentalna i wymagającą bezwzględnej ochrony wartością jest jej uczciwość i wynikająca z niej jej etyczna odpowiedzialność. Te refleksje o nauce i naukowcach zawarł w swojej książce, jaka ukazała się w ub. roku – O nauce w Polsce – zamyślenia. Swoistym Credo. Kiedy w ubiegłym roku Profesor sprezentował mi ją po ostatnim – jak się okazuje – wywiadzie, jakiego udzielił Sprawom Nauki – nie przypuszczałam, że więcej się nie zobaczymy… Że nie usiądziemy w cieniu dębu, który posadził jeszcze Jego dziadek, z którym Profesor zawarł „cichą umowę” co do kolejności pożegnania się z tym światem…
I że umowy tej uda Mu się dotrzymać… Anna Leszkowska
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1856
Przejdźmy do projektów o najwyższej półce zaszeregowania i mających do dyspozycji największe środki. Chodzi mi o tzw. rządowe projekty strategiczne.
Projekty strategiczne ustanawiane były przez Radę Ministrów miały zapewnione finansowanie w budżecie państwa, a przez to stabilne warunki realizacji. Jak widać, starania rządu i możliwości finansowania ważnych, strategicznych programów istniały. Przejdźmy do realizacji. Do rozliczania tych projektów powoływane były przy odpowiedzialnym ministerstwie specjalne, specjalistyczne sekcje. Przez pewien czas uczestniczyłem w pracach takiej sekcji (byłem jej przewodniczącym). Było to wyjątkowe doświadczenie, warto odnieść się do niego oddzielnie.
Pozbawiony instynktu samozachowawczego, dałem się namówić prof. Włodzimierzowi Janke przewodniczącemu Zespołu T-11 odpowiedzialnego za rozliczania w MNiSW programów badawczych z tego zakresu specjalności, na objęcie przewodnictwa takiej specjalistycznej sekcji oceniającej program rządowy nazywany w skrócie „niebieską optoelektroniką”. Profesor Janke wyjaśnił mi, że dotychczas otrzymują zbiór opinii poszczególnych członków sekcji, z których trudno o pełną orientację dotyczącą stanu realizacji programu. Chcieliby otrzymywać opinię uśrednioną, popartą autorytetem większości członków sekcji. Przyznawałem mu rację. Był specjalistą w zakresu układów elektronicznych i w zawiłościach technologii optoelektronicznych przyrządów półprzewodnikowych mógł się gubić.
Sekcja, którą miałem objąć, była dość liczna i reprezentatywna. W jej składzie byli specjaliści z zakresu projektowania struktur półprzewodnikowych (Politechnika Łódzka), a także technologii wykonywania warstw i ich charakteryzacji (Instytut Technologii Elektronowej). Wszystko wyglądało normalnie. Nie miałem obaw odnośnie kłopotów z oceną rozliczanego projektu.
Zapoznałem się dokładniej z problematyką projektu, w szczególności z jego częścią dotyczącą struktur generacyjnych. Ta była ciekawsza i rzeczywiście innowacyjna w stosunku do propozycji Nakamury z japońskiej firmy Nichia. Trzeba bowiem nadmienić, że pierwszą generację na długości fali 405 nm (czasem dłuższej 420 nm) z półprzewodnikowych struktur GaN (azotku galu) uzyskał w 1995 r. właśnie S. Nakamura (Nobel 2014). Lasery Nakamury budowane były na podłożach z szafiru. Propozycja polska (prof. Sylwestra Porowskiego z CBW - Centrum Badań Wysokociśnieniowych PAN) była inna. Prof. Porowski proponował jako podłoża użyć kryształy GaN. Dowodził, że warstwy epitaksjalne na tym podłożu będą dopasowane do jego struktury i wolne od naprężeń i wad. Przewidywał, że lasery wykonane tym sposobem będą generowały znacząco większe moce.
Wytwarzanie kryształów GaN było od wielu lat specjalizacją CBW. Kryształy te wytwarzano w Centrum właśnie metodą wysokociśnieniową. Uzyski były jednak dość mizerne, a rozmiar wytwarzanych płytek krystalicznych sięgał zaledwie 2 mm. Aby myśleć o produkcji laserów lub detektorów, należało dysponować podłożami o średnicy dwóch cali, a nie dwóch milimetrów. Nie zrażony tym dyrektor Centrum dotarł do najwyższych władz Rzeczpospolitej, przekonał ich do swoich racji i obiecał nie tylko opracowanie znacznie lepszych od japońskich struktur półprzewodnikowych GaN, ale zdobycie znaczącej części rynku ich produkcji (2% światowej produkcji). Utworzony został wielomilionowy rządowy program strategiczny do realizacji tych pomysłów nazwany „niebieską optoelektroniką” (wg raportu NIK wydatkowano na niego 28,9 mln zł., chociaż niektórzy mnożą tą liczbę przez 3 – „Elektronik”, listopad 2006).
Pozwolę sobie na subiektywną ocenę kierownika projektu części laserowej. Zacząłem podejrzewać, że mam do czynienia z profesorem – celebrytą; (to moje określenie, utworzone na własny użytek). Podstawowym celem działań celebryty jest zawsze on sam. Wszelkie inne działania są środkiem, drogą, nie celem. Miałem szefów nawet z nadmiarem spełniających celebryckie cechy i chyba nie powinienem się mylić. Celebryta w nauce zawsze ma rację i wie lepiej, czasem zanim jeszcze rozpocznie badania. Czarną robotę zresztą pozostawia przeważnie innym. Wyniki uzyskanych badań przedstawia, przeważnie swoje osiągnięcia, w mediach: w wywiadach prasowych, radiowych i telewizyjnych. Tam ma dobre układy. Zdobywa w ten sposób rozgłos i popularność. Staje się właśnie celebrytą.
A fakty? Co zrobić, gdy fakty nie potwierdzają wygłaszanych celebryckich poglądów? Nie ma sprawy, należy zmieniać, naginać fakty. Celebryta jest niezniszczalny.
Impuls czy praca ciągła?
Gdy nieświadom tego wszystkiego co przed chwilą napisałem pojawiłem się w sekcji, wykonawcy części laserowej napotkali na przysłowiowe schody. Proszę mi wybaczyć, że będę używał tu nieco fachowej terminologii. Wykonawcy powinni uruchomić laser ciągłego działania o mocy 5 mW (miliwatów). To typowa, dość mała moc, jaką przeważnie wytwarzają lasery małej mocy. „Ciągłe działanie” (jak sama nazwa wskazuje) oznacza, że po włączeniu laser emituje w sposób nieprzerwany tę moc, aż do jego wyłączenia.
Zbudowane lasery generowały przy zasilaniu ich krótkimi (200 nanosekundowymi) impulsami, ale przy zasilaniu w sposób ciągły, generować już nie chciały. Zdarzenia takie bywają i mają fizyczne przyczyny. Należy je wykryć i usunąć. Tak postąpiono by w każdym zespole. Tu postąpiono inaczej. Zaczęto naginać fakty, majstrować przy definicjach.
W warunkach odbioru tego tematu zaistniał absurdalny zapis, że fakt generacji ciągłej (continuous wave) będzie uznany za spełniony, gdy laser będzie generował w ciągu jednej minuty (może jednej sekundy, dokładnie nie pamiętam). Wszystko jedno jaki czas tu podamy, jeden i drugi jest nie do przyjęcia. Określenia te są niezgodne z ogólnie przyjętą definicją fali ciągłej. Podobno ktoś, (chyba prof. Woliński), na naradzie poświęconej realizacji projektu tak zażartował. Żartować można, ale wpisywać absurdalne warunki do dokumentów odbioru wielomilionowego projektu już nie. Widoczne jest już tu naginanie rzeczywistości. Nie ostatnie, niestety.
Następna propozycja, (nie przyjęta tym razem przez sekcję), dotyczyła uznania nieprzerwanej generacji impulsowej za ciągłą – impulsowa ciągła, tyle, co fala ciągła. Zastanawiam się, co bym zrobił, gdyby ten laser rzeczywiście zaczął generować falę ciągłą w czasie nie dłuższym niż 1 minuta. Zgodnie z warunkami odbioru, należałoby uznać otrzymanie przez wykonawcę generacji ciągłej. Tytuł profesora mógłbym sobie wtedy zatrzymać, ale dyplom inżyniera powinienem oddać.
Wszystkie te zdarzenia dotyczyły lasera o mocy 5 mW. Czas płynął i nieuchronnie zaczął zbliżać się termin oddania lasera o mocy 50 mW. Na świecie (Japonia) takie już były oferowane. Wtedy (po czasie) w dokumentach wykonania programu pojawił się przy owych 50 mW dopisek „w impulsie”. Przy pracy impulsowej podawana jest z reguły moc średnia. Podając moc szczytową impulsu należy określić parametry impulsów: czasy trwania i częstotliwość powtarzania. W nowym zapisie w projekcie nikt nie wiedział o jaki impuls chodzi, ale czy to ważne? To nie było już naginanie rzeczywistości. Stworzona została nowa rzeczywistość. Postępowanie takie ma swoją nazwę, której celowo nie będę tu używał.
Odbyła się, poświęcona programowi, rozmowa na wysokim szczeblu w PAN, gdzie usłyszałem, że nie mamy spektakularnych osiągnięć w nauce i szkoda, by jeden z najpoważniejszych programów dotyczący tak ważnych i nowoczesnych zagadnień nie został pozytywnie zakończony. Byłem tam razem z prof. Antonim Rogalskim. Sądzę, że mimo upływu wielu lat oddaję wiernie atmosferę tego spotkania. Odczułem, jakoby na drodze do pozytywnego rozliczenia programu stała sekcja. Ręce opadają. Zacząłem zastanawiać się, po co powoływano sekcję. Mogła ona dopomóc w rzetelnym rozliczeniu programu. By rozliczyć program pozytywnie, zleceniodawca pomocy nie potrzebował. W takim razie zleceniodawca potrzebował alibi do pozytywnego rozliczenia programu, a nie pomocy w jego rozliczeniu rzetelnym.
Jak na złość, wszystkie decyzje na posiedzeniach sekcji były podejmowane w drodze głosowania (taki wprowadziłem zwyczaj) i protokołowane. Można było zgłaszać pisemne zdania odrębne, gdy ktoś z werdyktem ogólnym się nie zgadzał. Nie pamiętam, by któreś z głosowań nie było jednogłośne, jeżeli chodzi jej merytorycznych członków. Nie było natomiast przypadku, by przedstawiciel ministerstwa nie był zdania przeciwnego. Nie dawało się z nim dyskutować, ponieważ nie rozumiał tych zagadnień, reprezentował natomiast pogląd władzy.
Tak działający twór (sekcja) nie mógł długo przetrwać. Przy powoływaniu otrzymałem z ministerstwa stosowne pismo wyznaczające mnie na funkcję przewodniczącego sekcji. Koniec jej działalności odbył się bez fanfar. Po prostu nie było powiadomienia o kolejnym jej posiedzeniu. Nie było też pisma zawiadamiającego o wypełnieniu naszej misji. Nie wspomnę o podziękowaniu. Uczestnictwo w tego typu ciałach jest honorowe. To nie znaczy, że nie docierały do mnie żadne wiadomości czy oceny.
Rozliczenia i refleksje
Brak kompetencji. Do oceny przedstawionych wyników badań nie trzeba było wyjątkowej wiedzy. Raczej kompetencji etycznych.
Zawiść. Nie pracowałem nigdy w technologii laserów półprzewodnikowych i nie miałem powodu zazdrościć sukcesów wykonawcom projektu. Jeżeli można było czegoś zazdrościć wykonawcom, to jedynie podziwu godnej pozycji, która upoważnia do otrzymania znaczących środków na prace, których potem można nie wykonać. Takiej pozycji, jak sądzę, nie pragnąłbym.
Najbardziej chyba spektakularnym echem (przypuszczam, bo dowodu nie mam) moich poczynań jako przewodniczącego sekcji oceny postępów w „niebieskiej optoelektronice” było rozliczenie kierowanego przeze mnie PBZ-023-10. Właśnie wtedy się skończył i był rozliczany. Zostałem powiadomiony, że program będzie przedmiotem kontroli NIK. Jak mnie później poinformowano, był to dotąd jedyny program badawczy poddany takiej kontroli (potem się zdarzały).
Kontroler NIK (Franciszek Karpiński, bardzo konkretny, rzeczowy, skrupulatny i jak sądzę bardzo przyzwoity człowiek) siedział w ITME (jednostka koordynacyjna) przeszło trzy miesiące, wertując wszelkie dokumenty. Były to jednak dokumenty finansowe. Tam było wszystko w porządku. Zadbałem o to, nie pozwoliłem, by chociaż jedna złotówka z puli przeznaczonej na badania była wydana na co innego. To właśnie było szczególnie poszukiwane. Kontroler miał oczywiście uwagi, np. dotyczące rytmiczności wydatkowania środków. Tak się jednak złożyło, że w tej sprawie winę ponosiło ministerstwo. Potrafiliśmy to udowodnić, ale w ministerstwie Pan kontroler niewiele mógł wskórać.
Na kanwie tych zdarzeń nasuwają się inne uwagi. Wykonawca programu rządowego „niebieska optoelektronika” (CBW) specjalizował się w hodowli kryształów GaN. W zakresie technologii laserów półprzewodnikowych nie miał żadnych doświadczeń. Ta tymczasem nie należy do prostych. Moje wcześniejsze uwagi o prostocie budowy pierwszych laserów nie dotyczą ich półprzewodnikowej wersji. Nie czas omawiać tu zawiłości technologii tych laserów, ale nawet najprostsze diody arsenkowe miały wyjątkowo trudne dzieciństwo i wieloletnie dojrzewanie. Pochopne podjęcie się budowy diod GaN (wtedy najtrudniejszych) może rzeczywiście wywoływać skojarzenia o kompetencjach.
Możliwe było wszakże inne wyjście. Istniały w kraju ośrodki, które od wielu lat zajmowały się technologią optoelektroniki półprzewodnikowej (ITE, ITME, PWr.). Sukces krajowy w budowie laserów GaN z wykorzystaniem dopasowanych strukturalnie podłoży byłby bardziej prawdopodobny, gdyby włączyć do niego te ośrodki i wykorzystać ich doświadczenie. Tak się nie stało. Może w takim razie na drodze stała zazdrość o ewentualny sukces innych zespołów?
Przepraszam za te dywagacje, ale czuję się sprowokowany. Osobiście przychyliłbym wykonawcom „przysłowiowego nieba”, aby osiągnęli sukces w szczególności dotyczący zdobycia 2% światowego rynku. Jednak przyznanie się, że nie wiem na czym polega „praca ciągła” było niestety zbyt dużym wymaganiem wobec mnie. Dając tu skromną garść informacji o niebieskiej optoelektronice, pragnę dodać, że znacznie więcej danych można znaleźć w artykule zamieszczonym w „Elektroniku” (raport specjalny, czerwiec 2006) pt.: Polski niebieski laser – wielki sukces czy manipulacja doskonała?
A co z „niebieską optoelektroniką”? Ma się dobrze - urządzenia są na rynku, którego 2% do nas niestety nie należy. W Internecie jeszcze niedawno można było znaleźć informacje, jak to Japończycy skradli nam genialne pomysły z tej tematyki.
Zapomniałem dodać, że podłoża o rozmiarach 2 cali zostały w kraju opracowane. Zrobiono to jednak nie w CBW (obecnie IWC – Instytut Wysokich Ciśnień), a w małej firmie o wdzięcznej nazwie Ammono*. Lasera GaN na nim także nie uruchomiono.
Prof. Sylwester Porowski otrzymał ostatnio z rąk Prezydenta RP najwyższe odznaczenie.
Post factum
Przedstawiłem tu bardzo pesymistyczny obraz zarządzania sztandarowym projektem strategicznym pierwszej dekady XXI wieku. Z innymi projektami lepiej nie było i zmarnowano w dużej mierze potencjał znacznie więcej niż jednego pokolenia wykształconych pracowników ośrodków naukowych i badawczych różnych szczebli. Nigdy nie jest jednak za późno na odnowę, zmianę stylu zarządzania i pracy.
Taką nadzieją na przyszłą odnowę mogłaby kończyć się ta opowieść. Miło, cicho, spokojnie. Radzili mi tak zakończyć niektórzy znajomi.
Mnie jednak dręczy ciągle pytanie: dlaczego?
Czy istnieje wspólny mianownik, zasadnicza przyczyna niepowodzeń nie tylko programów strategicznych, ale wszystkich innych, które w tym cyklu starałem się nieudolnie opisać?
Odpowiedź na to pytanie, a właściwie serię pytań, nie jest prosta. Gdyby tak było, nie trzeba byłoby tak długo jej szukać. Może jestem naiwny. Proszę mi to uświadomić, traktując to, co napiszę, jako głos w dyskusji.
Z moich obserwacji wynika, że środki przeznaczone na naukowe programy badawcze dotyczą (w odpowiednich proporcjach) trzech poniższych zasadniczych grup:
granty indywidualne (niewielkie) – chodzi o to, by żaden pomysł nie umknął;
granty na rozwój kadry naukowej – zdobywanie stopni naukowych, współpraca międzynarodowa itp.;
projekty badawcze dla gospodarki.
Zasadniczym założeniem, które powinno być uczynione, to traktowanie wszystkich powyższych trzech rodzajów grantów jako inwestycje.
Nie mogą być one uważane za dotacje, wspomaganie czy coś podobnego. Dodatkowe, wspomagające finansowanie jednostek badawczych na pewno jest potrzebne, ale to zupełnie inne zagadnienie.
Projekty (granty) naukowe traktowane jako inwestycje powinny być:
1. Potrzebne, może nawet niezbędne. W każdym z nich winien być postawiony do osiągnięcia realny cel, zaplanowany konkretny wynik.
2. Merytorycznie sprawdzone, rozliczone. Otrzymane wyniki porównane z planowanymi i oceniony stopień zbliżenia się do osiągnięcia zaplanowanego celu.
Dwie pierwsze grupy grantów to inwestycje w naukę. Podlegać powinny ministerstwu nauki. Tematykę w pierwszej grupie proponują wykonawcy – to oni wiedzą, jaki cel im przyświeca. Zleceniodawca (ministerstwo) ocenia i decyduje, czy grant sfinansować. Tematykę w drugiej grupie grantów wyznacza zleceniodawca (ministerstwo ewentualnie na wniosek uczelni) – realizujące politykę rozwoju kadr.
Projekty grupy trzeciej, najważniejszej, są inwestycją w rozwój kraju, chociaż nauka może na nich wiele skorzystać. Środki na te projekty nie powinny pochodzić z puli ministerstwa nauki, może raczej z puli Ministerstwa Rozwoju lub innych resortów, które mogą mieć również potrzeby rozwiązania podobnego typu zagadnień. Dalej będę pisał tylko o Ministerstwie Rozwoju, pamiętając, że w jego roli może występować dowolny inny resort.
Ministerstwo Rozwoju jest zleceniodawcą, właścicielem otrzymanych wyników tych projektów i jako taki powinien mieć decydujący wpływ na:
a. wyznaczanie tematyki projektów;
b. negocjowanie zawartości merytorycznej wniosku i jego etapów;
c. negocjowanie ceny projektu i jej części składowych (etapów);
d. wyznaczenie sposobu kontroli realizacji projektu i formy jego rozliczenia.
Zadawane jest mi pytanie: skąd minister rozwoju ma wiedzieć, jakie ważne dla gospodarki tematy powinny być prowadzone i jakie zadanie naukowe rozwiązywane? To ważne pytanie i musi być na nie dana jasna odpowiedź. Moim zdaniem, ministra rozwoju należy traktować dwojako: jako urząd i jako osobę sprawującą ten urząd.
Ministerstwo Rozwoju jako urząd musi mieć wizję (plan) rozwoju gospodarczego kraju. Newralgiczne punkty tej wizji, węzły decydujące o tempie rozwoju lub opóźniające tempo wzrostu to między innymi miejsca, gdzie może i powinna ingerować nauka, a jednocześnie stanowią one cele do osiągnięcia programów badawczych. Ministerstwo Rozwoju powinno, a nawet musi wiedzieć, jakie zagadnienia dla gospodarki ma rozwijać nauka.
To jaka jest rola osoby sprawującej funkcję ministra? Ma firmować tworzenie tej wizji (planu), utożsamiać się z nią, konsekwentnie ją realizować i osobiście odpowiadać za podejmowane decyzje i osiągane wyniki. Jeżeli mentalnie nie uświadamia sobie tej roli i nie ma pomysłu, jak ją sprawować, nie nadaje się do pełnienia tej funkcji. By nie było wątpliwości, powtórzę, że wymaganiom tym powinni odpowiadać także pozostali ministrowie.
a. Tematyka projektów badawczych jako inwestycji w rozwój.
Stawiając sprawę jasno, w zasadzie nigdy nie spotkałem się z przypadkiem wyznaczenia tematyki pracy badawczej, która byłaby potrzebna (niezbędna) do rozwoju określonej dziedziny krajowej gospodarki. Może takie były, ale jeżeli się z nimi nie spotkałem, to pewno były nieliczne.
Stawianie wymagań dla opracowań pożądanych dla rozwoju kraju było i jest możliwe. Nie musi dotyczyć tematów szczegółowych, ale ogólnych, w których mogłyby znaleźć ujście pomysły z wielu różnych ośrodków z różnych branż, w tym z instytutów badawczych.
Wymienię jeden, na pewno potrzebny i użyteczny - oszczędność energii. Tam skierowane środki na badania mogły uruchamiać ośrodki badawcze z zakresu budownictwa mieszkaniowego, przemysłu wydobywczego, sprawności wytwarzania i przetwarzania energii, modernizacji sieci przesyłowych itd., itd.
Mamy także inne zaniedbane branże, jak gospodarka odpadami (ich przetwarzanie), ochrona klimatu, rolnictwo. To tematy jak najbardziej godne naukowego podejścia.
Jest jeszcze jeden, który, nasz kraj tak ciężko doświadczony w przeszłości, zaniedbuje. To odbudowa naszego szeroko rozumianego potencjału obronnego. Mam tu na myśli odbudowę naszego przemysłu obronnego, w tym stoczniowego. Były i są nadal możliwości sterowanego wykorzystywania krajowego potencjału naukowego. Widzę niedosyt działań w tym kierunku gospodarczych agend rządowych. Tylko one są w stanie tak szerokie akcje prowadzić. Nie wydaje mi się, by można obarczać odpowiedzialnością pracowników nauki, że nie zgłaszają takich tematów.
Marzę o sytuacji, gdy na stronie internetowej Ministerstwa Rozwoju znajdzie się bogata lista tematów prac badawczych, które ministerstwo gotowe jest finansować „od zaraz” i czeka na chętnych do negocjacji w sprawie ich rozwiązania.
Nie chcę się wymądrzać, pokazując pola, w których pomysłowość i wiedza ludzi nauki mogą zmieniać obraz naszej gospodarki, wychodząc naprzeciw żywotnym potrzebom społecznym:
- korzystać z posiadanych zasobów drewna jako składowych budowy lekkich, oszczędnych energetycznie domów dla młodych małżeństw, zamiast budować betonowe bunkry;
- nie tylko zmniejszać emisję dwutlenku węgła, ale zwiększać jego konsumpcję, przez odpowiednią zmianę upraw rolnych i leśnych;
- znaleźć wykorzystanie dla posiadanych zasobów węgla nie tylko jako paliwa;
- zainteresować zespoły zajmujące się półprzewodnikami w podniesieniu sprawności ogniw fotowoltaicznych powyżej 50% (prace na świecie w toku);
- itd., itd.
Wydatkowane na podobne tematy pieniądze zwrócą się kilkukrotnie, jeżeli nawet kilka procent projektów zakończy się sukcesem.
b. i c. Negocjowanie zawartości merytorycznej i ceny całości i etapów wniosku.
Negocjacje powinny być wspomagane zespołem specjalistów z danej dziedziny, by brały pod uwagę stan wiedzy światowej i przygotowanie zespołu wykonawców. Zakres merytoryczny i wycena pierwszych etapów powinna być realna, ale w miarę dokładnie określona. Musi być pełna świadomość wykonawcy, że brak postępów w tych etapach może być podstawą przerwania dalszej realizacji tematu.
d. Sposoby kontroli realizacji projektu
Chcę się wypowiedzieć jedynie w sprawie kontroli wykonania projektu. Powinna ona dotyczyć w zasadzie jedynie postępów merytorycznych z udziałem specjalistów z danej dziadziny wiedzy. W innych sprawach wystarczy informacja zleceniodawcy, że nie zapłaci za niewłaściwie wydane pieniądze, by ogólnie obowiązujące zasady były przestrzegane. Postępy merytoryczne powinny być kontrolowane co najmniej dwa razy w roku z pełną świadomością o możliwości przerwania realizacji projektu w razie negatywnej oceny uzyskanych wyników.
Wykonawca zachowuje prawa autorskie do wyników, ma prawo do udziału w pracach rozwojowych i wdrożeniach, ale na publikacje, patenty i inne sposoby rozpowszechniania wyników musi mieć zezwolenie zleceniodawcy.
Zdzisław Jankiewicz
Od Redakcji: Jest to szósty odcinek wspomnień prof. Zdzisława Jankiewicza.
Dotychczas ukazały się:
- Maser i laser (1) w SN 2/20
- Lasery i fuzja (2) w SN 3/20
- Jak to było z bronią radiacyjną w WAT (3) w SN 4/20
- Od nauki do przemysłu (4) w SN 5/20
- Nauka i gospodarka (5) w SN 6-7/20
• Firma Ammono już nie istnieje (przyp. red.)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 5
Desperacki chwyt
Cóż to był za egzamin i jakie oceny
U Pana S. Manczarskiego z przedmiotu „Anteny”.
J. W. Matusiak (Fraszki)
Był to w rzeczy samej egzamin niezwyczajny. Nie tylko dlatego, że napisał o nim fraszkę nasz fraszkopisarz Waldek Matusiak. Ta fraszka powstała dlatego, że egzamin był raczej niezwyczajny. Przedmiot, który wykładał nam prof. Stefan Manczarski nazywał się w rzeczywistości „Anteny i rozchodzenie się fal radiowych”. Na naszym fakultecie (wydziale) studiowaliśmy w trzech grupach: łączności przewodowej, łączności radiowej i radiolokacji. Ja trafiłem do grupy łączności radiowej. W takim razie przedmiot prof. Manczarskiego był dla nas podstawowy, jednym z najważniejszych. Takim powinien być także z niego egzamin. Gdy chodzi o wyniki egzaminu, nie mieliśmy już takiej pewności. Prognozy nie były pomyślne.
Profesor nie był mistrzem tablicy. Jego wykłady były dość monotonne, mówiąc oględnie. Miał zawsze z sobą spięte sznureczkiem niewielkie karteczki, które służyły mu jako pomoc w wykładach. Przepisywał z nich sążniste wzory, z których wnioski, jak twierdził, same z siebie były widoczne jak na dłoni. Chyba nie w pełni podzielaliśmy tą opinię. W każdym razie ten egzamin widzieliśmy czarno.
Na dodatek, Profesor miał opinię wybitnego specjalisty.
Przed wojną był już inżynierem i brał udział w budowie anteny na Radiowie – (Warszawa – Bemowo) do łączności z Japonią. Szczątki betonowych uchwytów na odciągi masztu można jeszcze dziś tam oglądać. Po wojnie działał w Polskiej Akademii Nauk, organizując Polską Stację Polarną na Spitsbergenie. Wiem o tym, gdyż miałem zaszczyt wykonywać u Profesora pracę dyplomową magisterską, kiedy tym się nadal szczególnie intensywnie zajmował. (Opisałem to na moim blogu w tekście Profesorskie roztargnienie).
O tym, czym się to skończyło, w zawoalowany sposób powiedział nasz fraszkopisarz Waldek Matusiak, a ja mam zamiar wyłożyć „kawę na ławę”. Powiedzmy prawdę: było to bowiem oszustwo. Takie dość ordynarne, zbiorowe oszustwo. Jego wykonawcy w języku prawniczym noszą nazwę „zorganizowana grupa przestępcza”. Może w tym określeniu nieco przesadzam. Jeżeli tak, to celowo, bo mimo dobrego zakończenia całego przedsięwzięcia, nie byliśmy z niego dumni. Przejdźmy zatem do szczegółów.
Organizacja „egzaminu” przebiegała etapami. Pytania na egzamin były dostępne, jednak połączenie ich w trójki na kartkach egzaminacyjnych już nie. Jeden z naszych kolegów spotykał się z młodą maszynistką na naszym Wydziale i dostał od niej połączenie trójek na kartkach egzaminacyjnych. Była to bardzo ważna zdobycz pozwalająca myśleć o dalszych krokach. Powstał komitet do spraw organizacji egzaminu. Niby w nim nie byłem, ale blisko współpracowałem. Każdy z nas otrzymał pytania z jednej kartki do opracowania. Moim pomysłem było, aby przydzielić kolejno numery kartek zgodnie z kolejnością nazwisk na liście egzaminacyjnej.
Decydował los, bez możliwości wyboru pytań i ewentualnych targów. Ponieważ kartek jest zawsze kilka więcej niż egzaminowanych, niektórzy z nas dostali do opracowania odpowiedzi nie na pytania z jednej kartki, a z dwóch. O tym zdecydował komitet. Sposób opracowania odpowiedzi został ściśle określony. Wyznaczono miejsce, gdzie napisany został numer kartki, mniej więcej objętość odpowiedzi na każde z pytań, a przede wszystkim wyraźne pismo.
„Pisz tak, jak chciałbyś dostać napisane odpowiedzi na wylosowane przez ciebie pytania” - pamiętam instrukcję członka komisji organizacyjnej. Widomo było, kto dobrze prowadzi notatki z wykładów i były one udostępniane innym do wglądu i ewentualnego odpisania.
Szczegółowo zaplanowany został przebieg egzaminu. Żadnych indywidualnych poczynań. Nad wszystkim czuwali wybrani członkowie komitetu, a my mieliśmy się im podporządkowywać bezwzględnie. Zawsze jednocześnie na egzaminie znajdowały się cztery osoby: jedna odpowiadała, a trzy się przygotowywały do odpowiedzi. Stoły, przy których siadaliśmy były jedne za drugim w jednej kolumnie. Na półce środkowego stołu niewidocznie umieszczone zostały odpowiedzi w kolejności numerów kartek. Z tego stołu właściwe odpowiedzi miały wędrować do egzaminowanych siadających przy stołach położonych przed i za środkowym.
Rola rozdającego odpowiedzi, siedzącego przy stole środkowym był szczególna. Musiał dosłyszeć, jaki numer kartki losował kolejny z egzaminowanych. Dlatego ci mieli obowiązek meldować dostatecznie głośno i wyraźnie, jaką kartkę wylosowali. Najważniejszym było przekazanie do niego (niepostrzeżenie) wcześniej wybranej właściwej odpowiedzi z leżącej na półce kupki. Dlatego w tym miejscu mieli siedzieć wybrani, mało nerwowi i niestrachliwi studenci.
Kolejność wchodzenia na egzamin była prawie zgodna z listą. Nieznaczne odstępstwa wynikały z obsady środkowego stołu. Czas przeznaczony normalnie na przygotowanie odpowiedzi każdy z egzaminowanych miał wykorzystać do nauczenia się jej.
Przypadek spowodował ułatwienie egzaminu. Szybko zorientowaliśmy się, że Profesor nie pomieszał kartek. Padła instrukcja: brać kartki z góry. Większość, ja też wylosowałem pytania, które sam opracowywałem. Czy można sobie wyobrazić bardziej komfortowe warunki?
Jestem przekonany, że instrukcja zdawania egzaminu była daleko bardziej szczegółowa niż ją tu nakreśliłem. Chodziło o to, by żaden przypadek nie zakłócił tej precyzyjnie ustalonej chronologii. Wszystko miało grać jak w „szwajcarskim zegarku” i proszę sobie wyobrazić – grało. Może nie do końca. Było za dobrze. Spowodowało niejakie zdziwienie Profesora. Co jak co, ale miał on długoletnie doświadczenie i pewnie pamiętał egzaminy ze swego przedmiotu np. na politechnice. Im dłużej trwał egzamin, tym jego zdziwienie narastało. Na koniec powiedział do nas (wszyscy byliśmy na miejscu), że jeszcze mu się nie zdarzyło mieć tak dobrze przygotowanej do egzaminu grupy studentów. Wyglądał na zadowolonego. Mało. Zostaliśmy pochwaleni nie tylko przez egzaminatora. Przy omawianiu wyników sesji egzaminacyjnej pochwalił nas dziekan. Z podstawowego jakby nie było przedmiotu uzyskaliśmy doskonałe wyniki.
Jakoś dziwnie mało o tym rozmawialiśmy. Nigdy, mimo że egzaminów zdawaliśmy wiele, nie powracaliśmy do tego fenomenu. Nigdy też nie przyszło nam na myśl, by eksperyment ten powtórzyć. Pozostał jedynym. Dziś piszę o tym, by dać świadectwo prawdzie. Takie moje dziwactwo. Częściowo skłoniła mię do tego fraszka mego przyjaciela.
Zdzisław Jankiewicz

