Etyka (el)
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 3947
Wojna informacyjna a odpowiedzialność (2)
To nie jest istotne, jaka jest prawda,
liczy się to, co uważamy za prawdę
H. Kissinger
Wojna w kwestii propagandowej została podporządkowana przemysłowi informacyjnemu. Elementem wypaczającym jej zrozumienie jest jej wirtualność, będąca efektem walki informacyjnej, która zapewnia złudzenie obiektywności w jej postrzeganiu w przekazach medialnych. Kształtuje też iluzoryczne przekonanie, że wojna nie jest złem, może być elementem rozrywki (relaksu), lub źródłem zabawy - np. najmłodsze pokolenia są poddane oddziaływaniu dezinformacyjnemu poprzez komputerowe gry wojenne.
Prawda jest jednak inna. Wojna zawsze była zjawiskiem wyjątkowo negatywnie ocenianym w skutkach. Jak pisze w „Wojnach sprawiedliwych” M. Walzer: „Jedna z najważniejszych cech wojny, odróżniająca ją od innych plag ludzkości, polega na tym, że ludzie w nią uwikłani są nie tylko ofiarami, lecz także sprawcami. W każdej wojnie ludzie giną, zabijani z wszelką możliwą do wyobrażenia brutalnością, i giną wszelkiego rodzaju ludzie, bez względu na wiek, płeć lub kondycję moralną”.
Mimo to, ludzie nie potrafią żyć bez wojny, wykluczyć jej jako środka w rozwiązywaniu konfliktów politycznych. Brak odpowiedzialności człowieka w tej kwestii widać dokładnie od drugiej połowy XX wieku, kiedy rozwój technicznych narzędzi wojny osiągnął taki stopień, że wojna stała się przedsięwzięciem zupełnie nieopłacalnym i ryzykownym. Pomimo tego, główne mocarstwa postawiły sobie zadanie: wynaleźć takie możliwości, formy, procedury polityczne i wojskowe, aby stworzyć szanse zwycięstwa, przy jednoczesnym wykluczeniu perspektyw wzajemnego, totalnego zniszczenia – podkreśla J. M Gavin w „Wojnie i pokoju w erze przestrzeni międzyplanetarnej”. Scenariusz takich wojen jest realizowany w ostatnich dziesięcioleciach – jest to zimna wojna, każdego z każdym.
Mamy do czynienia z nieodpowiedzialnymi siłami międzynarodowymi lub wewnętrznymi opcjami politycznymi dążącymi do wojny, które prowadzą propagandę w stosunku do narodów i państw w taki sposób, aby wywołać w nich agresję wobec innych. Systematycznie dostarczają półprawd dezinformujących ludzi o rzeczywistości, z premedytacją mobilizują społeczeństwo do wojny domowej, czy też agresji wobec innego państwa.
Za pomocą przekazu informacyjnego niszczą zdolności ludzi do świadomego i racjonalnego formułowania postulatów politycznych i pokojowych zachowań wobec innych.
Przekaz ten przekształca społeczeństwa w tłum gotowy do ślepych działań i czynów, zarówno zbrodniczych wewnątrz kraju, jak i agresji wobec innych podmiotów. Mechanizm manipulacji jest wyjątkowo agresywny, gdy system polityki światowej zdominowany jest przez jednobiegunowe mocarstwo (sojusz polityczno-wojskowy), czy też jedną ideologię lub władzę.
Wojna o „pokój”
Każda wojna potrzebuje fałszywych mitów i faktów. Społeczeństwa są indoktrynowane wojenną propagandą i izolowane od rzeczywistych motywów decyzji politycznych swych przywódców. Zgodnie z przekazem medialnym elit, agresywna wojna wybucha w słusznej sprawie - w celu „wyeliminowania zagrożenia dla pokoju”. W ostatnich latach - jako sposób na zaprowadzenie sprawiedliwości, wolności i demokracji, o humanitarne ideały, np. w imię „wyegzekwowania praw człowieka”.
W tym celu dominujące państwa promują standardy bezpieczeństwa, które są przedstawiane jako punkt odniesienia przy wszelkiego rodzaju klasyfikacjach i porównaniach. Nadają im charakter uniwersalności, a także promują jako wzór do naśladowania.
W kwestii przebiegu i skutków działań wojennych światowa opinia publiczna jest z premedytacją utrzymywana w niewiedzy. Obraz wojny przekazywany opinii publicznej ma niewiele wspólnego z rzeczywistością. Docierające do ludzi obrazy są filtrowane i preparowane tak, aby winowajcami były ofiary, a oburzenie społeczne nie obracało się przeciw sprawcom wojen, (które w konsekwencji generują zagrożenia asymetryczne, powodujące zamęt i strach), ale przeciw ofiarom, zdesperowanym walczyć o swoją godność i prawa (ocena moralna wojny nie jest wyznaczana przez działania żołnierzy, lecz przez opinię ludzkości).
Wątpliwości mogą budzić tzw. wojny prewencyjne. Rodzą się pytania, czy do obrony niezbędna jest agresja i co to jest wojna prewencyjna z punktu widzenia konfliktów w ostatnich dziesięcioleciach? Czy jest to:
- wojna o nieokreślonych celach przeciwko potencjalnym „wrogom” na każdej ziemi – jak w przypadku wojny z terroryzmem;
- atak odpowiadający na odległe w czasie zagrożenie, będący przedmiotem przewidywania i wolnego wyboru – jak w przypadku agresji na Irak;
- „operacja pokojowa” wobec chaosu wywołanego poprzez kolorową rewolucję oraz sprowokowanego kryzysu i wojny – jak w przypadku byłej Jugosławii, czy państw Afryki Północnej;
- „sprawiedliwa”, „ostatnia” krucjata (podbój) po to, aby położyć kres wszystkim wojnom i doprowadzić do nowej szczęśliwszej ery w historii ludzkości, czy po prostu
- pretekst do rozszerzania swoich wpływów i władzy przez podmioty kierujące się rządzą panowania, mające ambicje dominowania w regionie lub nad całą planetą, a jednocześnie zyskowne przedsięwzięcie dla wybranych klas społecznych, państw, sojuszy, czy transnarodowych korporacji i/lub grup interesu.
Nie można mówić o odpowiedzialności, gdy prowadzi się wojnę pozbawioną przedmiotu i celowości, motywując to potrzebą zwalczania zagrożeń, które jeszcze nie wystąpiły, lub mają charakter wirtualny, gdy traktuje się wojnę zapobiegawczo, jako karę dla potencjalnych sprawców zagrożeń (i dowodzeniem a posteriori, że nie mogliby oni być niewinni). Niektórzy aktorzy polityki światowej określają takie swoje działania sloganem „odstraszanie”, którego istota została wypaczona. To, o czym się mówi jako odstraszanie jest – ze względu na charakter działań i stosunki sił – zastraszaniem, przyjmującym tak drastyczny charakter, że zostało określone mianem doktryny wojennej „Szok i przerażenie” (p. N. Klein – „Doktryna szoku”)
W tej sytuacji marzenie o wojnie, która położy kres wszystkim wojnom w odległej epoce jest wyrazem skrajnej nieodpowiedzialności, a tłumaczenie polityków, że chcą doprowadzić do powszechnego pokoju, jednak nie mają innego wyjścia jak tylko prowadzić tzw. słuszną wojnę, jest zabiegiem propagandowym. Nie ziści się stan wolny od wojen, póki – jak twierdzi M. Walzer - nie pokonamy ostatecznie sił zła, nie uwolnimy ludzkości na zawsze od żądzy podboju i panowania. Wojna użyta w tym celu jest jednym z najgorszych, jak nie najgorszym narzędziem.
Manipulowanie słowem
Słowa R. Arona, że „broń psychologiczna, spoczywająca zarówno w rękach rewolucjonistów, jak i sił broniących istniejącego porządku wymierzona jest we wszystkich, bo mierzy w każdego człowieka z osobna” oddają istotę włączenia całej społeczności światowej w wojnę informacyjną między głównymi podmiotami polityki światowej.
Tu warto zastanowić się nad kwestią: jak rozumieć odpowiedzialność za słowo w warunkach wojny informacyjnej, gdzie standardem jest manipulacja społeczeństwem przez podmioty polityki światowej wykorzystujące najnowsze techniki dezinformacji? Aby na to odpowiedzieć, można rozważania zawęzić do obszaru wojny informacyjnej określanego jako dezinformowanie – celowe i zamierzone manipulowanie świadomością.
Punktem wyjścia jest wyjaśnienie słowa „manipulacja”. Oznacza ono kształtowanie poglądów, postaw, zachowań lub emocji bez wiedzy i woli człowieka. Jest to metoda zakamuflowanego oddziaływania na świadomość oraz zachowania jednostek i grup społecznych dla realizacji określonych przez nadawcę celów. Manipulacja według J. Kosseckiego to sterowanie ludźmi wbrew ich interesom, jak również wbrew ich woli, natomiast według P. Hahne, to sterowanie cudzym postępowaniem w celu osiągnięcia osobistych korzyści, przy czym osoba manipulowana nie zdaje sobie z tego sprawy.
Manipulowanie świadomością jest narzędziem narzucania swojej woli ludziom poprzez programowanie ich zachowania. Pojęcie to ma negatywne znaczenie etyczne, kojarzone jest z kłamstwem, oszustwem, intrygą, ingerencją w procesy myślowe i decyzyjne w celu osiągnięcia korzyści kosztem obiektu poddanego takim zabiegom.
W tej grze większość narratorów szuka synonimów słowa „kłamstwo”. Robione to jest w celu, by przeciętny człowiek był jeszcze bardziej zdezorientowany. Pojęcia kłamstwa, fałszu i manipulacji są zastępowane słowem „postprawda”, oznaczającym trudne do weryfikacji, świadome kłamstwo wykorzystywane dla celów propagandowych i politycznych oraz „półprawda”, które sprowadza się do wypowiedzi i twierdzeń, których celem jest nie skłamać, ale i prawdy nie powiedzieć.
Słowo „dezinformacja” oznacza np. wpuszczanie obok informacji prawdziwej, (ale niekorzystnej), kontrinformacji, mającej neutralizować wpływ tej pierwszej, lub rozpowszechnianie zmanipulowanych, czy nieprawdziwych informacji w celu skłonienia ich odbiorców do określonych zachowań na korzyść dezinformującego.
S. Kisielewski, charakteryzując sytuację medialną stwierdza: „Niepełna, niecałościowa informacja, czyli dezinformacja, czyli w rezultacie kłamstwo praktykowane na co dzień, wrasta nam w krew, staje się drugą naturą, ba, nieraz wręcz powinnością moralną czy narodową”.
Powyższe treści wskazują, że społeczeństwa, podmioty polityki światowej które nie umieją operować informacją, analizować jej, wyciągać wniosków itd. narażone są na manipulację, stają się obiektem dezinformacji. Tu można postawić pytanie, jakie są podstawowe warunki zapewniające społeczeństwu w sytuacji zmasowanej wojny informacyjnej zrozumienie zachodzących procesów oraz przyjęcie właściwej postawy w kwestiach odpowiedzialności za bezpieczeństwo? Do najważniejszych można zaliczyć wiedzę nt. współczesnej polityki bezpieczeństwa oraz znajomość procesów zarządzania bezpieczeństwem, a także umiejętność docierania do faktów, właściwego ich rozumienia i interpretowania.
W warunkach wszechobecnej infokomunikacji oraz masowej komunikacji zindywidualizowanej, gdzie społeczeństwo zostało poddane mniej lub bardziej racjonalnym wpływom, problemem jest percepcja społeczna zachodzących zjawisk. Kształtowanie opinii publicznej przy wykorzystaniu efektywnych narzędzi przekazu – technologii informacyjnych - przez wybrane podmioty, grupy interesu dla osiągnięcia konkretnych celów stwarza zagrożenie prawidłowej oceny okoliczności, zrozumienia mechanizmów rządzących społeczeństwem oraz podejmowania decyzji.
Informacje o najważniejszych wydarzeniach w świecie, w tym na temat bezpieczeństwa, można przekazać odbiorcom w formie totalnie zmanipulowanej i zakłamanej, popierając je spreparowanym, propagandowym materiałem filmowym.
J. Baudrillard, opisując sposoby przekazywania informacji nt. wojen pisze: „To, czego jesteśmy świadkami, siedząc w naszych fotelach w stanie całkowitego osłupienia, nie jest „jak film” – to jest film./…/ W rezultacie wojna staje się gigantycznym efektem specjalnym, kino staje się paradygmatem wojny, a my wyobrażamy ją sobie jako „rzeczywistą”, podczas gdy jest ona jedynie lustrem swego filmowego istnienia”. A U. Eco dodaje: „Wojna Nowego Typu stała się do tego stopnia produktem medialnym, że Baudrillard mógł paradoksalnie powiedzieć, iż nie miała ona miejsca, a jedynie została pokazana w telewizji”.
Dodatkowo, poprzez zasypywanie społeczeństw, odpowiednio dozowanymi pseudoproblemami i sensacjami obyczajowymi, tworzenie sztucznych dylematów, manipulowanie emocjami i „strachem” sprawia, że ukrycie tego, co się dzieje w świecie, co najważniejsze, nie jest problemem.
Polityka iluzji
W tych okolicznościach podstawowym kryterium zrozumienia zjawisk i procesów jest dotarcie do faktów, zdobycie o nich realnej wiedzy. To w warunkach „względności faktów” – dla konsumentów chaosu informacyjnego, bezkrytycznych odbiorców, przeciętnych obserwatorów polityki światowej, w tym jej aspektów bezpieczeństwa – jest często niemożliwe. Fakty te, w ramach polityki informacyjnej podporządkowanej realizacji konkretnych celów przez podmioty stosunków społecznych oraz ze względu na charakter działania mass mediów są w znacznym stopniu zniekształcane.
Mimo, że domeną funkcjonowania człowieka jest przestrzeń informacyjna, w której dane o wydarzeniach są natychmiastowe – nie zawsze wiedza o faktach jest kompletna i wystarczająca. Możliwość korzystania z transmisji ośrodków medialnych operujących niemal na całym świecie i przekazujących informacje w czasie rzeczywistym w oparciu o własną optykę sprawia, że dochodzi do zwielokrotnienia punktów widzenia.
Trzeba jednak pamiętać, że bogactwo informacji jest przyczyną ubóstwa uwagi. W konsekwencji, np. w przekazie nt. złożonej i niebezpiecznej sytuacji międzynarodowej, dostające się do obiegu informacje są zniekształcone, a ich ilość nie pozwala na racjonalną ocenę. W skrajnym przypadku to nie fakty generują informacje, a informacje tworzą wirtualne zjawiska, które są utrwalane w świadomości społecznej jako zdarzenia. Przy ich formułowaniu wiąże polityków racja stanu, interes, co pociąga za sobą konieczność mówienia jednym głosem, oraz stosowania zasady poprawności politycznej. S. Benet-Weiser stwierdza: „Telewizyjne serwisy informacyjne – dla większości ludzi główne źródło wiadomości – są inscenizowane jako rozrywka, kreując „politykę iluzji”. Jak widać, media dają politykom nieograniczone możliwości oddziaływania na opinię publiczną w skali globalnej.
Jak w tej sytuacji człowiek, winien postępować? Walka z faktami jest pierwszym przejawem głupoty. Używający tego narzędzia są z merytorycznego punktu widzenia na przegranej pozycji. Kiedy myślenie obywateli jest stymulowane w kierunku umiejętności odbierania kłamliwych informacji, tworzących w zbiorowej świadomości pożądaną „wirtualną rzeczywistość”, sprawą najwyższej wagi staje się zidentyfikowanie ciągu kłamstw i rozszyfrowanie autentycznej logiki zdarzeń, faktów, które mają miejsce.
Metodyka pracy powinna opierać się na umiejętności czytania i poszukiwania wiedzy z wiarygodnych i sprawdzonych źródeł. Ich zróżnicowanie pozwoli poznać skrajne punkty widzenia, a głębsza wiedza na wybranie tych faktów, które najbardziej odpowiadają rzeczywistości i wpisują się w logikę zachodzących procesów. Zdrowy rozsądek, pozwoli nazywać rzeczy po imieniu i stworzy podstawy do rzetelnej oceny sytuacji.
Konkluzje, czyli o hedonizmie
Człowiek poddany oddziaływaniu informacyjnemu jest coraz mniej przywiązany do „prawdy”, a coraz bardziej nastawiony na korzyści zapewniające mu hedonistyczne funkcjonowanie we współczesnym świecie. Świat nie został uwolniony od zagrożeń, w tym tych, których sprawcą jest człowiek; problem ich postrzegania i oceny staje się coraz bardziej dwuznaczny.
Tu pojawia się przerażający fenomen – ukryty za sukcesem medialnego oddziaływania na człowieka i prowadzoną wobec niego walką psychologiczną. To zatrata przez rządzących odpowiedzialności za ład w polityce światowej i za słowo w narracji dotyczącej sytuacji międzynarodowej. Prowadzi to do manipulacji świadomością społeczności światowej oraz kształtowania jej obojętności w sprawie odpowiedzialności za bezpieczeństwo w świecie.
Zbigniew Sabak
Autor jest profesorem Państwowej Szkoły Wyższej w Białej Podlaskiej.
Od Redakcji:
Powyższy tekst jest skróconą wersją artykułu złożonego do opublikowania w czasopiśmie „Przyszłość - świat – Europa – Polska”. Tytuł, śródtytuły i wyróżnienia pochodzą od redakcji SN. Jego pierwsza część ukazała się w numerze 5/17 SN - Gdy zło nazywa się dobrem
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 6092
Z prof. Maciejem Grabskim, wiceprzewodniczącym Komisji ds Etyki w Nauce przy PAN rozmawia Anna Leszkowska
- Panie profesorze, od naszej ostatniej rozmowy dotyczącej etyki* w nauce minęło 6 lat, tymczasem ze sprawozdań Komisji ds. Etyki w Nauce wynika, że od tamtego czasu niewiele się zmieniło...
- Tamta rozmowa odbyła się na kilka miesięcy przed uchwaleniem nowej ustawy o szkolnictwie wyższym, kiedy ministrem nauki była prof. Barbara Kudrycka.
Mocą tej ustawy powołano Komisję ds Etyki w Nauce i ulokowano ją przy PAN, acz Komisja nie jest częścią Akademii. Jej członków – 7 osób - wybiera jednak Zgromadzenie Ogólne PAN.
Moim zdaniem, nie jest to rozwiązanie najlepsze, gdyż członkowie takich komisji jak etyki czy stopni i tytułu naukowego nie powinni pochodzić z wyboru, tylko z nominacji, bo ważne jest zarówno duże doświadczenie członków jak i ich profil specjalizacyjny. Tak się złożyło jednak, że w obecnej, drugiej już kadencji tej komisji wybrano do niej taki sam skład jak poprzednio, co jest korzystne, bo tych zagadnień trzeba się nauczyć.
Wiele osób uważa, że jest to jakaś superkomisja dyscyplinarna. Tymczasem tak nie jest. To czym jest Komisja ds. Etyki w Nauce najlepiej zdefiniował jej przewodniczący prof. Zoll, porównując ją do Sądu Najwyższego.
Działamy w oparciu o Kodeks Etyki Pracownika Naukowego, którego opracowanie było pierwszym zadaniem Komisji. Kodeks ten został następnie zatwierdzony przez Zgromadzenie ogóle PAN i obowiązuje zarówno uczelnie wyższe, jednostki PAN i instytuty badawcze. Nie prowadzimy śledztw, ani nie ferujemy wyroków, a jedynie odnosimy się do pytań stawianych przez komisje dyscyplinarne w zakresie interpretacji zapisów Kodeksu. Opinie te są dla nich obowiązujące przy wydawaniu orzeczenia.
- Ale niezadowoleni z werdyktów tej komisji szukają obejść poprzez inne komisje do spraw etyki..
- Bo w sprawach dotyczących przestrzegania zasad dobrej praktyki badań naukowych w Polsce panuje bałagan organizacyjny. Na przykład, na uczelniach istnieją komisje dyscyplinarne, które zajmują się zarówno sprawami dyscypliny pracowniczej, ale również i wykroczeniami w zakresie etyki w nauce, tyle że działają wtedy w innym składzie. Ale o ile w sprawach dyscyplinarnych, związanych ze sprawami pracowniczymi, szczeblem odwoławczym jest Rada Główna Szkolnictwa Wyższego, tak w przypadku komisji etycznych ustawa nie przewiduje jednoznacznie możliwości odwołania.
Nasza komisja nie jest komisją odwoławczą, bo takowej nie ustanowiono prawnie. Można się odwołać chyba tylko do ministra. To jest defekt.
W kolejnej nowelizacji tej ustawy, która obowiązuje od 2014 roku, wprowadzono nową instytucję - kolegium rzeczników dyscyplinarnych, bardzo liczne ciało. Jednak nie bardzo jest jasne, jaka jest jego rola, tym bardziej, że częściowo jego zadania nakładają się na te, które posiada Komisja ds. Etyki w Nauce. Bo kto to jest rzecznik dyscyplinarny? Pełni on rolę prokuratora, tym samym nie może pełnić roli orzekającej, bo to jest rola komisji dyscyplinarnych. Nie można mylić jednego z drugim, jednak z rozporządzeń nie wynika jasno, jaka jest droga postępowania.
Wydaje mi się, że koncepcja ta jest niedopracowana, bo mimo wielu lat dyskusji nie ma jasności jak jednoznacznie rozwiązać - wydawałoby się prosty problem - procedowanie spraw o naruszenie zasad etyki w badaniach naukowych. A zrobiono to przecież w innych krajach.
Komisja jest ponadto miejscem, do którego trafiają pokrzywdzeni - przedstawiają nam swoje problemy, a my możemy - jeśli jest to uzasadnione - zwrócić się do rektora czy dyrektora instytutu o wszczęcie postępowania wyjaśniającego. I robimy to dość często, bo skarg jest coraz więcej – prawdopodobnie dlatego, że ludzie wiedzą, iż jest się do kogo zwrócić w takich sprawach.
Ludzie przychodzą z różnymi problemami, niekoniecznie związanymi z etyką: personalnymi, konfliktów, mobbingu, wszelkich nieprawidłowości w procedurach doktoryzowania i habilitowania.
Im dalej od Warszawy i im mniejsza uczelnia - tym jest gorzej. Pokrzywdzeni doktoranci, kradzieże intelektualne, wszystko co najgorsze – jak to się czyta, to robi się smutno, bo nauka winna być elitarna, a tak nie jest. Co prawda, jeszcze nie mieliśmy w Polsce dużego skandalu związanego z oszustwami naukowymi, ale z rozkładu Gaussa wynika, że one są, tylko nie ulegają wykryciu, gdyż prawdopodobnie wrażliwość na takie przypadki jest niewielka. Dzisiaj największym skandalem jest afera grantowa na Politechnice Wrocławskiej **– z wielkimi nazwiskami w nauce, ale ma ona charakter kryminalny i toczy się w tej sprawie proces. Ale ta sprawa ma również aspekt etyczny, gdyż stanowi jawne naruszenie wszystkich obowiązujących zasad dobrej praktyki naukowej, a więc niezależnie od postepowania sądowego będzie musiała podlegać procedurze dyscyplinarnej.
- Wydaje się, że w nauce polskiej większym problemem są jednak bardzo liczne plagiaty niż jedna afera na ok. 2 mln zł…
- Tych naruszeń w nauce jest dużo, ale akurat plagiaty nie stanowią dla nas większego problemu, bo dla tych przestępstw istnieje droga prawna, mimo iż często się zdarza, że uczelnie zamiatają te sprawy pod dywan. Najpoważniejszymi sprawami, które w Polsce jak dotąd nie wychodzą na światło dzienne są oszustwa naukowe. Najbardziej groźne są one w naukach doświadczalnych, bo w humanistyce niewiele można nakłamać i najpowszechniejszym przewinieniem są tam, jak wspomniałem, plagiaty. W dodatku na nauki doświadczalne idą ogromne pieniądze. Ale żeby skazać w sądzie kogoś o oszukiwanie w badaniach, trzeba wykazać, że ktoś z tego powodu ucierpiał. Bo skoro jest oszustwo, to musi być i pokrzywdzony. Tymczasem kto jest pokrzywdzony przez oszustwo naukowe? Nikt! Na świecie przyjęto więc doktrynę, że jest ono traktowane jako sprzeniewierzenie pieniędzy przeznaczonych na realizacje badań.
- Czyli przestępstwo gospodarcze.
- Jest to niedotrzymanie kontraktu. Ale w przypadku oszustwa naukowego pojawia się problem z jego wykryciem. Nie jest to łatwe i najczęściej zdarza się dlatego, że ktoś z najbliższego otoczenie zauważa nieprawidłowość. Czasami to się udaje – jak np. zdemaskowanie wielkiego oszustwa fizyka Jana H. Schöna, czy biotechnologa Hwang Woo-Suk, które wywołały oddźwięk w prasie całego świata. Demaskatorzy robią to z dobrej woli, z dbałości o własne otoczenie, ale zazwyczaj płacą za to najwyższą cenę, bo środowisko uważa ich za zdrajców. Oni ponoszą bardzo dużą odpowiedzialność, stąd stworzono cały system, aby takich sygnalistów chronić. W Polsce tego nie ma, nie znam nawet takiego przypadku, żeby ktoś złożył zawiadomienie o oszustwie naukowym.
- Jednak w aferze wrocławskiej takie zawiadomienie było…
- Afera wrocławska dotyczy jednak pieniędzy, nie badań naukowych. U nas ciągle obowiązuje zmowa milczenia w takich sprawach, choć warto tu byłoby zacytować Norwida: nie ten zły ptak co własne gniazdo kala, lecz ten co gadać o tym nie pozwala.
Częścią sprawy prof. Adama J. z Politechniki Wrocławskiej było stworzenie przestępczej zmowy kilku profesorów, której celem było ukaranie osoby, która zdemaskowała proceder oszustwa grantowego, przedstawiając sprawę policji. Za to postanowiono tej osobie uniemożliwić uzyskanie habilitacji. Policja w trakcie śledztwa zebrała ogromną ilość materiału dowodowego (m.in. e-maile), kompromitującego szereg znanych osobistości i rzucającego cień na ich postawę etyczną jako naukowców.
Pierwszą narzucającą się więc sprawą byłby wniosek o pozbawienie ich członkostwa w PAN. Ale jak to zrobić, jeśli nie ma wyroku sądowego? Można byłoby zawiesić ich w prawach członka PAN, ale do tego musi być orzeczenie komisji dyscyplinarnej w ich instytucjach, zaakceptowane przez Zgromadzenie Ogólne PAN. Jako Komisja niewiele w tej sprawie możemy zdziałać, dopóki nie będzie prawomocnego wyroku sądowego, a na to być może przyjdzie długo czekać.
Jedyne więc, co mogliśmy zrobić, to wysłać pismo do wszystkich rektorów uczelni, w których pracują pozostali zamieszani w sprawę profesorowie z prośbą o wszczęcie postępowania dyscyplinarnego. Rektor Politechniki Wrocławskiej zareagował bardzo szybko, gdyż gdy policja zaaresztowała prof. Adama J., również polecił wszcząć wobec niego postępowanie dyscyplinarne. Co z innymi – nic jeszcze nie wiadomo.
- Ich nazwisk też nie można ujawnić, jeśli sprawa jest w toku.
- No właśnie.
- W sprawozdaniu Komisji za 2013 rok jest informacja, że Komisja wypracowała tylko 16 stanowisk. Czyli spraw dotyczących etyki nie było zbyt dużo?
- Istotnie, nie było jeszcze zbyt wielu spraw, bo był to drugi rok pracy Komisji. W dodatku większość spraw odsyłaliśmy do właściwych komisji w jednostkach, czy rektorów. Poważnych spraw pojawiło się więcej dopiero w 2014 roku, a w tym roku będzie pewnie jeszcze więcej.
- One dotyczyły głównie naruszenia praw autorskich i norm etycznych naruszanych przez recenzentów?
- Niestety, te dwie sprawy są ciągle najliczniejsze. Interesowne, nieuczciwe recenzje to najczęstsze po plagiatach sprawy, z jakimi się komisja spotyka. Jeśli ktoś z jakichś powodów nie lubi autora pracy, to nie ma co liczyć na rzetelną recenzję od niego. Na przykład, w sprawie wrocławskiej było tak, że prof. Adam J. pisał do wyznaczonych recenzentów - swoich kolegów - co mają zawrzeć w recenzji pracy, którą chciał utrącić, aby ją zdyskwalifikować, a ci się na to godzili. Coś jest popsute w polskiej nauce u korzeni. Nie wiem jak to naprawić, choć na pewno naprawić trzeba ludzi.
- Za to najlepiej Komisja radziła sobie w takiej sprawie jak wykorzystywanie autorytetu naukowego przy wypowiadaniu się poza obszarem własnej specjalności...
- O, tak. Mamy dziesiątki przykładów potwornej głupoty, począwszy od sprawy smoleńskiej. Ale ci ludzie dostali kiedyś profesury…
- Bo kiedyś uważano, że profesor zna się na wszystkim...
- Przed wielu lat profesor był w stanie znać się na całej swojej dziedzinie, a teraz, w wyniku niesłychanego wyspecjalizowania całej nauki, coraz częściej staje się wąskim zawodowcem, a nawet rzemieślnikiem i nie może się znać na wszystkim. Nie ma nic złego w tym, gdy wypowiada się on w sprawach ważnych, ale ogólnych. Natomiast gdy zabiera publicznie głos w sprawach poza zakresem swojej profesjonalnej kompetencji, to nie tylko kompromituje siebie, ale również nadwyręża autorytet nauki. Stanowisko Komisji Etyki w tej sprawie było jednoznaczne, ale ogólne, mówiliśmy o narastającym problemie, a nie o konkretnych sprawach. Tymczasem minister nauki wykorzystała nasze stanowisko do celów politycznych, co miano nam za złe.
- Po Smoleńsku bowiem obie strony miały swoje komisje i swoich profesorów od katastrofy – jak rozpoznać, którzy są ważniejsi?
- Trzeba pamiętać, że nauka opiera się na kontrowersjach. Cała nauka to spór koncepcji. Wspólne są tylko metody dochodzenia do prawdy – poprzez twarde fakty, dowody. To od zawsze działa i sprawdza się. Ale w momencie, kiedy my to zrelatywizujemy, przestaje działać, tego nie ma. Kiedy historyk wypowiada się na temat mechaniki, to ja wiem, co mam o tym myśleć, ale co ma myśleć pan Felek? Pisałem kiedyś o tym, że uczony, który miesza się w politykę robi to na własną odpowiedzialność. Jeśli nie przedstawia się jako ekspert, to w porządku, ale kiedy służy określonej ideologii, to szkodzi i sobie, i całemu środowisku.
- Może tu grają rolę bardziej względy finansowe? Część ludzi nauki tworzy wyniki badań pod zamówienie.
- Pewnie tak, ale to wtedy już jest korupcja intelektualna. To bardzo poważny problem, bo wielkie obszary nauki zostały skomercjalizowane przez międzynarodowe koncerny. Przykładem są firmy farmaceutyczne, które mają gigantyczne pieniądze i nie wiadomo, co jest uczciwe, a co nie. U nas to jest powszechne, bo środowisko jest małe, a koncerny są potężne, pieniądze płyną szeroką rzeką...
- Ale też jakoś nikt ze środowisk opiniotwórczych głośno nie grzmi, nie potępia takich praktyk. W Europie obowiązują pewne standardy etyczne w badaniach naukowych prowadzonych przez koncerny farmaceutyczne, ale u nas nie. U nas nawet nie można wyegzekwować przyznania się do konfliktu interesów...
- Są u nas tacy, którzy z tym zjawiskiem walczą publicznie, jak np. prof. Andrzej Górski, ale to niełatwe zadanie, bo wciąż, niestety, jesteśmy prowincjonalnym krajem, obarczonym przeszłością, z wysokim przyzwoleniem społecznym do nieuczciwego postępowania. Żeby się z tego wyrwać, trzeba pokoleń.
- Jest jeszcze inna sprawa, na którą Komisja ds. Etyki w Nauce zwracała uwagę: liczba młodych ludzi, naruszających zasady etyki rośnie. Czy jest to zjawisko pokoleniowe, czy wynika z rosnącej liczby młodych w nauce?
- Na pewno to drugie. Jedyną sprawdzoną drogą kariery naukowej jest formowanie intelektualne w otoczeniu mistrzów. Anonimowe studia doktoranckie tego nie zapewniają. Jedna ze stypendystek Fundacji na rzecz Nauki Polskiej po powrocie ze stażu w Stanach Zjednoczonych powiedziała mi, że największą odniesioną przez nią korzyścią było to, że nauczyła się tam systemu postępowania dla zapewnienia jakości i rzetelności prowadzonych badań, oraz tego, co należy zrobić, aby publikacja kierowana do druku odpowiadała najwyższym standardom. Bo o tym na swoim polskim uniwersytecie nigdy nie słyszała. A jest to podstawa do sukcesu w nauce. U nas takiego podejścia do doktorantów brakuje.
- A jakie są kary w Polsce w przypadku sprzeniewierzenia się zasadom etyki?
- Są trzy podstawowe rażące przewinienia w badaniach naukowych wymienione zarówno Kodeksie Etyki Pracownika Naukowego, jak i we wszystkich podobnych do niego dokumentów w innych krajach: fabrykowanie i fałszowanie wyników oraz plagiat (tzw. FFP). Jeśli chodzi o plagiaty, a więc naruszenia własności intelektualnej, to należą one do przestępstw i powinny być rozstrzygane na drodze sądowej. Pozostałe sprawy rozpatrywane są zazwyczaj przez powołane w tym celu instytucje działające wewnątrz jednostek oraz agencje przyznające granty. Kary polegają zazwyczaj na ograniczeniu dostępu do pieniędzy publicznych, w skrajnych przypadkach nawet dożywotnio. Najłagodniejsze z nich to poddanie pracy obwinionego dozorowi. I to są bardzo skuteczne metody, bo naukowiec, jeśli nie ma dostępu do grantów przestaje się liczyć, gdyż placówka naukowa nie ma z niego żadnego pożytku. W USA taki naukowiec praktycznie przestaje istnieć w swoim zawodzie. I ludzie się tego boją.
W Polsce takie kary nie są orzekane, być może dlatego, że jak dotąd, jak mówiłem, takie wykroczenia nie był ujawniane. Najwyższą karą przewidzianą w ustawie o szkolnictwie wyższym to zakaz pracy w uczelniach, natomiast w ustawie o PAN najwyższą karą jest nagana. Ja uważam, że za najcięższe przewinienia przeciw rzetelności w nauce zawsze powinno być wykluczenie z pracy naukowej, bo nauka z zasady musi być uczciwa. Jeśli z badań wychodzi co innego, a coś innego się pisze, to ewidentne oszustwo. Tyle, że takiego przypadku w Polsce nie mieliśmy - przynajmniej nic o tym nie wiemy.
- Ale w badaniach medycznych granica między działaniem etycznym i nieetycznym może być cienka, niekiedy rozmywa się. Tutaj racje bywają rozłożone między za a przeciw.
- Problem polega na pewności moralnej. Bo kiedyś mówiono, że nauka w znaczeniu etycznym jest neutralna, nie może być ani zła, ani dobra, bo to zależy od tego, kto ją wykorzystuje. Może ją wykorzystać z pożytkiem dla ludzi, bądź przeciw ludziom. Ten pogląd jest jednak już passé.
Teraz coraz częściej mówi się o społecznej odpowiedzialności i tzw. dual use of science - że te same badania mogą być używane w celach dobrych, albo wrogich człowiekowi. I tutaj sprawa jest nie do rozwiązania, bo o ile na uczelniach publicznych można jeszcze to kontrolować, to tam, gdzie badania są komercyjne, z kontrolą społeczną jest gorzej i nikt nic nie wie.
W tej chwili w przepisach, które są na świecie – ale i u nas, choć u nas nie ma ciała, które by to egzekwowało – jest tak, że surowe wyniki badań doświadczalnych muszą być przechowywane przez 6 lat po opublikowaniu badań, także próbki. Jeżeli tego się nie robi, to jest naruszenie zasad. My pod tym względem jesteśmy niechlujni i nie dorośliśmy do świata. Tej dziury mentalnej – i nie tylko mentalnej - nie da się zasypać w jednym pokoleniu, bo nawyki ludzkie są dość trwałe.
Dziękuję za rozmowę.
* Etyka na papierze, SN nr 6-7/09
**http://www.fakt.pl/wroclaw/naukowcy-wyludzili-blisko-1-8-mln-zl-jest-akt-oskarzenia,artykuly,539864.html
http://wpolityce.pl/kryminal/231288-afera-na-wroclawskiej-politechnice-naukowcy-podejrzani-o-wyludzenia-i-plagiaty

