W 2014 roku dwóch profesorów udowodniło, że Ameryka jest oligarchią. Potem wszyscy o tym zapomnieli.
Wiosną 2014 roku Martin Gilens z Princeton i Benjamin Page z Northwestern zrobili coś, co powinno było wszystko zmienić. Wzięli najświętszą obietnicę amerykańskiej demokracji: że twój głos się liczy, że ludzie mają coś do powiedzenia, i faktycznie ją sprawdzili.
Znaleźli oligarchię.
Nie metaforycznie. Udowodnili to liczbami. Śledząc 1779 kwestii politycznych na przestrzeni dwóch dekad, udowodnili, że Stany Zjednoczone są zdominowane przez elity gospodarcze i interesy biznesowe. Że to, czego chcą przeciętni obywatele, ma praktycznie zerowy wpływ na to, co faktycznie robi rząd.
Twój głos nie ma znaczenia, gdy stoi w sprzeczności z tym, czego chcą bogaci. Artykuł ukazał się w „Perspectives on Politics” . Recenzowany. Rygorystyczny. Powinien był wywołać ogólnokrajowe rozliczenie. Zamiast tego - kilka tygodni nagłówków, a potem… nic. Po prostu o tym zapomnieliśmy. Dowiedli, że żyjemy w oligarchii. Wzruszyliśmy ramionami i poszliśmy dalej.
Co postanowili przetestować
Przez dziesięciolecia politolodzy spierali się o to, jak naprawdę działa amerykańska demokracja. Istniały cztery główne teorie.
Większościowa demokracja wyborcza. Wersja podręcznikowa. Zwykli ludzie decydują o polityce poprzez wybory.
Dominacja elity ekonomicznej. Bogaci ludzie mają o wiele większy wpływ niż ktokolwiek inny.
Pluralizm większościowy. Różne grupy interesów konkurują ze sobą, a większość zazwyczaj wygrywa.
Stronniczy pluralizm. Grupy biznesowe mają nieproporcjonalnie dużą władzę.
Nikt tak naprawdę nie przetestował wszystkich tych teorii ze sobą, porównując je z rzeczywistymi danymi. Gilens i Page postanowili w końcu to zrobić.
Zestaw danych, którego nikt nie mógł zignorować
Oto, co zrobili. Zebrali dane dotyczące 1779 różnych kwestii politycznych w latach 1982–2002. W każdym przypadku przyjrzeli się potrzebom trzech grup: przeciętnych obywateli (osób o średnich dochodach), elit ekonomicznych (najbogatszych 10%) oraz zorganizowanych grup interesu (zarówno regularnych grup rzeczniczych, jak i lobby biznesowego).
Następnie prześledzili, co się faktycznie wydarzyło. Które przepisy stały się prawem. Które upadły. Przeprowadzili obliczenia, żeby sprawdzić, czyje preferencje faktycznie miały znaczenie. Wyniki były brutalne.
Liczby, które niszczą iluzję
A oto sedno sprawy. Kiedy bogaci popierają daną politykę, ma ona około 45% szans na wejście w życie. Kiedy przeciętni obywatele popierają tę samą politykę? Też 45%. Wygląda na to, że jest równo, prawda? W tym tkwi sedno. Bo kiedy zagłębisz się w matematykę i przeanalizujesz, czego chcą bogaci, pojawia się coś niepokojącego. To, czego chcą przeciętni Amerykanie, ma praktycznie zerowy, niezależny wpływ na rezultaty polityki. Zero. Jesteś statystycznie nieistotny.
Twoja opinia nie ma większej wagi niż rzut monetą, chyba że akurat chcesz tego samego, czego pragną bogaci. Użyli wyszukanego akademickiego języka: „prawie zerowy, statystycznie nieistotny wpływ”. Ale oto, co to właściwie oznacza: rząd cię nie reprezentuje. Reprezentuje bogactwo.
Bogaci ludzie? Mają „znaczący i znaczący wpływ na politykę”. Grupy biznesowe? Realny wpływ. Zwykłe grupy rzecznicze reprezentujące zwykłych ludzi? Praktycznie nic. Tak właśnie wygląda oligarchia, gdy się ją mierzy.
Kiedy maska spada
Co jest naprawdę druzgocące? Co się dzieje, gdy bogaci i przeciętni ludzie chcą różnych rzeczy? To tutaj można się przekonać, czy demokracja faktycznie działa. Odpowiedź brzmi: nie.
Kiedy interesy są sprzeczne, bogaci wygrywają. Za każdym razem. Tak konsekwentnie, że można by według tego regulować zegarek. Nie chodzi o łatwe rzeczy, gdzie wszyscy się zgadzają. Chodzi o prawdziwe polityczne spory, w których ktoś musi przegrać. Zgadnij, kto przegra?
Kiedy przychodzi co do czego, polityka podąża za tym, czego chcą bogaci. To, czego chce większość, staje się jedynie fasadą. O czym politycy wspominają w przemówieniach, zanim zrobią to, co każą im pieniądze. Gilens i Page potrafili to zmierzyć. Potrafili to nakreślić. Schemat był niezaprzeczalny. To oligarchia bez maski.
Co to właściwie oznacza
Gilens i Page używali ostrożnego, akademickiego języka. Nazywali to „dominacją elit ekonomicznych”. Ale powiedzmy to wprost. Udowodnili, że Ameryka jest oligarchią. Rządami bogatych. Tak, nadal głosujemy. Mamy wolność słowa. Możesz o tym tweetować. Zadzwoń do swojego kongresmena. Wyjdź na ulicę, jeśli chcesz. Nic z tego nie zmienia, gdy twoje interesy kolidują z interesami bogatych. Naukowcy stwierdzili, że amerykańskie roszczenia do demokracji są „poważnie zagrożone”. Cóż za powściągliwość.
Oto prawdziwe tłumaczenie: Nie żyjemy w demokracji. Żyjemy w oligarchii, która wygląda jak demokracja. Mamy cały teatr: wybory, przemówienia, flagi, całe widowisko. Po prostu nie mamy faktycznej władzy. Kiedy media o tym donosiły, nazwały to po imieniu: oligarchią. Naukowcy nie polemizowali. Matematyka była zbyt oczywista.
Dźwięk ciszy
Kiedy to badanie ukazało się w kwietniu 2014 roku, wybuchło. Przez chwilę ludzie skonfrontowali się z dowodami, że nie mają znaczenia politycznego. Wykresy były wszędzie udostępniane. Ludzie się wściekli. Wściekli jak wtedy, gdy ktoś udowadnia coś, co podejrzewaliśmy od dawna.
A potem… cisza. Cykl informacyjny ruszył dalej. Nic się nie zmieniło. Żadnych przesłuchań w Kongresie. Żadnych nowych praw. Żadnego masowego ruchu domagającego się prawdziwej demokracji. Żadnych miliarderów finansujących reformy, które ograniczyłyby ich własną władzę. (Wiem, że to szokujące.) Oligarchia po prostu kontynuowała oligarchię.
Jasne, niektórzy akademicy podważali metodologię. Były debaty. W porządku. Tak działa nauka. Ale te techniczne argumenty stały się wygodnym sposobem na ominięcie sedna sprawy. Podstawowy schemat jest niezaprzeczalny: kiedy interesy zwykłych ludzi ścierają się z interesami bogatych, zwykli ludzie przegrywają. Oligarchia udowodniła, że jest oligarchią. A potem postanowiła się tym nie przejmować.
Zapomnienie
Może prawda była zbyt techniczna. Analizy regresji nie nadają się do dobrej telewizji. Może była zbyt przygnębiająca. Słyszeć, że twoje poglądy polityczne dosłownie nie mają znaczenia? To głęboko rani. Może po prostu jesteśmy już na to znieczuleni. Nawet matematyczny dowód bezsilności nie jest już w stanie nas zaszokować. A może, i tu zaczyna być ciekawie, ludzie, którzy kontrolują politykę, kontrolują również megafony.
Pomyśl o tym. To oni są właścicielami firm medialnych. To oni finansują kampanie. To oni finansują think tanki. To oni decydują, które konferencje są ważne i które idee stają się „poważne”, a które są odrzucane jako marginalne.
Ci sami ludzie, których oligarchiczną władzę ujawnili Gilens i Page, mają wszelkie atuty, by upewnić się, że to ujawnienie do niczego nie doprowadzi. Nie poprzez jakiś spisek. Po prostu poprzez władzę, która robi to, co robi. Chroniąc się. Kiedy ludzie decydujący o tym, co zostanie w wiadomościach, co będzie traktowane poważnie, jakie reformy są „realistyczne”, wszyscy korzystają z obecnego systemu, cóż… wynik jest przewidywalny.
Badanie dowodzące istnienia oligarchii zostało pogrzebane przez oligarchię. Nieocenzurowane. Po prostu pozostawione w cieniu. Potwierdzone, krótko omówione, a następnie odłożone na półkę.
Kiedy liczby mówią prawdę władzy
Metodologia została przeanalizowana pod każdym kątem. Sedno wniosku pozostaje aktualne. Kiedy przeciętni ludzie chcą czegoś innego niż bogaci, bogaci osiągają swój cel. Za każdym razem. Wymiernie. To nie jest opinia. To matematyka. Niektórzy badacze odkryli niuanse, których oryginał nie zauważył. No dobrze. Tak działa nauka. Ale udoskonalenia nie zmieniają ogólnego obrazu.
Amerykański system polityczny reaguje na potrzeby bogatych. Ignoruje wszystkich innych. To nie jest demokracja. To oligarchia. Możesz to nazwać „dominacją elit ekonomicznych”, jeśli to cię pocieszy. Możesz powiedzieć „stronniczy pluralizm”, jeśli to brzmi mniej przerażająco. Użyj eufemizmu, który pomoże ci zasnąć.
Oto, co tak naprawdę pokazują dane: Stany Zjednoczone to oligarchia w kostiumie demokracji. Zajmujemy się wszystkim, co demokratyczne: wyborami, instytucjami, flagami, inspirującymi przemówieniami. Ale kiedy chodzi o faktyczną politykę? O niej decyduje niewielki ułamek społeczeństwa na szczycie. Reszta z nas? Liczymy się tylko wtedy, gdy chcemy tego samego, czego pragną bogaci.
Jesteśmy widzami. Oglądamy spektakl, którego zakończenie jest już napisane.
Zaciskający się uścisk
Dane kończyły się w 2002 roku. Czy coś się poprawiło w ciągu ponad 20 lat? Żartujesz? Jest jeszcze gorzej. Nierówności dochodowe gwałtownie wzrosły. W latach 2009-2012 1% najbogatszych zgarnął 95% wszystkich zysków dochodowych. Koncentracja bogactwa osiągnęła poziom niewidziany od czasów złotego wieku.
A potem, w 2010 roku, doszło do Citizens United. Sąd Najwyższy w zasadzie orzekł, że nieograniczone wpływy korporacji do polityki są w porządku. Właściwie to wolność. Pieniądze to słowo. Korporacje to ludzie. Cała ta sprawa. Super PAC-i wyrosły wszędzie. Napływały ciemne pieniądze; pieniądze, których nawet nie da się zlokalizować.
Gdyby Gilens i Page zrobili zdjęcie oligarchii w 2022 roku, ostatnie dwie dekady byłyby jak obserwowanie, jak oligarchia staje się coraz bardziej bezczelna, swobodniejsza i bardziej otwarta. System staje się coraz mniej wrażliwy na potrzeby zwykłych ludzi. Przejęcie polityki przez elity nie jest stabilne; nabiera tempa. Przeprowadźmy to badanie dzisiaj, a liczby prawdopodobnie byłyby jeszcze bardziej ekstremalne. Przepaść jeszcze większa. Zwykli Amerykanie jeszcze bardziej nieistotni. Nie rozwiązaliśmy problemu. Pogorszyliśmy go.
Pytanie, które wszystko łamie
Oto więc pytanie, które musimy sobie zadać. Jeśli polityka systematycznie ignoruje to, czego pragną przeciętni ludzie, gdy tylko jest to sprzeczne z tym, czego pragną bogaci, to w jakim sensie tak naprawdę żyjemy w demokracji? Nie jako ideał, do którego dążymy. Jako rzeczywistość. Tu i teraz. Jasne, możemy spierać się o definicje. Wskazywać na konstytucję. Porozmawiać o założycielach. Ale jeśli twój głos nie przekłada się na rzeczywistą politykę, gdy twoje interesy rozmijają się z interesami bogatych, to czego właściwie bronimy?
Gilens i Page nie twierdzili, że Ameryka jest dyktaturą. Nie jesteśmy. Mamy wolności. System nie jest autorytarny. Ale nie można też zmienić kierunku działania rządu, gdy twoje interesy są sprzeczne z interesami bogatych ludzi. Twoja wolność obejmuje wszystko oprócz faktycznej władzy nad decyzjami, które kształtują twoje życie.
Masz prawo mówić. Rząd ma prawo cię ignorować. Masz prawo głosować. Twój głos może się nie liczyć. Masz prawo organizować się, protestować i domagać się zmian. A polityka zmieni się dokładnie wtedy, gdy twoje żądania zbiegną się z tym, co bogaci ludzie byli już gotowi zaakceptować. To oligarchia z lepszym marketingiem. Demokracja jako teatr.
Badanie, o którym wolimy zapomnieć
Te badania tkwią w dziwnym zawieszeniu. Zbyt solidne, by je zignorować. Zbyt niewygodne, by je zaakceptować. Nie da się ich podważyć. Praca jest solidna. Odkrycia przetrwały krytykę. To prawdziwa politologia. Ale nie da się ich też tak naprawdę zaakceptować. Nie, jeśli nadal chcemy wierzyć w bajki o demokracji, które sobie wmawiamy. Nie, jeśli chcemy wierzyć, że nasz głos ma znaczenie. Więc zrobiliśmy coś innego. Po prostu… zapomnieliśmy.
Badanie zostało opublikowane. Mądrzy ludzie o nim mówili. Dane zostały rozpowszechnione. Ludzie się wściekli. A potem wszyscy poszliśmy dalej. Nie dlatego, że było źle. Bo było dobrze. A prawda jest zbyt destabilizująca, by się z nią zmierzyć. Wolimy wierzyć w fikcję, niż stawić czoła dowodom. Wolimy udawać, że mamy coś do powiedzenia, niż przyznać, że nie mamy. Wolimy dalej grać w ustawioną grę, niż przyznać, że jesteśmy oszukiwani.
Bo co innego możesz zrobić? Co zrobisz, gdy badania dowiodą, że twój rząd cię nie reprezentuje? Gdy liczby pokażą, że twoje opinie są nieistotne? Możesz spróbować się zorganizować. Walczyć o reformy. Ale samo badanie dowodzi, że bez poparcia bogatych ludzi marnujesz czas. Oni już przejęli system, który musiałby go zmienić. Więc zapomnieliśmy. Było łatwiej.
Ale może zadajemy niewłaściwe pytanie. Może nie chodzi o to, czy przyjrzymy się dowodom. Może chodzi o zrozumienie, jak doszliśmy do punktu, w którym takie dowody w ogóle istnieją.
Oligarchia nie pojawiła się dopiero w 2014 roku, kiedy Gilens i Page opublikowali swoje odkrycia. Nie zaczęła się w 1982 roku, kiedy zaczyna się ich zbiór danych. Ta koncentracja władzy, którą udokumentowali, to część o wiele starszej historii. Historii, która sięga wieków wstecz, przez różne cywilizacje, podążając za powtarzającymi się schematami.
Struktury, które pozwoliły 147 korporacjom kontrolować 40% globalnego bogactwa, które pozwoliły bogatym ludziom dominować w polityce, podczas gdy zwykli obywatele stali się nieistotni. Nie pojawiły się one z dnia na dzień. Ewoluowały. Uczyły się z każdej poprzedniej wersji skoncentrowanej władzy.
Zrozumienie, jak doszliśmy do tego punktu, wymaga spojrzenia znacznie dalej w przeszłość, niż większość ludzi jest skłonna się cofnąć. Do czasów, gdy faraonowie kontrolowali Dolinę Nilu. Do czasów, gdy rzymskie elity utrzymywały władzę w epoce republiki i imperium. Do czasów, gdy bogactwo zawsze, po cichu i konsekwentnie, przekładało się na kontrolę polityczną. Wzory te istnieją. Zawsze istniały.
Właśnie to zgłębiam w książce The Hidden Hand: Wealth, Power, and Control from Pharaohs to Corporations . Jak koncentruje się władza. Jak utrwala się na przestrzeni wieków. Jak ta sama podstawowa dynamika, która zbudowała starożytne piramidy, kształtuje współczesną politykę. Książka śledzi te wzorce od starożytności do dziś, pokazując, że oligarchia nie jest jakąś dziwną aberracją. To domyślne ustawienie. I wciąż je odkrywamy na nowo.
Eric Buesing
Autor jest historykiem i niezależnym badaczem
Za: https://www.globalresearch.ca/oligarchy-study-they-dont-want-you-remember/5908461

