banner

 

Czarnecki do zajawkiCzym jest polskość? I co niesie za sobą ten termin? Czy jest to tylko zespół takich cech jak kultura, wartości, tradycja, doświadczenia historyczne? Czy coś więcej, coś co charakteryzuje – z grubsza i ogólnie – mentalność i zachowania ludzi utożsamiających się z polskością?

Spopielały w dzisiejszym zglobalizowanym, przemieszanym wirtualnie, świecie takie wartości jak język, obyczaj, tradycja. Zatem czy po dewaluacji konserwatywnych koncepcji tożsamościowych wyrażanych w patetycznym i koturnowym patriotyzmie (naród, więzi krwi, rasa, religia itd.), na czele cech określających polskość samotnie tkwi już tylko pojęcie wolności? Wolności, którą nie za bardzo rozumiemy z racji dziejowych zaszłości i chcemy ją spolonizować, przykroić z uniwersalistycznych i humanistycznych ram do nadwiślańskich warunków i tego, co chcemy zwać polską kulturą narodową.

A może dywagacje o polskości - ten temat podejmowano wielokrotnie w historiografii i literackich rozważaniach – zamykają się w treści (humorystycznej i alegorycznej) wierszyka dla dzieci stanowiącego motto tego tekstu? I w tym, co o „polskości”, Polsce, Polkach i Polakach mówiono i mówi się od dekad w publicznej narracji mainstreamu i w mediach głównego nurtu?

 


Na wyspach Bergamutach podobno jest kot w butach
Widziano także osła, którego mrówka niosła
Jest kura samograjka znosząca złote jajka
Na dębach rosną jabłka w gronostajowych czapkach
Jest i wieloryb stary co nosi okulary
Uczone są łososie w pomidorowym sosie
I tresowane szczury na szczycie szklanej góry
Jest słoń z trąbami dwiema.
I tylko wysp tych nie ma!
Jan Brzechwa



Ostatnie 30 lat to ciągłe zaklęcia rządzących elit o podążaniu do Europy, o pozostaniu w Europie itd. Tak, jakby Polska i jej obywatele nie tylko geograficznie, kulturowo itd. nie byli cały czas częścią tego „małego półwyspu” wysuniętego na krańce megakontynentu – czyli Eurazji (parafraza słynnego powiedzenia „Wielkiego Sternika” – Mao Zedonga). To wynik poczucia niepełnej cenności, kompleksów i peryferyjności wobec Zachodu. A tak jest, czy my tego chcemy czy nie. Chcemy tam być na siłę i się tam lokować jako wzór zachodniej kultury i wartości z nią związanych oraz clou tego, z czym Zachód i ta kultura się powszechnie kojarzą.

Dzieje się tak z wielu względów. Mentalnych, historycznych, politycznych, także – religijnych (choć to może być przyczyna głęboko ukryta w polskim imaginarium). I takiego sposobu patrzenia na kulturę, na życie, na społeczeństwo. Polską przez ostatnie trzy dekady rządziły elity i związany z nimi mainstream, który w zasadzie stworzył określony klimat społeczny. Klimat bezalternatywny i jednowymiarowy.

Ta opcja, to spojrzenie na świat i procesy społeczne w nim zachodzące - dziś o szczególnie wartkim i dramatycznym przebiegu – nigdy nie zajmowała się i nie zajmuje rozwojem i postępem społecznym. Obecnie rządząca ekipa wpisuje się dokładnie w ten sam, przyjęty 30 lat temu nurt, tylko czyni to bardziej brutalnie i trywialnie. Damy wam pieniądze, a wy sami zatroszczcie się o siebie. Przecież to typowy, neoliberalny konserwatywny sposób patrzenia na człowieka, na społeczeństwo, na jego kulturę i codzienność. Nie traktuję tej akurat ekipy jako zawężonego partyjnymi ramami tworu politycznego. To szersza projekcja zakreślona mentalnością i określoną świadomością grupową, a także marzeniami i fantasmagoriami czerpiącymi życiodajne soki z polskiej historii, doświadczeń, mitów i legend, które stały się społecznie akceptowanymi prawdami.

Wańka-wstańka i eskapizm

Nadwiślańska retoryka po 1989 r. prokonserwatywna i protadycjonalistyczna przybrała rangę niemal religijnego kultu dla tych wartości. Powrócił, jak w II RP, pompatyczny, uwznioślony ponad miarę, życzeniowy, tromtadracki przekaz narzucający ową jednowymiarowość proponowaną przez ów mainstream. To coś, co wiodło kolejne zastępy młodych Polek i Polaków w przeszłości do często bezsensownych, idiotycznych, z góry skazanych na klęski awantur i ruchawek, zwanych potem szumnie powstaniami i które to dramaty oraz tragedie dokonywały zniszczenia materialnego dorobku. I stąd takie powtarzające się w dziejach Polski kulturowe deficyty. Działanie niczym popularna wańka-wstańka: zapał, entuzjazm, decyzja, a potem - deprecjacja, burzenie i ... od nowa. Kolejne ofiary i porażki powodujące kulturowo-cywilizacyjne regresy.

Ten powtarzający się cykl owocuje swoistym eskapizmem. Eskapizm to najkrócej forma ucieczki intelektualnej – rodzącej jednak nierealistyczne, mityczne i fantasmagoryczne spojrzenie na świat i ludzi - od problemów związanych z życiem społecznym, codziennością i rzeczywistością. Pogłębianie się tego chocholego stanu intelektualnego, zapętlenia w zaklętym kręgu kultu klęsk i związanych z nimi ofiar zamyka tę zbiorowość, tak czujące społeczeństwo, na pędzący do przodu i nie oglądający się za siebie świat.

Wańkowicz doskonale określił źródła prowadzące do takich efektów mianem „chciejstwa”. Socjologia eskapizmem określa oderwanie się ruchów społecznych od rzeczywistych problemów doczesności i zwrócenie się w stronę religijności. Wynika to z przekonań o niemożliwości rozwiązania kryzysu społecznego w warunkach istniejącego porządku społecznego. W tym przypadku trzeba zwrócić się – zdaniem wyznawców tej teorii - do mistyki i religii. Klęski potwierdzają tylko wybór takiej drogi, będącej ucieczką od rzeczywistości. Mistyka i religia ich zdaniem rozwiążą problemy społeczne. Modlitwa i praca (praca jako „niesienie swego krzyża” - nie twórczy rozwój jednostki) - wedle maksymy św. Benedykta z Nursji i reguły benedyktynów - mają być remedium na bolączki tego świata. A zwłaszcza na alienację tej akurat społeczności.

Dwie Polski, dwa patriotyzmy

Jednocześnie z takim przekazem idącym od elit, równolegle z eskapizmem idą przekazy o wspaniałości „narodowej”, swoistej mitologii zbudowanej na bazie owych klęsk, połączonej z wydumanym polskim misjonizmem i pasjonizmem, herezje o wybraniu tego narodu przez Boga (podobieństwa ze starotestamentowym mitem o wybraniu przez Jahwe Izraelitów są bezsprzeczne i jasne) itd.

Zarówno misjonizm jak i pasjonizm (czyli kult cierpienia) są toksycznym i szkodliwym elementem publicznego przekazu, debaty społecznej i edukacji. Przede wszystkim edukacji. Niestety elity nadwiślańskie, a przynajmniej lwia ich część – i to dotyczy zarówno lewej jak i z prawej strony – zapominają, że coś takiego jak polskość jest niesłychanie młodym, XX-wiecznym terminem. I że istniały zawsze – i nadal istnieją w wielu płaszczyznach i wymiarach – dwie Polski, dwa patriotyzmy, dwie tożsamości zakorzenione w tych dwóch koncepcjach i rozumieniu polskości.

Dwie Polski i dwie polskości - i wszystko co z tym związane - to minimum tego, jak należy patrzeć na nasze doświadczenia, historię, emocje i to co z tym skoligacone. Może jest kilka Polsk, kilka polskości i kilka patriotyzmów? Ci co tak głośno mędrkują o pluralizmie, wolnościach i swobodzie słowa w praktyce rządzenia w ostatnich czasach się tymi atrybutami absolutnie nie splamili. Ich rządy były – w różnym stopniu - zawsze skażone właśnie umiłowaniem wyłącznie „własnego głosu” i kultem swoich, grupowych przekonań.

O powszechnej, autentycznie narodowej tożsamości i świadomości „polskości” możemy mówić dopiero po II wojnie światowej i scalaniu się tej zbiorowości w coś, co można nazywać nowoczesnym, europejskim narodem. To ta postponowana po 1989 roku Polska Ludowa dała tej zbiorowości owo poczucie jedności. I ci demoliberalni demokraci, pozycjonujący się jak Europejczycy i światli moderniści, mówiący iż II wojna światowa dla tego społeczeństwa i państwa zakończyła się wraz z obaleniem muru berlińskiego lub wyborów 4.06.1989 najzwyczajniej zaprzeczają swoim kanonom, deprecjonując po raz kolejny (chodzi o płaszczyzny debaty) swoje uniwersalne – ponoć - pryncypia.

Bo jeszcze 100 lat temu, czyli na przełomie XIX i XX wieku w małopolskiej wsi Żmijąca, wsi pod Limanową, ks. Franciszek Bujak przeprowadził następujące badania: zapytał miejscowych chłopów o narodowość. Najczęściej odpowiadali że są „katolikami” z podkreśleniem opozycji do „lutrów” i Żydów, potem, że są chłopami, a na końcu wreszcie, że są „cesarscy”. To jest niezwykle czytelny sygnał, świadczący o identyfikacji przebiegającej ze względu na poddaństwo. Jak głoszą ówczesne przekazy, za przekonywanie tamtejszych chłopów, że są Polakami można było nieźle oberwać. Dla tych ludzi, którzy żyli konkretem, tożsamość narodowa nie przynależała do codzienności. A poza tym piętno na ich świadomości wywarło wiekowe niewolnictwo, w jakim utrzymywano włościan w Polsce przedrozbiorowej. A pod rządami zaborców nic się w tej mierze nie zmieniło. I czy mogą w takiej perspektywie dziwić „rabacje galicyjskie”?

I takie pojmowanie „polskości” było w latach 1918-39 niezwykle popularne na ogromnych obszarach ówczesnej Polski, zwłaszcza na tzw. Kresach. A czy mogło być inaczej, kiedy do lat 30-tych XX wieku istniały jeszcze relikty tego, co zwie się pańszczyzną? Mimo formalnego zniesienia pańszczyzny przez zaborców – w zaborze rosyjskim zajmującym największe połacie I RP ukazem cara Aleksandra II (1864) - na Orawie i Spiszu (w dobrach Salamonów i Jungenfeldów oraz w niektórych dobrach kościelnych), aż do lat 30. XX wieku istniała tzw. żelarka.
Można ją uznać za formę pańszczyzny. Chłopi, którzy po uwłaszczeniu mieli zbyt mało ziemi, aby się z niej utrzymać, zmuszeni byli ponownie oddać się w zależność feudalną od możnowładcy. W zamian za grunt, mieszkanie i prawo użytkowania dworskich pastwisk, chłop (żelarz) zobowiązany był do świadczenia nieodpłatnej pracy rolnej na rzecz dworu. Formalnie, w przeciwieństwie do chłopa pańszczyźnianego, posiadał wolność osobistą, mógł np. opuścić swoje miejsce zamieszkania (po wcześniejszym uregulowaniu swoich powinności wobec dworu). Mimo tego, właściciele ziemscy głęboko ingerowali w życie prywatne żelarzy, m.in. określając minimalny wiek zawarcia przez nich małżeństwa, czy też sprzeciwiając się pracy podejmowanej przez ich rodzinę poza dobrami dworskimi.

Pierwszy wniosek w sprawie zniesienia pańszczyzny na Spiszu i Orawie w 1920 roku złożył w sejmie poseł Wojciech Roj. Jednak żelarka została ostatecznie zniesiona dopiero ustawą sejmową „O likwidacji stosunków żelarskich na Spiszu” z 20.03.1931 r. Zachodni włościanin dawno już zapomniał o takich niewolniczych stosunkach społecznych. Czy zatem żelarz mógł się czuć pełnoprawnym obywatelem?
Wielu autorów, autorytety, mainstream, przekonuje, iż polskość jest jednoznaczna z wolnością. I przytacza na dowód wszystkie powstania, poczynając od najbardziej nieszczęsnego, bo zdecydowanie konserwatywnego, by nie rzec reakcyjnego pod każdym względem (przede wszystkim politycznie i kulturowo), czyli konfederacji barskiej. Tak rozumiana wolność owocowała przeważnie w Polsce anarchią. To „ukąszenie i mit” złotej wolności szlacheckiej.
I na tej zasadzie, zgodnie z modą, by być trendy, gros populacji przypisało sobie szlacheckie pochodzenie. Modne stały się herby, drzewa genealogiczne, przynależność do bractw „post-herbowych JW. Panów Braci”. Zapomniano o tym, iż 80% społeczeństwa polskiego ma korzenie włościańskie (bo taki był profil populacji I RP). Ale właśnie w wyniku wspomnianej elitarnej narracji stało się on powodem do wstydu i milczenia.

Dziś elity III RP pogardliwie wypowiadają się o folwarku, zaścianku, zacofaniu i braku cywilizacyjnej ogłady „ludu”, nie spełniającego ich nadziei oraz odbiegającego od wyobrażeń inteligencji. Zapominają jednak dodać, iż to ich protoplaści, ich praszczury i antenaci doprowadzili przez wiekową niewolę gorszą niż na plantacjach Alabamy, Haiti i Brazylii ów „lud” do stanu takiego upodlenia i degrengolady, że te 150 lat formalnego zniesienia pańszczyzny, (ale nie praktycznego jak pokazuje przykład Spiszu i Orawy) jest zaledwie pierwszym krokiem do uświadomionej wolności i jej praktykowania. Obraz „ludu”, który zawiódł elity, inteligencję i mainstream – nie po raz pierwszy zresztą w historii – to są owe Bergamuty Jana Brzechwy.

Polskość a fińskość

I jeszcze o stanie edukacji powszechnej w Polsce. Przez ostatnie 3 dekady zanotowano rażący spadek poziomu, sensowności i otwartości edukacji. Poziom indoktrynacji politycznej, w tym kościelnej, znacząco wzrósł, przyczyniając się do owego upadku i degeneracji (Przemysław Czarnek jest kolejną personą na ministerialnym fotelu w szeregu zaściankowo, klerykalnie i de facto antymodernistycznie myślących ministrów edukacji). Nasze młode pokolenia pogrążają się w owym cywilizacyjno-kulturowym zaścianku (niczym podczas epoki saskiej i szalejącego jezuityzmu).
Warto tu dać przykład Finlandii, której elity podjęły decyzję budowy narodu poprzez jak najlepszą edukację dzieci. Było to w 1863 r. i działa do dziś. Co robili dzielni, pełni poczucia wolności, Polacy w 1863 roku – wiadomo. A byliśmy – i oni i my – w tym samym położeniu, w tej samej sytuacji.

Gdy jesteśmy przy Finlandii, to warto przy okazji tych rozważań przypomnieć, że i my, i Finowie do 1918 roku wchodziliśmy w skład Imperium Romanowych. I my, i oni w 1918 roku uzyskaliśmy suwerenność i państwowość. W 2018 obchodziliśmy i my, i oni 100-lecie odzyskania niepodległości. U nas były fanfary, sztuczne ognie, akademie ku czci (które są naszą specjalnością), defilada w stolicy itd. Postawiono kilka pomników materializujące kult (często lichych i podejrzanych z punktu widzenia historii i kultury) bohaterów.
Finowie natomiast na 100-cie swego kraju zbudowali w Helsinkach najnowocześniejszą w Europie, zdigitalizowaną bibliotekę narodową, gdzie znaleźć można wszystkie aktualnie dostępne informacje (z różnych dziedzin) na temat Finlandii. Zbiory Biblioteki Narodowej Finlandii liczą 3,1 mln książek i czasopism, 685 000 mikrofilmów i mikrofiszek oraz ponad 4 mln jednostek innych rodzajów zbiorów (rękopisów, muzykaliów, dokumentów życia społecznego, map). Będą na bieżąco uzupełniane przez zespoły fachowców pracujących w tej instytucji.
To w sumie ponad 7,5 mln woluminów. Zbiory cyfrowe obejmują 5,4 mln stron czasopism, 3,2 mln stron gazet, 129 400 stron dokumentów życia społecznego. Większość kolekcji tej biblioteki znajduje się w Kirjaluola („Jaskini książek”), podziemnym bunkrze o kubaturze 57 600 m3, wydrążonym w litej skale.
I to jest różnica cywilizacyjna między małą Finlandią, a puszącą się i pretendującą do wielkości oraz powszechnego podziwu Polską. Tkwi ona w świadomości. Jest po prostu w głowach.
Radosław S. Czarnecki