Jest pauza w amerykańsko-izraelskiej agresji na Iran pod nazwą „zawieszenia broni”. Prawdopodobnie wystrzelano zapasy amunicji lub militarny bezsens nawet z amerykańskiego punktu widzenia tej wojny zrodził cichy sprzeciw w US Army. Iran broni się kontratakując bazy amerykańskie i obiekty strategiczne arabskich sojuszników USA.
Trzeba przypomnieć, że istnieje odwieczny spór, wręcz wrogość w bliskowschodnim świecie islamskim między Arabami, Persami i (co warto przypomnieć) Turkami. Można podejrzewać, że owa pauza jest z inicjatywy amerykańskiej, bo cele bezpośrednie militarne tej agresji nie zostały i chyba już nie będą osiągnięte.
Iran nie skapitulował, nie zmieniono jego władz na proamerykańskie, państwa NATO nie pospieszyły z pomocą swojemu protektorowi, co prawdopodobnie będzie wykorzystane jako pretekst do porzucenia z tej organizacji, która jakoś nie może od czterech lat wygrać swojej („naszej”) wojny z Rosją.
Jednocześnie ów atak być może jest realizacją celów pośrednich, które z perspektywy Waszyngtonu są już sukcesem. A jest on wymierny i być może trwały. Przede wszystkim blokada cieśniny Ormuz uderza w gospodarkę wszystkich realnych i potencjalnych przeciwników USA: Chin, Unii Europejskiej, Indii.
USA jest już eksporterem (a nie importerem) ropy i gazu, uniezależniło się od bliskowschodnich źródeł zaopatrywania a wzrost cen dostaw z tego regionu zwiększa konkurencyjność amerykańskiego eksportu. Zarobiła dzięki temu również Rosja, którą rządzi przecież „przyjaciel prezydenta Trumpa”.
Przy okazji skompromitowano wszystkich (bez wyjątku) moralistów, którzy zgodnie potępili „rosyjską agresję”: już nie odważyli się pryncypialnie gromić agresorów w tej wojnie, bo boją się zarzutu „antysemityzmu”; przecież tu najważniejszy jest Izrael.
Jest oczywiście wiele wariantów dalszego biegu wydarzeń: wiele a nawet jeszcze więcej. Ten, który nastąpi będzie – jak to u nas bywa – KOMPLETNYM ZASKOCZENIEM dla tych, którzy uchodzą za znawców polityki międzynarodowej, a zwłaszcza medialnych amerykanistów. Już zdążyliśmy się przyzwyczaić, że znane nam z mediów i Internetu ośrodki zajmujące się Rosją – oględnie mówiąc – niewiele o niej wiedzą. Okazało się, że nie lepsze mamy zasoby intelektualne na temat USA, które nie chcą być takie, jak myśmy sobie wymarzyli. W naszych wyobrażeniach wszyscy bez wyjątku prezydenci tego państwa przez ostatnie sto lat oraz jego elity są do cna „antykomunistyczne” i jedocześnie (co jest już wyjątkowym absurdem) „antyrosyjskie”, mimo że z amerykańskiej kieszeni byli hojnie finansowani bolszewicy, czyli najskuteczniejsi wrogowie Rosji.
Już dość, nie będę dalej znęcać się nad naszą ułomnością – nawet z takiej niepełnosprawności nie należy sobie dworować. Jeżeli umiemy wyciągnąć i uogólnić jakiekolwiek wnioski z polityki amerykańskiej ostatnich kilkudziesięciu lat, to przecież najnowsza agresja USA na Iran nie powinna nikogo zaskakiwać. Przedtem były ataki na Irak i Afganistan, które skończyły się w podobny sposób: zniszczono jakieś państwo, zamordowano ileś tam setek tysięcy ludzi, ale ceny ropy i gazu wzrosły, co zapewniło opłacalność ich wydobycia w USA, bo tam koszty są wyższe niż na Bliskim czy Środkowym Wschodzie. USA w sensie militarnym te wojny przegrywa, ale – jak dotąd – dzięki temu zarabia nie tylko „ichni” sektor zbrojeniowy, czyli komuś się to opłaca. Nie jest to jakkolwiek paradoks.
Witold Modzelewski

