Wspomnienia (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2950
Mazurzy zamieszkujący puszcze nadnarwiańskie (Zieloną i Białą) przezywani byli Kurpiami od chodaków łyczanych, kierpców. Sami się puszczakami zwali i głównie przemysłem leśnym, szczególnie zaś bartniczym żywili. Jako poddani wyłącznie królewscy i biskupi zachowali wiecej niezawisłości, daniny składali w miodzie i skórkach kunich, później na pieniądze obliczanych. Znakomici strzelcy, nieproszonym gościom, np. Szwedom dawali się we znaki. Odosobnione życie wycisnęło na nich osobliwsze piętno. (Aleksander Brückner)
Piętno to widać nadal w dzisiejszej kulturze mieszkańców powiatu ostrołęckiego, w którego granicach leżą Kurpie. Bo choć nie ma już smolarzy, rudników, a i utrzymujących się tylko z rybołówstwa i pszczelarstwa nie ma wielu, to przecież nadal jest tu silna tradycja rękodzielnicza, z której Kurpie słyną na całą Polskę. To nie tylko piękne kurpiowskie wycinanki „leluje” (kogutki pod drzewem), ale i znane w świecie palmy wielkanocne, wysokie do 5 metrów. W konkursie na największą i najpiękniejszą palmę wielkanocną, jaki odbywa się w każdą Niedzielę Palmową w Łysym biorą udział całe rodziny i szkoły.
Z kolei w ostatnią niedzielę sierpnia w Zawodziu koło Myszyńca podtrzymywana jest tradycja zakończenia miodobrania. W Myszyńcu można też podziwiać w Boże Ciało bogactwo strojów ludowych, a na najciekawszy jarmark warto się udać w pierwszą niedzielę września do Kadzidła – największej wsi na Kurpiach, jednego z najbardziej znanych ośrodków sztuki ludowej. Może to być też dobra okazja do posłuchania gwary kurpiowskiej i poznania scańśliwych Kurpsiów pijących jałowcowe psiwo, które - jak ziedomo - smakuje wziancej niż niód.
Od pszczół do fabryk
Intensywniejsze osadnictwo na Kurpiach zaczęło się w XVII w. Pierwszych osadników było niewielu, ok. tysiąca, ale szybko ich przybywało wskutek coraz cięższej pańszczyzny na okolicznych terenach. W początkach wieku XIX Kurpie zamieszkiwało ok. 26 tysięcy osadników oraz zbiegłych chłopów pańszczyźnianych, którzy stworzyli tutaj odrębną grupę etniczną charakteryzującą się własną kulturą, zwłaszcza drewnianym budownictwem, oryginalną sztuką oraz odmienną formą gospodarowania. Wynikała ona z warunków geograficznych: gleby były nieurodzajne, piaszczyste, w znaczniej części porosłe lasami. Toteż przez wieki na Kurpiach ludzie żyli głównie z lasu, pszczelarstwa (najlepsze miody), niekiedy zajmowali się hodowlą. Nie było to życie dostatnie, skoro w początkach XX wieku właśnie stąd była największa migracja za chlebem. Jak opowiada starosta ostrołęcki, Stanisław Kubeł – w USA nie ma miasta, gdzie nie spotkałoby się jeszcze dzisiaj Kurpia.
Po wojnie, aby zmniejszyć, zlikwidować bezrobocie na tym terenie, w Ostrołęce wybudowano elektrociepłownię oraz fabrykę papieru wraz z celulozownią („Intercell”). Niestety, oba zakłady – choć dały ludziom pracę – stały się jednocześnie uciążliwe dla środowiska. Dziś zostały zmodernizowane, ale i „odchudzone” z pracowników, poupadały też mniejsze zakłady w Ostrołęce, które zatrudniały mieszkańców okolicznych wsi. Ludzie znów nie mają pracy – bezrobocie sięga 20% i wracają na wieś. Biedną i ...z problemami ekologicznymi. Dziś bowiem największą biedą nie są owe duże zakłady przemysłowe, zarówno istniejące jak i powstające, ale wieś, uboga w wodociągi, dobrą wodę, pozbawioną prawie kanalizacji, z trudem radzącą sobie z odpadami.
Kurpiowska wieś
Kurpiowszczyzna to królestwo nie tyle lasów (zajmują ok. 30% powierzchni), co łąk i pól – dla których każdy deszcz jest na wagę złota. Powiedzenie, ze Kurp cieszy się, jeśli leje cały tydzień wynika z ciągle obniżającego się poziomu wód gruntowych na tym piaszczystym terenie. Łąki, zajmujące ok. 50% użytków rolnych (których jest 63%) są podstawą gospodarki hodowlanej, a ta z kolei – kłopotów gmin związanych z dużymi fermami zwierząt. Nie są one małe: na 84 tysiące mieszkańców powiatu ostrołęckiego „przypada” 60 tysięcy krów! Z jednej strony należy się więc cieszyć, że region uznano za „zagłębie mleczarskie”, ale z drugiej – trzeba zminimalizować szkody, jakie czynią tak duże hodowle. Same gminy nie uporają się z takim zadaniem, toteż rejony o najwyższej koncentracji bydła objęto programem „Ochrona środowiska na terenach wiejskich”, realizowanym ze środków Narodowego Funduszu Ochrony Środowiska, co w praktyce oznacza budowę zbiorników na gnojowicę.
Wszystkie gminy ostrołęckiego mają też problemy z wodą: jedynie jedna kurpiowska gmina: Łyse jest zwodociągowana w 95%, w Myszyńcu wodę z wodociągu ma co 10 gospodarstwo. O kanalizacji lepiej nie mówić – w Łysym może będzie za 2-3 lata. Na razie władze gminy są na etapie prac projektowych: w Łysym projektuje się gminną oczyszczalnię ścieków oraz zbiera informacje o najlepszych technologiach oczyszczalni przydomowych. Do nowej oczyszczalni przymierza się także Myszyniec.
Kłopoty mają też wszystkie prawie gminy z wysypiskami śmieci – takie nowoczesne ma jedynie Myszyniec. W Lipnikach, gdzie miało powstać następne, miejscowa ludność zaprotestowała przeciw tej lokalizacji. Jak skończą się konsultacje i mediacje w tej sprawie – nie wiadomo. W gminach nie prowadzi się też selektywnej zbiórki odpadów, choć władze gminy Łyse przymierzają się do tego przedsięwzięcia razem z firmą niemiecką. Stosunkowo najmniej jest problemów z zanieczyszczeniem powietrza – brak większych zakładów przemysłowych na tym terenie oraz tradycja opalania gospodarstw domowych drewnem to gwarancja, że na Zielonych Kurpiach można oddychać czystym powietrzem.
Atuty tradycji
Mizerię infrastruktury, dotyczącą także komunikacji i łączności równoważy tradycja, którą władze i mieszkańcy Kurpiów próbują wygrywać swój rozwój. Dzięki hodowli bydła przyciągnęli na swój teren firmę Hochland, która w Baranowie buduje najnowocześniejszą w Europie mleczarnię. I prawdopodobnie będzie skupować mleko z całej kurpiowszczyzny, co zapewni hodowcom stałe dochody. Inną, także bardzo nowoczesną i ciągle rozwijającą się firmą jest zakład przetwórstwa mięsnego JBB w Łysym, zatrudniający dziś już ok. 300 osób. Obie te inwestycje wyposażone są we wszystkie urządzenia chroniące środowisko: lokalne oczyszczalnie ścieków, ekologiczne kotłownie .
Ale jest jeszcze jedna gałąź gospodarki kurpiowskiej powoli rozwijająca się i bazująca bezpośrednio na tradycji kulturalnej tego regionu: agroturystyka i produkcja wyrobów sztuki ludowej. Gospodarstw agroturystycznych jest jeszcze bardzo mało, ale ci, którzy je utworzyli zaczynają już mieć sukcesy finansowe, co zachęca innych do prowadzenia takiej działalności. Z kolei produkcja wyrobów sztuki ludowej połączona z kultywowaniem tradycji obrzędów i świat może być mocnym atutem Kurpiowszczyzny – na dobrą sprawę mało poznanej, a bardzo atrakcyjnej dla zurbanizowanych rejonów Polski. Wystarczy tylko pokazać, że oto w środku kraju jest takie miejsce, gdzie zachowała się historia.
Anna Leszkowska
11.05.2001
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3103
Poetyckiej podróży na zachód Europy nie odbywaliśmy dokładnie chronologicznie po śladach wieszcza, choć w podobnej porze roku.
Adam Mickiewicz zaczął poznawać Europę 1 czerwca 1829 r. od portu w Travemunde, do którego przypłynął z Petersburga. Po drodze miał Lubekę, Hamburg i Berlin, gdzie poznał młodziutkiego wówczas poetę - filozofa, Stefana Garczyńskiego. Znajomość ta, która wkrótce przerodzi się w przyjaźń, będzie bezpośrednią przyczyną podróży na południe Francji, do Awinionu cztery lata później. Po miesięcznym pobycie w Berlinie, gdzie poznał nie tylko wielkopolską młodzież tam studiującą, ale i słuchał z małym zainteresowaniem wykładów Hegla (tak mię nudzą hegliści), wyjechał do Drezna, a później była Praga i czeskie kurorty: Karlsbad (Karlowe Wary) oraz Marienbad (Mariańskie Łaźnie). W Karlsbadzie spotkał się z Antonim Odyńcem, przyjacielem z Wilna, z którym dawno umawiali się na wędrówkę po Europie, i z którym postanowili odwiedzić Goethego w Weimarze, kiedy ten obchodził swoje 80. urodziny. Po dwunastu dniach pobytu w Weimarze, poprzez Erfurt, Eisenach, Frankfurt, Moguncję, Koblencję i Bonn dotarli - dyliżansem! - Strasburga, by po krótkim postoju tam przebyć kolejny etap: Zurich, Rapperswil. I znaleźć się Na Alpach wSplugen. I wrócić pamięcią do Maryli, z którą - jak pokazało całe jego życie - nigdy rozstać się nie mógł. Wówczas też powstał sławny wiersz:
Nigdy, więc nigdy z tobą rozstać się nie mogę!
Morzem płyniesz i lądem idziesz za mną w drogę,
Na lodowiskach widzę błyszczące twe ślady,
I głos twój słyszę w szumie alpejskiej kaskady,/.../.
Dalej była już ziemia włoska i Rzym - miejsca zdobywania wiedzy, która spożytkuje po ośmiu latach na uniwersytecie lozańskim.
Miasto dość nudne
Zaczynamy wędrówkę z pominę ciem miast i miejsc niemieckich, naznaczonych obecnością Mickiewicza. Gdybyśmy chcieli odbyć taką marszrutę - musielibyśmy mieć więcej czasu i ...pieniędzy. Bo czy poecie wystarczyła suma 400 rubli, z jaką udawał się w podróż - nie wiadomo. Na szczęście, prócz nich miał jeszcze listy polecające od Marii Szymanowskiej- osoby, której nazwisko otwierało nie tylko europejskie wrota, ale i sakiewki. takich listów nie mieliśmy, przeto i nasze założenie było skromniejsze: poznanie, odwiedzenie miast “Mickiewiczowskich” we Francji i Lozanny, która była dość istotnym miejscem na ziemi dla poety.
Znalazł się w niej dość późno (1840 r.) - jeśli przypomnieć, że Szwajcarię zwiedzał przecież z Odyńcem i nawet przez pewien czas towarzyszył im Zygmunt Krasiński. Chyba jednak nie mógł jej ominąć, kiedy 8 lipca 1833r. jechał z Paryża do Bex po bardzo ciężko już chorego Garczyńskiego. Droga do Bex wiedzie bowiem wokół Jeziora Genewskiego - Lemanu. Czyli przez Lozannę.
Z tego okresu nie mamy jednak żadnych uwag tyczących miasta. Zauroczenie Lemanem, nastrój, w jaki wprowadza obcowanie z przezroczystą taflą wody odbijającej łańcuchy Alp, widać dopiero w lirykach powstałych latem 1840 r. Nic się nie zmieniło w tym nastroju, także dzisiaj.
Nad wodą wielką i czystą
Stały rzędami opoki
Dzisiaj, w tym mieście Lausanna, zresztą dość nudnym- jak pisał do Domeyki, gdyż w okresie, kiedy objął katedrę literatury łacińskiej na tutejszym uniwersytecie, także czas płynie leniwie. Przyjechaliśmy zresztą w niedzielę, w dodatku lipcową, kiedy zamożni mieszczanie szwajcarscy przebywają na wywczasach. Mamy więc trudności z zasięgnięciem języka, co do miejsc tkniętych nogą poety. Trudno nam dotrzeć do domu przy ulicy Bourg, gdzie zatrzymał się podczas starań o katedrę. Pięknej willi - zamku Beau - Sejour, gdzie mieszkali państwo Mickiewiczowie nie mamy co szukać: od dawna nie istnieje. A było to najlepsze ich mieszkanie.
Wyobraźnia podsuwa dalsze obrazy tamtej lipcowej, letniej Lozanny - miasta nieco sennego, sprawiającego wrażenie prowincjonalnego, nawet dzisiaj, choć liczy ok. 300 tys. mieszkańców.
Może wynika to z historycznej zabudowy, średniowiecznego zamku i katedry Notre Dame - najważniejszego zabytku gotyckiego w Szwajcarii? Trudno sobie jakoś wyobrazić tę słynną ożywioną dysputę w katedrze w 1536r., po której miasto stało się reformackie, a w rok później utworzyło akademię protestancką, przekształconą po trzech wiekach w uniwersytet.
Mickiewicz nie zagrzał na nim miejsca. Ledwie zaczął wykłady (inauguracyjny odbył się 26.06.1840 r.), wnet okazało się, że w Paryżu , w College de France powstanie katedra literatur słowiańskich i popowstaniowa emigracja widziałaby tam polskiego poetę. 4 października złożył więc w Lozannie rezygnację, a 13. - wyjechał do Paryża, do którego przez te cztery miesiące tak tęskniła Celina, choć po powrocie doń rozchorowała się ponownie. Opuszczamy to położone na wzgórzach, niezwykle malownicze, zadbane i ...martwe miasto z żalem. Podoba nam się jego wyciszona elegancja, spowalniająca czas, nastrajająca refleksyjnie i filozoficznie. Żal nam zostawiać zjawiskowy Leman otoczony niebotycznie wysokimi - jak dla nas - szczytami, które narcystycznie się w nim przeglądają.
Przez Alpy do...
Trudno sobie dziś wyobrazić drogi, jakimi Mickiewicz przemierzał Alpy. Trudno, kiedy jedzie się autostradą, na którą wjazd przypomina lotnisko. Jeszcze bardziej, kiedy przejeżdża się po zawieszonych wzdłuż łańcuchów gór wstęgach ukazujących i piękno przyrody, i ...geniuszu inżynierskiego. Zwłaszcza, kiedy co parę kilometrów niebywałą panoramę traci się wjeżdżając w niezliczone tunele, które służą do skracania czasu. Mickiewiczowi, kiedy wiózł chorego na gruźlicę poetę i powstańca Garczyńskiego z pewnością czas się niemiłosiernie dłużył. Ale pod koniec czerwca 1833r. w Alpach nie mogło być takich dróg i tunelów. Pierwszy - pod Mont Blanc - (zatem i tak nie po ich drodze) został bowiem zbudowany i oddany do użytku dopiero w 1965 r. Też latem: 16 lipca.
Droga z umierającym Garczyńskim, którego nie tylko cenił jako poetę - filozofa, ale i (a może przede wszystkim) powstańca wiedzie przez Genewę, zapewne i Orange do Awinionu, gdzie klimat miał go wyleczyć. Ale już 2 sierpnia z Genewy Mickiewicz donosi Ignacemu Domeyce, że Stefan tak był słaby, że przez kilka godzin co dzień patrzyliśmy na wszystkie symptomata konania. Chce wyświadczyć umierającemu przyjacielowi jeszcze jedna przysługę; pokazać wydrukowany tom jego wierszy, z umieszczoną na końcu “Redutą Ordona” - spisaną powstaniową relacją Garczyńskiego. Przynagla zatem Domeykę: Zmiłuj się choćby dla uspokojenia Stefana każ wydrukować jego korekty, choćby po kilka tylko egzemplarzy.
Z przyjacielem jest jednak coraz gorzej, skoro z pojazdu do mieszkania trzeba go na ręku dźwigać w kraju, gdzie oberżyści, spojrzawszy mu w oczy i widząc w nich niewiele życia, przyjmować nie chcą! Dobijają w stanie najwyższego utrudzenia i śmiertelnego znużenia do Awinionu. Aby jeden z nich nigdy już stad nie miał wyjechać. Został tam na wieki, na pięknym, kamienno - roślinnym cmentarzu Saint Veran, gdzie przez 300 dni w roku świeci słońce południa. Od murów papieskiego i antypapieskiego starego Awinionu dzieli go niewielka dziś przestrzeń. Z jego mogły położonej pod cmentarnym murem, na lewo od wejścia, choć zaniedbanej i noszącej ślady minionego czasu, można jeszcze przeczytać inskrypcję:
D.O.M.
STEPHANUS GARCZYNSKI
MILES
IN BELLO CONTRA MOSCOVIAE TYRANUM
EQUITUM POSNANENSIUM
CENTURIONIS VICES GESSIT
VATES
POLONORUM ARMA VIROSQUE CECINIT
EXUL
OBIIT AVENIONI, ANNO MDCCCXXXIII SEPTEMBRIS
(Stefan Garczyński. Żołnierz. W wojnie przeciwko moskiewskiemu ciemięzcy sprawował funkcję porucznika jazdy poznańskiej. Opiewał czynny wojenne Polaków. Po zgnębieniu ojczyzny przez tyrana wygnaniec. Zmarł w Awinionie w roku 1833, we wrześniu.)
Garczyński odchodzi 20.09.1833r.(miał wówczas 27 lat), a Mickiewicz w stanie skrajnego wyczerpania wraca do Paryża niczym żołnierz napoleoński z wyprawy na Moskwę. Tak przynajmniej opisuje swój stan Domeyce: Jestem podobny teraz do Francuza wracającego z 1812r., zdemoralizowany, słaby, obdartus zupełny, bez butów prawie.
Za mostem, w cieniu papiestwa
Trudno sobie wyobrazić, aby jakiś naród mógł zrozumieć i pojąć tak bardzo polski dramat, jakim są “Dziady”. Toteż wielką odwagą wykazał się Andrzej Seweryn, przystosowując je dla publiczności francuskiej w Awinionie. Razem z Michałem Masłowskim wybrali fragmenty (części II,IV i III) najbardziej uniwersalne i pokazali je na awiniońskim festiwalu w scenerii adekwatnej do treści: u podnóża pałacu papieży.
Równie monumentalnego, jak monumentalna jest Wielka Improwizacja Konrada.
Propozycja lektury “Les aieux” - taki tytuł miał spektakl odbywający się w nocnej scenerii, tuż przy ogrodach papieskich - czytana przez 10 osób (część słabo przygotowanych) nie był ani wizytówką naszej literatury, ani teatru, ani nie rozsławił imienia Mickiewicza. O tym, że było to przedsięwzięcie mało udane świadczyła nie tylko mała frekwencja, ale i topniejąca po godzinie publiczność. Odnieść można było wrażenie, że gdyby nie Polacy, którzy ściągnęli tu z Paryża wraz z ambasadorem, gdyby nie grupka miłośników teatru i Andrzeja Seweryna, gdyby wreszcie nie nasza prawie 40 -osobowa grupa - na widowni zostałyby pojedyncze osoby. A przecież “Les aieux” grane było tylko raz, 20 lipca i na tyle późno (o 23.00), aby można je było obejrzeć po innych spektaklach. Nie mówiąc o tym, że wstęp na to przedstawienie - z racji miejsca - nie był drogi: 80 franków (przy cenie 110 - 190 franków na spektakle odbywające się w budynkach).
Jakie treści z dramatu Mickiewicza, przełożonego na obcy język może odczytać widz francuski w końcu XX wieku? Czy “Dziady” - tak okrojone, praktycznie bez scenografii (zapalone świece wbite w ziemię, na murach rozwieszone duże fotogramy z najsłynniejszych realizacji utworu w Polsce), z minimalną reżyserią - mogą zainteresować inne nacje? Kogo zajmie walka z bogiem - choćby i u stóp papieskiej potęgi - w świecie, który trapią jakże inne problemy.
Musiał być tego świadom i wieszcz, skoro w 1836r. próbował wejść na francuskie sceny nie z “Dziadami”, ale “Konfederatami barskimi” oraz “Jakubem Jasińskim” - pisanymi po francusku dramatami z historii Polski. Chociaż “Konfederatów” ukończył, to jednak sztuka ta nie została wystawiona we Francji. I to pomimo poparcia George Sandi Alfreda de Vigny. Może już wówczas nasza historia, problemy były dla Europy zbyt egzotyczne? Może dla przeciętnego Francuza Polska zawsze leżała gdzieś za morzem i była krajem, gdzie grasują białe niedźwiedzie?
Awinion jednak chłonie każdą kulturę - o czym przekonujemy się na ulicach festiwalowego miasta. Rozbawiony, kolorowy tłum, w którym równie dużo kuglarzy, co ... złodziei (podobno ściągają tu tłumnie w okresie festiwalu, czyli od 10.07. do 2.08.), porywa każdego w wir fiesty. Hindusi w sari, Turcy z nargilami, grupa perkusistów, clowni, stepujący duet - każdy chce tu zaistnieć. Jakich trzeba użyć w tym celu środków? Wszystkie są dobre, jeśli choć przez chwilę zatrzymają uwagę przechodnia. Jeszcze lepsze - jeśli zechce on być widzem tych teatrzyków pod gołym niebem i zapakowanej w plakaty, zarzuconej ulotkami, afiszami i programami awiniońskiej ulicy.
Przed surowym, potężnym papieskim pałacem - flamenco. A zdawałoby się, że powinno być tańczone na słynnym XII-wiecznym awiniońskim moście, owianym piękną legendą o świętym Benezetcie. Ten jednak nabiera uroku dopiero nocą, kiedy światło rzeźbi jego dziwnie urwaną, zbyt toporną dzienną sylwetkę. Noc nadaje też innego wymiaru placowi i uliczkom doń przylegającym, po których błąka się wspomnienie Andrzeja Towiańskiego, który dzięki wstawiennictwu m.in. Celiny Mickiewiczowej nie znalazł się w lipcu 1948r. w ciężkim więzieniu w Cayenne w Gujanie Francuskiej, ale właśnie tutaj. Wyrafinowane oświetlenie XIV-wiecznych murów warownego zamku papieży i antypapieży nie pozwala zapomnieć o “babilońskiej niewoli” tych, którzy uciekli z Rzymu przed biedotą. Ich strachu, ale i potędze - jeśli mierzyć je wielkością i monumentalnością tej budowli.
Mój cziczerone!
Mickiewicz poznawał kulturę starożytnego Rzymu jesienią 1929r. podczas podróży z Odyńcem do Rzymu. My poznajemy ją w Prowansji i Langwedocji - miastach Orange i Nimes, dawniej Aransio i Nemausus. Przez rzymskie bramy, groby i świątnice wiodą nas drogi południowej Francji, której czerwona ziemia porośnięta wiecznie zielona garrigiem i makią (skarlałymi drzewami i krzewami), pachnąca lawendą, rozmarynem i macierzanką rozbrzmiewa nadal językiem bardów. Choć coraz więcej wśród nich kolorowych twarzy. Ale to tygiel Mediterranee. Wyłowić można z niego i Rzymian, i Galów, i Arabów, którzy podbijali te ziemie.
Nie można wystawić sobie, nie widząc gustu i elegancji starożytnych - pisał Mickiewicz do Malewskiego po wycieczce do Pompei. To samo możemy powiedzieć po obejrzeniu amfiteatru w Orange, areny w Nimes, czy akweduktu Pont du Gard.
Amfiteatr w Orange mocno już nadszarpnięty zębem czasu, ale z kolei teatr - wybudowany w 120 r. p.n.e. - w znakomitym stanie. Nawet czytelna kamienna tablica wmurowana w ścianę, na której wyryto ceny biletów. Widać nie zmieniały się!
W langwedockim Nimes - pięciokrotnie większym od Orange (które ma związek historyczny z dzisiejszymi oranżystami) - arena wybudowana w I wieku n.e. Znakomicie zachowana. Przybyło jej tylko nieco współczesnych materiałów na widowni, rusztowań przystosowujących scenę do dzisiejszych potrzeb teatru. Obok amfiteatru mieszczącego ok. 23 tysięcy widzów, współczesny posąg torreadora - dla przypomina, że jesteśmy w mieście corridy. Ale - w odróżnieniu od hiszpańskiej - bezkrwawej. Podczas wrześniowego święta winobrania torreadorzy próbują szpada wyrwać spomiędzy rogów byka ozdoby kwiatowe lub żołędne. W wielu miejscach widzimy też motyw wachlarza: a to w kształcie starówki, a to w kamiennym bloku trybuny.
Nimes to także miasto krokodyli, z krokodylim pomnikiem na starówce i krokodylem w herbie, upamiętniającym zwycięstwo Rzymian nad Egipcjanami. Można je oglądać w fermie położonej 70 km od miasta, w Pierrelate. Na powierzchni 4 tys. m2. w scenerii egzotycznej przyrody hoduje się 330 tych gadów. Ponoć jest to jedyna krokodylowa ferma w Europie.
Najlepiej też ma Nimes zachowane obiekty użyteczności publicznej z czasów rzymskich, m.in. słynną świątynię Maison Carree z oryginalną mozaiką podłogową i rzeźbionym fryzem z 16 r. .p.n.e. Dziś służy za muzeum archeologii, choć to tylko jedna sala. Znajdujemy i tu polonica: fresk z czasów rzymskich odnaleziony w Ogrodzie Fontann przez naszego archeologa - M. Piskorza. Ze współczesnych ciekawostek, nie mających żadnego związku z literaturą: w Nimes - mieście przemysłu włókienniczego - miał swój początek jeans. Tutejsi protestanccy tkacze, którym nie było wolno zajmować stanowisk urzędniczych, wynaleźli podwójnie diagonalny splot, który czynił utkane płótno niezwykle trwałym na zrywanie. Potem był już rynek: Levi Strauss poszukiwał mocnej tkaniny dla robotników i tak narodził się jeans. Ale i tu powstały poglądy na spółdzielczość, doktryna kooperatyzmu, znane jako szkoła w Nimes (w końcu ub. wieku).
Dla Polaka, któremu ciągle inni burzą jego domy i inne budowle, który w każdym pokoleniu buduje od nowa swoją historię, stąpanie po kamiennym akwedukcie Pont du Gard liczącym 2 tysiące lat jest dużym przeżyciem. Zbudowany z gigantycznych bloków, których ciężar dochodził do 6 ton, trójkondygnacyjny wiadukt z arkadami o długości 268 m i prawie 50 m wysokości przez 400 - 500 lat był jedyną drogą zaopatrywania Nimes w wodę. Pobierana ona była ze źródeł ( w Usee) oddalonych o 50 km. Jest to przykład najwspanialszej i najlepiej zachowanej budowli starożytnych inżynierów, którzy zmontowali akwedukt z ponad 3000 klinowych bloków kamiennych (jednakowych!) przy pomocy jedynie drewnianych rusztowań podtrzymujących. Dziś, podobnie jak przed tysiącem lat, nad dolnymi arkadami osadzonymi w rzece Gard wiedzie droga (obecnie tylko spacerowa). Drugi i trzeci poziom są niedostępne dla zwiedzających, choć tym najwyższym woda do Nimes już nie płynie.
Paryskie troski
Jedną z najszybszych kolei europejskich - TGV - odległość Awinion - Paryż pokonuje się w 3 godziny 20 minut. Autobusem, wygodną autostradą - ponad 8 godzin. Ile czasu potrzebował na jej przebycie Mickiewicz - nie wiemy. Do Paryża przyjechał w złym stanie psychicznym, a waśnie i spory wśród paryskiej emigracji nie dodawały mu sił. Już parę miesięcy wcześniej, w styczniu 1833r. pisał do Odyńca: Ja tu żyję niemile wśród żywiołów obcych. Demokraci mię nienawidzą, arystokraci krzywo patrzą, doktrynerzy /.../ mają za wariata. A w marcu do Niemcewicza w Londynie pogłębia ostrość oceny tego środowiska: Dobrze się stało, że mieszkając w Londynie nie patrzysz z bliska na rany emigracji i na gnieżdżące się w nich robactwo...Ja usunąłem się od tutejszych machinacji i z daleka je uważam...bo między pijanymi najlepsza jest polityka czekać, aż się wytrzeźwią.
W tym czasie ma już skończone cztery księgi “Pana Tadeusza”, które pisał do czerwca 1833r, zmieniając jego koncepcję na poemat historyczny. Po śmierci Garczyńskiego, przygnębiony, wraca do dzieła zachłannie, aby łatwiej znieść emigracyjne życie. Zwierzał się w liście do Odyńca: Żyję w Litwie, w lasach, karczmach, ze szlachtą, Żydami. Gdyby nie poema, uciekłbym z Paryża.
Uciekać chciał jeszcze nie raz, a na pewno do czasu ukończenia korekty “Pana Tadeusza”, którą robił w mieszkaniu przy rue de Seine 63. Musiała być wówczas bardzo ruchliwą ulicą, skoro w liście do Julii Rzewuskiej pisał: Trudnię się dawnym rzemiosłem, ale w tym mieście, jak w karczmie zajezdnej, ciężko znaleźć kąt spokojny i co dzień jakiś hałas myśli rozrywa./.../ Przeznaczenie kuje mnie zawsze do bruków, których nienawidzę.
Dziś też tętni życiem, acz bardziej handlowym niż samochodowym. Ta mała uliczka w dzielnicy szóstej Paryża, na lewym brzegu Sekwany obstawiona jest po obu stronach straganami przysłaniającymi mury domów. Ze znalezieniem mieszkania Mickiewicza nie ma żadnych trudności: numer domu jest dobrze widoczny, a dla roztargnionych – na wysokości oczu umieszczono tablicę informującą o tym fakcie. Druga, upamiętniająca pobyt wieszcza znajduje się między oknami mieszkania na pierwszym piętrze.
Brat Adam
Kiedy wynajął mieszkanie przy rue de Seine miał 36 lat i wiele wątpliwości, co dalej począć. Nie ma stałego dochodu, ani obywatelstwa, którego zresztą nie otrzymuje do końca życia. W dzisiejszej Francji też pewnie miałby z tym kłopoty, bo obowiązuje zasada, że kto przyjmuje obywatelstwo, ten przyjmuje narodowość. Przez te 150 lat nie zmieniło się pod tym względem wiele: naród to pojęcie polityczne i jak mówią o Francji zwolennicy Le Pena: “albo ją kochasz, albo ją rzuć”. Takie są tu zasady polityki asymilacyjnej, obrony przed napływem cudzoziemców, głównie z Afryki, którzy stanowią już 25% ludności kraju.
Gdzież zatem miejsce dla Polaka, który
bardziej niźli życie kocha kraj rodzinny,
Gotów zawżdy rzucić go, puścić się w kraj świata,
W nędzy i poniewierce przeżyć długie lata
Walcząc z ludźmi i z losem, póki mu śród burzy
Przyświeca ta nadzieja, że Ojczyźnie służy,
poety, który czuł “całego cierpienia narodu”, który kochał cały naród, swój naród.
Na paryskim bruku doskwiera mu coraz bardziej samotność, może więc stąd niespodziewane małżeństwo z Celiną Szymanowską,które obojgu nie przynosi szczęścia. W 1834r., w lipcu, tuż po ślubie zawartym w kościele Saint- Louis d’Antin, tym samym, gdzie rok wcześniej odbyła się msza dziękczynna po napisaniu “Pana Tadeusza”, zamieszkują w “Małej Polsce”, czyli taniej dzielnicy Batignolles, miejscu osiedlenia się wielu polskich emigrantów. (Także dziś działa tam polska szkoła). Ich mieszkanie przy rue de la Pepiniere 121, obok dworca St Lazare jest jednym z wielu (16), jakie zajmowali w Paryżu, ale po niektórych domach nie ma już śladu. Gnębią ich kłopoty materialne, żyją z zasiłków, a od 1837 r. poeta otrzymuje śmieszną kę miesięcznej zapomogi – 80 franków. Ile dostałby dzisiaj, skoro średnia pensja wynosi 13 tys. franków, ale nawet tyle nie otrzymuje ponad 6 (z 60) mln Francuzów?
Ucieczką od coraz większych problemów, obowiązków i trudnego życia z dala od ojczyzny jest mistycyzm. Początkowo jest to Związek Braci Zjednoczonych, po przyjeździe Towiańskiego – “Sprawa Boża”. Tyle zostało z filomatów i powstańców – można byłoby skwitować, kiedy przegląda się nazwiska ludzi uczestniczących w tych związkach.
O czym mówił Mickiewicz na swoich wykładach w College de France – dokładnie nie wiadomo, gdyż do tej pory nie wyszły one drukiem. Wygłaszał je a vista, a z zachowanych notatek – zawierających sprzeczne treści – nie można wywnioskować jednoznacznie ich wymowy. Faktem jest,że mało w nich było o literaturze, znacznie więcej – o mistycyzmie i Towiańskim, co na tyle zaniepokoiło władze, że w końcu maja 1844 r. kurs zawiesiły. Powróciła bieda w lata niepokojów, konfliktów w rodzinie (między Celiną a Xawerą Deybel mieszkającą u Mickiewiczów, matką córki Adama), w środowisku towiańczyków i w skłóconej, zgorzkniałej emigracji.
W krainie pamiątek
Z rue de Seine blisko do kościoła Saint Severin (św. Seweryna), gdzie w siedem lat później będą się zbierać towiańczycy przed obrazem Matki Boskiej Ostrobramskiej – kopii pędzla Walentego Wańkowicza, przybyłego do Paryża za Towiańskim. Ale i na Sorbonę, do College de France, gdzie Mickiewicz obejmie 5 listopada 1840r. katedrę literatur słowiańskich. Niewiele udaje nam się zobaczyć z uczelnianych śladów poety, mamy mało czasu, wchodzimy tylko na dziedziniec Sorbony, aby odetchnąć atmosferą sławnych murów i na skraj blisko położonego Ogrodu Luksemburskiego – ongiś miejsca spotkań studentów, dziś – uczniów pobliskich szkół. W 1851r. było to miejsce spacerów Celiny Mickiewiczowej po urodzeniu ostatniego, szóstego dziecka, Józia. Wówczas bowiem Mickiewiczowie przeprowadzili się w te okolice, a poeta związał się ponownie z Towarzystwem Historycznym.
Mieściło się ono – tak jak i obecnie – w jednym z pierwszych domów (1655r.) na Wyspie św. Ludwika, znanej z katedry Notre Dame i Hotelu Lambert, miejsca spotkań obozu Adama Czartoryskiego(od 1843r.). Hotel jest dziś własnością Rotszylda, a po naszej emigracji nie ma ani w nim, ani na nim śladu, żadnej tablicy, czy inskrypcji. Jedynym znakiem - i nie wiadomo, czy trwałym z powodu braku regulacji prawnej - jest ów budynek Towarzystwa, w którym od ponad stu pięćdziesięciu lat znajduje się Biblioteka Polska. Tworzona przez emigrantów od 1838r., t“cały zwój pamięci” narodowej sprawy, znalazła miejsce i dla “krainy pamiątek” po Wieszczu, którą urządził syn poety, Władysław. Z niewielu przedmiotów, jakie zachowały się po Mickiewiczu (szczęśliwie uratowanych podczas wojny) jest tu trochę mebli, pierwsze wydania niektórych dzieł, korespondencja, portrety rodziny, zasuszone liście z Tuchanowicz...
Wszystko to pieczołowicie pielęgnowane przez kustoszkę, p. Rutkowską nadzorowane przez dyrektora Biblioteki Polskiej - Leszka Talkę, bezgranicznie oddanego sprawom, jakimi się zajmuje. A dotyczą one nie tylko zbiorów i muzeum, także budynku, jego utrzymania oraz niewyjaśnionych praw własności. W świetle przepisów jest to bowiem dom niczyj, którego dzierżawa wygasa w 2030 r. Do 2002 r. na jego utrzymanie będą łożyć emigracyjne fundacje: Lanckorońskichi Lubicz – Zalewskiego. Co będzie po tych terminach – nie wiadomo. Dyrektor Talko ma nadzieję na utworzenie w kraju fundacji Biblioteki Polskiej, a na razie przyjmuje pomoc od Ministerstwa Kultury i Sztuki oraz Fundacji na Rzecz Nauki Polskiej.
Wieczna emigracja
Dwa są miejsca w Paryżu, gdzie pamięć o Polakach przetrwała najmocniej, dwa cmentarze: Montmorancy i Pere Lachaise. Na ten pierwszy, dla Polaków ważniejszy – trudno trafić, jeśli nie zna się dobrze obrzeży 9 milionowej aglomeracji. Dzięki serdecznej pomocy pracowników stacji Naukowej PAN: dyrektora Stefana Nickerla i Janusza Wiktorowicza dostajemy się tam szybko i bez przeszkód.
W końcu XIX w. Montmorancy było polskim przedmieściem Paryża, tanią letniskową dzielnicą, prawdopodobnie niewiele mającą wspólnego z dzisiejszym eleganckim miasteczkiem. Tutaj mieszkało wielu przybyszów popowstaniowych i tutaj zatrzymali się na zawsze: Zamoyski, Delfina i Klaudyna Potockie, Dembiński, Norwid,Boznańska, Makowski, Watowie.
Życie moje jest prawie ciągłym grzebaniem kogoś lub czegoś. Z owego pokolenia, którym żyłem i przywykłem biedować, jedni już nas na zawsze porzucili, drudzy ciągną dni pogrobowe, nie lepsze od śmierci- pisał poeta w 1855 r. po odejściu Celiny. Sam - “pochowany wśród trupów”, czyli ksiąg Arsenału - szukał życia w wyprawie na Wschód po wolność dla ojczyzny. Znalazł śmierć. Dołączył do innych pielgrzymów na największej we Francji polskiej nekropolii w Montmorancy, gdzie pochowano go z ekshumowaną z Pere Lachaise Celiną.
O grób dla kości naszych w ziemi naszej,
Prosimy Cię, Panie – słowa Litanii pielgrzymskiej, jakie zawarł w “Księgach narodu polskiego” ziściły się po 45 latach, w stulecie jego urodzin, w 1890r. Prochy poety, którego “w ojczyźnie serce zostało” spoczęły w krypcie wawelskiej katedry, obok królów.
Anna Leszkowska
98-10-19
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1549
Z pamiętnika Fulbrightera (3)
Projekt, który wykonuję w ramach stypendium Fulbrighta na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Cruz (UCSC) dotyczy zróżnicowania genetycznego lemingów norweskich Lemmus lemmus w plejstocenie. Lemingi te preferują chłodne środowiska i współczesne zmiany klimatu stanowią dla nich poważne zagrożenie. Kiedyś żyły na obszarze całej Europy, ale ocieplenie w holocenie, które zaczęło się około 11 tysięcy lat temu spowodowało ich masowe wymieranie. Dziś L. lemmus żyje tylko w Norwegii i na północy Skandynawii.
Chcę sprawdzić jak bardzo różnorodne były populacje leminga norweskiego 10, 20, 30 tysięcy lat temu, żeby pokazać, że wraz z ociepleniem pula genetyczna tego gatunku malała i stawała się coraz biedniejsza, coraz słabsza. Zakładam, że zidentyfikuję linie genetyczne, które kiedyś zamieszkiwały Europę, a dziś już wymarły bezpowrotnie.
Do tej pory badałam gatunki, które w trakcie ostatniego zlodowacenia walczyły o przetrwanie w tzw. refugiach glacjalnych (miejscach, gdzie było w miarę ciepło i bezpiecznie). Dziś pracuję z gatunkiem, który w okresach przeraźliwego zimna miał swój czas, a współcześnie ukrywa się w refugium interglacjalnym, wypatrując lepszych, chłodniejszych czasów. Niestety, chyba nie ma na to ochłodzenie szans!
Takie badania pozwolą na określenie jak różne gatunki reagowały na zmiany klimatu w przeszłości, a ta wiedza może zostać wykorzystana do stworzenia prognoz, jak gatunki współczesne zareagują na to, co się obecnie dzieje z klimatem. Będzie można przewidzieć, które gatunki za chwilę będą zagrożone wymarciem i może umożliwi to opracowanie sposobów na ocalenie tych populacji.
Niewątpliwie i my, ludzie, boleśnie odczujemy skutki globalnych zmian klimatu. Wciąż tylko jednak żyjemy w dziwnej bańce zaprzeczenia sądząc, że jak się odwrócimy do czegoś plecami, to nas to nie dotyczy.
Praca w laboratorium
W laboratorium antycznego DNA (aDNA), nazywanym „czystym” laboratorium, pracuje się zupełnie inaczej i trzeba się do niego dobrze przygotować. Antyczny DNA jest bardzo pofragmentowany i jest go nadzwyczaj mało, nie można zatem dopuścić do kontaminacji, a już na pewno nie do kontaminacji ludzkim DNA! Dlatego rano obowiązkowo prysznic, potem trzeba związać włosy, ubrać się wygodnie. W drodze do laboratorium lepiej unikać ludzi, a już na pewno tych, którzy pracują z współczesnym DNA, zatem absolutnie nie wolno przechodzić w pobliżu budynków, w których się te laboratoria znajdują.
Do laboratorium aDNA niczego nie można wnosić, wszystkie rzeczy osobiste zostają w pokoju nr 1, w którym nakładana jest pierwsza para rękawiczek. Czyli żadnych notatek, telefonów, nawet moje okulary nazwano „złem koniecznym”. Dopiero po umyciu pierwszej pary rękawiczek wybielaczem, można przejść do pomieszczenia nr 2, znajdującego się za szczelnymi drzwiami. Jeśli trzeba wnieść próby, również należy wszystko wyczyścić wybielaczem (moje próby były w kopercie, dlatego wyszorowałam kopertę z każdej strony). Próby zostają w laboratorium po kres swoich dni (chociaż akurat moje lemingi i tak są martwe od wielu tysięcy lat).
W pomieszczeniu nr 2 czekają kombinezony, czepki, maseczki chirurgiczne, przyłbice, buty. Niełatwo jest się w to wszystko ubrać! Przygotowania wieńczy nałożenie drugiej pary rękawiczek (na pierwsze, a rękaw kombinezonu szczelnie do środka) i (a jakże!) potraktowanie ich wybielaczem. Warto zauważyć, że wybielacz przesiąka po jakimś czasie przez rękawiczki, zatem jeśli ktoś zapomni zdjąć na przykład pierścionek, to reakcja chemiczna go po prostu zniszczy. Biżuteria zostaje w domu!
Dopiero teraz przechodzi się do samego laboratorium, w którym od razu należy przygotować stanowisko pracy – czyścimy wybielaczem wszystko: blaty, długopisy, nożyczki, przedmioty, których będziemy używać. W trakcie pracy tak samo – co chwilę używamy wybielacza. Jeden ruch, czegoś dotknęłam – w ruch idzie wybielacz, dotykam czegoś innego – kolejna porcja wybielacza. Po całym dniu pracy jesteśmy przesiąknięci zapachem wybielacza, a i przy okazji każdy się go nawdychał. Praca w takim laboratorium jest tylko dla twardzieli!
Probówki, bufory, roztwory – wszystko trafia na 30 minut pod silną lampę UV. Jeśli bardzo zależy mi, aby coś „wyszło” z laboratorium, jest tam komputer i mogę wysłać na przykład maila. Przywiezione przeze mnie próby lemingów (po sfotografowaniu i wprowadzeniu ich danych do bazy) trafiły do szufladki w zamrażarce, gdzie czekają na swoją kolej.
„Przeklęty” człowiek lodu
Wśród wielu szufladek w laboratorium zauważyłam jedną, która mnie bardzo zaintrygowała. Była podpisana jako „Iceman, CURSED!”, co oznaczało „Człowiek lodu, PRZEKLĘTY!”. Oczywiście od razu chciałam poznać szczegóły.
W tej szufladce trzymana jest próbka pobrana z wydobytych z alpejskiego lodowca w Południowym Tyrolu szczątków człowieka, który zmarł około 3,3 tysięcy lat temu. Nazwano go Ötzi. Znalazło go dwoje turystów na wysokości 3210 m n. p. m. Początkowo sądzono, że to zwłoki jakiegoś nieszczęsnego turysty, szybko się jednak okazało jak ważne odkrycie naukowcy mieli przed sobą. Ötzi mierzył 157 cm i ważył około 50 kg, w momencie śmierci miał około 40-50 lat. Na jego ciele zidentyfikowano 61 tatuaży, dokuczały mu zmiany zwyrodnieniowe stawów i borelioza, a ostatnie co zjadł to owoce, chleb i mięso jelenia i kozicy. Postrzelono go strzałą i od tej rany najprawdopodobniej zmarł. Analizy genetyczne sugerują, że miał brązowe oczy, grupę krwi 0 i nietolerancję laktozy.
Dziś mumia znajduje się w muzeum we Włoszech, ale znalezienie jej na terenie przygranicznym wywołało sporo zamieszania i sporów między Austrią i Włochami. Z władzami Południowego Tyrolu sądził się też znalazca mumii (po tym, jak muzeum nie chciało go za darmo wpuścić na wystawę z „człowiekiem lodu”). Proces wygrał, ale niedługo potem zginął podczas wspinaczki w pobliżu miejsca znalezienia mumii. Podobno każdy, kto miał kontakt z Ötzi’m, doświadczał czegoś złego, niektórzy nawet zmarli śmiercią tragiczną. Dlatego uważa się, że może to być klątwa, kara za naruszenie spokoju spoczywających pod lodem szczątków. W laboratorium aDNA wszyscy omijają szufladę z próbą „człowieka lodu”, nawet Beth Spahiro jej nie dotyka. Kto wie co w niej jest? W końcu wiele słyszało się o klątwach faraonów. Też jej nie dotykam.
Młot Thora
Aby wyizolować aDNA z kości, należy najpierw te kości sproszkować. Pierwszym etapem jest rozbicie kości na mniejsze kawałki. Ja pracuję z pojedynczymi zębami lub całymi żuchwami lemingów, które są naprawdę bardzo małe (kilka-kilkanaście milimetrów) i je także najpierw trzeba trochę porozbijać. Robię to specjalnym młotkiem, który w labie aDNA UCSC nazywa się… Mjølner! Tak, tak nazywa się młot Thora, nordyckiego boga wojny i piorunów! Pokruszone kości „wrzucam” do homogenizatora, gdzie zostaną sproszkowane przez metalowe kulki. Proszkowanie kości wymaga skupienia, ale znacznie dłużej trwa szorowanie (wybielaczem i małą szczoteczką do buteleczek) użytych do tego metalowych cylinderków i kulek.
Do izolacji używam maksymalnie 120 mg takiego proszku, nie zawsze udaje się tyle uzyskać, szczególnie, gdy ma się tylko jeden ząb małego gryzonia sprzed 30 tysięcy lat! Każda kość czy próbka jest inna i nigdy nie wiadomo, ile materiału się ostatecznie będzie miało do dalszych etapów. Proces izolacji aDNA z kości przebiega inaczej niż izolacja DNA z prób współczesnych z tkanek. Dużo przygotowań, dużo czekania, a oczyszczanie antycznego DNA wymaga skupienia i… zdolności manualnych na miarę McGyvera!
Pojemność zwykłych kolumienek (złóż do oczyszczania) jest zbyt mała, zatem należy zbudować własne z elementów dostępnych w laboratorium. Ważne jest, żeby dobrze umocować wszystkie części, aby konstrukcja nie rozpadła się w trakcie wirowania. Izolacja aDNA jest etapem najważniejszym, bo od jego wydajności zależy powodzenie kolejnych: tworzenie bibliotek DNA i sekwencjonowanie.
Szczepienne przywileje
W Paleogenomics Laboratory UCSC pracuje się w świetnej atmosferze! Beth Shapiro wymaga regularnych raportów z postępów prac, zawsze chętnie służy radą i docenia dobrze wykonaną robotę. Nie żałuje też pochwał, co jest bardzo motywujące i naprawdę chce się pracować!
Pracownicy naukowi UCSC należą do drugiej grupy szczepień przeciwko covid-19, zaraz za pracownikami medycznymi. W USA ruchy antyszczepionkowe mają się dobrze, ale jeśli się do nich należy, nie ma się dostępu do wielu przywilejów. Chcesz pracować w laboratorium i przebywać na terenie kampusu, gdzie masz kontakt z innymi pracownikami? Musisz się zaszczepić. W końcu hasłem UCSC na czas pandemii było: Slug strong! Żółty pomrów dalej spełniał swoją funkcję, dopingując całą społeczność akademicką.
Joanna Stojak
Dr Joanna Stojak jest stypendystką Fulbright Senior Award 2020/2021 na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Cruz.
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 1595
Witamy w Kalifornii!
Gdy pod koniec 2019 roku ogłoszono wyniki Fulbright Senior Award 2020/2021, nie podejrzewałam, że podczas realizacji stypendium będę musiała stanąć twarzą w twarz z zupełnie nową sytuacją na świecie. W ciągu kilku miesięcy rozpętała się pandemia COVID-19, która sprawiła, że świat znacznie zwolnił. Nauki jednak nie da się powstrzymać!
Czym jest Fulbright? To największy program wymiany naukowej i kulturowej między USA a innymi krajami. Na świecie Fulbright działa od 75 lat, w Polsce ponad 60 lat. Wśród grona absolwentów znajduje się m.in. 60 laureatów Nagrody Nobla, 86 laureatów Nagrody Pulitzera i 37 głów państw.
Fulbright Senior Award umożliwia pracownikom naukowym z polskich instytucji akademickich i naukowych prowadzenie projektów badawczych lub badawczo-dydaktycznych w wybranej instytucji goszczącej w USA. Ja wybrałam Paleogenomics Laboratory na Uniwersytecie Kalifornijskim w Santa Cruz. W związku z pandemią granice Stanów Zjednoczonych były zamknięte, ale stypendyści Fulbrighta zostali dodani do wyjątków. Oczywiście każdy z nas musiał spełnić szereg wymogów, m.in. uzyskać wizę sponsorowaną przez Departament Stanu, uzupełnić szczepienia z listy i uzyskać negatywny wynik na Covid-19 tuż przed wyjazdem. Można by jednak zapytać: po co jechać na drugi koniec świata i to w tak dziwnych i trudnych czasach?
Antyczny DNA
Na co dzień zajmowałam się historią ewolucyjną obecnie żyjących populacji, zawsze jednak interesowało mnie jak wyglądała różnorodność genetyczna w populacjach gatunków wymarłych lub takich, które kiedyś żyły na dużo większych obszarach niż obecnie. Te informacje można „wyciągnąć” tylko ze skamielin, czyli prób bardzo starych, z którymi pracuje się zupełnie inaczej niż z materiałem współczesnym. Izolacja antycznego DNA (aDNA) wymaga zupełnie innego zaplecza technicznego, musi być wykonywana w zaprojektowanym na zamówienie, sterylnym aż do granic absurdu laboratorium, zabezpieczonym systemem szczelnych śluz. Stary DNA jest bardzo pofragmentowany, dlatego podczas analiz pracuje się na bardzo krótkich odcinkach, około 200-300 par zasad. Chciałam się tego nauczyć i to od najlepszych.
Zespół prof. Beth Shapiro jest jednym z najbardziej znanych na świecie laboratoriów prowadzących badania z zakresu paleogenomiki od ponad 20 lat. Profesor Shapiro była zaangażowana w pierwsze analizy prowadzące do uzyskania antycznego DNA z próbek datowanych na plejstocen. Głównym celem tych badań było odtworzenie historii ewolucyjnej wielu gatunków zwierząt oraz analiza wpływu działań człowieka na globalne zmiany klimatu i wymierania megafauny. Zespół ten to specjaliści od kruszenia kości, zatem nie było lepszego miejsca, żeby przeanalizować kości lemingów sprzed kilkudziesięciu tysięcy lat, które mnie interesowały.
Przytoczę przykłady badań, jakie prowadzono w zespole prof. Beth Shapiro. W 2020 roku w „Nature Communications” ukazała się praca analizująca wpływ globalnych zmian klimatu na bioróżnorodność roślin i zwierząt w plejstocenie i holocenie. Antyczny DNA uzyskany ze skamieniałości 100 gatunków kręgowców i 45 gatunków roślin ujawnił, że bioróżnorodność znacznie spadła w trakcie ostatniego glacjału (tzw. młodszego driasu, trwającego około 10-11 tysięcy lat temu), po czym w holocenie różnorodność wśród roślin wzrosła, a różnorodność wśród zwierząt niestety nie.
Wyniki sugerują, że zmiany klimatu miały istotny wpływ na wymieranie megafauny w plejstocenie, jednak nie były jedyną przyczyną tego procesu.
Z kolei w „PNAS” ukazała się praca, w której wykorzystano sekwencjonowanie nowej generacji (NGS), aby przeanalizować aDNA i tym samym bezpośrednio sprawdzić jak przebiegał proces neolityzacji w Afryce Północnej. Wyniki wykazały, że we wczesnym neolicie u ludzi mieszkających na terenie obecnego Maroka przeważały endemiczne warianty genetyczne wywodzące się ze społeczności żyjących na tych obszarach w epoce kamienia i do dziś obecne w populacjach północnoafrykańskich. Z kolei w próbach z okresu późnego neolitu pojawiała się domieszka genetycznych wariantów charakterystycznych dla populacji europejskich. Sugeruje to, że neolityzacja w Afryce Północnej była procesem, na który składały się zarówno rozwój społeczności mezolitycznych, jak i migracja ludzi z Europy.
Ślimak symbolem… aktywności
Uniwersytet Kalifornijski w Santa Cruz (UCSC) łatwo było znaleźć na mapie, natomiast w rzeczywistości zaskoczył mnie jego rozmiar. Uniwersytet zajmuje obszar kilku mil kwadratowych! Zdziwiło mnie również, że większość uniwersytetów jako swoją maskotkę wybiera silne i waleczne zwierzęta, takie jak lwy czy orły, natomiast UCSC miało… żółtego pomrowa (ang. banana slug)!
Pomimo pandemii, naukowcy działają bardzo aktywnie. Praca w laboratorium jest zorganizowana płynnie – laboratoria do pracy z antycznym DNA zawsze utrzymywane są w bardzo wysokim standardzie sanitarnym, a pracownicy zakryci są od stóp do głów, zatem obostrzenia związane z pandemią nie są dodatkową przeszkodą.
Na kampusie obowiązują regularne testy przesiewowe na obecność Covid-19, a większość spotkań odbywa się online.
Bardzo podoba mi się, że wszyscy są kreatywni, dzielą się swoimi doświadczeniami, a w razie problemów lub przygotowywania kolejnych publikacji i eksperymentów, omawiają wszystko regularnie z resztą grupy badawczej. Pierwszeństwo wypowiedzi mają zawsze młodsi, mniej doświadczeni pracownicy, którzy próbują samodzielnie rozwiązać określone problemy badawcze, dopiero później swoją opinię wygłaszają kierownicy laboratorium. Pod koniec każdego spotkania jest czas na wspólne podsumowanie opublikowanych w danym tygodniu artykułów (i pochwalenie ich autorów), co działa bardzo motywująco.
Po przyjeździe nie mogłam doczekać się, aż sama nałożę „strój kosmonauty” i zacznę kruszyć przywiezione ze sobą kości małych ssaków!
Joanna Stojak

