banner


Teza, iż świat wymaga naprawy, przewija się od kilku lat w literaturze i publicystyce. Nie doczekaliśmy się jednak całościowej koncepcji kroków naprawczych. Istnieją – przeważnie tylko w sferze deklaracji – programy przezwyciężania poszczególnych typów zagrożeń, takich jak wzrost temperatury i topnienie lodowców, kryzys śmieciowy, wymieranie wciąż nowych gatunków zwierząt i roślin, problem uchodźców itd. Największe mocarstwa – USA, Chiny, Rosja – zajmują w tym względzie raczej zdystansowane stanowisko.

Jedynym dużym podmiotem, który włącza się, bądź inicjuje takie programy, jest Unia Europejska. Jednak nawet jej sztandarowe propozycje – Zielony Ład, czy tzw. plan Marshalla dla Afryki – chociaż idące we właściwą stronę, są dość odległe od realizacji. Przyczyn takiego stanu rzeczy jest wiele. W pierwszej kolejności należałoby ich szukać w sposobie oglądu rzeczywistości społeczno-gospodarczej przez kluczowe gremia decydenckie. Tu właśnie ujawnia się potrzeba konsekwentnego zastosowania perspektywy globalnej. Perspektywa ta w odniesieniu do kwestii ratowania cywilizacji przed krachem daje się sprowadzić do dwu założeń.

Po pierwsze, perspektywa globalna wykracza poza konstatację, że zjawiska społeczno-gospodarcze we współczesnym świecie mają skalę globalną. Oznacza mianowicie, że każda partykularna próba poprawy istniejącego stanu rzeczy musi uwzględnić nie tylko specyfikę danego państwa czy ugrupowania, ale i wszystkich obszarów mających jedynie pośredni styk z realizacją programu. Możliwości rozpoznania owych powiązań mogą, rzecz jasna, być ograniczone. Jednak nawet w najskromniejszej wersji wskazane byłoby rozeznanie konsekwencji podejmowanych działań dla krajów mieszczących się w tak rozumianym otoczeniu.

Po drugie zaś, programy powinny przyjmować założenie o wzajemnym powiązaniu różnych zasadniczo odmiennych zagrożeń, podejmować próby rozpoznania tych powiązań i stopnia ich istotności, a wreszcie – wyciągać stąd wnioski dotyczące kształtu i sposobów realizacji programu. Potrzebna jest zatem koordynacja działań, a także stworzenie płaszczyzny uzgodnień interesów państw i kluczowych podmiotów gospodarczych w skali globalnej. Jest to niełatwe, ale możliwe, jeśli tylko upowszechni się przekonanie, że zagrożone jest przetrwanie gatunku ludzkiego. Poczucie wynikającej stąd konieczności podejmowania działań rodzi skłonność do nieformalnego tworzenia się wspólnot (J. Hausner, Społeczna czasoprzestrzeń gospodarowania. W kierunku ekonomii wartości).

Wyrównywanie poziomów życia

Akceptacja powyższych założeń wiedzie do dalszych, bardziej konkretnych dylematów. Pierwszy z nich dotyczy łagodzenia różnic w standardach życia mieszkańców krajów mniej i lepiej rozwiniętych. Najprostszy argument za podjęciem kroków w tym zakresie wiąże się z kryzysem migracyjnym. Im mniejsze będą różnice między poziomami życia w tych dwu grupach krajów, tym słabsza będzie skłonność do migracji o czysto ekonomicznym podłożu.
Nie wyczerpuje to jednak istoty problemu. Do migracji skłania wszak w nie mniejszej mierze poziom fizycznego zagrożenia ludzi, wynikający z wewnętrznych wojen i/lub bardzo wysokiego poziomu przestępczości, brak prawnej ochrony obywateli, niedostatek opieki zdrowotnej, wreszcie – brak edukacji warunkującej rozwój jednostek, w szczególności młodego pokolenia.
Powinno to rzutować na kształt projektowanej pomocy ekonomicznej. Bez gwarancji utrzymania ładu politycznego program dla uboższych krajów traci sens. Zasilanie kolejnych skorumpowanych rządów środkami obciążającymi podatników w krajach bogatej Północy byłoby całkowicie bezzasadne. Jednak wywarcie wpływu na zmiany polityczne w krajach-beneficjentach programu jest znacznie trudniejsze niż zgromadzenie i transfer nawet największych środków.

Kwestia jakości systemu politycznego ma znaczenie także w kontekście innych programów. Trudno liczyć, że udział takich krajów jak Nigeria, Kongo czy Etiopia w programach ochrony środowiska i w zahamowywaniu globalnego ocieplenia będzie owocny. Zważywszy zaś znaczny udział tych i innych krajów surowcowych w naruszaniu równowagi ekologicznej, pozostawienie stanu obecnego bez interwencji przekreśla powodzenie tych przedsięwzięć.
Z podobnych przyczyn nie mają szans próby ograniczenia katastrofy związanej z zagospodarowywaniem odpadów (szeroko rozumianych śmieci). Przerzucanie odpowiedzialności na kraje, które chcą jeszcze przyjmować taki kłopotliwy ładunek, nie jest rozwiązaniem problemu, a przejawem hipokryzji. Wobec niemożności skutecznego oddziaływania na kraje o systemach autokratycznych, wygodniej byłoby narzucić jedynie wynikające z programów parametry, nie bacząc na to, jakimi kosztami będą one spełniane. Byłaby to specyficzna współczesna postać neokolonializmu.
Rozwiązania takiego, niezależnie od wad etycznych i prawdopodobnej nietrwałości, nie da się stosować wobec autokracji, które przejawiają aspiracje bycia graczem globalnym. Rządzący nie mogą tam sobie pozwolić na podejrzenie, że są podporządkowani jakimkolwiek siłom zewnętrznym. Turcja, Arabia Saudyjska czy Iran to kraje, w których rządzącym jest niezbędna legitymizacja ich poczynań. Realizacja międzynarodowych programów może być tam uznana za zagrożenie dla suwerenności narodu. Przekonanie rządzących tam, że udział w programie jest również i w ich interesie, to istotna bariera w przełamywaniu wielowymiarowego kryzysu cywilizacyjnego.

Kto bogatemu zabroni

Nieco odmienna jest sytuacja faktycznych mocarstw. Nie odrzucą one zapewne zasad współpracy globalnej, ale nie należy liczyć na lojalne dotrzymywanie podejmowanych na rzecz społeczności globalnej zobowiązań. Chiny czy USA przyjmują coś na kształt perspektywy globalnej, lecz świat w pewnym stopniu zamyka się dla nich w ich własnych granicach. Nawet proekologiczne nastawienie elit politycznych nie musi się tam przekładać na konsekwentną chęć do współpracy ze słabszymi podmiotami. Decydujące jest tu poczucie własnej potęgi i mit o wyjątkowości własnego kraju.
Podobne postawy przyjmują też Rosja i Brazylia, których ambicje polityczne rozmijają się jak dotąd z rzeczywistym potencjałem. Reasumując, dla realizacji programów wyrównujących różnice ekonomiczne, społeczne i kulturowe, presja ekonomiczna („pieniądze za podporządkowanie się”) może być użytecznym instrumentem, ale nie rozwiązaniem problemu.

Globalna perspektywa nakazuje też dostrzeżenie, iż procesy determinujące losy gospodarki globalnej nie redukują się do decyzji poszczególnych rządów. Równie ważna jest tu rola dwojakiego rodzaju wielkich grup kapitałowych. Mieszczą się tu producenci dóbr i usług (wytwórcy usług i produktów konsumowanych poprzez sieć Internetu, środków transportu i pochodnych, wielkie koncerny wydobywcze, wielkie sieci handlowe) oraz mniej widoczne, bo ulegające permanentnym metamorfozom grupy kapitału finansowego, których łączna działalność określana jest w publicystyce enigmatycznym terminem „rynki finansowe”.
Nie są to rynki, a organizacje finansowe działające na tych rynkach. Termin „rynki” sugeruje, że działania tych podmiotów miałyby równoważyć asymetrie pojawiające się w sferze realnej. Nie jest to bynajmniej regułą. Wpływ tych grup na politykę rządów nawet najbogatszych państw wydaje się bezsporny (R. Skidelsky, E. Skidelsky, How Much Is Enough? Money and Good Life).

Polityka nakierowana na ograniczenie konsumpcji (w tym – konsumpcji energii) będzie kolidować z interesami „wielkich graczy”. Mogą oni bez trudu blokować lub sabotować programy „naprawy świata”. Kluczowym momentem jest tu horyzont strategiczny, jaki przyjmują wielkie korporacje. W przypadkach, kiedy będzie on dostatecznie długi, można liczyć, że inicjatywy podejmowane w ramach współpracy międzynarodowej mogą zostać uznane za opłacalne, a nawet godne wsparcia. Mając dostęp do najlepszych ekspertyz i wszelkich danych, grupy kapitałowe mogą wyliczyć sobie, że poświęcenie części doraźnych zysków w dłuższej perspektywie jest zasadne. Rachunek ten może jednak nie wystarczać, jeśli prognozy zakładające powodzenie programu wykażą konieczność zmiany systemu politycznego. Takiego toku wydarzeń również nie można wykluczyć (G.W. Kołodko, Od ekonomicznej teorii…).

Problemy kulturowe

Inny problem związany z projektami obrony przed globalnymi zagrożeniami cywilizacyjnymi dotyczy trwałości osiąganych rozwiązań politycznych. Można wyobrazić sobie, że uda się narzucić powszechnie pewne minimum porządku demokratycznego. Jednak umożliwienie w ten sposób ogromnych transferów na rzecz „biedniejszego Południa” stworzy pokusę powrotu do rozwiązań autorytarnych.

Istota tkwi w niedostatkach kulturowych podstaw systemu demokratycznego w krajach pozbawionych takiej tradycji. Jak długo demokratyzacja będzie kojarzona z poprawą jakości życia, tak długo nie będzie budzić otwartego sprzeciwu. Oddolne poparcie dla takiego ładu społeczno-politycznego wymaga przemian w sferze instytucji nieformalnych (postaw, nawyków, stereotypów) i wynikających stąd zmian systemów wartości.
Masowa edukacja i dostęp do pozytywnych wzorców kulturowych mogą temu sprzyjać, zwłaszcza w przypadku młodego pokolenia. Jednak akceptacja demokratycznego ładu i państwa prawa może być wysoce powierzchowna, a wyobrażenia na temat ich funkcjonowania zafałszowane.
To, co przeciętny obywatel kraju słabiej rozwiniętego wie na temat cywilizacji europejskiej, pochodzi z reklam i z dostępnych nie tylko w Internecie produktów, takich jak filmy, gry komputerowe. Nie ma on, bo nie może mieć, pojęcia ani o obowiązujących normach prawnych, które w najlepszym razie są nic nie mówiącym zapisem, ani o niepisanych normach zakorzenionych w takich społeczeństwach i przez „starych” mieszkańców uważanych za oczywiste. Może to być przyczyną konfliktów, w tym również – niezawinionych przez żadną ze stron.

Nie jest też oczywiste, że sama idea „naprawy świata” w kształcie, w jakim powstaje w UE, nie jest skażona europocentryzmem. Zwłaszcza w relacjach z krajami Dalekiego Wschodu przeszkodę mogą stanowić różnice systemów wartości obowiązujących w obu typach społeczeństw.
Wobec nieprzystawalności systemów aksjologicznych współpraca w wielu obszarach może okazać się niemożliwa. Przezwyciężanie wielowymiarowego kryzysu wykonalne jest tylko w globalnej skali, ale przy daleko posuniętej dobrowolności działań współpracujących podmiotów. W innym przypadku efekty programu mogą okazać się nietrwałe i cały proces trzeba będzie zaczynać od początku, przy coraz bardziej zbliżającym się „klifie Seneki” (momentu, w którym siły entropii społecznej i fizycznej zaczynają przeważać nad ludzką zdolnością do materialnego i kulturowego odtwarzania podstaw cywilizacji).

Ratowanie cywilizacji

Problem znalezienia wspólnych mianowników różnych systemów kulturowych jest wyzwaniem dla współczesnej antropologii i socjologii kultury. „Ratowanie cywilizacji” można rozpatrywać też jako przypadek całościowej zmiany instytucjonalnej. Jest niemal pewne, że wiedza o zagrożeniach globalnych i zetknięcie się z ich poszczególnymi objawami stanowią dostateczny bodziec do tworzenia się nowych instytucji nieformalnych (przede wszystkim artykułowanych publicznie żądań odwrócenia zaobserwowanych trendów, vide akcja Grety Thundberg).

Nowe, upowszechniające się postawy w ramach procesu zmiany instytucjonalnej przechodzą przez fazę formalizacji. Obserwujemy już tego początki. Formalizacja ta może przybierać postać umów międzynarodowych, przyjmowanych przez poszczególne państwa programów polityki, owocujących odpowiednim ustawodawstwem szczegółowym, a w perspektywie – tworzenia agend międzynarodowych realizujących działania zaradcze i kontrolne.

Z natury swojej proces formalizacji przebiega w sposób nieuporządkowany. Jego słabą stroną jest koordynacja kroków wykonywanych przez niezależne od siebie, suwerenne państwa. Normy kreowane w podobnych celach mogą kolidować ze sobą, jeśli konsekwencje ich wprowadzania nie będą z góry przewidywane, a same normy uzgadniane z państwami, które mogą odczuwać owe konsekwencje. Brak jest obecnie ciał, które mogłyby sprostać takiemu zadaniu. Byłaby to zapewne rola dla jakiejś nowo powstałej agendy ONZ, gdyby pozycja polityczna ONZ była dziś mocniejsza.

Przekonanie o potrzebie walki z zagrożeniami może stanowić zalążek „społeczeństwa globalnego”, jeśli nie będzie ograniczać się do elit intelektualnych i co bardziej postępowych polityków.

Jednym z nieuchronnych aspektów zmiany instytucjonalnej jest zjawisko nostalgii instytucjonalnej. „Instytucje są bardziej trwałe niż organizacje i podmioty, których działanie regulują. W istocie usztywniają system społeczny. Jest tak dlatego, że zmiana porządku instytucjonalnego zawsze pociąga za sobą koszty. Dlatego instytucje często funkcjonują siłą inercji: są, bo były” (J. Hausner, Społeczna czasoprzestrzeń gospodarowania).

Namacalnym przejawem tego zjawiska jest podtrzymywanie przez struktury administracyjne wzorców zachowań, do których urzędnicy przywykli i pomijanie sprzeczności pomiędzy tymi zachowaniami a wymogami narzuconymi przez nowe sytuacje i nowe normy. Pojawia się to nawet w krajach o tradycyjnie sprawnej administracji i o wysokim poziomie edukacji.
W krajach, gdzie normalny tok funkcjonowania administracji zostanie zakłócony przez wyzwanie, jakim będzie dystrybucja napływających w ramach programu środków pomocowych, nostalgia instytucjonalna będzie jeszcze silniejsza. Nieufność wobec nowych, w jakimś stopniu odbieranych jako narzucone, rozwiązań będzie naturalną reakcją i może spowalniać realizację wdrażanych programów.

Skutki kryzysu COVID-owego

Kryzys ekonomiczny wywołany pandemią wydobył na powierzchnię zjawisk i wyostrzył niejednoznaczności terminu „globalizacja”. Nie oznacza on przecież tego samego w odniesieniu do różnych sfer procesów gospodarowania.

Przez sferę realną rozumiem w tym kontekście wytwarzanie dóbr materialnych oraz usług związanych bezpośrednio z tymi dobrami (w tym – tradycyjny handel). Natomiast sfera wirtualna obejmowałaby usługi świadczone za pośrednictwem Internetu, działalność finansową (w tym – spekulacyjną), reklamę, obrót informacją i wiedzą, a także usługi edukacyjne w części, która nie wymagałaby wsparcia wytwarzanymi dobrami materialnymi.
Skutki kryzysu pandemicznego są dla każdej z tych sfer zasadniczo odmienne.

Sfera realna kurczy się. Redukcja popytu i ograniczenia wynikające z niemożności wytwarzania określonych dóbr, a zwłaszcza usług w warunkach nasilonej pandemii, przekładają się na regres tej sfery.
W sferze wirtualnej tendencje są inne. Popyt na usługi dostępne za pośrednictwem sieci wzrasta ze względu na zamknięcie ludzi w domach, „podłączenia” ich do sieci przy okazji masowej pracy zdalnej, wreszcie – ze względu na większy zasób czasu wolnego, zaoszczędzonego dzięki rezygnacji z czasochłonnego przemieszczania się.

Różnice pomiędzy sytuacją w obu sferach będą się pogłębiać. Sfera realna przechodzić będzie proces deglobalizacji. Likwidacja związanych z procesami produkcji długich łańcuchów dostaw i kooperacji oraz skupienie się na rynkach krajowych czy lokalnych, do potrzeb których muszą teraz dostosowywać się podmioty tej sfery, stanowi zaprzeczenie globalizacji. Deglobalizowywać będą się też stopniowo struktury spożycia, gdzie wyraźniej będzie się przejawiać ich specyfika lokalna. Przeciwwagę tej tendencji stanowić może wspierana przez rozwój e-commerce presja wielkich korporacji.

Zatem globalny rynek może się zdywersyfikować. Nie oznacza to bynajmniej, że rynki te przybiorą tradycyjny, podręcznikowy, wolnorynkowy charakter. Globalizacja doprowadziła do konsolidacji większości rynków sektorowych. Wyodrębnione w formie rynków lokalnych fragmenty tamtych rynków nadal pozostaną pod kontrolą wielkich podmiotów gospodarczych. Mogą tu wystąpić dwa przeciwstawne sobie trendy.
Z jednej strony, wyodrębnią się firmy nastawione na lokalną strukturę potrzeb, zmuszone do dostosowania się do niej przez spadek siły nabywczej ludności.
Z drugiej zaś strony, wielcy sprzedawcy będą się starali utrzymać swoją pozycję, obniżając ceny kosztem jakości homogenicznych, wytwarzanych masowo produktów. Ten wariant reakcji pojawi się zapewne na rynkach dóbr trwałego użytkowania (RTV, AGD), a być może także na rynku napojów gazowanych. Deglobalizacja sfery realnej nie będzie zatem konsekwentna.

Mniej zmian nastąpi na rynkach dóbr inwestycyjnych. Długie łańcuchy dostaw zostaną przerwane, ale globalny charakter rynku utrzyma się w związku z homogenicznością struktury popytu. Technologie i wynikające z nich zapotrzebowanie na dobra inwestycyjne nie różnią się w zależności od lokalnej specyfiki i nie podlegają ani czynnikom kulturowym, ani – w zasadzie – zmianom mody. Podejście globalne w badaniach tego rynku nadal będzie miało sens.

Zmiany w sferze wirtualnej także będą wewnętrznie zróżnicowane.

Finansyzacja gospodarki globalnej uniezależniła w znacznym stopniu świat finansów od wszystkiego, co zachodzi w sferze realnej. Wysoka rentowność transakcji spekulacyjnych będzie skłaniać do skupiania tu kapitałów. Poszczególne segmenty tej sfery rozwijać się będą w różnym tempie w zależności od różnic w poziomie rentowności. Dekoniunktura na rynku dóbr konsumpcyjnych stworzy dodatkowe zapotrzebowanie na usługi reklamowe i pokrewne im usługi dotyczące manipulacji wyborami konsumentów.

Prawdopodobną strategią będzie wzbudzanie zainteresowania tymi dobrami i usługami, które nadal mogą być wytwarzane masowo. Niekoniecznie będzie się to sprawdzać w sektorze rozrywki (entertainment), gdzie atrakcyjność oferowanego produktu opiera się na jego wyjątkowości. Wysiłki dotyczące lansowania określonych mód czy trendów konsumpcji pozostaną nadal globalne, natomiast ich skuteczność będzie już zróżnicowana.

A co z kapitalizmem?

Last, but not least, kwestią perspektywy globalnej pozostaje, wywołana wyraźniej przez kryzys, kwestia dalszego trwania ustroju kapitalistycznego, rozumianego jako kapitalistyczna gospodarka rynkowa. Teza o tym, iż formacje ustrojowe nie są wieczne, była już podnoszona. Nie ulega wątpliwości, że jeśli środki zaradcze mające neutralizować lub łagodzić zagrożenia wiążące się z poszczególnymi kryzysami okażą się zbyt nieskuteczne, to rozpad istniejącego systemu społeczno- gospodarczego jest nieunikniony. Nie można wykluczyć, że opór beneficjentów dotychczasowego stanu zahamuje proponowane, niezbędne przeobrażenia (G.W. Kołodko, Od ekonomicznej teorii…).

Nie musi to oznaczać natychmiastowego „końca kapitalizmu”. Możliwe są w tym względzie co najmniej trzy warianty scenariusza.

Załamanie się systemu może oznaczać głęboki regres cywilizacyjny.
W takiej dystopijnej perspektywie dominujące rozwiązania ustrojowe będą zależeć od głębokości owego regresu, a więc od stopnia zaradności poszczególnych zbiorowości, które przetrwają katastrofę cywilizacyjną. Mało prawdopodobne, aby w takiej sytuacji udało się odbudować globalny system finansowy; nie jest też oczywiste przetrwanie gospodarki pieniężnej jako takiej. Z takiego poziomu kapitalizm może jawić się jedynie jako odległa i bynajmniej niezbyt prawdopodobna wizja przyszłości.
Niektórzy autorzy uważają, że regres gospodarczy może zachodzić stopniowo i zachodzi już jako swoisty „de-growth”. Kwestia przeciwdziałania konsekwencjom kryzysu musiałaby być zatem ujęta inaczej. „Kapitalizm, jaki znamy skończył się. Zamiast temu przeczyć, lepiej wykorzystać pozostałe zasoby na dokonanie przebudowy cywilizacyjnej i zamianę niedoskonałego «nie-wzrostu» na proces kontrolowany” (E. Bendyk, W Polsce czyli wszędzie).

Drugi wariant scenariusza zakłada masowe ruchy oddolne, spełniające oczekiwania wiążące się z inicjowanymi już projektami „naprawy świata”. W tym optymistycznym scenariuszu kapitalizm zachowałby szereg swoich instytucji, które nabrałyby jednak fasadowego charakteru. Musiałoby się pojawić wiele nowych instytucji, odpowiadających potrzebom chwili. Czy jednak ustrój odrzucający postawę indywidualistycznego egoizmu będzie nadal kapitalizmem? Budowa nowej, nastawionej przede wszystkim na przetrwanie cywilizacji kojarzy się raczej z socjalizmem, mimo niezbyt dobrych konotacji tego terminu. Otwartą pozostaje kwestia, czy taki „socjalizm globalny” zachowałby jako dominujący rynkowy charakter regulacji.

Trzeci możliwy scenariusz opiera się na założeniu, iż kształt ustroju wynika z funkcjonujących w nim instytucji, tak formalnych, jak i – co bardziej istotne – nieformalnych. Instytucje te są powiązane genetycznie – z instytucji ogólnych, podstawowych, wynika pojawienie się instytucji bardziej szczegółowych. Instytucje późniejsze historycznie powstają w sytuacjach, gdy dotychczasowe ujawniają swoją nieprzystawalność do bieżących realiów.
Zmiana instytucjonalna obejmuje tylko te instytucje, których oddziaływania ludzie są świadomi – normy prawne oraz te instytucje nieformalne, które są w jakiś sposób wyartykułowane, a dzięki temu – respektowane.
Niektóre pierwotne instytucje zostają zepchnięte do poziomu matrycy instytucjonalnej, skąd działają nadal, lecz niekoniecznie przy świadomym udziale podlegających im jednostek. Co najmniej dwie z nich mogą rzutować na kształt ustroju w chwili przesilenia. Są to zawłaszczanie i dominacja.

Zawłaszczanie jest instytucją powstałą w wyniku pierwotnego kontaktu człowieka i przyrody. To ona była pierwszym obiektem zawłaszczania. Na tym tle wyłoniła się instytucja pochodna – własność prywatna, a także możliwość zawłaszczania ludzkiej pracy (niewolnictwo, podległość feudalna, najem pracy), (M. Miszewski, Aksjologiczne podstawy kapitalizmu). Dominacja jako charakterystyczny typ relacji stanowi jakby rewers zawłaszczania.
Warunkiem zawłaszczania jest podporządkowanie sobie przedmiotu i/lub podmiotu, który jest zawłaszczany. Bez dominacji niemożliwe byłoby zapoczątkowanie gospodarki rynkowej (choć już nie – wymiany towarowej) i rozwój społeczny prowadzący do kapitalizmu w jego obecnej postaci.

Rolę dominacji, a zarazem przeobrażenia systemu na niej opartego podkreśla Kacper Pobłocki: „Jeśli spojrzymy na współczesny kapitalizm jako na system społeczny, zobaczymy, że wywodzi się on ze znanej od bardzo dawna instytucji niewolnictwa. Starożytność, średniowiecze czy nowoczesność wcale nie stanowią wynikających z siebie epok czy faz rozwoju, ale są modyfikacjami kapitalizmu jako systemu opartego na niewolnej pracy – bez względu na to, czy przymus ma charakter militarny, prawny, polityczny czy ekonomiczny” (K. Pobłocki, Kapitalizm – historia krótkiego trwania).
Podejście przyjęte przez cytowanego autora może być dyskusyjne, trudno jednak zaprzeczyć, że przymus różnego typu stanowi wspólną cechę systemów gospodarowania opartych na regulacji rynkowej. Można zatem mieć wątpliwości, czy nawet największe zagrożenia będą dostatecznie szokiem silnym na tyle, żeby wykorzenić instytucję leżącą u podstaw całego dotychczasowego rozwoju.

Koniec zasobów - koniec kapitalizmu

Jedną z konsekwencji utrwalonej i zakorzenionej instytucji zawłaszczania jest narcyzm, rozumiany jako niezdolność ludzi do postrzegania innych inaczej niż jako środków służących do zaspokajania własnych jednostkowych potrzeb. Narcystyczna jednostka jest zdolna do współpracy z innymi tylko na zasadzie dominacji i instrumentalnego traktowania (M. Nussbaum, Monarchy of Fear. A Philosopher Looks at Our Political Crisis).
Jeśli takie postawy będą dominować, to scenariusz zbliżania się do „klifu Seneki” nie musi się kończyć upadkiem ustroju, ale z pewnością – katastrofą ekologiczną. Brak będzie bodźców do zatrzymania dotychczasowego toku funkcjonowania systemu.
Rozważając taką sytuację, Edwin Bendyk nie dochodzi wprawdzie do katastroficznej konkluzji, ale konstatuje: „Kapitalizm nie może się zatrzymać, kapitał musi nieustannie cyrkulować w poszukiwaniu największych stóp zysku, a efektem tej samonapędzającej się logiki jest nieustanny postęp technologiczny, za którym idzie wzrost ilościowy w postaci przyrastającego bogactwa…” (E. Bendyk, W Polsce, czyli wszędzie).
I nieco dalej: „Natura przez długi czas (w istocie ciągle jeszcze tak jest) traktowana była jako nie-ludzki i poza-społeczny świat zewnętrzny – tym samym pozbawiony wartości, a więc tani. Tania natura, zasób który nic nie kosztuje, do dziś jest jednym z zasobów, których eksploatacja daje zysk i wartość dodatkową”. Skoro natura i jej zasoby mają skończone rozmiary, a kapitalizm „nie może się zatrzymać”, to nieuchronne wyczerpanie się zasobów oznacza jednocześnie koniec kapitalizmu.

Niezależnie od tego, który z przedstawionych scenariuszy miałby się spełnić, potrzeba globalnego oglądu rzeczywistości w ich świetle jest bezsporna.
W przypadku scenariusza przewidującego powolny regres ustroju i deglobalizację, w toku trwania tego procesu istotne pozostają wzajemne powiązania zachodzących zmian, a ewentualne prawidłowości dadzą się rozpoznać jedynie przez porównania w globalnej skali.
Ujęcia lokalne nabiorą sensu dopiero po ustaniu tego procesu. Nie musi to oznaczać bynajmniej pełnego odtworzenia wszystkich państw narodowych – zamknięte gospodarki mogą przybierać inny kształt, nawet mniejszych niż pierwotnie jednostek terytorialnych.

W przypadku scenariusza zakładającego gwałtowne załamanie systemu, relacje pomiędzy wielkimi grupami kapitałowymi, będącymi głównymi aktorami tego procesu, dostrzegalne mogą być wyłącznie w globalnej perspektywie.

Wreszcie jedyny pozytywny scenariusz
oznacza globalną współpracę społeczności wszystkich krajów, skąd perspektywa globalna wynika w oczywisty sposób.
Maciej Miszewski

Jest to druga, ostatnia, część obszernych fragmentów eseju prof. Macieja Miszewskiego „Perspektywa globalna i jej implikacje w kontekście wielowymiarowego kryzysu społeczno-gospodarczego” opublikowanego w miesięczniku Ekonomista nr 5 z 2021 roku, www.ekonomista.info.pl
Pierwszą część zamieściliśmy w numerze SN1/22.

Wyróżnienia i śródtytuły pochodzą od Redakcji SN.