Niewiele nurtów buddyzmu jest tak mało znanych jak zen, który pełni obecnie funkcję niezawodnej dźwigni handlu. Słowo pojawiające się w wielu kontekstach, od wagonów kolejowych po pobyty w ośrodkach wczasowych i zabiegi spa, stało się synonimem dobrego samopoczucia i odpoczynku. Tymczasem zen ma w rzeczywistości niewiele wspólnego z ideą relaksu. Bliżej mu do ascezy, rygorystycznego, wymagającego ćwiczenia, które angażuje zarówno umysł, jak i ciało, czego przykładem jest zwłaszcza zazen, praktyka polegająca na medytowaniu w pozycji siedzącej, ze skrzyżowanymi nogami, czasami przez długie godziny.
Ta żelazna dyscyplina ciała i umysłu od razu przypadła do gustu elicie wojowników, na czele z regentami Hōjō, którzy już w połowie XIII wieku zaczęli wykazywać żywe zainteresowanie nowym nurtem. Z ich inicjatywy powstały ogromne świątynie, takie jak monumentalny kompleks klasztorny Tōfuku-ji w Kioto i klasztor Engaku-ji w Kamakurze, zbudowany na życzenie Tokimunego, który odparł najazdy mongolskie. W 1256 roku jego ojciec i poprzednik postanowił przyjąć habit, aby swoim oszczędnym życiem dawać przykład innym.
Na długo przed tym, jak marketing przywłaszczył sobie słowo „zen” i pozbawił je pierwotnego znaczenia, pozostawało ono związane z japońskimi sztukami walki, o czym świadczy przełomowa praca Eugena Herrigela, który w 1948 roku wydał krótki esej zatytułowany Zen w sztuce łucznictwa.
Pomijając nieporozumienia wynikające z niewłaściwego pojmowania nieuchwytnej natury zen, wprowadzenie tego nurtu buddyzmu na europejską scenę intelektualną przypadło na dość burzliwe czasy – Herrigel, młody niemiecki filozof, szybko zaczął sympatyzować z narodowym socjalizmem, a nawet wstąpił do partii nazistowskiej. Co więcej, nie był jedynym członkiem złowrogiej NSDAP zafascynowanym postacią samuraja, a przynajmniej jego wyobrażeniem przepuszczonym przez filtr ideologii. Przedmowę do książki wychwalającej poczucie honoru i zasługi legendarnych japońskich wojowników napisał sam Heinrich Himmler. Reichsführer SS uważał samurajów za doskonałe źródło inspiracji dla swoich akolitów.
Herrigel, który nauczał filozofii w Japonii w latach 1924–1929, nie mylił się jednak, podkreślając związek między praktyką zen a sztukami walki, zwłaszcza łucznictwem i szermierką, dyscyplinami, w których umiejętność panowania nad oddechem i instynktownymi reakcjami zapewnia walczącemu niezaprzeczalną przewagę taktyczną.
Niżsi rangą wojownicy, którym daleko było do bezwarunkowego trzymania się nauk głoszonych przez szkołę zasypującą adeptów iście sybillińskimi aforyzmami, prawdopodobnie kierowali się względami praktycznymi i znajdowali duchową strawę w bardziej przystępnych nurtach. Na początku lat osiemdziesiątych XX wieku historycy zakwestionowali związek między zen a samurajami, dotychczas uznawany za nierozerwalny.
Amerykański badacz Martin Collcutt uznał twierdzenie, że zen był „religią samurajów”, za błędne, oparte wyłącznie na fakcie, że większość praktykujących go osób należała do kasty wojowników. Jego brytyjski kolega Oleg Benesch ostro skrytykował samolubną naturę shikkenów z rodu Hōjō, którzy sieć zbudowaną przez bonzów mających za sobą pobyt w Chinach wykorzystali do zwiększenia swojego prestiżu i rozwinięcia wysoce dochodowego handlu.
Aż do początków XV wieku buddyjscy duchowni, obeznani z subtelnościami chińskiej etykiety dyplomatycznej, mieli swoisty monopol na relacje z kontynentem, a co za tym idzie – monopol na obrót dobrami luksusowymi przewożonymi statkami uprawnionymi do zawijania do portów w basenie Morza Żółtego.
Zen przyczynił się wprawdzie do rozpowszechnienia ceremonii parzenia i picia herbaty, kaligrafii czy sztuki projektowania ogrodów, ale aż do początku okresu Edo miał ograniczony wpływ na kształt świata samurajów. Początkowo był jedynie jednym z nurtów – obok taoizmu, a przede wszystkim neokonfucjanizmu – z którego czerpało krystalizujące się bushidō. Chociaż ważne miejsce w owym świecie zajmowały charyzmatyczne postaci, takie jak Suzuki Shōsan (1579–1655), jeden z wojowników, którzy pod koniec swojego życia zdecydowali się wstąpić do klasztoru, czy słynny Takuan Sōhō (1573–1645), przewodnik duchowy pierwszych szogunów z dynastii Tokugawa, nie ma dowodów na to, że ich nauki były szeroko rozpowszechniane.
Jeśli wierzyć Beneschowi, do wzrostu zainteresowania tym ostatnim mogła się przyczynić barwna postać, która pojawia się na kartach malowniczej biografii Miyamoto Musashiego autorstwa Yoshikawy Eijiego, wydanej w 1935 roku. Natomiast Suzuki Shōsan szczerze wyznał, że szukał w buddyzmie zen ucieczki od poczucia winy z powodu własnego tchórzostwa: „Jedyną rzeczą, w której przewyższam innych, jest wstręt do śmierci. Prawdę mówiąc, to dzięki tchórzostwu przetrwałem tak długo”.
Warto zauważyć, że stosunek samurajów do zen ewoluował równolegle do ich podejścia do śmierci, co swoją drogą jest zaskakujące. To nie przypadek, że koniec wojen domowych zbiegł się w czasie ze wzrostem zainteresowania tym nurtem buddyzmu. Pokój pozbawił wprawdzie zawodowych wojowników głównego zajęcia, ale zmniejszył ryzyko przedwczesnej śmierci na polu walki, a co za tym idzie – odsunął konieczność przygotowania swojej duszy.
Pisma Takuana dobrze obrazują tę sytuację. W przeciwieństwie do Yamamoto „Jōchō” Tsunetomo, który prawie 100 lat później podyktował Hagakure, wybitny mnich kładzie nacisk na przywiązanie do życia, choć w głębi serca odczuwa głęboką pogardę wobec tych, którzy twierdzą, że poświęcają swoje życie w imię słusznej sprawy, podczas gdy w rzeczywistości kierują się własnym interesem. Woli dawać przydatne rady szermierzom dążącym do osiągnięcia właściwego stanu psychicznego, przyczyniając się tym samym do przeobrażenia japońskich sztuk walki w formę rozwoju osobistego, co znajduje odzwierciedlenie zarówno w korespondencji mnicha zen, jak i w pismach jego uczniów, zwłaszcza przedstawicieli znamienitego rodu Yagyū.
Kuszenie Jezusem
Obraz religijnego panteonu samurajów nie byłby kompletny bez jeszcze jednego bóstwa pochodzącego z innego kręgu kulturowego. Tysiąc lat po wprowadzeniu kultu Buddy w Japonii pojawiła się nowa religia, która nie tylko potępiała przemoc, lecz także wskazywała nową drogę do zbawienia. W połowie XVI wieku do Kraju Kwitnącej Wiśni dotarli jezuici podążający śladami przybyszów z Półwyspu Iberyjskiego, którzy zawitali na archipelag pierwsi. Dobrzy ojcowie jezuici, gorliwie wypełniający misję ewangelizacyjną powierzoną im przez papieża i mający doskonałe rozeznanie w kwestii prozelityzmu, szybko zidentyfikowali tych, wśród których należało podjąć dzieło krzewienia wiary.
Po trudnych początkach misjonarze skupili się na przedstawicielach kasty wojowników, którzy odnosili się z szacunkiem do „żołnierzy Boga” słynących z surowych obyczajów i niebywałej odwagi. Jezuici nie poprzestali na oskarżaniu buddyjskich mnichów o niezliczone grzechy, nie omieszkali również obiecać nieśmiertelności duszy tym, którzy się nawrócą, przypominając przy okazji, że „bonzowie zen zaprzeczają temu wszystkiemu i mówią, że nie ma nic poza narodzinami i śmiercią”.
Jezuici wiedzieli, że szogunat słabnie, a realną władzę sprawują wielcy panowie feudalni, więc by zdobyć ich serca i przekonać ich do siebie, podnieśli lojalność do rangi jednej z najważniejszych katolickich wartości. Czy ślepa wiara i brzydzenie się kłamstwem nie są cnotami, których oczekuje się od samurajów? Powyższy argument, jakkolwiek niewinny, ostatecznie obrócił się przeciwko tym, którzy nim szermowali. Ponieważ jeśli chodzi o wierność, dobrze jest wiedzieć, jakiemu panu należy jej dochować, panowie feudalni wkrótce zaczęli się martwić, że obowiązek przestrzegania chrześcijańskich przykazań spycha na dalszy plan powinności wobec seniora.
Pierwsze próby zatrzymania rozprzestrzeniania się chrześcijaństwa podjął Toyotomi Hideyoshi (1536?–1598), który w 1587 roku ogłosił Bateren Tsuihorei (Edykt ojców), ale zakaz głoszenia wiary trudno było wyegzekwować. 10 lat później szogunat usztywnił stanowisko – złamanie zakazu zaczęto karać śmiercią. Sytuacja przerodziła się w pasmo prześladowań, które rozpoczęło się od egzekucji w 1597 roku 26 „męczenników z Nagasaki” – sześciu franciszkanów i 20 nawróconych Japończyków ukrzyżowanych w pobliżu miasta portowego, które dwie dekady wcześniej zostało przekazane Towarzystwu Jezusowemu w wieczyste użytkowanie.
Skala ewangelizacji jest przedmiotem dyskusji. Jeden z entuzjastycznie nastawionych misjonarzy oszacował, że na początku XVII wieku liczba nawróconych dusz przekroczyła 700 tysięcy, zmiana wyznania pozostała jednak zjawiskiem marginalnym, choć status społeczny konwertytów w pewnym stopniu rekompensował niską liczbę nawróceń. Na przyjęcie chrztu zdecydowało się bowiem wielu daimyō, wielkich panów feudalnych, co zrodziło obawy przed powstaniem piątej kolumny sprzyjającej interesom potęg kolonialnych z Półwyspu Iberyjskiego.
Znajdujące się na drugim końcu świata korony hiszpańska i portugalska znalazły się w rękach potężnej dynastii Habsburgów, co przyczyniło się do pojawienia się na Dalekim Wschodzie „braci żebrzących”, w większości pochodzenia hiszpańskiego (jezuici, którzy dotarli do Japonii, pochodzili przede wszystkim z Portugalii). Na domiar złego niektórzy nawróceni na katolicyzm panowie feudalni sami z zapałem prześladowali swoich pogańskich poddanych – w jednym miejscu zrównali z ziemią świątynię, w innym wycięli w pień mieszkańców klasztoru buddyjskiego, a następnie przekazali go w użytkowanie przybyszom z Europy. […]
Nie sposób ocenić skali rozprzestrzeniania się katolicyzmu – protestanci roztropnie poprzestali na handlu z miejscowymi – wśród pospólstwa i wojowników o skromniejszym pochodzeniu, ale do naszych czasów zachowały się relikwie świadczące o pobożności nawróconych Japończyków zwanych kirishitan. […]
Od Redakcji: Powyższy tekst jest fragmentem książki Juliena Peltiera Samuraje. Prawdziwa historia wydanej przez Wydawnictwo RM. Jej recenzję zamieszczamy w tym numerze SN.

