banner

Czarnecki do zajawkiCzy sakralizacja praw człowieka wedle religijnego schematu jest równoznaczna z ich dogmatyzacją? To obrazoburcze pytanie stanowiące osnowę tego tekstu nie jest pozbawione sensu. Jeszcze dwie, trzy dekady temu wydawałoby się intelektualnym i etycznym obłędem.

Entuzjazm na kanwie upadku muru berlińskiego, zanegowania tamtego podziału świata a przede wszystkim absolutne zwycięstwo – jak się zdawało – praw człowieka i wolności budowały wyłącznie optymistyczne spojrzenie w przyszłość. Miało być tylko lepiej, swobodniej, przyjemniej, szczęśliwiej.

Mesjaszów tych koncepcji i szczebiotliwych (jak dziś widać wyraźnie) przepowiedni w rodzaju Fukuyamy mnożyło się co niemiara. Prawa człowieka i człowieczeństwo – chodzi o jego istotę i głębię – zdawały się być czymś nierozłącznym, dozgonnym duopolem. Na wieki stawiającym humanistyczny stygmat na całym bycie naszego, ludzkiego rodzaju.



Dzisiejsze wysiłki zdefiniowania religii noszą znamiona wpływów oświeceniowej wojny z przesądami. A sama religijność, osnowa religii jako takiej, koniec końcem jest to nic innego jak przeczucie granic tego co my, ludzie, jesteśmy w stanie pomyśleć i zrobić.
Zygmunt Bauman


Prawa człowieka, tak jak je definiuje najważniejszy i zasadniczy dokument w tej mierze, przyjęty przez społeczność międzynarodową - Powszechna Deklaracja Praw Człowieka ONZ z 10.12.1948 r. – są czymś uniwersalnym. Uosabiają esencję humanizmu i właśnie człowieczeństwa, nie są bowiem związane z jakąkolwiek ideologią i doktryną polityczną. Uniwersalizm tych praw wynika właśnie z takiego ich rozumienia i funkcjonowania. Człowieczeństwo natomiast to zbiór cech charakterystycznych, uniwersalnych dla gatunku ludzkiego, immanentnych każdej jednostce, zbiorowości, narodowi, wreszcie całej planetarnej populacji, ukształtowanych w efekcie ewolucji. Humaniści postulują rozstrzyganie etycznych dylematów, immanentnych debatom o człowieczeństwie, tylko przez maksymalną uniwersalizację tych debat.

System neoliberalnego kapitalizmu i demokracja stanowiąca wraz z liberalizmem jego filary oraz podstawę hegemonii w dzisiejszym świecie buduje struktury prawne opierając się na prawach człowieka sformułowanych w rzeczonej Deklaracji, lecz z tej racji nie wolno mu uzurpować arbitralnej i jednoznacznej wyłączności na ich rozumienie i interpretację. Zupełnie niedopuszczalne jest – a tak należy rozumieć uniwersalizm i humanizm - jakiekolwiek narzucanie czy dogmatyczny dyktat innym społecznościom swojego rozumienia owych praw. Powstały one i są związane z różnymi kulturami, na bazie określonych doświadczeń historycznych i społecznych immanentnych właśnie tej kulturze, w określonym obszarze geograficznym, które doświadczyły takich, a nie innych epizodów w swych dziejach.

Z tego też tytułu owe prawa nie mogą być postrzegane jako religia czy coś w jej rodzaju. Z wielu przyczyn. Ot, choćby samej definicji religii. To przecież forma świadomości społecznej odzwierciedlającej - jak mówi marksizm oraz inne materialistyczne koncepcje filozoficzno-religioznawcze - sferę otaczającej człowieka rzeczywistości, której on nie opanował, nie potrafi zracjonalizować, nie pojmuje jej. Rzeczywistości, która wymyka się jego poznaniu. Do tego dochodzą uwarunkowania kulturowe, historyczne oraz cała paleta zjawisk i zdarzeń w minionych dziejach, które obejmuje termin „tożsamość”. Poza tym istnieje także konotacja w świadomości społecznej, będąca podobieństwem memów w przestrzeni wirtualnej. Funkcjonuje też coś, o czym ludowe mądrości mówią, iż „ludziom troszczyć się wypada o takie tylko sprawy, których rozwiązanie jest w ludzkiej właśnie mocy” (Z. Bauman, Ponowoczesność jako źródło cierpień). Właśnie tu pomocą służą wierzenia religijne wraz ze swoimi instytucjonalnymi strukturami.

Każda religia, zwłaszcza ta o wymiarze globalnym, ma zawsze swoje atrybuty, czyli dogmaty. Niesie sobą określone tabu (w praktyce są to tzw. świętości), liturgię, kult, a także obecność interpretatorów i egzegetów owych niezmiennych, uświeconych, zawartych w dokumentach, uznanych za kanoniczne dogmatów. Najczęściej są to argumenty i uzasadnienia uzurpatorskie. Tworzy ona swoje instytucje związane z szerzeniem, a także ze sprawowaniem straży w materii czystości kultu i wyznawanych wartości z nim związanych, jeśli ma możliwości prawno-administracyjne i jest podwiązana pod struktury państwowe (jak np. współcześnie w Iranie czy Arabii Saudyjskiej, lub w przednowoczesnej Europie).

Protoplaści humanizmu przyjęli aksjomat, że to człowiek, jednostka, jest „miarą wszechrzeczy” (za Protagorasem, który jednak swoją myśl traktował filozoficznie, nie dogmatyczno-praktycznie). Zadaniem i ambicją człowieka ma być organizacja ładu na Ziemi tak, aby powszechnie zapanowały szczęście, wolność, miłość. Wokół niego ma się obracać cały Wszechświat. A Ziemia i to, co ją zasiedla ma być przedmiotem jego posiadania. Tu właśnie przejawia się starotestamentowy nakaz „czynienia Ziemi sobie poddaną” (Pismo Święte Starego i Nowego Testamentu, Rozdz. 1-28). Mimo, że humanizm przeciwstawiał się totalitaryzmowi katolicyzmu średniowiecznego i panowaniu Kościoła wobec człowieka, w tej sentencji tkwi wiele drogowskazów i stempli determinujących procesy w kulturze Zachodu. Człowiek na tej podstawie może ogłosić siebie odważnym, prawym, godnym, sprawiedliwym, bogatym, wpływowym. Może też to wszystko zanegować (J. Caroll, Humanism: The wreck of Western culture).
Jeden z ojców humanizmu, Pico Della Mirandola zauważył, że człowiek może stać się czym zechce. Tym tropem podążały także zastępy prześladowanych w Europie przedstawicieli różnych denominacji i sekt religijnych nie godzących się z zasadą cuius regio, eius religio, emigrujących do Nowego Świata. Na tej zasadzie powstała i wyrosła epopeja oraz mit Ameryki.

Humanizm to nurt filozoficzny i światopogląd oparty na racjonalnym myśleniu, który wyraża się troską o potrzeby, szczęście, godność i swobodny rozwój człowieka w środowisku społecznym i naturalnym. Humanizm stawia człowieka w roli gospodarza środowiska naturalnego, świadomego, iż powinien on być jednocześnie elementem ekosystemu
Ziemi. Szczególne prawa i obowiązki człowieka wynikają wyłącznie z faktu, że jest on jedyną istotą na Ziemi, która posiada naukę i technologię. Miał on wykluczyć egoizm (indywidualny, państwowy, między pokoleniowy itd.), postulował braterstwo i solidarność. W szerokim sensie to jest antropocentryczna postawa intelektualna, zarazem moralna, wyrażająca się troską o potrzeby, szczęście, godność i swobodny rozwój każdego człowieka. Postawa przykładająca wagę do racjonalnego myślenia. Jednak pewne procesy społeczne i kulturowe, a także polityczne działania rządzących od 3-4 dekad elit, spowodowały wykolejenie w wielu aspektach nośność humanizmu jako postępowego, uniwersalnego, nieskazitelnego i wyraźnie proosobowego trendu w stosunku do osoby ludzkiej.

Prawa człowieka w swym kanonicznym wymiarze miały właśnie być emanacją tych idei i wyobrażeń. Ale prawa człowieka jako dogmatyczna religia - obrazoburcze? Jednak gdy górę biorą ortodoksja i idące z nią pod rękę chęć uzurpacji, dominacji i przekonanie o swych absolutnych racjach, przypisujące sobie tym samym wyłączność na uniwersalizm i przypisanie tego do kanonu jednej kultury, jednego systemu, zaczyna się wówczas służba nawet najszczytniejszych idei i rozwiązań określonym, utylitarnym i politycznym celom. Pod parasolem owych wzniosłych koncepcji załatwia się potrzeby będące zaspokojeniem grupowych interesów, żądz czy pragnień. Często nader etycznie niskich i przyziemnych.

Deklaracja z roku 1948 od początku stanowiła jedną całość, której nie wolno przycinać, szatkować czy interpretować wedle utylitarnych politycznych i doktrynalnych potrzeb przez jakiekolwiek władze, środowiska czy grupy nacisku. Nie można części punktów pomijać, usuwać czy przemilczać. Podsumowuje to art. 30 rzeczonej deklaracji mówiący: „Żadnego z postanowień niniejszej Deklaracji nie można rozumieć jako udzielającego jakiemukolwiek Państwu, grupie lub osobie jakiegokolwiek prawa do podejmowania działalności lub wydawania aktów zmierzających do obalenia któregokolwiek z praw i wolności zawartych w niniejszej Deklaracji” (Problemy etyki. Wybór tekstów).

Tak stało się właśnie z prawami człowieka. Od 30-40 lat są one tysiąc razy powtarzane przy byle okazji, z różnych ambon, trybun czy w czasie niezliczonej liczby, różnych wzniosłych (w założeniach) konwentykli, spotkań, kongresów, seminariów. Powtarza się tylko te artykuły Deklaracji, które dotyczą wolności, nawet nie precyzując czym ona jest i jak ma się ją naprawdę, całościowo i komplementarnie rozumieć. Zapomniano zupełnie, pomijając milczeniem te zapisy i wytyczne, które nie są zgodne z panującą modą i kultem wolności ograniczonej wyłącznie do wąskiej kategorii związanej z przedsiębiorczością oraz sumieniem i świadomością. A przecież jak zauważył Zygmunt Bauman: „Nie ma chleba bez wolności. Ale co po wolności, jeśli dzień schodzi na poszukiwaniu kromki chleba, a noc na snach o jej znalezieniu?” (Zdzisław Słowik, Człowiek i świat. Współczesne dylematy. Rozmowa z Z. Baumanem).

Od razu nasuwa się refleksja Hansa G. Gadamera o związkach wolności i panowania. „Wolność może zaistnieć tylko tam, gdzie ograniczone jest panowanie. I tak przed ludzkością od dawien dawna stawało pytanie; jak możliwe jest ograniczenie panowania?” (H. G. Gadamer, Dziedzictwo Europy). Panowanie realizowane i praktykowane w sposób jednoznacznie narzucany, totalny, dogmatyczny i na dodatek wielowątkowo opresyjny, uniemożliwia pełny i bujny rozkwit wolności. I nie chodzi tu tylko o panowanie człowieka nad człowiekiem. Chodzi w o władzę kapitału oraz jego współczesnej emanacji: transnarodowych, planetarnych tworów zwanych korporacjami, jak to opisywał już w XIX w. Karol Marks.

Przez ostatnie dekady Deklaracja, będąca sztandarem demokracji liberalnej, mająca odniesienia do ogólnoludzkiej cywilizacji i planetarnej zbiorowości, przejawiać się poczęła jako wyłączny i absolutny element kultury euroatlantyckiej. A przez to stała się utożsamiana z systemem polityczno-gospodarczym królującym w obrębie tego kręgu kulturowo- cywilizacyjnego. Czyli ze współczesną wersją darwinizmu społecznego zwanego neoliberalizmem. Na dodatek elity i mainstream reprezentujące ową formację skupioną w grupie państw tzw. Zachodu, w związku z historycznym zwycięstwem demokracji nad blokiem realnego socjalizmu, w poczuciu siły militarnej, ekonomicznej, pozornych przewag kulturowych (dorobku kulturowego społeczeństw nie można wartościować wedle materialno-duchowych doświadczeń) itd. poczuły się uprawnione ponownie (jak to miało miejsce w epoce kolonialno-imperialnej) do dyktatu i aprioryzmu wobec reszty świata.

Euroatlantycka, a ostatnio - co widać słychać i czuć w klimacie narracji nie tylko medialnej - europejska kultura jest arogancka, totalna i na powrót imperialna. System demokratyczny i jego talmudycznie prezentowane wartości chwieje się w posadach de facto od 11.09.2001. Wszelkie próby po tej dacie przywrócenia blasku wartościom, które wtedy zostały poddane falsyfikacji, szły torem zaprzeczenia wszelkim zasadom nie tylko praw człowieka, ale i człowieczeństwa . Wystarczy w tym miejscu przypomnieć agresje na Afganistan, Irak, Libię czy Syrię, bądź mówić o Guantanamo czy Abu Ghurayb - przykłady zanegowania człowieczeństwa przez reprezentantów Zachodu. Dwa lata przed atakiem na WTC ONZ pod wpływem Waszyngtonu ukrył przed opinią publiczną raport misji UNEP, zajmującej się skutkami bombardowań Serbii dla środowiska naturalnego.
Tekst ten nigdy nie został opublikowany w całości, ale jego fragmenty dotarły do prasy dzięki staraniom niezależnego dziennikarstwa. Dokument zajmuje się m.in. użyciem przez wojska NATO pocisków ze zubożonym uranem. Izotop ten powstaje jako produkt uboczny podczas wzbogacania tego pierwiastka. Okazało się, że tego rodzaju broni użyto podczas bombardowań przede wszystkim na terenie południowej Serbii. Możliwe to było tylko wówczas, jak pisał Zbigniew Stachowski (Dyktat. Protest i integracja w kulturze), „kiedy w sposób bezwarunkowy uznamy kulturę zachodnią za najsubtelniejszy i najznakomitszy wytwór człowieka służący głównie do dominacji nad drugim człowiekiem, której obca jest pokora, tolerancja, wolność i równość. A więc idee, które tę kulturę współtworzyły zwłaszcza wówczas, gdy wartości te i wzory zechciano by urzeczywistniać w innych realiach kulturowych, lecz bez zachodniej akceptacji. Represyjność naszej kultury wobec obszarów i kultur niepokornych, nie dających się kulturowo ujarzmić jest po prostu zatrważająca”.

Potwierdza te tezy turecki noblista z literatury (2006) Orhan Pamuk pytając, czy „mamy dojść do wniosku, iż demokracja, wolność, prawa człowieka są nieważne, że wszystko co chce Zachód, to aby reszta świata go małpowała? Czy Zachód zniesie istnienie jakiejkolwiek demokracji będącej osiągnięciem wrogów, którzy w żaden sposób go nie przypominają?”(O. Pamuk, Śnieg).

Uniwersalizm, wzniosłość, humanizm Praw Człowieka (a tym samym człowieczeństwo wedle takiej filozofii i rozumienia) stały się czymś, co Jean Baudrillard nazwał symulakrem (J. Baurdrillard, Symulakry i symulacja). Symulakr, albo symulakrum (łac. simulacrum - podobieństwo, pozór) to pojęcie oznaczające imitację osoby, rzeczy, pojęcia. Ma pozorować lub tworzyć własną, nową rzeczywistość różną od oryginału. I takimi stają się też odniesienia do niej. Symulakry wykorzystuje się w różnych celach: religijnych, magicznych, naukowych, praktycznych, rozrywkowych, politycznych. Wyposaża się je w atrybuty, które tworzą złudzenie życia, autentyczności i oryginalności, podczas gdy są tylko ich echem lub cieniem. Z czasem, gdy oddalamy się od oryginału atrybutami coraz dalszymi, cichszymi, słabszymi. W dzisiejszej cyfrowej przestrzeni i powszechnej wirtualizacji, totalnej mediatyzacji przestrzeni publicznego dyskursu ten proces jest niesłychanie szybki i głęboki.

Baudrillard zauważył, iż wraz z rozwojem systemów znakowych oraz totalizacją naszej przestrzeni „kulturą obrazu” granica między światem rzeczywistym a jego przedstawieniami stopniowo zatarły się. Prowadzi to do wzrastającego uniezależnienia się znaku od matrycy pierwowzoru. Poszczególne fazy emancypacyjne tego procesu nazywa Baudrillard precesją symulakrów.
Główną tendencją towarzyszącą symulacji jest odejście od realnego charakteru znaku, słowa, terminu. W efekcie, zamiast skrywać sobą rzeczywistość, skrywają one jego imitację. A poprzez wspomnianą precesję, nachalną obrazkowość dzisiejszej kultury i totalność przekazu, tworzą rzeczywistość fikcyjną. Tym samym symulakrum nie jest kopią rzeczywistości, ale staje się samo w sobie realnością, hiperprawdą.

I tak działa dzisiejsza medialna manipulacja i takie osiąga efekty. Z czasem mamy więc do czynienia z sytuacją kiedy ta skopiowana matryca już nie istnieje, nie można dotrzeć do jej istoty, zatraciła bowiem przez wspomnianą precesję swoje pierwotne znaczenie. W efekcie takiego procesu określa bowiem coś, czym nie jest i czym nigdy nie była. Tym samym uniemożliwia się dotarcie do oryginału. Sakralizujemy więc imitację, poddając się megamanipulacji. I to jest istota tego, co George Orwell charakteryzował jako Ministerstwo Prawdy.

W takich procesach, mających cechy reifikacji (czyli uprzedmiotowienia urzeczowienia), w wyniku których zjawiska są traktowane jako rzeczy obiektywnie istniejące, pozaspołeczne, niezależne od działań ludzkich, kiedy wszelkie normy postrzega się jako ingerencję sił nadnaturalnych, przekazywane a priori przez wybranych egzegetów Prawdy, ginie uniwersalizm, humanizm i proczłowieczy charakter Praw Człowieka. Gdyż człowieczeństwo, które musi stanowić ich fundament, sprowadza się (co już się stało) do jakiegoś symulakrum. Mającego niewiele wspólnego z pierwotnymi założeniami zawartymi w rzeczonej Deklaracji ONZ.

Rodzi się więc dylemat, który podsumowuje niniejsze rozważania. Dlaczego, na jakiej podstawie kultura Zachodu ma mieć monopol na interpretację praw człowieka i uniwersalnych prawd, które są niezbywalną cechą całego naszego gatunku? Interpretacja i rozumienie tych uniwersalnych praw i prawd nie może być, jeśli ma być uniwersalnym i humanistycznym drogowskazem, jednokierunkową drogą wedle egzegezy prowadzonej z pozycji Waszyngtonu, Brukseli, Paryża, Londynu czy Berlina. Bo uniwersalizm i humanizm wykluczają a priori (jako coś sprzecznego w samej istocie) wszelki fundamentalizm i jakikolwiek dyktat.
Radosław S. Czarnecki