Ekonomia (el)
- Szczegóły
- Autor: Jarosław Bugajski
- Odsłon: 8614
- Szczegóły
- Autor: Justyna Hofman-Wiśniewska
- Odsłon: 5442
- O kryzysie modelu szwedzkiego mówi się nie tylko w Polsce od przynajmniej 50 lat, a system jakoś trwa, choć oczywiście podlega zmianom. Jednak diagnozy o śmierci nordyckiego państwa opiekuńczego są co najmniej przedwczesne. Przywodzą na myśl powiedzenie Marka Twaina, który zobaczywszy swój nekrolog w gazecie zauważył, iż ta wiadomość wydaje mu się cokolwiek przesadzona.
Skandynawowie potrafią pogodzić dynamikę rozwoju gospodarczego ze spójnością i solidarnością społeczną. W wydanej w tym roku książce „Szlak Norden. Modernizacja po skandynawsku” przyglądam się np. wzorcom szwedzkim w polityce rodzinnej. My debatujemy nad niskim przyrostem naturalnym, załamujemy ręce, dramatyzujemy. A co robimy w sferze polityki rodzinnej, by młodzi ludzie mogli i chcieli mieć dzieci? Model szwedzki pokazuje, że można godzić obowiązki zawodowe z domowymi. Również nam potrzebne są w tej dziedzinie rozwiązania systemowe, a nie tylko doraźne, propagandowe.
- A może na bardziej hojną politykę społeczną po prostu nas nie stać?
- Nierzadko mylimy tu przyczyny ze skutkami. Bezrefleksyjnie powtarzamy, że aby coś podzielić, trzeba najpierw to wytworzyć. To jednak uproszczenie, bo aby cokolwiek powstało, muszą być warunki zachęcające do pracy, właściwa atmosfera i klimat społeczny, poczucie wspólnoty, minimum zaufania, wzajemnej lojalności i solidarności. W rozwoju gospodarczym rozwiązywanie kwestii społecznych pomaga, a nie przeszkadza. To wyraźnie widać w wielu najwyżej rozwiniętych krajach na świecie. Na coraz bardziej dziś elastycznym rynku pracy inaczej pracuje człowiek, który ma poczucie bezpieczeństwa, zupełnie inaczej zaś ten, który żyje w nieustannym poczuciu niepewności i zagrożenia, co często ma miejsce między innymi w Polsce.- U nas teraz dużo się mówi o uelastycznieniu zatrudnienia…
- Tak, ale chodzi o to, by pogodzić tę elastyczność z bezpieczeństwem socjalnym. Tak jak jest np. w duńskiej koncepcji flexicurity, której kluczowym założeniem jest to, by brakowi zbędnych utrudnień w zatrudnianiu i zwalnianiu pracowników towarzyszyły stosowne gwarancje socjalne i wsparcie w poszukiwaniu nowej pracy przez bezrobotnych. Termin ten jest neologizmem, który pochodzi od angielskich słów: flexibility - elastyczność oraz security, czyli bezpieczeństwo. Można więc stosunkowo łatwo zwolnić pracownika, ale jednocześnie pomaga mu się znaleźć nową pracę, m.in. poprzez system dokształcania, staży zawodowych, wyposażania w dodatkowe kwalifikacje itp. Naszej polityce rynku pracy dość daleko do takiego zrównoważonego stanu „elaspieczeństwa” – jak proponuję nazywać po polsku ideę flexicurity.
- To wszystko co się dzieje u nas złego ma chyba jedno podstawowe źródło: nie szanowanie człowieka. Nie szanuje się ludzi, nie szanuje się pracy, a państwo wobec obywatela przypomina przysłowiowego stójkowego i jest przede wszystkim pazerne. W krajach rozwiniętych człowiek jest ważny. Tam dawno zrozumiano, że batem, sankcjami itp. nie zmusi się człowieka do dobrej, rzetelnej pracy.
- To prawda, samymi sankcjami i restrykcjami niewiele się na dłuższą metę uzyska.
- Ten brak szacunku dla ludzi i ich pracy najdobitniej się uwidacznia w stosunku do starych ludzi.
- Niezależnie od względów społeczno-moralnych, wciąż nie jesteśmy dobrze przygotowani na coraz głośniej już tykającą - nie tylko w Polsce - bombę geriatryczną. Trzeba w tej chwili przemodelować sposób myślenia, system zabezpieczenia społecznego i gospodarkę, aby jak najlepiej dostosować je do obecnych tendencji i prognoz demograficznych. Zmieniają się proporcje w strukturze wiekowej ludności, coraz dłużej żyjemy, ale też emerytury nie można traktować jak łaski państwa wobec człowieka, który pracował na nią 30, 40, nawet 50 lat.
- Na deficyt nowego typu kwestii społecznych i kłopotów modernizacyjnych z pewnością nie możemy narzekać…
- Oprócz problemu demograficznego jest też wiele innych wyzwań w polityce społeczno–gospodarczej, z którymi trzeba się zderzyć i zmierzyć. Edukacja, innowacje, społeczeństwo wiedzy, gospodarka oparta na wiedzy i kreatywności, nauka i nowe technologie. W Polsce wciąż opieramy się na tradycyjnych, stosunkowo prostych sektorach wytwórczości, a jest czas najwyższy, by przejść do zupełnie innej fazy rozwoju. Bazujemy przede wszystkim na taniej sile roboczej, ale coraz bardziej odczuwalna jest konkurencja tych krajów, w których siła robocza jest jeszcze tańsza. Ukraina, Białoruś, kraje azjatyckie… Jesteśmy głównie podwykonawcami w globalnych sieciach produkcyjnych, a to nie najlepiej nas sytuuje i rokuje w perspektywie zaostrzającej się rywalizacji na skalę prawdziwie ogólnoświatową.
W warunkach globalizacji odległości odgrywają coraz mniejszą rolę, wiele czynności, usług można wykonywać przy pomocy łączy elektronicznych. Nasilają się ruchy migracyjne, w tym przepływy pracowników. Narasta konkurencja nie tylko na europejskim rynku pracy. W tym wyścigu przebić się można tylko wyższą jakością i innowacyjnością, a nie niższymi kosztami pracy. Koszty są naturalnie istotne, ale nie przesądzają przecież ani o wydajności pracy, ani o jakości wytwarzanych produktów i usług.
- Przeliczanie wszystkiego na pieniądze dotyczy też polityki społecznej.
- Swoisty wąski ekonomizm – jak to określam - dominujący dziś w myśleniu indywidualnym i zbiorowym, także w sprawach gospodarki, prowadzi często na manowce. Ekonomia jest – a raczej powinna być, bo o tym najwyraźniej zapomnieliśmy - przede wszystkim nauką o społeczeństwie, o stosunkach międzyludzkich, które tylko czasami można przedstawić za pomocą liczb. Jako dyscyplina normatywna, zajmuje się także wartościami, dobrami niezbywalnymi, w gruncie rzeczy wywodzi się z etyki.
Szkot Adam Smith, twórca ekonomii klasycznej, był jednocześnie badaczem moralności. W jego głównym dziele o bogactwie narodów z 1776 r. nie ma żadnych wykresów ani równań. To był wiek XVIII. Podobnie było w wieku XIX, choćby w traktacie Johna Milla „Zasady ekonomii politycznej” z 1848 r. Nie przesadzał też z liczbami w swych pracach bodaj największy ekonomista minionego stulecia John Maynard Keynes, zresztą utalentowany matematyk. Dopiero pod koniec XX wieku ekonomia zaczęła udawać naukę ścisłą czy przyrodniczą, uległa swego rodzaju matematyzacji. Wykresy, wzory i liczby przysłoniły w niej ogólniejsze założenia filozoficzno-etyczne, system wartości, rzeczywistość społeczną.
Wąsko ekonomiczny język daliśmy sobie również narzucić w rozważaniach nad polityką społeczną. Mówimy o kapitale ludzkim i społecznym, o inwestycjach społecznych, o rynkach wewnętrznych w systemie świadczenia usług publicznych. Nieraz ostatnio słyszałem, że emerytura jest po prostu jednym z produktów finansowych. Tymczasem warto pamiętać, że pacjent w szpitalu to przede wszystkim chora istota ludzka, a nie klient czy konsument, że zasoby ludzkie to jednak żywi pracownicy itd.
- Zasoby ludzkie - jak to w ogóle brzmi w języku polskim!?
- Od razu ustawia to specyficznie człowieka, może sugerować, że ludzie są jakimś surowcem. To jest pochodna owego ekonomizmu, ekspansji neoliberalnej nowomowy i myślenia o życiu społecznym. W Polsce zaczęliśmy ulegać tej fali po 1989 roku, po upadku komunizmu. Nie państwo i społeczeństwo obywatelskie, ale rynek – w roli głównego regulatora zachowań zbiorowych. Nie pacjent, lecz klient, nie starszy człowiek, lecz odbiorca świadczeń emerytalnych. Ważne są nie ochronne funkcje polityki społecznej (protective welfare), ale jej cele produktywistyczne (productive welfare). Wszystko, co się da, warto urynkowić, zderegulować, sprywatyzować, skomercjalizować… Im mniejsze podatki - tym lepiej, im mniejszy sektor publiczny – tym wszystko pójdzie sprawniej. Im bardziej ograniczymy wydatki socjalne – tym szybciej rozkwitnie gospodarka, a ludziom będzie żyło się dostatniej. Taka optyka jest oczywiście ogromnie ułomna.
- Jakie są konsekwencja takiej wolnorynkowej ortodoksji dla sfery społecznej?
- Nie tylko w Polsce widzimy, jak prymat kryteriów materialnych i logiki rynkowej osłabia, wręcz wynaturza przestrzeń publiczną. Jak ciąży na niektórych współczesnych rozwiązaniach w polityce społecznej – w służbie zdrowia, w edukacji, w systemach emerytalnych. Bez fetyszyzowania rynków finansowych i giełdy nigdy nie udałoby się np. wzbudzić tak dużego potencjału nierealistycznych oczekiwań wobec OFE, czyli kapitałowego filaru emerytur. To nie przypadek, że jeśli już mają być świadczenia społeczne, to najczęściej serwowane są one w formie pieniężnej, a nie w naturze - Polska należy to tych krajów w Unii Europejskiej, które na te drugie przeznaczają najmniejszy odsetek PKB.
- Wracając na koniec do krajów skandynawskich: czy również tam mamy do czynienia z silnym trendem neoliberalnym?
- Kraje te nie były izolowane od powszechnych tendencji typowych dla rozwiniętego świata w ostatnich dekadach XX wieku. Więc także od swoistej ekonomizacji dyskursu publicznego, tudzież naukowego, wokół polityki społecznej. Znalazło to nieraz odbicie w konkretnych rozwiązaniach praktycznych. Np. w Szwecji wprowadzono zalecany przez czołowego monetarystę Miltona Friedmana tzw. bon oświatowy, który umożliwia podejmowanie finansowanej przez państwo edukacji zarówno w szkołach publicznych, jak i prywatnych. Elementy komercjalizacji pojawiły się też w systemie ochrony zdrowia. Nawiasem mówiąc, coraz głośniej słychać ostatnio krytyczne opinie o różnych patologiach występujących na tym tle w obu dziedzinach (pisze o nich choćby znany publicysta szwedzki polskiego pochodzenia Maciej Zaremba w najnowszej swej książce pt. „Polski hydraulik i nowe opowieści ze Szwecji”).
Ale skala zauroczenia ekonomizmem czy neoliberalizmem jest oczywiście w Skandynawii dużo mniejsza niż np. w naszym kraju. Pozamaterialne aspekty życia, chociażby potrzeba ochrony środowiska naturalnego czy równouprawnienie płci, są tam lepiej rozumiane i bardziej doceniane. Przede wszystkim zaś w rozwoju społecznym i w kształtowaniu polityk publicznych zapewne w dużo większym stopni niż u nas uwzględniane są takie wartości jak dialog, współpraca, kompromis czy solidarność. Dziękuję za rozmowę.
*pierwszą część rozmowy z prof. Włodzimierzem Aniołem - Nie dorośliśmy do globalizacji - opublikowaliśmy w numerze listopadowym (SN nr 11/13)
- Szczegóły
- Autor: Anna Leszkowska
- Odsłon: 2
Pod koniec II wojny światowej w Europie, niezwykle brutalne samozniszczenie kontynentu pochłonęło dziesiątki milionów ofiar i zrujnowało wiele gospodarek. Dominujące politycznie klasy pracodawców doprowadziły rządy swoich krajów do konfliktu, który przyniósł takie skutki. Do 1945 roku wynik wojny okazał się znacznie gorszy, niż wielu przedstawicieli tych klas wyobrażało sobie lub pragnęło przed wojną.
Europejczycy walczyli po 1917/1918 roku, aby przezwyciężyć samozniszczenie w I wojnie światowej. W krótkim okresie między końcem I a początkiem II wojny światowej Europa zdestabilizowała się poprzez program reparacji, oszałamiającą inflację w Niemczech, a następnie najgorszy w historii upadek globalnego kapitalizmu w 1929 roku. Konsekwencje tych destabilizacji rozprzestrzeniły się po całej Europie i podważyły wysiłki Ligi Narodów mające na celu zapobieżenie drugiej wojnie światowej.
W 1945 roku dla większości Europejczyków najpilniejszą potrzebą było odbudowanie się po wojnie. Dla europejskich klas pracodawców jeszcze pilniejsza była obrona przed pewnymi bezpośrednimi zagrożeniami. Armia rosyjska odegrała kluczową rolę w pokonaniu nazistów i zawarciu powojennych sojuszy Rosji z Europą Wschodnią. Masowe siły zbrojne ZSRR, potencjalnie uzupełnione siłami nowych wschodnioeuropejskich sojuszników, stanowiły dla zachodnioeuropejskich klas pracodawców zagrożenie egzystencjalne. Po 1945 roku zachodnioeuropejskie klasy pracodawców sprawnie i szybko przekierowały swoją nienawiść z martwego Hitlera na żywego Stalina i sprzymierzone z nim partie komunistyczne swoich krajów.
Zachodnioeuropejska klasa pracodawców była zagrożona w kraju przez komunistyczne i socjalistyczne partie polityczne, których bojownicy często przewodzili podziemnym ruchom oporu antyfaszystowskiego lub antyhitlerowskiego. W ten sposób bojownicy ci często stawali się szeroko popularnymi liderami.
W całej Europie krajowe partie komunistyczne współpracowały ze sobą na różne sposoby (w tym z potężną partią radziecką). Niektóre powojenne głowy państw europejskich, takie jak francuski prezydent Charles de Gaulle, włączały liderów partii komunistycznych do swoich rządów. W reakcji na takie wydarzenia, europejska klasa pracodawców szybko popadła w obsesję na punkcie wielkich, podwójnych zagrożeń, jakie niesie ze sobą „komunizm w kraju i za granicą”.
Podobny rozwój sytuacji miał miejsce po drugiej stronie Atlantyku, w Stanach Zjednoczonych. Wielki Kryzys po 1929 roku sprowokował tam masową, lewicową zmianę nastrojów politycznych w społeczeństwie amerykańskim. Pracownicy w bezprecedensowej liczbie przystąpili do związków zawodowych zrzeszonych w Kongresie Organizacji Przemysłowych (CIO). Dziesiątki tysięcy osób wstąpiło do dwóch partii socjalistycznych i jednej komunistycznej. Ponieważ socjaliści i komuniści często byli aktywnymi uczestnikami skutecznych działań organizacyjnych CIO w głównych gałęziach przemysłu, pracodawcy w USA byli tym bardziej zaniepokojeni tymi sukcesami w latach 30. i 40. XX wieku. CIO, partie socjalistyczne i komunistyczne utworzyły również znacznie silniejszą koalicję w ramach Partii Demokratycznej niż kiedykolwiek przed 1929 rokiem.
Sojusz Partii Demokratycznej pod rządami Franklina Roosevelta i koalicji CIO, socjalistów i komunistów – tzw. koalicja „Nowego Ładu” – przerażał klasę pracodawców. Do kluczowych osiągnięć koalicji w latach 30. XX wieku należało ustanowienie systemu ubezpieczeń społecznych, federalnego ubezpieczenia od bezrobocia, pierwszej w kraju płacy minimalnej oraz federalnego programu zatrudnienia w sektorze publicznym, który zatrudnił wiele milionów ówczesnych bezrobotnych. Jeszcze bardziej przerażał klasę pracodawców sposób, w jaki koalicja Nowego Ładu sfinansowała te osiągnięcia. Zreformowała ona federalny system podatkowy w kierunku zdecydowanie progresywnym. Ponieważ korporacje i bogaci byli szczególnie opodatkowani, nierówności majątkowe i dochodowe w USA gwałtownie spadły. Następnie, w latach 40. XX wieku, ten sam rząd USA, który podjął ogromne kroki w walce z nierównościami ekonomicznymi w kraju, sprzymierzył się z kierownictwem Partii Komunistycznej ZSRR (Stalin), aby walczyć z faszyzmem w II wojnie światowej.
Do 1945 roku, po zakończeniu wojny i śmierci Roosevelta, amerykańska klasa pracodawców, podobnie jak jej europejska odpowiedniczka, stała się obsesyjnie zaabsorbowana wielkim, podwójnym zagrożeniem „komunizmu w kraju i za granicą”. Równoległe obsesje w Europie Zachodniej i USA zbiegły się we wspólnym planie. Pracodawcy oraz ich polityczni zwolennicy i osoby zależne atakowali partie komunistyczne na całym świecie, przedstawiając je jako zwykłych agentów lub ofiary obcego mocarstwa, a mianowicie ZSRR. Demonizowali ZSRR jako uosobienie zła, mroczne imperium zagrażające demokracji, wolności, wartościom judeochrześcijańskim, religii per se, swobodom obywatelskim itd. Wypowiedziano zimną wojnę między byłymi sojusznikami, powstało NATO, a następnie Układ Warszawski, wyścigi zbrojeń i konfrontacje geopolityczne. Stany Zjednoczone miały poprowadzić NATO do „powstrzymania zagrożenia sowieckiego”.
USA zorganizowały sojusze na innych kontynentach, jednocześnie rozmieszczając na nich setki baz wojskowych. Oprócz środków „powstrzymywania”, bazy te wyznaczały i wzmacniały nowe, nieformalne globalne imperium USA, które zastąpiło znaczną część dawnych brytyjskich, francuskich, holenderskich, belgijskich, japońskich i innych wygasających kolonializmów.
„Antykomunizm” ideologicznie ujednolicił krajowe i międzynarodowe strategie klasy pracodawców w Europie i Stanach Zjednoczonych. Pod tym ideologicznym sztandarem, klasy pracodawców zmobilizowały swoje rządy do współpracy z nimi w celu zniszczenia narodowych partii komunistycznych i ZSRR. Jako globalny hegemon, Stany Zjednoczone posunęły się jeszcze dalej. Demonizowały socjalizm i partie socjalistyczne, definiując je i traktując jako niemal identyczne z ich komunistycznymi odpowiednikami. Wykorzystywały również antykomunizm jako główną broń ideologiczną, by zastąpić formalny kolonializm europejski i japoński nieformalnym, zdominowanym przez USA „porządkiem międzynarodowym opartym na zasadach”.
Powiązania USA z Europą Zachodnią pomogły pracodawcom w obu regionach w represjonowaniu lub przynajmniej osłabianiu partii komunistycznych i socjalistycznych w ich krajach. Stany Zjednoczone podjęły bardzo agresywne działania (jak w ustawie Tafta-Hartleya z 1947 r.), aby zniszczyć związki zawodowe w kraju i współpracować z siłami antyzwiązkowymi w całej Europie. Tam, gdzie osłabiona wojną Europa utraciła swoje kolonie, silne powojenne Stany Zjednoczone mogły i rzeczywiście wkroczyły, aby zintegrować byłe kolonie europejskie w ramach imperium USA. Nowe imperium USA musiało mieć charakter nieformalny. Musiało pozwolić byłym koloniom na formalną niezależność polityczną, jednocześnie podporządkowując je dominacji gospodarczej, militarnej i politycznej USA w większości Azji, Afryki i Ameryki Łacińskiej. Europa pogrążyła się w roli bardzo podrzędnego partnera USA.
Połączenie USA z Europą Zachodnią zapewniło USA cennych sojuszników w walce z ZSRR. Biorąc pod uwagę technologię militarną obu wojen światowych – polegającą na ogromnych armiach walczących na rozległych terenach – Europa stanowiła bufor lądowy, dogodnie położony między USA a ZSRR. Zapewniała dodatkową ochronę buforowi wodnemu Oceanu Atlantyckiego. Europejski kolonializm stworzył prawdziwą gospodarkę światową, którą USA mogły przejąć. W ramach tej specyficznej hierarchii gospodarki światowej Europejczycy dominowali niemal wszędzie (z wyjątkiem, oczywiście, kolonializmu japońskiego).
Nie-Europejczycy zostali zintegrowani jako ludność podporządkowana (gospodarczo, politycznie i kulturowo). W miarę jak formalne imperia Europejczyków ustępowały miejsca nieformalnemu imperium USA, hierarchie kolonialne przetrwały, a jedyne rzeczywiste zmiany zachodziły na szczycie. To tam cywilni i wojskowi przywódcy USA (oraz ich delegaci) wybierali, awansowali i wzbogacali lokalne elity, aby kierowały rozwojem nieformalnego imperium.
Plan Marshalla sfinansował powojenną odbudowę Europy w sposób, który jednocześnie zapewnił jej podrzędną rolę w nowym imperium USA. Fundusze dystrybuowane przez amerykańską Centralną Agencję Wywiadowczą (CIA) od 1947 roku, przez amerykańską Fundację na rzecz Demokracji (US Endowment for Democracy) od 1983 roku oraz przez inne organizacje publiczne i prywatne uzupełniały fundusze Marshalla.
Doradcy, którzy często przybywali z funduszami, dawali europejskim antykomunistycznym partiom politycznym, mediom, związkom zawodowym, organizacjom akademickim i kulturalnym wiele środków do wykorzystania przeciwko ich wewnętrznym wrogom. Sojusz USA i Europy Zachodniej po 1945 roku rozpoczął ogromną, hojnie finansowaną, niekończącą się kampanię, mającą na celu kształtowanie i kontrolowanie historii świata. Działał on dobrze, pokonując liczne wyzwania przez 70 lat, aż siły wewnętrzne i zewnętrzne połączyły się, by go położyć kres. Teraz, gdy związek USA i Europy Zachodniej rozpada się, zarysy jego całości i historycznego znaczenia stają się wyraźniejsze.
Nieustanny wzrost gospodarczy Chin przewyższył gospodarki wszystkich państw sojuszu USA-Europa Zachodnia w ostatnich dekadach. Chiny w istotny sposób przyczyniły się do rozpadu tego sojuszu. Podobnie jak zdolność Chin do jednoczesnego stworzenia nowej globalnej koalicji gospodarczej, BRICS (początkowo Brazylii, Rosji, Indii, Chin i RPA). Powstanie i rozwój BRICS (z nowymi członkami i partnerami) odpowiadały na odczuwaną przez nie potrzebę wzajemnego wsparcia i zmniejszenia zależności gospodarczej od USA. BRICS osiągnęły kamień milowy w 2020 roku (pomniejszony w Europie i USA), kiedy ich łączny PKB przewyższył PKB G7. Ten pierwszy nieprzerwanie przewyższa ten drugi do dziś.
Antykolonializm, który zainspirował transformację kolonii w niepodległe państwa w ostatnim stuleciu, przetrwał tę transformację. Czasami podsyca bunty przeciwko hegemonii Stanów Zjednoczonych. W innych czasach i miejscach łączy się z ruchami religijnymi i populistycznymi ruchami społecznymi. W ten i inny sposób przyczynia się również do kształtowania zmieniających się wzorców globalnego handlu i inwestycji. Byłe kolonie poszukują i nawiązują alternatywy dla handlu i inwestycji z byłymi koloniami w Londynie, Paryżu, Berlinie itd. Tworzą nowe partnerstwa gospodarcze z Chinami i coraz częściej z innymi państwami BRICS. Rosnąca konkurencja i utracone możliwości gospodarcze stanowią wyzwanie dla Europy Zachodniej, Japonii i Stanów Zjednoczonych. Ograniczają one również rolę dolara amerykańskiego jako waluty światowej.
Reżim Trumpa reprezentuje zarówno skalę tego upadku, jak i ekstremalne wysiłki, by go powstrzymać lub przynajmniej spowolnić. Nałożenie ceł na niemal cały świat, nagle i masowo, bez ostrzeżeń ani negocjacji, to akt desperacji. Późniejsza oferta obniżenia początkowo wysokich stawek celnych w zamian za daninę (zobowiązanie państw obcych do wydawania i inwestowania setek miliardów dolarów w USA) to akt bezceremonialny, dosadny i wrogi. To, że przewodnicząca Komisji Europejskiej Ursula von der Leyen to zaakceptowała, jest tchórzliwym aktem jeszcze bardziej desperackiej uległości Europy. Wojna z Iranem prowadzona przez Izrael bez konsultacji i przygotowań z jego europejskimi i innymi sojusznikami, w połączeniu z żądaniami masowego, ryzykownego wsparcia dla amerykańskiego wysiłku wojennego, również była aktem desperacji. Jej celem było odwrócenie upadku imperium USA; jej rezultat był odwrotny. Upadek przyspieszył.
Upadek, wciąż niedopuszczalny publicznie w dyskursie większości amerykańskich polityków, czai się jednak wszędzie w powszechnym poczuciu utraty kierunku narodowego i/lub zbliżającej się katastrofy społecznej. Trump ostro krytykuje byłych sojuszników, takich jak Meksyk, Kanada, Korea Południowa, Japonia, a przede wszystkim Europę Zachodnią. Na przykład, przerabia historię po 1945 roku, przedstawiając ją jako historię oszukiwania i nadużywania gospodarki USA przez zachodnich Europejczyków, między innymi, ponieważ słabe rządy USA nie stawiały oporu i nie walczyły. Trump przedstawia swoje cła jako spóźniony odwet, który bohatersko położył kres poprzednim słabym rządom. Trump był tak zaangażowany w ten polityczny teatr, sytuując się jako „silny przywódca”, że jego nagły, pospieszny program taryfowy był nie do zniesienia nawet dla Sądu Najwyższego, który skądinąd kontroluje.
Porwanie Maduro z Wenezueli, 12-dniowa wojna Iranu z Izraelem w czerwcu 2025 roku i dłuższa wojna, rozpoczęta w marcu 2026 roku: to wszystko elementy tego samego teatru politycznego. To medialne dywersje: nie tylko od narastających skandali związanych z Epsteinem czy głęboko zakorzenionych nierówności w krajowej gospodarce USA, ale także od głębszych zagrożeń wynikających z upadku imperium.
W ten sposób neokolonializm, typ formacji reakcyjnej, inspiruje wiele ulubionych dywersji Trumpa. Zamiast przyznać się do upadku, te dywersje budują silne i rosnące imperium USA, przejmując kraje takie jak Wenezuela, Kuba i Iran, jednocześnie planując to samo dla Panamy, Kanady, Grenlandii, Meksyku i innych. Oskarżony o naruszenie prawa międzynarodowego i całego projektu Organizacji Narodów Zjednoczonych, Trump z dumą rebrandinguje oba te działania jako śmiałe oznaki siły USA.
Teraz, tak jak w 1945 roku, Europa Zachodnia i Stany Zjednoczone ponownie znajdują się na rozdrożu. Upadające wówczas imperia należały do Europejczyków. Teraz, w 2026 roku, to upadek imperium amerykańskiego stał się problemem zarówno USA, jak i Europy. W swoich desperackich działaniach, by spowolnić lub zatrzymać ten upadek, Stany Zjednoczone zwróciły się przeciwko podporządkowanym im europejskim partnerom. Ten problem i ten zwrot wynikają z upadku imperiów, który ukształtował ten moment historyczny.
Podczas drugiej prezydentury Trumpa, USA wycofały znaczną część wsparcia dla Ukrainy w jej wojnie z Rosją. To nie tylko osłabiło stronę ukraińską w tej wojnie, ale także sprawiło, że słabo rozwinięta militarnie Europa była jeszcze bardziej zmuszona do stosowania sankcji gospodarczych wobec Rosji. Europa straciła w ten sposób dostęp do taniej rosyjskiej ropy i gazu. Wysokie ceny energii spowodowały wzrost europejskich cen eksportowych, a tym samym osłabiły jej konkurencyjność.
Tymczasem nieustanny cud wzrostu Chin (szybko rosnąca produktywność i niska inflacja) przez wiele lat przewyższał zarówno niemiecki Wirtschaftswunder , jak i ogólną europejską konkurencyjność. Wzrost PKB Chin znacznie przewyższał wzrost całego Zachodu przez ostatnie kilka dekad. Kryzys Volkswagena był tak poważny, że poważnie rozważano zaproszenie USA do przeniesienia swojej ogromnej firmy z Niemiec do USA. Deindustrializacja obecnie głęboko zaburza wszystkie gospodarki europejskie.
Globalna gospodarka coraz bardziej przypomina wielką rywalizację między Chinami a Stanami Zjednoczonymi, a Europa jest coraz bardziej pomijana lub stanowi jedynie przypis. Ogromne cła Trumpa na Europę lub żądania od niej daniny łączą w sobie zarówno porzucenie, jak i ataki USA na swoich byłych sojuszników. NATO drży i stoi w obliczu narastających sił rozpadu. Trump żąda, aby państwa europejskie finansowały własną obronę, po części dlatego, że chylące się ku upadkowi imperium USA musi powiększyć własne siły zbrojne, co – jak ma nadzieję Trump – zrekompensuje ten upadek.
Europejczycy tkwią w tym metaforycznym pokoju, którego ściany zaciskają się wokół nich. Ich podporządkowanie znajduje odzwierciedlenie w ich przejściu od pomniejszych partnerów w kierowanych przez USA Koalicjach Chętnych do wojny z Iranem w 2026 roku, do której Hiszpania i Włochy odmówiły przyłączenia się. Trump otwarcie grozi wyjściem z NATO. Klasa pracodawców w Europie najbardziej martwi się połączeniem braku finansowania obronności przez USA za pośrednictwem NATO z koniecznością rekompensaty za zwiększone europejskie wydatki wojskowe. Prawdopodobnie będzie to oznaczać ograniczenie europejskich wydatków na kapitalistyczny model opieki społecznej. Klasa pracodawców, która to zrobi, ryzykuje wywołanie masowego sprzeciwu ze strony lewicy (związków zawodowych, partii socjalistycznych, komunistycznych i antykapitalistycznych coraz częściej współpracujących ze sobą).
Jak dotąd europejska klasa pracodawców próbowała radzić sobie z tą sytuacją, prowadząc quasi-histeryczną kampanię demonizowania Rosji jako zagrożenia dla inwazji i podboju europejskich sąsiadów. Obecne, przeważnie słabo notowane w sondażach, głowy państw europejskich pozycjonują się jako potężne bastiony w walce z rosyjskim zagrożeniem. Strategia ta ma na celu usprawiedliwienie zwiększonych wydatków na obronę, które z kolei wymuszają redukcję wydatków rządowych na opiekę społeczną. Te ostatnie są następnie racjonalizowane jako konieczna ofiara całego społeczeństwa dla bezpieczeństwa przed rosyjskim demonem. Klasa pracodawców ma nadzieję, że ten sposób zachowania bogactwa, dochodów i władzy nie spotka się ze sprzeciwem klasy robotniczej jako politycznej kwestii naszych czasów. Klasa pracodawców woli, aby wielkie, rozdmuchane zagrożenie rosyjskie było kwestią polityczną.
Choć dyskurs o rosyjskim zagrożeniu może zapewnić europejskim pracodawcom jeszcze kilka lat przewagi nad europejskim systemem dystrybucji bogactwa i władzy, nie rozwiązuje on problemu długotrwałego upadku Europy. Ten trend zapowiada się na dalszy, a być może nawet na przyspieszony, ponieważ w Europie niewiele robi się, aby bezpośrednio się temu przeciwstawić. W istocie, spory wewnątrz Europy dotyczące przyłączenia się do wojny USA i Izraela z Iranem, w połączeniu z obawą przed odwetem ze strony Trumpa, nasiliły rywalizację Europejczyków o jego poparcie.
Takie podziały zawsze osłabiały jedność Europy. Odbudowa tej jedności jest z pewnością niezbędnym, choć niewystarczającym, elementem jakiegokolwiek możliwego ratunku Europy przed pogłębiającym się upadkiem.
Długa, nierówna i momentami frustrująco powolna historyczna zmiana od kapitalistycznego kolonializmu do dzisiejszego antyimperializmu podważyła najpierw imperia europejskie, a teraz amerykańskie. Czeka nas nowe rozdroże. Jedna droga prowadzi w stronę nowego, globalnego imperium chińskiego. Inna w stronę wielonarodowego programu wzajemnego dostosowania, swoistego socjalizmu o globalnym charakterze.
Richard Wolff
Richard D. Wolff jest emerytowanym profesorem ekonomii na Uniwersytecie Massachusetts w Amherst, gdzie wykładał ekonomię w latach 1973–2008. Obecnie jest profesorem wizytującym w programie studiów podyplomowych z zakresu stosunków międzynarodowych na New School University w Nowym Jorku.
Wcześniej wykładał ekonomię na Uniwersytecie Yale (1967–1969) oraz w City College na City University of New York (1969–1973). W 1994 roku był profesorem wizytującym ekonomii na Uniwersytecie Paryskim (Francja), I (Sorbona). Wolff regularnie wykładał również na Brecht Forum w Nowym Jorku.
Za: https://scheerpost.com/2026/06/03/richard-wolff-europe-and-the-us-at-the-crossroads-then-and-now/
- Szczegóły
- Autor: Zdzisław Sadowski
- Odsłon: 11184
18 lutego 2015 w siedzibie Polskiego Towarzystwa Ekonomicznego odbyło się seminarium na temat ewolucji gospodarki rynkowej połączone z jubileuszem 90-lecia prof. Zdzisława Sadowskiego, wieloletniego przewodniczącego PTE. Poniżej zamieszczamy tekst wystąpienia Profesora, który posłużył za punkt wyjścia do dyskusji.(red.)
Gospodarka rynkowa zrodziła się w wyniku rewolucji przemysłowej w XVIII wieku jako system oparty na prywatnej własności, w którym decyzje gospodarcze są podejmowane przez samodzielne i niezależne podmioty w ramach określonego porządku prawnego. Wprawdzie pewne formy rozwiniętego rynku zaczęły pojawiać się już znacznie wcześniej, np. w miastach północnych Włoch, ale jako system nie mogły one działać, póki gospodarką rządziła władza króla, księcia czy doży. Dopiero rewolucja francuska otworzyła drogę do nowego ustroju gospodarczego, opartego na filozofii liberalnej.
Lliberalizm nie zrodził się z przypadku, lecz był odpowiedzią na zmiany w warunkach życia. A warunki te zmieniły się nie dlatego, że ktoś wymyślił liberalizm, tylko w następstwie rewolucji technicznej, która otworzyła drogę do przemysłu maszynowego. Z kolei liberalizm odegrał istotną rolę w dalszym kształtowaniu warunków życia społecznego. Walec historii jest napędzany przez splot czynników z bardzo rozmaitych dziedzin.
System gospodarki rynkowej od początku swego istnienia znajduje się w nieustannej ewolucji. Na tę ewolucję składają się zmiany ilościowe i jakościowe, obejmujące:
- skalę, strukturę i techniki produkcji,
- rozmiary i organizację przedsiębiorstw,
- relacje między czynnikami produkcji,
- system instytucjonalny.
Następstwem tych zmian jest rozwój gospodarczy i społeczny, który można określić jako proces rozległych zmian, zachodzących w:
- warunkach życia,
- poziomach zamożności,
- strukturze społecznej,
- obyczajowości,
- poglądach społecznych i politycznych,
- porządku prawnym i rozwiązaniach ustrojowych.
Zależności między tymi zmiennymi są wielokierunkowe i obejmują liczne sprzężenia zwrotne. Zdecydowanie nadmiernym uproszczeniem byłaby więc próba związania ich w jeden łańcuch przyczynowo-skutkowy. Próby takie były podejmowane z różnych pozycji i nie powinno się ich lekceważyć, gdyż przyczyniały się z reguły do rozszerzania horyzontów myślowych.
Za jedną z najważniejszych można uznać koncepcję materializmu historycznego Karola Marksa, która odegrała istotną rolę w rozwoju nauk społecznych. Według niej, czynnikiem uruchamiającym zmiany rozwojowe jest rozwój sił wytwórczych. Teza ta nie jest bezsporna.
Trudno stwierdzić, czy postęp nauki i techniki jest jedynym czynnikiem sprawczym. Z pewnością jednak odgrywa wielką rolę w procesie ogólnego rozwoju, w tym w ewolucji systemu gospodarki rynkowej. Rewolucja przemysłowa zmieniła świat dzięki zdobyciu umiejętności wykorzystania energii pary. Rewolucja techniczna XIX wieku zmieniła świat, gdyż dzięki opanowaniu energii elektrycznej oraz silnikowi spalinowemu doprowadziła do wielkiego wzrostu produkcyjności, zmieniając przy tym strukturę zatrudnienia i stosunki społeczne. Obecna rewolucja informatyczna zmienia go dalej.
W niniejszej pracy nie chodzi o opis całego procesu ewolucji, lecz o próbę odpowiedzi na 3 pytania:
- jak oceniać wyniki dotychczasowej ewolucji?
- jakie problemy ona stworzyła?
- czego można się spodziewać od dalszej ewolucji?
Etapy dotychczasowej ewolucji
Etap pierwszy to wstęp lub prolog, czyli okres tworzenia się gospodarki przemysłowej i narodzin kapitalizmu (przełom XVIII i XIX stulecia). Towarzyszą mu wielkie oczekiwania ujęte w teorię przez Adama Smitha i Jeana Baptiste'a Say’a. Według tej teorii, tworzący się system, oparty na swobodnym działaniu sił rynkowych, miał zapewnić zarówno pełne wykorzystanie i optymalną alokację zasobów, jak też optymalny i sprawiedliwy podział.
Etap drugi to epoka kapitalizmu wolnokonkurencyjnego, trwająca przez większą część wieku XIX. Ujawniła potencjał rozwojowy nowego systemu dzięki prywatnej przedsiębiorczości, ale też jego wady: konflikt między kapitałem a pracą oraz uleganie cyklicznym kryzysom gospodarczym.
Etap trzeci to tworzenie się rynku oligopolistycznego w wyniku koncentracji produkcji w wielkich firmach. Własność kapitału oddziela się od funkcji przedsiębiorcy. Dokonuje się wielki postęp techniczny, ale kryzysy są wielkim problemem. Związki zawodowe wymuszają początki polityki społecznej. Wielki kryzys lat 30. XX w. i późniejsza stagnacja rodzą koncepcję interwencjonizmu opartą na ekonomii popytowej (Keynes 1936, Kalecki 1934).
Etap czwarty: „Złoty wiek” kapitalizmu po II wojnie światowej. W krajach rozwiniętych wysokie tempo wzrostu gospodarczego, brak bezrobocia, import zatrudnienia. Pozorne sukcesy koncepcji planowania centralnego w bloku sowieckim. Problemem wiodącym w ekonomii staje się uruchamianie wzrostu w krajach „trzeciego świata”.
Etap piąty to okres neoliberalizmu i globalizacji. Gospodarkę światową opanowują koncerny ponadnarodowe, liberalizacja przepływów kapitału, potężny rozwój rynków finansowych. Rewolucja naukowo-techniczna. Narastanie zagrożenia ekologicznego. Ogromny wzrost rozpiętości dochodowych w skali świata i poszczególnych krajów. Zmiany geopolityczne.
Etap szósty to współczesny kapitalizm epoki informatyzacji. Gospodarka oparta na wiedzy. Trwa wielki postęp nauki i techniki, ale i narastają zagrożenia ekologiczne i społeczne groźne dla przyszłości świata (globalne ocieplenie, zaburzenia klimatyczne, rosnący obszar biedy). Powstaje koncepcja strategii trwałego rozwoju.
Jak oceniać wyniki dotychczasowej ewolucji?
Całe to doświadczenie historyczne wskazuje, że system gospodarki rynkowej wykazał wielką sprawność rozwojową i autoregulacyjną dzięki swoim podstawowym cechom, którymi są:
- przedsiębiorczość,
- adaptacyjność,
- innowacyjność.
Dotychczasowa ewolucja zapewniła dzięki temu:
- ogólny wzrost gospodarczy,
- ogromny postęp nauki i techniki,
- wzrost zamożności - nawet w krajach ubogich.
Natomiast nie zapewniła tego, o co chodziło Smithowi, gdy głosił ideę niewidzialnej ręki – sprawiedliwego podziału. A zapewniając racjonalność mikroekonomiczną, nie zapewniła racjonalności wykorzystania zasobów w skali ogólnej.
System gospodarki rynkowej ewoluował w taki sposób, że jego forma współczesna różni się bardzo od form wcześniejszych. Można wskazać pięć głównych obszarów odmienności systemu współczesnego. Są to:
- zmiana roli państwa: zwiększenie znaczenia polityki gospodarczej państw, a potem układów zintegrowanych (polityka makro, wspomaganie biznesu, państwo opiekuńcze);
- zmiana natury podmiotów gospodarujących na rzecz dominacji wielkich koncernów transnarodowych (oligopolizacja rynku, globalizacja);
- kluczowe znaczenie rynków finansowych (kapitał finansowy w miejsce przemysłowego jako główny aktor gospodarki światowej);
- informatyzacja gospodarki i życia społecznego (gospodarka oparta na wiedzy, zmiana charakteru konkurencji);
- serwicyzacja gospodarki (wielka rola usług w zatrudnieniu i wytwarzaniu PKB).
Zmiany te są tak istotne, że pojawiła się myśl, iż nastąpiła zmiana systemu, a nowy system to już nie kapitalizm (Peter Drucker 1993: pojęcie postkapitalizmu). Przemawiają za tym takie zmiany struktury społecznej, jak zanik klasy robotniczej i szczególna rola menadżerów (James Burnham 1944: idea rewolucji menadżerów).
Wiele jednak przemawia za tym, że jest to wciąż kapitalistyczna gospodarka rynkowa: decyzje należą do indywidualnych podmiotów, których siła opiera się na prywatnej własności kapitału.
Jakie problemy stworzyła dotychczasowa ewolucja?
Na odpowiedź składają się trzy grupy problemów:
- rujnowanie środowiska ekologicznego;
- rosnące nierówności dochodowe, masowa bieda, wzrost konfliktowości;
- nierównowaga finansowa świata.
Problemu nierównowagi finansowej, polegającej ostatecznie na zachwianiu roli dolara jako jednostki rozliczeń międzynarodowych, nie rozwijam, gdyż wymagałby on osobnej szczegółowej analizy.
Problemy środowiska ekologicznego:
- globalne ocieplenie w wyniku emisji gazów przemysłowych. Problem jest wciąż sporny, ale rozsądnie jest go nie negować, gdyż wiadomo ( UN Intergovernmental Panel on Climate Change Report 2008), że emisje te wzrosły o 70% od 1970 r. i będą rosły dalej, jeśli będą trwały dotychczasowe formy ekspansji przemysłu, i że powodują również zaburzenia zdrowotne oraz niszczące efekty kwaśnych deszczów;
- wyrąb lasów ma poważne skutki klimatyczne i powoduje niszczenie fauny;
- ogólny stan „śladu ekologicznego” wskazuje na pojawienie się w skali świata deficytu zasobów naturalnych w stosunku do poziomu życia.
Obecnie już wiadomo, że rozwiązywanie tych problemów wymaga wielostronnej modernizacji struktury gospodarczej (nowe źródła energii, nowe rozwiązania transportowe, zalesianie zamiast wyrębu lasów, itd.).
Na to nakłada się obraz sytuacji społecznej świata, obejmujący:
- rosnące nierówności dochodowe,
- szeroki obszar biedy,
- marginalizację wielkich grup ludności,
- różne formy wykluczenia społecznego.
Skutki tych zjawisk to napięcia i konflikty aż do terroryzmu globalnego, łatwość ulegania hasłom populistycznym, osłabienie demokracji oraz tendencje do autorytaryzmu.
Postulat eliminacji biedy został wysunięty na czoło celów milenijnych ONZ, jednak realizacja tego zadania okazuje się bardzo powolna.
Czego można się spodziewać po dalszej ewolucji?
Ewolucja trwa dalej. Nie wiemy co przyniesie, ale można przyjąć, że pożądany byłby taki jej bieg, który przyniósłby:
- zmianę struktury gospodarczej na proekologiczną (źródła energii, eliminacja szkodliwych emisji);
- skuteczną walkę z biedą;
- szybki rozwój wiedzy naukowej i technicznej (biotechnologia, biomedycyna, nanotechnologia, informatyka);
- upowszechnianie edukacji i kultury.
Szukając drogi do realizacji tych postulatów, rozważmy dwa scenariusze. Pierwszy to scenariusz A - zdania się na autoregulacyjny mechanizm rynkowy z wiarą w to, że w dłuższym okresie okaże się on zdolny do samoczynnego rozwiązania narastających problemów przyszłości. Scenariusz ten jednak nie zadowala. Przy wszystkich swoich zaletach mechanizm rynkowy powinien wprawdzie być uważany za nieodzowny w roli regulatora gospodarki, jednakże nie nadąża on z dostosowaniami strukturalnymi. Na przeszkodzie stoi przede wszystkim jego immanentna cecha, jaką jest oparcie decyzji na rachunku ekonomicznym, który mówi, że uruchamianie środków finansowych przez prywatne podmioty decyzyjne wymaga spełnienia warunku opłacalności inwestycji z nimi związanych.
Drugą wielką przeszkodą jest powszechna komercjalizacja życia:
- komercjalizacja nauki utrudnia badania podstawowe, czyli tworzenie wiedzy, bo nie są bezpośrednio opłacalne;
- przeszkadza też upowszechnieniu wiedzy, bo utrudnia je troska o własność intelektualną;
- komercjalizacja edukacji ogranicza dostęp do edukacji dla grup społecznych należących do strefy biedy oraz utrwala wykluczenie edukacyjne i informacyjne;
- komercjalizacja kultury obniża jej poziom, sprowadzając twórczość artystyczną do kryterium publicznego zainteresowania i oglądalności.
W dodatku rosnące znaczenie mediów zaśmieca informację wskutek pogoni za sensacją oraz rozpanoszenia reklamy, która stała się jednym z głównych kierunków rozwoju sfery usług i czynników tworzenia PKB.
Ponieważ doświadczenie wskazuje, że rynku nie można zastąpić przez wprowadzenie innego regulatora, to trzeba szukać metod ograniczenia jego działań negatywnych. Ciekawe że stwierdził to już 60 lat temu Karl Polanyi w swej fundamentalnej pracy „The Great Transformation” (1944) godnymi pamiętania słowami: „Zgoda na to, aby mechanizm rynkowy był jedynym regulatorem losu człowieka i jego naturalnego otoczenia… może doprowadzić społeczeństwo do zupełnej ruiny”.
Rozwiązanie może więc przynieść scenariusz B - skoro nie można zaufać mechanizmowi rynkowemu, to trzeba dać mu wsparcie w postaci świadomych działań regulacyjnych w skali międzynarodowej. Wsparcie to powinno polegać na realizowaniu koncepcji trwałego rozwoju w skali ogólnoświatowej. Koncepcja ta jest znana od dawna, a obecnie najpełniej wyraża ją Strategia Trwałego Rozwoju przyjęta przez Unię Europejską. Strategia ta przewiduje m.in. redukcję emisji CO2 do 2020 r. o 20%, redukcję zużycia energii, rozwój energii odnawialnej.
Okazuje się jednak, że na przeszkodzie realizacji stoi opór ze strony rządów poszczególnych krajów, a także firm. Opór ten wynika z obawy, że z powodu tych ograniczeń przemysł ucieknie z Europy, co powoduje dążenie do ich obniżenia.
Potrzebny więc jest nie tylko kierunkowy program, lecz także opracowanie metod kojarzenia rynku z rozumnym sterowaniem, a w tym celu:
- stworzenie sieci programów i instytucji państwowych i międzynarodowych nie działających na zasadach rynkowych,
- powstanie silnego wspierającego ruchu obywatelskiego.
Skoro uruchamianie środków prywatnych jest utrudniane przez komercjalizację, a publicznych przez czynniki ideologiczne (doktryna neoliberalna) i konieczność uzgodnień politycznych, to uzasadniona jest teza, że podstawowym problemem dalszej ewolucji jest wielka sprzeczność. Z jednej strony rośnie świadomość zagrożeń, która sprawia że tworzy się odpowiednie programy działania. Z drugiej strony gospodarka działa według starego paradygmatu: nastawienia na wzrost produkcji materialnej. Świat wciąż jest w niewoli dążenia do wysokich temp wzrostu gospodarczego, a w tym produkcji przemysłowej.
Wprowadzanie energii odnawialnej też opiera się ostatecznie na dotychczasowych formach produkcji (budowa elektrowni wiatrowych i słonecznych, biopaliwa). W rezultacie bardzo trudno dochodzi się do porozumień realizacyjnych i trudno zapewnić ich wykonalność. Jest to nieusuwalna (na razie?) sprzeczność między celami ogólnymi a interesami partykularnymi.
Ta sprzeczność jest wyraźnie widoczna na przykładzie Chin, które utrzymują bardzo wysokie tempo wzrostu PKB (podwojenie co 7 lat), oparte na produkcji przemysłowej (podwojenie co 5 lat) i nie chcą podporządkować się planom ochrony ekologicznej.
Więc co przed nami? Kierunek na Eldorado (powszechny dobrobyt) czy na Armagedon (ogólna katastrofa)?
Względne Eldorado można by osiągnąć, gdyby dzięki synergii rynku i sterowania udało się doprowadzić w niedługim czasie do szerokiej współpracy międzynarodowej, wyeliminowania rywalizacji o hegemonię, przestawienia produkcji na cele pokojowe, proekologiczne i prospołeczne, osiągnąć dalszy wielki rozwój nauki, w tym np. opanować fuzję jądrową i napęd wodorowy w transporcie oraz wprowadzić wynalazki nie mieszczące się w dzisiejszej wyobraźni. Ale ocieplenia już się raczej nie usunie. A sytuacja geopolityczna nie będzie ułatwiała porozumień. Więc Eldorado mało prawdopodobne.
A zatem kierunek na Armagedon jest bardziej prawdopodobny. Raczej jednak nie oznacza on doprowadzenia świata do nagłej, ogólnej katastrofy. Bardziej prawdopodobne jest stopniowe kumulowanie się przejawów autodestrukcji gospodarki i życia społecznego. Wiodące wątki to:
- narastanie trudności energetycznych,
- rosnące trudności z wodą,
- skutki globalnego ocieplenia w postaci kataklizmów naturalnych i podniesienia poziomu wód oceanicznych.
Destrukcja nie będzie rozłożona równomiernie, lecz najpierw ucierpią kraje i ludzie objęci obszarami biedy. Wysoce prawdopodobne jest więc zaostrzanie się konfliktów (międzynarodowych i lokalnych). Ich efektem może się stać ogólna walka o przetrwanie i chaos światowy.
Obecny wielki wzrost cen podstawowych produktów żywnościowych (ryż, pszenica, soja, kukurydza), który już wywołuje rozległe protesty i zamieszki w wielu krajach (Haiti, Egipt, Etiopia, Filipiny, Indonezja), nie jest jeszcze tym kryzysem, o którym mowa, ale zapowiedzią tego, co może dziać się w przyszłości.
Wojna? Moja wizja nie jest katastroficzna. Próbuję tylko zobrazować prawdopodobny kierunek dalszej ewolucji systemu gospodarki rynkowej. Sądzę przy tym, że im trudniejsza będzie się stawała ogólna sytuacja, tym większe jest prawdopodobieństwo, że świat poczuje się zmuszony do prawdziwej współpracy korygującej rynek, co może przyczynić się do poprawienia biegu spraw. Zawiera się więc w tym pewien szczególny optymizm.
Zdzisław Sadowski
Wyróżnienia w tekście pochodzą od Redakcji.

